Dane oryginału:
Published in 2021 byLaurence King Publishing Ltd
Text ? 2021 Jonathan Drori
Illustrations ? 2021 Lucille Clerc
Jonathan Drori has asserted his right under the Copyright, Designs, and Patents Act 1988 to be identified as the author of this work.
This book was produced by Laurence King Publishing Ltd, London
All rights reserved.
Tłumaczenie Jan Pukalski
Projekt okładki, stron tytułowych Masumi Briozzo
Wydawca Katarzyna Włodarczyk-Gil
Koordynator ds. redakcji Renata Ziółkowska
Redakcja Izabela Kołodziejczyk
Korekta Anna Wasilewska
Koordynator produkcji Adam Krajewski
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo.
Więcej na www.legalnakultura.pl.
Polska Izba Książki
Copyright ? for a Polish edition by Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Warszawa 2025
Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A. Michał Latusek
eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2025 r. (Wydanie I)
Warszawa 2026
ISBN 978-83-01-24322-7
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2
tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288
infolinia 801 33 33 88
e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl
www.pwn.pl
Wprowadzenie
Pamiętam, jak moi rodzice potrafili opowiadać o roślinach niczym koneserzy. Zwracali moją uwagę przede wszystkim na zapachy i kształty owoców oraz kwiatów. Pamiętam także, jak zmieniały się kształty i kolory liści oraz jak różniły się one w dotyku w trakcie zmieniających się pór roku. Ja i mój brat słuchaliśmy również historii o ukrytym życiu roślin: o ich "charakterach" oraz relacjach ze sobą nawzajem, a także ze zwierzętami, grzybami i ludźmi. Kochałem poznawać takie sekrety. Moja matka, chociaż nie była zawodowym botanikiem, zawsze nosiła w torebce lupę, dzięki której obserwowała i podziwiała najdrobniejsze szczegóły budowy roślin. Pamiętam również wizytę w muzeum z moim ojcem, podczas której zobaczyłem, dzięki działaniu lampy ultrafioletowej, niezwykłe wzory na powierzchni kwiatów, za pomocą których rośliny komunikują się z owadami. Nie mogłem powstrzymać radości po zobaczeniu tego cudu natury, znajdującego się na powierzchni kwiatu, jednak niedostępnego dla naszych oczu!
Po upływie całych dziesiątek lat, będąc członkiem Rady Powierniczej Królewskich Ogrodów Botanicznych w Kew - miejsca o być może największej bioróżnorodności na naszej planecie, wypełnionego "klejnotami" przyrody - mogłem towarzyszyć różnym ekspedycjom botanicznym. Były one wręcz euforyczną przyjemnością i stanowiły inspirację do napisania tej książki. Od tamtej pory uzyskałem członkostwo zwykłe lub zasiadłem w zarządach licznych organizacji ekologicznych i botanicznych, których członkowie są bardzo chętni do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami w dziedzinie botaniki.
W trakcie poznawania bogatego i nieraz dziwacznego świata roślin można zostać niejednokrotnie zauroczonym. Kogóż mogłyby nie oczarować kwitnące magnolie, wyglądające jak wysadzane klejnotami lotosy czy przepiękne, ale i przerażające orchidee? Kto nie będzie pod wrażeniem zaskakujących historii związanych z kukurydzą, ziemniakami czy pomidorami, które wydają się nie mieć przed nami tajemnic? Albo niesamowicie pomysłowych sposobów rozprowadzania pyłku, zarodników czy nasion - przy wykorzystaniu mechanizmów wyrzucających je w powietrze lub sprawiających, że zwierzęta w zamian za "nagrodę" przenoszą je na dalsze odległości? Tak, niektóre rośliny działają uczciwie i wynagradzają swoich "kurierów". Są jednak też takie, które udają, oszukują, a nawet zwabiają, zabijają i trawią ciała zwierząt.
Dla mnie osobiście nauka o roślinach jest szczególnie fascynująca, gdyż silnie przeplata się z ludzkimi dziejami oraz kulturą. Większość historii spisanych w ramach tej książki ujawnia wiele informacji zarówno o samych ludziach, jak i o roślinach. Będą te o trzcinie cukrowej, maku lekarskim czy brezylce nadobnej i związane z nimi przejmujące, a także niepokojące opowieści. O osobliwych tradycjach związanych z wykorzystaniem rośliny zwanej kava, a także mchu hiszpańskiego czy różanecznika. O niezwykłych sposobach, w jakie kobiety i mężczyźni wykorzystują mandragorę, czekoladę, a nawet piołun jako afrodyzjaki, nie zapominając oczywiście o komedii związanej z dynią. Odczuwałem też radość związaną z poznawaniem mniej spektakularnych roślin, takich jak pokrzywy, wodorosty i torfowce, z którymi rozpocząłem moją podróż kolejno przez Anglię, Szkocję i Irlandię, zanim wyruszyłem na wschód z mojego domu w Londynie, prawie (z silnym naciskiem na "prawie"!) jak Fileas Fogg z opowieści Juliusza Verne'a.
Najbardziej niezwykłą rzeczą, do której zdolne są rośliny, jest fotosynteza. W tym celu pobierają one proste związki chemiczne - dwutlenek węgla z powietrza, a wodę i względnie niewielkie ilości składników odżywczych przez system korzeniowy. Wykorzystują energię światła słonecznego, aby przetwarzać te proste substancje w cząsteczki złożone, które stają się składnikiem drewna i innych tkanek roślinnych, liści, owoców, nasion: czyli wszystkiego, od czego w taki czy inny sposób zależymy my i inne stworzenia.
Rośliny, zwierzęta, grzyby oraz inne drobne organizmy są powiązane poprzez złożone sieci oddziaływań, niezwykle różnorodnych i zdumiewających. Tak jak w grze towarzyskiej, w której gracze na zmianę wyciągają elementy tworzące wieżę, aż do momentu, w którym się ona zachwieje i rozpadnie, tak samo gdy konkretne gatunki stają się zagrożone, ekosystemy tracą swoją naturalną odporność. Jedno niewielkie zachwianie może spowodować ich degradację. Nasza przyszłość jest zależna od prawidłowego funkcjonowania ekosystemów i ich wzajemnych oddziaływań. Niestety obecnie bioróżnorodność jest poważnie zagrożona poprzez szalejący konsumpcjonizm, nasze praktyki rolnicze i zmiany klimatyczne. Wszystkie te czynniki są ze sobą powiązane.
Zużywanie zasobów i konsumpcja, której dokonuje nasz gatunek, jak też nasz wpływ na środowisko, są powiązane ze wzrastającą liczebnością ludności, ale także podejmowanymi przez nas decyzjami: o ilości towarów, które nabywamy, oraz sposobie ich pozyskiwania; energii zużywanej w przemyśle, ale także w gospodarstwach domowych; naszych sposobach podróżowania; technologiach stosowanych np. w budownictwie. Niestety, kiedy skutki zmian klimatycznych staną się boleśnie oczywiste, będzie już zbyt późno, aby uniknąć katastrofy. Odpowiednie rozwiązania są jednak w naszym zasięgu i albo już je znamy, albo możemy wykorzystać naszą pomysłowość, aby je opracować. Rządy mogą również stosować odpowiednie zachęty, co jednak wymaga od nich zdecydowania, wprowadzania podatków węglowych i subsydiowania wdrażania zielonych technologii. Z kolei w razie dalszego wahania się prawdopodobnie z czasem będą musiały reglamentować wykorzystanie części produktów. Będziemy więc potrzebowali odważnych i dalekowzrocznych liderów, odpornych na lobbing tych, którzy zaciemniają obraz sprawy dla własnych korzyści. Będziemy potrzebowali mądrych decydentów posiadających odwagę do mówienia tego, czego opinia publiczna nie będzie chciała słyszeć. Wszystkie kraje muszą uwierzyć, że dbanie o klimat to nasza wspólna sprawa i razem powinniśmy tworzyć koalicję przeciwko naszemu wspólnemu wrogowi, jakim są zmiany klimatyczne. Jeśli część ludzi będzie czuła, że ponosi wyrzeczenia, których nie ponoszą inni, to będzie opierała się wszelkim zmianom. Płynne i zdecydowane przejście do gospodarek zrównoważonych i niskoemisyjnych nie będzie łatwym procesem. Prawdą jest też, że niektóre firmy upadną. Inne jednak rozkwitną w nowych "niszach", tak jak rośliny ewoluują wraz ze swoimi siedliskami. Powinniśmy zachęcać naszych liderów politycznych i media, żeby odpowiedzieli na niezwykle istotne pytanie dotyczące naszej epoki: jak przemodelować nasz świat w kierunku niższej konsumpcji i niższej emisji dwutlenku węgla, pozostając jednocześnie szczęśliwymi i spełnionymi ludźmi?
Sposoby wytwarzania naszej żywności wywierają ogromny wpływ na środowisko całej biosfery. Wykorzystujemy wręcz gargantuiczne ilości paliw kopalnych do produkcji nawozów. Dodatkowo zużywamy lwią część zbiorów kukurydzy i soi, dla upraw których wycinamy ogromne połacie lasów, jak również na hodowlę dosłownie miliardów zwierząt, które następnie zjadamy. Jest to niedorzecznie nieefektywne postępowanie. Spożywanie mniejszych ilości mięsa promowałoby pośrednio bioróżnorodność, poprzez obniżanie presji na środowisko, a także zmniejszałoby naszą zależność od ropy naftowej i gazu. Zwiększanie różnorodności spożywanych roślin również niosłoby ze sobą korzyści dla środowiska. Aż połowa kalorii dostarczanych nam przez rośliny pochodzi, bezpośrednio lub pośrednio, od trzech gatunków: pszenicy, ryżu i kukurydzy. Zaledwie dziewięć innych gatunków dopełnia wartość 85 procent naszej żywności roślinnej. Istnieje również wiele pożywnych gatunków roślin o intrygujących smakach, które mogą być przez nas wykorzystywane. Wprowadzenie ich do naszych jadłospisów mogłoby być dla nas przyjemną odmianą i przyczynić się do redukcji naszej zależności od wielkoobszarowych monokultur o niskiej różnorodności genetycznej i będących równocześnie wysoce podatnymi na pasożyty i choroby. Musimy również chronić dzikich krewnych roślin uprawnych, często niepozornych i wydających się nam nieistotnymi. Wiele z nich jest zagrożonych przez niszczenie siedlisk i zmiany klimatyczne. A powinniśmy pamiętać, że mogą one posiadać geny, które możemy potencjalnie wykorzystać w hodowli roślin odpornych na choroby o wyższej tolerancji na suszę i posiadających inne istotne cechy.
Mam nadzieję, że spodoba Ci się opisywana w tej książce botaniczna podróż. Entuzjazm, jaki powstał w związku z publikacją Dookoła świata. 80 drzew, był dla mnie wspaniałą niespodzianką. W książce od czasu do czasu pozwalałem sobie na "skoki" tematyczne, żeby odrobinę rozproszyć uwagę czytelników, tak jak dla niektórych w trakcie spacerów przyjemnie jest być zaskoczonym przez zaobserwowanie jakiegoś innego ciekawego zjawiska.
Poza miłym spędzaniem czasu z roślinami, zapoznawałem się również z najnowszymi doniesieniami naukowymi. Unikałem jednak przypisów i szczegółowych odniesień do zagadnień na poziomie uniwersyteckim, dla których utworzyłem specjalną sekcję (s. 206 i 210), a także umieściłem bogatą listę źródeł online na stronie www.jondrori.co.uk. W książce, którą masz w ręce, tekst stanowi tylko połowę historii. Myślę, że zgodzisz się, że ilustracje Lucille Clerc idealnie obrazują esencję natury poszczególnych gatunków i dopełniają ich słowne opisy, tak jak robią to najlepsze portrety. Czerp radość z poznawania przedstawionych tu roślin, nie zapominając o setkach tysięcy innych, które również zasługują na naszą uwagę i ochronę.
ANGLIAPokrzywa zwyczajnaUrtica dioica
Rośliny męskie i żeńskie pokrzywy są niedocenianą parą. Dzięki temu, że nie muszą powierzać swojego pyłku owadom, ale wypuszczają go na wiatr, nie są zależne od rozkwitu kwiatów o spektakularnym wyglądzie. Tworzą natomiast małe i subtelne girlandy drobnych kwiatów. Żeńskie kwiaty tworzą łuki o kremowym odcieniu zieleni z domieszką różu, natomiast kwiaty męskie przypominają kotki bzu, tworząc zwisające sznureczki, które są w stanie wyrzucać pyłek w powietrze niczym z miniaturowej procy, na odległość równą długości mniej więcej palca. Wygląda to czarująco w świetle letniego poranka.
Łodygi pokrzyw, często sięgające nam do ramion, składają się z długich, bardzo wytrzymałych włókien, które od tysięcy lat były wykorzystywane do tkania materiałów. Pięknie przędzone, tkane płótno z pokrzywy, mające 2800 lat, zostało znalezione w Danii. Były w nie zawinięte skremowane ludzkie szczątki. W średniowiecznej Europie włókna pokrzywy znajdowały szerokie zastosowanie, zaraz obok lnu (patrz s. 36), przy produkcji tkanin. Z kolei w trakcie I wojny światowej na terenach Niemiec i Austrii można było zobaczyć odezwy zachęcające obywateli do zbierania pokrzyw jako substytutu bawełny.
Słowo nettle (z ang. pokrzywa), będące częścią nazw wielu typowych angielskich wiosek (a także Nessel w nazwach niemieckich), może pochodzić od zwrotu o źródłosłowie indoeuropejskim oznaczającym "splecione razem" lub od anglosaksońskiego słowa "igła", które jest bezpośrednio związane z szyciem, jednak może się również odnosić do mechanizmu obronnego tej rośliny. Ząbkowane, przypominające kształtem serce liście pokrzyw, jak też ich łodygi, są pokryte włoskami - trichomami - z których wiele przywodzi na myśl struktury szklane i jest mocno kłujących. Wystarczy otarcie się o te włoski, a od razu następuje odczepianie mikroskopijnych kuleczek na ich szczycie, przez co koktajl substancji drażniących przedostaje się do skóry, wywołując pieczenie i swędzenie nawet przez kilka następnych godzin. Liście rosnącego często w pobliżu szczawiu są stosowane powszechnie w celu łagodzenia tego bólu. W rzeczywistości niewiele nam pomagają, ale dają nam zajęcie (szukanie, zbieranie), chłodzą podrażnioną skórę i pewnie niektórym przypominają czasy dzieciństwa i uspokajającą opiekę rodziców. Te same trichomy, kłujące wargi i nosy pasących się krów, sprawiają, że pokrzywa stała się istotnym siedliskiem larw motyla o nazwie rusałka admirał (Vanessa atalanta), a także rusałki pokrzywnik (Aglais urticae) i rusałki pawik (Aglais io) oraz wielu innych gatunków owadów. Włoski nie stanowią dla nich zagrożenia, natomiast chronią je przed drapieżnikami.
Pokrzywy towarzyszą nam zarówno w trakcie życia, jak i po śmierci. Mogą udzielać nam istotnych wskazówek dotyczących naszej historii. Rośliny te szczególnie dobrze rosną na glebach bogatych w fosforany, zasiedlając obrzeża nawożonych pól uprawnych, a także miejsca, w których fosforany są akumulowane po pożarach, z odpadów, a także naszych kości. Bardzo duże skupiska pokrzyw można zaobserwować na brzegach fos zamkowych, gdzie wykorzystują minerały pochodzące ze ścieków i odpadów wyrzucanych tam przed setkami lat. Intensywnie rosną także na cmentarzach, o ile nie są stamtąd usuwane. Porastają tereny starodawnych osad, konkurując z innymi roślinami wszędzie tam, gdzie chemizm gleby nosi znamię zasiedlenia przez ludzi. Zdarzało się również, że pomagały śledczym lokalizować miejsca, w których zakopywane były ciała.
Rzymscy żołnierze, którzy okazali się pechowcami i byli wysyłani na najbardziej wysunięte na północ krańce imperium, w okolice wału Hadriana, próbowali uśmierzać dolegliwości związane z reumatyzmem, odczuwaniem zimna czy wręcz dla rozrywki poprzez "urtykację", czyli chłostanie pokrzywami. W pewnych okolicznościach powracające falami, lekko palące mrowienie może być odrobinę przyjemne, ale trzeba być specyficzną osobą, żeby odczuwać je jako afrodyzjak. Tacy ludzie istnieją i urtykacja jest stosowana nawet w dzisiejszych czasach przez osoby, które preferują łączenie delikatnego bólu z przyjemnością.
Poczucie dyskomfortu i radości wydaje zbiegać się w relacji Anglików z pokrzywami. Żartownisie, obecnie nazwalibyśmy ich pranksterami, w XVIII wieku prosili gości o opinię na temat bukietu nowych ziół. W rzeczywistości były to zestawy różnorodnych kłujących pokrzyw, słabo kojarzonych w tamtych czasach. Po zobaczeniu, jak ofiara wtyka nos do bukietu, a następnie grymasu bólu na jej twarzy, och, jak Ci ludzie epoki georgiańskiej musieli się śmiać! Warto przypomnieć, że aż do tej pory w Dorset, w południowo-zachodniej Anglii, są organizowane doroczne mistrzostwa w jedzeniu pokrzyw, podczas których każdy rozsądny zawodnik (czy faktycznie są tam takie osoby?) wie, że przed rozpoczęciem jedzenia należy zwinąć liście, co "rozbraja" przynajmniej część trichomów. Gotowanie jednak całkowicie eliminuje możliwość kłucia przez pokrzywy, dzięki czemu można z młodych, wiosennych roślin przyrządzić nieszkodliwą zupę, która niestety posiada dziwnie "szorstki" smak. Pokrzywa, pomimo lekko trawiastego posmaku, bije szpinak na głowę pod względem zawartości substancji odżywczych i zdecydowanie wygrywa pod kątem sprawiania radości zbieraczom.
Pokrzywy mają w sobie coś typowo brytyjskiego, ze względu na swój potencjał do generowania sytuacji specyficznych i komediowych, ale także pierwiastki powściągliwości i łagodnego niebezpieczeństwa, mile widzianego w niewinnej, zielonej i przyjemnej w odbiorze krainie, jaką jest Anglia.
SZKOCJARododendron pospolity (Różanecznik pontyjski)Rhododendron ponticum
Rododendron pospolity, zwany też pontyjskim, jest dużym krzewem o plątaninie zdrewniałych gałązek, błyszczących liści, kwitnących kwiatów o barwach od różowo-liliowej aż do intensywnego fioletu, przy czym każdy kwiat jest usiany ochrowymi i pomarańczowymi kropkami. Nawet zdrewniałe okrywy nasion po otwarciu odsłaniają ciepłe i przyciągające wzrok kolory. Większość rododendronów została sprowadzona do Europy z okolic Himalajów i terenów położonych bardziej na wschód od nich, jednak nazwa gatunku pochodzi od Gór Pontyjskich, znajdujących się w północno-wschodniej Turcji.
Sprowadzony do Wielkiej Brytanii i Irlandii w XVIII wieku rododendron dobrze zaadaptował się do wilgotnego, umiarkowanego klimatu. Aż nazbyt dobrze. Był często hodowany jako bujnie rosnąca roślina ozdobna na terenach okazałych pałaców. Później właściciele ziemscy z entuzjazmem zaczęli sadzić go jako miejsce schronienia dla ptaków łownych. Tolerując cień i kwaśną glebę, rododendron zaczął rozprzestrzeniać się bez ograniczeń.
Szerokie połacie terenów w zachodniej Szkocji są obecnie skolonizowane przez ten krzew, co silnie wpływa na bioróżnorodność gatunków rodzimych. Tam, gdzie znajdują się rododendrony, praktycznie wszystkie inne gatunki stają się zagrożone. W naturalnym obszarze występowania i bez pomocy ludzkiej krzewy te współgrają z naturą ekosystemów, jednak w Wielkiej Brytanii i Irlandii miażdżąco wygrywają konkurencję z innymi roślinami o dostęp do światła i substancji odżywczych. Poza tym jest jeszcze jeden niebezpieczny aspekt. Rododendrony stanowią siedlisko dla Phytophthora ramorum (phytophthora z greckiego oznacza "niszczyciel roślin"), mikroskopijnej, wodnej pleśni, będącej grzybopodobnym lęgniowcem atakującym drzewa, głównie modrzewie, buki i kasztanowce.
Wiele rodzajów rododendronów posiada trujące liście, które mają stanowić obronę przed roślinożercami, jednak również sam nektar z ich kwiatów jest toksyczny. Jest on zabójczy dla brytyjskich pszczół miodnych, podczas gdy trzmiele są w stanie neutralizować truciznę i współpracować z rododendronami podczas ich inwazji na kolejne obszary.
Wracając do tureckich gór i przesuwając się wzdłuż wybrzeży Morza Czarnego w kierunku Gruzji, można zaobserwować tam pszczoły miodne, które ewolucyjnie nabyły odporność na toksynę rododendronów. Na tamtych obszarach pszczoły mogą zatem korzystać z obfitości nektaru, nie mając specjalnej konkurencji ze strony innych gatunków owadów. Równocześnie krzewy mają "własne" dobrze odżywione zapylacze, które nie szukają pożywienia na kwiatach innych gatunków roślin. Niestety ludzie, którzy spożyją miód takich pszczół, nie mają już tyle szczęścia. Obfita porcja wystarczy, żeby niebezpiecznie obniżyć ciśnienie krwi i spowolnić bicie serca. W 69 roku p.n.e. perski król Mitrydates, kiedy był ścigany przez oddziały legionistów pod wodzą rzymskiego generała Pompejusza, umyślnie pozostawił dla Rzymian plastry zatrutego miodu. Słodka pokusa była zbyt wielka dla żołnierzy, przez co zostali oni szybko obezwładnieni i ponieśli sromotną porażkę. Rzymski przyrodnik z I wieku n.e., Pliniusz Starszy, ostrzegał przed meli maenomenon, "szalonym miodem", z opisywanego regionu, jednak można się spotkać z zapisami o wykorzystywaniu dokładnie tego samego podstępu w działaniach militarnych co kilkaset lat aż do XV w.
"Szalony miód" jest nadal zbierany w rejonie Morza Czarnego i okazjonalnie wykorzystywany jako środek pobudzający lub "rekreacyjny" narkotyk wywołujący mrowienie. Jest również uważany za środek podnoszący sprawność seksualną, co w prosty sposób wyjaśnia, dlaczego większość nieumyślnych zatruć spotyka mężczyzn w pewnym wieku.
SZKOCJA (I USA)Listownice (i wielkomorszcz)Laminaria spp. i Macrocystis pyrifera
Wodorosty należą do bardzo prymitywnej grupy roślin zwanej również glonami, która obejmuje zarówno mikroskopijny jednokomórkowy fitoplankton (patrz s. 203), jak i ogromne wielkomorszcze gruszkonośne. Pomimo tego, że są zdolne do przeprowadzania fotosyntezy, a niektóre z nich posiadają struktury przypominające łodygi oraz blaszkowate organy podobne do liści, to nie występuje u nich wewnętrzny system "hydrauliczny", charakterystyczny dla "właściwych" roślin lądowych. Wodorosty przyczepiają się do skał i kamieni za pomocą "chwytników" - które są dokładnie tym, co sugeruje nazwa - i przyswajają wszystkie potrzebne składniki bezpośrednio z wody morskiej.
W szkockich wodach istnieje kilka pospolitych listownic, wszystkie o barwie tytoniowej lub oliwkowo-brązowej, z długimi, skórzastymi pseudoliśćmi. Lśniące w wodzie morskiej lub świeżo wyrzucone na brzeg, sprawiają wrażenie nieprawdopodobnie gładkich sznurów i pasków, które aż proszą się, aby ich dotknąć czy wręcz je polizać. Ich odbiór zmienia się jednak, kiedy zaczynają gnić w stertach wyrzuconych na brzeg podczas sztormów, chociaż wciąż są wtedy użyteczne jako nawóz. Listownica cukrowa (Saccharina latissima) posiada falbaniaste pseudoliście przypominające halki i jest szczególnie interesująca ze względu na to, że gromadzi swój materiał zapasowy w postaci mannitolu. To ta słodka substancja, której używa się do powlekania gumy do żucia. Gatunek jest również nazywany "barometrem biedaków", ponieważ zawieszony pasek tego wodorostu pęcznieje i napina się wraz ze zmianą wilgotności, dlatego może być wykorzystywany przy przewidywaniu zmian pogody. Dwa inne gatunki listownic, "tangle" (L. digitata) i "cuvie" (L. hyperborea), tworzą gładkie pasy. Ich młode, delikatne liście były niegdyś przyrządzane poprzez drobne krojenie albo krótkie blanszowanie i sprzedawane jako smaczna przekąska na ulicach szkockich miast. Listownice posiadają związki wzmacniające smak, a gatunek japoński zwany "kombu" stanowił materiał, z którego po raz pierwszy wyprodukowano glutaminian sodu (ang. MSG).
W XVIII wieku popiół z wodorostów, pozostałość po zbiorze, suszeniu i spaleniu tych glonów, stał się istotnym źródłem sody, którą wykorzystywano przy produkcji szkła jako "topnik" - substancję umieszczaną w piecach, aby obniżyć temperaturę topnienia głównego składnika, czyli piasku. Zmiana wykorzystania listownic, które wcześniej służyły tylko za nawóz, a także dym i wręcz smród spalania ich na dużą skalę, budziły tak negatywne emocje w społeczeństwie, że na Orkadach, u północnych wybrzeży Szkocji, konieczne było zapewnianie oficjalnej ochrony dla pracowników spalarni. W sądzie obrońcy mieszkańców postulowali, że "piece do spalania listownic spowodują chorobę lub zabiją wszystkie gatunki ryb... Zniszczą uprawy kukurydzy i trawy służące do wypasu zwierząt na farmach; wywołają różne rodzaje chorób; i spowodują, że krowy, konie i jagnięta staną się bezpłodne, co spotka również członków ich rodzin". Zyski z handlu były jednak bardzo przekonujące i do roku 1900 około 60 000 osób w całej Szkocji utrzymywało się z tego przemysłu, choć pracownicy spalarni w niewielkim stopniu korzystali z zysków właścicieli ziemskich.
W roku 1802 soda była już pozyskiwana w większości z innych źródeł, jednak zbieranie i wykorzystywanie listownic było nadal podtrzymywane, ze względu na pierwiastki chemiczne zawarte w ich plechach. Wodorosty stały się szczególnie istotnym źródłem jodu, pierwiastka tworzącego kryształki o niesamowitym, ciemnofioletowym metalicznym połysku (nazwa pierwiastka pochodzi od francuskiego słowa iode - fioletowy), wykorzystywanego w medycynie i w produkcji środków antyseptycznych. W latach 40. XIX wieku tylko w samym Glasgow istniało 20 zakładów przetwórstwa wodorostów, pozyskujących jod. Listownice są również zdolne do akumulowania arsenu, toksycznego pierwiastka występującego naturalnie w oceanach. Na północy Orkneys hoduje się odmianę owiec North Ronaldsday, które zaadaptowały się do odżywiania jedynie wodorostami. Oprócz tego, że ich mięso cechuje się specyficznym morskim posmakiem, zawiera również sto razy wyższe stężenie arsenu niż mięso owiec odżywiających się trawą, co jednakże wciąż mieści się w zakresie norm dla żywności. Te owce są prawdopodobnie częściowo odporne na szkodliwe działanie arsenu, jednak codzienne spożywanie ich mięsa byłoby raczej nierozsądne.
Blisko spokrewniony z listownicami wielkomorszcz żyjący w Pacyfiku jest największym wodorostem świata. Może osiągać przyrosty długości nawet 60 metrów w jednym sezonie oraz przyrosty aż do 65 centymetrów każdego dnia. Przyczepiony za pomocą ogromnych chwytników około 10-20 metrów poniżej powierzchni wody i utrzymywany w pozycji pionowej przez pęcherzyki powietrza na powierzchni każdego z pseudoliści, tworzy jakby podwodne lasy, będące niezwykle produktywnymi ekosystemami i stwarzające siedlisko zarówno dla najmniejszych organizmów, jak i dla większych, takich jak ryby czy nawet foki. Teoretycznie te zbiorowiska wielkomorszczów mogły stanowić źródło pokarmu dla pierwszych migrantów zasiedlających Amerykę Północną około 15 000 lat temu. W związku z hipotezą "autostrady wodorostowej" wspomniani imigranci mogli przemieszczać się nie lądem, w miejscu, w którym obecnie znajduje się Zatoka Beringa oddzielająca Rosję i Alaskę, ale drogą morską i wzdłuż wybrzeży Rowu Pacyficznego, korzystając z obfitości wielkomorszczów. Ostatnio zaproponowano hodowlę takich lasów wodorostowych w celu gromadzenia (sekwestracji) węgla zawartego w dwutlenku w atmosferze.
Wielkomorszcz jest "zbierany" poprzez odcinanie samych wierzchołków o długości około 120 cm. W południowej Kalifornii podczas I wojny światowej te wodorosty poddawano fermentacji w ogromnych i cuchnących kadziach w celu pozyskiwania acetonu, kluczowego przy produkcji materiałów wybuchowych. Dzisiaj listownice są zbierane ze względu na alginiany, zdolne do gromadzenia dużych ilości wody i wykorzystywane do nadawania lodom i serkom topionym właściwej konsystencji i kremowego smaku, a także w produkcji tekstyliów, farb i w medycynie do niwelowania zgagi i tworzenia otoczek dla leków w kapsułkach. Te zastosowania, jak też same wodorosty są często nieznane większości społeczeństwa, z wyjątkiem ludzi żyjących w pobliżu morza. A szkoda, bo wspomniane gatunki są niezwykle wartościowe i piękne.
IRLANDIATorfowiec lub mech torfowySphagnum spp.
Rzadko sięgający nawet do kostek, niepozorny torfowiec jest głównym architektem obszarów torfowisk: siedlisk o pięknej i zdaje się spokojnej naturze, będących zarazem jednymi z najważniejszych ekosystemów na świecie. Na obszarach arktycznych i subarktycznych, na terenach podmokłych, w których opady deszczu są częste, lecz woda nie może wsiąkać w glebę, różne gatunki torfowców tworzą wilgotną powłokę o zaskakująco szerokiej palecie barw - od stonowanych odcieni zieleni do rdzy, miedzi i czekolady, przeplatających się z plamami lub nakrapianych jasnymi akcentami różu, pomarańczu oraz żółci. Torfowce pochodzące ze starej linii rozwojowej nie posiadają nawet prymitywnego systemu wiązek przewodzących, który u większości ewolucyjnie bardziej zaawansowanych roślin jest przystosowaniem do transportu wody i substancji odżywczych. W związku z tym istnienie systemu korzeniowego nie miałoby sensu. Jedynie górne części anatomiczne tych organizmów są żywe, nasiąknięte wodą. Spodnie brązowe części są tak naprawdę martwe.
Torfowiska będące w wyjątkowo dobrym stanie występują w Szkocji i Irlandii. Tak naprawdę angielskie słowo bag posiada gaelicki źródłosłów. Oznacza miękkie, wilgotne i strome - co nie jest zaskakujące dla turystów, słyszących "chlupotanie" w trakcie przechodzenia przez gęste i grube, pływające maty mszaków. Zdolność torfowców do wchłaniania i zatrzymywania wody jest naprawdę niezwykła. Ich pierzaste, liściopodobne struktury chłoną wodę deszczową jak gąbka, a znajdujące się wewnątrz ich tkanek wyspecjalizowane "komórki retortowe" posiadają pory, umożliwiające wysuszonemu torfowcowi wchłonięcie dwudziestokrotnie większej ilości wody, niż wynosi objętość tego organizmu.
Torfowce nie wytwarzają kwiatów. W zamian reprodukują się poprzez mikroskopijne spory przenoszone przez wiatr. Dla niskiej rośliny, wypuszczającej spory do warstwy wolno przemieszczającego się powietrza przy ziemi, taki sposób rozmnażania mógłby być problematyczny. Na szczęście torfowce w toku ewolucji uzyskały niezwykłą zdolność. Na końcach cienkich łodyżek o długości mniej więcej paznokcia znajdują się elipsoidalne, czerwono-czarne "kapsułki" (zarodnie) o średnicy zaledwie kilku milimetrów. Każda z nich jest w jednej trzeciej wypełniona ściśle upakowanymi zarodnikami - w zaskakującej liczbie aż ćwierci miliona. Reszta przestrzeni jest wypełniona powietrzem.
Kiedy zarodnie wysychają, jednocześnie zaczynają się kurczyć, kompresując przy tym powietrze do ciśnienia o wartości pięciu atmosfer lub, inaczej, do wartości dwukrotnie wyższej niż ciśnienie wewnątrz opony samochodowej. W pewnym momencie okrywa zarodni pęka i ta "lilipucia" wiatrówka wystrzeliwuje spory w powietrze, w górę. W ciągu kilku minut, z powodu bardzo bliskiej odległości pomiędzy sporami znajdującymi się pod dużym ciśnieniem wewnątrz pękającej zarodni, doznają one przyśpieszenia około 35 000 razy większego niż grawitacyjne, do prędkości przekraczającej 100 kilometrów (65 mil) na godzinę. Wystrzeliwanie zarodników w większych pakietach znacznie obniża opory powietrza, które istotnie spowalniałyby pojedyncze spory. Wypychane do góry przez pierścieniowy wir powietrza zarodniki mogą wzbić się na niesamowitą w ich przypadku wysokość 20 centymetrów - wystarczającą, żeby trafić do warstw szybciej przemieszczającego się powietrza i wraz z nim oddryfować na większą odległość. W suche dni "klikający" odgłos pękających zarodni torfowców to istny cud dźwiękowy.
Torfowce manipulują środowiskiem, żeby dopasować je do swoich wymagań, równocześnie wyraźnie sabotując działania konkurentów. Puszysty "dywan" tworzony przez te mszaki charakteryzuje się zwisającymi, poskręcanymi martwymi liśćmi, które generują powstawanie stref nasączonych wodą z wyraźnym niedoborem rozpuszczonego tlenu, utrudniających rozwój życia. Torfowce pobierają więcej substancji odżywczych, niż w rzeczywistości potrzebują, pozostawiając ich mniej dla innych organizmów. Ta "chytrość" pozwala wpływać na chemizm otoczenia i prowadzić do zakwaszania środowiska torfowisk - co zniechęca do kolonizacji większość zarówno roślin, jak i mikroorganizmów. Z tymi przykładami łączy się makabryczny fakt, że odkrywano już ludzkie ciała pochowane na terenie torfowisk, które nie uległy rozkładowi nawet po tysiącach lat.
Antyseptyczne właściwości torfowców, jak też ich zdolności do wchłaniania płynów i wydzielin sprawiły, że wysuszone mszaki stały się cennym środkiem opatrunkowym. W trakcie I wojny światowej w brytyjskich szpitalach każdego miesiąca zużywano miliony opatrunków chłonnych i antyseptycznych tworzonych z torfowców. Społeczności w Wielkiej Brytanii i Kanadzie organizowały specjalne ekspedycje znane jako "wyprawy po mech", które miały zaspokoić duże zapotrzebowanie na ten materiał.
Przy silnym zakwaszeniu i braku tlenu martwe torfowce osiadają na dnie i pod ciśnieniem zaczynają tworzyć torf - prekursor pokładu węgla. Proces ten jest powolny, a najgłębsze torfowiska (ponad 10 metrów) mają ponad 10 000 lat. Wydobywanie niewielkich ilości torfu w celu nadania niepowtarzalnego posmaku dymu słodowej whisky można by uznać za uzasadnione, ale niestety torfowiska są obecnie zagrożone przez czynniki takie jak osuszanie na potrzeby leśnictwa i rolnictwa czy przez pozyskiwanie torfu na opał na skalę przemysłową. Torfowiska, które zajmują 1 procent powierzchni lądowych globu, są ogromnie ważnym magazynem węgla. Niezależnie od zapachu dymu spalanego torfu, czy jak przydatny jest on przy polepszaniu jakości gleby w ogrodzie lub wytwarzaniu energii, niszczenie torfowisk dla takich krótkotrwałych korzyści jest katastrofalnie krótkowzroczne.