Don Vito. Prawdziwa historia życia głowy rodu Corleone - Massimo Ciancimino, Francesco Licata La

-
Proszę czekać

1Koniec niewinności

MAS­SI­MO CIAN­CI­MI­NO: Było lato, więc tak jak wszy­scy bo­ga­ci, za­do­wo­le­ni i "przy­zwo­ici" miesz­kań­cy Pa­ler­mo, spę­dza­li­śmy wa­ka­cje za mia­stem, w Ba­idzie, w sta­rym domu dziad­ków, At­ti­lia i Ade­li, na via Fal­co­na­ra Ba­glia. Mój oj­ciec, Vito Cian­ci­mi­no, był sław­nym po­li­ty­kiem - znie­na­wi­dzo­nym, re­spek­to­wa­nym i po­wa­ża­nym. Le­wi­co­we ga­ze­ty go ata­ko­wa­ły, ale ta część mia­sta, naj­więk­sza, ak­cep­to­wa­ła ojca, była bo­wiem przy­zwy­cza­jo­na do współ­ży­cia z ludź­mi wpły­wo­wy­mi - dla ko­rzy­ści albo z umi­ło­wa­nia spo­koj­ne­go ży­cia. Od tych, któ­rzy trzy­ma­li wła­dzę, mo­gły spły­wać pie­nią­dze i do­bro­byt. Wię­cej dla pa­nów, a mniej dla cha­mów, jak okre­śla­no bied­nych.

Mój oj­ciec nie lu­bił sam się go­lić, wo­lał ry­tu­ał wi­zy­ty u fry­zje­ra, do któ­re­go cho­dził nie­mal co­dzien­nie. "Sa­lon" si­gno­ra Lo Pic­co­lo mie­ścił się na via Sciu­ti, do­kład­nie na­prze­ciw­ko bra­my domu nu­mer 85R, w któ­rym na naj­wyż­szym pię­trze zaj­mo­wa­li­śmy miesz­ka­nie, w ser­cu no­wej me­tro­po­lii po­wsta­łej na fali eks­pan­sji bu­dow­la­nej w la­tach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych.

Tego let­nie­go po­ran­ka, na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych, sie­dzia­łem za­tem w po­cze­kal­ni si­gno­ra Lo Pic­co­lo, któ­ry sta­ran­nie na­my­dlał twarz mo­je­go ojca.

War­to wspo­mnieć, że w naj­młod­szych la­tach nie­spra­wie­dli­wy los ska­zał mnie na od­gry­wa­nie roli ofi­cjal­ne­go to­wa­rzy­sza ojca. Oczy­wi­ście wo­lał­bym ro­bić to, co zwy­kle ro­bią mło­dzi lu­dzie. Ale on po­sta­no­wił in­a­czej. Jego zda­niem było we mnie zbyt dużo nie­po­ko­ju i bun­tu, bym zdo­łał po­ra­dzić so­bie z wła­sną wol­no­ścią. Za­tem aby spra­wo­wać nade mną swo­ją uciąż­li­wą kon­tro­lę, trzy­mał mnie bli­sko sie­bie. Praw­dzi­wa fraj­da dla chło­pa­ka, któ­ry jesz­cze nie skoń­czył osiem­na­stu lat, a mu­siał przy­ci­nać wło­sy tego sa­me­go dnia co jego oj­ciec...

Do­trzy­my­wa­nie mu to­wa­rzy­stwa pod­czas wi­zy­ty u fry­zje­ra na­le­ża­ło do mo­ich obo­wiąz­ków, ale nie py­taj­cie mnie, w ja­kim celu tkwi­łem tam i wy­słu­chi­wa­łem bez­sen­sow­nych roz­ka­zów. "Po­daj mi tecz­kę, albo nie, wyj­mij do­ku­men­ty... Nie te, pół­głów­ku! Daj mi oku­la­ry, ale te z prze­sło­ną". Z oku­la­ra­mi za­wsze było za­mie­sza­nie. Po uda­rze oślepł na jed­no oko i no­sił oku­la­ry z jed­nym szkłem przy­ciem­nio­nym.

Przy­zwy­cza­iłem się już do tego. Tak więc, jak to zwy­kle bywa w ko­lej­ce u fry­zje­ra, za­bi­ja­łem czas, prze­glą­da­jąc ja­kieś ko­lo­ro­we cza­so­pi­smo, chy­ba ty­go­dnik "Epo­ca". Moją uwa­gę zwró­cił ar­ty­kuł po­świę­co­ny słyn­nym ma­fio­som po­zo­sta­ją­cym w ukry­ciu. Byli to "na­miest­ni­cy" Lu­cia­na Lig­gia, wów­czas uwa­ża­ne­go jesz­cze za sze­fa kla­nu z Cor­le­one. Tekst zi­lu­stro­wa­no sta­ry­mi zdję­cia­mi Tot? Rii­ny, ale pa­mię­tam, że ga­ze­ta pró­bo­wa­ła kom­pu­te­ro­wo stwo­rzyć po­do­bi­znę jed­ne­go z naj­sław­niej­szych człon­ków ma­fii, o któ­rym jed­no­cze­śnie było naj­mniej in­for­ma­cji. Na pod­sta­wie je­dy­ne­go ist­nie­ją­ce­go zdję­cia bos­sa Ber­nar­da Pro­ven­za­na z jego wcze­snej mło­do­ści, przed­sta­wia­ją­ce­go chło­pa­ka o kwa­dra­to­wej twa­rzy i ja­snej czu­pry­nie, otrzy­ma­li­śmy kom­pu­te­ro­wy por­tret męż­czy­zny w śred­nim wie­ku. Cha­rak­te­ry­stycz­ny owal twa­rzy, za­rost, krót­kie wło­sy, to wszyst­ko wy­da­ło mi się zna­jo­me. Tak, zna­łem tego męż­czy­znę, i to od daw­na. Dla mnie to był in­ży­nier Lo Ver­de, nasz do­bry zna­jo­my, któ­ry czę­sto by­wał w na­szym domu za­pra­sza­ny przez ojca na ko­la­cje, a cza­sem przy­jeż­dżał w od­wie­dzi­ny do domu dziad­ków w Ba­idzie. Był przy­ja­cie­lem ro­dzi­ny, któ­re­mu mój oj­ciec, po­li­tyk z ra­mie­nia Chrze­ści­jań­skiej De­mo­kra­cji, ufał jako do­rad­cy, z któ­rym wy­mie­niał po­glą­dy, a na­wet oma­wiał pro­ble­my zwią­za­ne z za­rzą­dza­niem mia­stem. Czy to moż­li­we, żeby ten Lo Ver­de, do­bro­tli­wy męż­czy­zna, któ­ry kle­pał mnie po po­licz­ku i ra­dził słu­chać ojca, był opi­sy­wa­nym przez ga­ze­ty okrut­nym mor­der­cą?

Dłu­go prze­tra­wia­łem moje "od­kry­cie". Przy­glą­da­łem się od­bi­tej w lu­strze twa­rzy po­grą­żo­ne­go w my­ślach ojca, gdy pod­da­wał się ma­sa­żo­wi si­gno­ra Lo Pic­co­lo. Za­sta­na­wia­łem się, jak za­re­agu­je, kie­dy zdra­dzę mu swo­je po­dej­rze­nia. Pod­ją­łem pró­bę w dro­dze po­wrot­nej, w sa­mo­cho­dzie. Po­ryw­czy z na­tu­ry, za­czą­łem roz­mo­wę od py­ta­nia: "Wi­dzia­łeś zdję­cia w "Epo­ce"? Po­wiedz mi praw­dę, tato, czy ten fa­cet nie jest bar­dzo po­dob­ny do in­ży­nie­ra Lo Ver­de­go? To on, praw­da?".

Znie­ru­cho­miał jak sfinks i mil­czał, nie za­szczy­ciw­szy mnie na­wet spoj­rze­niem. Być może po­trze­bo­wał cza­su do na­my­słu, gdyż po nie­skoń­cze­nie dłu­giej prze­rwie do­cze­ka­łem się w koń­cu od­po­wie­dzi. Nie po­twier­dził ani nie za­prze­czył, ale wie­dzia­łem, że tra­fi­łem w sed­no. Po­tem uznał za ko­niecz­ne udzie­lić mi prze­stro­gi, na­ka­zu­jąc ab­so­lut­ną dys­kre­cję w tej na­der nie­bez­piecz­nej kwe­stii: "Pa­mię­taj, że nie mo­żesz po­peł­nić błę­du, w tych spra­wach na­wet ja nie je­stem w sta­nie cię ochro­nić". Naj­wy­raź­niej mar­twił go mój im­pul­syw­ny cha­rak­ter. Uwa­żał, być może nie bez ra­cji, że by­łem tro­chę py­szał­ko­wa­ty i ga­da­tli­wy, więc mar­twił się, że mógł­bym w ja­kiś spo­sób - może pod­czas kłót­ni z ja­kimś in­nym chło­pa­kiem - po­chwa­lić się za­ży­ło­ścią ojca z jed­nym z sze­fów cosa no­stry. Bo tak wła­śnie wy­glą­da­ło ży­cie to­wa­rzy­skie w Pa­ler­mo - pic­ciot­ti, żół­to­dzio­by sto­ją­ce na naj­niż­szym szcze­blu ma­fii, pu­szy­ły się, uda­jąc ma­łych bos­sów, miesz­czań­stwo i ma­fia mie­sza­ły się ze sobą w dys­ko­te­kach i sa­lo­nach. Żeby zy­skać sza­cu­nek i uzna­nie, wszy­scy chwa­li­li się zna­jo­mo­ścia­mi, do któ­rych w nor­mal­nym świe­cie nikt by się nie przy­zna­wał. Dla­te­go wła­śnie oj­ciec oba­wiał się, że i ja za­cznę się prze­chwa­lać. Gdy­by roz­mo­wa ze­szła na kon­kret­ne oso­by, dla­cze­go nie miał­bym wszyst­kich prze­bić, wy­ja­wia­jąc, że mój oj­ciec trzy­mał w domu bom­bę ato­mo­wą i po­zo­sta­wał w bra­ter­skich sto­sun­kach z don Bin­nu Pro­ven­za­nem?

Tak opo­wia­da o "koń­cu swo­jej nie­win­no­ści" Mas­si­mo Cian­ci­mi­no, za­ba­ry­ka­do­wa­ny w kry­jów­ce w Bo­lo­nii, z ochro­nia­rza­mi sto­ją­cy­mi w peł­nej go­to­wo­ści za drzwia­mi. Był jesz­cze mło­dym chło­pa­kiem, kie­dy wy­mu­szo­na wi­zy­ta w sa­lo­nie fry­zjer­skim si­gno­ra Lo Pic­co­lo uka­za­ła mu nie­zna­ny do­tych­czas świat. Aż do tego po­ran­ka Mas­si­mo po­strze­gał swo­je­go ojca jak każ­dy syn tkwią­cy w tra­dy­cyj­nym kon­flik­cie po­ko­leń - z ro­dzi­cem za­bor­czym, cza­sa­mi agre­syw­nym, au­to­ry­tar­nym, kon­tro­wer­syj­nym i "nie­po­praw­nym po­li­tycz­nie", ale jed­no­cze­śnie przy­dat­nym ze wzglę­du na przy­wi­le­je, któ­re stwo­rzo­ny przez nie­go sys­tem po­li­tycz­ny mógł za­gwa­ran­to­wać krew­nym i zna­jo­mym.

Dziś Mas­si­mo ma czter­dzie­ści sie­dem lat i sam jest oj­cem chłop­ca, któ­re­mu po dziad­ku nadał imię Vito (Vito An­drea), zdra­dza­jąc tym sa­mym - po­mi­mo trud­nych do­świad­czeń i spo­rów - przy­wią­za­nie do ojca i tra­dy­cyj­ną sy­cy­lij­ską men­tal­ność, z któ­rą w koń­cu się po­go­dził. Mi­nę­ło pra­wie trzy­dzie­ści lat od dnia, kie­dy to prze­czy­tał w ty­go­dni­ku "Epo­ca" ar­ty­kuł, któ­ry od­mie­nił jego ży­cie, czy­niąc go bez­po­śred­nim świad­kiem cza­sów tak czę­sto w hi­sto­rii Włoch opi­sy­wa­nych, ale w rze­czy­wi­sto­ści dużo bar­dziej cho­rych, niż moż­na by to so­bie wy­obra­zić czy udo­wod­nić.

Od kie­dy Mas­si­mo od­krył praw­dzi­wą toż­sa­mość in­ży­nie­ra Lo Ver­de­go, stop­nio­wo przej­mo­wał rolę mil­czą­ce­go wy­ko­naw­cy pla­nów swo­je­go ojca, bę­dą­cych re­zul­ta­tem związ­ków po­li­ty­ki i ma­fii, któ­rych przy­kła­dem była przy­jaźń mię­dzy Cian­ci­mi­nem a Pro­ven­za­nem. Z to­wa­rzy­sza ojca stał się swo­istym ku­rie­rem kur­su­ją­cym mię­dzy tą dwój­ką i te ry­zy­kow­ne piel­grzym­ki dały mu oka­zję do zo­ba­cze­nia na wła­sne oczy kom­pro­mi­tu­ją­cych po­wią­zań świa­ta prze­stęp­cze­go i po­li­ty­ki - bos­so­wie in­we­stu­ją­cy w nie­ru­cho­mo­ści, im­po­nu­ją­ce kon­trak­ty, sko­rum­po­wa­ni urzęd­ni­cy i sze­fo­wie cosa no­stry, któ­rzy choć zmu­sze­ni do ukry­wa­nia się, przy­cho­dzi­li do domu don Vita, żeby dys­ku­to­wać o ro­bo­tach pu­blicz­nych. Ko­la­cje, pod­czas któ­rych świę­to­wa­no suk­ce­sy nie­le­gal­nych in­te­re­sów. Lima, ku­zy­ni Sa­lvo, Cas­si­no­wie, Ro­mo­lo Va­sel­li ju­nior, de­we­lo­per Vas­sal­lo oraz "ce­gla­ni bliź­nia­cy" Bo­nu­ra i Bu­sce­mi. A tak­że głów­ni sze­fo­wie ma­fii, za­sia­da­ją­cy przy sto­li­ku i roz­dzie­la­ją­cy łupy. To był wła­śnie sys­tem Cian­ci­mi­na dzia­ła­ją­cy w Pa­ler­mo i się­ga­ją­cy mac­ka­mi z pro­win­cjo­nal­ne­go mi­kro­ko­smo­su aż po Rzym i da­lej na pół­noc, jak ośmior­ni­ca opla­ta­ją­ca pa­ła­ce sto­li­cy i go­spo­dar­czych po­ten­ta­tów przed­się­bior­czej Pół­no­cy. Opo­wieść Mas­si­ma Cian­ci­mi­na, któ­ra prze­no­si nas do Zu­ry­chu, a na­wet Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Ka­na­dy, po­ka­zu­je, jak po­wsta­wa­ły wiel­kie for­tu­ny. Jego brat Gio­van­ni tak­że jest cen­nym źró­dłem ro­dzin­nych wspo­mnień.

Wszyst­ko to sta­no­wi jed­nak za­le­d­wie wstęp do hi­sto­rii, któ­ra jesz­cze się nie za­koń­czy­ła, hi­sto­rii burz­li­wej, obej­mu­ją­cej nie­zli­czo­ne ża­ło­by na­ro­do­we, za­ma­chy ma­fij­ne osła­bia­ją­ce dzia­ła­nia rzą­du oraz ne­go­cja­cje, któ­re mia­ły po­ło­żyć kres roz­le­wo­wi krwi. Don Vito brał udział w grze, któ­rej staw­ką były śmierć i ży­cie, peł­niąc rolę me­dia­to­ra i po­śred­ni­ka w imie­niu Pro­ven­za­na i Rii­ny, po­dob­nie jak Mas­si­mo, któ­ry był świad­kiem i ku­rie­rem w po­ta­jem­nych kon­tak­tach mię­dzy po­sta­cia­mi, zda­ją­cy­mi się po­cho­dzić pro­sto z wy­obraź­ni au­to­ra kry­mi­na­łów. Taj­ni agen­ci, si­gnor Lo Ver­de w roli "umiar­ko­wa­ne­go sze­fa ma­fii" oraz krwio­żer­czy Rii­na. A tak­że ta­jem­ni­czy si­gnor Fran­co, za­kon­spi­ro­wa­ny re­ży­ser przed­sta­wie­nia, ktoś w ro­dza­ju mę­dr­ca, któ­ry po la­tach przy­glą­da­nia się z bli­ska i od­gry­wa­nia nie­ja­kiej roli w "sys­te­mie Cian­ci­mi­na", śle­dzi krok po kro­ku na­ro­dzi­ny i roz­wój ne­go­cja­cji, dba­jąc, by nikt nie na­ru­szył ich rów­no­wa­gi. Dla­te­go wła­śnie zmie­ni­ło się ży­cie Mas­si­ma Cian­ci­mi­na - bo nadal prze­śla­do­wał go cień in­ży­nie­ra Lo Ver­de­go, ale obec­ność ano­ni­mo­we­go si­gno­ra Fran­co już nie była dla nie­go opar­ciem. Mas­si­mo snu­je swo­ją opo­wieść z dy­stan­sem, jak­by nie do­ty­czy­ła jego, ale ko­goś in­ne­go. Nie ma w niej śla­du sen­ty­men­ta­li­zmu ani emo­cji, któ­re ukry­wa pod iro­nią, cza­sa­mi za­po­mi­na­jąc przez nią o ostroż­no­ści. Tym­cza­sem wspo­mnie­nia Gio­van­nie­go o ro­dzi­nie są pre­cy­zyj­ne, wręcz pe­dan­tycz­ne, ale sta­ran­nie po­mi­ja­ją zbyt trud­ne szcze­gó­ły.

Bli­scy przy­ja­cie­le

MAS­SI­MO: Związ­ki mo­je­go ojca z ma­fią po­le­ga­ły głów­nie na przy­jaź­ni z Ber­nar­dem Pro­ven­za­nem. To nie zna­czy, że nie spo­ty­kał się z in­ny­mi przed­sta­wi­cie­la­mi tego śro­do­wi­ska. Przy­po­mi­na mi się nie­ja­ki don Pino Ab­ba­te. Pa­mię­tam go, bo w prze­ko­na­niu o cu­dow­nych wła­ści­wo­ściach cy­tru­sów przy­sy­łał nam do domu tony cy­tryn i po­ma­rań­czy, ma­ją­cych nas uchro­nić przed za­po­wia­da­ną epi­de­mią cho­le­ry, któ­ra nig­dy nie na­de­szła. Mój oj­ciec miał bar­dzo wie­lu zna­jo­mych i nie­wie­lu przy­ja­ciół. Moż­na po­wie­dzieć, że kon­tak­ty, ja­kie utrzy­my­wał z róż­ny­mi przed­sta­wi­cie­la­mi cosa no­stry, były w ja­kiś spo­sób na­rzu­co­ne przez tak zwa­ne oko­licz­no­ści przy­ro­dy, któ­re wpły­wa­ły na jego dzia­łal­ność po­li­tycz­ną i urzę­do­wą.

Z Ber­nar­dem Pro­ven­za­nem spra­wa przed­sta­wia­ła się zu­peł­nie in­a­czej. Wy­mie­nia­li po­glą­dy i rady. W ich ope­ra­cjach był wi­docz­ny sku­tecz­ny po­dział za­dań. Mój oj­ciec brał na sie­bie go­dze­nie róż­nych, czę­sto sprzecz­nych, ocze­ki­wań po­li­ty­ków - zwłasz­cza fi­nan­so­wych, rzecz ja­sna - pod­czas gdy Pro­ven­za­no pra­co­wał w te­re­nie, za­pew­nia­jąc zgo­dę ma­fii na każ­de przed­się­wzię­cie. Mó­wi­my tu oczy­wi­ście o za­mó­wie­niach pu­blicz­nych.

Mo­je­go ojca z Pro­ven­za­nem dzie­li­ła spo­ra róż­ni­ca wie­ku, ale uro­dzi­li się w tym sa­mym mia­stecz­ku Cor­le­one i do­ra­sta­li nie­da­le­ko od sie­bie. Po­cho­dzi­li z róż­nych śro­do­wisk - Pro­ven­za­no był sy­nem bied­nych rol­ni­ków, zaś ro­dzi­ce mo­je­go ojca byli han­dla­rza­mi, któ­rzy mo­gli so­bie po­zwo­lić na edu­ka­cję dzie­ci. Mój dzia­dek miał na imię Gio­van­ni i wy­emi­gro­wał do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, lecz mu­siał wró­cić na Sy­cy­lię, kie­dy jego star­szy brat zmarł w wy­ni­ku cho­ro­by. Jego ro­dzi­na nie opły­wa­ła w do­stat­ki. Sy­tu­acja po­lep­szy­ła się wraz z po­ja­wie­niem się wojsk żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich, kie­dy mo­je­mu dziad­ko­wi - praw­do­po­dob­nie je­dy­nej oso­bie w Cor­le­one, któ­ra zna­ła an­giel­ski - po­wie­rzo­no rolę tłu­ma­cza alian­tów. Tyl­ko tłu­ma­cza?

I tu wra­ca­ją moje po­dej­rze­nia co do mo­ty­wów, któ­re póź­niej po­pchnę­ły mo­je­go ojca do dłu­go­let­nich - aż po nie­sław­ne "ne­go­cja­cje" - kon­tak­tów z dziw­ny­mi ty­pa­mi, jak nie­uchwyt­ny i ta­jem­ni­czy si­gnor Fran­co. Czy re­pre­zen­to­wał in­sty­tu­cję rzą­do­wą, czy może ko­goś in­ne­go? Zda­ję so­bie spra­wę, jak nie­praw­do­po­dob­ne może się wy­da­wać na przy­kład to, że przez dwa­dzie­ścia lat nie zdo­ła­łem po­znać jego praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści. Ale taka jest praw­da. Nie mo­głem wy­py­ty­wać o to ojca, któ­ry pil­nie strzegł ta­jem­ni­cy. Tym bar­dziej nie mo­głem się zwró­cić bez­po­śred­nio do si­gno­ra Fran­co, ano­ni­mo­wość i dys­kre­cja były bo­wiem dla nie­go świę­te. Ro­zu­mia­łem, że ukry­wał swo­ją toż­sa­mość, więc uda­wa­łem nie­świa­do­me­go, zu­peł­nie jak w po­wie­ściach szpie­gow­skich. Dla­te­go nie zdzi­wi­łem się za bar­dzo, kie­dy prze­czy­ta­łem no­tat­kę zna­le­zio­ną w do­ku­men­tach prze­ka­za­nych pro­ku­ra­tu­rze, w któ­rej mój oj­ciec zda­wał się po­twier­dzać, że był on człon­kiem Gla­dio, taj­nej ope­ra­cji NATO, któ­ra mia­ła za za­da­nie za­po­biec prze­ję­ciu przez ko­mu­ni­stów wła­dzy we Wło­szech.

Kon­tak­ty z Ame­ry­ka­na­mi umoż­li­wi­ły mo­je­mu dziad­ko­wi pod­ję­cie dzia­łal­no­ści im­por­to­wo-eks­por­to­wej, któ­rą prze­rwa­ła woj­na. Zmie­ni­ło to tak­że ży­cie mo­je­go ojca, po­nie­waż do­cho­dy sta­ły się na tyle re­gu­lar­ne, że mógł za­jąć się po­waż­ny­mi in­te­re­sa­mi, ta­ki­mi jak bu­do­wa nie­ru­cho­mo­ści, dróg, wo­do­cią­gów, mo­stów albo trans­por­tem oraz in­ny­mi przed­się­wzię­cia­mi han­dlo­wy­mi, w któ­rych świet­nie so­bie ra­dził. Mój oj­ciec wca­le nie był fry­zje­rem z Cor­le­one, jak dłu­go opi­sy­wa­ły go ga­ze­ty. Ta ba­jecz­ka wzię­ła się stąd, że w jed­nym z na­le­żą­cych do nie­go lo­ka­li mie­ścił się za­kład fry­zjer­ski.

Ber­nar­do Pro­ven­za­no był młod­szy od mo­je­go ojca. W szko­le nie szło mu zbyt do­brze, więc jego ro­dzi­ce zwró­ci­li się do ucznia tech­ni­kum dla geo­me­trów Vita Cian­ci­mi­na, żeby po­mógł ich sy­no­wi w ma­te­ma­ty­ce, przed­mio­cie, z któ­rym mały Bin­nu miał pro­ble­my. I tak zro­dzi­ła się przy­jaźń, któ­rą czas sce­men­to­wał.

Tego wszyst­kie­go do­wie­dzia­łem się bez­po­śred­nio od ojca, bo kie­dy od­kry­łem, kim jest si­gnor Lo Ver­de, za­czął od­po­wia­dać na nie­któ­re moje py­ta­nia, na­wet je­śli cza­sem tyl­ko mo­no­sy­la­ba­mi. Za­wsze ro­bił to z ogrom­ną ostroż­no­ścią, aż otwo­rzył się cał­ko­wi­cie - w okre­sie kon­tak­tów z ka­ra­bi­nie­ra­mi, po za­ma­chu w Ca­pa­ci i po mor­der­stwie swo­je­go przy­ja­cie­la nie przy­ja­cie­la Sa­lva Limy. Ale naj­wię­cej usły­sza­łem, bę­dąc przy nim w wię­zie­niu, na ze­sła­niu i w koń­cu w aresz­cie do­mo­wym. Jego sto­su­nek do mnie zmie­nił się z cza­sem, dał się prze­ko­nać do mó­wie­nia, kie­dy spi­sy­wał "całą praw­dę w książ­ce". Oczy­wi­ście całą jego praw­dę. W ten spo­sób do­wie­dzia­łem się wie­lu fak­tów.

Opo­wie­dział mi o tym, jak da­wał ko­re­pe­ty­cje Bin­nu. Z roz­ba­wie­niem wspo­mi­nał, że po­zwa­lał so­bie cza­sa­mi na klep­nię­cie ucznia w kark, kie­dy tam­ten się po­my­lił. I ła­jał go po swo­je­mu, na­zy­wa­jąc "ma­toł­kiem". "Je­stem jed­ną z nie­wie­lu osób, któ­re na­zwa­ły Pro­ven­za­na dur­niem i prze­ży­ły". Nie sły­sza­łem, by mó­wił o tym ko­mu­kol­wiek in­ne­mu. Nig­dy o tym nie wspo­mi­nał, na­wet naj­bliż­szym przy­ja­cio­łom, je­śli za­kła­dać, że ta­kich miał. Jego przy­jaźń z Pro­ven­za­nem była bar­dzo za­ży­ła, ale dys­kret­na i po­uf­na, do­kład­nie w sty­lu jego al­ter ego. Chwa­lił się tym, że ża­den ma­fio­so nig­dy nie wi­dział go z in­ży­nie­rem, jak cza­sa­mi ty­tu­ło­wał Lo Ver­de­go.

Pa­mię­tam, że Lo Ver­de re­gu­lar­nie by­wał w na­szych do­mach, w Ba­idzie na via Sciu­ti i w Mon­del­lo na via Da­nae. Był ni­skim męż­czy­zną. Przy­cho­dził za­wsze sam, pie­szo, wol­nym kro­kiem, tro­chę zgar­bio­ny, ści­ska­jąc w rę­kach tecz­kę. Zo­sta­wiał sa­mo­chód w pew­nej od­le­gło­ści od wil­li, w któ­rej miesz­ka­li­śmy; nig­dy nic nie wia­do­mo i ostroż­no­ści nig­dy za wie­le. Pew­ne­go razu, na via Da­nae, przy­je­chał bez ob­sta­wy, ale za to z Pi­nem Li­pa­rim, księ­go­wym - w ga­ze­tach spo­ro jest ar­ty­ku­łów o nim, do­wo­dzą­cych jego wier­no­ści wo­bec kla­nu Cor­le­one - któ­ry uczest­ni­czył w spo­tka­niu. Mój oj­ciec po­sta­wił mnie w stan go­to­wo­ści (za­wsze znaj­do­wał oka­zję do wy­da­nia stra­te­gicz­nych, w swo­im mnie­ma­niu, in­struk­cji) i ka­zał mi otwo­rzyć bra­mę, żeby wpu­ścić go­ści i sa­mo­chód. Pro­ven­za­no wo­lał jed­nak za­par­ko­wać na uli­cy, mimo że mój oj­ciec miał wąt­pli­wo­ści co do jego bez­pie­czeń­stwa. "Komu by przy­szło do gło­wy tknąć mój sa­mo­chód?", prze­rwał mu Bin­nu. Po wyj­ściu oka­za­ło się, że dach w jego ka­brio­le­cie, volks­wa­ge­nie gar­bu­sie, zo­stał roz­cię­ty, a miej­sce na ra­dio sa­mo­cho­do­we było pu­ste. Ktoś okradł sa­mo­chód ojca chrzest­ne­go cosa no­stry tuż przed na­szym do­mem. Nie za­po­mnę dia­bo­licz­ne­go i sar­ka­stycz­ne­go uśmiesz­ku ojca, któ­re­mu to­wa­rzy­szył żart o "nie­po­wstrzy­ma­nej po­tę­dze ma­fii". Lo Ver­de po­czuł się do­tknię­ty i na­stęp­nym ra­zem po­ja­wił się z ra­diem sa­mo­cho­do­wym, któ­re - jak twier­dził - "od­da­no z prze­pro­si­na­mi". Mój oj­ciec nie wy­trzy­mał i za­py­tał: "Po­wiedz praw­dę, ile za nie da­łeś?". Mógł so­bie po­zwo­lić na ta­kie żar­ty, bo znał Pro­ven­za­na od dziec­ka i wi­dział, jak wy­ra­sta na ojca chrzest­ne­go kla­nu Cor­le­one.

Spę­dza­li na roz­mo­wach całe go­dzi­ny. Pra­wie za­wsze sami, z dala od cie­kaw­skich uszu. Póź­niej się do­wie­dzia­łem, że ostroż­ni z na­tu­ry cor­le­oń­czy­cy nie do­pusz­cza­li do tego, aby kto­kol­wiek - bo­wiem ni­ko­mu nie moż­na było ufać - do­wie­dział się, o czym my­śle­li. Nie bra­ko­wa­ło jed­nak chwil wy­tchnie­nia przy do­brym sy­cy­lij­skim po­sił­ku albo na spa­ce­rze po bo­isku do gry w boc­ce przy na­szym domu w Mon­del­lo, ide­al­nym miej­scu, żeby roz­ma­wiać na po­wie­trzu, nie lę­ka­jąc się pod­słu­chu.

Mały Pro­ven­za­no

Star­szy brat Mas­si­ma, Gio­van­ni, rów­nież był świad­kiem dłu­go­let­niej przy­jaź­ni ojca i don Bin­nu. Jego opo­wieść jest na­der in­te­re­su­ją­ca, przede wszyst­kim dla­te­go, że mówi o pierw­szym spo­tka­niu don Vita z in­nym wpły­wo­wym sze­fem ma­fii, Ste­fa­nem Bon­ta­dem. Ta sce­na jest praw­dzi­wą pe­reł­ką ma­fij­nej an­tro­po­lo­gii, a Gio­van­ni sta­ra się ją od­two­rzyć w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, łącz­nie z dia­lo­ga­mi.

GIO­VAN­NI CIAN­CI­MI­NO: Była po­ło­wa lat sześć­dzie­sią­tych, spę­dza­li­śmy wa­ka­cje w ku­ror­cie Sal­so­mag­gio­re. W tym sa­mym ho­te­lu za­trzy­ma­ło się spo­ro ro­dzin z Pa­ler­mo, nie­wąt­pli­wie do­brze sy­tu­owa­nych, są­dząc po sa­mo­cho­dach. Śnia­da­nia ser­wo­wa­no w du­żej sali. Pew­ne­go ran­ka do mo­je­go ojca pod­szedł pe­wien męż­czy­zna, oko­ło trzy­dzie­sto­let­ni, szczu­pły, wy­so­ki i ele­ganc­ko ubra­ny. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by spe­cjal­nie na nie­go cze­kał.

Kie­dy zo­ba­czył, że mój oj­ciec wsta­je, ode­zwał się:

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. Pan mnie za­pew­ne nie zna, ale ja pana owszem. Pan Vito Cian­ci­mi­no, po­li­tyk.

Mój oj­ciec, z miną wy­ra­ża­ją­cą nie­za­do­wo­le­nie z fak­tu, że ktoś mu prze­szka­dza, od­po­wie­dział tak opry­skli­wie i aro­ganc­ko, jak tyl­ko on po­tra­fił:

- Nie po­my­lił się pan w dwóch spra­wach. Je­stem Vito Cian­ci­mi­no i nie znam pana.

Roz­mów­ca jak­by nie za­uwa­żył jego iry­ta­cji i bar­dzo uprzej­mie wy­tłu­ma­czył, że mają wspól­ne­go zna­jo­me­go, don Pina Ab­ba­te­go.

- Na­zy­wam się Ste­fa­no Bon­ta­de, pra­cu­ję w bran­ży bu­dow­la­nej i znam tak­że pana kra­jan. Nie je­stem z nimi tak bli­sko jak z Ab­ba­tem, ale utrzy­mu­je­my do­bre sto­sun­ki.

Pa­dła wy­mi­ja­ją­ca od­po­wiedź:

- Kogo pan ro­zu­mie przez mo­ich kra­jan?

- Sa­lva­to­ra Rii­nę i Ber­nar­da Pro­ven­za­na.

Mój oj­ciec kon­ty­nu­ował:

- Wy­je­cha­łem z Cor­le­one, kie­dy mia­łem osiem­na­ście lat, żeby stu­dio­wać na po­li­tech­ni­ce w Pa­ler­mo, kie­dy oni byli jesz­cze dzieć­mi. Są ode mnie dużo młod­si. Rii­ny nie po­zna­łem nig­dy. Pro­ven­za­na owszem, spo­tka­łem i opo­wiem panu w jaki spo­sób. Pew­ne­go desz­czo­we­go po­po­łu­dnia, zimą, gdy uczy­łem się w domu, do­strze­głem przez okno ma­łe­go chłop­ca. Mu­siał się prze­wró­cić, bo le­d­wie szedł. Był cały prze­mo­czo­ny, więc wy­sze­dłem na dwór z pa­ra­so­lem, żeby mu po­móc i za­pro­wa­dzić bez­piecz­nie do domu. Po­wie­dział, że upadł, gdy go­nił za ja­kimś psem. Jego wło­ski nie był za do­bry, jak­by nie cho­dził do szko­ły, ale miał by­stre spoj­rze­nie chło­pa­ka, któ­ry wie, cze­go chce, i jest przy­zwy­cza­jo­ny do ra­dze­nia so­bie w każ­dej sy­tu­acji. Za­py­ta­łem, jak się na­zy­wa, a on od­po­wie­dział: "Ber­nar­do Pro­ven­za­no, ale wo­ła­ją na mnie Bin­nu". Po­czę­sto­wa­łem go fi­li­żan­ką go­rą­ce­go mle­ka i krom­ką chle­ba z mar­mo­la­dą wi­śnio­wą. Od­wio­złem go do domu na ro­we­rze. Na­stęp­ne­go dnia przy­szedł z kan­ką sera ri­cot­ta w po­dzię­ko­wa­niu. I to było moje je­dy­ne spo­tka­nie z Pro­ven­za­nem.

Ste­fa­no Bon­ta­de słu­chał w mil­cze­niu, a po­tem spy­tał z nutą scep­ty­cy­zmu:

- Nig­dy pan nie spo­tkał go w Pa­ler­mo?

- Nie, już mó­wi­łem. Ani on nig­dy nie sta­rał się od-na­leźć mnie, ani ja jego.

- Je­stem pana opo­wie­ścią nie­co zdzi­wio­ny, ale nie wi­dzę po­wo­du, żeby po­da­wać w wąt­pli­wość pań­skie sło­wa, po­nie­waż cie­szy się pan opi­nią ko­goś, kto nig­dy nie kła­mie. Po­zwo­lę so­bie mimo wszyst­ko udzie­lić panu rady. Z Pro­ven­za­nem moż­na per­trak­to­wać, ale Rii­ny le­piej uni­kać. Jest upar­ty, gwał­tow­ny i rzad­ko zmie­nia zda­nie. Mie­li­śmy ze sobą kil­ka starć, ale Pro­ven­za­no za­wsze po­tra­fił nas po­go­dzić.

Tę roz­mo­wę za­koń­czy­ła proś­ba Ste­fa­na Bo­tan­de­go o spo­tka­nie w Pa­ler­mo, "żeby po­roz­ma­wiać o czymś bar­dzo dla nie­go istot­nym". Do­dał, że wo­lał­by się umó­wić w na­szym domu w Ba­idzie, "bo nie prze­pa­da za prze­sia­dy­wa­niem w se­kre­ta­ria­tach po­li­ty­ków". Uprzej­mość Bon­ta­de­go przy­nio­sła re­zul­ta­ty i oj­ciec go po­lu­bił, cho­ciaż nie był za­chwy­co­ny, że Bon­ta­de, opusz­cza­jąc ho­tel, za­pła­cił tak­że ra­chu­nek na­szej ro­dzi­ny. Oj­ciec zro­bił awan­tu­rę dy­rek­to­ro­wi, któ­re­go zmu­sił do przy­ję­cia cze­ku na sumę, na jaką opie­wał ra­chu­nek, i zwró­cił pie­nią­dze Bon­ta­de­mu. "Już mnie pan tu wię­cej nie zo­ba­czy!", za­wo­łał wzbu­rzo­ny na po­że­gna­nie.

Lig­gio de­spo­ta

GIO­VAN­NI: Tam­te­go lata Bon­ta­de wie­le razy od­wie­dził nasz dom w Ba­idzie na via Fal­co­na­ra Ba­glia. Przy pier-wszej oka­zji prze­pro­sił za gafę, jaką było za­pła­ce­nie ra­chun­ku za ho­tel w Sal­so­mag­gio­re. Za­wsze bar­dzo ele­ganc­ki, przy­jeż­dżał wy­czy­no­wą spor­to­wą alfą ro­meo z kie­row­cą. Wy­cho­dzi­li z oj­cem na mały ta­ras, na któ­ry wów­czas nikt nie miał wstę­pu, a oj­ciec na­wet za­my­kał drzwi na klucz. Za­sta­na­wia­łem się, po co taka ostroż­ność pod­czas roz­mów z przed­się­bior­cą bu­dow­la­nym. Inni, bar­dziej zna­ni, jak Cic­cio Vas­sal­lo, tak­że do nas przy­cho­dzi­li, ale nie stro­ni­li od to­wa­rzy­stwa. Nie wie­dzia­łem wte­dy, że Bon­ta­de wpraw­dzie i był biz­nes­me­nem, ale rów­nież jed­nym z sze­fów ma­fii.

Pew­ne­go dnia po­ja­wił się bez za­po­wie­dzi, w to­wa­rzy­stwie don Pina Ab­ba­te­go i wy­so­kie­go, szczu­płe­go męż­czy­zny o ja­snych wło­sach. Na­zy­wał się Mim­mo Te­re­si. Po­tem do­wie­dzia­łem się, że był szwa­grem Ste­fa­na Bon­ta­de­go. Nie za­sta­li mo­je­go ojca w domu, więc mu­sie­li dłu­go na nie­go cze­kać. Kie­dy w koń­cu wró­cił po dwóch go­dzi­nach, przy­szedł w to­wa­rzy­stwie trzech rad­ców miej­skich ze swo­jej par­tii, któ­rych ode­słał na­tych­miast, kie­dy zo­ba­czył go­ści. Spo­tka­nie za­czę­ło się od przed­sta­wie­nia Te­re­sie­go, któ­re­go mój oj­ciec wcze­śniej nie spo­tkał. Po chwil prze­nie­śli się tra­dy­cyj­nie na ta­ras.

Spra­wa oka­za­ła się pil­na. Bon­ta­de i jego szwa­gier za­war­li ust­ną umo­wę na za­kup te­re­nu, na któ­rym "moż­na było po­sta­wić trzy­dzie­ści dom­ków", na­stęp­nie wpła­ci­li kau­cję i cze­ka­li na sfi­na­li­zo­wa­nie trans­ak­cji. Wła­ści­ciel jed­nak na­gle się roz­my­ślił. Po­ja­wił się u nie­do­szłych klien­tów i bez­czel­nie od­dał im za­licz­kę po­więk­szo­ną o dwa­dzie­ścia pro­cent, po­nie­waż - jak twier­dził - "sam chciał bu­do­wać". Ani Bon­ta­de, ani Te­re­si nie uwie­rzy­li, że to był praw­dzi­wy po­wód zmia­ny zda­nia. Te­re­si wtrą­cił:

- Żeby taki za­du­fek przy­cho­dził do nas, jak­by był sa­mym Pa­nem Bo­giem! Oczy­wi­ście oka­za­ło się, że tę zie­mię chcą za­gar­nąć dla sie­bie Lu­cia­no Lig­gio i jego kra­ja­nie, Rii­na i Pro­ven­za­no.

Mój oj­ciec za­py­tał, co on może mieć wspól­ne­go z całą tą hi­sto­rią. Od­po­wie­dzie­li mu, że po­wi­nien po­roz­ma­wiać z Lig­giem i prze­ko­nać go, by zre­zy­gno­wał z te­re­nu. Od­mó­wił ka­te­go­rycz­nie, tłu­ma­cząc się sta­ry­mi wa­śnia­mi z sze­fem kla­nu z Cor­le­one.

Żeby wy­dać się jesz­cze bar­dziej prze­ko­nu­ją­cy, opo­wie­dział im hi­sto­rię swo­je­go ku­zy­na Pie­tra Ma­iu­rie­go, za-bi­te­go w Cor­le­one w cza­sie woj­ny mię­dzy Lig­giem a dok­to­rem Mi­che­lem Na­var­rą. Wie­dział, że roz­ma­wia z ho­no­ro­wy­mi ludź­mi, któ­rzy nig­dy by nie zdra­dzi­li ta­jem­ni­cy.

- Za­bi­li go - za­czął mój oj­ciec - cho­ciaż Lig­gio oso­bi­ście mi za­gwa­ran­to­wał, pod­czas po­ta­jem­ne­go spo­tka­nia w cen­trum Pa­ler­mo, że mo­je­mu ku­zy­no­wi nic nie gro­zi i bę­dzie mógł do­żyć na­wet set­ki. Za­pew­ni­łem, że Pie­tro prze­pro­wa­dzi się do Pa­ler­mo, i Lig­gio przy­znał mi ra­cję. Tak, po­wie­dział, Cor­le­one nie jest już dla ku­zy­na do­brym miej­scem. Na po­że­gna­nie po­ca­ło­wał mnie na­wet w po­li­czek. Dla­te­go już nig­dy i za nic na świe­cie nie za­mie­rzam roz­ma­wiać z Lu­cia­nem Lig­giem.

Po­tęż­ny oj­ciec

MAS­SI­MO: Mimo wszyst­ko Ba­ida jawi się w mo­ich wspo­mnie­niach jako miej­sce szczę­śli­we. W domu uko­cha­nych dziad­ków, At­ti­lia i Ade­li, któ­rzy wy­cho­wa­li mnie i mo­ich bra­ci, wy­peł­nia­jąc pust­kę po nie­obec­nych ro­dzi­cach, mi­nę­ły naj­lep­sze dni mo­je­go ży­cia. Tam spę­dza­li­śmy let­nie wa­ka­cje. Wy­jeż­dża­li­śmy za­raz po za­koń­cze­niu roku szkol­ne­go i zo­sta­wa­li­śmy do po­cząt­ku paź­dzier­ni­ka. Ży­li­śmy peł­nią wol­no­ści, nie­mal jak dzi­ku­sy, na uli­cy, ba­wiąc się w pro­ste gry. Wy­star­czył nam ka­wa­łek drew­na i opo­na sa­mo­cho­do­wa, któ­rą po­py­cha­li­śmy i go­ni­li­śmy za nią. Je­dli­śmy po­sił­ki na pięk­nym, ogrom­nym ta­ra­sie, z któ­re­go roz­cią­gał się wi­dok na wy­brze­że Pa­ler­mo, i mie­li­śmy cy­ster­nę, któ­ra czę­sto zmie­nia­ła się dla nas w ba­sen.

Mo­rze było da­le­ko, ale nie było nie­do­stęp­ne. Jeź­dzi­li­śmy tam w każ­dą so­bo­tę i nie­dzie­lę, a przy­go­to­wa­nia czę­sto trwa­ły już od śro­dy. Wy­kwint­ne menu prze­wi­dy­wa­ło za­pie­kan­kę ma­ka­ro­no­wą, jaj­ka na twar­do, ko­tle­ty i omlet. Dzień wy­ciecz­ki był dla nas świę­tem. Pa­mię­tam czer­wo­ne­go fia­ta 128 z moją mat­ką, Epi­fa­nią, za kie­row­ni­cą. Gio­van­nie­mu z ra­cji wie­ku na­le­ża­ło się miej­sce z przo­du, my tło­czy­li­śmy się z tyłu, z moją naj­młod­szą sio­strą Lu­cia­ną na ko­la­nach. Pod­kład mu­zycz­ny za­wsze wy­wo­ły­wał kłót­nie. Gio­van­ni miał bez­na­dziej­ny gust, lu­bił smut­ne, me­lan­cho­lij­ne pio­sen­ki: Bat­ti­stie­go, Gi­gan­tie­go, Lau­zie­go i całą resz­tę wy­ci­ska­czy łez. Ja i Ro­ber­to wo­le­li­śmy bar­dziej po­pu­lar­ne ryt­my, okre­śla­ne jako ki­czo­wa­te - ta­sci, dzi­siaj po­wie­dzie­li­by­śmy "fol­ko­wo-po­po­we". Naj­bar­dziej lu­bi­li­śmy I cu­gi­ni di cam­pa­gna, Fran­co I e Fran­co IV, wcze­sne­go Ce­len­ta­na. Wszyst­kich nas prze­bi­jał mój brat Ser­gio, od za­wsze nie­przy­sto­so­wa­ny, któ­ry ka­to­wał nas płacz­li­wy­mi pio­sen­ka­mi De­mi­sa Ro­us­so­sa, dzi­wacz­ne­go oty­łe­go guru, wiecz­nie odzia­ne­go w ka­ftan.

Cel po­dró­ży: pla­ża w Mon­del­lo Val­de­si, gdzie każ­de­go lata od nie­pa­mięt­nych cza­sów So­cie­ta Ita­lo­bel­ga, in­ży­nie­ra Ca­stel­luc­cie­go, wy­naj­mu­ją­ca całe wy­brze­że w Mon­del­lo, za­rzą­dza­ła ką­pie­li­skiem wy­po­sa­żo­nym w wy­dzie­lo­ny ob­szar dla VIP-ów.

Nasz do­mek pla­żo­wy znaj­do­wał się w sa­mym ser­cu tej en­kla­wy i miał w kom­ple­cie ta­ra­sik oraz pry­wat­ne miej­sce par­kin­go­we przy­le­ga­ją­ce do ho­te­lu Pa­la­ce. Oczy­wi­ście w sek­to­rze wpły­wo­wych po­li­ty­ków nikt za nic nie mu­siał pła­cić.

W okre­sie wy­jaz­dów do Ba­idy rzad­ko wi­dy­wa­łem mo­je­go ojca. Za­cho­wa­łem o nim nie­zbyt do­bre wspo­mnie­nia. Za­czy­na­łem wów­czas ro­zu­mieć, że był szcze­gól­ną oso­bą, ze wzglę­du na szorst­ki, in­tro­wer­tycz­ny i de­spo­tycz­ny cha­rak­ter, a tak­że zaj­mo­wa­ną po­zy­cję oraz spo­sób, w jaki po­strze­ga­li go inni. Jego zwią­zek z moją mat­ką nie na­le­żał do spo­koj­nych, po­nie­waż po­zwa­lał so­bie na wie­le ro­man­sów. Lu­bił ko­bie­ty, a miał taki cha­rak­ter, że za­zwy­czaj brał to, cze­go za­pra­gnął - czy cho­dzi­ło o in­te­re­sy, czy o pięk­ne ko­bie­ty.

Pa­mię­tam, kie­dy za­czą­łem się do­my­ślać jego po­zy­cji w mie­ście. Moja mat­ka mia­ła ob­se­sję na punk­cie za­gro­że­nia, któ­re stwa­rza­ły sa­mo­cho­dy prze­jeż­dża­ją­ce z dużą szyb­ko­ścią koło domu, przy któ­rym się ba­wi­li­śmy. Ro­dzi­ce czę­sto kłó­ci­li się z tego po­wo­du, a mama wy­po­mi­na­ła ojcu, że nie ob­cho­dzą go wła­sne dzie­ci. W pew­nym mo­men­cie nie mógł już dłu­żej igno­ro­wać jej ar­gu­men­tów, bo do­kład­nie przed na­szym do­mem do­szło do wy­pad­ku. Moja mat­ka za­żą­da­ła sta­łej obec­no­ści straż­ni­ka miej­skie­go, któ­ry miał­by wy­sta­wiać man­da­ty nie­zdy­scy­pli­no­wa­nym kie­row­com. Ale oj­ciec po­su­nął się da­lej. We­zwał do Ba­idy prze­ło­żo­ne­go stra­ży miej­skiej, człon­ków rady miej­skiej oraz hra­bie­go Cas­si­nę, któ­re­go już zna­łem, bo czę­sto u nas by­wał. Zwra­cał na sie­bie uwa­gę wspa­nia­ły­mi sa­mo­cho­da­mi i cha­rak­te­ry­stycz­ną bród­ką w sty­lu Pi­ran­del­la. Co hra­bia mógł mieć wspól­ne­go ze straż­ni­ka­mi i radą miej­ską? Zro­zu­mia­łem to póź­niej. Cas­si­na był wła­ści­cie­lem fir­my, któ­ra re­gu­lar­nie otrzy­my­wa­ła rzą­do­we kon­trak­ty na utrzy­ma­nie dróg, był jed­nym ze sta­łych człon­ków sys­te­mu Cian­ci­mi­na.

Na­stęp­ne­go dnia po spo­tka­niu ze­spo­łu kry­zy­so­we­go w Ba­idzie oko­li­ca zo­sta­ła opa­no­wa­na przez ro­bot­ni­ków Cas­si­ny i straż miej­ską. W re­kor­do­wym tem­pie, w cią­gu dwóch dni, wy­bu­do­wa­no na uli­cach, w od­le­gło­ści oko­ło pięć­dzie­się­ciu me­trów od sie­bie, kil­ka­na­ście gar­bów, któ­re mia­ły ogra­ni­czyć pręd­kość sa­mo­cho­dów. Jed­nak­że cu­net­te - ko­ły­secz­ki, jak je na­zy­wa­li miesz­kań­cy Ba­idy - nie zo­sta­ły ozna­ko­wa­ne i spo­wo­do­wa­ły całą se­rię wy­pad­ków, zmu­sza­jąc radę miej­ską, straż i bur­mi­strza do wy­my­śle­nia od­po­wied­nich, do tej pory nie­sto­so­wa­nych, zna­ków dro­go­wych.

Za­pa­dło mi w pa­mięć jesz­cze jed­no zda­rze­nie z Ba­idy. Pew­ne­go po­po­łu­dnia mój oj­ciec za­uwa­żył w ogro­dzie wście­kłe­go psa, któ­ry po­gryzł już kil­ko­ro dzie­ci. Z nie­zwy­kłym spo­ko­jem wy­jął swój re­wol­wer i w asy­ście dwóch nie­wzru­szo­nych straż­ni­ków miej­skich za­bił zwie­rzę na na­szych oczach. To jed­no ze zda­rzeń, któ­rych nie za­po­mnę, po­dob­nie jak śmier­ci mo­je­go dziad­ka Gio­van­nie­go. Pa­mię­tam go przede wszyst­kim ze wzglę­du na szorst­ki cha­rak­ter, któ­ry naj­wy­raź­niej prze­ka­zał sy­no­wi. Ale jak już po­wie­dzia­łem, to w Ba­idzie za­czą­łem zwra­cać uwa­gę na dziw­ne za­cho­wa­nia mo­je­go ojca, któ­re póź­niej zna­la­zły wy­tłu­ma­cze­nie w jego dzia­łal­no­ści i nie­bez­piecz­nych po­wią­za­niach. To we wspo­mnie­niach z Ba­idy po raz pierw­szy po­ja­wia­ją się wi­zy­ty in­ży­nie­ra Lo Ver­de­go i si­gno­ra Fran­co, za­wsze prze­bie­ga­ją­ce w at­mos­fe­rze ta­jem­ni­cy, któ­ra pod­sy­ca­ła moją cie­ka­wość.

Wstęp

Mas­si­ma Cian­ci­mi­na spo­tka­łem na po­cząt­ku 2008 roku. Przy­szedł do re­dak­cji dzien­ni­ka "La Stam­pa" w Rzy­mie, aby mi opo­wie­dzieć o swo­ich "nie­do­lach", czy­li o pro­ble­mach z pra­wem. Jego zda­niem tra­fił do wię­zie­nia je­dy­nie dla­te­go, że był sy­nem don Vita, ma­fij­ne­go bur­mi­strza Pa­ler­mo. Zwra­cał uwa­gę na se­rię nie­pra­wi­dło­wo­ści, któ­re mia­ły miej­sce pod­czas jego pro­ce­su, i nie­po­ko­ił się wpły­wem tej sy­tu­acji na swo­je mał­żeń­stwo. Oba­wiał się utra­ty "je­dy­ne­go, co uwa­żał za do­bre w ży­ciu": syna Vita An­drei, któ­ry wów­czas nie miał jesz­cze czte­rech lat.

Nie zwa­ża­jąc na mój scep­ty­cyzm w kwe­stii praw­dzi­wych po­wo­dów chę­ci "współ­pra­cy" z jego stro­ny i na moją nie­uf­ność, któ­rą wzbu­dza­ło jego na­zwi­sko, za­czął mi opo­wia­dać o swo­im burz­li­wym ży­ciu u boku ojca. Kil­ka z tych hi­sto­rii zda­wa­ło się po­cho­dzić pro­sto ze sce­na­riu­sza ja­kie­goś ame­ry­kań­skie­go fil­mu. Za­py­tał, czy moż­na na tej pod­sta­wie na­pi­sać książ­kę, któ­rą obie­cał ojcu przed jego śmier­cią. Nie ukry­wam, że mnie za­in­try­go­wał. Jego ży­cie samo w so­bie przy­po­mi­na­ło go­to­wą po­wieść, któ­rej bo­ha­te­ra­mi były ma­fia, taj­ne służ­by i sko­rum­po­wa­na po­li­cja i gdzie wszyst­ko mia­ło miej­sce na tle Sy­cy­lii. Na do­da­tek moż­na było do­ko­nać re­kon­struk­cji nie­mal pa­to­lo­gicz­nych sto­sun­ków mię­dzy sy­nem a oj­cem pa­nem (pa­dre pa­dro­ne). Mas­si­mo nie po­tra­fił się prze­ciw­sta­wić don Vi­to­wi w ża­den inny spo­sób, jak tyl­ko po­przez au­to­de­struk­cyj­ny bunt, któ­ry nie prze­rwał łań­cu­cha cią­głe­go przy­mu­su. Cał­kiem nie­źle jak na szkic fa­bu­ły.

Był jed­nak je­den pro­blem - Mas­si­mo mó­wił o rze­czy­wi­stych mimo wszyst­ko zda­rze­niach, praw­dzi­wych oso­bach i po­waż­nych prze­stęp­stwach. Wy­tłu­ma­czy­łem mu, że za­nim po­my­śli­my o książ­ce, po­wi­nien "uwol­nić" się od tego ba­ga­żu w od­po­wied­nim miej­scu - pro­ku­ra­tu­rze. Szcze­rze mó­wiąc, nie są­dzi­łem, że do tego doj­dzie. My­li­łem się - mię­dzy koń­cem lu­te­go a po­cząt­kiem kwiet­nia 2008 roku Cian­ci­mi­no roz­po­czął współ­pra­cę z pro­ku­ra­to­ra­mi Pa­ler­mo i Cal­ta­ni­set­ty.

W ten spo­sób na­ro­dzi­ła się książ­ka, któ­rą mają Pań­stwo w rę­kach. Fak­ty i po­sta­cie, któ­re się w niej zna­la­zły, po­cho­dzą z bez­po­śred­niej spo­wie­dzi Mas­si­ma, a tak­że z in­for­ma­cji roz­sia­nych po ak­tach trzech lub czte­rech pro­ku­ra­tur. Ze­sta­wi­li­śmy je z re­la­cją Gio­van­nie­go Cian­ci­mi­na, któ­re­go szcze­gó­ło­we wspo­mnie­nia o tym, co dzia­ło się przed udzia­łem bra­ta w wy­da­rze­niach, oka­za­ły się bez­cen­ne. Jesz­cze nie wszyst­ko po­da­no do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści i za­pew­ne nie wszyst­ko znaj­dzie po­twier­dze­nie na sa­lach są­do­wych. Ale jed­ne­go nie spo­sób pod­wa­żyć - emo­cjo­nal­ne­go ła­dun­ku opo­wie­ści, któ­ra wła­śnie po­przez pod­da­nie jej biu­ro­kra­tycz­nej sile frag­men­ta­ry­zu­ją­cej pra­wo jawi się jako dra­ma­tycz­ny epi­zod na­szej naj­now­szej hi­sto­rii.

Nie moż­na więc tej książ­ki trak­to­wać je­dy­nie jako opi­su wy­da­rzeń, za któ­rych au­ten­tycz­ność rę­czy Mas­si­mo, po­nie­waż uczest­ni­czył w nich oso­bi­ście lub też do­wie­dział się o nich od ojca, Vita Cian­ci­mi­na. Jest to ra­czej wiel­ki fresk sy­cy­lij­skiej i wło­skiej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra - jak wia­do­mo - cza­sa­mi przy­ćmie­wa na­wet naj­śmiel­sze wy­obra­że­nia. I wła­śnie do ta­kie­go spoj­rze­nia, tak­że kry­tycz­ne­go, za­chę­cam czy­tel­ni­ków pod­czas lek­tu­ry.

F.L.L., Rzym, 11 mar­ca 2010 roku

Dramatis personae

ALA­MIA, FRAN­CE­SCO PA­OLO

Sy­cy­lij­ski biz­nes­men, bar­dzo ak­tyw­ny w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Był wspól­ni­kiem Vita Cian­ci­mi­na. Przez pe­wien czas dużo in­we­sto­wał w Me­dio­la­nie.

BA­DA­LA­MEN­TI, GA­ETA­NO

Boss ma­fij­ny z man­da­men­to (re­jo­nu) Ci­ni­si, po­ło­żo­ne­go na ro­gat­kach Pa­ler­mo. Sil­nie zwią­za­ny z ma­fią ame­ry­kań­ską, zaj­mo­wał wy­so­kie sta­no­wi­ska w ma­fii ro­dzin­nej. Uzna­ny za win­ne­go za­bój­stwa do­ko­na­ne­go w 1978 roku na Pep­pi­nie Im­pa­sta­cie, mło­dym bo­jów­ka­rzu skraj­nie le­wi­co­wej par­tii De­mo­kra­cja Pro­le­ta­ria­tu (De­mo­cra­zia Pro­le­ta­ria - DP). Zmarł w wię­zie­niu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

BAN­DA DEL­LA MA­GLIA­NA

Rzym­ska or­ga­ni­za­cja prze­stęp­cza dzia­ła­ją­ca w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych. Jej dzia­łal­ność opi­sa­no jako świad­cze­nie pew­ne­go ro­dza­ju usłu­gi na rzecz wpły­wo­wych grup - ma­fii, ma­so­ne­rii, taj­nych służb, fa­szy­stów i fi­nan­sje­ry (Ro­ber­to Ca­lvi, Bank Wa­ty­kań­ski).

BION­DI­NO, SA­LVA­TO­RE

Ma­fio­so z okrę­gu San Lo­ren­zo, za­trzy­ma­ny 15 stycz­nia 1993 roku na ron­dzie w Pa­ler­mo, ra­zem z Sa­lva­to­rem (Tot?) Rii­ną. Bion­di­no sie­dział za kie­row­ni­cą sa­mo­cho­du, któ­rym wiózł sze­fa na spo­tka­nie ma­fij­ne.

BON­TA­DE, STE­FA­NO

Capo (szef) ma­fii pa­ler­mi­tań­skiej w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Był sy­nem don Pa­oli­na, bos­sa ma­ją­ce­go duże wpły­wy po­li­tycz­ne na Sy­cy­lii. Prze­ciw­sta­wił się wła­dzy kla­nu z Cor­le­one i stał się jed­ną z pierw­szych ofiar Wiel­kiej Woj­ny Kla­nów, któ­ra wy­bu­chła w 1981 roku.

BO­NU­RA, FRAN­CO

Przed­się­bior­ca bu­dow­la­ny z Pa­ler­mo, ukry­ty wspól­nik Vita Cian­ci­mi­na w wiel­kiej afe­rze roz­bu­do­wy mia­sta w la­tach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych. Aresz­to­wa­ny w trak­cie ope­ra­cji an­ty­ma­fij­nej "Go­tha". W wię­zie­niu od 2006 roku.

BRU­SCA, GIO­VAN­NI

Były ma­fio­so z man­da­men­to San Giu­sep­pe Jato (pro­win­cja Pa­ler­mo), obec­nie świa­dek ko­ron­ny, ob­ję­ty ochro­ną. Pra­wa ręka Tot? Rii­ny. Zo­stał pen­ti­to (skru­szo­nym człon­kiem ma­fii, któ­ry zgo­dził się na rolę in­for­ma­to­ra) i jako je­den z pierw­szych zde­cy­do­wał się mó­wić o tak zwa­nych ne­go­cja­cjach (Trat­ta­ti­va) ze Spe­cjal­ną Gru­pą Ope­ra­cyj­ną ka­ra­bi­nie­rów (Rag­grup­pa­men­to Ope­ra­ti­vo Spe­cia­le - ROS) oraz o słyn­nym pa­pel­lo - "pa­pie­rze".

BU­SCE­MI, AN­TO­NI­NO i SA­LVA­TO­RE

Bra­cia, spe­ku­lan­ci bu­dow­la­ni z Pa­ler­mo, bli­sko po­wią­za­ni z gru­pą na­ci­sku Sa­lva Limy i Vita Cian­ci­mi­na. Obaj byli człon­ka­mi ma­fii, zmar­li z przy­czyn na­tu­ral­nych w wię­zie­niu, od­sia­du­jąc dłu­go­let­ni wy­rok. Sa­lva­to­re zo­stał ska­za­ny za za­bój­stwo.

BU­SCET­TA, TOM­MA­SO

Słyn­ny pen­ti­to ma­fii pa­ler­mi­tań­skiej: opi­sał struk­tu­rę cosa no­stry sę­dzie­mu Fal­co­ne, a jego ze­zna­nia dały po­czą­tek pierw­sze­mu z mak­si­pro­ce­sów. Wróg Rii­ny i przed­sta­wi­ciel tak zwa­ne­go skrzy­dła umiar­ko­wa­ne­go ma­fii. Zmarł w Mia­mi po dłu­giej cho­ro­bie.

CAL?, GIU­SEP­PE (PIP­PO)

"Ka­sjer" ma­fii. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych prze­pro­wa­dził się do Rzy­mu, żeby do­glą­dać fi­nan­sów cosa no­stry. Był za­mie­sza­ny w naj­bar­dziej za­wi­kła­ne ta­jem­ni­ce Ita­lii. Ska­za­ny za udział w za­ma­chu na po­ciąg po­spiesz­ny nr 904 (Stra­ge del Ra­pi­do 904) 23 grud­nia 1984 roku. Obec­nie prze­by­wa w wię­zie­niu.

CA­LVI, RO­BER­TO

"Ban­kier Boga", na­zy­wa­ny tak ze wzglę­du na swo­je po­wią­za­nia z In­sty­tu­tem Dzieł Re­li­gij­nych (Isti­tu­to per le Ope­re di Re­li­gio­ne - IOR) oraz afe­rę, któ­ra pro­wa­dzi­ła do kar­dy­na­ła Mar­cin­ku­sa, pre­ze­sa IOR (po­tocz­nie na­zy­wa­ne­go Ban­kiem Wa­ty­kań­skim). Ca­lvie­go zna­le­zio­no po­wie­szo­ne­go pod mo­stem Black­friars w Lon­dy­nie. Vito Cian­ci­mi­no znał go przez swo­je związ­ki z IOR.

CAN­NEL­LA, TOM­MA­SO (MA­SI­NO)

Szef ma­fii z te­ry­to­rium Ma­do­nii, po­wią­za­ny z wła­dza­mi Pa­ler­mo w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych. Brał udział w po­dzia­le "puli kon­trak­tów" w imie­niu ma­fii z Cor­le­one.

CA­PI­TA­NO UL­TI­MO (Ostat­ni Ka­pi­tan)

Na­praw­dę na­zy­wa się Ser­gio De Ca­prio. Jako ka­pi­tan ka­ra­bi­nie­rów do­ko­nał aresz­to­wa­nia Tot? Rii­ny. Zo­stał prze­nie­sio­ny do in­nych za­dań i od­su­nię­ty od wal­ki z ma­fią.

CAS­SI­NA, AR­TU­RO

Biz­nes­men, przez dłu­gi okres - od koń­ca lat pięć­dzie­sią­tych - wy­ko­naw­ca kon­trak­tu ko­mu­nal­ne­go na utrzy­ma­nie dróg w Pa­ler­mo. Miał ogrom­ną wła­dzę, tak­że po­przez związ­ki z Za­ko­nem Ry­cer­skim Gro­bu Bo­że­go w Je­ro­zo­li­mie.

CINA, AR­TU­RO

Le­karz i ma­fio­so z "ro­dzi­ny" z Cor­le­one. Mas­si­mo Cian­ci­mi­no twier­dzi, że był po­śred­ni­kiem w "ne­go­cja­cjach" mię­dzy rzą­dem a ma­fią w 1992 roku i do­star­czył ko­per­tę za­wie­ra­ją­cą pa­pel­lo z żą­da­nia­mi Tot? Rii­ny. W wię­zie­niu od 2006 roku.

CO­STAN­ZO, CAR­ME­LO

Ca­va­lie­re del la­vo­ro1 z Ka­ta­nii, dzia­ła­ją­cy w okre­sie roz­dzie­la­nia kon­trak­tów przez Limę i Cian­ci­mi­na.

D'ACQU­ISTO, MA­RIO

Czło­nek par­tii Chrze­ści­jań­ska De­mo­kra­cja (De­mo­cra­zia Chri­stia­na - DC) z frak­cji zwią­za­nej z An­dre­ot­tim, był prze­wod­ni­czą­cym re­gio­nu sy­cy­lij­skie­go w la­tach "ma­fij­nej jat­ki" (1981-1985), ale pia­sto­wał tak­że sta­no­wi­ska na szcze­blu ogól­no­kra­jo­wym.

DE DON­NO, GIU­SEP­PE

Ofi­cer ROS, miał po­pro­sić Vita Cian­ci­mi­na o po­moc w na­wią­za­niu kon­tak­tów mię­dzy ka­ra­bi­nie­ra­mi a ma­fią z Cor­le­one w celu prze­rwa­nia za­ma­chów. Z po­wo­du udzia­łu w "ne­go­cja­cjach" ob­ję­ty śledz­twem przez pro­ku­ra­tu­rę Pa­ler­mo.

DELL'UTRI, MAR­CEL­LO

Se­na­tor i za­ło­ży­ciel par­tii Fo­rza Ita­lia, ska­za­ny w pierw­szej in­stan­cji za współ­pra­cę z ma­fią. Trwa po­stę­po­wa­nie ape­la­cyj­ne.

DI MI­CE­LI, PIE­TRO

Do­rad­ca biz­ne­so­wy i rze­czo­znaw­ca, sta­nął przed są­dem w związ­ku z do­mnie­ma­ną zmo­wą ze śro­do­wi­ska­mi ma­fij­ny­mi w spra­wie za­ję­cia mie­nia Vita Cian­ci­mi­na. Unie­win­nio­ny.

FER­RA­RO, LI­LIA­NA

Prze­ję­ła sta­no­wi­sko w Mi­ni­ster­stwie Spra­wie­dli­wo­ści po Gio­van­nim Fal­co­nem. Mia­ła zo­stać po­in­for­mo­wa­na przez Mo­rie­go i De Don­na, że za­bie­ga­no o współ­pra­cę Vita Cian­ci­mi­na. Jej ze­zna­nia są klu­czo­we w śledz­twie do­ty­czą­cym dzia­łań tych dwóch ofi­ce­rów.

FI­DAN­ZA­TI, GA­ETA­NO

Boss ma­fij­ny naj­wyż­sze­go szcze­bla, bar­dzo sza­no­wa­ny w Pa­ler­mo, w "la­tach do­bro­by­tu" przyj­mo­wa­ny na­wet w tak zwa­nych do­brych do­mach. Przez dłu­gi czas zaj­mo­wał się mię­dzy­na­ro­do­wym prze­my­tem nar­ko­ty­ków. Obec­nie w wię­zie­niu.

GIAM­MAN­CO, PIE­TRO

Szef pro­ku­ra­tu­ry w Pa­ler­mo w mo­men­cie za­bój­stwa Gio­van­nie­go Fal­co­ne­go. W swo­ich dzien­ni­kach za­mor­do­wa­ny sę­dzia wska­zu­je na Pie­tra Giam­mar­ca jako jed­ne­go z od­po­wie­dzial­nych za swo­je od­osob­nie­nie. Po za­ma­chu w Ca­pa­ci (23 maja 1992 roku zgi­nę­li sę­dzia Fal­co­ne i jego żona oraz trzech funk­cjo­na­riu­szy) zo­stał usu­nię­ty z pro­ku­ra­tu­ry na wnio­sek swo­ich za­stęp­ców.

GIO­IA, GIO­VAN­NI

Czło­nek Chrze­ści­jań­skiej De­mo­kra­cji z frak­cji zwią­za­nej z Giu­sep­pem Fan­fa­nim, był jed­ną z wpły­wo­wych po­sta­ci okre­su po­ro­zu­mie­nia mię­dzy ma­fią a wła­dza­mi. Ko­mi­sja an­ty­ma­fij­na, po­wsta­ła po za­ma­chu w Cia­cul­li w 1963 roku, wy­sta­wi­ła bar­dzo kry­tycz­ny ra­port do­ty­czą­cy tej epo­ki.

GRE­CO, LE­ONAR­DO

Szef ma­fii z Ba­ghe­rii, wła­ści­ciel I.c.re., przed­się­bior­stwa pro­du­ku­ją­ce­go prę­ty że­la­zne sto­so­wa­ne w bu­dow­nic­twie, któ­re­go po­miesz­cze­nia słu­ży­ły za bazę lo­gi­stycz­ną rady star­szych (zwa­nej Ko­pu­łą, la Cu­po­la) cosa no­stry przy spo­tka­niach, na ja­kich roz­dzie­la­no ha­ra­cze i kon­trak­ty.

LIG­GIO, LU­CIA­NO (Lu­cia­no Leg­gio)

Oj­ciec chrzest­ny ma­fii z Cor­le­one i po­przed­nik Tot? Rii­ny na szczy­cie cosa no­stry. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał wy­ko­rzy­stać swo­je zna­jo­mo­ści z po­li­ty­ka­mi i praw­ni­ka­mi, by do­pro­wa­dzić do unie­waż­nie­nia wy­ro­ku ska­zu-ją­ce­go go na do­ży­wo­cie. Zmarł w wię­zie­niu w Nu­oro w 1993 roku.

LIMA, SA­LVA­TO­RE (SA­LVO)

Szef frak­cji po­pie­ra­ją­cej An­dre­ot­tie­go w Pa­ler­mo. Peł­nił funk­cję bur­mi­strza mia­sta i pod­se­kre­ta­rza w rzą­dzie kra­ju. Był po­dej­rze­wa­ny o zmo­wę z ma­fią, ale nig­dy nie zo­stał ska­za­ny. Za­koń­czył swo­ją ka­rie­rę tra­gicz­nie - za­mor­do­wa­ny w roku 1992, kie­dy peł­nił funk­cję po­sła w Par­la­men­cie Eu­ro­pej­skim.

LI­PA­RI, GIU­SEP­PE (PINO)

Rze­czo­znaw­ca w ANAS (Azien­da Na­zio­na­le Au­to­no­ma del­le Stra­de)2 i wier­ny do­rad­ca Ber­nar­da Pro­ven­za­na, przez lata po­ma­gał za­przy­jaź­nio­ne­mu bos­so­wi w ukry­wa­niu się, uła­twia­jąc mu prze­pro­wadz­ki i prze­ka­zu­jąc po­ta­jem­ną ko­re­spon­den­cję. Od­sie­dział wy­rok wię­zie­nia za przy­na­leż­ność do or­ga­ni­za­cji ma­fij­nej i obec­nie znaj­du­je się na wol­no­ści.

MAN­CI­NO, NI­CO­LA

Za­stęp­ca prze­wod­ni­czą­ce­go naj­wyż­szej rady są­dow­ni­czej (Con­si­glio Su­pe­rio­re del­la Ma­gi­stra­tu­ra - CSM), we­dług Mas­si­ma Cian­ci­mi­na był - jako mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych w 1992 roku - jed­nym z po­li­ty­ków, któ­rzy wie­dzie­li o umo­wie mię­dzy rzą­dem a ma­fią. Za­prze­czył, ja­ko­by był w ja­ki­kol­wiek spo­sób po­wią­za­ny ze spra­wą.

MAN­NI­NO, CA­LO­GE­RO (LIL­LO)

Po­cho­dzi z Agri­gen­to. Je­den z naj­waż­niej­szych po­li­ty­ków Pierw­szej Re­pu­bli­ki Wło­skiej (1947-1992). Ob­ję­ty śledz­twem na fali ze­znań nie­któ­rych świad­ków ko­ron­nych. Po trwa­ją­cym po­nad pięt­na­ście lat pro­ce­sie zo­stał de­fi­ni­tyw­nie unie­win­nio­ny.

MAR­TEL­LI, CLAU­DIO

Mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści w okre­sie za­ma­chów i ne­go­cja­cji. Jego ze­zna­nia, wraz z re­la­cją Li­lia­ny Fer­ra­ro, mają klu­czo­we zna­cze­nie w nadal trwa­ją­cym śledz­twie.

MER­CA­DAN­TE, GIO­VAN­NI

Le­karz, obec­nie w wię­zie­niu. We­dług oskar­że­nia był jed­nym z łącz­ni­ków Ber­nar­da Pro­ven­za­na po­przez swo­je po­kre­wień­stwo z Ma­si­nem Can­nel­lą, na­miest­ni­kiem bos­sa. Sę­dzio­wie po­da­ją go jako przy­kład człon­ka tak zwa­nej ma­fii miesz­czań­skiej.

MES­SI­NA DE­NA­RO, MAT­TEO

Szef ma­fii z pro­win­cji Tra­pa­ni. Ukry­wa się od po­nad dwu­dzie­stu lat, jest ostat­nim oca­la­łym człon­kiem ma­fii z po­ko­le­nia oj­ców chrzest­nych, któ­ry nie zo­stał za­mor­do­wa­ny albo nie tra­fił do wię­zie­nia. W swo­jej ko­re­spon­den­cji z Ber­nar­dem Pro­ven­za­nem wie­lo­krot­nie wspo­mi­na Vita Cian­ci­mi­na.

MORI, MA­RIO

Pre­fekt i były do­wód­ca ka­ra­bi­nie­rów, za­koń­czył ka­rie­rę jako dy­rek­tor cy­wil­nych służb spe­cjal­nych. On i Giu­sep­pe De Don­no byli po­dej­rza­ni o per­trak­ta­cje z ma­fią (za po­śred­nic­twem Vita Cian­ci­mi­na) pod­czas służ­by w ROS.

NA­VAR­RA, MI­CHE­LE

Boss z Cor­le­one w la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych. Za­mor­do­wa­ny przez nową gwar­dię ma­fii (Lig­gia, Rii­nę i Pro­ven­za­na) w sierp­niu 1958 roku. Mówi się, że zle­cił za­bój­stwo trzy­na­sto­let­nie­go chłop­ca, któ­ry był świad­kiem za­bój­stwa związ­kow­ca - Pla­ci­da Riz­zot­ty.

NI­CE­TA, MA­RIO

Je­den z naj­bar­dziej zna­nych i za­moż­nych han­dlow­ców w Pa­ler­mo. We­dług Mas­si­ma Cian­ci­mi­na w biu­rze Ni­ce­ty mia­ły od­by­wać się spo­tka­nia Pro­ven­za­na i Vita Cian­ci­mi­na.

NI­CO­LET­TI, RO­SA­RIO

Czło­nek Chrze­ści­jań­skiej De­mo­kra­cji, świa­dek strasz­nej fali mor­derstw pod­czas "rze­zi pa­ler­mi­tań­skiej" i epo­ki wła­dzy ma­fii w po­li­ty­ce. W 1984 roku po­peł­nił sa­mo­bój­stwo z po­wo­du wy­rzu­tów su­mie­nia po tym, jak zmu­szo­ny był bez­rad­nie ob­ser­wo­wać tra­gicz­ne zgo­ny Mi­che­le­go Re­iny, se­kre­ta­rza re­gio­nu Pa­ler­mo, za­mor­do­wa­ne­go przez ma­fię w 1979 roku, oraz Pier­san­tie­go Mat­ta­rel­li, któ­ry zo­stał za­bi­ty w 1980 roku.

PAP­PA­LAR­DO, SA­LVA­TO­RE

Kar­dy­nał Pa­ler­mo, któ­ry pod­czas po­grze­bu ge­ne­ra­ła Dal­la Chie­sy w 1982 roku wy­gło­sił bar­dzo kry­tycz­ne ka­za­nie (Dum Ro­mae con­su­li­tur Sa­gun­tum expu­gna­tur3) skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko wła­dzy. W od­po­wie­dzi ma­fia na­ka­za­ła ska­za­nym boj­kot ce­le­bro­wa­nej przez nie­go wiel­ka­noc­nej mszy w pa­ler­mi­tań­skim wię­zie­niu Uc­ciar­do­ne.

POZ­ZA, MI­CHEL

Ad­wo­kat wło­sko-ka­na­dyj­ski, spe­ku­lant i przy­ja­ciel ma­fii. W Mont­re­alu zaj­mo­wał się tak­że in­we­sty­cja­mi Vita Cian­ci­mi­na w nie­ru­cho­mo­ści, któ­re zo­sta­ły póź­niej od­kry­te w wy­ni­ku śledz­twa Gio­van­nie­go Fal­co­ne­go. Za­mor­do­wa­ny w Ka­na­dzie w 1982 roku.

PUR­PI, PIE­TRO

Funk­cjo­na­riusz od­dzia­łu spe­cjal­ne­go z Pa­ler­mo, a na­stęp­nie szef dru­gie­go okrę­gu po­li­cji. Jego oso­ba bu­dzi­ła wie­le kon­tro­wer­sji, a nie­któ­rzy świad­ko­wie ko­ron­ni wska­zy­wa­li na jego bli­skie po­wią­za­nia z ma­fią z San­ta Ma­ria di Ges?.

PUR­PU­RA, SE­BA­STIA­NO

Po­plecz­nik An­dre­ot­tie­go, sil­nie zwią­za­ny z li­de­rem tej frak­cji w Pa­ler­mo Sa­lvem Limą.

RO­GNO­NI, VIR­GI­NIO

Czło­nek Chrze­ści­jań­skiej De­mo­kra­cji, były mi­ni­ster obro­ny. We­dług opo­wie­ści Mas­si­ma Cian­ci­mi­na był ko­lej­nym po­li­ty­kiem, któ­ry wie­dział o ne­go­cja­cjach roz­po­czę­tych po za­ma­chu w Ca­pa­ci. Po­dob­nie jak Ni­co­la Man­ci­no za­prze­czył swo­je­mu udzia­ło­wi w ja­kich­kol­wiek me­dia­cjach.

ROS

Spe­cjal­na gru­pa ope­ra­cyj­na ka­ra­bi­nie­rów (Rag­grup­pa­men­to Ope­ra­ti­vo Spe­cia­le), po­wsta­ła w 1990 roku. Mia­ła za za­da­nie zwal­cza­nie ter­ro­ry­zmu i prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Uda­ło jej się ująć Tot? Rii­nę, ale ope­ra­cja ta wy­wo­ła­ła kon­tro­wer­sje i po­cią­gnę­ła za sobą po­stę­po­wa­nie są­do­we do­ty­czą­ce za­nie­dbań pod­czas prze­szu­ka­nia kry­jów­ki bos­sa.

RUF­FI­NI, AT­TI­LIO

Czło­nek Chrze­ści­jań­skiej De­mo­kra­cji, wie­lo­krot­ny mi­ni­ster. Wszyst­ko wska­zu­je na to, że po­zo­sta­wał w bar­dzo do­brych sto­sun­kach z wpły­wo­wą gru­pą Limy i Cian­ci­mi­na. Zda­niem Mas­si­ma to on po­in­for­mo­wał Vita Cian­ci­mi­na o przy­czy­nach ka­ta­stro­fy lot­ni­czej w po­bli­żu wy­spy Usti­ca.

SA­LVO, NINO i IGNA­ZIO

Ku­zy­ni po­cho­dzą­cy z miej­sco­wo­ści Sa­le­mi, wła­ści­cie­le pry­wat­nej fir­my zbie­ra­ją­cej po­dat­ki. Oby­dwaj są­dze­ni za przy­na­leż­ność do ma­fii. Szczo­drzy spon­so­rzy par­tii Chrze­ści­jań­skiej De­mo­kra­cji za cza­sów Limy i Cian­ci­mi­na, przez lata ucho­dzi­li za nie­ty­kal­nych. Nino zmarł na raka w roku 1986. Igna­zio zo­stał za­mor­do­wa­ny w 1992 roku.

SCA­GLIO­NE, PIE­TRO

Głów­ny pro­ku­ra­tor Re­pu­bli­ki w Pa­ler­mo, za­mor­do­wa­ny 5 maja 1971 roku - w za­mach na Sca­glio­ne­go za­an­ga­żo­wa­no wie­lu lu­dzi i ogrom­ną ilość środ­ków. Zdys­kre­dy­to­wa­ny, a na­stęp­nie zre­ha­bi­li­to­wa­ny. Zgi­nął, po­nie­waż "Lig­gio chciał go wi­dzieć mar­twym" - jak Bu­scet­ta wy­tłu­ma­czył tę śmierć.

SCIAC­CHI­TA­NO, GIU­STO

Pro­ku­ra­tor, obec­nie dzia­ła­ją­cy w kra­jo­wej pro­ku­ra­tu­rze an­ty­ma­fij­nej. Przez dłu­gi czas za­stęp­ca pro­ku­ra­to­ra w Pa­ler­mo. Mas­si­mo Cian­ci­mi­no twier­dzi, że po­zo­sta­wał w or­bi­cie krę­gów po­li­tycz­nych Vita Cian­ci­mi­na.

TE­RE­SI, GI­RO­LA­MO (MIM­MO)

Boss ma­fij­ny, szwa­gier Ste­fa­na Bon­ta­de­go. Przed­się­bior­ca bu­dow­la­ny w okre­sie "gra­bie­ży Pa­ler­mo". Zgi­nął w 1981 roku, wpadł w pu­łap­kę zor­ga­ni­zo­wa­ną przez klan cor-le­oń­czy­ków. Jego śmierć za­li­cza się do ka­te­go­rii tzw. lu­pa­ra bian­ca - "bia­łej flin­ty", czy­li eg­ze­ku­cji, po któ­rej nie od­na­le­zio­no zwłok.

TES­SI­TO­RE, BE­NIA­MI­NO

Sę­dzia w Try­bu­na­le do spraw Środ­ków Za­po­bie­gaw­czych. We­dług Mas­si­ma Cian­ci­mi­na znaj­do­wał się w gru­pie osób, któ­re zmo­bi­li­zo­wa­no do po­mo­cy Vi­to­wi Cian­ci­mi­no­wi w roz­wią­za­niu jego pro­ble­mów z pra­wem, zwłasz­cza w spra­wach za­ję­cia mie­nia.

VA­SEL­LI, RO­MO­LO JU­NIOR

Rzym­ski hra­bia (1933-2006), przed­się­bior­ca i bli­ski przy­ja­ciel Vita Cian­ci­mi­na, któ­ry za­gwa­ran­to­wał mu trwa­ły kon­trakt na utrzy­ma­nie dróg w Pa­ler­mo. Po prze­pro­wadz­ce do Rzy­mu don Vito spo­ty­kał się z nim prak­tycz­nie do koń­ca swo­ich dni.

VAS­SAL­LO, FRAN­CE­SCO (CIC­CIO)

Były woź­ni­ca, a po­tem świet­nie pro­spe­ru­ją­cy spe­ku­lant bu­dow­la­ny. Wzbo­ga­cił się dzię­ki po­zwo­le­niom bu­dow­la­nym z ła­two­ścią otrzy­ma­nym od urzę­du mia­sta Pa­ler­mo w la­tach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych. Wy­bu­do­wał nie­mal całą nową część Pa­ler­mo. Był czę­stym go­ściem w domu Cian­ci­mi­na.

VIO­LAN­TE, LU­CIA­NO

Kie­dy Vio­lan­te był prze­wod­ni­czą­cym ko­mi­sji an­ty­ma­fij­nej, Vito Cian­ci­mi­no po­dob­no chciał się z nim spo­tkać w czte­ry oczy, wy­sy­ła­jąc w 1992 roku na re­ko­ne­sans Mo­rie­go i De Don­no. Vio­lan­te od­mó­wił, pro­po­nu­jąc zwró­ce­nie się z proś­bą o ofi­cjal­ne spo­tka­nie.

ZAN­GH?, ENZO

Ku­zyn Vita Cian­ci­mi­na, jego "czło­wiek do wszyst­kie­go" i se­kre­tarz. W za­mian otrzy­my­wał przy­słu­gi i sy­ne­ku­ry - na przy­kład sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­ce­go wo­do­cią­gów miej­skich.