Donka - Małgorzata Rosowska

Kup ebooka

23.00 zł

-
Proszę czekać

SIERPIEŃ 1970

OD ŚMIERCI STAREGO Brzoski minął tydzień. Kazimierz Łobacz odkładał teczkę z napisem "Konstanty Brzoska" i po chwili poprosił dyżurnego, aby odniósł ją do archiwum. Sprawa została zamknięta. Brzoskę uznano za samobójcę i nawet argumenty prokuratora nie mogły tego podważyć. Swoją drogą nie były zbyt lotne. Łobacz uśmiechnął się. "Młody musi jeszcze dużo się nauczyć" - pomyślał. Sięgnął po butelkę zimnej wody i rozsiadł się wygodnie na fotelu. Wszystko zaczęło się układać. Sytuacja w domu powoli się normalizowała. Jedynie Wandzia i Józek nie dawali znaku życia, ale wydawało się, że Ludmiła już to jakoś przetrawiła. W pracy też sukcesy. Na ścianie wisiało podziękowanie za wzorową służbę od samego I sekretarza Komitetu Miejsko-Gminnego PZPR. Kazimierz zmrużył oczy. Pomyślał, że ma szczęśliwe życie. Gdyby tak jeszcze na ogrodzie bawił się mały chłopczyk... albo dziewczynka... albo jednak chłopczyk...

Z zamyślenia wyrwał go dyżurny. Wpadł jak bomba, wrzeszcząc na całe gardło:

- Obywatelu komendancie, mamy wypadek! Kalinowski właśnie stamtąd wrócił! Szybko, jedziemy!

- Czego się wydzierasz?! Jak wypadek, to wiecie, co robić! Jechać i meldować!

- Tak jest! Tyle tylko, że tu chodzi o waszą szwagierkę... - wydukał dyżurny.

- O Wandę?! To czego nie mówicie! - Łobacz zerwał się z krzesła i pobiegł za milicjantem.

Chwilę później komendant sadowił się na tylnym siedzeniu milicyjnego gazika.

- Meldować - rzucił w kierunku wciskającego się obok Kalinowskiego.

- Wasza szwagierka wychodziła z kościoła...

- Co?! Z kościoła?! Jak to możliwe?!

- Nie wiem, obywatelu komendancie, ale fakty nie kłamią. No i weszła prosto pod autobus...

- Żyje?

- Zabrali ją do szpitala. Mówili, że stan ciężki...

- A tym autobusem... ten kierowca... szybko jechał?

- Podobno przepisowo...

- Macie go?

- Tak. Czeka na obywatela komendanta. Cały się trzęsie...

- Świadków zatrzymaliście?

- Tak... To znaczy nie wszystkich... Pasażerowie autobusu jakoś nagle się spieszyli... Tylko baby z kościoła wyskoczyły i teraz jedna przez drugą przekrzykują się na chodniku...

- Znaczy świadków nie ma... - Łobacz sięgnął po chusteczkę i wytarł nią spocone czoło. - Ktoś powiadomił męża poszkodowanej?

- Nie.

- A moją żonę?

- Też nie, czekaliśmy z decyzją na obywatela komendanta...

- Bardzo dobrze... bardzo dobrze... Wyślijcie patrol po Józefa Rymuta. Mieszka na Ułańskiej w takiej małej kamienicy. Zresztą znajdziecie. Niech go zawiozą do szpitala. A żonie sam powiem...

- Tak jest!

Gazik skręcił w ulicę Górną, po czym zatrzymał się przy sporej grupie gapiów. Na widok milicyjnego auta większość rozeszła się. Łobacz wyszedł z samochodu. Natychmiast podbiegł do niego młody milicjant.

- Melduję, że trzymam tego łotra, który prawie zabił...

- Uspokójcie się! - ostro przerwał mu komendant. - Nikt nikogo nie zabił! Szwagierka żyje i niech tak zostanie, zrozumiano?!

- Tak jest! - Młody wyprostował się jak struna.

Łobacz spokojnie podszedł do kierowcy autobusu. Mężczyzna siedział na trawie i nieobecnym wzrokiem patrzył w jeden punkt.

- To wy prowadziliście ten autobus? - zapytał komendant.

Mężczyzna milczał przez chwilę, jakby słowa w ogóle do niego nie docierały. Dopiero po chwili podniósł głowę.

- Ja - odpowiedział szeptem. Wstał powoli i złapał się za głowę. - Ona wbiegła nagle... Stała na chodniku... Patrzyła na mnie... Przecież ją widziałem... Stała spokojnie i potem nagle wbiegła... Tak jakby czekała, aż podjadę bliżej... To było straszne... Ale tak naprawdę było - mężczyzna schował twarz w dłoniach i zaczął płakać.

- Zostaniecie odwiezieni na posterunek - Łobacz starał się mówić spokojnie. - Trzeba złożyć zeznania. Powiecie wszystko tak jak mnie. Potrzebujecie lekarza?

- Co? Ja? Nie... Nie potrzebuję... A ona? Ta kobieta? Żyje?

- Żyje, ale stan ciężki...

- Co ja zrobiłem?... Co ja zrobiłem?... - mężczyzna osunął się na ziemię.

Natychmiast podeszło do niego dwóch młodych milicjantów i na dyskretny znak komendanta, zabrali nieszczęśnika do samochodu, po czym odjechali z piskiem opon.

Łobacz stał chwilę na ulicy i próbował na chłodno ocenić sytuację. - "Po co u licha poszła do tego kościoła? - myślał. - I to jej dziwne zachowanie. Jeśli oczywiście wierzyć słowom kierowcy. Wprawdzie ostatnio nie była sobą, ale...".

- Panie milicjancie... - usłyszał nagle głos dobiegający z tyłu. Odwrócił się. Za nim stał chłopiec. Może dziesięcioletni. Miał gęstą, rudą czuprynę i wielkie okulary na nosie, które przesłaniały mu pół twarzy. Nieustannie poprawiał je wskazującym palcem prawej ręki. - Chciałbym coś powiedzieć...

- Mów.

- Ja widziałem ten wypadek...

- Naprawdę? A coś ty za jeden?

- Stasiu...

- Stasiu jaki? - komendant nie krył zniecierpliwienia.

- Filipczak. Stasiu Filipczak - wyjąkał chłopiec.

- A co dokładnie widziałeś?

- No mama wysłała mnie do kiosku po gazety. O, do tego - mały wskazał palcem budkę po drugiej stronie. - Ja mieszkam koło kościoła, więc muszę przejść przez ulicę. Rodzice zawsze powtarzają, żebym uważał na samochody, dlatego stałem na chodniku i patrzyłem, czy nic nie jedzie... A po drugiej stronie stała ta pani...

- Widziałeś dokładnie? To na pewno była ta osoba? - dopytywał Łobacz.

- Na pewno - mały ożywił się. - Ja teraz przez te nowe okulary widzę bardzo dobrze. Pani miała na sobie taką ładną kolorową sukienkę. I trzymała torebkę. Białą - dodał po krótkim namyśle.

- No dobrze. I co się stało?

- Zobaczyłem, że jedzie autobus. Był daleko, ale nie przechodziłem, bo rodzice...

- Wiem, każą ci być ostrożnym - przerwał komendant.

- Właśnie. Pomyślałem, że ta pani też jest ostrożna, chociaż na pewno zdążyłaby przejść, ale czekała. Autobus był bliziutko i ona nagle weszła na jezdnię. Bardzo się wystraszyłem. Krzyknąłem do niej, żeby uważała, ale było już za późno... - Chłopiec przetarł nos wierzchem dłoni. Wyraźnie zbierało mu się na płacz.

- Chłopcze, bardzo mi pomogłeś - Łobacz złapał malca za ramiona. - Dostaniesz specjalny dyplom za pomoc milicji. Najpierw jednak pobiegniesz do domu po rodziców i przyjdziesz z nimi na komisariat, rozumiesz?

- Jasne, że rozumiem. Jestem już duży!

- Świetnie. To biegnij!

Łobacz patrzył za oddalającym się chłopcem. W głowie miał jedną myśl, że działanie Wandy było celowe i zaplanowane...

- Czas powiadomić Miłkę... - szepnął do siebie.

Podszedł do milicyjnego gazika i kazał się zawieźć do domu.

Ludmiła siedziała na ławce w ogrodzie. Nie była zaskoczona widokiem męża. Kazimierz czasem wpadał w ciągu dnia, by coś przekąsić albo odświeżyć się. Kiedy jednak Łobacz zbliżał się do niej ciężkim krokiem, zamarła. Znała ten wzrok. Nie wróżył dobrych wiadomości. Poczuła ukłucie w sercu.

- Chodź do domu - powiedział krótko Kazimierz.

- Co się stało? - zapytała, kiedy zamknęli za sobą drzwi. - Coś z Wandą?

- Skąd wiesz?! Kto ci powiedział?!

- Kazik, nikt mi nic nie powiedział! To moja siostra! Czuję, że coś się z nią stało! Powiesz wreszcie?!

- Wanda miała wypadek...

- Wanda?! Wypadek?! Ale żyje?! Powiedz, że żyje!

- Jest w szpitalu. Stan ciężki...

- Natychmiast mnie tam zawieź! Po drodze wszystko mi opowiesz.

- Gazik czeka...

Kwadrans później Łobaczowie byli już w szpitalu. Szybko odnaleźli lekarza dyżurującego.

- Co z moją siostrą?! - krzyczała Ludmiła. - Gdzie ona jest?! A ciąża?!

- Pani Łobaczowa, siostra jest w śpiączce - tłumaczył lekarz. - Jej stan jest bardzo poważny. Ciąży oczywiście już nie ma...

- Jak to nie ma?! - przerwała Ludmiła.

- Nastąpiło poronienie wskutek odniesionych obrażeń. Płód nie miał żadnych szans. Teraz walczymy o życie pani Rymut.

- Możemy do niej wejść?

- Tak. Jest u niej mąż. Proszę tylko niczego nie dotykać. Gdyby coś się działo, pielęgniarka jest na miejscu - powiedział spokojnie lekarz i zniknął w głębi korytarza.

Wanda leżała na wysokim łóżku. Wokół niej wiło się mnóstwo kabli, przewodów, rurek. Oddychała miarowo. Właściwie nie ona... Robił to za nią respirator. Opatrunek na głowie lekko przesiąkał krwią. Prawe oko było mocno sine i opuchnięte.

Przy łóżku na małym taboreciku siedział Józek. Kiedy Łobaczowie stanęli w drzwiach sali, obejrzał się. Jego oczy były spuchnięte od płaczu. Ludmiła nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. Podeszła cichutko do siostry.

- Wandeczko... - szepnęła, chwytając leżącą za rękę - Coś ty narobiła?... Dlaczego?...

- Coś ty narobiła?! - prawie krzyknął Rymut - Raczej co kierowca narobił! Jak można nie zauważyć kobiety, przechodzącej przez ulicę?! Kazik! - Odwrócił się do Łobacza. - Mam nadzieję, że go wsadzisz do więzienia na wiele lat. Albo nie, oddaj go w moje ręce! Najpierw go tu przyprowadzę i pokażę co zrobił z matką czwórki... nie, piątki dzieci, a potem wyrwę mu serce! Na żywca!

- Józek, daj spokój - Kazimierz starał się opanować sytuację. - Kierowca nie zawinił...

- Zamknij się! - syknęła Ludmiła. - Nie czas i nie miejsce!

- O czym ty mówisz? - Józek spojrzał podejrzliwie na szwagra. - Jak to kierowca nie jest winien? A niby kto?! Wanda?! Że postanowiła przejść przez ulicę?! Trzymasz stronę mordercy?!

- Nie krzycz! Nie trzymam niczyjej strony! I nie mów, że mordercy. Twoja żona jeszcze żyje...

- Masz rację, jeszcze żyje! Jeszcze! - przerwał Rymut, zrywając się z krzesła i szarpiąc za wystające przewody. - Ale to nazywasz życiem?! Tę kupę kabli, dzięki którym oddycha?! Jak długo ta aparatura będzie trzymać ją przy tym niby-życiu, co?!

- Co pan wyprawia?! - krzyknęła pielęgniarka, pospiesznie zmierzając do łóżka chorej. - Chce pan wszystko pourywać?! Proszę stąd wyjść!

- Pani mu wybaczy... - szepnął Łobacz, kiedy Józek zniknął za drzwiami. - Przecież świat mu się wali...

- A mój się zaraz zawali, jak nie dopilnuję swoich obowiązków! - Przerwała pielęgniarka. - Wywalą mnie i kto się zaopiekuje tą biedaczką? - Kobieta poprawiła wszystkie rurki, sprawdziła stan Wandy na monitorze i z obrażoną miną wróciła do swojego biurka.

- Zobacz co z Józkiem - powiedziała Ludmiła. - Ja zostanę z Wandzią. Może się obudzi... Tylko nic mu już więcej nie mów! - dodała.

Łobacz wyszedł na korytarz. Szwagra nigdzie nie było. Zapytał przechodzącą pielęgniarkę, ale nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Na szpitalnym dziedzińcu też nie znalazł Józka. Kazimierz zerknął na parking. Nie zauważył samochodu. Wyglądało na to, że mężczyzna zapadł się pod ziemię.

 

WIEŚĆ O WYPADKU WANDY Rymut rozniosła się w mieście lotem błyskawicy. Wszystkie inne wiadomości i sprawy, mniej lub bardziej sensacyjne, w ogóle się w tej chwili nie liczyły. Dobrosław rozumiał sytuację szefa, ale dla niego najważniejszy był Bolek, który ciągle nie dawał znaku życia. Młody Brzoska postanowił prowadzić własne dochodzenie. Rozpytywał znajomych, przeczesywał lasek niedaleko rzeki, w końcu umieścił ogłoszenie w lokalnej prasie. Nikt nic nie wiedział. Nie było żadnego sygnału.

Patrolując ulice miasta, Dobrosław zauważył siedzącego na ławce w parku Gunara. To był nie lada fart, bo Cygan skutecznie ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości. Na widok młodego milicjanta zerwał się z ławeczki. Jednak tym razem Dobrek był szybszy.

- Gadaj, gdzie jest mój brat! Co mu zrobiłeś?!

- O co chodzi, panie władzo?! Nic nikomu nie zrobiłem! - Gunar wił się jak piskorz.

- Doprawdy? A nie groziłeś Bolkowi?

- Ja?! Nigdy w życiu! Po co miałbym to robić?! Jak coś złego, to od razu Cygan! Przestalibyście się nas czepiać. Żyjemy spokojnie, nikomu nie wadzimy! To wy nas ciągle prowokujecie! Co wam złego zrobiliśmy?!

- Ty mi tu nie mędrkuj, tylko przyznaj, że w odwecie skrzywdziłeś Bolka!

- W jakim odwecie?!

- Za Miladę.

- Przecież Milada jest moją kobietą i nic tego nie zmieni. Zresztą spodziewamy się dziecka.

- Taki z ciebie dobry tatuś? A gdzie w takim razie masz swoją dziewczynę? Dlaczego z tobą nie mieszka?

- Taka fanaberia ciężarnej... Ale wróci do mnie!

- Wróci albo nie wróci. Może po prostu uciekła przed damskim bokserem?

- Nigdy nie podniosłem ręki na Miladę ani na żadną inną kobietę! - krzyknął Gunar, zrywając się z ławki. - Tego mi nie wmówisz!

- Uspokój się i grzecznie siadaj. Tak po prawdzie nie obchodzi mnie układ między wami. Interesuje mnie tylko Bolek.

- Rzeczywiście przystawiał się do mojej Milady - Gunar wyraźnie spuścił z tonu. - Pogoniłem go.

- Co to znaczy?

- No powiedziałem mu kilka słów do rozumu i odpuścił. A niby tak bardzo ją kochał - Cygan uśmiechnął się kpiąco.

- Kiedy z nim rozmawiałeś? - dopytywał Dobrosław.

- Będzie jakieś... nie pamiętam... Na pewno przed świętem.

- Jeśli kłamiesz, znajdę paragraf, żeby cię wsadzić...

- Mogę przysiąc na życie babci...

- Niech ci będzie... - Dobrek wstał z ławeczki. - Ale będę cię miał na oku!

- Panie milicjancie, pan powie Miladzie, żeby do mnie wróciła...

- Powiem, ale nic więcej zrobić nie mogę. Nie przymuszę jej. U nas ma dobrze i bezpiecznie. Niczego jej nie brakuje.

- Wiem, ale jej miejsce jest przy mnie.

- Obiecuję, że z nią porozmawiam...

Wracając na posterunek parkową aleją, Dobrosław wnikliwie analizował rozmowę z Gunarem. Tak naprawdę nigdy nie było skarg na zamieszkałych w Dobrym Mieście Cyganów. Osiedlili się tu wtedy, gdy zabroniono im poruszać się taborami. Dla Cygana to tak, jakby zabrać mu tożsamość. Jednak władze Dobrego Miasta zatroszczyły się o nowych mieszkańców. Pozwolono im zasiedlić jedną z dzielnic. Okolica biedna, domy stare, w większości do remontu. Nowi mieszkańcy i tak byli wdzięczni i tę wdzięczność starali się okazywać w każdej sytuacji. Szybko się zaaklimatyzowali i na co dzień żyli skromnie. Nie wyróżniali się. Wprawdzie kultywowali swe romskie tradycje, ale zawsze odbywało się to zgodnie z prawem. Niestety wśród mieszkańców miasta byli tacy, którzy uważali Cyganów za obcych i niegodnych mieszkania w tym mieście. Z tego powodu wynikały konflikty. Miejscowa milicja szybko dawała sobie z nimi radę. Dobrosław kilkakrotnie przywoływał do porządku narwanych, często będących pod wpływem alkoholu, młodzieńców. Zwykle niegroźne burdy kończyły się pojednaniem, ale czasem interwencja była potrzebna. Im więcej młody Brzoska o tym wszystkim myślał, tym bardziej dochodził do przekonania, że Gunar nie miał nic wspólnego ze zniknięciem Bolka. Wierzył mu. Co więc się stało z bratem Dobrosława?

Na posterunku prócz Kalinowskiego nie było nikogo.

- Gdzie szef? - rzucił Dobrek.

- Pewnie siedzi w szpitalu.

- A jest choć jakaś poprawa?

- Nie - uciął Kalinowski.

- Cholera, głupia sprawa. Naprawdę wierzysz w to, że ta Rymut sama wlazła pod autobus?

- Tak mówią, ale kto tam wie? A od Łobacza się nie dowiesz.

- Taka tragedia... Czwórka dzieci... Ponoć była w ciąży z piątym...

- Czego to ludzie nie wymyślą! - obruszył się Kalinowski. - Plotki i tyle! A ty jeszcze je powtarzasz! Lepiej powiedz, czy coś wiadomo w sprawie brata. Odezwał się ktoś?

- Cisza... Powiedz mi, czy to możliwe, żeby człowiek tak się zapadł pod ziemię?

- Może rzeczywiście ten zazdrosny Cygan go zaciukał... Przepraszam cię, ale to jest realne.

- Gadałem dziś z Gunarem.

- Znalazłeś go?

- Sam wpadł mi w ręce. On nic nie wie.

- Wierzysz mu?

- Tak.

- Naiwny jesteś i za bardzo ufasz ludziom...

- Może masz rację, ale tak mnie wychowano i już się nie zmienię. Idę do domu. Czeka mnie rozmowa z Miladą.

- A co, chcesz się jej pozbyć?

- Chcę, żeby była szczęśliwa. Cześć.

 

LUDMIŁA CIĄGLE SIEDZIAŁA przy łóżku siostry. Trzymała ją za rękę i wpatrywała w jej zamknięte oczy.

- Wandziu, obudź się... - prosiła, szlochając. - Spójrz na mnie... Błagam... Jeśli coś ci się stanie... Co ja gadam! Tobie nie może się nic stać! Przecież masz dzieci... Józka... nas...

Do sali cichutko wszedł lekarz.

- Proszę do niej mówić - szepnął. - Ludzie w śpiączce prawdopodobnie nas słyszą. Nauka różnie się na ten temat wypowiada, ale ja osobiście w to wierzę.

Ludmiła podniosła na lekarza zapłakane oczy.

- Mogę do niej mówić godzinami, ale wolałabym, żeby reagowała... odpowiadała... Panie doktorze, proszę mi tak szczerze powiedzieć, jakie ona ma szanse?

- Nie będę przed panią ukrywał... Stan jest bardzo ciężki. W wypadku najbardziej ucierpiała głowa, a jeśli chodzi o leczenie tej części ciała, to jesteśmy wręcz bezradni.

- I nic się nie da zrobić?

- Czekamy na cud... Nawet jeśli taki nastąpi, to pani Rymut nigdy nie będzie w pełni sprawna. Ludzie określają taki stan mianem "roślinka". My lekarze nie używamy tego terminu. Choćby ze względu na to, że roślina przecież żyje samodzielnie, rozwija się... Prosiła pani o szczerość.

- Tak... Dziękuję doktorze...

- Będę u siebie, gdyby coś... - lekarz wykonał delikatny ruch dłonią oznaczający rezygnację czy raczej bezradność i wyszedł z sali.

Ludmiła ciągle trzymała dłoń siostry. Gładziła ją, raz po raz całowała. Dłoń była chłodna, obca. Łobaczowa nagle zaczęła mocno rozcierać skórę na dłoni, potem na przedramieniu i na ramieniu. Robiła to coraz szybciej i mocniej, aż skóra nabrała czerwonego koloru. Pielęgniarka ukradkiem obserwowała poczynania kobiety, jednak w żadnym stopniu nie zareagowała.

- Co ty wyprawiasz?! - W progu sali rozległ się głos męża. - Jeszcze jej zaszkodzisz! Nie powinnaś...

- Jej już nic nie zaszkodzi! - krzyknęła Ludmiła, jeszcze mocniej pocierając rękę siostry. - Rozumiesz?! Ona umiera! Moja siostra umiera!

- Niech pani nie krzyczy - odezwała się pielęgniarka. - To jest szpital a nie sklep!

- Jak pani śmie tak mówić do mojej żony! - obruszył się Kazimierz.

- A śmiem, bo jestem tu od pilnowania porządku!

- To niech pani go pilnuje i zajmie się pacjentami!

- A co ja niby robię?! Ciężko tu pracuję, proszę pana!

- Siedzenie przy biurku nazywa pani pracą? Naprawdę?! Muszę się temu przyjrzeć!

- A niech się pan przygląda! Człowiek haruje...

- Wanda! Wanda! - krzyk Ludmiły przerwał tę bezsensowną kłótnię. - Wandeczko, mów do mnie! Ona się obudziła! Ludzie! Obudziła się!

- Biegnę po lekarza! - rzuciła pielęgniarka, zrywając się z krzesła.

- Wanda, powiedz coś! Rozpoznajesz nas? - Kazimierz przypadł do łóżka szwagierki.

Wanda jednym okiem wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt na ścianie. Jej spierzchnięte usta delikatnie się poruszały. Ludmiła nachyliła się.

- I co? Co mówi? Można coś zrozumieć? - dopytywał Kazik.

- Wandziu, nie męcz się, wszystko będzie dobrze... - szepnęła Łobaczowa.

- Ja... nie...

- Co nie? Czego nie chcesz?

- Ja... nie... chcę... żyć... - każde słowo Wanda wydobywała z wielkim wysiłkiem.

- Jakieś bzdury pleciesz! Siostrzyczko, zaopiekuję się tobą. Zobaczysz, wydobrzejesz bardzo szybko...

- Nie... On... mi... kazał...

- Kto? Co kazał? - dopytywał się Kazimierz.

- Ten... głos... mi... kazał... byłam... w... kościele... on.. mówił... idź...

- Wandziu moja kochana - Ludmiła nie przestawała płakać. - Gdzie ty chcesz iść? Tu masz dom, rodzinę... Kaziu, powiedz coś...

- Miłka ma rację. Ktoś cię do czegoś namawiał?

- Głos... mi... kazał... się... zabić...

Nagle Wanda nadludzkim wysiłkiem uniosła lekko głowę, złapała Ludmiłę za rękę i charcząc, wyszeptała:

- Dzieci... obiecaj... ty je wychowaj... Robuś... obiecaj... tylko ty... nikt nie może... Robuś...

W tym momencie opadła na poduszkę i wydała z siebie ostatnie tchnienie.

Po chwili lekarz stwierdził zgon...

 

JUŻ KILKA DNI Milada mieszkała w domu Brzosków. Z Justyną dogadywała się całkiem nieźle. Razem chodziły po zakupy, razem pichciły w kuchni. Milada okazała się doskonałą kucharką. Nauczyła Justynę przyrządzać potrawy, o istnieniu których tamta nie miała pojęcia. Nawet Zimek przywykł do towarzystwa Cyganki. Z pozoru życie w domu Brzosków biegło spokojnie. Z pozoru... Bo przecież ciągle nie było wiadomości o Bolku...

- A może on uciekł przeze mnie? - zagadnęła Milada, kiedy razem z Justyną obierały ziemniaki na obiad.

- Aleś wymyśliła! - żachnęła się Brzoskówna. - W życiu w to nie uwierzę. Przecież on cię kocha. Wiem o tym doskonale. Sam mi mówił.

- Naprawdę?...

- Naprawdę. Chwalił się, że ma najpiękniejszą dziewczynę na świecie i niebawem zostanie ojcem.

- No właśnie... Niepotrzebnie rozpowiadał o tej ciąży...

- Dlaczego tak mówisz? Przecież ma prawo się cieszyć. W końcu to jego dziecko. No chyba, że jest inaczej - Justyna spojrzała podejrzliwie na Miladę.

Dziewczyna rozpłakała się i uciekła do pokoju.

- Co tu się dzieje? - Dobrosław właśnie wrócił z posterunku i usłyszał końcówkę rozmowy dziewczyn.

- Jej zapytaj - Justyna odwróciła się od brata i dalej obierała ziemniaki.

Dobrosław zapukał do pokoju Milady i, nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka.

- Musimy porozmawiać - zaczął bezceremonialnie.

- Znalazłeś go? Znalazłeś Bolka?

- Nie. Rozmawiałem z Gunarem.

Oczy dziewczyny zaświeciły się. Zaraz jednak opuściła głowę ze wstydem.

- Tęsknisz za nim? - zapytał Dobrek.

- Za Bolkiem?

- Nie, za Gunarem...

- Nie wiem... Nie pytaj, proszę...

- Milada, musisz wreszcie zdecydować...

- Wiem - przerwała dziewczyna i hardo podniosła głowę. - Jestem Cyganką i moje miejsce jest wśród swoich. Jeszcze dziś się spakuję.

- Przecież nie o to mi chodzi - Dobrosława zaskoczyła postawa dziewczyny. - Nikt cię nie wypędza. Chcę, żebyś sobie wszystko spokojnie poukładała...

- Ale jak mam poukładać, skoro Bolka przy mnie nie ma?! Uważał się za ojca mojego dziecka, a teraz zapadł się pod ziemię! Co mam myśleć?! Powiedz mi! Gunar przynajmniej interesuje się mną, dzieckiem... Pyta, jak się czuję, rozmawia ze mną...

- Rozmawia? To znaczy, że tu był? - Dobrosław nie krył zaskoczenia.

- Był raz. Wywołał mnie z domu. Prosił, żebym wróciła... Że wybaczy... Przysięgał, że nic Bolkowi nie zrobił i ja mu wierzę... On się chyba zmienił... A tobie co powiedział?

- To samo... Milada, rób tak, jak ci serce dyktuje. Nie słuchaj rad innych. Jesteś mądra i sama wiesz, co dla ciebie najlepsze - Dobrosław pogłaskał dziewczynę po włosach i wyszedł z pokoju.

Justyna spokojnie kończyła obierać ziemniaki. Dobrek usiadł obok. Milczeli, raz po raz spoglądając na drzwi do pokoju ojca.

Po chwili stanęła w nich Milada, trzymając w ręku mały tobołek.

- Zdecydowałam. Wracam do swoich - oznajmiła. - Tak będzie najlepiej. I dla mnie i dla was.

- O nas się nie martw - Dobrosław podszedł do dziewczyny. - Ty jesteś najważniejsza. Dbaj o siebie. W końcu nosisz pod sercem dziecko... Być może mojego bratanka... albo bratanicę - uśmiechnął się. - A gdyby działa ci się jakaś krzywda, to pamiętaj, nasz dom stoi przed tobą otworem.

- Szkoda, że sobie idziesz - zagadnęła Justyna. - Miło nam było razem. Teraz znów zostanę sama... z moimi myślami...

- Nie sama, tylko ze mną i z młodym - poprawił siostrę Dobrek. - Odprowadzę cię - zwrócił się do Milady.

- Ja to zrobię - szepnęła Justyna.

Po chwili obie opuściły dom.

Dobrosław siedział chwilę w bezruchu. Zastanawiał się nad słowami siostry. "Znów zostanę sama"... To prawda, obcowanie z Miladą bardzo dobrze na nią wpłynęło. Zawsze to druga dziewczyna. A Justyna nie miała łatwo. Dobrek zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo siostrze brakowało matki. I chyba nie tylko jej. Niespodziewanie na policzku chłopaka pojawiła się łza...

- Możemy pogadać? - Dobrosław obejrzał się gwałtownie. Za nim stał Zimek.

- Jasne! Chodź, siadaj.

- Brat, ty płaczesz?

- Nie... Coś mi wpadło do oka...

- Jasne... Nie wstydź się. Łzy nie są zarezerwowane tylko dla dziewczyn. Chłopaki też czasem ryczą. Poza tym mnie także smutno, że Milada się wyprowadziła. Wesoło z nią było...

- Kiedy ty dorosłeś? - zapytał Dobrosław i mocno objął młodszego brata. Po chwili jednak zwolnił uścisk. - O czym chciałeś pogadać?

- O tym - młody wręczył bratu kopertę.

- List? Zaadresowany do ciebie? Od kogo?

- Czytaj... Pozwalam - uśmiechnął się.

 

Mój drogi Ziemowicie, piszę tak, jak obiecałam. Otóż po powrocie do domu szczerze porozmawiałam z Ignasiem. Powiedziałam, jakie mam plany wobec Ciebie. Jakże się ucieszył! Bardzo Cię polubił i chyba z wzajemnością. Jeśli więc nadal chcesz, a Twoi bracia i siostra wyrażą zgodę, przyjadę jeszcze w sierpniu, abyście mogli razem, Ty i Ignaś, rozpocząć rok szkolny już u nas.

Całuję Cię mocno - ciotka Leokadia.

P.S. Czekam na szybką odpowiedź.

 

- Ciotka Leokadia? Siostra naszej mamy?- Dobrosław nie krył zaskoczenia. - Ja już nawet o niej zapomniałem! Jak to się stało, że do ciebie napisała i co znaczy ta treść?!

- Spotkałem ją na obozie w Mrzeżynie. Była tam pielęgniarką...

- Rzeczywiście, przypominam sobie. Mama mówiła, że jej siostra pracuje w szpitalu, ale nie może się z nią kontaktować, bo... No właśnie, nigdy nie powiedziała dlaczego.

- Ja już wiem... Ale po kolei. Kiedy przeczytała na karcie moje nazwisko, natychmiast mnie do siebie zawołała. Myślałem, że to jakieś badania, a ona mówi, że jest moją ciotką. Sprawdziła i wszystko się zgadzało, nazwisko, adres...

- To ciekawe... A ona mieszka w...

- ...Kłodzku - dopowiedział Zimek. - Ma syna Ignacego, który jest w moim wieku. Też był na tym obozie. Właściwie od pierwszego dnia się skumplowaliśmy, nie wiedząc jeszcze, że jesteśmy kuzynami. Ciotka to miła osoba i wiesz, bardzo podobna do mamy...

- Dlaczego nie odzywała się tyle lat? O ile pamiętam, na pogrzebie mamy też nie była.

- To przez wujka, swojego męża...

- Nie rozumiem.

- Ciotka mi opowiedziała, że wujek Leon nienawidził naszego ojca. Kiedyś się pobili i obaj wylądowali nawet w szpitalu.

- O co się pobili?

- Ciotka powiedziała, że jestem za młody, by to zrozumieć. Ale ja myślę, że poszło o nią, bo Ignaś się trochę wygadał. Podobno naszemu tacie bardziej podobała się Leokadia, niż nasza mama...

- Teraz rozumiem...

- No właśnie, przez te wszystkie lata ciotka miała zakaz kontaktu z nami. Ignaś mi mówił, że właściwie nigdzie nie wyjeżdżali, bo tata nie pozwalał. Chyba był złym człowiekiem. Ale zimą umarł i wszystko się zmieniło. Ciotka chyba odżyła. Wzięła Ignasia i pojechali na obóz do Mrzeżyna. To był taki szczęśliwy traf, że się tam spotkaliśmy...

- Wszystko jasne, ale może wreszcie dowiem się, o jakich planach ona pisze?

- A nie będziesz się gniewał?...

- Młody, mówże, o co chodzi!

- Bo ciocia Leokadia chce mnie do siebie zabrać...

- Że co?! - krzyknął Dobrek.

- Co tu się dzieje?! - zapytała Justyna, która zdążyła wrócić już do domu. - Słychać cię na drugim końcu ulicy!

- Czy ty wiesz, że nasz brat chce się od nas wyprowadzić?!

- Wiem...

- Co takiego?! Wiesz?! A dlaczego ja dowiaduję się ostatni?! I co to w ogóle za pomysł?! Wyprowadzać się z rodzinnego domu do obcych ludzi?

- Nie dramatyzuj - Justa złapała Dobrosława za ręce i razem usiedli na leżance. - Po pierwsze: nie obcych, w końcu to siostra mamy, a po drugie: czy nie widzisz, że to szansa dla naszego Zimka? Przecież ten chłopak jest najzdolniejszy i najbardziej dojrzały z całej naszej czwórki. A jakie życie go tutaj czeka? Ty najpewniej zwiążesz się z Łucją, założysz rodzinę... Ja jestem cała pogubiona... Diabli wiedzą, gdzie los mnie rzuci, może wyjadę... O Bolku nie będę wspominać... Sam widzisz, że nasz najmłodszy brat dostał dar od losu. To spotkanie w Mrzeżynie spadło jak gwiazdka z nieba...

Ziemowit przysłuchiwał się rozmowie starszego rodzeństwa i serce waliło mu jak młotem. Obawiał się, że Dobrek postawi na swoim i nie pozwoli na wyjazd. A on tak bardzo chciał wyrwać się z tego miasta... Uśmiechnął się do Justyny. Miał w niej sojuszniczkę.

Dobrosław przygryzał nerwowo wargi. Ta sytuacja była dla niego ciosem. Dowodem na to, że nie potrafił zająć się rodziną, nie sprawdził się jako opiekun młodszego rodzeństwa. Bolek zniknął, Zimek chce wyjechać... Matka w grobie się przewraca... Strasznie ją zawiódł... Z drugiej strony obiecał jej, że dopilnuje, by najmłodszy wyszedł na ludzi. Może ten wyjazd rzeczywiście jest jakąś szansą?...

- Muszę porozmawiać z ciotką - powiedział wreszcie.

Zimek przypadł do niego.

- Dziękuję!

- Nie dziękuj, bo jeszcze nic nie postanowiłem.

- Ale chcesz porozmawiać! A to już dużo...

- Dobrze, dobrze. Jutro z rana wyślę depeszę do ciotki, żeby przyjechała. Wtedy się z nią rozmówię.

 

POGRZEB WANDY RYMUT zaplanowano na piątek. Przez cały ten czas Łobaczowie próbowali skontaktować się z Józkiem. Nie było go w domu. W pracy też się nie pojawiał.

- Kazik, martwię się. Szczególnie o dzieciaki! - powiedziała Ludmiła, która ciągle opłakiwała zmarłą siostrę.

- Może pojechali do matki Józka?

- Toś jeszcze tego nie sprawdził?! - Miłka spojrzała na męża z wyrzutem.

- Zaraz zadzwonię do komendanta w Iławie. Niech rozpyta.

Józefa Rymuta nie było u matki. Nikt go tam nie widział od kilku miesięcy. Dzieci też nie przywiózł. Stara Rymutowa nawet nie wiedziała o śmierci synowej. Była wstrząśnięta. Obiecała przyjechać na pogrzeb i w razie potrzeby zająć się wnukami.

- Jakie "zająć się"?! - oburzyła się Ludmiła. - Nie słyszałeś, co powiedziała Wandzia?! To ja mam wychować jej dzieci! Tylko ja! I nie zgadzam się na żadne inne rozwiązanie, rozumiesz?! Taka była wola mojej siostry! Sam słyszałeś! - Po tych słowach wybiegła z pokoju, trzaskając drzwiami. Po krótkiej chwili wróciła, krzycząc: - I masz znaleźć te dzieciaki! Jak najszybciej! Józek mnie nie obchodzi. Tylko dzieci! Czy to do ciebie dotarło?! - znów trzasnęła drzwiami, tym razem zamykając je na klucz.

Łobacz opadł na fotel. Wszystko zaczęło go przerastać. Najpierw absurdalna śmierć Brzoski, następnie znika Bolek i czort jeden wie, co się z nim dzieje! Potem straszna śmierć Wandy i na dokładkę ten niedojda Józek znika z dzieciakami! Tego było za wiele. Łobacz sięgnął do barku i wyjął półlitrówkę...

Właśnie nalewał sobie kolejny kieliszek, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. Zerwał się z fotela i, opanowując lekko chwiejny krok, poszedł otworzyć. Przed nim stał... proboszcz tutejszej parafii. Ludmiła wyjrzała z pokoju, a ujrzawszy gościa, na powrót zamknęła za sobą drzwi.

- Czego pan... ksiądz... tu... sobie... życzy? - wybełkotał Łobacz, nie wiadomo czy bardziej z zaskoczenia, które właśnie sięgnęło zenitu, czy też z lekkiego nadmiaru promili we krwi.

- Pokój temu domowi - odrzekł spokojnie kapłan, ogarniając wzrokiem wszystko, co było w jego zasięgu. - Przyszedłem porozmawiać, ale zdaje się, że nie w porę... - dodał, wymownie mierząc milicjanta od stóp do głów.

- W tym domu zawsze będzie nie w porę - odciął się Kazimierz.

- Wiem o tym, ale mimo wszystko chciałbym zamienić z panem kilka słów. To ważne - ton głosu księdza był niezwykle stanowczy. - Chodzi o pańską szwagierkę - dodał.

- O Wandę? - krzyknęła Ludmiła, która nagle zjawiła się w przedpokoju. Najwyraźniej stała z uchem przyklejonym do drzwi.

- Tak. Chodzi o Wandę Rymut.

- Ksiądz wejdzie do pokoju - Kazimierz wskazał ręką kierunek.

- Niech mówi, co wie o mojej siostrze - Ludmiła nie siliła się na grzeczności.

- Pani Wanda tego feralnego dnia była w kościele... - zaczął ksiądz.

- To i my wiemy - przerwał Łobacz. - Tylko nie mamy pojęcia po jaką cholerę... to znaczy po co tam poszła!

- Porozmawiać i wyspowiadać się - odrzekł krótko proboszcz.

- Moja siostra się spowiadała?! - Ludmiła nie potrafiła ukryć zdumienia. - Przecież ona w ogóle nie chodziła do kościoła. Ksiądz wybaczy, ale zawsze twierdziła, że wiara to zwykłe mamienie ludzi i szkoda na to czasu. A rozmawiać na szczęście miała z kim.

- Doprawdy? To dlaczego przyszła do mnie? Dlaczego właśnie mnie wyjawiła tę tajemnicę?

- Jaką tajemnicę? - Łobaczowie oboje jak na komendę usiedli naprzeciwko księdza.

- To była rozmowa, bo tajemnicy spowiedzi nie mogę wyjawić. Właściwie jestem zwolniony z tejże, bo przecież pani Wandy nie ma już wśród żywych...

- Czy ksiądz wreszcie przejdzie do rzeczy?! - rzuciła zniecierpliwiona Ludmiła.

- Pani Wanda wyznała mi, że jest w ciąży...

- To też wiemy... burknął Łobacz.

- Ja oczywiście pogratulowałem jej szczerze - kontynuował proboszcz, puszczając mimo uszu uwagę milicjanta. - Ona jednak kategorycznie oświadczyła, że tego dziecka nie będzie. Dodała jeszcze: "I mnie też"...

- Ksiądz jest pewien, że właśnie tak powiedziała? - Kazimierz już całkiem wytrzeźwiał.

- Jestem pewien. Była przy tym jakaś dziwna jakby nieobecna... Ale to nie wszystko. Zapytała, czy wierzę w głosy.

- Jakie głosy?

- O to samo ją zapytałem. Powiedziała, że głosy każą jej odpokutować winy.

- Nic z tego nie rozumiem - Ludmiła załamała ręce.

- Na początku też nie rozumiałem. Wyznała mi to później podczas spowiedzi. Tak po prawdzie nie powinienem tego mówić...

- Wandy już nie ma... Sam ksiądz powiedział, że w takiej sytuacji...

- Ale skoro ksiądz nie może wyjawić, to nie może i już! - warknął Łobacz.

- Kazik, uspokój się! Niech ksiądz mówi.

- Pani siostra popełniła grzech cudzołóstwa...

- Że co?! Wanda?! To chyba jakiś żart!

- To nie jest powód do żartów. Wanda Rymut była w ciąży i ojcem tego dziecka na pewno nie był Józef Rymut. To właśnie wyznała na spowiedzi.

- Nie Józek?! - Wanda złapała się za głowę.

- Powiedziała kto? - zapytał Łobacz.

- Tego nie wyznała - odparł ksiądz. - Zresztą nie oczekiwała ani rozgrzeszenia, ani zrozumienia. Po prostu przyszła mnie o tym poinformować. Dlaczego mnie? Czemu miała służyć ta spowiedź? Nie wiem. Chciała, żebym wyjaśnił jej, skąd te głosy... Powiedziała, że słyszy je w swojej głowie. Wspomniała też o jakiejś Cygance. Ponoć ta wywróżyła jej nieszczęście. A głosy właśnie namawiały do złego. Przyznała, że nie chce tego zrobić, bo przecież ma dzieci, ale jest bez wyjścia. Miała taki obłęd w oczach...

- Dlaczego ksiądz jej nie zatrzymał? - zapytała z wyrzutem Łobaczowa.

- Chciałem! Bóg mi świadkiem. Ale właśnie miałem rozpocząć mszę świętą. Powiedziałem tylko, żeby zaczekała w zakrystii. Że później porozmawiamy, że musi myśleć o dzieciach. A ona zerwała się, szepnęła: "Miłka będzie wiedziała, co zrobić" i wybiegła z kościoła...

- Muszę się napić - powiedział Kazimierz, podnosząc się ciężko z kanapy.

- Nalej i mnie - szepnęła Ludmiła. - Może ksiądz? - zapytała duchownego.

- Dziękuję, nie piję mocnego alkoholu. Zresztą muszę już iść. Chciałem tylko przekazać ostatnie słowa bliskiej wam osoby. Współczuję bardzo straty... - ksiądz wstał i ruszył do wyjścia. Przed drzwiami zatrzymał się. - Jeszcze jedno, może jednak zmienią państwo decyzję w sprawie pogrzebu? Wprawdzie to samobójca, ale chętnie pochowam ciało pani Wandy...

- Szwagierka będzie miała świecki pogrzeb - uciął Łobacz.

- Jak państwo sobie życzą. Z Bogiem.

- Do widzenia - Kazimierz zamknął drzwi za duchownym.

- Moja siostra zwariowała! - krzyknęła Ludmiła, kiedy mąż wrócił do pokoju. - Najpierw puściła się nie wiadomo z kim, a potem z tego wszystkiego wpadła w obłęd! Nalej mi jeszcze, bo szlag mnie trafia!

Kazimierz otworzył kolejną butelkę.

- Myślisz, że Józek wie? - zapytał, napełniając kieliszki.

- Chyba nie. Jak go znam, przybiegłby się poskarżyć. Do cholery, gdzie on jest z tymi dzieciakami?...

Kazimierz objął żonę ramieniem.

- Nie martw się, znajdę ich...

 

PIĄTEK OD SAMEGO rana był słoneczny, a powietrze wyjątkowo ciężkie. Kazimierz obudził się przed szóstą. Przesunął dłoń po pościeli, szukając żony. Jednak miejsce obok było puste.

- Miłka? - zawołał lekko zaniepokojony.

Odpowiedziała mu cisza. Mężczyzna wsunął stopy w kapcie i ruszył do kuchni. Ludmiła siedziała na bujanym fotelu przy otwartym oknie.

- Ty palisz? - zapytał Łobacz, widząc papierosa w dłoniach żony. - Myślałem, że rzuciłaś kilka lat temu.

- Bo rzuciłam - odpowiedziała Ludmiła, nie odrywając wzroku od okna.

- Więc wyrzuć to świństwo - Kazimierz próbował wyrwać jej papierosa.

- Zostaw! - krzyknęła kobieta. - To moja sprawa, czy będę paliła, czy też nie. Tobie nic do tego!

- Rozumiem, że jesteś zdenerwowana... - Łobacz próbował załagodzić narastające napięcie.

- Nic nie rozumiesz! - przerwała mu kobieta. - Nie mogę przestać myśleć o Wandzie...

- To zrozumiałe. Ale, Miłka, czasu nie cofniesz.

- Wiem, że nie cofnę. Tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju. Z kim miała dziecko?

- To teraz nie jest ważne...

- Dla mnie ważne. Moja siostra, wzór cnót, dopuszcza się zdrady! Z kim?!

- Kochanie, nie zadręczaj się...

- A może to chodzi o ciebie?...

- Co takiego?!

- Zawsze ci się podobała. Ze mną nie możesz mieć dzieci, więc pomyślałeś, że może z nią ci się uda!

- Czy ty się słyszysz, kobieto?! Podejrzewasz mnie o romans ze swoją własną siostrą?! Jak w ogóle mogłaś o tym pomyśleć?! - Łobacz miotał się po pokoju czerwony ze złości.

- Co się tak denerwujesz? - Ludmiła z zaskoczeniem obserwowała reakcję męża.

- A jak mam się nie denerwować? Posądzasz mnie o coś takiego! Nie zdradziłem cię i nie zamierzam!

- Dobrze już! Uspokój się - kobieta zaciągnęła się papierosem. - Ale kto?...

- A mnie skąd wiedzieć? Prawdopodobnie już się tego nie dowiemy, więc nie drąż.

- Muszę wiedzieć, bo uważam, że ta osoba jest odpowiedzialna za śmierć mojej siostry! Nie jakieś tam głosy, tylko konkretna osoba! Konkretny mężczyzna. - Odwróciła wzrok i głęboko wciągnęła dym z rozżarzonego papierosa.

Zamknięta trumna z ciałem Wandy Rymut została wystawiona w przykościelnej kaplicy punktualnie o godzinie dwunastej. Żałobnicy powoli w zupełnej ciszy wypełniali pomieszczenie. Na podwyższeniu czekał na nich mistrz ceremonii. Łobacz ściągnął go aż z Elbląga. Był to wysoki, tęgi mężczyzna, ubrany nienagannie i kontrastowo: czarne lakierki, peleryna, cylinder, mucha, białe rękawiczki i koszula.

Chwilę po dwunastej do kaplicy weszli Łobaczowie. Ludmiła miała na sobie czarną sukienkę z rękawem do łokcia, czarne koronkowe rękawiczki i na głowie kapelusz z delikatną, tiulową woalką. Kazimierz założył wyjściowy mundur z czarną opaską na rękawie. Podeszli do katafalku. Ludmiła położyła dłoń na trumnie, w której spoczywała jej siostra. Płakała. Kazimierz przytrzymywał żonę za ramiona. Szeptał coś do ucha. Po chwili oboje usiedli w pierwszej ławce. Ludmiła dyskretnie co chwilę oglądała się za siebie.

- Daj spokój - syknął Kazimierz. - Przyjdzie na pewno. W końcu to jego żona.

- Przyjdzie albo nie przyjdzie - odpowiedziała szeptem. - Tak naprawdę mam gdzieś jego osobę. Chodzi mi o dzieciaki. Co z ciebie za milicjant, że nie potrafisz ich znaleźć.

- Naprawdę musisz w tym momencie? - Łobacz spojrzał na żonę z lekkim wyrzutem. - Przecież doskonale wiesz, że robię wszystko, żeby znaleźć te maluchy.

- Jakbyś robił wszystko, to teraz siedziałyby obok nas...

- Miłka, jeśli natychmiast się nie uspokoisz...

Sprzeczkę małżonków przerwał mistrz ceremonii, który rozpoczął swoją przemowę. Była krótka, trochę banalna i mało chwytająca za serce. Widać mężczyzna nie miał wprawy w prowadzeniu tego typu pogrzebów. Ludmiła i tak nie wsłuchiwała się w słowa laudatora. Myślała o czwórce dzieci, które nie wiadomo, gdzie się podziewają, a którymi wolą siostry musi się zająć. Zresztą zrobiłaby to tak czy owak.

Nagle w kompletnej ciszy rozległy się kroki. Łobaczowa odwróciła się. To był Józek. Blady, niechlujnie ubrany, cuchnęło od niego alkoholem. Zbliżał się niepewnym krokiem. Ludmiła natychmiast pociągnęła go za rękaw i posadziła obok siebie.

- Gdzie są dzieci?! - syknęła.

- W bezpiecznym miejscu.

- Co to znaczy: w bezpiecznym miejscu? Mów, gdzie je wywiozłeś?! W co ty pogrywasz? Życzeniem Wandy było, żebym to ja...

- Gówno mnie obchodzą jej życzenia! - wrzasnął Józek.

Reakcja żałobników była natychmiastowa i przewidywalna.

Ludmiła zrobiła wielkie oczy, spojrzała na męża, szukając jakiegokolwiek wsparcia. Ten złapał szwagra pod rękę i czym prędzej wyprowadził z kaplicy.

- Oszalałeś?! - krzyknął, gdy byli już na zewnątrz. - Takie szopki na pogrzebie własnej żony?!

- A ty nie bądź taki hardy! - rzucił Józek. - Czytałem spowiedź Wandy.

- Co ty bełkoczesz?! Jaką spowiedź?!

- Ta idiotka spisała wszystkie swoje grzechy. Na pamiątkę albo dla księdza, żeby jej się nic nie pomyliło. Chcesz poczytać? Na pewno cię to zainteresuje.

- Zamknij się, pijaku cholerny!

- O nie! Nie zamkniesz mi ust! I nie jestem pijakiem. Dobrze wiesz, że do tej pory brzydziłem się alkoholem. To ona, moja ukochana żona, popchnęła mnie do kieliszka.

- Bredzisz bez związku!

- Bredzę? Tak uważasz? Słuchaj, panie stróżu prawa! Dwieście milionów w gotówce, albo rozpierdolę twoje życie tak samo jak ty moje. Chyba to nie jest wygórowana cena za romans z moją żoną, co?!

- Mogę cię uciszyć jednym kiwnięciem palca - Kazimierz złapał Józka za kark i energicznie przyciągnął do siebie. - Tylko pamiętaj, że masz czwórkę dzieci i one potrzebują ojca. Więc nie cwaniakuj, dobrze?

- Co tu się dzieje? - obaj panowie usłyszeli za sobą głos Ludmiły.

- I co teraz powiesz? - szepnął Józek, nachylając się do Łobacza, który nagle zwolnił uścisk. - Zaryzykujesz? Bo mnie jest wszystko jedno...

- Nic się nie stało, kochanie - Kazimierz wyprostował się. - Szwagier trochę za dużo wypił. Ale cóż się dziwić. Taka tragedia... Wracaj do kaplicy.

- Nie wrócę, dopóki się nie dowiem, gdzie są dzieci?!

- Nie martw się. Przywiozę je jutro - odpowiedział spokojnie Józek, widząc przeszywający wzrok Kazimierza. - Nie chciałem, żeby przez to przechodziły...

- Nie chciałeś, żeby uczestniczyły w pogrzebie własnej matki?! Co z ciebie za człowiek?! - Ludmiła odwróciła się na pięcie i weszła do kaplicy.

- No to jak? Dogadamy się? - zadziornie zapytał Józek.

- Chcę zobaczyć te zapiski.

- Oczywiście. Nie myśl, że cię oszukuję. A swoją drogą długo to trwało?

- To nie ma teraz najmniejszego znaczenia - Kazimierz odwrócił głowę.

- Rozumiem, że Robuś nie jest moim synem?

- Zapiski - mruknął Łobacz. - Jutro.

- Odezwę się! - krzyknął Józek i chwiejnym krokiem ruszył w kierunku bramy wyjściowej.

Kazimierz do końca dnia starał się unikać tematu Rymutów. Ludmiła niechcący mu to ułatwiła. Zaraz po stypie położyła się w sypialni i prosiła, by zostawić ją samą. Mąż w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że nie uniknie pytań i prędzej czy później wszystko się wyda. Wolał później... Nie chciał oszukiwać Ludmiły, ale też bał się przyznać do zdrady. Kochał żonę, jednak szukał szczęścia w ramionach innej. Same paradoksy...

To był początek października 1966. Dokładnie pamiętał ten dzień. Imieniny Ludmiły. Józek pojechał do rodziców. Jego matka była umierająca (choć żyje do dziś i ma się dobrze) i chciała ostatni raz zobaczyć wnuki. Było więc wyjątkowo kameralnie. Tylko Łobaczowie i Wanda. Siedzieli na dworze. Pogoda, jak na jesienny miesiąc, wyjątkowo dopisała. Kazimierz miał jeszcze jechać do pracy, więc nie pił alkoholu. Czego nie można powiedzieć o kobietach. Obie sporo wypiły i najpierw zbyt głośno się śmiały, a potem równie głośno płakały. Kazimierz znosił to cierpliwie, raz po raz delikatnie je uciszając. Te oczywiście natychmiast odpłacały tekstami w stylu: "Sam się zamknij!" lub "Ty mnie nigdy nie rozumiałeś!", aż po "Gówno mnie obchodzą sąsiedzi! Jestem u siebie!". W końcu po opróżnieniu kolejnej butelki Ludmiła zaproponowała siostrze nocleg. Ta, nie wiedzieć dlaczego, upierała się, że chce spać we własnym łóżku. Po długiej, słownej przepychance Kazimierz zdecydował, że odwiezie szwagierkę, bo przecież nie pozwoli jej pójść do domu piechotą, a i tak musi jechać do pracy. Najpierw położył żonę, żeby nie przyszło jej do głowy otworzenie kolejnej butelki lub, co gorsza, spacerowanie po osiedlu, po czym zapakował do auta szwagierkę i ruszyli.

- Nie chcę jechać do domu - Wanda wyciągnęła się na siedzeniu.

- Przecież sama o to prosiłaś! - Kazimierz ze zdumieniem stwierdził, że wcale nie jest aż tak pijana. Czyżby udawała? Ale w jakim celu?

- Oj prosiłam, nie prosiłam! Zawsze wszystko bierzesz na serio?

- Nie rozumiem cię. To mam zawracać do naszego domu czy co?

- Wykaż się inicjatywą - Wanda zwyczajnie prowokowała szwagra.

- Jaką inicjatywą? Wanda, do cholery, nie wiem, o co ci chodzi?!

- Ależ ty jesteś niedomyślny! No zabierz mnie gdzieś!

- Zabieram cię do domu i koniec kropka. Muszę jeszcze wjechać na posterunek.

Wanda zamilkła. Patrzyła beznamiętnie na drogę i uśmiechała się lekko. Po chwili Kazimierz parkował przy ulicy, gdzie mieszkali Rymutowie.

- Jesteśmy na miejscu - powiedział, zerkając na Wandę. - Dasz sobie radę?

- Właściwie... no... chyba nie...

- Co to znaczy?

- Bo właśnie sobie przypomniałam, że zlew w kuchni mi się zatkał. Józek przed wyjazdem nie zdążył naprawić, a diabli wiedzą, kiedy wróci...

Łobacz już wtedy powinien się domyślić... Metoda stara jak świat... Tylko nigdy nie posądziłby Wandy o jakieś niecne zamiary. Weszli do domu i potem wszystko potoczyło się w błyskawicznym tempie. Wanda zawsze mu się podobała, a kiedy stanęła przed nim w samej bieliźnie, nie potrafił się oprzeć. Chwilę później byli już w łóżku, spleceni miłosnym uściskiem. Kazimierz nigdy nie narzekał na swoje życie seksualne, ale to co przeżył z Wandą, było po prostu nieziemskim doznaniem...

- Mam nadzieję, że to nie był ostatni raz... - szepnęła kobieta, gdy Kazimierz pospiesznie zbierał swoje rozrzucone ubrania.

- To nie powinno było się stać...

- Ale się stało. Kaziu, jesteśmy dorośli i tak do tego podejdźmy. Ani Józek, ani moja siostra nigdy się o tym nie dowiedzą.

- Wiem, ale...

- Konsekwencji też nie musimy się obawiać - przerwała Wanda.

- Co masz na myśli?

- Jak to co? Przecież nie macie dzieci. Z tego co mi wiadomo, to ty jesteś bezpłodny, a więc bezpieczny - Wanda mrugnęła uwodzicielsko.

Kazimierz jeszcze długo zastanawiał się, skąd u niej taka rozwiązłość? Nigdy się tak nie zachowywała. Może alkohol wydobył z poukładanej kobiety dzikie pożądanie? Nie rozmawiali o tym później. A przecież spotykali się jeszcze wiele razy. Te randki przypominały jazdę na diabelskim młynie. Raz Wanda była szalona i nieobliczalna. Innym razem bardziej powściągliwa. Aż któregoś razu oznajmiła, że to ostatnie spotkanie. Była chłodna i nieczuła. Kazimierz z jednej strony poczuł ulgę. Oszukiwanie Ludmiły bardzo mu ciążyło. Z drugiej strony żałował tych wspaniałych chwil spędzonych w ramionach szwagierki. Postanowił o nie zawalczyć, wymuszając na kobiecie spotkanie.

- Mówiłam, że to koniec - Wanda nerwowo przebierała palcami. - Po co chciałeś się spotkać?

- Po prostu nie rozumiem, dlaczego chcesz mnie rzucić?

- Może dlatego, że mamy swoje rodziny i nie powinniśmy ich oszukiwać?

- Naprawdę? Nagle teraz o nich pomyślałaś? Przywykłem do twojej huśtawki nastrojów, ale teraz to już przesadzasz. Sama mówiłaś, że nikt się nie dowie i przecież tak będzie. Wandziu, zastanów się... - Kazimierz próbował przytulić kochankę. Ta gwałtownie odsunęła się.

- Jestem w ciąży, Kazik, rozumiesz? W ciąży!

- Mówiłaś, że nie sypiasz z mężem - powiedział zaskoczony.

- Bo to prawda. Jestem w ciąży z tobą, kretynie!

- Co?! Jak to ze mną?! Przecież ja...

- No widzisz, okazuje się, że to nie ty jesteś bezpłodny, tylko moja siostra!

- Naprawdę?! - Kazimierz wyraźnie się ucieszył. - To moje dziecko?!

- Żeby było jasne: dziecko jest moje i Józka! Rozumiesz?! - odparła Wanda. - Jeśli to wszystko, to muszę już iść. Mam wizytę u lekarza.

Kazimierz po krótkiej chwili euforii zrozumiał, co właściwie się stało. Do dziecka, które spłodził, nie może rościć sobie żadnych praw. Na dodatek będzie nazywany wujkiem a nie tatą... Jak z tym wszystkim żyć? Doszedł do wniosku, że to kara za romans, za oszustwo, jakiego dopuścił się wobec Ludmiły. Nigdy sobie tego nie wybaczy...

Kiedy urodził się Robuś, Kazimierz starał się znikać z domu zawsze wtedy, gdy Wanda przychodziła z dzieckiem. Nie chciał się przyzwyczajać, przywiązywać... Wszystko powoli wracało do normy. Pozornie... Jakieś pół roku temu Łobacz znów trafił w ramiona Wandy. Tym razem to on bardzo tego chciał, a ona powtarzała, że źle robią, że to grzech... Jednak nie mogli się powstrzymać. Znów czuli się jak dawniej. Raz cudownie, szaleńczo. Innym razem spotkania były krótkie, Wanda oschła, zimna... Kazimierz wiele razy zastanawiał się, dlaczego szwagierka tak się zachowuje. Jakby były w niej dwie osoby... Może w małżeństwie by mu to przeszkadzało, ale przecież romans to coś innego...

Śmierć Wandy zakończyła ich potajemne schadzki...

Kazimierz nie wiedział, że jego kochanka znów jest w ciąży. Tym bardziej nie miał pojęcia, że uwierzyła Cygance i jakimś wewnętrznym głosom... Tylko po co to wszystko zapisała?! Jej już nie ma, a on został z problemem... Przykre, że te piękne chwile, jakie przeżył z Wandą, nazywa teraz problemem... Ale w istocie takimi są...

 

ZBIERAŁO SIĘ NA burzę, kiedy Dobrosław Brzoska kończył służbę. Układał papiery na biurku i co chwilę spoglądał przez okno.

- A ty co się tak ociągasz? - zagadnął Kalinowski, wchodząc do biura. - Jak ci nie spieszno do domu, to może raport za mnie wypełnisz? Po tym pogrzebie jakoś nie mogę się pozbierać...

- Wypchaj się. To twoja robota. Czekam, aż się rozwinie w jedną albo w drugą stronę. Nie zamierzam biec w deszczu. Żona starego się jakoś trzymała? W końcu straciła siostrę...

- Płakała jak to baby. Ryczą i bez powodu...

- Durny jesteś! - wrzasnął Dobrosław. - Ciekawe jak ty byś się czuł, gdyby ktoś bliski...

- Dobrze już, dobrze! Nie nakręcaj się! Tak tylko powiedziałem. Wiesz co było najdziwniejsze? Na pogrzebie nie widziałem męża zmarłej. To znaczy wpadł na chwilę do kaplicy, lekko zawiany. Komendant go wyprowadził i tyle go widzieliśmy...

- Co się dziwisz! Chłop został sam z czwórką dzieci!

- Niby tak, ale żeby nie być na pogrzebie?!

W tym momencie odezwał się fax. Kalinowski podniósł się leniwie i podszedł do urządzenia. Po chwili krzyknął:

- Jest!

- Co takiego?!

- Informacja o twoim bracie!

Dobrek zerwał się z krzesła. Wydarł z ręki kolegi pismo i zaczął czytać:

 

Poszukiwany Bolesław Brzoska, syn Konstantego Brzoski i Eleonory Brzoski z domu Zator, był widziany 12 sierpnia 1970 roku w porcie w Świnoujściu. Istnieją przesłanki, że poszukiwany dostał się na prom, płynący do Szwecji. Jednakże nie ma jego nazwiska na liście pasażerów, a co za tym idzie, informacja nie jest potwierdzona.

 

- O co tu chodzi? - krzyknął wzburzony Dobrosław. - Popłynął, czy nie popłynął?! I jakim cudem mu się to udało?! I co do cholery robił w Świnoujściu?! Dlaczego nic nie powiedział?!

- Poczekamy na komendanta - przytomnie odrzekł Kalinowski. - On będzie wiedział, za jakie sznurki pociągnąć, żeby odpowiedzieć na twoje pytania.

- Bolek, coś ty wymyślił?... - szepnął Dobrosław.

- Stary, uspokój się - Kalinowski poklepał kolegę po ramieniu. - Najważniejsze, że jest jakaś informacja! Przecież to oznacza, że twój brat żyje!

- I co mi po tej informacji, jak nadal nie wiem, gdzie ten gagatek się podziewa? - Dobrosław zaczął przemierzać pomieszczenie. - Co robić? Co robić?

- Nie martw się - Kalinowski nieudolnie próbował pocieszyć kolegę. - Kazek coś poradzi...

- Nie lubię, kiedy tak mówisz o komendancie!

- Przecież nie słyszy. Ej, Dobrek, idź do domu, wypij sobie kielonka albo dwa i się wyluzuj. Jutro świat będzie piękniejszy - Kalinowski uśmiechnął się.

- Ty i te twoje rady - rzucił Dobrosław i wyszedł z biura, trzasnąwszy drzwiami.

Upalne powietrze buchnęło mu w twarz w momencie, gdy przekroczył próg komisariatu. Odruchowo otarł czoło, choć nie było jeszcze na nim kropelki potu. Szedł powoli, analizując treść faxu. Coś mu się nie zgadzało. Wszystko można było Bolkowi zarzucić, ale nie to, że wyjechał bez pożegnania. I w dodatku do innego kraju! Jakim cudem?! Bez paszportu i pozwolenia? Dobrek przyspieszył kroku. Musi to rozgryźć. I nie będzie czekał na ruch komendanta. On ma teraz inne sprawy na głowie. Właśnie, dziwna sprawa z tą Rymut. Babka z czwórką dzieci rzuca się pod autobus? Niemożliwe... To nie mogło być samobójstwo. Po prostu zapatrzyła się kobieta, wlazła pod koła i nieszczęście gotowe. Przecież po co miałaby się zabijać? Mąż porządny chłop, dzieci, ona ładna, zdrowa... Cholera, jak to życie dziwnie się plecie... Każdy ma jakieś problemy. Mniejsze lub większe, ale ma...

Nagle przypomniał sobie, że z rana miał wysłać depeszę do ciotki.

- Niech to szlag! - wściekł się.

Poczta znajdowała się kilka ulic dalej i nie była po drodze do domu. Na dokładkę zanosiło się na niezłą ulewę. Pierwsze krople już spadły na ulicę. Dobrek przyspieszył kroku. Obiecał bratu, musi dotrzymać słowa...

 

JÓZEK POJAWIŁ SIĘ u Łobaczów kilka dni po pogrzebie. Przyjechał z dziećmi. Ludmiła już w progu podbiegła do całej czwórki, jednak tylko Robuś wyciągnął do niej ręce. Troje starszych wręcz schowało się za ojca.

- Wejdźcie, proszę - zachęciła Łobaczowa, trzymając najmłodszego na rękach.

- Nie będziemy zabierać wam cennego czasu - rzucił Józek. - Kazik jest?

- W pracy. Co się z tobą dzieje? - Ludmiła była wyraźnie zaniepokojona. - Ja rozumiem twój ból, ale przecież my też cierpimy! A przede wszystkim nie jesteśmy twoimi wrogami. Chcemy pomóc. Wanda przed śmiercią...

- Wiem, co mówiła moja żona przed śmiercią - przerwał nagle Józek. - Dlatego podjąłem decyzję. Wyjeżdżam z trójką starszych, a wam zostawiam na wychowanie Robusia...

- Co takiego?! - Ludmiła nie kryła oburzenia. - Chcesz rozdzielić rodzeństwo?! Wanda się w grobie przewraca! Co z ciebie za ojciec?!

- Uwierz mi, że to najlepsze rozwiązanie. Zresztą widzę, jak mały lgnie do ciebie. Wyrażę zgodę na adopcję i załatwię wszystkie formalności. Robuś jest wasz - to mówiąc, spojrzał na pozostałą trójkę dzieci. - Pożegnajcie się z bratem. Raczej się nie spotkamy...

- Józek, co ty mówisz?! Co się z tobą stało?!

- Opiekuj się Robusiem. Z tobą będzie mu dobrze... On cię bardzo kocha. Często o tobie mówi. Taki mały, a już tęskni. No chyba, że go nie chcesz...

- Jasna cholera! To nie jest jakaś rzecz, którą się chce albo nie! - wrzasnęła Łobaczowa, sadzając chłopczyka na tapczanie. - Masz czworo dzieci i chcesz je rozdzielić? Józek, one zostały półsierotami! Chcesz im jeszcze zafundować rozłąkę?!

- To jest moja ostateczna decyzja. I uwierz mi, nie było mi łatwo ją podjąć. Uważam, że tak będzie najlepiej...

- Dla kogo?! Dla ciebie?! Ty cholerny egoisto! - Ludmiła przestała nad sobą panować. - A miałam cię za porządnego faceta! Strasznie się na tobie zawiodłam! Jednak to prawda, że siłę człowieka poznajemy wtedy, gdy piętrzą się przed nim trudności. Okazałeś się słabym, zapatrzonym na siebie dupkiem i to Wanda w tym waszym związku nosiła spodnie! - ostatnie słowa Ludmiła wykrzyczała, zanosząc się od płaczu.

Józek stał spokojnie ze spuszczoną głową. Wyglądał, jakby przybyło mu kilka lat. W końcu spojrzał na Miłkę, na Robusia i wolnym krokiem ruszył do wyjścia. W tym momencie Ludmiła opamiętała się.

- Poczekaj, porozmawiajmy - złapała szwagra za rękaw. - Zrozum mnie, ja ciągle nie mogę pogodzić się z tą bezsensowną śmiercią...

- Myślisz, że ja mogę? - Józek spojrzał Ludmile prosto w oczy. - Ale jak pomyślę, że ona...

- Co? Co ona? Józek, co ona?!

- Miłka, nie pytaj... Lepiej dla ciebie, że o pewnych sprawach nie masz pojęcia...

- O jakich sprawach?! Co ty przede mną ukrywasz?!

- To już teraz nie jest ważne. Wandzi nie ma i muszę się skupić na żyjących.

- I dlatego oddajesz jedno ze swoich dzieci? - Ludmiła nie kryła złośliwości.

- A żebyś wiedziała. Chcę, żeby Robuś miał wszystko, czego zapragnie. Ja nie mogę... nie będę dla niego dobrym ojcem. Zresztą Tereska... Dzieciaki - zwrócił się do swojej gromadki, - idźcie na chwilę do ogrodu. Tata zaraz was zawoła.

- Co z Tereską? - zapytała Miłka, kiedy została sama z Józkiem.

- Tereska dziwnie się zachowuje...

- Żadna nowość. Ona zawsze była inna.

- To prawda, ale teraz całkiem zdziczała. Rozmawia już nie tylko z przedmiotami w domu... Ona rozmawia ze swoją matką... I to tak, jakby Wanda żyła... Słyszy jej głos... Byłem z nią u lekarza... Zlecił jakieś badania... Miłka, on napomknął, że to może być jakaś choroba psychiczna... I że musiała ją odziedziczyć...

- Józek, to dziecko nie może pogodzić się ze śmiercią matki!

- Nie rozumiesz?! Ona słyszy głosy! Jak Wanda!

- Chcesz zrobić z mojej siostry wariatkę?! - Ludmiła zerwała się z fotela.

- Nie chcę, ale jak wytłumaczysz ten cholerny wypadek?! No jak?! Ona też słyszała głosy! Może coś jej się w głowie poprzestawiało?!

- To ty jesteś nienormalny! Zostaw moją siostrę w spokoju! Nie pozwolę ci kalać jej imienia!

- Wiedziałem, że tak zareagujesz... Ale nie obchodzi mnie to. Zajmę się Tereską. Nie dopuszczę do tego, by skończyła jak matka. Dlatego proszę cię, abyś przygarnęła najmłodszego. Nie jestem w stanie wszystkim się zająć. Zgadzasz się?

- Przecież muszę ustalić wszystko z Kazikiem!

- On się na pewno zgodzi...

- Skąd taka pewność? - Ludmiła spojrzała podejrzliwie na szwagra.

- Powinniśmy już iść. Bądźcie zdrowi. Pewnie się nie spotkamy...

- Gdzie ty wyjeżdżasz? Przecież muszę wiedzieć!

- Nie musisz. Nie jesteśmy już rodziną...

 

OSTATNI TYDZIEŃ SIERPNIA był wyjątkowo pogodny. Tak jakby lato chciało wynagrodzić zbyt wiele chłodnych, lipcowych dni. Rośliny na klombach obsypały się bujnym kwieciem, a ptaki swym śpiewem prześcigały się w wychwalaniu pięknej, słonecznej aury.

Przed wieczorem rodzina Brzosków wybrała się na dworzec kolejowy. Tego dnia miała przyjechać ciotka Leokadia ze swoim synem Ignasiem. Zimek był wielce podekscytowany. Radość ze spotkania z ciotką i kuzynem mieszała się ze strachem, że wyjadą stąd bez niego... W tajemnicy przed wszystkimi już się spakował... Niewiele było tego bagażu; trochę ubrań, szczoteczka do zębów, grzebień, a przede wszystkim książki. To one zabierały najwięcej miejsca w starej, sfatygowanej walizce...

Pociąg spóźnił się ponad godzinę. Wreszcie wjechał na peron. Ludzie zaczęli się tłoczyć, by jak najprędzej zająć miejsce siedzące. Z pociągu najpierw wysiadł konduktor, a za nim starszy pan z walizką. Potem kobieta z małym dzieckiem na rękach. Zimek niecierpliwie przebierał nogami. Nagle krzyknął: - Ignaś! - i puścił się biegiem w kierunku wysiadającego chłopaczka. Ten z radosnym okrzykiem biegł w stronę Zimka. Po chwili przywarli do siebie w braterskim uścisku.

Ignaś był wzrostu Zimka, ale znacznie tęższy. Miał na sobie krótkie, zielone spodenki, które odsłaniały pulchne, opalone nogi i szarą koszulkę bez rękawków. Granatowa czapka z daszkiem podczas biegu zsunęła się z głowy chłopca i teraz leżała obok. Żaden jednak nie przywiązywał do tego uwagi i dalej z czułością poklepywali się po ramionach. Dobrosław ze wzruszeniem patrzył na tę scenę. Dawno nie widział brata tak szczęśliwego. Po chwili ujrzał ciotkę. Serce zabiło mu mocno. Młody miał rację, jakże ona podobna do matki... Wysoka, szczupła, elegancko ubrana. Mama też lubiła się ładnie ubrać, choć okazji do tego miała niewiele. Później choroba spowodowała, że dzieci widywały ją zwykle w piżamie lub podomce, najczęściej leżącą w łóżku, obolałą, płaczącą...

Ciotka Leokadia była ubrana w zwiewną, kolorową sukienkę, sięgającą do połowy łydki i buty na małym, zgrabnym obcasiku. Głowę ozdabiał niewielki, słomkowy kapelusz, spod którego wystawały pukle kasztanowych włosów. Mama też takie miała, pomyślał Dobrek. Tylko później bardzo jej się przerzedziły...

- Dzień dobry, ciociu. Jak podróż?

- Dobrosław... - szepnęła Leokadia. - Tyle lat minęło... Tyle straconych lat... - kobieta rozpłakała się i przytuliła chłopaka.

Nie spodziewał się takiego wybuchu czułości. Nie bardzo wiedział, co zrobić z rękoma. W końcu objął ciotkę i poczuł coś w rodzaju ulgi. Było tak, jakby obejmował matkę...

- Chodźmy do domu - szepnął.

Ciotka Leokadia okazała się nad wyraz rozgadaną osobą. Całą drogę opowiadała o podróży, o pogodzie, wychwalała Ignasia i rozpływała się nad Zimkiem.

Kiedy już dotarli do domu, poprosiła Dobrosława na stronę.

- Czas byśmy porozmawiali, prawda?

- To prawda. Ale chciałbym, żeby Justyna również uczestniczyła w tej rozmowie. Zimek na razie niech zabierze Ignasia i pokaże mu nasze miasto.

- Oczywiście. A wasz brat? Bolek, dobrze pamiętam? Czasem wymieniałyśmy z Eleonorą sekretne wiadomości...

- Bolka chwilowo nie ma w domu... Ciociu, dlaczego sekretne? Powiesz nam, co się stało, że nie kontaktowałaś się z mamą?

- Jesteś już dorosły, więc ci powiem. Kiedy miałeś może dwa, trzy latka, odwiedziłam was z Leonem. Przyjechaliśmy prosić na nasz ślub. Twój ojciec od początku bardzo się mną zainteresował. Jeśli wiesz, co mam na myśli... Łaził za mną, rzucał dwuznaczne teksty, próbował obejmować. Niby żartem, ale nie było to miłe. Leon nieźle się wkurzył. Twoja matka próbowała obrócić niezręczną sytuację w żart. W końcu zdecydowałam, a właściwie Leon postawił sprawę jasno, że kolejnego dnia z samego rana wyjeżdżamy. Twój ojciec bardzo się wkurzył. Pijany zakradł się do mojego pokoju. Spałam oczywiście sama. Rzucił się na mnie, zasłonił usta i tylko cudem udało mi się trochę wyswobodzić i krzyknąć. Na szczęście Leon był w sąsiednim pokoju. Wpadł i się zaczęło. Tak się pobili, że obaj wylądowali w szpitalu... Potem wasz ojciec trafił do aresztu. Kiedy wróciliśmy do Kłodzka, Leon zapowiedział, że nie chce widzieć mojej rodziny ani na ślubie, ani w ogóle. Byłam zakochana, uległam. Do dziś żałuję, bo przecież Eleonora niczemu nie była winna, a to w końcu moja siostra...

- Przykro mi, że tak się sprawy potoczyły... A co stało się z wujkiem?

- Zmarł w lutym. Przeziębił się, potem przyplątała się jakaś poważniejsza infekcja, a na koniec zapalenie płuc... Nie dał rady walczyć...

- Współczuję...

- Właściwie muszę szczerze powiedzieć, że uwolnił mnie od siebie... Był tyranem i despotą. Zdarzało mu się nawet podnieść na mnie rękę. Na szczęście Ignaś tego nie widział. Ale jego stosunki z ojcem były dalekie od wspaniałych. Co tu dużo mówić, Leon należał do mężczyzn zapatrzonych w siebie i wszystko podporządkowywał swoim zachciankom.

W tym momencie do pokoju weszła Justyna.

- Jakaś ty podobna do matki... - szepnęła ciotka. - Te same oczy, ten sam uśmiech... I te włosy... Jesteś piękną dziewczyną! Pewnie masz mnóstwo adoratorów - mrugnęła.

- Nie dbam o to...

- I na dodatek skromna... Zawsze chciałam mieć córkę... Ale Ignasia urodziłam zbyt późno i potem obawiałam się kolejnej ciąży. Zresztą zdrowie nie pozwalało...

Dobrosław poczuł, że ta rozmowa wymyka się spod kontroli. Musiał zareagować.

- Ciociu, przejdźmy do sprawy. Naprawdę chcesz zabrać do siebie Zimka?

- Owszem - ciotka ocknęła się, jakby wróciła z dalekiej podróży. - Pokochałam tego chłopca jak swojego.

- Krótko go znasz... - wtrąciła Justyna.

- To prawda, ale nie sądzę, żeby udawał coś przede mną. To szczery dzieciak i bardzo mądry.

- Wiemy. Jest pierwszym uczniem w szkole. Po podstawówce chcemy go posłać do liceum w Lidzbarku...

- A ja proponuję coś więcej - przerwała ciotka. - Zimek zasługuje na wszystko co najlepsze. Chciałabym go posłać do renomowanego liceum w Kłodzku, a potem na studia we Wrocławiu. Zajmę się tym. O nic nie musicie się martwić. Wprawdzie jestem tylko pielęgniarką, ale po babce Leona odziedziczyłam dobrze prosperujący pensjonat. Nie narzekam na brak pieniędzy. Poza tym nie chciałabym, żeby Ignaś był sam. Oni tak świetnie się dogadują ze sobą. No i jest jeszcze coś...

- Słuchamy, ciociu...

- Wasza mama przed śmiercią napisała do mnie list. Ciężko jej było, bo wiedziała, że umiera i zostawia was na pastwę tego tyrana ojca. Wychwalała ciebie, Dobrosławie. Pisała, że jesteś takim poukładanym młodzieńcem, że zacząłeś pracę w milicji. Liczyła na to, że nie pozwolisz, aby w waszej rodzinie działo się coś złego. Martwiła się o ciebie, Justysiu. Uważała, że jesteś zbyt krucha i delikatna, by dać sobie radę w życiu. Bolek był jej wielkim utrapieniem. Jak pisała: "skaranie z tym chłopakiem. Boję się, że pójdzie w ślady ojca". A o Zimku wypowiadała się: "mój mały geniusz". Była z niego taka dumna. Wierzyła, że zajdzie daleko. Jednocześnie martwiła się, że nie będzie miał możliwości. Poczułam, że między wierszami właśnie o te możliwości mnie prosi... Kiedy spotkałam Ziemowita na tym obozie, zrozumiałam, że to znak od Eleonory, że ona do mnie wysyła sygnał stamtąd - spojrzała w górę. - Teraz rozumiecie? Wcześniej, kiedy żył Leon, nie mogłam nic zrobić. On chyba wiedział, kiedy umrzeć... Zostawił mi wolną rękę... - ciotka Leokadia schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się.

Dobrosław spojrzał na Justynę. Ta lekko wzruszyła ramionami. W końcu wstała i podeszła do ciotki. Objęła ją.

- Zimek to nasz brat. Jeśli działaby mu się jakaś krzywda...

- O czym ty mówisz, dziecko? - Leokadia podniosła zapłakane oczy. - Będę go traktować na równi ze swoim własnym synem! Mogę wam to przysiąc na pamięć waszej zmarłej matki.

- Ale obiecaj, że jeśli młody będzie chciał wrócić do domu, natychmiast nas o tym powiadomisz!

- Oczywiście! Macie moje słowo.

W tym momencie w drzwiach pojawił się Zimek. Za nim natychmiast zmaterializował się Ignaś. Dobrosław wstał, podszedł do brata, położył mu rękę na ramieniu.

- Jesteś naszym bratem. Kochamy cię nad życie. Zrobilibyśmy dla ciebie wszystko. Dlatego jeśli tego chcesz, to... poproś swojego kuzyna, żeby pomógł ci się spakować... Jedziesz w świat, Zimek...

Młody przywarł mocno do brata, obejmując go z całej siły.

- Dziękuję wam - wyszeptał.

 

ISBN 978-83-7987-022-6

ISBN eBook 978-83-7987-023-3

 

 

Copyright ? by Małgorzata Rosowska

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

 

 

Koncepcja okładki - Małgorzata Rosowska

 

Korekta - Krystyna Kostarska

Skład - Rafał Lisowski

 

Wydawca:

Wydawnictwo SIGMA Sp. J.

96-100 Skierniewice, ul. Trzcińska 21/23

e-mail: poczta@sigma-wydawnictwo.com.pl

www.sigma-wydawnictwo.com.pl

 

 

 

 

 

Lipiec 1970

 

TAK UPALNEGO LATA nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy Dobrego Miasta. Komendant posterunku miejscowej milicji Kazimierz Łobacz co chwilę wycierał czoło chusteczką, po czym natychmiast na powrót zalewał się potem. Sięgnął po kolejną butelkę wody. Upił spory łyk i skrzywił się z niesmakiem. Przy sąsiednim biurku siedział młody, dwudziestoośmioletni milicjant Dobrosław Brzoska. Szeregowiec z rozbawieniem obserwował całą sytuację. Wiedział, że zaraz nastąpi wybuch. Dobrze znał swojego przełożonego.

- Cholera, nienawidzę ciepłej wody! - krzyknął Łobacz. - Kiedy wreszcie naprawią tę lodówkę?

- Melduję, że mieli być dziś rano... - odpowiedział Dobrosław, tłumiąc eksplozję śmiechu.

- O ile znam się na zegarku, to dochodzi południe - złośliwie zauważył Kazimierz. - Rano to już chyba było, co?! Rusz tyłek. Niech ktoś wreszcie przyjdzie, bo jak ja tam pójdę, to z tego zakładu tylko szyld zostanie! - milicjant sapał, wycierając kolejny raz czoło.

- Tak jest! - młody zerwał się i wybiegł z posterunku, jakby właśnie czekał na te słowa.

Komendant podszedł do małego, zakratowanego okna, które wychodziło na miejski park. Panował tam ogromny gwar. Trwały przygotowania do wielkiego święta. Robotnicy układali elementy trybuny, która docelowo miała stanąć we wschodniej części parku. Kobiety wycinały z kolorowego papieru wielki napis: 22 LIPCA 1970. Inne plotły jakieś wianki i robiły bukiety z biało-czerwonej bibuły. Dzieci jak to dzieci, biegały między drzewami, dając upust swym niespożytym siłom, skutecznie przy tym przeszkadzając dorosłym. Szykowała się wielka feta z występami, tańcami, straganami i alkoholem. Podczas takich świąt wśród trunków przeważały tanie wina, piwo i oczywiście samogon. Łobacz najbardziej obawiał się tego, co zwykle następuje po spożyciu większych ilości owych zacnych napojów. Pracował na tym posterunku już dwadzieścia lat i wiedział, jak takie imprezy się kończą. Wszczynane masowo burdy są na porządku dziennym. Areszt pęka w szwach. Zdarzają się poważne wykroczenia, jednak większość z nich określa się mianem niskiej szkodliwości. W takich wypadkach zatrzymani wychodzą zazwyczaj następnego dnia. Zostaje po nich pękata teczka z notatkami i smród wymiocin. Do sprzątania nikt się nie garnie i wtedy komendant osobiście idzie na patrol. Przede wszystkim ucieka przed obrzydliwym fetorem, ale głównie chodzi mu o złapanie jakiegoś delikwenta i zmuszenie go do sprzątania. W ten sposób niejeden "odrabiał" swój całkiem niewinny grzeszek.

Łobacz obserwował swojego podwładnego, który zwinnymi ruchami mijał wszystkie przeszkody i szybkim krokiem zmierzał do punktu naprawy lodówek. Za chwilę młody zniknął za zakrętem.

Brzoska żwawo wszedł w wąską uliczkę i natychmiast zwolnił. Wiedział, że komendant już go nie widzi. Bo przecież tego, że stoi przy oknie i do końca obserwuje, był pewien na tysiąc procent - cały Łobacz. Wszystko musiał mieć pod kontrolą, choć sam niewiele z siebie dawał. Wolał się wysługiwać innymi. Nie lubiano go, ale mało kto lubi stróżów prawa. Chociaż Dobrosława mieszkańcy tolerowali. Był młody, ambitny i nie zdążył zaleźć za skórę. Zresztą wielu mu zwyczajnie współczuło. Matka kilka lat temu zmarła na koklusz. Ojciec praktycznie nie trzeźwiał. Dobrosław, jako najstarszy z czworga rodzeństwa, był właściwie głową rodziny. Bolesław, młodszy brat, mimo że skończył dwadzieścia wiosen, nie rwał się do pracy. Zamiast tego wolał zadawać się z szemranym towarzystwem, co dla Dobrosława było dodatkowym powodem do zmartwień. Siedemnastoletnia Justyna jakiś czas temu skończyła kurs krawiecki i czasem z tego szycia wpadło jej parę groszy. Zwykle wydawała je na kosmetyki. Raczej nie dokładała się do budżetu rodzinnego. Twierdziła, że gotowanie dla tylu osób i sprzątanie, to już zbyt wiele, bo ona po śmierci matki zajmowała się domem. Był jeszcze dwunastoletni Ziemowit. Skończył szóstą klasę. Zdolny i ułożony chłopak. Dobrosław miał nadzieję, że chociaż on wyjdzie na ludzi. Zresztą obiecał matce, że dołoży wszelkich starań, by Zimek skończył odpowiednie szkoły. Może nawet studia...

Brzoska w zamyśleniu nie zauważył nawet, że minął punkt napraw.

- Cholera! - mruknął pod nosem. - Gdzie ja mam łeb?!

Mężczyzna postanowił skrócić sobie nieco drogę i pójść przez mały skwer. Z daleka zauważył parę siedzącą na ławeczce. Obejmowali się bezwstydnie. Dziewczyna trzymała głowę na ramieniu chłopaka, a ten głaskał ją i przytulał. Dobrosław postanowił wylegitymować zakochanych i wlepić obojgu mandat za nieobyczajne zachowanie. Podszedł bliżej i stanął jak wryty. Już wiedział, że mandatu nie będzie...

- Bolek! - ryknął. - Co ty tu robisz?! To tak szukasz pracy?!

- Chryste, Dobrek, aleś mnie wystraszył! - Bolesław na widok starszego brata natychmiast oderwał się od dziewczyny i stanął prawie na baczność.

- Mówiłem, żebyś mnie tak nie nazywał!

- Przecież tak się do ciebie zwracamy...

- Ale w domu! Teraz jestem na służbie, jakbyś nie zauważył - wyprostował się, chcąc podkreślić powagę i rangę wypowiedzianych słów. Dopiero po chwili spojrzał na skuloną na ławce dziewczynę. Zamurowało go. - Coś ty za jedna?! - jeszcze bardziej podniósł głos.

- Milada... - szepnęła dziewczyna.

- Że jak?

- Milada...

- Imię! - milicjant wyjął mały notesik.

- Toż mówię... Milada...

- Obywatelka sobie żarty stroi, czy co?!

- Nie stroję, panie milicjancie. Mam na imię Milada.

- To w takim razie proszę podać nazwisko!

- Koszor... Milada Koszor, proszę pana... - dziewczyna podniosła wzrok. Jej oczy były pełne łez.

- Cyganka? - Brzoska podszedł nieco bliżej.

- Daj spokój! - Bolesław zastąpił drogę bratu. - Pozwól nam odejść.

- Za takie zachowanie należy się mandat!

- Za jakie zachowanie?! Nic złego nie robiliśmy. Milada... Ona potrzebuje pomocy! Zamiast gadać o jakimś mandacie, wysłuchałbyś, co dziewczyna ma do powiedzenia! - ciskał się Bolek.

- Boluś - Milada złapała chłopaka za rękaw. - Nic nie mów.

- Dobre sobie! - syknął Dobrosław. - Potrzebuje pomocy?! Żarty sobie stroisz?! Dobrze wiem, co tu się wyrabia! Pójdziesz ze mną. A tobie tym razem daruję - zwrócił się do dziewczyny. - Pod warunkiem, że już cię nie zobaczę z moim bratem!

- Co jej darujesz?! Ona nic nie zrobiła! A zresztą nie będziesz mi wybierał dziewczyn! - zaperzył się Bolek.

- Właśnie, że będę!

- Ciekawe, jakim prawem?!

- A takim, że jestem starszy i mądrzejszy!

Nagle Milada zerwała się z ławki i pobiegła przed siebie.

- No i widzisz, coś narobił?!

- Uchroniłem cię przed popełnieniem życiowej głupoty! Przecież to Cyganka!

- No i co z tego, że Cyganka?! Dziewczyna jak każda inna! I na dodatek mi się podoba!

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że coś was łączy?!

- To nie twoja sprawa! Idź do diabła! - Bolek pchnął brata tak mocno, że ten osunął się na ławkę.

- Gówniarzu jeden! - Dobrosław szybko się pozbierał i ruszył w kierunku Bolka. Ten odwrócił się na pięcie i pobiegł za Miladą. - Pokaż mi się w domu! - milicjant krzyczał za bratem. - Nogi z zadka powyrywam!

Całą sytuację obserwowali trzej chłopcy, chowający się za okazałym dębem. Dobrosław widział, że zanoszą się śmiechem.

- Wynocha mi stąd! - wrzasnął w ich kierunku.

Chłopcy czym prędzej uciekli, śmiejąc się jeszcze głośniej.

Milicjant wygładził mundur, poprawił czapkę i żwawym krokiem ruszył do punktu napraw.

 

BOLEK DOGONIŁ MILADĘ na drugiej ulicy.

- Kurczę, nieźle biegasz - sapał zdyszany.

- Po co mnie goniłeś? Daj mi spokój. Niepotrzebnie narażasz się bratu. To przecież milicjant.

- Mam go gdzieś! Teraz ty się liczysz. Nikt inny.

- Boluś - dziewczyna nagle zatrzymała się. - Będzie lepiej, jak o mnie zapomnisz... Naprawdę... Ja przecież nie wiem, kto...

- Ani słowa! - przerwał jej chłopak. - Nie chcę słyszeć tych głupot! Nigdy cię nie zostawię, rozumiesz? Bo ja wiem, kto...

- Skąd wiesz? - wybuchnęła Milada. - Nie masz pojęcia! Tak jak ja! Nigdy się tego nie dowiemy. A jeśli ucieknę, oni mi nie wybaczą i już nie przyjmą do rodziny.

- Zostaniesz ze mną...

- Ty ich nie znasz! Przede wszystkim nie pozwolą mi odejść. Znajdą wszędzie. Gunar znajdzie.

- Nie martw się. Powiem wszystko Dobrosławowi. On na pewno pomoże...

- Tak sądzisz? Po tym jak się z nim dziś pokłóciłeś?

- No dobra, ale w końcu to milicjant!

- Nawet jeśli będzie chciał zająć się tą sprawą, to jestem pewna, że Gunar się wywinie. Jak zawsze.

- Chyba nie tym razem. Zaufaj mi. Coś wymyślę - Bolek objął szlochającą dziewczynę. - I już nie płacz. Nie wolno ci się tak denerwować.

 

ŁOBACZ SIĘGNĄŁ PO kolejną butelkę z wodą. Niestety, ta była jeszcze cieplejsza. Zniechęcony cisnął ją w kąt.

- Gdzie ten gówniarz się podziewa? - syknął do siebie.

W tym samym momencie, jakby w odpowiedzi, pojawił się szeregowy Brzoska.

- Jesteś, łachudro!

- Melduję, że jeszcze dziś pojawi się facet z zakładu. Obiecał, że naprawi ten złom - spojrzał z wyrzutem na stojącą w kącie małą, nadgryzioną zębem czasu lodówkę.

- Tyle dobrego z tej twojej nieobecności! Coś tak długo robił?

- Sprawdzałem okolicę - skłamał Dobrosław.

- I co? Spokój?

- Póki co, spokój.

- A Konstanty?

- Ojciec pewnie siedzi w domu...

- Lepiej, żeby tak zostało. Następnym razem wsadzę go do pudła, jak zobaczę awanturującego!

- Rozumiem...

- Ktoś nowy się pojawił?

- Nie zauważyłem - Brzoska dalej kłamał jak z nut.

- To pilnuj interesu, ja idę na obiad - to mówiąc, dźwignął swoje prawie stukilogramowe ciało i ruszył do wyjścia, zapinając po drodze zbyt ciasny mundur.

- Tak jest, obywatelu komendancie - Brzoska stuknął obcasami.

Po wyjściu z posterunku Łobacz skierował swe kroki na główną ulicę, gdzie mieścił się duży sklep mięsny. Właśnie przywieźli towar i na zewnątrz jak zwykle tłoczyli się ludzie. Widząc stróża prawa, rozstąpili się. Łobacz z obojętną miną zapukał w oszklone drzwi sklepu. Po chwili pojawiła się jedna z pracownic.

- Proszę wejść, obywatelu komendancie - powiedziała, otwierając szeroko drzwi.

- Kiedy wreszcie nas wpuścicie?! - rozległ się dość odważny głos z tłumu.

- Jak kierowniczka wszystko sprawdzi! - odburknęła kobieta i zatrzasnęła drzwi. - Co za naród - mruknęła, prowadząc Łobacza na zaplecze. - Niecierpliwi jakby się paliło! Przecież trzeba towar sprawdzić, policzyć, podzielić co komu... Ładna pogoda, na głowę się nie leje, mogą przecież postać. Dobrze mówię?

Łobacz nie skomentował słów pracownicy. Wszedł do biura, mieszczącego się na tyłach budynku. Za mocno wysłużonym biurkiem siedziała jego żona, czterdziestoletnia Ludmiła, kierowniczka sklepu. Była to wysoka, szczupła kobieta z ciemnymi włosami, które najczęściej upinała misternie na czubku głowy. Ludzie śmiali się, że ów kok przypomina swym kształtem obwarzanek. Pani Łobaczowa nosiła okulary w grubych, czarnych oprawkach. Były tak ciężkie, że nieustannie zsuwały jej się z nosa, ale dodawały powagi i nieco profesorskiego wyglądu. Można powiedzieć, że Ludmiła była ładną kobietą i podobała się mężczyznom. Jednak żaden z tych wzdychających bądź też z lekka zauroczonych nie ośmielił się wyrazić głośno swoich uczuć. Między innymi dlatego, że pani Łobaczowa była nieczuła na ochy i achy obcych mężczyzn. Ale przede wszystkim była żoną najważniejszego milicjanta w mieście. Który facet odważyłby się poderwać komendantową?!

Kobieta na widok męża odłożyła papiery.

- Danka, otwórz za pół godziny! - krzyknęła do pracownicy.

Po chwili wychodzili ze sklepu tylnym wyjściem.

Łobaczowie byli małżeństwem prawie dwadzieścia lat. Właściwie nigdy się nie kłócili. Każde z nich miało swoje zainteresowania i jedno drugiemu nie wchodziło w drogę. Nie mieli dzieci i nigdy oficjalnie nie ubolewali z tego powodu. Tylko raz Ludmiła wspomniała o dziecku, kiedy jej siostra, Wanda Rymut, po raz czwarty została matką.

- Popatrz, Kaziu - powiedziała wtedy do męża, - Wandzia powiła czwarte, a nam się jakoś nie udaje...

- A nie wystarczy ci, że jesteś wspaniałą ciocią? - odrzekł Łobacz.

I tu akurat miał całkowitą rację. Dzieci Wandzi w połowie zostały wychowane przez Ludmiłę. Kochała je jak swoje. A one odwzajemniały tę miłość. Najstarsza Tereska często wpadała do sklepu i naśladowała ciocię. Godzinami przekładała papiery i udawała, że pieczętuje dokumenty. Kiedy indziej po prostu siedziała i obserwowała. Miała prawie dziesięć lat. Zawsze była spokojnym, zrównoważonym, poważnym dzieckiem. Zbyt poważnym. W jej zachowaniu coś niepokoiło. Czasem lubiła zamykać się w pokoju i rozmawiać z przedmiotami. Twierdziła, że to taka zabawa, jednak wyglądało to trochę dziwnie, wręcz mrocznie. Wanda była przekonana, że jej córka jest nad wyraz inteligentną dziewczynką, obdarzoną niespotykaną wyobraźnią i stąd takie zachowanie. Siedmioletnia Zosia nie sprawiała żadnych kłopotów. Chodziła do pierwszej klasy, chętnie się uczyła i równie chętnie pomagała mamie w pracach domowych. Sprzątała swój pokój, wyprowadzała psa, kazała się czesać dokładnie jak ukochana cioteczka. A przy tym nigdy nie narzekała i nie płakała. Jednym słowem dziecko idealne. Za to Helenka psociła za całe rodzeństwo. Miała dopiero cztery lata, a już zdążyła zapisać na swoim koncie stłuczoną szybę w kuchni, zniszczoną kanapę, pogryzmoloną ścianę w pokoju i wiele innych szkód, które siłą rzeczy, uchodziły jej płazem. Najmłodszym dzieckiem w rodzinie Rymutów był niespełna trzyletni Robuś. Odkąd się urodził był oczkiem w głowie cioci. Ludmiła tak bardzo pragnęła dziecka, że traktowała tego malca jak swojego. Kiedyś pojechała do lekarza do Olsztyna, żeby się przebadać. Chciała wiedzieć. Okazało się, że z jej strony nie ma żadnych przeciwwskazań. Mogła być matką. Lekarz powiedział, żeby przyjechał mąż. Jednak Ludmiła nigdy nie przyznała się, po co pojechała do miasta... Wolała, żeby Kazik myślał, że po prostu im się nie udaje. Kochała go. Nie chciała, by czuł się winny. Temat został zamknięty raz na zawsze.

- Na ulicach spokojnie? - rzuciła Ludmiła, chwytając męża pod rękę.

- Jak na razie tak. Ale wiesz, jak to się skończy. Banda nierobów zjedzie na święto i zacznie się rozróba. Trzeba być czujnym.

- Dasz sobie radę - Łobaczowa spojrzała na męża z uśmiechem.

Tak naprawdę nie interesowały ją obchody ważnego w państwie święta. Myślała o tym, że Wandzia znowu podrzuci jej najmłodsze dziecko, które raptem skończyło dwa latka. Słodki chłopiec. Tak często bywa u Łobaczów, że ostatnio powiedział do Ludmiły "mamo". Wzruszona kobieta ukradkiem ocierała łzy...

- Co dziś na obiad? - dotarł do niej głos Kazimierza.

- Chłodnik i pierogi z jagodami - odpowiedziała po namyśle.

 

DOBROSŁAW BRZOSKA SKOŃCZYŁ służbę. Chciał jak najszybciej dotrzeć do domu. Miał nadzieję spotkać tam Bolka. Poza tym obawiał się, że ojciec znów pójdzie w miasto. Za wszelką cenę musiał temu zapobiec. Pomyślał, że ojca jakoś spacyfikuje, ale z Bolkiem nie pójdzie mu tak łatwo. Chłopak buntował się przeciw wszystkim i wszystkiemu. Gdyby żyła matka, byłoby inaczej. Ona potrafiła zapanować nad temperamentem swoich dzieci. Męża też umiała okiełznać. Będzie już z pięć lat, jak podstępna choroba zabrała ją z tego świata. Zimek akurat szedł do pierwszej klasy. Płakał, kiedy na rozpoczęcie roku szkolnego prowadził go ojciec. Matka już nie miała siły. Ziemowit, choć mały, rozumiał, co się dzieje. Mądry chłopak.

Dobrosław dotarł do ulicy, na której mieszkał. Rodzina zajmowała mały domek. Zbudował go dziadek Brzoska. Był cieślą i przysłowiową "złotą rączką". Potrafił naprawić wnukom rower, postawić płot, załatać dziurę w skarpecie, a nawet ulepić pierogi. Dom zbudował bez niczyjej pomocy. Gdyby chlał jak jego syn, Brzoskowie mieszkaliby pewnie pod mostem... Dziadek zmarł w pięćdziesiątym szóstym. Dobrosław dokładnie pamięta ten czas. W Polsce zaczęło się źle dziać. Dwudziestego ósmego czerwca robotnicy Zakładów Cegielskiego w Poznaniu ogłosili strajk i ruszyli pod budynek Komitetu Wojewódzkiego Partii i Urzędu Bezpieczeństwa. Padły strzały, w mieście wybuchły walki. Rozruchy stłumiły oddziały wojska. Wiele osób zginęło, a jeszcze więcej zostało aresztowanych. Władze zapowiedziały surowe represje przeciwko uczestnikom. Dziadek słuchał w radiu tych wiadomości i pewnie gdyby nie babcia, pojechałby do tego Poznania. Rwał się do walki. Uspokoił się, gdy podczas obrad VIII Plenum KC PZPR wybrano na I sekretarza Władysława Gomułkę. Brzoska uważał, zresztą jak większość Polaków, że jest to człowiek niezależny, represjonowany w okresie stalinowskim, pokrzywdzony przez system. A takiemu człowiekowi należy zaufać. Sytuacja się uspokoiła, jednak serce dziadka nie. Śmierć zastała go podczas naprawiania furtki... Właśnie tej, z którą teraz mocował się Dobrosław.

- By to szlag jasny trafił! - klął, szarpiąc metalowy skobel. - Znów się franca zacięła! Muszę wreszcie zrobić z tym porządek!

Pokonał w końcu opór zardzewiałego żelastwa i wkroczył na podwórko. W tej samej chwili z domu wyszedł stary Brzoska.

- A ty dokąd?! - Dobrosław zastąpił ojcu drogę.

- Nie twój zasrany interes! - wrzasnął Konstanty, niezdarnie próbując ominąć syna. Roztaczał wokół siebie obrzydliwą woń z lekka już przetrawionego taniego wina. - Zejdź mi z drogi, smarkaczu!

- Nigdzie nie pójdziesz!

- Że niby mi zabronisz? - stary roześmiał się ironicznie. - Milicjancik od siedmiu boleści. Idź wlepiać mandaty babom na targu albo dzieciakom pod szkołą - wykrzykiwał, nie przestając się śmiać.

- Niech mnie ojciec nie zmusza do podjęcia radykalnych kroków! - Dobrosław poczerwieniał ze złości.

- Oho, jaki ważniak! Skąd ty w ogóle znasz takie słowa? Podejmuj sobie te radykalne kroki, a ode mnie się odczep, zrozumiano?! Odmaszerować - Konstanty parsknął śmiechem. Jednocześnie uniósł rękę i zamierzył się na syna. Ten natychmiast złapał dłoń ojca, wykręcił ją i przyparł starego do muru.

- Ostrzegałem, żebyś mnie nie prowokował - syknął. - Chciałeś podnieść rękę na stróża prawa, a to jest karalne.

- Co ty pieprzysz! - ojciec próbował bezskutecznie wyswobodzić się z bolesnego uścisku - Na jakiego stróża?! Podniosłem rękę na syna! Mam takie prawo! Za to ty, gówniarzu, popełniłeś teraz wielki błąd! Zgłoszę to twojemu komendantowi! Ten bambaryła na pewno wsadzi cię do paki. Kto widział bić ojca?! Puszczaj!

- Co tu się dzieje?! - z domu wybiegła Justyna. - Jestem pewna, że słychać was na drugim końcu miasta! Dobrek, puść ojca! Odbiło ci?!

- Jeśli go puszczę, jak nic trafi do aresztu! Łobacz tym razem nie będzie miał dla niego litości!

- A jak nie puścisz, to ty tam trafisz! - Justyna podeszła do mężczyzn. - Daj spokój. Poleci na skargę i kłopoty masz jak w banku. Nie ruszaj gówna, bo będzie bardziej śmierdzieć.

- Jak ty się wyrażasz o ojcu, smarkulo cholerna?! - zagrzmiał Konstanty.

- A jak ojciec odnosi się do mnie? Jak mnie traktuje?! - Justyna była bliska płaczu, jednak powstrzymała łzy, by nie dać ojcu satysfakcji. Zwróciła się do brata - Dla mnie możesz go nawet zabić! - Po tych słowach odwróciła się i spokojnie weszła do domu.

Dobrosław rozluźnił uścisk na tyle, by ojciec mógł się wyswobodzić. Ten stał obok syna i wpatrywał się w drzwi domu, za którymi przed chwilą zniknęła jego córka. Mężczyźni nie odzywali się. W końcu stary otrzepał koszulę, podniósł z ziemi kapelusz, naciągnął go na głowę i podszedł bliżej do Dobrosława. Położył synowi rękę na ramieniu, spojrzał prosto w jego oczy i spokojnym głosem powiedział:

- Może byłoby dla was lepiej, gdy mnie nie było...

Po tych słowach odszedł wolnym krokiem, niezatrzymywany przez osłupiałego, młodego milicjanta. Chwilę później trzasnęła furtka i Konstanty zniknął za zakrętem.

To, co powiedział ojciec, mocno tąpnęło Dobrosławem. Stary jeszcze nigdy nie wypowiedział takich słów. Również reakcja Justyny wprawiła młodego Brzoskę w osłupienie. Czyżby ojciec aż tak zalazł za skórę dziewczynie? Nigdy się specjalnie nie skarżyła. Fakt, ostatnio chodziła jakaś odmieniona, nieobecna. Dobrosław nawet pomyślał, że siostra się zakochała. Kiedy ją o to zagadnął, ucięła temat. Czyli to nie tu należało szukać przyczyny jej zachowania. Nagle Dobrosław zdał sobie sprawę z faktu, że Justyna nie ma swojego życia. Cały dom na jej głowie. Nie spotyka się z koleżankami, bo tak naprawdę nie ma na to czasu... Smutne takie życie... A przecież siostra ma dopiero siedemnaście lat! Cóż, czara goryczy się przebrała i musiało w końcu dojść do tak przykrej wymiany zdań.

 

LUDMIŁA W MILCZENIU zbierała talerze ze stołu. Jej mąż rozsiadł się wygodnie na tapczanie i chwilę później w całym domu rozległo się głośne chrapanie. Kobieta cicho zamknęła drzwi. Wiedziała, że poobiednia drzemka dobrze zrobi mężowi. Poranne wstawanie, użeranie się z "marginesem społecznym", mnóstwo papierkowej roboty. Wszystko to sprawiało, że Kazimierz czuł się przemęczony. I jeszcze ten upał. Nadwaga, na którą cierpiał, była głównym winowajcą złego samopoczucia. Ludmiła jednego dnia próbowała walczyć z nadmiernym apetytem męża, a drugiego przynosiła ze sklepu najlepsze kąski. Mąż nie mógł sobie odmówić szyneczki z tłuszczykiem, goloneczki, krwistego befsztyku czy dobrze wypieczonego schabu. Patrząc na te delicje, zapominał o wszelkich dietach świata. Błędne koło się zamykało.

Kiedy Łobaczowa kończyła zmywanie, zadzwonił telefon. Kobieta pospiesznie odebrała, nie chcąc, by natarczywy dzwonek przerwał mężowi drzemkę.

- Cześć, Miłka - zabrzmiał w słuchawce głos Wandzi. - Mogę przywieźć Robusia za pół godzinki? Wiesz, mam umówioną wizytę u lekarza, a Józkowi całej czwórki nie zostawię, bo jeszcze mi pogubi dzieciaki - siostra parsknęła śmiechem.

- Jasne, przecież tak się umawiałyśmy. Ale zaraz - Ludmiła zaniepokoiła się - nie mówiłaś, że idziesz do lekarza. Coś ci dolega?

- Skądże! To taka rutynowa kontrola. Wszystko ze mną w porządku - zapewniła Wandzia.

- Na pewno?

- Na pewno. Nie martw się. To co, za pół godziny?

- Jasne. Czekam na was. Dziewczynki też możesz przywieźć - dopowiedziała Ludmiła. Zrobiła to trochę wbrew sobie. Owszem, kochała całą czwórkę, jednak była szczęśliwa, kiedy Wandzia przywoziła jej tylko Robusia. Łobaczowa, opiekując się nim, wyobrażała sobie, że to jej synek. Jej własny. Po sytuacji, kiedy mały, myląc się, nazwał ją mamą, kobieta całkiem straciła dla niego głowę. Chciała nawet zaproponować siostrze, że na stałe zajmie się Robusiem. Szybko jednak porzuciła ten niedorzeczny pomysł. Wandzia po urodzeniu trzech córek bardzo chciała mieć syna. Zresztą Józek też. Za nic w świecie nie oddaliby ciotce Robusia.

Ludmiła odłożyła słuchawkę i, podśpiewując, wróciła do kuchni, by dokończyć sprzątanie. Myślami była już przy słodkim, rozgadanym, pachnącym miłością dziecku.

- Coś mi się wydaje, że będziemy mieć małego gościa - usłyszała za sobą głos męża.

- Ojej, wystraszyłeś mnie. Myślałam, że jeszcze drzemiesz. Obudziłam cię? Przepraszam...

- Nie spałem. Muszę iść na komendę.

- O tej porze?

- No tak. Powinienem dojrzeć wszystkiego. Wiesz, jak jest. Zresztą przygotowania do święta coś nie idą po mojej myśli...

- Nie zakładasz munduru? - kobieta udała zdziwienie.

- Nie muszę. Służbę skończyłem. Zresztą ten upał... Będę niedługo - Kazimierz cmoknął Ludmiłę w czoło i wyszedł z domu.

Kobieta uśmiechnęła się. Znała męża jak swoją własną torebkę. Zawsze znajdował jakiś wykręt, żeby wyjść z domu, kiedy przychodzą dzieciaki Wandy. Nigdy nie powiedział tego wprost, ale ona wiedziała, że Kazimierz oddałby wszystko, żeby mieć własne dziecko. Swojego następcę...

Wandzia wpadła zgodnie z zapowiedzią. Mały od razu wyciągnął rączki do cioci. Niewiele jeszcze mówił, ale gesty znaczyły wiele.

- Powiedz prawdę - Ludmiła od progu napadła siostrę. - Po co idziesz do lekarza?

- No tak, przed tobą nic się nie ukryje - Wanda westchnęła ciężko.

- A jednak. Miałam rację, że coś ukrywasz.

- Jestem w ciąży... - wypaliła Wanda. - To jest czwarty tydzień. Idę do lekarza, żeby coś z tym zrobił... No wiesz...

- Co zrobił?! Chcesz usunąć?! Swoje dziecko?! Wanda, o czym ty w ogóle mówisz?!

- Nie dokładaj, proszę... - kobieta rozpłakała się. - Ja wiem, jak to wygląda... Ale my nie możemy pozwolić sobie na piąte dziecko. Zrozum...

- Ja mam zrozumieć?! Temu dziecku wytłumacz! Ono już jest! Kobieto, czy ty się słyszysz?! Zresztą może trzeba było pomyśleć wcześniej. Teraz jest jakby za późno!

- Jeszcze nie jest za późno... - wtrąciła nieśmiało Wandzia.

- Nie chcę tego słuchać! Wiesz, ile kobiet oddałoby wszystko, dosłownie wszystko, żeby mieć dziecko?! Przynajmniej jedną z nich znasz. A ty chcesz się tak bez mrugnięcia okiem wyskrobać?! Wanda, to nieludzkie! - Ludmiła wstała gwałtownie i podeszła do okna. Łzy spływały po jej policzkach. Nie mogła się opanować. Była wściekła na siostrę. Piąte dziecko... Cóż, niektórym się darzy... Odwróciła się. Wanda siedziała na brzegu krzesła i cichutko łkała. Ludmiła podeszła do niej.

- A co na to Józek? - zapytała nieco uspokojona. - Powiedziałaś mu chociaż?

- Powiedziałam - Wandzia nie przestała szlochać.

- I co? Mówże! Mam tak wszystko z ciebie wyduszać?!

- Powiedział, że mam zdecydować. On przyjmie każdą moją decyzję.

- Typowy facet! - krzyknęła Ludmiła. - Jak trzeba stanąć na wysokości zadania, to wtedy ogon pod siebie!

- Nie mów tak! - zaprotestowała siostra. - Józek jest dobrym mężem. Pomaga mi. Wspiera...

- A w międzyczasie robi ci dzieciaki - przerwała Ludmiła.

- Kochamy się... - szepnęła Wanda.

- To bardzo się chwali! Ale dlaczego z tego kochania od razu dziecko?!

- Oj, Miłka, nie dobijaj! - Wanda rozpłakała się na dobre.

Ludmiła podeszła do siostry i objęła ją.

- No nie rycz. Jakoś to będzie...

- Jakoś? Jak?! Z piątką dzieciaków? - Wanda złapała siostrę za ramiona i spojrzała jej prosto w oczy. - Zrozum! Ja muszę pozbyćsię tej ciąży! Muszę!

Nagle Ludmiła uśmiechnęła się. Wanda, zaskoczona taką reakcją siostry, odsunęła się lekko.

- Co cię tak bawi? - zapytała z wyrzutem. - Śmiejesz się z mojego nieszczęścia?

- Nie, siostrzyczko. Uśmiecham się, bo chyba znalazłam rozwiązanie.

- Jakie rozwiązanie?

- Zaufaj mi... Dla ciebie nieszczęście, ale dla kogoś innego...

Wanda przyglądała się siostrze ze zdziwieniem.

- Co ty chcesz zrobić? - zapytała.

- Idź do domu i czekaj na mój telefon - Ludmiła objęła siostrę w pasie, prowadząc ją do drzwi wyjściowych. - Jak zadzwonię, przyjdziecie do nas na obiad. Ty i Józek. Tylko nie rób żadnych głupstw! - podniosła palec w rozkazującym geście.

- Ale...

- Żadne ale. Idź już. Zaraz wróci Kazik. Muszę się przygotować.

- Siostra, martwisz mnie... - Wandzia nadal patrzyła na Ludmiłę jak na ufoludka, który właśnie wylądował na środku pokoju.

- Wszystko będzie dobrze. Powtarzam: zaufaj mi. Wiem, co robię - po tych słowach prawie wypchnęła siostrę z domu.

 

DOBROSŁAW PRÓBOWAŁ POROZMAWIAĆ z siostrą. Na próżno. Unikała tematu ojca jak ognia. Szybko podała bratu obiad i zamknęła się w swoim pokoju, przekręcając klucz w zamku. Nie pomogło ani pukanie, ani zapewnienia, że jeśli jest problem, to rozwiążą go razem. Justyna była niewzruszona. Dobrosław słyszał jej płacz. Zagroził nawet, że wyważy drzwi, ale stanowczy sprzeciw siostry powstrzymał go od tego czynu. Poza tym martwił się o Bolesława. Odkąd niesforny brat został przyłapany na randce z Cyganką, przepadł jak kamień w wodę. Dobrek obawiał się, że chłopak znów wpadł w jakieś tarapaty. A może uciekł z tą Miladą... Tylko tego by brakowało! Jedynie Ziomek nie przysparzał kłopotu. Od tygodnia był na obozie harcerskim nad morzem. Dobrosław otrzymał już list, w którym najmłodszy brat pisze, że jest zdrowy, zadowolony i niczego mu nie trzeba. "Zuch chłopak - myślał Dobrek - chociaż z nim nie mam problemu. I dobrze, że nie uczestniczy w tych rodzinnych przepychankach. Za młody jest...".

Dobrosław jeszcze raz zapukał do drzwi pokoju siostry.

- Justyna, proszę, porozmawiajmy...

- Daj mi wreszcie spokój! - krzyknęła dziewczyna. - Sama to załatwię! Jestem prawie dorosła! Nie musisz mnie niańczyć! Poradzę sobie!

- No właśnie widzę, jak sobie radzisz. A z tą dorosłością prawdę mówisz. Trochę ci do osiemnastki brakuje.

- Nie mądruj się!

- Nie mądruję, ale jestem najstarszy i czuję się za was odpowiedzialny. Gdyby mama żyła...

- Przestań! - krzyknęła Justyna i rozpłakała się.

- Ej, siostra, otwórz wreszcie! - Dobrosław czuł, że nie może teraz odpuścić. - Nie będziemy tak gadać przez drzwi. Proszę...

Po chwili usłyszał zgrzyt klucza w zamku. Odczekał moment, delikatnie nacisnął klamkę i wszedł do pokoju. Justyna siedziała na łóżku z podkurczonymi nogami. Obejmowała kolana i kołysała się do przodu i do tyłu... Dobrosław usiadł obok i z czułością objął siostrę ramieniem. Po raz pierwszy widział Justynę w takim stanie. Zawsze uważał, że jest silną dziewczyną, dającą sobie radę z każdym problemem. Nawet martwiło go to, że siostra nie potrafi okazać uczuć. Na pogrzebie matki nawet nie zapłakała. Patrzyła tylko tępym, zimnym wzrokiem na trumnę. Zaciskała usta, mrużyła oczy. Teraz zobaczył zupełnie inną Justynę Brzoskę. Musiał się dowiedzieć, co spowodowało taki stan.

- Powiesz mi, co się stało? - zapytał cicho.

- Może kiedyś...

- Justyś, proszę, nie odejdę, póki mi nie powiesz, o co chodzi. I co ty chcesz sama załatwić? Przecież nie musisz. Masz mnie. Ja we wszystkim ci pomogę. Tylko mi powiedz, co się dzieje. Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Ja ...

Nagle dziewczyna wyprostowała się, otarła łzy i usiadła na łóżku.

- Może jesteś głodny? - zapytała. - Zrobiłam naleśniki. Wprawdzie na pewno wystygły, ale odgrzeję i podam ci z cukrem. Tak jak lubisz, co? - po tych słowach zeskoczyła żwawo z łóżka i pobiegła do kuchni, zostawiając osłupiałego brata w pół słowa.

Przedziwne to było zachowanie. Dobrosław wiedział, że to tylko zasłona. Że siostra ukrywa coś, o czym musi się dowiedzieć. Jednocześnie zdawał sobie sprawę z faktu, że dziś nic już z Justyny nie wyciągnie. Choćby ją łamał kołem... Wszedł do kuchni. Dziewczyna krzątała się przy piecu.

- Zaraz będą naleśniki - rzuciła przez ramię.

- Świetnie. Zjem i pójdę poszukać ojca.

Justyna wzdrygnęła się.

- Muszę go znaleźć - ciągnął Brzoska - póki nie wpadnie w ręce Łobacza albo nie narazi się przyjezdnym opryszkom. Swoi znają go dobrze. Nie ruszą. W końcu wiedzą czyj to ojciec. Ale obce bandy... Kto wie, co staremu strzeli do głowy i komu po pijaku się narazi.

Justyna w milczeniu przekładała naleśniki na patelni. Można by pomyśleć, że ten temat w ogóle jej nie obchodzi, jednak zdradzało ją drżenie całego ciała. Nadal była spięta i wyraźnie wzburzona. Nie uszło to uwadze Dobrosława.

- A ty nie zjesz ze mną? - zapytał, gdy Justyna nakładała mu porcję na talerz.

- Nie jestem głodna. I pozwolisz, że pójdę do siebie. Mam szycie. Wpadnie parę groszy - ruszyła w stronę swojego pokoju. Po chwili odwróciła się. - I nie będę zmykać drzwi na klucz. Przepraszam...

Po wyjściu z domu Dobrosław ruszył w kierunku parku. Panował tam wzmożony ruch. Przede wszystkim ciągle trwały przygotowania do święta. Poza tym o tej porze upał nieco zelżał i ludzie szukali oddechu wśród gęsto rosnących krzewów i wysokich drzew. Brzoska w tłumie dostrzegł Łobacza. Zdziwił się. Komendant o tej porze powinien być w domu. Nigdy nie zostawał w pracy dłużej, niż to było konieczne. Kazimierz właściwie nie rozstawał się z mundurem. Tym razem jednak miał na sobie cywilne ubranie - lekkie, jasne spodnie i kraciastą koszulę. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się z tłumu.

- Pan komendant prywatnie, czy z obowiązku? - zagadnął Brzoska, podchodząc z tyłu do przełożonego.

Ten wzdrygnął się. Dobrosław miał wrażenie, jakby przyłapał Łobacza na dokonywaniu jakiegoś niecnego czynu.

- Niech cię licho, Brzoska! Skradasz się jak złodziej!

- Najmocniej przepraszam... Nie chciałem wystraszyć...

- Dobrze już, dobrze... Właściwie takie zachowanie świadczy na twoją korzyść. Umiesz podejść człowieka. Prawdziwy stróż prawa - Łobacz wymusił lekki uśmiech. - Przyszedłem, żeby zobaczyć, jak się sprawy mają... No wiesz... Święto za parę dni... - tłumaczył lekko zmieszany.

- Melduję, że dopiero co zszedłem z dyżuru i wszystko było w porządku...

- Niby w porządku, ale oko komendanta musi sprawdzić - Kazimierz zrobił tajemniczą minę i wtopił się w tłum, nie żegnając się z podwładnym.

Dobrosław wiedział, że w takich momentach nie należy dyskutować i zatrzymywać Łobacza. Nie zdarzało się to często, ale bywały dni, kiedy szef robił wszystko, by stać się niemalże niewidzialnym. Tak jakby chciał pobyć sam ze sobą... Tyle, że w tłumie... Dla Brzoski było to arcydziwne zachowanie. Ale cóż, szef to szef, ma jakieś swoje dziwactwa i nikomu nic do tego.

Dobrosław ogarnął wzrokiem tłum. Nigdzie śladu ojca ani też Bolka. Wśród przechodniów spostrzegł kilku Romów, ale nie było z nimi Milady. Zauważyłby od razu. Co by nie mówić, piękna z niej dziewczyna. Milicjant widział ją przez chwilę w parku, ale nie mógł zapomnieć tego widoku. Tych lśniących włosów delikatnie opadających na ramiona... Tych czarnych jak węgielek oczu, świecących niczym dwa brylanty. I to nie tylko za sprawą łez... Tej wysmukłej, zgrabnej talii, ukrytej pod typowym cygańskim strojem... Wreszcie tych pełnych, jędrnych piersi, wyglądających z niezbyt głębokiego dekoltu... Trudno się dziwić młodemu. Na taką osóbkę niejeden spoglądał z zainteresowaniem i wielkim pożądaniem.

Młody Brzoska pokręcił się jeszcze po okolicy i ruszył w kierunku domu. Miał nadzieję na dokończenie rozmowy z siostrą. Poza tym liczył na słowa wyjaśnienia od pozostałych członków rodziny... Był już niedaleko, kiedy zobaczył przy furtce Justynę i jakiegoś młodzieńca. Dobrosław nie znał go. Chłopak szarpał dziewczynę, jednak ta z powodzeniem odpychała agresora.

- Ej, zostaw moją siostrę! - krzyknął Brzoska i zaczął biec w ich kierunku.

Chłopak obejrzał się i, widząc nadbiegającego milicjanta, czmychnął w przeciwną stronę.

- I tak cię dorwę! - krzyczał Dobrosław za uciekającym. - Co to był za jeden? Cygan? - zwrócił się do siostry, ledwie dysząc.

- A czy ktoś cię prosił, żebyś się wtrącał? Sama bym sobie poradziła! - Justyna obrzuciła brata nienawistnym spojrzeniem i ruszyła w kierunku domu.

- O nie, moja panno! - Dobrosław w ostatniej chwili złapał siostrę za rękę. - Albo mi powiesz, o co tu przed chwilą chodziło, albo...

- Albo co?! - przerwała Justyna. - Przełożysz mnie na kolano i dasz klapsa? Dobrek, nie mieszaj się w to wszystko. Dobrze ci radzę. Jesteś funkcjonariuszem państwowym.

- W coś ty się wpakowała?

- Lepiej, żebyś o pewnych sprawach po prostu nie wiedział.

- Teraz to ci nie odpuszczę! Gadaj jak na przesłuchaniu!

Nagle Justyna wywinęła się zręcznie i uciekła w kierunku miasta.

- Zaczekaj, Justyś! - Dobrosław stał bezradny przed domem i patrzył za oddalającą się siostrą. Wiedział, że jej nie dogoni. Mimo że był sprawnym, młodym człowiekiem, nigdy nie mógł równać się z kondycją młodszej siostry.

- I tak mi wszystko wyśpiewasz - szepnął do siebie i zrezygnowany wszedł do domu.

 

LUDMIŁA PRZYRZĄDZIŁA ULUBIONE ciasto Kazimierza i niecierpliwie czekała na męża. Pojawił się późnym wieczorem. Kobieta wyczuła od niego drażniącą woń alkoholu. Jednak nie zamierzała wszczynać awantur. Przede wszystkim dlatego, że takie wyskoki zdarzały się Kazikowi niezmiernie rzadko. Dziś był jeszcze inny powód, dla którego ostra wymiana zdań nie była potrzebna.

- Długo cię nie było - zagadnęła, kiedy mąż opadł na fotel.

- Tak się jakoś zeszło... - mruknął i przymknął oczy.

- Może masz ochotę na szarlotkę? - rzuciła, za nic w świecie nie chcąc dopuścić, by mąż przysnął. - Upiekłam taką, jak lubisz. Z pianką - uśmiechnęła się.

- Nawet nie pytaj. Poproszę duży kawał. - ożywił się Kazik. - A cóż to dziś za święto? - zawołał za krzątającą się już w kuchni żoną.

- A musi być jakieś święto, żebym zrobiła mojemu ukochanemu mężowi przyjemność?

- Oho, coś się kroi - mruknął Łobacz. - Na bank coś chce... Pewnie telewizor albo nowy tapczan. Ostatnio narzekała, że sprężyny ze starego wychodzą...

- Co tam mamroczesz? - dobiegło z kuchni.

- A nic. Mówię tylko, że ja to mam szczęście. Taka żona to skarb...

- Nawet nie mam zamiaru zaprzeczać - Ludmiła z uśmiechem wkroczyła do pokoju i pomieszczenie natychmiast wypełniło się wspaniałym zapachem pieczonych jabłek. Kazimierz oblizał się z apetytem. Sięgnął po talerzyk z dużym kawałkiem ciasta.

- A może kieliszeczek naleweczki? - Łobaczowej nie schodził uśmiech z twarzy.

- Miłka, coś za dużo tego słodzenia. Powiedz prawdę, o co chodzi? - Kazimierz niepewnie spojrzał na żonę, odkładając powoli talerzyk.

- A musi o coś chodzić?

- Wracam do domu późno, pod delikatnym wpływem, a ty mi podajesz ulubioną szarlotką i jeszcze chcesz poczęstować nalewką. Musi o coś chodzić!

Ludmiła usiadła blisko męża. Oczy jej się zaszkliły. Posmutniała.

- Masz rację - szepnęła. - Znasz mnie jak nikt inny. Rzeczywiście jest pewna sprawa. Bardzo delikatna...

- Co się stało? Mówże, bo zaczynam się martwić? Jakieś manko w sklepie? Ile?!

- Żadne manko, coś ty, Kaziu! Ja i manko! Te dwie rzeczy się wykluczają!

- No dobra... To o co chodzi?

- Chodzi o Wandzię i o naszą przyszłość...

- A co z twoją siostrą? I jaki ona ma wpływ na nasze życie?

- Wanda jest w ciąży...

- Jasna pogoda! - krzyknął Kazik. - Znowu?! Króliki czy co?! - uśmiechnął się.

- Nie śmiej się! To poważna sprawa.

- Jasne, że poważna! Piąte dziecko to nie w kij dmuchał! Jak oni sobie poradzą?!

- Wanda chce usunąć... - wypaliła Ludmiła.

- Co takiego?! - Kazik wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. - Usunąć dziecko?! To okropne! Przecież usunąć, to znaczy zabić! Czy ona tego nie wie?! A co na to Józek?! Ta fajtłapa pewnie zgadza się na wszystko! Niepojęte!

Ludmiła w milczeniu słuchała wywodów męża. Pozwoliła mu na wzburzenie, ponieważ wiedziała, że tym sposobem szybciej osiągnie zamierzony cel.

- Miłka, daj tej nalewki, bo szlag mnie trafia, jak słyszę coś takiego!

Kobieta posłusznie podeszła do barku i wyjęła butelkę wiśniówki na spirytusie. Nalała dwa kieliszki. Kazimierz natychmiast opróżnił swój. Usiadł w końcu i spojrzał na Ludmiłę.

- Kochanie, powiedz mi prawdę. Coś kombinujesz... Przyznaj się...

Łobaczowa usiadła na kolanach męża. Ujęła jego twarz i spojrzawszy mu głęboko w oczy, powiedziała:

- Pomyślałam, że moglibyśmy uratować to dziecko...

- Ale jak? Wanda go nie chce, więc...

- Weźmiemy go, Kaziu... Niech go Wanda urodzi. Potem nam odda. Będzie nasz. Może to chłopiec... Zresztą nieważne... Kazik, mamy szansę na potomka...

Łobacz gwałtownie wstał z fotela, spychając Ludmiłę z kolan.

- Czyś ty rozum postradała?! - wrzasnął. - Jak to sobie weźmiemy dziecko?! Przecież Wanda się nie zgodzi! Mówiłaś jej o tym?

- Jeszcze nie. Chciałam najpierw porozmawiać z tobą... Kaziu, przecież ona tego dziecka nie chce. Józek też nie. Zresztą ten nieudacznik zrobi wszystko, co mu każe żona. A my będziemy dla tego maleństwa najlepszymi rodzicami na świecie! Niech tylko Wanda urodzi...

- A czy ty wiesz, jakie procedury trzeba przejść, żeby przysposobić dziecko?!

- Nikt nie musi o tym wiedzieć...

- Co?! - Łobacz zatrzymał się na środku pokoju i wlepił wzrok w żonę. - To niby jak chcesz to załatwić?!

- Przecież mogę udawać, że zaszłam w ciążę...

- Trzymajcie mnie ludzie! - Kazimierz wzniósł oczy do sufitu. - Moja żona całkiem oszalała! Czy ty masz zamiar wypychać się poduszką?!

- Tak! - Ludmiła hardo spojrzała na męża. - Mogę się wypychać poduszką. Mogę przejść przez te wszystkie niedogodności! Zniosę plotki i głupie spojrzenia ludzi. Zrobię to wszystko, by tylko móc tulić w ramionach małą, bezbronną istotkę! - w jej oczach pojawiły się łzy.

Kazimierz znów ciężko usiadł w fotelu.

- A Wandzia? Przecież ona naprawdę będzie w ciąży. Nie ukryje tego! Jak wytłumaczy, że za dziewięć miesięcy nie ma dziecka?!

- Są dwie opcje - rzeczowo odpowiedziała Ludmiła. - Albo powie, że dziecko zmarło przy porodzie, albo wyślemy ją do twojej ciotki do Wójtówki. Nikt się nie połapie, że ona tam jest. A ciotka chętnie przyjmie lokatorkę. Przecież wiesz, że siedzi sama na tej zapadłej wsi.

- Z całą rodziną mają się jej zwalić?

- To jeszcze trzeba przemyśleć. Może zabrać tylko Robusia. Dziewczynki są duże, Józek się nimi zajmie. Zresztą ja pomogę.

- Widzę, że wszystko przemyślałaś...

- Tak, Kaziu, przemyślałam. Bo bardzo chcę dziecka. A ty spójrz mi w oczy i powiedz, że nie chcesz... Tylko szczerze...

Łobacz spojrzał na żonę, opuścił głowę, odwrócił się i bez słowa wyszedł z mieszkania.

Ludmiła uśmiechnęła się. Wiedziała, że to dobry znak. Mąż nie powiedział tego najważniejszego słowa: NIE... Powoli podeszła do telefonu i wykręciła numer do siostry.

 

DOBROSŁAW BRZOSKA SIEDZIAŁ w pokoju, nie zapalając światła. Czekał. Mijały kolejne minuty. Chłopak denerwował się coraz bardziej. Bał się o rodzeństwo. Ojciec zawsze spadał na cztery łapy, ale dzieciaki... Dobrek podszedł do okna. Wychodziło na ulicę. Otworzył je na oścież. Duchota jak nieproszony gość wdarła się do pokoju. Zanosiło się na burzę. Nagle Dobrosław zauważył dwie osoby przemykające między drzewami rosnącymi przy chodniku. Poznał Justynę. Bardzo chciał, żeby tą drugą osobą był Bolek. Niestety. Justyna szła z chłopakiem, którego Dobrosław już dziś widział przed domem. Młody Brzoska czym prędzej wybiegł z pokoju. W drzwiach wejściowych prawie zderzył się z siostrą.

- Gdzie on jest?! - krzyknął, odpychając Justynę.

- Oszalałeś? Kto?!

- Ten, z którym się prowadzasz!

- Poszedł już. Odprowadził mnie do domu. Powinieneś się cieszyć, że nie szłam sama.

- Jeszcze parę godzin temu szarpałaś się z nim!

- Nie szarpałam! Zresztą nic nie rozumiesz!

- To mi wytłumacz!

- Nie wtrącaj się!

- Dowiem się wreszcie, kto to jest?

- Kolega - rzuciła dziewczyna.

- Mówiłaś, że masz szycie, a włóczysz się nie wiadomo z kim!

- Wiadomo. Przecież go znam.

- Cygan?

- Cygan.

- Ma jakieś imię?

- Śledztwo prowadzisz?

- Nie pogrywaj ze mną! Odpowiadaj! - Dobrosław złapał siostrę za ramiona.

- Zostaw! To boli! Nie zachowuj się jak ojciec! - krzyknęła Justyna i, uwolniwszy się z uścisku, pobiegła do swojego pokoju.

- Jak ojciec?... To on cię uderzył?! - Dobrek pobiegł za siostrą. - Powiedz mi prawdę! Uderzył?!

Justyna siedziała przy biurku i patrzyła w jeden punkt. Nie płakała. Znów była zimną, twardą, pozbawioną uczuć dziewczyną. Tylko dłonie zdradzały jej stan. Drżały.

- Gdyby tylko uderzył, to po prostu bym oddała... - powiedziała cicho.

- Justyna... - Dobrosław klęknął przy siostrze. - Co on ci zrobił?

- Przysięgnij, że nie powiesz nikomu - dziewczyna nagle spojrzała na brata błagalnym wzrokiem.

- Rany, Justyś! Mówże wreszcie!

- Przysięgnij! Inaczej niczego się nie dowiesz!

- No dobra! Przysięgam!

- Na pamięć mamy...

- Przysięgam na pamięć mamy...

- On... On próbował mnie zgwałcić... Wczoraj... Kiedy byłeś w pracy, a Bolek gdzieś się szwendał... Byłam sama... Przewrócił mnie na podłogę... Uderzyłam się w głowę i zamroczyło mnie. Nie miałam siły się bronić... On zdzierał ze mnie sukienkę. Wrzeszczał, że skoro nie ma matki, to ja powinnam wypełnić ten obowiązek... Powinnam i już... Taka rola córki... Rozumiesz?! I wtedy z podwórka dobiegł donośny głos sąsiada. Wołał ojca na wódkę. Dobrek, ten stary pijaczyna zwyczajnie mnie uratował! Krzyknęłam z całych sił i ojciec się wystraszył, że tamten coś usłyszy. Zwlókł się z podłogi i uciekł. Na odchodne zagroził, że jeśli powiem komuś, a szczególnie tobie, to on przyjdzie w nocy i dokończy. A potem mnie zabije... - Justyna wtuliła się w ramiona brata.

- I chciałaś to przede mną ukryć? Przecież ja tego tak nie zostawię!

- Daj spokój... To nie było pierwszy raz...

- Co?!

- Jednak tym razem był jak zwierzę... i gdyby nie sąsiad...

- Idziemy na komendę! Musisz to oficjalnie zgłosić! Chociaż to ojciec, ale trudno! Dopuścił się przestępstwa i musi ponieść karę!

- Sprawa została załatwiona - szepnęła dziewczyna. - On już nigdy mnie nie dotknie...

- Co ty chcesz mi powiedzieć? - Dobrosław odsunął siostrę i spojrzał jej w oczy. - Jak załatwiona? Co ty zrobiłaś?

- Nic, czego bym żałowała - powiedziała spokojnie Justyna.

 

LUDMIŁA ŁOBACZ SPOJRZAŁA na zegarek. Dochodziła czternasta. Kazik obiecał być pół godziny temu. Denerwowała się. Nie tylko przedłużającą się nieobecnością męża. Bała się, że jej misternie utkany plan nie powiedzie się, że coś pójdzie nie tak. W pracy oznajmiła pracownicom, że dziś nie przyjdzie, bo źle się czuje, ma mdłości. Kobiety coś tam szeptały, ale Ludmiłę to nie obchodziło. Ta sytuacja była w końcu częścią planu...

Dzwonek do drzwi wyrwał ją z zamyślenia.

- Ależ upał! - zawołała Wanda już od progu. - Królestwo za szklankę wody!

- Przejść przez park nie można! - zaczął Józek. - Trybuny ustawione, stragany, pełno ludzi się kręci, dzieciaki wrzeszczą...

- Patrzcie go! Nagle mu dzieciaki przeszkadzają?! - wypaliła Wanda. - Naprawdę?!

- No nie... Tylko stwierdzam fakt... Co się tak zaraz irytujesz?... - Józek zarumienił się jak młodzian.

- Przestańcie! Nie czas na przepychanki słowne - wtrąciła Ludmiła. - Zresztą Wanda ma prawo się irytować. Zapomniałeś, że jest w ciąży? Piątej ciąży! Jakbyś nie pamiętał. A propos dzieci, gdzie zgubiliście swoją czwórkę?

- Ubłagałam sąsiadkę, żeby z nimi została - powiedziała Wanda. - Chyba będzie ciężki temat do obgadania, prawda? Po co mają słyszeć coś, czego nie powinny... A Kazika nie ma?

- Powinien już być. Obiecał, że się nie spóźni, ale w jego pracy niczego nie można być pewnym. Szczególnie przed tym świętem... Jeszcze wody?

- Poproszę...

Wanda drobnymi łyczkami popijała wodę i co chwilę zerkała na siostrę. Po raz pierwszy nie potrafiła jej rozgryźć. Między kobietami była niewielka różnica wieku i pewnie dlatego siostry doskonale się dogadywały. Rozumiały bez zbędnych słów. Ale dziś Wanda patrzyła na Ludmiłę trochę tak, jak patrzy się na prawie obcą osobę. Bała się tego, co niebawem usłyszy.

Józek gapił się na rybki spokojnie pływające w dużym akwarium. Zawsze fascynował go ten widok. Ilekroć bywał u Łobaczów, większość czasu spędzał, siedząc na małym stołeczku przed akwarium. Wtedy na kolana gramolił mu się Robuś i obaj obserwowali zachowanie rybek. Józek opowiadał synkowi o zwyczajach i życiu tych ciekawych zwierzątek. Mały słuchał uważnie i uśmiechał się. Widać było, że i jego interesuje życie mieszkańców akwarium.

Krępującą ciszę przerwało gwałtowne wejście Kazimierza.

- Przepraszam za spóźnienie - sapał. - Nie mogłem wcześniej wyrwać się z posterunku. Telefony się urywały. Cóż, tak jest każdego roku - mężczyzna opadł na fotel i zaczął wycierać spocone czoło i kark.

- Skoro jesteśmy już w komplecie, to siadajmy do obiadu - zarządziła gospodyni domu.

Po obfitym posiłku wszyscy postanowili przejść do ogrodu. Usiedli pod rozłożystym klonem. Ludmiła postawiła na stoliku zimną lemoniadę i lody, po czym usiadła obok siostry. Ta nerwowo skubała chusteczkę z ręcznie haftowanymi motywami. Mężczyźni ukradkiem zerkali na siebie, nie podejmując konwersacji.

- To może zacznę... - szepnęła Miłka, spoglądając na siostrę - Zdaje się, że znalazłam rozwiązanie waszego problemu... - a spojrzawszy na męża, dodała: - Znaleźliśmy... Nie jest to dla nas łatwe. Ale uważamy, że to najlepszy sposób, by wszystko dobrze się skończyło...

Wanda opuściła głowę, na policzku pojawiła się łza. Józek poderwał się i klęknął przy żonie.

- Nie płacz... Mówiłem ci, że Miłka coś wymyśli - szepnął, głaszcząc czule Wandę po głowie.

Ta odepchnęła energicznie dłoń męża.

- Jasne! - krzyknęła - Coś wymyśli! Wszyscy tylko nie ty! Bo ty niczego nie potrafisz wymyślić! Zawsze na kimś wisisz! Całe życie ktoś musi prowadzić cię za rękę! Najpierw matka, a teraz ja! Jakim cudem ty w ogóle funkcjonujesz?! Fajtłapa i nieudacznik! Oto kim jesteś!

- Wanda! Uspokój się! - Ludmiła złapała siostrę za ramiona i energicznie nią potrząsnęła. - Ja rozumiem hormony, ale musisz się opanować! Co tak najeżdżasz na tego Józka. Przecież nosisz jego dziecko pod sercem! Mam ci tłumaczyć skąd się tam wzięło?! Zresztą nie wolno ci się denerwować!

- Wszystko mi wolno. I tak nie będzie tego dziecka. Oboje go nie chcemy!

- Wy nie...

- Nie rozumiem... - Wanda podniosła na siostrę zapłakane oczy. - Co ty chcesz mi powiedzieć?

- Zdecydowaliśmy, że my wychowamy wasze dziecko. Jak swoje. Ty je tylko urodzisz...

- I co? Urodzę i wam oddam?

- Tak - Ludmiła spojrzała na męża. Ten delikatnie objął ją ramieniem.

- Ale jak to sobie wyobrażasz? Trzeba przecież przeprowadzić adopcję. A to może potrwać!

- Żadnej adopcji. Dziecko będzie od razu nasze.

- Chcesz udawać ciążę? - Wanda nagle zrozumiała plan siostry.

- Jesteś na początku ciąży. Nic jeszcze nie widać. Już w pracy powiedziałam, że mam mdłości. Pracownice dziwnie na mnie spojrzały i zaczęły coś szeptać. Domyślają się. Zacznę od przyszłego miesiąca nosić luźniejsze stroje, a potem uszyję sobie taką specjalną poduszkę...

Oczy Wandy robiły się coraz większe.

- Czyli ty będziesz w niby ciąży... Ale ja w prawdziwej! Pomyślałaś o tym? Jak zatuszuję rosnący brzuch? Wiesz, że za każdym razem jest wielki! Co powiem, kiedy brzuch zniknie, a dziecka nie będzie? Miłka, to chyba nie jest plan doskonały - Wanda nalała sobie chłodnej lemoniady i jednym ruchem opróżniła szklankę.

- Pomyślałam i o tym. Przecież nie naraziłabym cię na plotki. Pojedziesz do ciotki do Wójtówki...

- Co?! Mam zostawić dzieci, jego i cały dom? Zapomnij!

- Wanda, będę pomagała Józkowi, a Robusia możesz zabrać ze sobą. Nie pracujesz, mały nie chodzi do szkoły, nic nie traci. Ciotka będzie przeszczęśliwa, że może was gościć. Tam są idealne warunki. Cisza, spokój, świeże powietrze. Poczujecie się jak w raju...

- Absolutnie się nie zgadzam! Gdzie ja na tym końcu świata do lekarza pójdę?! Przecież jestem w ciąży! Chcesz mnie zamknąć w więzieniu?!

- Dobrze wiesz, że nigdy nie zrobiłabym ci krzywdy. Jesteś moją siostrą i kocham cię nade wszystko. Więc nie mów mi tu o więzieniu. I zapominasz, że drugi syn cioci jest lekarzem...

- Ale laryngologiem!

- Ale pracuje w szpitalu! Ma znajomych...

- Oczywiście! Pół szpitala od razu będzie wiedziało, że ukrywam ciążę, bo tak wymyśliła siostra i jej mąż! Kiedy urodzę, zapuka do moich drzwi milicja i zapyta, gdzie dziecko. A ja powiem: "Idźcie do siostry! Ona wam wszystko wytłumaczy!". Miłka, to chory plan i ja się na niego nie zgadzam! I wiesz, co ci powiem?! Jesteś egoistką! Myślisz tylko o sobie! Chodź Józek! Idziemy do domu! Nic tu po nas. Czas odwiedzić lekarza, który znajdzie odpowiednie rozwiązanie - po tych słowach Wanda wstała i energicznie ruszyła w kierunku wyjścia.

- Porozmawiam z nią - szepnął Józek. - Przepraszam Miłka... Ona naprawdę tak nie myśli... Ja uważam, że to co chcecie zrobić, jest właściwe. Nasze dziecko będzie miało u was jak w raju. Jestem tego pewien... I ja się zgadzam...

Ludmiła i Kazik zostali sami. Milczeli. Oboje nie sądzili, że rozmowa przybierze taki obrót. Cóż... Wszystko przepadło... Drugiej szansy nie będzie...

Jedyna nadzieja w Józku...

OD SAMEGO RANA wokół parku zbierał się tłum mieszkańców Dobrego Miasta. Za chwilę miała się odbyć wielka parada z udziałem dzieci szkolnych i dorosłych. Na trybunach powoli zajmowały miejsce najważniejsze osoby w mieście z I sekretarzem Komitetu Miejsko-Gminnego PZPR na czele. Był to wysoki, barczysty mężczyzna w trudnym do określenia wieku. Rozglądał się wokół i, uśmiechając się półgębkiem, pozdrawiał zgromadzony tłum. W pewnym momencie dał znak ręką i towarzysze pospiesznie zajęli miejsca. Łobacz rozejrzał się z zadowoleniem. Jego ludzie jak dotąd spisywali się bez zarzutu. Nie odnotowano najdrobniejszych zakłóceń, zamieszek, przeszkadzających pijaków, niecenzurowanych śpiewów. Gdyby nie skomplikowana sytuacja domowa, nic nie mąciłoby komendantowi tej chwili. Tymczasem w domu atmosfera stawała się nie do zniesienia. Ludmiła nie chciała przyjść na paradę, choć Kazimierz wiedział, że z tego powodu będzie miała nieprzyjemności.

- Proszę cię, Miłka, chociaż się pokaż. To dla twojego dobra.

- Nie mów mi, co jest dla mnie dobre! Przedwczoraj udawałam ciążę, opowiadając pracownicom o mdłościach, a dziś pójdę stać na tym upale?! Nie mam zamiaru. Jestem w niedyspozycji i tej wersji się trzymajmy - odwróciła się, podkreślając tym samym, że rozmowa została zakończona.

- Jednak się łudzisz... - szepnął Kazik, licząc, że żona tego nie usłyszy. Nie chciał robić jej przykrości.

Usłyszała... Spojrzała na niego z wyrzutem.

- Nie pomogłeś! - krzyknęła. - Nie pomogłeś mi jej przekonać! Nie chcesz tego dziecka, wiem! Przecież tak wygodniej, prawda?! Życie bez obowiązku! Już zaczęłam przyzwyczajać się do tej myśli... W snach trzymałam dziecko w ramionach... Nasze dziecko, Kazik! To, którego nie chcesz! Jesteś cholernym egoistą! - Ludmiła z płaczem wybiegła z pokoju.

Zabolało... Przecież dla tej kobiety zrobiłby wszystko. A teraz ona nazwała go egoistą... "Wszystkiemu winna Wanda - myślał, idąc wzdłuż równiutko ustawionych barierek. - Gdyby nie ciąża, byłoby jak dawniej...".

- Obywatelu komendancie! - usłyszał. Odwrócił się gwałtownie. Za nim stał jeden z pracowników biura I sekretarza. - Prosimy na trybuny. Za chwilę rozpoczynamy!

- Tak, tak... Już idę...

W tym momencie orkiestra wojskowa zaczęła grać marsza. Rozpoczęła się defilada. Na czele młodzi mężczyźni ubrani w białe koszulki i czerwone spodenki, nieśli ogromny transparent z napisem: "ROZSŁAWIAJMY W ŚWIECIE NASZĄ SOCJALISTYCZNĄ OJCZYZNĘ POLSKĘ LUDOWĄ". Za nimi śmiało kroczyły dzieci w zuchowych i harcerskich mundurkach, machając trzymanymi w dłoniach małymi chorągiewkami. Dwie starsze harcerki niosły czerwony pas tkaniny z wykaligrafowanym białym napisem: "22 LIPCA - NIECH SIĘ ŚWIĘCI". Tuż za grupą maszerowała starsza młodzież. Byli to uczniowie tutejszego Technikum Mechanicznego, którzy mogli poszczycić się różnymi osiągnięciami sportowymi. Szczególnie mocno tam rozwinięto sekcję lekkoatletyczną oraz tenisa stołowego. Młodzież defilowała w strojach sportowych, popisując się żonglerką piłkami tenisowymi. Po nich przyszedł czas na żołnierzy. Jednostka wojskowa przybyła na to święto aż z Gołdapi. Młodzi mężczyźni maszerowali równo, z dumnie uniesionymi głowami. Tłum zerwał się do oklasków. Dzieci podskakiwały radośnie, machając chorągiewkami. Każdy z tych małych chłopców marzył, by być teraz na miejscu maszerujących żołnierzy. Kilkuletni malec podbiegł do defilujących i rzucił w ich kierunku bukiecik polnych kwiatków. Służby porządkowe natychmiast zareagowały. Matka chłopca została upomniana i czym prędzej zabrała synka z trasy pochodu. Sytuacja w żaden sposób nie zdenerwowała Łobacza, osoby odpowiedzialnej za ład i porządek podczas parady. Mężczyzna nawet się uśmiechnął. Pomyślał, że ten brzdąc mógłby być jego synem... Syn... Do cholery, po co się łudzić?! Przecież to marzenie nigdy się nie spełni. Już się pogodził... Dawno temu... A może nie?... Może jednak w podświadomości siedzi nieodparta chęć posiadania potomka?... Los jednak postanowił inaczej i procesowanie się z nim na niewiele by się zdało. Ludmiła też była pogodzona. Co więc strzeliło jej do głowy z dzieckiem Wandzi?! Łobacz rozmyślał o tym wszystkim, przyglądając się maszerującym pod trybuną pracownikom okolicznych zakładów. Najliczniejszą grupę stanowili robotnicy Jutrzenki. Nieśli ogromny transparent z napisem: NIECH SIĘ ŚWIĘCI 22 LIPCA. Dwie kobiety ubrane w białe bluzki i kolorowe spódnice weszły na trybunę i położyły przed I sekretarzem ogromny kosz z różnego rodzaju słodyczami. Mężczyzna, uśmiechając się, skinął głową w podziękowaniu.

Defilada dobiegała końca. Teraz przyszedł czas na występy. Na okrągłej, drewnianej scenie pojawiła się grupa dzieci w strojach ludowych. W głośnikach rozległ się głos spikera:

- Witamy zespół "Drożyna". Przyjechali do nas z Pamiątkowa. Zaprezentują nam ludowe tańce szamotulskie. Zachęćmy ich gromkimi brawami!

W tym momencie zabrzmiała skoczna muzyka. Publiczność zaczęła klaskać. Dzieci rozpoczęły swój występ. Atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Łobacz rozejrzał się w poszukiwaniu swoich ludzi. Byli na posterunkach. Zwarci i gotowi. Nagle zauważył młodego milicjanta, szybko przemieszczającego się wśród tłumu. To był Kalinowski. Młodzian zwinnym ruchem przeskoczył barierki i po chwili był już obok komendanta.

- Coś się stało? - zapytał Łobacz.

- Obywatelu komendancie, melduję posłusznie, że mamy trupa - szeptem zameldował tamten.

- Co takiego?! - krzyknął Łobacz. W mig zorientował się, że podniesionym głosem zwrócił uwagę siedzących obok. Nachylił się więc nad podwładnym i, zniżając głos, zapytał: - Jakiego trupa?! Co wy gadacie?!

- Melduje posłusznie, że nie znam szczegółów...

- A kto je zna?

- Dzieciaki biegły od rzeki i krzyczały...

- Co wy mi tu pieprzycie i głowę zawracacie dziecięcymi dyrdymałami?! Wstydźcie się! Dzieciaki robią was w balona, a wy łykacie wszystko jak pelikany! Zresztą zajęty jestem! Idźcie z tym na posterunek. Służbę ma Wardęga. Niech sprawdzi. Jeśli to bujda, a na pewno tak jest, macie po premii!

- Melduję posłusznie, że informację przekazały dzieciaki grubej Malagowej. Komendant wie, że to wścibskie gadziny... Zresztą cała trójka nie może się mylić...

- W takim razie migiem na posterunek! I meldować!

- Tak jest - młody Kalinowski zasalutował i zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Na scenę wkroczył kolejny zespół pieśni i tańca ludowego. Jednak Łobacz nie potrafił skupić uwagi. Myślami był na komisariacie. Nerwowo aż do bólu wyginał palce. W końcu zauważył Kalinowskiego. Młody milicjant biegł wzdłuż barierek.

- Proszę wybaczyć. Obowiązki wzywają... - Łobacz przeprosił towarzystwo i ruszył w kierunku Kalinowskiego, przepychając się z trudem między siedzeniami.

- Melduję posłusznie, że jest trup... - młody milicjant ledwie łapał oddech.

- Mówcie!

- Dzieciaki Malagowej mówiły prawdę. Człowiek wisi na gałęzi...

- Gdzie?

- Na dębie nad rzeką. Skubany wybrał najgrubszy konar. Nie miał szans...

- Czyli sam się powiesił?

- Na to wygląda. Nasi już tam są. Jeśli obywatel komendant chce, to gazik czeka. Możemy podjechać.

- Jasne, że chcę! A kim jest denat?

- To jakiś miejscowy pijaczek. Mała strata.

- Co wy gadacie, Kalinowski?! Człowiek, to człowiek! Każdego szkoda!

- Tak jest!...

Mężczyźni wsiedli do auta i ruszyli na miejsce odnalezienia zwłok. Nad rzeką prócz milicjantów było już sporo gapiów. Łobacz energicznie wysiadł z auta.

- Natychmiast proszę opuścić teren! - krzyknął w kierunku zgromadzonego tłumu. - Milicja musi zebrać i zabezpieczyć dowody.

- A co tu zabezpieczać - odezwał się ktoś z tłumu. - Chłop miał dość życia, to się powiesił...

- Chyba dość gorzały! - dorzucił inny głos.

- On nigdy nie miał dość - zaśmiał się wysoki, szpakowaty mężczyzna z długą brodą.

- To prawda - wtórowali mu inni. - I patrzcie, dokąd go ta wóda doprowadziła... Na dno...

Łobacz słuchał w milczeniu. Wieloletnia praktyka milicyjna nauczyła go, że najwięcej gorących faktów zbiera się wśród tłumu. Trzeba się tylko dobrze wsłuchać. Kiedy gapie wreszcie się rozstąpili, komendant spokojnie podszedł do jednego z milicjantów.

- Wiemy kto to? - zapytał.

- Niech obywatel komendant sam spojrzy - mundurowy powoli odkrył biały materiał, którym przykryto zwłoki.

- Przecież to...! Jasna cholera! To stary Brzoska! - Łobacz rozejrzał się. - Gdzie szeregowiec Dobrosław?

- Ma służbę przy parku - padła odpowiedź. - Jeszcze o niczym nie wie. Czekaliśmy z decyzją na obywatela komendanta.

- Dobrze... Bardzo dobrze... Zabezpieczyć wszystko i wieźcie mnie na komisariat. Aha, ściągnąć młodego Brzoskę. Tylko nic mu nie mówcie!

- Tak jest!

 

DOBROSŁAW BRZOSKA OBSERWOWAŁ ukradkiem występy dzieci. Wiedział, że komendant nie byłby zadowolony. Służba to służba i nie można się rozpraszać. Mimo tego zerkał co chwilę na wirujące, dziecięce pary. W szkole podstawowej zapisał się do zespołu tanecznego, ale kółko istniało zaledwie pół roku. Pani, która prowadziła zespół, zaszła w ciążę i zabawa się skończyła. Pamiętał, że płakał mamie do rękawa, bo bardzo chciał tańczyć. Cóż, los zdecydował inaczej. Dobrosław uśmiechnął się do swoich myśli. "Teraz tańczę, jak komendant mi zagra" - pomyślał. Odruchowo spojrzał na trybuny. Ze zdziwieniem stwierdził, że wśród notabli nie ma Łobacza. Komendant zawsze był tam, gdzie powinien. Dlaczego więc nie siedzi wśród innych ważnych osobistości i nie podziwia występów?

Nagle młody Brzoska poczuł na ramieniu czyjąś dłoń, a chwilę później usłyszał głos: - Hej, Dobrosław! - Odwrócił się gwałtownie. Za nim stał Kalinowski.

- Człowieku, aleś mnie wystraszył!

- Nie chciałem, przepraszam. Gwar taki, że wołania za nic byś nie usłyszał.

- A coś się stało?

- Komendant wzywa cię do siebie.

- Na komisariat? - zdziwił się Dobrek. - Czego chce? Przecież mam służbę w parku.

- Masz przyjść i już!

- A nie wiesz, o co chodzi? Dziwne to trochę. Sam wyznaczył mi tu służbę, a teraz każe ją opuścić?! To do niego niepodobne...

- Ja nie wiem, co jest grane, ale radzę ci się pospieszyć. To na pewno ważne. - Po tych słowach Kalinowski zniknął w tłumie.

Dobrosław rozejrzał się i powoli ruszył w kierunku komisariatu. Przechodząc obok grupki dzieciaków, zauważył, że wskazują na niego i coś szepczą. Już chciał puścić w kierunku młodych odpowiednią wiązankę, ale machnął ręką i wyraźnie przyspieszył kroku.

- Wreszcie jesteście - mruknął Łobacz na widok podwładnego. - Siadajcie.

- Obywatelu komendancie, co się stało? Mam przecież służbę w parku. Tam są tłumy i ktoś musi...

- Nie bez powodu was tu wezwałem, Brzoska - przerwał komendant. - Muszę wam coś ważnego zakomunikować.

Dobrosław wyprostował się na krześle, przyjmując wyczekującą postawę.

- Zdarzyła się bardzo przykra sytuacja - ciągnął Łobacz, obracając nerwowo ołówek w palcach. - Właściwie dotyczy was...

- Mnie? - zdziwił się Dobrosław. - Czyżbym coś zawalił? Obywatelu komendancie, przecież staram się i komendant to wie. Jeśli było jakieś uchybienie to...

- Nie chodzi o to - Łobacz wstał zza biurka i podszedł do podwładnego. Czuł, że dłużej nie może przeciągać tej rozmowy. Położył dłoń na ramieniu Brzoski. - Znaleźliśmy waszego ojca - wykrztusił.

- No nareszcie! - Dobrosław poderwał się z miejsca. - Drugi dzień do domu nie wraca. Rozumiem, że siedzi w celi? Znów się nachlał i narozrabiał? Obywatelu komendancie, obiecuję, że to ostatni raz. Wyślę go na odwyk, bo już nie ma na niego mocnych!

- Nie żyje...

- Kto nie żyje?

- Wasz ojciec nie żyje...

- Ale jak to?... Co mu się stało?...

- Znaleźliśmy go nad rzeką. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo...

- Co?! Samobójstwo?! Jakie samobójstwo?!

- Powiesił się. Tak go znaleźliśmy... wiszącego na drzewie.

- Wiszącego?... To niemożliwe... - Dobrosław schował twarz w dłoniach. - Mój ojciec?... Nie żyje... Dlaczego to zrobił?... Ale zaraz... - mężczyzna spojrzał na przełożonego - Obywatel komendant powiedział "prawdopodobnie". Znaczy, że to mogło nie być samobójstwo?!

- Sami wiecie, Brzoska, że musimy zbadać, czy ktoś waszemu ojcu nie pomógł... Mało to osób, którym się naraził?...

- Ja muszę do domu - Dobrosław ruszył gwałtownie do drzwi.

- Oczywiście. Macie wolne do końca dnia - krzyknął Łobacz.

Młody Brzoska już nie słuchał. Wybiegł z komisariatu jak szalony. W głowie huczały mu słowa siostry: "Sprawa została załatwiona. On już nigdy mnie nie dotknie..."

- Justyna, coś ty zrobiła?! - szeptał, biegnąc co sił w nogach.

Zdyszany wpadł do domu.

- A ciebie ktoś goni? - zapytała Justyna, widząc w drzwiach zdyszanego brata.

- Co mu zrobiłaś?! Co zrobiłaś ojcu?!

- A co miałam zrobić? To on próbował mi zrobić krzywdę! O co ci chodzi?!

- O to, że nasz ojciec nie żyje! I myślę, że masz z tym coś wspólnego!

- Ojciec nie żyje?! - Justyna zerwała się z krzesła. - Jak to nie żyje?! Co mu się stało?!

- Nie udawaj, że nie wiesz! Odgrażałaś się! Mówiłaś, że załatwiłaś sprawę! Spiskowałaś z tym Cyganem! Przyznaj się!

- Nic nie zrobiłam! Zresztą po czyjej ty jesteś stronie?!

- Po stronie prawdy! I jeśli udowodnię, że przyczyniłaś się do śmierci ojca, osobiście zakuję cię w kajdanki!

- Doniesiesz na własną siostrę?!

- A więc się przyznajesz? Razem z tym chłopakiem upozorowaliście samobójstwo?! Justyna, jak mogłaś?!

- Dobrek, co ty gadasz?! Nie mam nic wspólnego ze śmiercią tego zboczeńca! Ale powiem ci jedno, wcale mi go nie żal i nie będę płakać na jego pogrzebie! Jeśli w ogóle na niego pójdę! - Justyna odwróciła się i wybiegła z pokoju.

Dobrosław usiadł na tapczanie. Myśli kotłowały się w jego głowie. Nie chciał wierzyć w winę siostry, jednak wszystko wskazywało na to, że pomogła ojcu przenieść się na tamten świat. Co robić? Przede wszystkim zachować spokój i wyjaśnić całą sprawę. Może zbyt pochopnie posądził Justynę? Może dziewczyna rzeczywiście nie ma nic wspólnego ze śmiercią ojca... Nagle Dobrek uświadomił sobie, że przecież młodsi bracia o niczym nie wiedzą! Należy ściągnąć Ziemowita z obozu. Jak powiedzieć chłopakowi, że ojciec nie żyje? A Bolek? Gdzie on w ogóle się podziewa?! Skaranie z tym chłopakiem. Młody Brzoska wstał energicznie i ruszył do wyjścia.

 

LUDMIŁA ŁOBACZ PRZYJĘŁA na sofie półleżącą pozycję i wpatrywała się w jeden niewidzialny punkt. Z oczu płynęły jej łzy. Była zrozpaczona, rozżalona i zła. Bezsilność zjadała ją od środka, a ból obejmował każdą cząstkę ciała i wdzierał się do udręczonej duszy. Nagle poczuła się bezwartościową, beznadziejną kobietą. Zaszczyty i pochwały, których w ostatnim czasie doznawała jako kierowniczka sklepu, nie miały teraz dla niej najmniejszego znaczenia. Tak bardzo pragnęła dziecka, że wszystko przestało być ważne. Jej rozżalenie potęgował fakt, że zawiodła ją osoba, na którą wcześniej zawsze mogła liczyć. To, że siostra się na nią wypięła, nie kuło tak bardzo. Ale że mąż nie potrafił jej zrozumieć, bolało jak zdrada. Gdyby coś powiedział, naciskał, prosił... Ale on po prostu nie odezwał się ani jednym słowem. I właśnie tego Ludmiła nie mogła zrozumieć.

Kobieta z trudem podniosła się i podeszła do okna. Na zewnątrz panowała niemiłosierna duchota. Słońce bezceremonialnie wdzierało się do mieszkania. Łobaczowa zaciągnęła ciężkie zasłony i wróciła na sofę. W tym samym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Ludmiła podejrzewała, że to któraś z wścibskich koleżanek chce na własne oczy zobaczyć niedysponowaną szefową. Nie chciała otwierać. Pukanie powtórzyło się. Miała ochotę krzyknąć, żeby dać jej spokój, gdy nagle usłyszała cichy głos:

- Miłka? To ja, Józek... Otwórz...

Kobieta natychmiast dopadła do drzwi.

- Co ty tu robisz? Coś się stało? Jesteś sam? Gdzie Wandzia?

- Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw? - mężczyzna uśmiechnął się lekko. Podkrążone oczy i blada twarz świadczyły o zmęczeniu graniczącym z brakiem chęci do życia.

- Nie łap mnie za słówka - burknęła Miłka. - Daleko mi do żartów. Zresztą dobrze o tym wiesz. Powiesz, po co przyszedłeś?

- Rozmawiałem z Wandzią...

- I co? - twarz Ludmiły się rozjaśniła. - Przemyślała wszystko? Jest zgoda?

- No... niezupełnie...

- To o co chodzi? - Kobieta zrezygnowana wróciła na sofę. - Mam się zająć dzieciakami, tak?

- Nie... Miłka, my nie możemy mieć tego dziecka... Zwyczajnie sobie nie poradzimy...

- Ja to wiem! Przecież zaproponowałam rozwiązanie najlepsze z możliwych!

- Rozumiem i się zgadzam. Tylko Wandzia... ona...

- No wykrztuś wreszcie!

- Wandzia boi się porodu...

- Co takiego?! Urodziła czwórkę i nagle się boi porodu? Józek, o co tu chodzi?!

- Powiem ci prawdę. Jakiś czas temu moja żona spotkała w mieście Cygankę. Usiadły sobie na ławeczce jak stare znajome i zaczęły rozmawiać. Tak od słowa do słowa Cyganka zaproponowała, że powróży. Wandzia się zgodziła...

- Nie wierzę! - przerwała Ludmiła. - Moja siostra dała się wkręcić jakiejś Cygance?!

- Też byłem zaskoczony. Ale najgorsze, że ta kobieta przepowiedziała Wandzi nieszczęście... Że musi na siebie uważać, bo może się stać coś złego... No i moja żona wykoncypowała sobie, że na pewno chodzi o poród... Długo z nią rozmawiałem. Miłka, ona kocha cię nad życie i na pewno oddałaby wam to dziecko, gdyby nie...

- Gdyby nie musiała rodzić... - dokończyła Ludmiła.

- Właśnie...

- Józek, ja nie wierzę, że to prawda... Moja siostra zwariowała!

- Pomyślałem, że mogłabyś z nią pogadać... Wiesz... Tak jak siostra z siostrą...

- To nie jest dobry pomysł. Przynajmniej teraz. Może kiedy emocje opadną...

- Obawiam się, że wtedy będzie za późno. Ona usunie to dziecko i nie będzie nikogo pytała o zdanie... Nawet mnie...

Ludmiła spojrzała na swojego szwagra. Zawsze był przystojny, dobrze zbudowany. Podobał się kobietom. Kiedyś nawet zazdrościła siostrze, bo Kazik raczej urodą nie grzeszył... Jednak Józek, ten Adonis, ostatnio zgarbił się, posmutniał, przybyło mu siwych włosów i w ogóle jakoś tak zmarniał...

- Słuchaj, obiecuję, że porozmawiam z tą moją szaloną siostrą...

- Naprawdę? - oczy Józka się zaświeciły. - Bardzo ci dziękuję. Ja naprawdę nie mam już sił...

- Na co nie masz sił? - rozległo się z korytarza.

- Co tak szybko wróciłeś? - zapytała Ludmiła, wyraźnie niezadowolona z widoku męża. Wciąż była na niego zła.

- Wpadłem tylko coś zjeść. Mamy pilną sprawę. Zaraz wracam na posterunek. A co ty taki wymięty? - Kazimierz podszedł do szwagra. - Stało się coś?

- Miłka ci opowie. Ja muszę już wracać. Może zapobiegnę katastrofie - Józek pożegnał się i wyszedł.

- O czym on mówił? - Łobacz stał jak wryty na środku pokoju.

- Naprawdę nie wiesz o czym? Ciągle o tym samym! Temat aktualny. Moja siostra chce usunąć dziecko. Zapomniałeś?! - Ludmiła ostatnie słowa prawie wykrzyczała.

- Kochanie, wiem, że jesteś na mnie zła... Ale co ja miałem zrobić? Kazać jej? Wrzeszczeć na nią? Zaaresztować? Kobieto, przecież nie mam wpływu na decyzje twojej siostry! Zresztą, jak widać, ty też nie...

- Ostatnie zdanie mogłeś sobie darować - syknęła Ludmiła.

- Jestem po twojej stronie. I to nieprawda, że nie chcę tego dziecka! Chcę! I to bardzo! Ale sama widzisz, ile przeszkód napotykamy po drodze. Jeszcze nie ma żadnej wiążącej decyzji, a już są kłótnie. Przyznaj mi rację - Kazimierz złapał żonę za ramiona, spojrzał w jej zapłakane oczy i cicho powiedział: - Może po prostu adoptujmy malucha. Tak bez mataczenia, całkiem legalnie... Co ty na to, Miłka? Przecież wiesz, że cię kocham i zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa. Zresztą... - mężczyzna opuścił głowę.

- Co?...

- Ja czuję, że to moja wina...

- O czym mówisz?...

- Wiem, że to ja nie mogę mieć dzieci...

- Wiesz? A skąd taka pewność?

- Wiem i już. Takie rzeczy się czuje. Nie tylko kobiety mają szósty zmysł...

 

DOBROSŁAW SZYBKIM KROKIEM dotarł do parku. Miejsce tętniło życiem. Wokół straganów gromadzili się kupujący i gapie. Sprzedawcy podniesionymi głosami zachwalali swój towar, przekonując zgromadzonych, że u nich najładniej, najlepiej i najtaniej. Dzieciaki, korzystając z chwilowej nieuwagi rodziców, biegały między drzewami. Co rusz któreś z płaczem i pokaleczonym kolanem biegło do matek. Ze sceny rozlegało się gromkie: "UKOCHANY KRAJ, UMIŁOWANY KRAJ...". To miejscowy chór kończył właśnie swój koncert.

Brzoska w żadnej mierze nie był zainteresowany tymi wydarzeniami. Musiał znaleźć swoje rodzeństwo, przede wszystkim Bolka. Chłopak nie pojawiał się w domu od kilku dni. To niepokoiło Dobrosława najbardziej. Poza tym Justyna... Dokąd poszła? Chyba nie do tego Cygana? A jeśli tak, to gdzie ich szukać?

Nagle Dobrek zauważył znajomą postać siedzącą na ławce. To była Milada. Mężczyzna ruszył w jej kierunku.

- Gdzie jest Bolek?! - wrzasnął, dobiegając do ławeczki.

- Nie wiem... - szepnęła przerażona dziewczyna.

- Jak to nie wiesz?! Przecież spotykasz się z moim bratem!

- Sama chciałabym wiedzieć, gdzie on jest - Milada rozpłakała się. - Nie widziałam go, odkąd pokłócił się z panem.

- Przecież pobiegł za tobą!

- Pobiegł... A potem wrócił... Rozmawialiśmy... Obiecał, że się mną zaopiekuje... Że nic mi nie grozi... Że pan pomoże... A teraz?... - Milada zanosiła się płaczem.

- Poczekaj, po kolei - Dobrosław usiadł obok dziewczyny. - Powiedz mi dokładnie, o co chodzi.

- Mogę panu zaufać? - dziewczyna podniosła na młodego milicjanta wielkie, zapłakane oczy.

- Chyba nie masz wyboru.

- Bo ja, proszę pana, spodziewam się dziecka... I to jest chyba dziecko Bolusia...

- Że co?! - Dobrosław zerwał się z ławki. - Chcesz powiedzieć, że mój brat będzie ojcem?! I na dodatek chyba?! O czym ty mówisz, dziewczyno?! Nie wiesz, z kim się przespałaś?! A może wiesz doskonale, tylko chcesz wrobić w tę ciążę mojego brata?! Przyznaj się!

- To nie jest tak, jak pan mówi... Gdyby zechciał mnie pan wysłuchać...

- Nie spodziewam się usłyszeć prawdy, ale mów - Dobrosław z powrotem zajął miejsce na ławce.

- Właściwie to Bolek chciał z panem porozmawiać... Obiecał, że to zrobi... Chciał prosić o pomoc, bo ja... bo mnie... - szloch odebrał jej mowę.

Dobrosław złapał dziewczynę za ramiona i potrząsnął lekko.

- Powiedz mi wszystko. Powiedz, co się stało - zapytał najspokojniej, jak potrafił.

- Kocham Bolusia i on mnie kocha - zaczęła Milada po dłuższej chwili. - Spotykamy się już kilka miesięcy, ale w tajemnicy przed moimi. Zresztą przed panem też... Przecież nie pozwolą nam być razem... Dlatego zaplanowaliśmy ucieczkę... Nie wiem, jak to się stało, ale o naszych planach dowiedział się Gunar...

- Kto to?

- Mieszkamy po sąsiedzku. To syn znajomych. Rodzice umyślili, że nas ze sobą zwiążą. Ale ja go nienawidzę! - Dziewczyna znów się rozszlochała. - On jest niemiły dla innych, oszukuje i kiedyś przyłapałam go na kradzieży. Mnie uczono, że tak nie wolno i dlatego nie mogę być z kimś takim! Rozumie to pan?!

- Rozumiem... Mów dalej.

- No i Gunar, kiedy dowiedział się o ucieczce, wpadł do naszego domu i krzyczał, że należę przecież do niego i nie mam prawa spotykać się z innymi... Krzyczał i krzyczał... W końcu rzucił się na mnie. Próbowałam się bronić, ale Gunar był silniejszy. Powiedział, że skoro jesteśmy sobie przypisani, to powinnam być uległa... I w ogóle wielki czas, żebyśmy byli mężem i żoną, a skoro tak, to...wie pan... Rodziców nie było w domu... Nie miał mnie kto obronić. Zresztą pewnie by tego nie zrobili... Taki już nasz los... - Milada schowała twarz w dłoniach.

- Czy on zrobił ci krzywdę?... - wydukał Dobrosław. - To znaczy... Czy cię zgwałcił?...

- Tak... - szepnęła Milada. - Przysięgam, że się broniłam - spojrzała na Brzoskę, a łzy płynęły po jej pięknej twarzy. - Nie chciałam... Naprawdę tego nie chciałam...

- Dlaczego nie zgłosiłaś się na milicję?

- Czy uwierzyłby pan Cygance, która mówi, że została zgwałcona przez kandydata na męża?

- Sam nie wiem...

- No właśnie... Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, chciałam się zabić. Żyję tylko dzięki Bolusiowi. Powiedział, że to jego dziecko, bo on tak czuje i koniec kropka. Baliśmy się tylko, jak zareaguje Gunar. Ostatecznie ciąży nie da się długo ukryć. Dlatego Bolek chciał prosić pana o pomoc.

- Ale nie poprosił...

- Boję się, że Gunar coś mu zrobił... Nigdzie go nie ma. Obeszłam wszystkie znane nam miejsca... Panie milicjancie, proszę, niech go pan znajdzie... To w końcu pański brat i mój ukochany...

- Nie martw się, znajdę go... Choćby to była ostatnia rzecz, jaką przyjdzie mi uczynić... - Dobrosław objął ramieniem płaczącą dziewczynę. - A ty co zamierzasz?

- Nie wiem... Do domu nie wrócę, bo każą mi iść za Gunara... A jak się wyda, że jestem w ciąży, to już całkiem po mnie...

- To co zrobisz?

- Boluś by wiedział... Zabiję się, jak go pan nie znajdzie!

- Nie gadaj głupot! Na jakiś czas zatrzymasz się u mnie. Potem pomyślimy. Zresztą, jak znajdę Bolka, wszystko samo się ułoży. Pomogę wam. Nic się nie martw...

- Jest pan dobrym człowiekiem...

- Daj spokój... Nie ma o czym gadać.

- Nie wiem, czy pana siostra też będzie taka wyrozumiała...

- O to się nie martw. Justynę biorę na siebie. A teraz idź do mojego domu. Jeśli nikogo nie będzie, poczekaj na ławce. Ja muszę skoczyć na posterunek. Nie możesz mi towarzyszyć.

- Rozumiem - Milada spojrzała na młodego Brzoskę i szepnęła: - Jeszcze raz dziękuję...

- "Obyś miała za co" - pomyślał Dobrosław, odprowadzając dziewczynę wzrokiem.

 

NA POSTERUNKU MILICJI trwały rutynowe czynności związane z zaistniałą sytuacją. Ciało Konstantego Brzoski zostało zabrane do prosektorium, gdzie miała odbyć się sekcja zwłok. Kazimierz Łobacz był pewien, że stary popełnił samobójstwo. Jednak prokurator, młody i ambitny chłopak z Elbląga, nie był o tym przekonany.

- Zobaczymy po sekcji. Wtedy podejmę decyzję, co dalej ze sprawą - ton jego głosu był zdecydowanie zbyt wyniosły jak na młodzika. - Na moje oko staremu ktoś pomógł.

- Oko młode, a o doświadczeniu nawet nie wspomnę... - Łobacz nie mógł powstrzymać się od złośliwego komentarza.

- Wiem, że obywatel komendant wolałby czyste konto. Trup zaburza statystyki. Jednak tym razem chyba się nie uda - odgryzł się młody.

Łobacz puścił złośliwą uwagę mimo uszu. Zresztą w drzwiach pojawił się Dobrosław.

- A co tu robicie? Dałem wam wolne.

- Obywatelu komendancie, proszę o rozmowę.

- Oczywiście. Pozwólcie, to prokurator z Elbląga, a to syn denata - Łobacz przedstawił panów.

- Pracuje pan na komisariacie? - młody prokurator był wyraźnie zaskoczony.

- Owszem...

- Chciałbym z panem porozmawiać...

- Porozmawiać czy przesłuchać? - wtrącił komendant. - Zdaje się, że już wszystko sobie wyjaśniliśmy.

- Spokojnie, obywatelu komendancie, mogę odpowiedzieć na każde pytanie... - Dobrosław usiadł na krześle pod ścianą.

- Kiedy i w jakich okolicznościach widzieliście ojca ostatni raz? - zaczął prokurator.

- To było wczoraj. Wracałem do domu, a ojciec wychodził. Spotkaliśmy się na podwórku.

- Rozmawialiście?

- Tak...

- O czym?

- Pytałem, dokąd idzie... Obawiałem się, że znów się napije i będą kłopoty...

- Ojciec pił?

- Tak...

- Awanturował się?

- Nie...

- Co na to reszta rodziny? Matka, rodzeństwo?

- Matka nie żyje... Rodzeństwo... no jakoś dawaliśmy radę... - Dobrosław wyraźnie się zmieszał, a czujny prokurator nie omieszkał tego odnotować.

- A może mieliście już dość pijaństwa i awantur?

- Przecież mówiłem, że ojciec się nie awanturował.

- Ale pił...

- No pił...

- Rodzeństwo w jakim wieku?

- Brat dwadzieścia lat, siostra prawie osiemnaście i młody dwanaście...

- Z nimi też chciałbym porozmawiać...

- Obywatelu prokuratorze - wtrącił Łobacz. - Czy nie widzicie, że chłopak ma dość? Miejcie litość! Ojciec nie żyje, a wy tu takie rzeczy! Oskarżacie mojego człowieka czy co?!

- Ja tylko prowadzę czynności...

- Czynności czynnościami, ale trzeba mieć trochę serca! Brzoska - zwrócił się do Dobrosława - jeśli to bardzo pilne, z czym przyszliście, to zaczekajcie na korytarzu. Zaraz będziemy rozmawiać. Ja tu jeszcze sobie trochę poplotkuję z obywatelem prokuratorem.

- Nie zamierzam plotkować i proszę mnie nie obrażać! - żachnął się prokurator, kiedy zamknęły się drzwi za młodym Brzoską.

- Chciałem wam tylko uświadomić - zaczął wolno komendant - że ten człowiek wzorowo wykonuje swoje obowiązki. A ponadto po śmierci matki opiekuje się rodzeństwem. Nie mogę mu nic zarzucić i proszę, żeby obywatel prokurator wziął w tej kwestii ze mnie przykład. Czy jasno się wyraziłem? - Po tych słowach Łobacz wstał, sygnalizując, że rozmowa została zakończona.

Prokurator zerwał się z krzesła i, nie żegnając się, wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Zdecydowanie zbyt głośno.

Komendant opadł ciężko na fotel i otarł pot z czoła. Sytuacja w domu, śmierć Brzoski i jeszcze ten nadgorliwy prokurator... to wszystko sprawiało, że mężczyzna bardzo źle się poczuł. Sięgnął po butelkę wody. W tym momencie do pokoju wszedł Dobrosław.

- Obywatelu komendancie... - zaczął.

- Wejdźcie, wejdźcie. Usiądźcie. - Kazimierz wskazał krzesło przy biurku.

- O co chodziło temu prokuratorowi? - zapytał młody milicjant.

- A skąd mnie to wiedzieć? Uczepił się jakiejś swojej wersji i będzie ją drążył.

- Jakiej wersji?

- On podejrzewa, że to jednak nie było samobójstwo...

Dobrosław siedział chwilę w milczeniu. Odtwarzał w pamięci ostatnie spotkanie z ojcem. Nie będzie wspominał dobrze tej sytuacji, tych słów... Właśnie! Przypomniał sobie słowa ojca.

- Ojciec chyba jednak planował samobójstwo... - wykrztusił.

- Co wy mówicie?!

- Podczas ostatniej rozmowy powiedział, że lepiej by nam się żyło bez niego...

- Brzoska, zabraniam wam o tym komukolwiek mówić, zrozumiano? Możecie zostać posądzeni o to, że nie zapobiegliście nieszczęściu!

- Ale obywatelu komendancie...

- Nikomu ani słowa, rozumiecie?! I tak wyjdzie na to, że wasz ojciec sam się powiesił. A czy planował, czy nie... jakie to ma teraz znaczenie... Pomyślcie, Brzoska o rodzeństwie. Jesteście teraz dla nich matką i ojcem... A właśnie, pomyśleliście już, jak ściągnąć młodego? Zdaje się, że jest na obozie gdzieś nad morzem, prawda?

- Tak, w Mrzeżynie. Muszę chyba po niego pojechać...

Komendant podrapał się za uchem.

- Nie kłopoczcie się tym. Mam kolegę na posterunku w Kołobrzegu. Poproszę go. Przywiozą młodego. Pojedzie jeszcze jakaś kobieta z opieki, żeby chłopakowi było raźniej.

- Dziękuję, obywatelu komendancie...

- No już dobrze - Łobacz wstał i poklepał Brzoskę po ramieniu. - Zawsze możecie na mnie liczyć. To co, wracajcie do domu, odpocznijcie. Trudny czas przed wami.

- Ja chciałem jeszcze porozmawiać o moim bracie... to znaczy o Bolku - szepnął nieśmiało Dobrosław.

- Co z nim? Tylko nie mówcie, że się w coś wpakował! W końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni!

- W tym rzecz, że nie wiem, czy się w coś wpakował, bo zniknął.

- Jak to zniknął?! Uciekł z domu?!

- Raczej nie miał powodu, żeby uciekać, ale sprawa jest dość skomplikowana... Gdyby obywatel komendant zechciał mnie wysłuchać i pomóc...

- Mówcie.

 

ŚWIĄTECZNY DZIEŃ DOBIEGAŁ końca. Na placu w niewielkiej odległości od parku muzykanci rozkładali swoje instrumenty. Za chwilę miała się rozpocząć zabawa. Wśród oczekujących na pierwsze takty muzyki była Justyna. Siedziała na małej ławeczce pod starą lipą. Paliła papierosa i ze schowanej w torebce buteleczki raz po raz pociągała łyk mocnego alkoholu. Nie pamięta, kiedy zaczęła pić. Chyba wtedy, gdy ojciec po raz pierwszy złapał ją za piersi. To było jakiś rok temu. Stała w kuchni przy zlewie. Myła talerze. Podszedł z tyłu. Zastanawiała się, o co chodzi. Była pewna, że to się stało niechcący... Jednak gdy odwróciła się zaskoczona i spojrzała w jego oczy, wiedziała już, że to celowe działanie. Uśmiechnął się i lubieżnie oblizał wargi. Pamięta, że uciekła do pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Nie dobijał się. Spokojnie wyszedł z domu. A ona ciągle bała się opuścić bezpieczne miejsce... Czuła się jak sparaliżowana. Przez jakiś czas dawał jej spokój. Doszła więc do wniosku, że to był pewnie jakiś wymysł jej wyobraźni... że nic się nie stało... że ojciec chciał po prostu przytulić córkę... Jednak sytuacja się powtórzyła. Tym razem wszedł do pokoju. Siedziała na łóżku. Czytała. Usiadł obok. Zaczął mówić o życiu, samotności, braku zrozumienia i takie tam. Nie bardzo wiedziała, jak się zachować. W pewnym momencie próbowała wstać, ale pchnął ją na łóżko i położył się na niej, zasłaniając jednocześnie usta dłonią. Nie mogła oddychać, miotała się, ale ojciec był silniejszy. Rozsunął jej nogi i ocierał się o nią mocno i coraz szybciej. Czuła jego rozpalone, nabrzmiałe z pożądania ciało... Łzy napływały jej do oczu... Błagała w myślach, żeby już skończył... Po chwili wydał z siebie zwierzęcy jęk, wstał i bez słowa wyszedł z pokoju. Długo płakała. Chciała biec do brata, powiedzieć mu o wszystkim, ale bała się, że nie uwierzy... Gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi wyjściowych, wyszła z pokoju i pobiegła do łazienki. Zdjęła z siebie wszystkie ubrania i wrzuciła do kosza na brudną bieliznę. Weszła pod prysznic i stała tam długo... bardzo długo... W końcu młody wrócił ze szkoły i zaczął dobijać się do łazienki...

Takie sytuacje z ojcem powtórzyły się jeszcze kilka razy. Nigdy nie posunął się dalej. Aż do tego feralnego dnia... Justyna upiła łyczek alkoholu. Uśmiechnęła się. Śmierć ojca była dla niej wybawieniem...

- Mam cię! - rozległo się za plecami Justyny.

- Niech cię licho, Gunar! - krzyknęła. - Chcesz, żebym wykorkowała?! Cholernie mnie wystraszyłeś! Gdzieś ty się podziewał?! Mamy do pogadania!

- Łaziłem tu i tam, załatwiałem różne sprawy - chłopak usiadł obok Justyny. - A co, stęskniłaś się? - Objął dziewczynę silnym ramieniem. Ta jednak odepchnęła go.

- Ukrywałeś się, co?! I nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię!

- A dlaczego miałbym się ukrywać?

- Co zrobiłeś mojemu ojcu?! Miałeś go tylko nastraszyć! Połamać kulasy albo przeciągnąć kosą po żebrach! Ale nie zabijać!

- O czym ty mówisz, dziewczyno?! Twój ojciec nie żyje?!

- Jakbyś o tym nie wiedział...

- Bo nie wiem!

- Akurat ci wierzę! Dobrek na pewno zwęszy sprawę, a wtedy ty pójdziesz do pudła, a ja razem z tobą za... jak to się nazywa? - Justyna przez moment szukała odpowiedniego słowa. - Już wiem, za podżeganie do zabójstwa.

- Czyś ty rozum postradała?! Nikogo nie zabiłem! Kiedy poprosiłaś mnie, żebym grzecznie wytłumaczył staruszkowi, że źle postępuje, poszedłem do parku, aby go znaleźć. Zwykle siedział ze swoimi koleżkami na ławce od północnej strony. Tam jest zawsze chłodno, a na dodatek wierzba zasłania...

- Nie opowiadaj mi tu stronach świata i o drzewach! - przerwała Justyna. - Do rzeczy!

- No więc poszedłem tam, ale go nie było. Kumple zeznali, że przyszedł jakiś taki zgaszony, usiadł na ławeczce i nawet wypić z nimi nie chciał. Posiedział tylko, pomilczał i poszedł w kierunku rzeki.

- Jesteś pewien?

- Jak tu siedzę! Justa, o wszystko możesz mnie podejrzewać, ale nie o morderstwo!

- A więc to prawda... - szepnęła dziewczyna.

- Co?

- Że popełnił samobójstwo...

- Znaczy sam się zabił? - Gunar złapał się za głowę. - Jak tak można?!

- Widać można...

- Utopił się?

- Nie, powiesił...

- Cholera... Odważny człowiek...

- Zły człowiek, Gunar, zły... - Justyna wstała z ławeczki i odwróciła się do Cygana - Jeszcze jedno, nikomu ani słowa. O nic cię nie prosiłam, a ty nic nie zrobiłeś. Pamiętaj!

- Jasna sprawa.

Dziewczyna ruszyła w stronę domu.

- Też nie chcę kłopotów, tym bardziej że muszę być teraz odpowiedzialny... W końcu będę ojcem... - szeptem dokończył Gunar, patrząc za oddalającą się Justyną.

 

DOBROSŁAW POWOLI ZMIERZAŁ w kierunku domu. Miał nadzieję, że Justyna już wróciła i jakoś dogadała się z Miladą. Ostatnie, czego mu było trzeba, to awantura w domu. Poza tym trzeba pomyśleć o pogrzebie. Na Justynę nie może liczyć. Zresztą nie dziwił się. To, czego dopuścił się stary, było niewybaczalne. Dobrek był zły na siostrę, bo nie powiedziała o sytuacji. Był też zły na siebie. Powinien coś zauważyć... Przeszło mu przez myśl, że może dobrze się stało. Zabiłby ojca gołymi rękami!

Milada siedziała skulona na ławce przed domem. Na widok Dobrosława uśmiechnęła się i wstała powoli.

- Zamknięte? - zapytał Dobrek.

- Zamknięte...

- Gdzie oni się podziewają? No cóż, wejdź do środka. Na pewno jesteś głodna i zmęczona.

Dobrosław zdecydował, że Milada zajmie mały pokoik, który należał do ojca. Młody Brzoska opróżnił popielniczkę z petów, wyrzucił kilka pustych butelek i zmienił pościel. Milada położyła się i natychmiast zasnęła.

Dobrosław wyszedł przed dom. Usiadł na ławce i zapalił papierosa. Zaciągnął się i natychmiast wróciło wspomnienie matki. Kiedy miał piętnaście lat przyłapała go w komórce na paleniu. Dobrek był przerażony. Spodziewał się bury, jakiej świat nie widział. Tymczasem matka spojrzała na niego, zamrugała tymi niebotycznie długimi rzęsami i spokojnie powiedziała:

- Synku, jak możesz tak niszczyć swoje zdrowie? Przecież jesteś mądrym chłopcem i doskonale wiesz, ile złego robią papierosy w organizmie człowieka... Przemyśl swoje postępowanie...

Po tych słowach po prostu wyszła, zamykając cichutko drzwi. Dobrosław pamiętał, że przez długi czas nie mógł się ruszyć. Po prostu go zamurowało. Następne, co zrobił, to zgniótł prawie całą paczkę "Klubowych" i wyrzucił do kosza. Potem wstydził się wracać do domu. Pomyślał, że gdyby na niego nakrzyczała, to byłby chociaż powód do młodzieńczego buntu. A tak... Czuł, że zawiódł matkę. Błąkał się bez celu po mieście. W końcu wrócił w porze kolacji. Pamięta, że ojciec coś burknął, używając iście pijackiego bełkotu, a matka tylko się uśmiechnęła. Wiedziała, że jej słowa trafiły do syna. Cóż, Eleonora Brzoska była wyjątkową kobietą. Kochającą, wyrozumiałą, cierpliwą, potrafiącą załagodzić każdą sytuację. Ojciec nigdy jej nie docenił. Nigdy nie powiedział miłego słowa, nie przyniósł kwiatów, nie okazał czułości. A przecież ona tak bardzo na to zasługiwała...

Dobrek uśmiechnął się do tych wspomnień. Kochał matkę nad życie. Każdego dnia odczuwał jej brak. Teraz wiedziałaby, co zrobić. Ujarzmiłaby temperament Bolka i zaradziła, jak wybrnąć z tej sytuacji, a przede wszystkim byłaby wsparciem dla Justyny. Dobrosław wyrzucił prawie całego papierosa i wrócił do domu. Zajrzał do Milady. Spała spokojnie. - "Przecież to jeszcze dziecko, a już będzie miała swoje maleństwo" - pomyślał, zamykając okno, przez które dobiegały dźwięki głośnej muzyki. Zabawa rozkręcała się na dobre.

- No tak! - prawie krzyknął Dobrosław do siebie. - Przecież moje szalone rodzeństwo na pewno teraz dobrze się bawi. Justyna z radości, że ojca nie ma, a Bolek o niczym nie wie...

Młody Brzoska wyjął kartkę i napisał kilka słów do Milady na wypadek, gdyby się obudziła i była zupełnie zdezorientowana. W progu naciągnął czapkę z daszkiem i wybiegł z domu. Na ulicy od razu natknął się na grupę podchmielonych wyrostków. Już chciał do nich podejść i udzielić reprymendy, ale w porę się opamiętał. Przecież nie był na służbie. Muzyka stawała się coraz głośniejsza. To znak, że Dobrek zbliżał się do miejsca, gdzie zbudowano drewniany parkiet na dzisiejszą zabawę. Było jeszcze dość jasno. Prócz kilku tańczących par, po deskach biegały dzieciaki, próbując za wszelką cenę przekrzyczeć zespół. Przy rozstawionych dokoła stołach siedzieli zarówno młodzi jak i starsi amatorzy taniej rozrywki. Wszyscy pili piwo, a pod stołem rozlewali sobie samogon. To już tradycja. Nie było sensu z nią walczyć. Przynajmniej podczas tego typu świąt. Wiedział o tym każdy milicjant w mieście. Dobrosław rozglądał się uważnie. Zobaczył Stefana Madurę, najlepszego kolegę Bolka. Mężczyzna stał przy bufecie i machał przed nosem sprzedającej wymiętym banknotem.

- Widziałeś dziś mojego brata? - zapytał Dobrosław, szarpiąc lekko Madurę za ramię.

Ten odwrócił się gwałtownie z ręką gotową do bitki.

- A, to ty! - Był już nieźle wstawiony. - Nie widziałem ani dziś, ani wczoraj, ani... czekaj... co my to mamy za dzień? - mężczyzna próbował utrzymać pion, jednak przychodziło mu to z wielkim trudem. W końcu oparł się o stolik i dokończył: - Ogólnie rzecz biorąc nie widziałem Bolka i już... A co, zawieruszył się gdzieś z tą Cyganeczką?

- Zawieruszył się sam - bąknął Dobrek. - A co, prowadzał się z nią?

- A ty mnie teraz przesłuchujesz? - wybełkotał Stefan.

- Bądźże człowiekiem i po prostu odpowiadaj!

- Sto razy mu mówiłem, że nic dobrego z tej wielkiej miłości nie wyjdzie... No i się doigrał...

- Stefan, do cholery, gadaj wprost, a nie jakimiś zagadkami.

- Taki z ciebie mądry milicjant, a nie wiesz?! - Madura napadł na Dobrosława.

- Czego nie wiem?!

- Że cudzych kobiet się nie tyka! A ona przecież nie nasza...

- Samogon ci już całkiem mózg wypalił! Nasza czy nie nasza, jakie to ma znaczenie?... - to zdanie Dobrek wypowiedział zupełnie bez przekonania. Przecież pamiętał ostatnie spotkanie z bratem, a jeszcze dokładniej słowa, które dotyczyły Milady.

- Jakby to nie miało znaczenia, to nie szukałbyś teraz Bolka - Stefan jakby lekko wytrzeźwiał.

- Ktoś mu groził? Mów, co wiesz!

- Ja tam nic nie wiem... Tylko kiedyś przy wódce Bolek się skarżył, że jeden taki Cygan ciągle go zaczepia...

- Czego chciał?

- No jak to czego? Żeby się od jego panienki odczepił!

- Pewnie Gunar... - szepnął Dobrek. - A wiesz, który to? - zapytał Madurę, chcąc się upewnić.

- Chyba wiem... Bolek mi go kiedyś pokazywał... Taki z czarnymi włosami...

- Stefan, oni wszyscy mają czarne włosy!

- Tak? No popatrz, dziwna uroda. Wszyscy czarni - Stefan znów się zachwiał.

- Pomożesz mi czy nie? Przecież Bolek to twój najlepszy kumpel!

- Ale ja nic nie wiem! O! - Madura wskazał palcem - Tam idzie!

- Kto?

- No ten twój Cygan. A ta dziewczyna to przypadkiem nie twoja siostra?...

Dobrosław już nie słuchał. Puścił się biegiem we wskazanym kierunku. Gunar zauważył go pierwszy. Szepnął coś do Justyny i uciekł. Dobrek wiedział, że nie jest w stanie go dogonić. Dopadł do siostry.

- Gdzie ty łazisz?! Szukam cię cały wieczór. I jeszcze prowadzasz się z tym... To był Gunar?

- Czego ty od niego chcesz?! - krzyknęła dziewczyna. - Chłopak nic złego nie zrobił! On jedyny chciał mi pomóc. Tak po prostu, nie oczekując niczego w zamian! Miał tylko postraszyć ojca, ale nie zastał go tam, gdzie stary zwykle chlał. Ojciec sam się powiesił! Gunar nie ma z tym nic wspólnego!

- Justyna, o czym ty mówisz?!

Dziewczyna zorientowała się, że niechcący wyznała bratu całą prawdę. Właściwie ulżyło jej. Miała już dość tego ciężaru, który przygniatał sumienie. Rozpłakała się.

- Myślałam, że chcesz złapać Gunara i oskarżyć go o morderstwo...

- Nic takiego. Wiem, jaka jest prawda. Ojciec popełnił samobójstwo i to pewne. A Gunara chciałem zapytać o Bolka... Nie mogę go znaleźć.

- A co Gunar może mieć z tym wspólnego?

- Nie wiedziałaś, że nasz Bolek zakochał się w Cygance?