III
Colonnello Rietti powoli wspiął się po dwudziestu kamiennych stopniach do słynnej bramy z brązu. W ciągu trzydziestu lat służby w policji, z czego osiemnaście spędzonych w Direzione Investigativa Antimafia, doświadczył całej serii trudnych sytuacji. Musiał jednak sięgnąć pamięcią dość daleko wstecz, aby przypomnieć sobie moment, w którym czuł się tak niespokojnie jak teraz. Czy dlatego, że jedyne, co mógł zrobić, to rozmawiać, by osiągnąć swój cel? Wtedy wszystko zależałoby wyłącznie od łaski przeciwnika. Był to scenariusz, którego w przeszłości prawie zawsze udawało mu się uniknąć. Starał się nie dać tego po sobie poznać. Musiał myśleć pozytywnie, w końcu dokładnie przygotował się do tej rozmowy, pójdzie dobrze, po prostu musi.
Jego wizyta w Pałacu Apostolskim była zapowiedziana, ale kiedy pokazał swoją legitymację szwajcarskiemu gwardziście pełniącemu służbę ze staroświecką halabardą, Rietti poczuł się wobec młodego mężczyzny - w zasadzie kolegi, który również stał od niego znacznie niżej w hierarchii - jak petent. Normalnie legitymacja była czymś w rodzaju magicznej różdżki, za pomocą której można było wzbudzić szacunek, a nawet strach. Nie tutaj. Włoska policja nadal mogła być aktywna na Placu Świętego Piotra, ale musiała się zatrzymać na schodach Bazyliki Świętego Piotra. Od tego miejsca tylko siły watykańskie były upoważnione do działania. Gwardzista grzecznie, ale uważnie przestudiował legitymację, po czym pozwolił Riettiemu wejść przez spiżową bramę. Zapanowała cisza. Inny gwardzista z halabardą stał u podnóża Scala Regia, zaprojektowanej przez Berniniego, i zasalutował Riettiego po wojskowemu. Trzeci gwardzista poprosił go, by poszedł za nim. Gdy Rietti wspinał się po długich schodach wyłożonych kolumnami po lewej i prawej stronie, jego plan wydawał się bardziej szalony z każdym krokiem, którego echo odbijało się od wysokich marmurowych ścian. Czy wybór rozmówcy nie był pierwszym wielkim błędem? Oficjalną drogą byłoby szukanie wywiadu z wysoko postawionym pracownikiem Gubernatoratu, rządu Państwa Watykańskiego. Ale właśnie tej oficjalnej drogi starał się uniknąć. Nie znał osobiście nikogo w Gubernatoracie, ale jego wrażenie z zewnątrz było takie, że tamtejsi ludzie nie byli otwarci na wszystko, co niezwykłe. Wpadł więc na pomysł skontaktowania się z pierwszym sekretarzem papieża. Nie znał go osobiście, ale istniało wiele przychylnych artykułów prasowych na jego temat - zwykle opatrzonych zdjęciem, na którym złośliwie się uśmiechał - które sugerowały, że monsinior Joseph Mattlin, pomimo wysokiego stanowiska u boku Ojca Świętego, wcale nie stracił kontaktu z rzeczywistością, lecz pozostawał w samym centrum życia. Człowiek, z którym można było porozmawiać. Początek wyglądał bardzo obiecująco. Po kilku rozmowach z watykańskim operatorem telefonicznym, Mattlin nie tylko osobiście odebrał telefon Riettiego, ale także zgodził się poświęcić mu pełne dziesięć minut swojego ograniczonego czasu tego samego dnia. I to pomimo faktu, że Rietti robił tylko bardzo ogólne aluzje co do tego, o czym będzie rozmowa.
Gwardzista poprowadził go szerokimi schodami na najwyższe piętro Pałacu Apostolskiego. Przeszli przez długi korytarz, potem przez dwa puste przedsionki i w końcu dotarli do wysokich podwójnych drzwi, przed którymi stał kolejny halabardnik. Rietti przełknął ślinę. Zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje. Il Appartamento. Komnaty papieża.
Rietti nie był szczególnie religijny, ale coś wewnątrz niego sprawiło, że jego ręka zapukała ostrożniej niż zwykle. Ochrypłe "Avanti" zaprosiło go do wejścia. Rietti przeszedł przez maleńką poczekalnię z wystarczającą ilością miejsca na cztery obite czerwonym materiałem zabytkowe krzesła i wszedł przez otwarte drzwi do gabinetu monsiniora Mattlina. Poza obrazem papieża na ścianie i srebrnym krzyżem na biurku, nic nie wskazywało na to, że znajduje się w centrum władzy. Rietti od niechcenia zauważył, że pachniało świeżymi kopiami. Coś w jego wnętrzu było zaskoczone. Czego się tu spodziewał? Kadzidła?
Monsinior Mattlin wstał zza biurka zawalonego stertami akt i przywitał Riettiego wyciągniętą dłonią i ciepłym uśmiechem, który nie wydawał się sztuczny. Jego sposób słuchania rozmówców i poważne traktowanie ich problemów były częścią sekretu, który wyjaśniał jego wielką popularność. Rietti był zaskoczony niezwykle mocnym uściskiem dłoni duchownego. Następną rzeczą, którą zauważył, były jego zaciekawione, ale zmęczone oczy i pomyślał, że przypomniał sobie, że dzień pracy w Watykanie czasami zaczynał się o czwartej trzydzieści rano. Mattlin wskazał mu jedno z dwóch krzeseł naprzeciwko biurka. Oczywiście człowiek na jego stanowisku nie miał czasu na pogawędki, więc natychmiast przeszedł do rzeczy:
- W czym mogę pomóc, colonnello Rietti?
Rietti odchrząknął.
- Cóż, to trochę skomplikowane.
Monsinior Mattlin uśmiechnął się pobłażliwie. Najwyraźniej nie pierwszy raz słyszał to zdanie.
- Ja, a raczej DIA poprosiła Watykan o udzielenie azylu pewnej osobie na kilka tygodni. - Rietti wolał na razie zachować dla siebie fakt, że może to być kilka miesięcy.
Mattlin skinął uważnie głową. Jak dotąd nie wydawało mu się, by ta prośba była czymś niezwykłym. Podczas kryzysu uchodźczego Watykan również przyjął wiele rodzin, z których część nadal tam mieszkała.
Rietti wziął głęboki oddech.
- Chodzi o Theresę Canovę.
Nawet to zdawało się nie denerwować Mattlina - prawdopodobnie tylko dlatego, że niczego z tym nazwiskiem nie kojarzył.
- Theresa Canova - kontynuował Rietti - jest wdową po niedawno zmarłym bossie mafijnym, Rosariu Canovie.
Brwi Mattlina uniosły się powoli i pozostały tam przez kilka sekund. Na jego twarzy pojawiła się nutka niepokoju. Ale wciąż nic nie powiedział. Najwyraźniej czekał na powód tej dość bezczelnej prośby. Teraz okaże się, czy przygotowania Riettiego były wystarczająco dokładne.
- Theresa Canova zgodziła się na współpracę z Direzione Investigativa Antimafia. Dzięki wieloletniemu małżeństwu z Rosario Canovą wie prawie wszystko, co wiedział on, między innymi o trzech innych wielopokoleniowych rodzinach Rzymu. Cigno, Castellani i Scalfari. - Rietti zatrzymał się na chwilę, by nadać kolejnemu zdaniu większą wagę. - I jest gotowa złożyć obszerne zeznania. To może być największy cios dla mafii od czasu maksiprocesu z 1986 roku, ale zebranie jej zeznań, które będą bardzo obszerne, i przygotowanie się do procesu zajmą trochę czasu. W tej chwili signora Canova jest wyjątkowo bezbronna. Trzy rodziny zrobią wszystko, by ją uciszyć. Oczywiście zaoferowaliśmy jej całodobową ochronę policyjną, ale stanowczo odmówiła. Obawia się, że DIA jest również infiltrowana przez mafię i choć przykro mi to mówić, rozumiem ją. Nie mogę sobie tego wyobrazić u nikogo, kogo znam osobiście, ale signora Canova, co zrozumiałe, nie chce postawić na to swojego życia. Zatem jej własna willa i wszystkie kryjówki DIA nie wchodzą w grę.
Chociaż monsinior Mattlin znał odpowiedź, i tak zapytał:
- Rozumiem, ale dlaczego ta pani myśli, że jest bezpieczna w Watykanie?
Odpowiedź Riettiego była zgodna z oczekiwaniami:
- Ponieważ to święta ziemia. Choć brzmi to szaleńczo, zdecydowana większość mafiosów we Włoszech jest bardzo religijna. Przynajmniej stara gwardia. Prawdopodobnie pamiętasz skandal, kiedy wyszło na jaw, że z jakiegoś powodu boss mafijny - Enrico De Pedis - został pochowany w krypcie Sant'Apollinare. Nie wiem jak, ale w jakiś sposób tym ludziom udaje się nie widzieć w swoich działaniach sprzeczności z wiarą katolicką. Wręcz przeciwnie, są nawet przekonani, że mafia wywodzi się od świętego Piotra, ale bez wątpienia sam ksiądz o tym wie.
Mattlin niepewnie skinął głową. On też to słyszał. To było nie do zniesienia. Dopiero niedawno Watykan sprzeciwił się rozpowszechnionemu w kraju zwyczajowi zatrzymywania się procesji maryjnych i kłaniania się przed domem lokalnego szefa mafii.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.