2
Zakosztowali właśnie zakazanej rozkoszy
Nie znajdziesz nowych miejsc, nad inne morze nie dotrzesz.
Miasto pójdzie za tobą.
KONSTANDINOS KAWAFIS, Miasto
Dom Konstandinosa Kawafisa
Aleksandria, Egipt
TRASA: Kair-Giza-Aleksandria, Egipt
- Pokażę ci piramidy, potem Wielkiego Sfinksa. Pojedziemy do Luksoru i Karnaku, zobaczysz świątynię w Abu Simbel i grobowiec królowej Hatszepsut - recytował na jednym wdechu mój egipski przewodnik.
- Chcę zobaczyć Aleksandrię.
- Aleksandria to nie Egipt. - Bram de Tolk, certyfikowany guide uchodzący za jednego z najlepszych w swoim fachu w całym Kairze, nie dawał za wygraną. - Co chcesz zobaczyć w mieście, które z naszym krajem tak niewiele ma wspólnego?
- Chcę pochodzić po bulwarach nad Morzem Śródziemnym.
- Równie dobrze możesz pospacerować po Marsylii.
- Powłóczyć się po zaułkach w centrum miasta, wypić kawę w jednej ze starych kawiarni...
- Nie znajdziesz tam nic ciekawego. Aleksandria jest brudna, biedna i póki co bez przyszłości.
- A Biblioteka Aleksandryjska? - zapytałam chytrze.
- Wielka rzecz, ale nie wierzę, że przyjechałaś do Egiptu, żeby siedzieć w bibliotece.
- Przyjechałam, żeby zobaczyć dom Kawafisa.
- Okej, pojedziemy tam jutro, ale najpierw pokłonimy się Sfinksowi.
"Chwała Cheopsowi, Chefrenowi i Mykerinosowi za tak śmiałą wizję stworzenia!" - to była mantra Brama na początek tego dnia.
Piąta rano, wstawał grudniowy, nieupalny dzień. Przejechaliśmy z Bramem do Gizy, żeby - jak mu obiecałam - stanąć przed Sfinksem.
Zawsze kiedy widzę to tajemnicze stworzenie z niewyraźną głową lwa, wzrusza mnie, że jest on tak mały i kruchy w obliczu potężnych piramid. Ma zaledwie 20 metrów wysokości. Wiele lat temu zrobiłam zdjęcie mojej biegnącej koło Sfinksa córce i nazwałam je Czas. Niewzruszony posąg i pędzące przed siebie dziecko są dla mnie definicją tego, co nieuchronnie przemija, a jednocześnie trwa. Dlatego i tym razem chciałam zobaczyć tę wykutą w wapiennej skale z inicjatywy faraona Chefrena rzeźbę. Moja córka Zuzanna jest dziś dorosła, choć na zdjęciu na zawsze pozostanie dziewczynką ścigającą się z wiecznością.
Otoczenie wokół Sfinksa bardzo się w ostatnich latach zmieniło. Dzieci nie mogą już swobodnie biegać koło posągu, teren został ogrodzony, a turyści oglądają dziś Sfinksa i piramidy z atrakcyjnie położonej platformy widokowej. Nie tylko upłynął Czas, ale również ograniczono dostępną wokół przestrzeń. Perspektywa, z której ktoś nakazał nam tego dnia patrzeć na skarby Gizy, jest - trzeba przyznać - idealna. Ale my jej nie wybraliśmy, została nam narzucona. Jak widzowie w teatrze, którzy kupili bilet w najlepszej loży i zostali do niej doprowadzeni, tracąc tym samym możliwość spojrzenia na przedstawienie z własnej perspektywy. Tak trochę z boku, z ukosa, pod kątem, zza kulis, żeby zobaczyć coś brudnego, coś pięknego, element niepasujący do całości, który uruchomi wyobraźnię. Bo ideał to przecież nie jest najlepsze rozwiązanie.
Dojazd autostradą z Kairu do oddalonej o niespełna dwieście kilometrów Aleksandrii zajmuje ponad cztery godziny. Z radia wylewały się wiadomości na temat niedawnego zamachu w koptyjskim kościele pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła. Ta zbrodnia pochłonęła wiele ofiar, przede wszystkim uczestniczące w mszy kobiety. Bram tłumaczył mi z arabskiego napływające wiadomości - na początku z wielkim zaangażowaniem - aż w końcu zamilkł. Jego energia wyczerpała się. W ciszy mijaliśmy pustynne ugory, ale też oazy otoczone palmami. Nie chcieliśmy się zatrzymywać po drodze. Postanowiliśmy dojechać do Aleksandrii najszybciej, jak tylko się da.
- Najpierw Biblioteka Aleksandryjska czy od razu szukamy domu Kawafisa?
- Droga do domu Kawafisa prowadzi przez bibliotekę.
Decyzja okazała się słuszna. Podjechaliśmy jak najbliżej gigantycznego nowoczesnego budynku. Fasada Biblioteki Aleksandryjskiej jest wykonana z asuańskiego granitu, na którym widnieje 120 starożytnych i współczesnych alfabetów. Bryła ma biały kolor, ale tylko na zewnątrz. W środku fani książek zanurzają się w przestrzeni z kolorowego szkła - zielonego i niebieskiego. Barwy te mają nawiązywać do spuścizny śródziemnomorskiej - turkusowego morza i błękitnego nieba. Tych dwóch wielkich muz twórców z regionu kultury mediteraneo.
W wijącej się kilkaset metrów kolejce przed wejściem stoją przede wszystkim młode dziewczyny, muzułmanki w hidżabach, chimarach, czadorach. Rozmawiają, śmieją się. Czekają. W końcu wchodzą do składającej się z jedenastu poziomów biblioteki w kształcie przechylonego bębna.
W gmachu przypominającym szeroki, ścięty cylinder znajdują się największe czytelnie. Cztery najniższe kondygnacje ukryte są pod ziemią i tam przechowywanych jest osiem milionów książek. Biblioteka posiada też duże zbiory rzadkich map i woluminów. Najstarsza napisana w języku arabskim książka pochodzi z 1496 roku.
Stoję w kolejce, która bardzo szybko posuwa się naprzód, i po chwili wsiadam do jednej z 17 wind. Zwiedzanie biblioteki - niejako repliki tej założonej przez Ptolemeusza I Sotera w III wieku p.n.e. - traktuję jako wstęp do spotkania z Kawafisem, którego lapidarne, skrótowe, a jednocześnie nastrojowe i pełne namiętności wiersze towarzyszą mi od lat.
Aleksandria, jedno z najstarszych miast na świecie, o której apostołowie wspominają w Nowym Testamencie, miejsce, w którym przeplatają się trzy kultury: egipska, grecka i rzymska, została założona w IV wieku p.n.e. na ruinach miasta Rakotis. Tu tworzyli Filon Aleksandryjski i Plotyn, tu mieszkali Archimedes i Euklides. Dziś to metropolia nad morzem. Niedostatnia, omijana przez turystów i opuszczona przez zamożnych mieszkańców, ale wciąż widać jej dawną świetność i urodę. Najpiękniejsze domy, hotele i restauracje znajdują się przy bulwarze El-Gaish ciągnącym się niemal przez całe miasto. A raczej - znajdowały się. Bo dziś w Aleksandrii nie ma oczywistego piękna. Widzimy zarysy, kontury, kształty budynków i miejsc, które mogły zachwycać. Teraz zaniedbane, robią wrażenie odległych.
Zatrzymujemy się na bulwarze, żeby zrobić zdjęcia i napić się bardzo mocnej kawy. Morze z tej perspektywy wygląda na spokojne, ale - jak twierdzi Bram - zdarzają się sztormy potrafiące rozbijać falochrony. Idziemy słoneczną stroną deptaku rozciągającego się wzdłuż zatoki, po którym Kawafis spacerował kilka razy w tygodniu. Kiedy jednak zbliżamy się o dosłownie kilkadziesiąt metrów w kierunku centrum miasta, świat się zmienia. Uliczki są wąskie, gdzieniegdzie widać bary z lichymi stolikami, przy których mężczyźni piją herbatę i oganiają się od zdobywających tę przestrzeń kotów. Tuż obok meczet, o czym daje znak śpiew muezina, przecznicę za nim - synagoga, a dalej - kościół koptyjski.
- Wiesz, przy najlepszej pogodzie z nadbrzeża Aleksandrii można przez lornetkę zobaczyć Kretę - mówi Bram, ale widzi, że nie bardzo mu wierzę.
Jadąc w kierunku Szarm el-Szejk, mam wrażenie, że kręcimy się w kółko. Wpadamy w kolejny tego dnia korek, więc decydujemy się porzucić samochód i dalej idziemy pieszo. Dom, w którym mieszkał Kawafis, jakby stylowo - bo idealnie - zaniedbany, jest jedną z tych monumentalnych aleksandryjskich kamienic pamiętających świetność XIX wieku, dotkniętych patyną upływających trudnych lat.
- Wejdźcie na drugie piętro, drzwi po lewej stronie, te solidne, brązowe - instruuje nas napotkany na ulicy mężczyzna. Kiedy nacisnęłam dzwonek, w jednej chwili otworzyły się drzwi mieszkania Kawafisa i te po przeciwnej stronie. Starsza kobieta w niebieskiej sukience wyjrzała przez szparę, jakby oczekując odwiedzin, jednak po chwili wycofała się, a drzwi głośno zaryglowała. Pomyśleć, że wciąż można być sąsiadką Kawafisa...
Mieszkanie autora Barbarzyńców jest niewielkie. Składa się z czterech pokoi, kuchni, łazienki. Grube mury obiecują latem cień, a przez cały rok panuje tu przyjemny półmrok. Ściany pomalowano przed laty na żółty kolor, więc cienie rolet układające się po południu na jasnej barwie dają efekt magiczny, o którym myślimy, wyobrażając sobie Aleksandrię zimą w północnym kraju.
Mohamed, który opiekuje się tym miejscem, nazywanym przez siebie "małym muzeum", uśmiecha się, przechylając głowę. Jego włosy, o ton za ciemne, żeby mogły być naturalne, idealnie przylegają do wysokiego czoła. Bardzo chce opowiadać o poecie, którego nie znał, ale jak twierdzi - teraz już wielbi. Ja jednak wolę najpierw pochodzić po mieszkaniu sama, bez słów, uzyskawszy wcześniej od Mohameda zgodę na robienie zdjęć.
- Możesz fotografować, co tylko chcesz - oznajmił, kiedy dałam mu niewielki napiwek, odbierając wypisany ręcznie na papierze w linie muzealny bilet.
- A usiąść przy biurku można?
- Nawet na łóżku. Pozwalam ci, no problem.
Skoro no problem, to położyłam się na dość szerokim, ale krótkim łóżku Kawafisa, wyraźnie zarwanym, a przez to jakim wygodnym. Nawet na chwilę zamknęłam oczy, po czym szybko je otworzyłam, wyobrażając sobie, że budzę się tu po przespanej nocy i chwytam ten pierwszy widok, ułamek rzeczywistości, której Kawafis doświadczał.
W sypialni znajduje się dziś nie tylko niskie łóżko z wezgłowiem, ale również szafka nocna i lustro. Pokój jest ciemny, wysoki, o dziwo - przytulny. Najbardziej mrocznym i nastrojowym pomieszczeniem w całym mieszkaniu jest jednak przedpokój. Tu, na regale z książkami, ktoś położył maskę pośmiertną poety, nieco przerażającą, bo z wyraźnie stężonym wyrazem. Naprzeciwko - kamienne popiersie w otoczeniu starych, wypalonych świec i lamp naftowych. Zdaniem Mohameda mieszkanie nie zmieniło się wcale od śmierci poety. Nawet wypalone świece, porozstawiane po całym domu, zostały ponoć osadzone w lichtarzach ręką Kawafisa.
Również kolory ścian pozostały te same: żółte i turkusowe, z ciemniejszą lamperią dookoła.
Stare masywne meble z palisandru, regały pełne greckich i arabskich książek, półki, na których leżą wydane przekłady wierszy poety, szkice, grafiki, portrety. W gabinecie stoi ażurowe, delikatnej konstrukcji biurko i fotel, który można by nawet nazwać tronem. To przy nim pisał.
W salonie, blisko okna, postawiono trzy wazy - stare amfory z wyraźnymi śladami muszli. Mohamed objaśnia, że to jedyne cenne przedmioty w mieszkaniu. Zostały wyłowione z zatopionego przed tysiącem lat greckiego statku. Spod chropowatej struktury, która z początku wydaje się sztuczna, wyłania się misternie tkany przez morze kształt. Ponoć Kawafis kupił je na początku XX wieku i traktował jako źródło weny.
Usiadłam na krześle w wąskim, mrocznym przedpokoju.
- Możesz tu siedzieć, jak długo chcesz - zapewnia Mohamed. - Nikt ci nie będzie przeszkadzał.
- Nie spodziewasz się dziś odwiedzających?
- Nie. Bo widzisz - statystyka. Ostatni byli tu miesiąc temu. Grecy oczywiście. Przyjechali z Aten.
Wyglądam przez okno. Na dole, pod wysokim drzewem, stoją bezużyteczne meble, tak bardzo zniszczone, jakby zaraz miały się rozpaść. Obok - wrak białego auta. Na górze widać tylko niebo.
Stojąc przy oknie w mieszkaniu Kawafisa, przypomniałam sobie jego wiersz Miasto.
Powiedziałeś: "Do innego przeniosę się kraju, nad inne morze.
Na pewno jest gdzieś inne, lepsze od tego miasto.
Tu, cokolwiek zrobię, będzie jak zapisany już wyrok.
A moje serce - jak trup - jest pogrzebane.
Jak długo mój umysł będzie tkwił w martwocie.
Gdziekolwiek wzrok odwrócę, na cokolwiek spojrzę,
tu widzę tylko czarne ruiny mego życia,
tu, gdziem tyle lat spędził, zniszczył je i strwonił".
Nie znajdziesz nowych miejsc, nad inne morze nie dotrzesz.
Miasto pójdzie za tobą. Po drogach będziesz krążył
tych samych. W tych samych dzielnicach się zestarzejesz,
w tych samych domach posiwieją ci włosy.
Zawsze do tego samego trafisz miasta. Rzuć nadzieję,
że jest dla ciebie statek w inne strony, albo droga.
Tak, jakeś zrujnował swoje życie tutaj,
w tym ciasnym kącie, zrujnowałeś je wszędzie.
W drzwiach kawiarni
Jakieś słowo, wymówione przez kogoś w pobliżu,
uwagę moją skierowało ku drzwiom kawiarni.
I ujrzałem tam ciało tak piękne,
Jak gdyby stworzył je Eros najwyższym swym kunsztem:
formując członki pełne harmonii i wdzięku,
wzrost posągowy nadając postaci,
ze wzruszeniem modelując twarz,
ślad emocji swych dłoni zostawiając
na czole, na oczach, na wargach.
Pewnej nocy
To był pokój biedny i obskurny,
ukryty gdzieś pod dachem podejrzanej knajpy.
Z okna widać było zaułek
brudny i wąski. Z dołu
dobiegały głosy jakichś robotników
zajętych grą w karty, rozbawionych.
Tam, na pospolitym, nędznym łóżku,
miłośnie posiadłem ciało, wargi
pojące rozkoszą, szkarłatne -
tak szkarłatne i upajające, że dziś nawet,
gdy to piszę - po tylu już latach!,
w tym moim pustym domu, znów jestem pijany.
Grób Jasisa
Tu leżę; jestem Jasis. Kąpałem się w sławie
najpiękniejszego z efebów w naszym wielkim mieście;
podziwiali mnie mędrcy, lecz też głupia gawiedź,
za chwalby dziękowałem jednym i drugim. Lecz wreszcie,
łechtany nad miarę, żem niby nowy Hermes czy Narcyz,
w rozpustę wpadłem i nałogi - i to mnie zabiło.
Jeśliś, wędrowcze, z Aleksandrii, nie sądź mnie. Wystarczy,
że wiesz, jaką moc w naszym życiu ma rozkosz i miłość.
Na śmierć Ammonisa
Rafaelu, proszę cię, byś złożył
kilkuwierszowe epitafium dla Ammonisa, poety.
Parę słów ładnych i zgrabnie dobranych;
zręczny jesteś, potrafisz coś takiego napisać,
co będzie pasować do Ammonisa, jednego z nas.
Powiesz, rzecz jasna, coś o jego wierszach,
ale też powiedz o jego urodzie,
o tej subtelnej urodzie, którą kochaliśmy.
Twoja greka jest zawsze piękna i śpiewna.
Teraz jednak chcemy, byś użył całej swej sztuki.
Naszą miłość, nasz żal w obcej mają wyrazić się mowie.
W obcej mowie twa egipska wrażliwość ma zabrzmieć.
Rafaelu, swoje wiersze tak złożyć się staraj,
aby w nich zawrzeć - sam to wiesz - coś z naszego życia,
by ich rytm objawiał, a też każda fraza,
Że to Aleksandryjczyk pisze dla Aleksandryjczyka.
Pod domem
Wczoraj, wędrując odległym przedmieściem,
pod dom trafiłem, w którym kiedyś
bywałem jako człowiek bardzo młody.
Tam Eros me ciało zagarnął
z właściwą sobie, osobliwą mocą.
I wczoraj,
kiedym podążał starą, znaną mi ulicą,
nagle pod czarem miłości wszystko wypiękniało:
sklepy, trotuary, kamienie bruku,
mury, balkony i okna;
znika wszelka, najmniejsza brzydota.
A gdy tak stałem, wpatrując się w bramę,
i stałem, i zmierzchało się pod tym domem,
przejęło dreszczem całe me jestestwo
doznanie tamtej, pilnie strzeżonej rozkoszy.
Słońce popołudnia
Ten pokój - jak dobrze go znam.
Teraz go odnajdują, razem z tym przyległym,
na biura handlowe. Cały dom
przekształcono w biura maklerów, kupców, spółek.
Ale wiem dobrze, gdzie ten pokój jest.
Kanapa stała tu, przy drzwiach,
przed nią turecki dywan,
obok zaś półka z dwoma żółtymi wazonami.
Po prawej - nie, naprzeciwko - szafa z lustrem.
Na środku stół, przy którym pisał,
i trzy duże wyplatane krzesła.
Pod oknem stało łóżko,
na którym kochaliśmy się tyle razy.
Biedne stare sprzęty - chyba gdzieś tam jeszcze są.
Pod oknem stało łóżko,
słońce popołudnia oświetlało je do połowy.
...O czwartej po południu rozstaliśmy się
tylko na tydzień... Niestety,
ten tydzień rozciągnął się w wieczność.
Ze szkoły renomowanego filozofa
Przez dwa lata był uczniem Ammonisa Sakkasa,
lecz znudziła go i filozofia, i Sakkas.
Później wszedł do polityki.
Ale ją rzucił. Podprefekt był to dureń,
a w otoczeniu miał samych wyniosłych, nadętych bałwanów,
mówiących haniebną zaiste greką. Co za nędza!
Jego uwagę na krótko przykuł
Kościół; zamierzał się ochrzcić
i przejść na chrystianizm. Ale wkrótce
rozmyślił się; z pewnością by to pogorszyło
jego stosunki z rodzicami, przykładnie pogańskimi;
natychmiast przestaliby mu wypłacać - okropność! -
stałą i nader hojną pensję.
Coś jednak trzeba było robić. Więc stał się bywalcem
wszelkich zepsutych środowisk Aleksandrii,
wszystkich tajemnych jej jaskiń rozpusty.
Los łaskawie mu sprzyjał:
dał mu wybitną cielesną urodę,
a on cieszył się tym boskim darem.
Jeszcze co najmniej przez lat dziesięć
piękność swą zachowa. A później
może znów przystanie do Sakkasa.
Jeśli zaś tymczasem zemrze się starcowi,
do innego pójdzie filozofa lub sofisty;
zawsze trafi się ktoś odpowiedni.
W końcu zresztą zawsze będzie mógł
powrócić do polityki - chwalebnie pomny
tradycji rodzinnej, tudzież powinności
wobec ojczyzny, itp. wzniosłych frazesów.
Siedząc na niewygodnym krześle w mieszkaniu Konstandinosa Kawafisa, Greka piszącego wiersze w języku przodków, wyobrażałam sobie jego życie w Aleksandrii. Kilka lat dzieciństwa i wczesną młodość spędził w Anglii, w Liverpoolu, ale po śmierci ojca, zamożnego kupca, gdy rodzinie groziła bieda, matka Karikleia podjęła decyzję o powrocie wraz z siódemką synów do rodzinnej Aleksandrii. Konstandinos jest najmłodszy, to jej oczko w głowie, ostatni syn zamiast długo oczekiwanej córki. Rodzina, zachowując pozory dawnej świetności, chcąc zachować resztki pozycji w swojej klasie, popada w skrzętnie ukrywane ubóstwo. Bieda i homoseksualizm - przez całe życie Kawafis będzie próbował je ukryć.
Znał starogrecki, nowogrecki, łacinę, arabski, angielski, francuski i włoski. Studiował leksykony, analizował stare teksty i przysłuchiwał się ulicznym rozmowom. Potrafił słuchać, wiedział więc, gdzie padają akcenty, te wynikające zarówno z zasad języka, jak i z życia.
W wierszach wyrażał siebie, ale nie artykułował tez. Przedstawiał w nich ulotne chwile czy mający wkrótce nadejść zakręt losu. Klimat Lewantu, charakterystyczna nostalgia, niepokój, niedosyt, a jednocześnie przesyt są w nich obecne, ważne. Lapidarne formy i niedopowiedzenia zobaczyłam również w jego mieszkaniu.
Biografowie Kawafisa piszą, że celem jego poezji było odzyskanie przeszłości. Połączenie tego, co ma miejsce dziś, z tym, co już się wydarzyło.
Co o nim wiemy? Homoseksualista, chrześcijanin, literacki mistrz Eliota, Audena, Brodskiego, Herberta i Miłosza. Jeden z najwybitniejszych poetów XX wieku. Aleksandryjczyk z urodzenia i przekonania uwielbiający swoje miasto, a jednocześnie wciąż się z nim wadzący. Kosmopolita.
Pisał wiersze - 154 z 256 utworów uznawał za własny kanon, który jednak opublikowano dopiero po jego śmierci. Kawafis tworzył przez 56 lat. Nietrudno obliczyć, że średnio co roku powstawały zaledwie cztery utwory. Utrwalał w słowie chwile przeszłe, przeżycia, doznania, ulotne wrażenia - niczym stop-klatki.
Tematy jego wierszy dotyczą nas wszystkich. Pisał o namiętności, zagmatwaniu losów, przeznaczeniu, przeszłości i teraźniejszości.
Wiersz Wieczorem dowodzi, że z bolesnej melancholii wspomnień leczył poetę widok gwarnej aleksandryjskiej ulicy i tłumów przetaczających się przez nią ludzi, których obserwował ze swojego balkonu.
Zresztą trwać to nie mogło; długie lata
doświadczeń to mi mówią. Gdyż niespodziewanie
wszystko się urwało - bo tak chciały Fata.
Krótkie było to piękne życie.
Lecz w jak mocnych wtedy tonęliśmy aromatach
i w jak wykwintne łoże się kładliśmy,
jakim upojeniom ciała oddaliśmy.
Dalekie echo tamtych dni rozkoszy,
niejasne ich odczucie do mnie przypłynęło:
musnął mnie tamten, obu nas trawiący płomień,
więc znów pewien list wziąłem w dłonie
i czytałem, czytałem, aż zapadła ciemność.
Potem, w smutnym nastroju, wyszedłem na balkon,
by myśli odmienić i przynajmniej spojrzeć
przez chwilę na kochane miasto,
na ożywione ulice, ruch w sklepach.
Poeta najsubtelniejszy, wychowany na mitach, czerpiący ze spuścizny przeszłości, tajemniczy. Jego poezja więcej mówi o jego życiu niż krótka biografia.
Wychodzę i szukam w pobliżu ahla baladi - jednej z pamiętających czasy Kawafisa kawiarni.
Gdy o północy znienacka usłyszysz
przeciągający jakiś niewidzialny pochód -
dźwięki pięknej muzyki, rozgwar głosów -
nie rozpaczaj nad swoim nieodmiennym pechem,
nad porażkami twych dzieł, życiowych planów.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś mężny,
pożegnaj Aleksandrię, która odchodzi.
Powstrzymaj się zwłaszcza od szyderstw, nie mów,
że to sen, że zwiodły cię uszy;
do takich marnych pociech się nie zniżaj.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś mężny,
kto tak powinien, skoro na takie miasto zasłużył,
zdecydowanie do swego okna podejdź
i nasłuchuj wzruszony, ale nie w nastroju
płaczliwych błagań i skarg, właściwych tchórzom,
lecz jako ostatniej radości - tych dźwięków
wytwornych instrumentów tajemniczego pochodu,
i Aleksandrię pożegnaj, którą właśnie tracisz.
Opowiadając o Marku Antoniuszu, od którego oddalało się ukochane miasto, niczym opuszczający go bogowie - samego siebie przygotowywał na ten los. I każdego z nas, którzy do Aleksandrii się wybrali lub w myślach wybierają, żeby zobaczyć promień słońca i cień, posłuchać hałasów nadmorskiego bulwaru i popatrzeć wieczorem na światła stojących na redzie okrętów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki