Don Kiszot żydowski - Mendele Mojcher Sforim

-
Proszę czekać

Rozdział I

Utwór, który w streszczeniu zamierzam szanownym czytelnikom przedstawić, wyszedł spod pióra p. Abramowicza, najzdolniejszego i najpopularniejszego autora żargonowego. W oryginale nosi on tytuł: Kicur masoejs beniamin haszliszi, dos hajst di nsyjo oder a rajzcbeszrąjbang fan benjamin dem inita: tuos er is ejf zajne nsyejs fargangen liet, wąjt, asz unter di hori hejszech, un hot sich genug onge sehen an ongehert hiduszim szejne zachen, wos zej zajnin arojs gegeben geworin in ale sziweim łoszejnejs mi hajnt ajch in anser loszejn, fun "Mendeli mejcher sforim.

Znaczy to po polsku: "Krótki opis podróży Beniamina III, czyli opisanie podróży Benjamina III, który w wędrówkach swoich zaszedł het! daleko, aż po pod "góry ciemności i dosyć się tam napatrzył i nasłuchał cudownie pięknych rzeczy, co było już wydane (opisane) we wszystkich siedemdziesięciu językach, a obecnie w naszym języku, przez "Mendla sprzedającego książki" (pseudonim Abramowicza).

Teraz kilka słów o autorze książki. Urodził się on na Litwie. Obdarzony wysokimi zdolnościami, robił nadzwyczajne postępy w języku hebrajskim i mając zaledwie lat szesnaście używał opinii człowieka bardzo biegłego w naukach judaistycznych. Materialne jego położenie nie było godne zazdrości, niedostatek i bieda silnie dawały mu się we znaki. Miał on przy tym krewną "agunę", to jest opuszczoną przez męża i pozostawioną z małym dzieckiem bez żadnych środków do życia.

W tym czasie zaszła okoliczność, która wywarła na dalsze losy Abramowicza wpływ stanowczy.

Do miasteczka przybył ze stron dalekich, z Podola czy Ukrainy, żyd obcy, rudy, o przebiegłych oczach. Przy-jechał wasągiem, opatrzonym w budę płócienną, jedną lichą szkapiną i zaczął się rozglądać po miasteczku. W krótkim czasie poznał wybornie tamtejsze stosunki i wnet pomiarkował, że na "uczonym bachorze" i na owej biednej "agunie" może zrobić dobry interes... przyszła mu bowiem do głowy nader oryginalna kombinacja.

Zabrał biedną kobietę z dzieckiem na swój wasąg i przyrzekł wozić ją dotąd, dopóki zbiegłego jej męża nie odnajdzie, lub też nie dostanie dowodu jego śmierci, co by pozwoliło jej wstąpić w powtórne związki małżeńskie; młodemu Abramowiczowi zaś przyrzekał świetną przyszłość. Zgodzono się na propozycję sprytnego "bałaguły" i ciężki wasąg wlókł się powoli... po błotach i piaskach, od miasteczka do miasteczka, od wioski do wioski. Była to bardzo trudna podróż. Kobieta z dzieckiem siedziała na furze, młody zaś człowiek z furmanem szedł pieszo i gdzie było większe błoto, lub piasek głęboki, pomagał kulawej szkapie ciągnąć wóz.

Bałaguła tymczasem wyzyskiwał swych pasażerów, a spekulacja, jaką na nich urządzał, była dość oryginalna. Gdy przybyli do jakiego miasteczka, natychmiast udawał się do rabina i przedstawiwszy mu rozpaczliwe położenie nieszczęśliwej kobiety, otrzymywał od niego pozwolenie zbierania na jej rzecz składek. Żydzi powiadają o sobie, że są "rachmonisbni rachmonis", to jest "miłosierni synowie miłosiernych", składali więc groszaki na rzecz nieszczęsnej "aguny" i te ma się rozumieć tonęły w kieszeni bałaguły. Na Abramowicza sprytny żydek miał inne widoki. Wiedząc, jak "uczoność" popłaca u żydów, wiedząc, że najbogatszy obywatel i kupiec odda chętnie swą córkę za biednego, lecz biegłego w Talmudzie młodzieńca, "bałaguła" postanowił Abramowicza ożenić, przy czym sam, występując w roli "szadchona" (swata) mógłby coś zarobić. Przybywszy więc do miasteczka, prowadził młodego człowieka do "bejshami draszu" (dom modlitwy), gdzie Abramowicz wzbudzał podziw znajomością hebrajszczyzny i Talmudu. Partie trafiały się: niejeden właściciel domu, albo kupiec chciał się poszczycić "uczonym zięciem" i gotów był dać nawet duży posag, byle tylko tak obiecującego człowieka mieć w swojej rodzinie. Pokusy te jednak nie odnosiły pożądanego skutku; Abramowicz toczył zwycięskie spory w bóżnicy, rozwiązywał trudne zagadnienia, wzbudzał podziw, ale... żenić się nie chciał.

Cała elokwencja "szadchona" była nadaremną i mąż ów, wyczerpawszy dobroczynność miasteczka na rzecz nieszczęśliwej "aguny", zaprzęgał kulawą szkapę do wasągu, zabierał swoje ofiary, i wlókł się z niemi po błotach i piaskach, na południe, pocieszając się nadzieją, że może w dalszej wędrówce uda mu się "uczonego bachura" ożenić1.

Długo trwała ta ciężka i utrudzająca wędrówka, aż wreszcie znudziła ona młodego człowieka, który zerwał też stosunki z przebiegłym "bałagułą" i osiadł, jak się zdaje, w Berdyczowie. Zabrawszy znajomość z pewnym nauczycielem, za jego pośrednictwem i pomocą, Abramowicz zapoznał się z literaturą i naukami nieżydowskimi, co przy pracy i wrodzonych zdolnościach poszło mu dość łatwo. Abramowicz pisał wiele w języku hebrajskim, którym, jak nadmieniliśmy, włada świetnie, od czasu do czasu zaś puszczał w świat książki żargonowe i w nich złożył dowody niezaprzeczonego talentu i głębokiej obserwacji.

Można śmiało powiedzieć, że gdyby ten człowiek pisał w jakimkolwiek, chociaż trochę znanym i dostępnym języku, używałby wielkiego rozgłosu, ale hebrajszczyznę zna mało kto - żargon zaś tylko zamknięta w sobie klasa żydów... stąd też o Abramowiczu, poza sferą, dla której on pisze - nikt nie wie. W pracach swoich Abramowicz biczem zjadliwej satyry chłoszcze bogatych żydów, gospodarzy gmin, którzy przy rozkładzie specjalnych podatków i ciężarów popełniają krzyczące nadużycia2, natomiast staje zawsze po stronie biednych i uciśnionych. Abramowicz odzywa się żartobliwie o mądrości cadyków i fanatyzmie chasydów, drwi z zabobonów i przesądów, lecz nigdy nie powstaje przeciw religii. Poglądy jego są jasne, trzeźwe; obrazowanie zaś niekiedy aż nazbyt realistyczne, ale prawdziwe. Niekiedy puszcza wodze fantazji i pod alegoriami przedstawia różne kwestie i zagadnienia społeczne, jak np. w powieści "Di klacze" (szkapa), w której maluje całą kwestię żydowską.

Obecnie, o ile mi wiadomo, Abramowicz, człowiek jeszcze w sile wieku będący, zamieszkuje w Odessie. Z Berdyczowa, gdzie przebywał poprzednio, wykurzyła go potęga możnych żydowskiego świata, którzy nie mogli mu darować, że wszystkie ich podłości i ucisk, jaki wywierają na swych ubogich współbraci, opisał malowniczo w dziełku pt. "Di takse oder Sztot baał-towos" ("Taksa, czyli dobroczyńcy miasta"). Berdyczowskim macherom i krezusom nie na rękę był taki prawdomówny człowiek, wygryźli go też z miasta bardzo prostym, ale skutecznym, sposobem, gdyż podobno za pomocą fałszywej denuncjacji.

Tak niesie przynajmniej fama, bardzo doprawdy podobna.

Ale idźmyż nareszcie do naszego Donkiszota i zamknijmy już wstępy przeciągające się może zbyt długo. Objaśnienia, które złożyłem na początku były jednak koniecznymi, mając albowiem do czynienia z przedmiotem nowym zupełnie, bez komentarzy nie sposób dojść do ładu.

"Podróże Beniamina" są bardzo podobne do przygód walecznego rycerza z La Manchy i jego wiernego giermka Sancho Pansy, i można przypuszczać, że autor skreślił je po przeczytaniu arcydzieła Cervantesa. Naturalnie, Beniamin nie może mieć do Donkiszota najmniejszego podobieństwa w szczegółach, lecz tło ogólne obu tych utworów jest prawie jednakie.

Rycerz z La Manchy, pod wpływem romansów, które nieustannie pochłaniał, przywdziewa zbroję łataną, dosiada Rosynanta i idzie poświęcać życie w obronie nieszczęśliwych i pokrzywdzonych, których nikt wszelako nie krzywdzi - natrafia na urojone przeszkody, walczy z niewidzialnymi wrogami, wszędzie widzi zaczarowane księżniczki, potężnych rycerzy i olbrzymów.

Powód, który skłonił Beniamina III do przedsięwzięcia wielkiej podróży, jest również czysto idealny. Pod wpływem nieustannego czytania różnych książek, podających najfałszywsze informacje geograficzne, a zarazem niewyczerpaną kopalnię legend, Beniamina ogarnia dziwna i nieprzeparta chęć powędrowania daleko... daleko... dotarcia do grobu patriarchów, do ruin świątyni Salomona, do ziemi świętej, gdzie rosną "tajteł i boksen" (daktyle i chleb świętojański). Ale ziemia święta nie jest jeszcze ostatecznym kresem podróży Beniamina... o nie! On chce iść dalej... dalej! przez pustynię, do rzeki Sambatie, tej straszliwej rzeki, przez którą przejść nie sposób, gdyż przez sześć dni w tygodniu wyrzuca ona z siebie gorejące kamienie, burzy się, gotuje i kipi, a odpoczywa zaś tylko w szabas, w którym to dniu żyd prawowierny podróżować nie może. Beniamin chce dotrzeć aż do "gór ciemności", gór, przez które nawet tak często w żydowskich książkach wspominany bohater "Aleksander mugden" (Aleksander Macedoński) nie mógł na orle przefrunąć... Beniamin jednak tam dotrze; dotrze nie zważając na niebezpieczeństwa i trudy, na pustynie, wśród których ryczą straszne bestie "Pipernoter", "Lindenworim"... na pustynie, gdzie na życie podróżnego czyha zaczajony "gazten" (rozbójnik), lub też "tejger" (Turek) gotów zawsze porządnego człowieka zabrać do niewoli i sprzedać go jakiej pogańskiej księżniczce, która w usposobieniu romantycznym przewyższa może Putyfarową Zulejkę...

Straszne są niebezpieczeństwa podróży, lecz cel jej jakiż idealny! Jaki ponętny. Poza "górami ciemności" są żydzi z dziesięciu pokoleń zaginionych w wędrówkach i tułactwie. Oni tam żyją, handlują i dobrze im się powodzi, a oprócz nich są tam jeszcze najpiękniejsi żydzi "a rojte judełach, bni Mejszełe abejne" (czerwone żydki, synowie proroka naszego Mojżesza). Wprawdzie piśmienne z owych czasów zabytki nie wspominają wcale, że Mojżesz miał dzieci - ale to nie dowód... dzieci są, a dla odróżnienia od innych pokoleń, mają kolor ciała czerwony. Beniamin zwycięży przeszkody i dotrze aż do nieb, zobaczy czerwonych żydków i potomków dziesięciu zaginionych pokoleń.

Jakaż to będzie pociecha, jaka radość, gdy on biedny polski żydek stanie przed nimi...

- Gewałt! gewałt! Zawołają wszyscy, podziwiajmy i patrzmy! Przyszedł do nas Beniamin, Beniamin III aż... z Tuniejadówki! Witajmy go, witajmy, ugośćmy jak brata, pytajmy, co słychać w Tuniejadówce, jak idą interesa? Beniamin powróci później do rodzinnego miasteczka, powróci jako wielki podróżnik i opowiadać będzie o cudach jakie widział tam daleko, u gór ciemności - o czerwonych żydkach, o wszystkim, co księgi opisują...

Donkiszot dla swojej idei rzuca tylko marne szlacheckie gospodarstwo, starą gospodynię i siostrzenicę, Beniamin zaś porzuca żonę i dzieci, pozostawia je na pastwę losu, a sam pójdzie, gdyż czuje w sobie powołanie do spełnienia czynów bohaterskich. Dla Donkiszota wzorem są średniowieczni rycerze, słynni z poświęceń, cnót i męstwa - Beniaminowi zaś świeci jak gwiazda przewodnia "Aleksander mugden" i jego nieustraszone męstwo.

Pierwsza wyprawa rycerza z La Manchy spełzła jak wiadomo, na niczym... i Beniamina też, z pierwszej niefortunnej wyprawy, zmęczonego, słabego, wystraszonego okropnie, przywiózł do miasteczka chłop, na wozie skrzypiącym, ciągnionym przez dwa woły... Znalazł bohatera zemdlonego w lesie, ułożył na workach kartofli i dostawił na łono rodziny w stanie pożałowania godnym...

Donkiszot przyszedł do wniosku, że przyzwoity i szanujący się rycerz nie może się obejść bez wiernego giermka - podobnie też pomyślał Beniamin. Postanowił koniecznie wyszukać sobie towarzysza podróży, który by dzielił z nim dobre i złe losy, pomagał znosić klęski, uczestniczył we wspólnych radościach. Rycerz z La Manchy znalazł perłę giermków w opasłym, ale sprytnym Sancho Pansie - nasz zaś znakomity podróżnik odkrył nie perlę, lecz czystej wody brylant w osobie niepozornego żydka, zwanego w miasteczku "Senderił di judene" (Sender - żydówka).

Ten typ męża "kobiety w jarmułce", czyli po naszemu mówiąc "małżonka pod pantoflem", jest niesłychanie komiczny.

Senderił nie na próżno nosi przydomek "di judene" (żydówka); musi on albowiem skrobać kartofle, myć garnki, siekać cebulę i rybki na szabas, pilnować dzieci, jednym słowem robić to wszystko, co wchodzi w zakres atrybucji kobiecych. Żona jest w domu samowładną panią i wydaje rozkazy, potulny zaś małżonek słucha, gdyż w razie opozycji - traci natychmiast część rzadkiej bródki, lub też dostaje siniaków pod oczami.

Być bardzo może, że dzięki takiej sytuacji, szanowny Senderił wyrobił w sobie bardzo cenne przymioty, to jest: zabiegliwość i praktyczność. Zresztą, posiada on charakter zadziwiająco zgodny i z zasady nikomu nie przeczy. - "Chcesz tak, odpowiada zwykle, niech będzie tak, mam się też o co kłopotać"?! Dzięki tej zgodności usposobienia, Senderił przystał od razu na propozycję wędrówki nad brzegi Sambatie. - "Chcesz, abym szedł do Sambatie, niech będzie do Sambatie - mam się też o co kłopotać"?!

Jeżeli Sancho Pansa był perłą giermków, to Senderił, jako "szamesz" (sługa) rebe Benjamina, był czystej wody brylantem. Beniamin bajał myślą w obłokach, marzył o celu podróży, o czerwonych żydkach - Senderił natomiast całą swoją inteligencję wysilał na to wyłącznie ażeby torba podróżna zawsze była pełną. Dzięki tej zabiegliwości, wędrowcy nie cierpieli głodu i mogli urzeczywistniać po troszę swe wielkie zamiary.

Cervantes w swoim Donkiszocie cytuje częstokroć wyjątki z fikcyjnego rękopisu, który autor arabski Cyd Hamad Bennengeli miał pozostawić po sobie; Abramowicz trzyma się także podobnej metody, powołując się na rzekome pamiętniki Beniamina.

W ogóle, rycerz z La Manchy i wielki podróżnik Beniamin mają wiele rysów pokrewnych. Obydwaj śmieszni, lecz i sympatyczni zarazem, poświęcają się idei, która im niby ćwiek ostry w głowach utkwiła. Nie ma dla nich przeszkód, nie ma niebezpieczeństw - jest tylko cel, który im świeci jak gwiazda przewodnia. Dążą też do niego jak ćmy do światła - opalają sobie skrzydła i padają w błoto, z którego ich zwykle dłoń praktycznego giermka wydobywa.