Dopaminowe dzieci - dr Michaeleen Doucleff

Kup ebooka

69.99 zł
58.09 zł (53,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Sześć lat temu zaczęłam obserwować coś smutnego: przestałam się cieszyć aktywnościami, które niegdyś przynosiły mi spokój i łagodną radość.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaszła ta zmiana. Zakradała się do mnie powoli, miesiącami, a może nawet w czasie kilku lat. Pamiętam natomiast, kiedy po raz pierwszy zwróciłam na nią uwagę.

W sobotnie popołudnie zabrałam swoją czteroletnią córkę na piękną plażę. Znajdująca się w zachodniej części Zatoki San Francisco plaża zapewnia spektakularny widok na poszarpaną linię brzegową nad Pacyfikiem. Porośnięte zieloną trawą klify wysokie na setki metrów wpadają tam do oceanu. Spienione fale uderzają o ciemny piasek. A jeśli ci się poszczęści, możesz zobaczyć foki szare, których lśniące, krągłe głowy wyskakują z wody i w niej znikają w trakcie polowania na ryby.

Ta plaża jest magiczna. I w owo sobotnie popołudnie moja córka Rosy czuła, jak ta magia przez nią przepływa. Nuciła coś, cudownie zadowolona, gdy usiłowała zbudować zamek z piasku i niewielką fosę wokół niego. Chwila wydawała się urocza, spokojna i idealna.

Tyle że w środku czułam się zgoła przeciwnie. Poirytowana i wręcz posępna. Nie mogłam przestać myśleć o pracy - o e-mailach, tekstach, kontach na mediach społecznościowych. Wyciągałam telefon z kieszeni, żeby zajrzeć do wszystkich aplikacji po kolei. Kilka minut później znowu wyjmowałam telefon i odtwarzałam cykl. I tak raz po raz.

Tak bardzo się starałam "cieszyć chwilą", jak radziła mi zawsze mama. Uśmiechałam się do Rosy. Śmiałam się z nią, pokazywałam jej biegusy mknące zygzakiem przy skraju wody. Zamykałam oczy, żeby wsłuchać się w bicie fal i poczuć ciepło słońca na twarzy.

Ale niski, nieustający pomruk lęku bulgotał z tyłu mojego umysłu. Odnosiłam wrażenie, jakbym ciągle się zastanawiała: "Co jeszcze? Co jeszcze? Co jeszcze?".

Od tego momentu zaczęłam dostrzegać ten niepokojący szum, zawsze gdy nie byłam w pracy. Towarzyszył mi, gdy nasza rodzina jadła gofry z truskawkami na brunch w niedzielne poranki. Kiedy spacerowałam po wilgotnych trawnikach w Golden Gate Park w niedzielne popołudnie, z Rosy pędzącą przede mną. I dostrzegałam go po pracy, siedząc na podłodze w salonie i przyglądając się, jak Rosy koloruje księżniczki Disneya w książeczce. Za każdym razem, gdy miałam chwilę przestoju, nie potrafiłam się tym cieszyć. Zawsze znajdowałam powód, by sięgnąć po telefon lub zajrzeć do internetu. A jeśli nie miałam przy sobie telefonu, nie mogłam się doczekać, kiedy wrócę do domu, aby móc go sprawdzić.

Momenty, w których mogłam się czuć zrelaksowana, wiązały się z niepokojem i drażliwością. Zdarzało mi się nawet warknąć coś do córki lub męża.

I chociaż ten szum był cichy, wiedziałam, że wpływa na moje rodzicielstwo. Trudno mi było być tylko z Rosy w ciągu dnia. Mogłyśmy jechać przez dziesięć minut rowerem do parku, a ja sprawdzałam telefon za każdym razem, gdy zatrzymywałyśmy się na czerwonym świetle. Wieczorem nie mogłam się doczekać, kiedy Rosy zaśnie, abym mogła obejrzeć coś na HBO. Czasami ją ponaglałam, bo nie chciała zasnąć dość szybko. "Proszę, proszę, Rosy, zaśnij. Mamusia chce obejrzeć Sukcesję".

Pewnego razu, gdy odpisywałam wściekle na telefonie na jakiś złośliwy komentarz na Twitterze, podniosłam wzrok i zobaczyłam, że Rosy przygląda mi się uważnie. Poczułam ukłucie winy. W umyśle zakwitła mi słabiutka obawa: "Ojej, czyżbym modelowała w niej złe nawyki?".

Z upływem miesięcy w mojej głowie narodziło się kolejne pytanie: "Czy zawsze taka byłam?". Raczej nie. Odnosiłam wrażenie, że to mój mózg się zmienił.

Zaczęłam dostrzegać podobną zmianę w moim stosunku do jedzenia. Nie miałam nadwagi, ale często jadłam więcej, niż potrzebowałam. A między posiłkami doświadczałam czegoś, co ludzie nazywają szumem żywieniowym. Nie mogłam przestać myśleć, wręcz obsesyjnie, o tym, co zjem potem- o kolejnym wypadzie do restauracji, kieliszku wina, wizycie w Starbucksie.

"Co jeszcze? Co jeszcze? Co jeszcze"? To pytanie powracało do mnie bez przerwy. Zapomniałam już, jak spędzać czas z dala od internetu i esemesów. I nie potrafiłam przeżyć dwóch godzin bez latte lub kawałka chlebka dyniowo-bananowego.

Gdy przyjrzałam się bliżej swojej codziennej rutynie, dostrzegłam, że rzadko doświadczałam poczucia satysfakcji. Nieczęsto towarzyszyło mi cudowne: "Ach, mam teraz to, czego potrzebuję, i mogę odpocząć. Życie jest dobre takie, jakie jest". Nawet jeśli się pojawiało, pryskało po kilku sekundach.

Ciągłe wrażenie, że czegoś potrzebuję, zasnuło mój nastrój i życie szarością. Nie było to przygnębienie; raczej warstewka niezadowolenia.

I wreszcie w 2020 roku uznałam, że mam tego dość. Nie chciałam spędzić reszty życia bez umiejętności rozkoszowania się piękną plażą w sobotnie popołudnie albo spokojnym spacerem po parku w niedzielę. Nie chciałam spędzić reszty życia lub dzieciństwa Rosy, nie doceniając chwil z nią.

Dlatego postanowiłam rozwiązać problem. Chciałam zrozumieć, dlaczego trwałam w ciągłym lęku wywoływanym przez zastanawianie się, co mam ze sobą począć - dlaczego wiecznie czułam się niespokojna i rozkojarzona. Zdobytą wiedzę będę mogła wykorzystać do uciszenia owego szumu w tle. Pragnęłam odzyskać radość czerpaną niegdyś z hobby i wolnego czasu. Pragnęłam odzyskać spokój. A chciałam tego wszystkiego dla Rosy i mojej rodziny w takim samym stopniu jak dla samej siebie.

Skoro trudno mi było radzić sobie z telefonem i jedzeniem, jak miałam nauczyć Rosy zdrowej relacji z nimi?

Problem rodziców, jakiego nigdy wcześniej nie było

Od piętnastu lat amerykańskie rodziny zderzają się z pociągiem, i to superszybkim. Wpada on przez drzwi i pędzi przez salon prosto do sypialni. "Naprawdę trzeba zrozumieć, jak szybko, z punktu widzenia rodziców, zaszła ta technologiczna rewolucja", powiedział psychoterapeuta Bob Keane z Boston College. "Telefony, iPady, media społecznościowe, konsole do gier wideo, platformy streamingowe - to wszystko zaatakowało nas, nasze domy, zanim się zorientowaliśmy, że nadciąga".

Pierwsze wersje Facebooka pojawiły się w 2004 roku. Pierwsze smartfony wypuszczono w 2007. W 2012 roku smartfony były obecne w pięćdziesięciu procentach amerykańskich domów i nastolatki spędzały średnio po trzy godziny dziennie w sieci. Obecnie, gdy ta książka trafia do drukarni, smartfony ma dziewięćdziesiąt pięć procent rodzin, a nastolatki spędzają w internecie średnio osiem i pół godziny dziennie, z czego pięć przeznaczają wyłącznie na korzystanie z mediów społecznościowych (YouTube'a i TikToka)1.

Przedmiot, który dwie dekady temu nie istniał, stał się wszechobecny w naszym życiu. Chodzi z nami do restauracji. Towarzyszy nam w łazience. Śpi obok nas. Mówi do nas w naszych samochodach. Prosto do ucha.

Dla wielu z nas to czarne pudełko z plastiku i szkła stało się przedłużeniem ciał, rąk, dłoni. Smartfony są pierwszą rzeczą, której dotykamy każdego ranka, i ostatnią, którą gładzimy wieczorem.

Gry i aplikacje zmieniły niemal każdy aspekt naszego życia, w tym sposób komunikacji i spędzania czasu - w pracy, w domu, w szkole. Zmieniły sposób, w jaki uprawiamy seks. I wpłynęły w zdumiewającym stopniu na dzieciństwo - to, jak dzieci się bawią, uczą, socjalizują się, śpią.

Jeżeli masz problem z ekranami w swojej rodzinie, jak to się działo w naszej, według mnie musisz przede wszystkim zrozumieć zarówno potęgę, jak i nowość tej technologii. Przez dziesiątki tysięcy lat wychowywania dzieci żadne wcześniejsze pokolenie rodziców nie musiało się mierzyć z tą siłą. W swojej poprzedniej książce Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko zebrałam pradawne porady dotyczące wychowania od setek ekspertów i rodzin z całego świata. Pomogły one naszej rodzinie w niemal każdym aspekcie życia. Pomogły mi i mężowi wychować życzliwe, pomocne, hojne dziecko. Nie dalej jak wczoraj wieczorem upuściłam szklany dzbanek na podłogę. Gdy się rozbił, Rosy zerwała się od stołu, chwyciła szczotkę i powiedziała: "Pomogę ci to pozbierać, mamo". Lecz pradawna mądrość nie sprawdza się w dwóch obszarach współczesnego życia: w odniesieniu do ekranów i ultraprzetworzonej żywności.

Kiedy rozpędzony pociąg ekranów wpadł do naszych domów, amerykańscy rodzice już się zmagali z inną, ale blisko spokrewnioną z ekranami rewolucją. Ta zaszła w kuchniach i żołądkach. Mam na myśli rewolucję ultraprzetworzonej żywności.

Przebiegała ona wolniej niż rewolucja technologiczna. Tak wolno, że wielu rodziców (w tym ja) jej nie zauważyło. Pierwsze sygnały pojawiły się na początku XX wieku, gdy firmy zaczęły produkować potrawy, których rodziny nie potrafiły odtworzyć w swoich kuchniach - na przykład makaron z serem Kraft, Wonder Bread, Minute Rice czy Oreo - a także stosować konserwanty, wzmacniacze smaku i witaminy do produkcji dających się długo przechowywać przekąsek i szybkich w przygotowaniu dań. I tak dekada za dekadą ilość przetworzonej żywności w naszej diecie stopniowo rosła do lat 80. XX wieku, kiedy to branża przeżyła boom - w dużej mierze za sprawą firm tytoniowych2.

Gdy sprzedaż papierosów spadła gwałtownie pod koniec lat 80., firmy tytoniowe wykupowały producentów spożywczych takich jak Kraft, General Foods i Nabisco. Pod koniec lat 90. dostępność ultraprzetworzonej żywności wzrosła gwałtownie i trend ten utrzymuje się w XXI wieku. Obecnie od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu procent kalorii spożywanych przez dzieci pochodzi z artykułów zawierających wysokie stężenie tłuszczu, cukru lub soli albo wszystkich trzech składników. Pod wieloma względami artykuły te oddziałują na nasze życie z taką samą siłą i mocą jak aplikacje i urządzenia elektroniczne3.

Z pozoru ekrany i żywność ultraprzetworzona nie wydają się mieć ze sobą dużo wspólnego. I ja nie dostrzegałam początkowo związku. Dowiemy się jednak niebawem, że w naszych mózgach są ze sobą mocno splecione. Ścieżki neuronalne odpowiadające za pragnienie artykułów zawierających duże ilości tłuszczu i cukru pokrywają się w dużej mierze z tymi, które napędzają sięganie po filmiki wideo, gry i media społecznościowe. Gdy zrozumiemy, jak jedna technologia działa w naszym mózgu, będziemy rozumieli, jak działa druga.

Zarówno żywność ultraprzetworzona, jak i korzystanie z ekranów tworzą coś, co neuronaukowcy nazywają magnesami motywacyjnymi w codziennym życiu. Te przedmioty, urządzenia i artykuły spożywcze przyciągają nas do siebie, często na poziomie podświadomym, tak jak magnes przyciąga kawałek metalu, a gdy znajdziemy się w zasięgu ich przyciągania, zawłaszczają naszą uwagę i rozregulowują nasz wewnętrzny kompas. Mogą sprawić, że zapomnimy o prawdziwych życiowych nagrodach i przyjemnościach. Tracimy z oczu to, co naprawdę cenimy i czego naprawdę chcemy. Magnesy te stały się tak silne i wszechobecne, że organizujemy wokół nich swoje życie.

Dlatego w swojej książce, zamiast pisać co rusz "urządzenia elektroniczne i ultraprzetworzona żywność", będę je okreś­lać zbiorczo terminem, który nawiązuje do tego, jak działają one w naszym życiu (i mózgu). Będę je nazywała magnesami (lub magnesami dopaminowymi). Moja córka Rosy chętnie korzys­ta z tego terminu. W sklepie spożywczym mówi: "Magnes działa", gdy ciągnie ją do alejki z ciasteczkami albo serami. Wymyśliła również własne określenie dla żywności ultra­przetworzonej: "kupojedzenie".

Odnoszę wrażenie, że pod wieloma względami magnesy dopaminowe nas kontrolują. Decydują o tym, jak spędzamy czas i co jadamy w ciągu dnia. Bawią się naszymi emocjami i determinują nasz nastrój. Wprowadzają stres do życia naszych dzieci, do naszych relacji z nimi i do naszych organizmów.

W domu magnesy te generują nie tylko ogromne ilości konfliktów; zachęciły także moją córkę do bardzo złego zachowania. Początkowo razem z mężem, Mattem, stosowaliś­my się do zaleceń Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej: "Nie więcej niż dwie godziny z ekranem dziennie". Lecz gdy Rosy wieczorem oglądała przez dwie godziny kreskówki, rezultatem było zupełnie inne dziecko. Kiedy gasiłam ekran, nasza rozważna i pomocna córka zamieniała się w dziką hienę, która biegała jak szalona po domu o dwudziestej pierwszej i krzykiem oraz płaczem domagała się kolejnego odcinka.

Następnego wieczoru inicjowaliśmy ten sam wyczerpujący cykl.

Ta zmiana zaistniała tak szybko, że rodzice nie mieli szansy zatrzymać się i zadać sobie podstawowego pytania: "Dlaczego?". Dlaczego telefony, tablety, konsole i platformy streamingowe w tak krótkim czasie stały się nieodzowne w naszym życiu? A przynajmniej dlaczego się takie wydają?

I co możemy na to poradzić?

Prawda na temat magnesów dopaminowych

W czasie ostatnich dwóch dekad neuronaukowcy sporządzili mapę układów przyjemności i nagrody w mózgu. Przy okazji zrewolucjonizowali nasze rozumienie tego, co pobudza nasze pragnienia i jak przechodzą one w nawyki. A firmy technologiczne i spożywcze opracowują produkty, które angażują owe ścieżki jak nigdy wcześniej.

Gdy zaczęłam analizować wiedzę o przyjemności, wydawało mi się, że zrozumiałam, co się dzieje - te magnesy nas przyciągają, bo sprawiają nam tyle radości. Wierzyłam, że ludzie stworzyli wreszcie urządzenia i jedzenie, które lubimy bardziej (czasami za bardzo) od innych dostępnych zajęć lub żywności.

Myślałam, że jemy za dużo i nadmiernie korzystamy z telefonów, bo dążymy do zapewnienia sobie przyjemnoś-ci. A konkretniej: dążymy do maksymalizowania nagrody w postaci cząsteczki zwanej dopaminą.

W świetle tej teorii po sięgnięciu po telefon lub ugryzieniu kęsa chlebka dyniowego dochodzi do uwolnienia do mózgu fali tej małej cząsteczki, a owa fala daje mi poczucie przyjemności. "Ach... jakie to przyjemne!" I właśnie to miłe uczucie, jak przypuszczano, każe mi co rusz zamieszczać posty w mediach społecznościowych, sprawdzać e-maile lub zaglądać do cukierni po jakieś wypieki. Bezustannie szukam dopaminy, która zapewnia mi poczucie przyjemności.

Sądziłam, że zakochałam się w przyjemności i że doświadczałam jej w życiu za dużo. Dlatego, aby pozbyć się tej przygnębiającej szarości, musiałam zaakceptować mniej przyjemności w życiu. Potrzebowałam mniej nagród. Jako rodzic musiałam też pokazać Rosy, jak akceptować mniej przyjemności.

Wierzyłam w tę teorię latami. Ale coś mi śmierdziało w idei, że "dopamina zapewnia nam przyjemność". Bo kiedy się zatrzymywałam i uważnie analizowałam, jak się czuję po korzystaniu z telefonu lub zjedzeniu czegoś konkretnego, narracja nie pokrywała się w pełni z moim doświadczeniem. Scrollując telefon późnym wieczorem albo zjadając przy biurku całe opakowanie Pringles, nie czułam się błogo jak po zjedzeniu owocu lotosu. Często wręcz czułam się zgoła przeciwnie. Niejednokrotnie czułam się gorzej niż przedtem. Nader często komentarze w mediach społecznościowych wciągały mnie w spiralę samozwątpienia, poczucia niedostatku lub intensywnej złości. A mimo to logowałam się w portalach, sprawdzałam skrzynkę i kupowałam Pringles dzień za dniem. Co tam się wyrabiało?

Od dwudziestu lat analizuję skomplikowane badania poświęcone naszemu zdrowiu i wyjaśniam niezamierzone nieporozumienia będące pokłosiem nietrafnych i nierzetelnych testów. Najpierw przez blisko dekadę pracowałam jako biochemiczka, z czego przez dwa lata po zrobieniu doktoratu byłam pracownikiem Narodowych Instytutów Zdrowia (NIH). Obecnie piszę raporty poświęcone zdrowiu dzieci dla NPR i przeglądam stosy danych, by oddzielić mity prezentowane w mediach od faktów wynikających z badań naukowych.

Dlatego w 2021 roku postanowiłam zacząć weryfikować idee rozpowszechniane w mediach i przez niektórych naukowców na temat dopaminy i przyjemności. Gdy zagłębiałam się w najnowszych badaniach i rozmawiałam z najlepszymi naukowcami w tej dziedzinie, odkryłam coś niesamowitego. Dowiedziałam się, że ta podstawowa narracja jest błędna - i nie chodzi tu o jakąś drobną pomyłkę. Ona jest całkowicie fałszywa.

Przekonanie: "dopamina = przyjemność" wynika z mającej dekady teorii, którą neuronaukowcy obalili - powoli, ale zdecydowanie - w ciągu ostatnich trzydziestu lat. A błędne pojmowanie działania dopaminy sprawia, że jeszcze trudniej nam przełamać nawyki, których nie chcemy ani u siebie, ani u swoich dzieci - nawyki, które nam nie służą.

Podjęłam decyzję, że poskładam - i naprawdę zrozumiem - prawdziwą opowieść o dopaminie, o tym, co rzeczywiście zapewnia nam przyjemność w życiu i jak nasze pragnienia i zachcianki przekształcają się w nawyki i zachowania kompulsywne. Ten nowy naukowy konsensus wyjaśni nie tylko, dlaczego czułam się taka ponura i ograniczona, ale też, jak można temu zaradzić.

I właśnie to jest celem tej książki: pragnę wyprostować pojmowanie dopaminy i jej niezwykłej roli dla mózgu. A potem wykorzystam nową wiedzę, aby pomóc nam nie tylko radzić sobie z tym potężnymi magnesami w życiu rodzinnym, ale wręcz zapanować nad nimi.

Nowy poradnik na nową erę

Jako rodzice znaleźliśmy się na niezbadanym terytorium i potrzebujemy nowego podręcznika działania pozwalającego zmieniać nawyki. Takiego specjalnie skrojonego pod potrzeby rodziców i ich pociech, opartego na rzetelnych, aktualnych badaniach.

Aby stworzyć ten poradnik, przeczytałam setki prac i rozmawiałam z dziesiątkami neuronaukowców, psychiatrów i psychologów będących światowej sławy ekspertami w tych tematach. W czasie wywiadów pytałam ich o ich nawyki: "Jak sobie radzisz z korzystaniem z telefonu? A co z konsumpcją ultraprzetworzonej żywności?". Wielu z nich okazało się rodzicami małych dzieci i nastolatków, dlatego pytałam również o rodzicielstwo. "Jak nadzorujesz korzystanie przez dzieci z mediów społecznościowych? Z gier wideo? Spożywanie ultraprzetworzonej żywności? Skąd wiadomo, że dziecko jest gotowe do korzystania z konkretnej technologii?"

Po jakimś czasie zaczęłam dostrzegać pewien wzorzec. W całym kraju owi rodzice naukowcy podobnie radzą sobie z magnesami w swoich domach, tak w przypadku samych siebie, jak i w odniesieniu do dzieci.

Uwzględniwszy zasady i idee wypływające z wyłaniającej się teorii zmiany zachowania, ujęłam owo podejście w postaci pięciu kroków zmiany nawyków. Zastosowałam następnie owe zasady do zmiany własnych nawyków dotyczących korzystania z telefonu i mediów społecznościowych oraz jedzenia. Po kilku miesiącach moje nawyki były odmienione - a co jeszcze lepsze, moje zdrowie psychiczne uległo istotnej poprawie.

Szum w mojej głowie każący mi bezustannie sprawdzać telefon lub sięgać po przekąskę ze Starbucksa wreszcie ucichł. Zniknęło również irytujące pobudzenie. Mogłam się wreszcie rozluźnić. Gdy Rosy chciała zostać w parku na jeszcze kwadrans i założyć pod drzewem malutki ogródek dla wróżek, nie goniłam jej do samochodu. Nie czułam już niepokojącego parcia, by sprawdzić e-maile albo wiadomości w telefonie. Cieszyłam się, że trzymam się z dala od internetu.

W tym czasie zredukowałam spożycie alkoholu z jednego-dwóch kieliszków każdego wieczoru do jednego-dwóch kieliszków w miesiącu. Nauczyłam się nie przejadać i, nie zdając sobie z tego sprawy, schudłam blisko siedem kilogramów oraz - co jest chyba największym cudem - przestałam się kłócić z matką (to było ogromnym zaskoczeniem).

Co więcej, stałam się nadproduktywna w pracy - nigdy w mojej dwudziestojednoletniej karierze nie byłam tak efektywna.

Mąż zauważył tę transformację i też zapragnął jej doświadczyć. Zaczął stosować metodę w odniesieniu do włas­nych szkodliwych nawyków (np. sprawdzania wiadomości po sto razy dziennie; przeglądania mediów społecznościowych do pierwszej w nocy każdego wieczoru). A potem wspólnie opracowaliśmy plan dla naszej córki, która w międzyczasie wyrosła z pulchnego, mającego napady złości dzieciaka w pomocną, ambitną siedmiolatkę. Jej zachowanie zmieniło się szybciej niż moje. Jak się dowiemy, mózgi dzieci są elastyczniejsze od mózgów dorosłych, a ich zachowania mogą ulegać dość szybkiej zmianie, jeżeli się wie, jak stosownie wpływać na ich otoczenie.

Potem określiłam cele, które kilka miesięcy wcześniej mog­ły się wydawać głupie lub niemal niemożliwe: Czy zdołam sprawić, aby Rosy chciała ćwiczyć grę na pianinie lub czytać wieczorami, zamiast oglądać kreskówki na Netflixie? Czy doprowadzę do tego, żeby rano sięgała w pierwszej kolejności po książkę, a nie po mój telefon? Zdołam ją zmotywować do tego, by siedząc przy blacie w kuchni, chrupała marchewkę, a nie nurkowała w szafce w poszukiwaniu Oreo? Czy kiedykolwiek zechce pójść po obiedzie pobawić się na dworze - bez błagania, namawiania, wojowania, z rzeczywistej potrzeby przebywania na świeżym powietrzu?

W tej książce objaśniam, jak to osiągnęłam - i jak ty możesz to zrobić w swojej rodzinie.

Ku mojemu zdziwieniu proces nie wymagał ogromu silnej woli ani godzenia się na nudę i deprywację w życiu. Silna wola okazała się nieoczekiwanie mniej potrzebna, a w życiu rodzinnym pojawiło się więcej przyjemności, radości i ekscytacji. W domu częściej gościły zabawa, wolny czas i spokój.

A wystarczyło nauczyć się posługiwać kilkoma rodzicielskimi supermocami, o których nawet nie wiedziałam, że mam je ukryte w rękawie.

Jak korzystać z tej książki

Książka składa się z dwóch głównych opowieści. W jednym z wątków przyjrzymy się wiedzy naukowej i historii tego, jak to się stało, że otaczamy się wszyscy magnesami dopaminowymi, które przez cały dzień przyciągają naszą uwagę i pobudzają nasz apetyt. Drugi to praktyczny przewodnik po tym, jak odzyskać kontrolę, a przy okazji dobrze się bawić - bowiem zabawa odgrywa kluczową rolę w tym procesie.

Prowadzę obydwa wątki równolegle. Zaczniemy od rozdziału zajmującego się wiedzą naukową o magnesach, a potem przejdę od razu do części praktycznej i podsunę nową strategię radzenia sobie z owymi magnesami.

W dalszej części książki połączymy wszystkie strategie w protokół pięciu kroków, który pozwoli przełamać każdy nawyk dziecka i wymienić go na nowy, pozostający w zgodzie z wartościami i celami waszej rodziny - a także wniesie do rodziny więcej radości i przyjemności.

Wykorzystamy protokół do przekształcenia relacji twojej rodziny z ultraprzetworzoną żywnością. Dowiemy się, jak wyeliminować podjadanie tych produktów i jak położyć kres wybrzydzaniu przy jedzeniu. I wreszcie ofiarujesz dziecku wspaniały dar: polubienie i pragnienie żywności nieprzetworzonej - takiej, która naprawdę syci organizm i sprawia, że po jedzeniu czuje się on dobrze.

W wątku naukowym prześledzimy badania kilkorga genialnych i odważnych neuronaukowców, którzy poszli pod prąd w swojej dziedzinie i odkryli największe błędy naukowe XX wieku. W czasie kilku dekad ujawnili oni, jaką rolę dopamina naprawdę odgrywa w mózgu i jak zmienia ona nasze zachowanie.

Prześledzili obwody w mózgu napędzające potężną motywację - taką, która popycha dzieci do ciężkiej pracy, wytrwałości i pokonywania przeszkód. Dowiemy się, jak firmy techno­logiczne i spożywcze wykorzystały wiedzę o tych obwodach, by projektować urządzenia, gry i żywność przyciągające dzieci do ich oferty i prowadzące do niedających zaspokojenia nawyków i kompulsywnej konsumpcji.

Te badania odsłaniają nagą rzeczywistość: w czasie ostatnich piętnastu lat rodziny coraz mocniej wiązały się z tymi magnesami, nie zdając sobie sprawy z kosztów takiego działania. Postępowaliśmy tak wskutek powszechnego nieporozumienia dotyczącego nauki o przyjemności, nawykach i spełnieniu. I żeby uciec, musimy się nauczyć wszystkiego od nowa.

Gdy już zrozumiemy, jak działają te magnesy, będziemy mogli odwrócić dynamikę. Uwolnimy siebie i nasze dzieci od owej siły przyciągania i wyjdziemy z tego obronną ręką. Możemy wykorzystać te same obwody motywacji, by przekształcić nawyki rodziny w wartościowsze, efektywniejsze i - o dziwo - bardziej nagradzające. Właśnie to jest celem drugiej części książki.

W wątku praktycznym poznamy pięć nowych strategii osłabiania motywacji dzieci w dążeniu do magnesów i wzmacniania ich dążenia do wartościowych zajęć, zapewniających im prawdziwe poczucie, że coś osiągnęły, i autentyczną ekscytację życiem.

Zobaczymy, dlaczego owe wartościowe zajęcia potrafią to, co dla magnesów dopaminowych pozostaje nieosiągalne: zaspokajają podstawowe potrzeby dzieci jako istot ludzkich. W całej książce umieściłam siedem minirozdziałów o tym, czego dzieci potrzebują dla zdrowia psychicznego i fizycznego. W tych rozdziałach opisuję siedem podstawowych potrzeb często niezaspokojonych u amerykańskich dzieci. Wyjaśniam, jak magnesy dopaminowe przeszkadzają w zaspokajaniu owych potrzeb, a także prezentuję listę łatwych, niewymagających dużego nadzoru rodzicielskiego zajęć zapełniających te luki.

W rozdziałach praktycznych omówię również cztery powszechne błędy popełniane przez rodziców w kontekście radzenia sobie z magnesami i to, jak owe błędy wnoszą do naszego życia więcej stresu i konfliktów.

Na koniec zaproponuję czterotygodniowy program trwałego odnowienia nawyków ekranowych rodziny. Dowiesz się, jak przesunąć magnesy na peryferie, aby cztery najważniejsze umiejętności - rozmowa z rodziną, skupianie się na produktywnej pracy, dobry sen i podejmowanie fajnych aktywności - mogły zająć środek sceny i rozkwitać w życiu twoich dzieci.

Gdy zaczniesz rozumieć, jak magnesy dopaminowe działają w mózgu - twoim i twojego dziecka - doświadczysz czegoś wspaniałego. Natychmiast zaczną one tracić swoją moc oddziaływania na ciebie. W trakcie dalszej lektury i eksperymentowania z niektórymi z prezentowanych strategii zaczniesz powoli odzyskiwać kontrolę nad czasem i nawykami rodziny, czego rezultatem będzie poprawa waszej kondycji emocjonalnej. Zaczniesz panować nad technologią i ultraprzetworzoną żywnością w sposób, który będzie sprzyjał waszemu życiu, zamiast je niszczyć. Zdobędziesz też narzędzia, które pozwolą ci ofiarować dziecku supermoc XXI wieku: zdolność do koncentracji na trudnym zadaniu przez dłuższy czas bez rozpraszania się.

ROZDZIAŁ 1 Ale ona to tak uwielbia

Przez lata oglądanie kreskówek wydawało się ulubionym hobby Rosy - bez wyjątku.

Każdego dnia prosiła o tę możliwość z wyprzedzeniem, czasami nawet zaraz po przyjściu do domu z przedszkola. "Mamo, kiedy będę mogła oglądać bajki? Kiedy obejrzę bajki?", nagabywała, mimo że miałam jej dać laptopa dopiero za kilka godzin.

A potem, gdy wkładała na uszy turkusowe słuchawki i wcis­kała "start" w Lego Friends: Przyjaciółki na misji, wkraczała w nadzwyczajny stan koncentracji. Rozchylała usta na dobry centymetr. Rzadko mrugała. I siedziała przy tym nieruchomo jak opos udający martwego na skraju drogi. Lego Friends paraliżowały ją.

Nie dajcie się omamić temu cichemu bezruchowi. W naszym domu był on okiem cyklonu. Gdy przychodził moment, że Rosy musiała przestać oglądać kreskówki i zacząć szykować się do spania... Oj! Na samą myśl o tamtych chwilach zalewa mnie fala przerażenia i stresu. Bardzo trudno było jej przestać oglądać. A ja poświęciłam ogrom czasu i wysiłku na próby wymyślenia skuteczniejszych sposobów oderwania jej od ekranu.

Zaczęłam myśleć o tym momencie jak o "zeskoku". Jak w gimnastyce, gdy sportowiec ma bezpiecznie i efektownie zeskoczyć z przyrządu. Aby opuścić drążek, musi wykonać skomplikowaną serię ryzykownych manewrów obejmujących salta i obroty.

Odnosiłam wrażenie, że Rosy musi "zeskoczyć" z Netflixa. Tyle że to ja musiałam wykonać podwójny flip z potrójnym obrotem*. W przeciwnym razie w tej części wieczoru, w której wszyscy potrzebowaliśmy spokoju, by szykować się do snu, następował chaos. Rosy zamieniała się w dwuletnią wersję siebie: krzyczała, płakała i biegała po mieszkaniu jak opętana. Pewnego wieczoru zwinęła się w pozycję embrionalną i schowała na piętnaście minut pod biurko, gdzie cichutko łkała. Musiałam ją stamtąd delikatnie wyciągnąć, gładząc ją po plecach i mówiąc do niej szeptem.

"Dlaczego co wieczór powtarzamy tę potworną rutynę?", zastanawiałam się. Cóż, to jej ulubione hobby.

Wszystkie te intensywne zachowania związane z ekranem - wcześniejsze błaganie, obłędne skupienie w trakcie i napady złości po - interpretowałam tak samo: Rosy uwielbiała, uwielbiała, uwielbiała to, co oglądała. "Moja siedmioletnia córka uwielbia siedzieć przed ekranem", myślałam. Uwielbia Lego Friends na Netflixie. Uwielbia "filmiki edukacyjne" na YouTubie. Uwielbia świat Toca Boca. To dla niej niesamowicie przyjemne. Niczego nie robi tak chętnie. I potrzebuje tego, żeby się zrelaksować i uspokoić każdego dnia. To jej najlepsze zajęcie w czasie wolnym i największa radość w życiu.

Dlatego zawsze czułam się bardzo źle, zabierając jej to. Czułam się jak wredna matka, która musi odbierać swojej jedynej córce dokładnie to, co ta lubi najbardziej na świecie. Dlaczego mama miałaby tak postępować?

Słyszałam podobne słowa od wielu rodziców w całym kraju. Mówili mi, że ich dzieci najbardziej na świecie lubią takie seriale telewizyjne jak Psi Patrol, Bluey czy Pełna chata. Inne darzyły uwielbieniem gry wideo takie jak Minecraft czy World of Warcraft. Albo tak bardzo lubią TikToka lub YouTube'a, że przeglądanie treści na tych platformach nie jest ich ulubionym hobby; jest w zasadzie ich jedynym hobby.

Innymi słowy: tym, co wiąże dzieciaki z magnesami dopaminowymi tak cholernie mocno, jest uwielbienie i przyjemność. Lecz czy nasze dzieci wydają się szczęśliwsze, gdy spędzają z tymi urządzeniami coraz więcej czasu? Ich życie obfituje w przyjemność?

W naszym domu zdecydowanie nie obserwowałam coraz większych pokładów radości, gdy Rosy spędzała więcej czasu na Netflixie lub YouTubie. Obserwowałam coś zgoła przeciwnego: pojawiało się coraz więcej konfliktów, łez i trudności dla całej rodziny. Widziałam, jak spokojne dziecko zamieniało się w tornado krzyku i złości, jak radosny dzieciak smutniał.

I właśnie tak brzmiało pierwsze pytanie, jakie zadałam neuronaukowcom na temat współczesnej aktywności ekranowej: Co się dzieje z radością? Bo na początku czynności te są fajne, relaksujące, ale z czasem owa przyjemność zdaje się blednąć (a niekiedy wręcz stawać własnym przeciwieństwem).

Tak uzmysłowiłam sobie, że wszystko, co wiedziałam o pragnieniu i przyjemności, okazało się błędne. Napady złości Rosy nie wypływały z uwielbienia. Działałam, opierając się na mylnym rozumieniu neuronauki - wywodzące się z naukowej pomyłki z lat 50. XX wieku.

Wszystko zaczęło się w niedzielny wieczór 1954 roku, gdy młody neuronaukowiec wpadł do domu po długim dniu w laboratorium i uraczył żonę śmiałym stwierdzeniem.

"Odkryłem ośrodek przyjemności w mózgu!", wykrzyknął do małżonki Jim Olds, wkraczając do ich domu w Montrealu4.

W tamtym czasie Olds był stażystą podoktorskim na Uniwersytecie McGilla i badał mózgi szczurów. Uważał, że jego odkrycie jest tak rewolucyjne, że zmieni bieg neuro­nauki i psychologii. I miał co do tego rację. Nawet dzisiaj jego wnioski odbijają się echem w nauce i kształtują życie większości amerykańskich rodzin.

Olds jednak nie zdawał sobie sprawy, że jego wniosek był całkowicie błędny, a interpretacja tego odkrycia pchnie naukowców w szaloną króliczą norę, z której zaczną się wreszcie wygrzebywać dopiero teraz, po blisko siedemdziesięciu latach.

Wielu z nas opiera swoje rozumienie przyjemności i uzależnienia na tych mylnych wnioskach wyciągniętych w latach 50. XX wieku, a owo nieporozumienie nie pozwala nam się właściwie przygotować do relacji z naszymi telefonami, Netflixem, ciasteczkami Oreo i - w moim przypadku - codziennym kieliszkiem Chardonnay.

W to brzemienne w skutki niedzielne popołudnie Olds bawił się nowoczesną - aczkolwiek barbarzyńską - techniką badawczą. Nazywa się ona głęboką stymulacją mózgu i polega na tym, że z końcówek kilku kabelków usuwa się izolację i takie kabelki umieszcza się w mózgu szczura. Gdy Olds przesuwał dźwigienkę, mógł przesyłać prąd przez kabelki i aktywować dany obszar w mózgu. Bzz, bzz!

Tego dnia naukowiec umieścił kabelki w obszarach móz­gu położonych tuż za oczami po obu stronach głowy. Gdy włączał prąd, bzz, bzz, zwierzę zachowywało się w zaskakujący sposób. Wyglądało to tak, jakby szczur lubił - czy wręcz uwielbiał - gdy rażono ten obszar. Olds zastanawiał się, czy to możliwe, że aktywacja tego rejonu mózgu wywołuje u nas cudowne doznania.

Gdy naukowiec pozwalał szczurowi włączać prąd samodzielnie - bzz, bzz - poprzez przyciskanie dźwigienki - pyk, pyk - taki zwierzak pyk, pyk, pykał ją zawzięcie i ten malutki obszar w mózgu był u niego aktywny. Przez cały dzień. Pyk, pyk, pyk. Pyk, pyk, pyk.

W jednym z eksperymentów szczur "stymulował się" przez trzy tygodnie z rzędu i poraził się prądem osiemset pięćdziesiąt tysięcy razy. Pyk, pyk, pyk. Pewnie nigdy by nie przestał, gdyby nie to, że dwóch naukowców przeprowadzających badanie miało już dość przyglądania się zwierzęciu i przerwało proces5.

Wreszcie Olds i inni naukowcy przeprowadzili takie same eksperymenty dotyczące samostymulacji na rozmaitych gatunkach zwierząt - psach, kurczakach, złotych rybkach, królikach, delfinach, małpach i, owszem, ludziach (w wysoce nieetycznych badaniach)**. Wszystkie stworzenia postępowały tak samo: kompulsywnie wciskały guzik. Pyk, pyk, pyk. Często nie robiąc nic więcej, także nie śpiąc i nie jedząc. Pyk, pyk, pyk.

Pewien mężczyzna, którego lekarze umieścili w szpitalu z powodu depresji i "homoseksualizmu", wcisnął guzik niemal półtora tysiąca razy w ciągu trzygodzinnej sesji6. (Jeśli chodzi o ludzi, badania nie tylko były nieetyczne, ale też nie prowadziły do tak oczywistych wniosków, jak badacze początkowo je przedstawiali. Właśnie eksperymenty z udziałem ludzi wskazywały na pierwsze luki w hipotezie Oldsa o ośrodku przyjemności)7.

Czytając opisy owych eksperymentów, myślałam o swoim przyjacielu, który uwielbia grać w gry wideo przez cztery, pięć, sześć godzin z rzędu, pyk, pyk, pyk. I o sobie scrollującej co wieczór Twittera do pierwszej w nocy, myk, myk, myk. I o Rosy wcinającej krakersy, aż zobaczy dno w pudełku, chrup, chrup, chrup.

Wydawało mi się, że zwierzęta i ludzie wciskają guzik, bo wywołuje to u nich taką przyjemność. Pyk, pyk, pyk, znaczy szczęście, szczęście, szczęście, czyż nie? Cała ta samo­stymulacja prowadzi do tego, że czujemy się tak dobrze.

Do takiego wniosku doszedł Olds. Uznał, że naprawdę znalazł ośrodek przyjemności w mózgu: mały zbitek neuronów wielkości mniej więcej orzecha włoskiego za każdym z oczu, zapewniający nam wskutek jego aktywacji cudowne wrażenia. "Ach! Toż to czysta przyjemność".

To była bardzo atrakcyjna idea. Zdawała się podsuwać prosty sposób na rozprawienie się z nieszczęściem lub cierpieniem. "Lekarstwa i stymulacja elektryczna mogą zapewnić masom błogość", pisali neuronaukowcy w tamtym czasie. Pyk, pyk, pyk8.

Społeczność naukowa - i kultura popularna - łyknęła ideę "ośrodka przyjemności" bez zastrzeżeń, z haczykiem, żyłką i elektrodą. Psychologowie szybko zmienili swoje przekonania na temat ludzkiej motywacji. Nowa teoria głosiła, że tym, co popycha nas do działania, nie jest dążenie do zaspokojenia jakiejś potrzeby podstawowej (na przykład głodu) lub uwolnienie się od bólu wywołanego niezaspokojeniem potrzeby podstawowej (jak w wypadku pragnienia), ale przyjemność - to ona motywuje działanie u nas wszystkich, od szczurów i królików po rabinów i specjalistów z dziedziny robotyki. Intensywna i nieokiełznana przyjemność.

Neuronaukowcy szybko znaleźli substancję chemiczną, czyli neuroprzekaźnik, zdającą się kodować przyjemność w mózgu: 3,4-dihydroksy-L-fenyloalaninę (ang. L-3,4-dihydro­xyphenethylamine; z podkreślonych liter uzyskamy DOP + amine = DOPAmine***). I "dopamina nagle stała się substancją o krytycznym znaczeniu dla życia, jakie znamy", napisali neuronaukowcy ponad sześćdziesiąt lat późnej w czasopiśmie "Current Biology"9.

Przez kolejnych kilka dekad hipoteza przyjemności dalej się umacniała. W latach 80. XX wieku naukowcy uznali, że temat przyjemności - i dopaminy - mają przeanalizowany. Zdawały się to potwierdzać liczne badania. Hipoteza weszła do naukowego kanonu - a za pośrednictwem artykułów, książek, programów publicystycznych i wreszcie mediów społecznościowych wszyscy staliśmy się "ekspertami" od magicznego neuroprzekaźnika i dziś używamy żargonowych określeń, takich jak "cząsteczka przyjemności" i "skok dopaminowy", by opisać, jakie odczucia budzą w nas aplikacje, gry wideo i wszystkie te pyk, pyk, pyki, myk, myk, myki i chrup, chrup, chrupy.

Wszyscy uwierzyliśmy, że to przyjemność motywuje nas do działania i powtarzania czynności do znudzenia. Skoro coś na ekranie wciąga nas na tyle mocno, że nie możemy się od niego oderwać, to niewątpliwie zapewnia nam to przyjemność. Jeżeli wrzucamy do ust jednego ziemniaczanego czipsa za drugim, każdy kolejny niewątpliwie daje nam coraz więcej przyjemności. Zakłócenie tego procesu - i sugestia, byśmy zrobili coś mniej "stymulującego" lub zjedli coś mniej kuszącego - oznaczałoby coś okropnego: odebranie przyjemności. A kto by tego chciał?

A gdyby się okazało, że cała ta teoria jest błędna? Co by było, gdyby za pyk, pyk, pykaniem, myk, myk, mykaniem i chrup, chrup, chrupaniem szczurów Oldsa, naszych dzieci, a nawet nas, dorosłych, stało coś zupełnie innego?

A jeśli cała ta teoria jest błędna?

A co, jeśli małpa siedząca na krześle i naciskająca guzik przez szesnaście godzin nie odczuwała przyjemności? Tak nie do końca ją czuła. A może wręcz czuła coś negatywnego. Dyskomfort. Coś podobnego do tego, czego doświadczała Rosy po oglądaniu Lego Friends przez trzy godziny. Albo do tego przygnębienia, które ja czułam na plaży, gdy nie mogłam przestać sprawdzać e-maili, esemesów i kont w mediach społecznościowych. Pyk, pyk, pyk.

A mimo to małpa, Rosy i ja nie mogłyśmy przestać wciskać guzika. Dlaczego?

A co, jeśli dopamina nie koduje przyjemności, tylko coś innego?

Właśnie coś takiego młody neuronaukowiec z Uniwersytetu w Michigan zaczął sobie uświadamiać trzydzieści lat po wygłoszonym do żony śmiałym stwierdzeniu Oldsa, że znalazł ośrodek przyjemności w mózgu. Odkrycie tego młodego profesora zrewolucjonizowało kanon naukowy dotyczący przyjemności i dopaminy.

Gdy poznałam Kenta C. Berridge'a w jego gabinecie w Ann Arbor w stanie Michigan, odniosłam wrażenie, jakbym się cofnęła w czasie, może do lat 50. XX wieku. Berridge urządził pomieszczenie w dawnym stylu akademickim: skórzane fotele, skórzana kanapa i regały z ciemnego drewna. Na biurku ustawił staromodny słój z przezroczystym płynem i zatopionym w nim mózgiem.

- To ludzki mózg? - spytałam, wskazując na słój.

- Tak, to jest ludzki mózg - odpowiedział Berridge, cicho chichocząc.

Mężczyzna o okrągłych oczach i wesołym usposobieniu kojarzył mi się z postacią ojca z telewizyjnego serialu z lat 50., takiego z Leave it to Beaver czy Father Knows Best.

Nie domyśliłbyś się, że Berridge został naukowym bohaterem, zwłaszcza w dziedzinie uzależnień. Przez wiele dekad pracował niestrudzenie nad odkryciem czynników zmuszających ludzi do powrotu, gdy ci starają się zerwać z nałogiem, oraz narzędzi, które mogłyby pomóc temu zapobiegać. A przy okazji postawił na głowie wiedzę na temat tego, jak dopamina działa w mózgu.

Lecz uzyskanie statusu "bohatera" nie przyszło Berridge'owi łatwo. Najpierw musiał przez dekadę znosić szyderstwa i ostracyzm ze strony badaczy dopaminy. "Prace Jamesa Oldsa całkowicie mnie przekonywały", wyznał. "Nie wątpiłem, że dopamina wywołuje przyjemność. Nawet uczyłem tej hipotezy swoich studentów".

Postanowił potwierdzić teorię Oldsa w ramach własnych eksperymentów laboratoryjnych. "Cieszyłem się, że dorzucę kolejne dowody na potwierdzenie hipotezy o przyjemności", powiedział z łagodnym uśmiechem.

W tamtym czasie opracował narzędzie, które idealnie nadawało się do tego celu. W ramach pracy magisterskiej znalazł sposób na zmierzenie, na ile doznanie podoba się szczurowi - jak dużą "przyjemność" mu daje. (Ujęłam słowo "przyjemność" w cudzysłów, ponieważ nie możemy stwierdzić, czy szczur ją odczuwa).

Berridge uświadomił sobie, że zwierzęta, w tym ludzie, pokazują, że coś im smakuje, za pomocą wyrazu twarzy. Na przykład gdy Rosy była jeszcze sześciomiesięcznym bobasem, podsunęłam jej do spróbowania lody. Buzia natychmiast się jej rozpromieniła. Moja córka uśmiechnęła się, cmoknęła ustami i oblizała je. Jej mina wyraźnie pokazywała: "O tak! To mi smakuje!".

"Od tysięcy lat na tej podstawie rodzice mogą określić, czy dane jedzenie smakuje dziecku, prawda?", zauważył Berridge i zademonstrował reakcję dziecka, które cmoka, a potem się uśmiecha. "Okazuje się, że szczury mają podobną minę", dodał. Oblizują wargi. Pocierają pyszczki łapkami. Pokazują, że smak cukru zapewnia im dobre doznania.

Profesor uznał, że szczurza mimika jest doskonałym narzędziem do ostatecznego wykazania, że dopamina koduje w zwierzęcych mózgach przyjemność. Mógł przeprowadzić prosty eksperyment. Zamierzał zablokować z pomocą lekarstwa działanie dopaminy w mózgach niektórych szczurów, a potem każdemu dać smakołyk (słodki napój), by wykazać, że ten przestał mu sprawiać przyjemność. Takie szczury nie będą oblizywały warg ani pocierały pyszczka łapkami.

Berridge świetnie pamiętał, kiedy przeprowadził pierwszy eksperyment. "To było w czasie przerwy bożonarodzeniowej". On i magistrant pracowali wtedy w laboratorium. "A gdy daliś­my zwierzętom posmakować czegoś słodkiego, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom".

Nawet te zwierzęta, do których mózgów dopamina nie docierała, wydawały się zachwycone słodkim roztworem. I to nie trochę, ale równie mocno jak te szczury, których móz­gi dopamina zalewała. Oblizywały wargi. Pocierały pyszczki łapkami. Blokada dopaminy zdawała się nie mieć wpływu na poziom przyjemności, jaki słodki napój dawał zwierzętom. Najmniejszego.

"Wykazywały zupełnie normalną reakcję na słodycz", wspominał Berridge.

Na początku zlekceważył wyniki. "Magistrant w to nie wierzył", powiedział mi. "Kolega pracujący na tym samym piętrze też nie. Nikt w to nie wierzył. Wszyscy sądziliśmy, że popełniliśmy błąd. No wie pani, nauka jest jak pieczenie sufletu. Trzeba wszystkie kroki wykonać prawidłowo, żeby się udało".

Dlatego Berridge i magistrant zrobili to, co świetni nau­kowcy robią najlepiej: powtórzyli eksperyment, nie jeden raz, tylko wiele, wiele razy. Wprowadzając rozmaite wariacje. Wypróbowywali różne środki blokujące wydzielanie dopaminy. Użyli nawet toksyny, żeby dezaktywować prawie wszystkie neurony dopaminowe w mózgach szczurów. I za każdym razem uzyskiwali taki sam wynik: mimo braku dopaminy szczury nadal lubiły słodki smak.

Co tam się wyrabiało?

Po opublikowaniu wyników przez Berridge'a jego koledzy przypisali rezultaty badań brakowi kompetencji. Stwierdzili: "Cóż, najwyraźniej nie potrafisz przeprowadzać eksperymentów. Nie potrafisz nawet odtworzyć czegoś, o czym powszechnie wiadomo. Może powinieneś pomyśleć o zmianie kariery", wspominał szczerze ich słowa. "I wcale nie byli aż tacy surowi", dodał ze śmiechem, a potem westchnął. Przesłanie jednak wydawało mu się oczywiste: to on się mylił, nie hipoteza. "Nie mam im tego za złe", przyznał. "Dysponowałem jednym badaniem wykazującym błąd [hipotezy]... oni zaś mieli wielki stos pozytywnych dowodów. Komu by pani uwierzyła?"

Profesor wspominał konferencję, w czasie której starsi badacze nawet nie podchodzili do jego posteru, by rozmawiać o jego odkryciach. "Nie chcieli się wdawać w dyskusje z tym szaleńcem"10.

Lecz Berridge nie oszalał, co okazuje się oczywiste, gdy przebywa się w jego towarzystwie. Mimo przyjacielskiej powierzchowności tatusia z telewizji cechują go klarowna logika i wytrwałość. Jest na wskroś upartym naukowcem.

Przemyślał głęboko swoje eksperymenty i niczym śledczy szukał w nich wskazówki podpowiadającej, co się dzieje. Przypomniał sobie coś szczególnego w zachowaniu wolnych od dopaminy szczurów - były leniwe. Superleniwe. W trakcie eksperymentu zamieniały się w największe szczurze lenie świata. Trochę jak palacze maryśki w piątkowy wieczór; słodka woda ogromnie im smakowała, ale lenistwo nie pozwalało im nawet podejść do niej, żeby się jej napić. Berridge i jego studenci musieli podawać ją zwierzętom przez rurkę, ponieważ były zbyt wyzute z motywacji, by zrobić to samodzielnie.

I właśnie to kazało Berridge'owi zacząć się zastanawiać, czy dopamina nie odpowiada raczej za motywację niż za przyjemność. Może każe nam aktywnie poszukiwać przyjemności?

W celu przetestowania tej hipotezy stworzył przeciwieństwo leniwych szczurów - szczury na superdopaminie.

Zamiast blokować obwód dopaminowy, podkręcił go tak, jak podrasowuje się stare auta przed wyścigiem równoległym w sobotni wieczór.

Co się wydarzyło? Cóż, te szczury nie wydawały się lubić słodkiej wody bardziej lub mniej od zwyczajnych. "Większa ilość dopaminy zdecydowanie nie czyniła cukru źródłem większej przyjemności", powiedział Berridge. "Wręcz smakował tym szczurom mniej. U tych zwierząt wykształciła się niechęć do niego".

Gdy Berridge zwiększył ilość dopaminy docierającej do mózgów szczurów, te przestały się cieszyć dobrym życiem. Nie towarzyszyło im wieczne poczucie "Ach, życie jest takie przyjemne".

Zachowywały się zgoła przeciwnie. Stały się nadzwyczaj zajęte. Jakby Berridge dał futrzakom magiczne zastrzyki z espresso, które nigdy nie przestawało działać.

"Zamiast siedzieć i cieszyć się elektrodami, szczury odczuwały wysoką motywację", wyjaśnił Berridge. A każdy z nich skupiał się na konkretnej czynności. Niektóre szczury na super­dopaminie piły na przykład wodę... przez cały dzień. Inne usiłowały raz za razem uprawiać seks. Zdarzało się nawet, że stawały się superzmotywowanymi mamusiami i tatusiami. Zachowywały się jak rodzice helikoptery: zalewały swoje potomstwo mnóstwem miłości i uwagi.

Były też obżartuchy. "Gdy aktywowaliśmy elektrody, zjadały od czterech do ośmiu razy więcej niż normalnie", powiedział Berridge. Spożywały od czterech do ośmiu razy więcej kalorii, niż potrzebowały! To tak jakbym zjadała codziennie trzydzieś­ci dwa BigMacki.

Ale - i to miało kluczowe znaczenie - obżartuchy nie zdawały się lubić jedzenia lub cukru bardziej przy aktywowanych elektrodach. Po prostu tylko jadły - i jadły, i jadły, i jadły. Chrup, chrup, chrup.

Podkręcenie obwodu dopaminowego u szczurów nie przyczyniło się do zwiększenia radości lub przyjemności w ich życiu. Za to stworzyło obsesyjne pętle pożądania. Ich chcenie wchodziło na najwyższe obroty****.

W tym momencie Berridge wreszcie uwierzył w swoje dane. Dostrzegł, że neuronauka popełniła wielki błąd. "Wtedy wiedziałem już, że dopamina nie koduje przyjemności", stwierdził.

I tak w małym laboratorium w Ann Arbor na początku lat 90. XX wieku Berridge i jego magistranci zaczęli niszczyć stary model, eksperyment za eksperymentem. Zaczęli widzieć to, czego reszta specjalistów z branży nie zauważała: wysoki poziom dopaminy w mózgu nie wywołuje fali przyjemności, jak utrzymywał stary model. Dopamina wywołuje falę motywacji. Budzi intensywne pożądanie. A także zapewnia energię i zapał w dążeniu do tego, czego się chce.

Nie jest to jednak chcenie czegoś tylko raz. Dopamina nie poprzestaje na "poproszę jeden, proszę pani. Dziękuję". Fala dopaminy każe ci zrobić coś teraz... a potem znowu, gdy tylko będzie to możliwe. Wcisnąć guzik. Zamieścić komentarz. Poscrollować. Obejrzeć. Schrupać. Dopamina sprawia, że chcesz raz po raz.

I właśnie dlatego, jak wyjaśnił mi Berridge, zwierzęta i ludzie w latach 50. nie mogli przestać się stymulować poprzez naciskanie na dźwignię. Prąd przepływający przez ich układ dopaminowy wzbudzał myśl: "Zrób to jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz". Zwierzęta i ludzie nie uwielbiali elektrody. Nie odczuwali ciągłej przyjemności. Czuli natomiast ciągłe pragnienie, by pyk, pyk, pykać. Odczuwali ciągłą tęsknotę. Nieustające chcenie.

- Zatem hipoteza o przyjemnoś­ci jest całkowicie błędna? - spytałam.

- Cóż, była taka atrakcyjna - odparł. - Ale tak, hipoteza o przyjemności jest całkowicie błędna.

Gdy Berridge mi to tłumaczył tamtego dnia w swoim gabinecie, wracałam myślami do Rosy i jej potrzeby oglądania kreskówek. I do faktu, że po godzinnej lub dłuższej sesji wcale nie wydawała się nurzać w przyjemności lub radości, za to odczuwała intensywną motywację, żeby obejrzeć więcej filmów.

Potem, po powrocie do domu i do Rosy, co rusz wracałam myślami do szczurów na superdopaminie, które jadły i piły za dużo. Zaczęło do mnie docierać, że podobnie jak specjaliści z branży, popełniałam wielki błąd. Tak jak naukowcy, którzy mylnie zinterpretowali zachowanie szczurów (pyk, pyk, pyk), ja mylnie interpretowałam zachowanie Rosy (oglądać, oglądać, oglądać). Pomyliłam chcenie z przyjemnością.

Wróćmy do typowego wieczoru w domu rodziny Doucleffów. Jest dwudziesta i Lego Friends wprowadziły Rosy w stan transu. Córka wpatruje się z wielkim skupieniem w ekran. Jej ciało trwa w doskonałym bezruchu.

Gdy Rosy ogląda kreskówki lub gra w gry wideo, jej mózg produkuje małe fale dopaminy, jedną po drugiej, jak powiedziała mi Anne-Noël Samaha, która bada uzależnienia na Uniwersytecie Montrealskim i też ma małe dzieci. Jak zobaczymy, aplikacje i seriale mogą wywoływać takie małe skoki dopaminy na wiele sposobów. Często dzieje się tak, gdy odcinek lub gra rodzi na koniec pytanie. "Co się stanie z Bluey? Co się znajduje za tym krzakiem?" Dziecko pragnie poznać odpowiedź.

"Dlatego poziom dopaminy okresowo wzrasta, gdy dzieci oglądają film lub grają w grę, a dzieje się to za sprawą treści na ekranie i poziomu zaangażowania", wyjaśniła Samaha.

Gdy Rosy siedzi jak zahipnotyzowana przed Lego Friends, ja wkraczam do jej pokoju z minutnikiem i szczoteczką do zębów i mówię: "Czas się skończył. Wyłącz aplikację i umyj zęby. Pora iść spać", czym rozpętuję istne piekło! Krzyk, płacz, bieganie, chowanie się pod biurkiem w salonie. Zdarza się nawet rzucanie przedmiotami.

Zawsze interpretowałam to intensywne zachowanie - ekstremalne pożądanie i potrzebę oglądania kreskówek - jako przejaw skrajnego upodobania i przyjemności, jaką kreskówki dają córce. Berridge pomógł mi jednak uświadomić sobie, że moja interpretacja była błędna. W chwilach, w których pomagałam Rosy wykonać zeskok, zaczęłam widzieć u niej inną emocję.

"Kiedy przerywasz dziecku gwałtownie [grę lub oglądanie filmu], poziom dopaminy nadal jest wysoki", wytłumaczyła mi Samaha. "A co robi dopamina? Informuje cię, że musisz się zmobilizować. Musisz coś zrobić. Mówi ci, że dzieje się coś ważnego".

Dopamina pobudzała Rosy do kontynuowania przerwanej czynności! Obejrzyj więcej. Obejrzyj więcej. Była zmotywowana, by osiągnąć to, czego chciała, choćby nie wiem co. Miała się wykazać wytrwałością, pokonać napotkane utrudnienia i zrealizować ważny cel, jakim było obejrzenie Lego Friends. Miała przeć naprzód i poradzić sobie z każdą przeszkodą. Miała nie tylko dalej pyk, pyk, pykać, ale walczyć o to, by móc to robić.

Innymi słowy, nadmiar dopaminy w mózgu Rosy kazał jej znaleźć sposób na poradzenie sobie z tą szurniętą babką w średnim wieku z minutnikiem i szczoteczką do zębów, która przeszkadzała jej w osiągnięciu celu. Kazał jej obejść jakoś porę kładzenia się spać!

Po rozmowie z Berridge'em i przeczytaniu jego artykułów na temat prawdziwej roli dopaminy w mózgu zaczęła się we mnie rodzić wyzwalająca myśl: w chwilach, w których Rosy odczuwała tak silne emocje wzbudzane przez kreskówki, nie czuła obłędnej przyjemności; ona doświadczała obłędnej motywacji.

Podobnie jak u szczurów Berridge'a, intensywna motywacja nie oznaczała, że na pewno pojawi się intensywna przyjemność. Wręcz przeciwnie, o czym dowiem się niebawem: bardzo częs­to Rosy będzie musiała poświęcić mnóstwo wysiłku i czasu, by uzyskać okruch nagrody.

* Zaczęłam dostrzegać, że myśl o "zeskoku" towarzyszyła mi wszędzie w życiu. Gdy postanowiłam napić się wina, jak miałam poprzestać na jednym lub dwóch kieliszkach? Gdy zaczęłam oglądać Terapię par, jak miałam zakończyć po jednym lub dwóch odcinkach? Skoro Rosy zjadła już trzy ciasteczka, jak miała nie sięgnąć po kolejne? Wszyscy musimy wyskakiwać z cyklu łaknienia. I okazuje się, że dysponujemy kilkoma narzędziami, które mogą nam pomóc. Poznamy je w kroku 3.
** Neuronaukowiec Robert Heath przeprowadził nieetyczne eksperymenty na przebywających w ośrodku psychiatrycznym pacjentach cierpiących na epilepsję, depresję, schizofrenię i inne zaburzenia.
*** Co ciekawe, angielskie słowo dope pochodzi od holenderskiego doop, czyli określenia gęstego sosu. Później zaczęto tak nazywać gęsty wywar z kwiatów maku - czyli opium. Jak się jednak przekonamy, wbrew temu, co mogłoby sugerować lingwistyczne podobieństwo, dopamina może mieć na mózg zgoła przeciwne działanie niż opium.
**** Przypadkowy eksperyment z użyciem leków na chorobę Parkinsona dał podobne wyniki u ludzi. Podkręcenie układu dopaminowego nie przyczynia się do tego, że się bardziej cieszymy życiem albo doświadczamy w nim więcej przyjemności. Zamiast tego wielu z nas uzależnia się od jedzenia, picia, zakupów, seksu, pornografii i innych zachowań konsumpcyjnych.

Krok 1

Przejmij ster

Po rozmowie z Kentem Berridge'em zalała mnie potężna fala ulgi. Odnosiłam wrażenie, jakbym po latach dźwigania na barkach ciężkiego głazu miała wreszcie dość siły, żeby go odrzucić. I mogłam pójść za głosem intuicji co do czasu ekranowego Rosy.

Za każdy razem, gdy Rosy zaczynała oglądać drugi odcinek Lego Friends, w mojej głowie odzywał się cichy, zatroskany głos: "Hm, czy naprawdę powinnam jej pozwalać spędzać na tym tyle czasu?". Ignorowałam ten głosik przez lata. Teraz nie tylko zaczęłam go słuchać, ale też pozwalałam, by moje obawy stawały się głośniejsze. Pozwoliłam wręcz na to, by wygrały.

Bo skoro to nie przyjemność napędzała nałogowe oglądanie kreskówek przez Rosy, pozbyłam się empatycznej potrzeby pozwalania jej na korzystanie z Netflixa, YouTube'a czy czegoś innego, o co danego wieczoru błagała.

I widziałam wszystkie przejawy tego, że Lego Friends nie zapewniały mojej córce przyjemności. Kreskówki wzbudzały w niej silną motywację, która z czasem ją frustrowała, rodziła dyskomfort, a nawet ją stresowała. W rezultacie Rosy często czuła się niezadowolona, wyzuta z energii, a nawet zła. Nie podobały się jej te gorączkowe emocje, podobnie jak mnie.

Po raz pierwszy w życiu Rosy dostrzegłam, że redukcja czasu spędzanego przed ekranem - a nawet całkowite zlikwidowanie go - nie oznaczało pozbawienia jej ulubionego hobby ani cudownego sposobu spędzania wolnego czasu. Raczej było chronieniem jej przed nieprzyjemnymi emocjami.

Uzmysłowienie sobie tego podziałało na mnie jako na rodzica wyzwalająco, ponieważ otworzyło przed naszą rodziną całkowicie nowe możliwości. Wreszcie miałam okazję się zastanowić: Skoro Lego Friends nie były ulubionym hobby Rosy, to co nim było?

Gdzieś pośród tego szumu i dyskusji o tym, ile czasu Rosy może spędzać przed ekranem i ile ultraprzetworzonej żywności mogę jej dawać, straciłam z oczu to, czego tak naprawdę dla niej chciałam. A w zasadzie, czego chciałam dla całej naszej rodziny. Byłam tak zajęta radzeniem sobie z życiem z Netflixem, YouTube'em i Nabisco, że nawet nie myślałam o tym, co bym dla nas wybrała, gdyby te firmy nie były obecne w naszej codzienności.

Gdyby Rosy nie oglądała kreskówek każdego wieczoru po kolacji i w weekendy, jak by spędzała czas? Gdybym przestała się przejmować tym, czy daję jej za dużo, czy za mało czasu w internecie, co bym wybrała dla niej i naszej rodziny? Co bym zawarła na swojej liście idealnych dla niej zajęć? I co by wybrała Rosy?

I równie istotne: Gdybyśmy nie kupowali nieskończenie wielu ultraprzetworzonych przekąsek, od batonów z granoli przez krakersy w kształcie rybek po Pirate's Booty i Cheez-Its, co mielibyśmy ochotę jeść? Co by wypełniało nasze szafki i lodówkę? Co by było naszą ulubioną potrawą?

To były ważne pytania. Szybko do mnie docierało, że wręcz fundamentalne. Jak zobaczymy w tej książce, udzielenie na nie odpowiedzi jest pierwszym istotnym krokiem w odejściu od nawyku, którego nie chcesz - i uwolnienia swojego życia od działania tych potężnych magnesów, które dopuściliśmy do siebie, a które miotają nami na wszystkie strony.

W ciągu minionej dekady neuronaukowcy i psychologowie odkryli, że zanim ograniczysz lub wykluczysz jakąś czynność lub jedzenie ze swojego życia, musisz najpierw zidentyfikować alternatywne zajęcia lub jedzenie, żeby zastąpić nimi te niechciane.

Wymóg ten początkowo mnie zniechęcał, ale szybko się zorientowałam, że daje mi cudowną możliwość decydowania, od podstaw, jak nasza rodzina będzie spędzać czas wolny i jakie produkty będziemy wprowadzali do naszych organizmów.

Mogłam przejąć ster naszego rodzinnego życia. Mogłam wypchnąć z miejsca kierowcy firmy technologiczne i spożywcze, wskoczyć za kierownicę i poprowadzić życie mojej rodziny w takim kierunku, w jakim chciałam to robić.

Od czego zacząć? Potrzebowałam jakiejś mapy, która zawiodłaby nas ku życiu, o jakim marzyliśmy. Korzystając z wiedzy psychologów behawioralnych i neuronaukowców, obmyśliłam prosty, ale mocny punkt wyjścia: należy stworzyć wymarzoną listę celów i aspiracji rodziny.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Przypisy końcowe

Prolog

1 The Common Sense Census: Media Use by Kids Zero to Eight, Common Sense Media, 2025, https://www.commonsensemedia.org/sites/default/.les/research/report/2025-common-sense-census-web-2.pdf; J. Rothwell, How Parenting and Self-Control Mediate the Link Between Social Media Use and Youth Mental Health, Institute for Family Studies and Gallup, 11 października 2023, https://ifstudies.org/ifs-admin/resources/briefs/ifs-gallup-parentingsocialmediascreentime-october2023-1.pdf; A. Dimi­tri, D.A. Christakis i in., Adolescent Smartphone Use During School Hours, "JAMA Pediatrics" 2025, nr 179 (4), s. 475-478, doi:10.1001/jamapediatrics.2024.6627.
2 A. Callahan, How America Got Hooked on Ultraprocessed Foods, "New York Times", 16 października 2025, https://www.nytimes.com/interactive/2025/10/16/well/eat/ultraprocessed-food-junk-history.html; H.Z. Veit, Picky: How American Children Became the Fussiest Eaters in History, St. Martin's Press, 2026.
3 L. Wang i in., Trends in Consumption of Ultraprocessed Foods Among US Youths Aged 2-19 Years, 1999-2018, "JAMA" 2021, nr 326 (6), s. 519-530, doi:10.1001/jama.2021.10238; A.M. Williams, Ultra-Processed Food Consumptionin Youth and Adults: United States, August 2021-August 2023, National Center for Health Statistics, Data Brief No. 536, sierpień 2025, https://www.cdc.gov/nchs/data/databriefs/db536.pdf.

Rozdział 1. Ale ona to tak uwielbia

4 O.E. Dror, Cold War "Super-Pleasure": Insatiability, Self-Stimulation, and the Postwar Brain, "Osiris" 2016, nr 31, s. 227-249, doi:10.1086/688162; In Memoriam: James Olds, California Institute of Technology, http://calteches.library.caltech.edu/3156/1/inmemoriam.pdf.
5 O.E. Dror, Cold War..., dz. cyt.; E.S. Valenstein, Brain Control: A Critical Examination of Brain Stimulation and Psychosurgery, Wiley, 1973, s. 67-68.
6 R. Colvile, The "Gay Cure" Experiments that Were Written Out of Scien­tific History, "Mosaic", 4 lipca 2016, https://web.archive.org/web/20160812015835/http://mosaicscience.com/story/gay-cure-experiments.
7 M.L. Kringelbach, K.C. Berridge, New Pleasure Circuit Found in the Brain, "Scientific American", 1 sierpnia 2012, https://www.scientificamerican.com/article/new-pleasure-circuit-found-brain.
8 Ciż, The Functional Neuroanatomy of Pleasure and Happiness, "Social Research" 2010, nr 77 (2), s. 659-78, doi:10.1353/sor.2010.0049.
9 K.M. Costa, G. Scheonbaum, Dopamine, "Current Biology" 2022, nr 32 (15), s. R817-R824, https://www.cell.com/current-biology/fulltext/S0960-9822(22)01022-3.
10 M. Schatzker, The End of Craving: Recovering the Lost Wisdom of Eating Well, Avid Reader Press, 2021, s. 72.