Lovecraft i ja
Lovecraft i ja
Przemowa inauguracyjna
na piętnastym Dorocznym
Festiwalu Filmowym HPL
w Portland, Oregon,
2 października 2010
Od czego zacząć?
Po pierwsze, sądzę, że kiedy jest się gościem honorowym, oznacza to, że
zostało się uhonorowanym. Ale prawdę mówiąc, to ja czuję się uhonorowana
propozycją wystąpienia jako gość honorowy na Festiwalu Filmowym
Lovecrafta. Czuję się również uhonorowana tym, że Festiwal zadał sobie
spory trud i nie szczędził wydatków, żeby mnie tutaj sprowadzić. Z pewnością nie udałoby mi się to w inny sposób. Nie pomaga fakt, że
jestem raczej odludkiem i nie przepadam za podróżami. Samo wyciągnięcie
mnie z domu może być trudnym zadaniem. Przemierzenie całego kraju tam i z powrotem jest czymś, czego nie robiłam od ponad dekady. Ale kiedy
dostałam zaproszenie, nie mogłam odmówić. Dzieła Lovecrafta miały zbyt
duży wpływ na moje pisarstwo, żebym mogła powiedzieć nie, a poza tym,
jak już wspomniałam, jest to dla mnie zaszczyt i honor.
Kiedy więc poproszono mnie, żebym przemówiła na ceremonii otwarcia,
zgodziłam się. Przecież to kolejny zaszczyt, więc nie mogłam odmówić.
Mimo to nie miałam pojęcia, od czego zacząć ani na czym skończyć.
Naprawdę nie jestem dobra w tego rodzaju rzeczach. Ale odbiegam od
tematu. Tracę wątek. Zastanawiałam się jednak i zastanawiałam, aż
wreszcie w ostatniej chwili - czyli w środę po południu - wymyśliłam.
Zacznę od dnia, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z H.P. Lovecraftem.
Dziwne, ale znalazłam go w Trussville w Alabamie, w żółtym szkolnym
autobusie. Miałam siedemnaście lat. Był deszczowy wiosenny poranek w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku, a Lovecraft leżał
samotnie na pustym siedzeniu. Wysiadając, ktoś niechcący zostawił
książkę z Biblioteki Publicznej w Birmingham. Było to oryginalne wydanie
Dagon and Other Macabre Tales Arkham House z tysiąc dziewięćset
sześćdziesiątego piątego. Czarno-biała okładka Lee Browna Coye'a (1907-1981) przedstawia starca o wyłupiastych oczach, ubranego w łachmany. Mężczyzna trzyma harpun, którym, niczym postarzały kapitan
Ahab, przebija białego kaszalota. Okazuje się, że Coye miał obsesję na
punkcie Moby Dicka, a wieloryby są powracającym motywem w jego
pracach. Ale człowiek z okładki był gigantem w porównaniu z wielorybem,
co, jak się wkrótce przekonałam, wybrzmiewa we fragmencie Dagona.
Lovecraft pisze:
"Najbardziej porażające wrażenie wywarły na mnie jednak reliefy
obrazkowe - z racji olbrzymich rozmiarów widoczne przez wodny przestwór
jak na dłoni. Były to płaskorzeźby o tematyce, której nie powstydziłby
się sam Doré. Wyobrażały, jak mi się zdaje, ludzi - a przynajmniej
pewien rodzaj ludzi; byli oni wszakże przedstawieni w trakcie rybich
figli w morskiej grocie lub składania hołdów w skalnej świątyni
najwyraźniej również znajdującej się pod wodą. Ich twarzy i cielesnych
kształtów nie śmiem opisać w szczegółach - na samo ich wspomnienie robi
mi się słabo. Groteskowe ponad wszystko, co zrodziła wyobraźnia Poego
czy Bulwer-Lyttona, w ogólnym pokroju zdradzały wstrętne podobieństwo do
ludzi - przeczyły mu jednak płetwiaste dłonie i stopy, rażąco szerokie i obwisłe wargi, szkliste, wyłupiaste oczy tudzież inne, jeszcze mniej
przyjemne cechy. Co ciekawe, miałem wrażenie, że wyrzeźbiono je z pogwałceniem wszelkich proporcji względem otoczenia: jedno ze stworzeń
zostało przedstawione w trakcie zabijania wieloryba, było jednak odeń
zaledwie odrobinę mniejsze. Uwagę moją przykuły, jak powiadam,
groteskowość kształtów i dziwne rozmiary tych istot; po chwili wszakże
uznałem, że są to tylko wizerunki bogów zrodzonych w wyobraźni jakiegoś
prymitywnego rybackiego lub żeglarskiego plemienia, którego ostatni
potomek sczezł na długo, nim narodził się pierwszy neandertalczyk lub
człowiek z Piltdown. Byłem zdumiony i wstrząśnięty, że tak znienacka
dane jest mi wejrzeć w przeszłość, o której nie śniło się nawet
najśmielszym antropologom; zamyśliłem się tedy, światło zaś księżyca
odbijało się dziwnymi poblaskami w cichym kanale u mych stóp"1.
Oczywiście postacie na reliefach nie są wymyślone, a proporcje zapewne
nie aż tak przesadzone.
W każdym razie tak zaczął się mój romans z Lovecraftem, od czarno-białej
okładki z czerwonym imieniem Dagon. Przyznaję, że jako nastolatka miałam
dość naganny zwyczaj osądzania książki po okładce. Jeszcze gorsza byłam
pod tym względem jako dziecko. Na szczęście w okładce Coye'a zakochałam
się od razu. A książka leżała sobie na siedzeniu szkolnego autobusu i nikt się do niej nie przyznawał. Rozejrzałam się, czy ktoś patrzy. Nikt
nie patrzył. Poczułam dreszcz, zabierając ją i pośpiesznie oddalając się
z nią w ramionach. Chyba powinnam była oddać ją kierowcy albo zanieść do
biura rzeczy znalezionych... albo coś w tym rodzaju. Ale czułam się zbyt
zaintrygowana. Musiałam się dowiedzieć, co jest w środku. Tak więc
spędziłam kilka dni i nocy, pochłaniając Dagona. Siedziałam do późna,
choć powinnam spać. Na lekcji ukrywałam ją w podręczniku do algebry. To
wszystko brzmi strasznie banalnie, wiem, ale tak było naprawdę.
Czytając, zakochałam się w autorze tych opowiadań, tak jak zakochałam
się w ilustracjach Lee Browna Coye'a.
Po przeczytaniu zbioru zrozumiałam, jak udanie okładka oddawała nastrój
tych opowiadań, ich atmosferę i grozę. Każdy wielbiciel Lovecrafta wie,
że dla niego sukces albo porażka dowolnej opowieści niesamowitej zależał
przede wszystkim od tego, czy autor zdołał stworzyć nastrój. Żadna
liczba podupadających portów Nowej Anglii, tajemnych tekstów czy
śliskich macek nie zdoła zastąpić dobrze wykreowanej atmosfery. Tak więc
w tym sensie okładka Coye'a jest strzałem w dziesiątkę. Właśnie ona mnie
przyciągnęła, a ja odkryłam nie tylko opowiadanie tytułowe, ale również
takie mroczne perełki jak Ogar, Dziwny, wysoki dom wśród mgieł,
Przyczajona groza, Zagłada Sarnathu i być może najważniejszą z nich:
esej Nadnaturalny horror w literaturze. Przeczytałam Dagona i inne
opowieści makabryczne od deski do deski, a niektóre opowiadania więcej
niż jeden raz. Potem niechętnie oddałam książkę do oddziału biblioteki w Trussville. Często żałowałam, że jej nie zatrzymałam. To nie ja
zostawiłam ją beztrosko w szkolnym autobusie. To nie ja miałabym kłopoty
z powodu jej zgubienia. Jednak jej nie zatrzymałam, postanowiłam ją
oddać. Zwróciłam ją światu.
Tak więc była to moja inicjacja, moje wprowadzenie do Lovecrafta.
Zgubiona książka z biblioteki z dziwną, groteskową, przyciągającą wzrok
okładką, stworzoną przez człowieka, który przypadkiem umarł w tym samym
roku.
Nie miałam wtedy pojęcia, że to nie były najlepsze opowiadania
Lovecrafta, i miało minąć kilka lat, zanim się tego dowiedziałam, zanim
odkryłam W górach szaleństwa, Kolor z innego wszechświata i Widmo
nad Innsmouth. Byłam zachłanną czytelniczką, jednak w tysiąc
dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku niełatwo było znaleźć
Lovecrafta w Alabamie, a poza tym czas zajmowała mi szkoła średnia,
potem college i wielu innych autorów. Absorbowało mnie studiowanie
paleontologii, geologii i biologii, tak że nie znalazłam drogi powrotnej
do Lovecrafta aż do roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego.
Lektura wysublimowanej powieści T.E.D. Kleina Ceremonies, a potem jego
zbioru Dark Gods przypomniała mi o tamtym deszczowym dniu w szkolnym
autobusie i o tym, co w nim znalazłam. Na Uniwersytecie Kolorado w Boulder odnalazłam w uczelnianej bibliotece inne książki wydane przez
Arkham House i pochłonęłam je natychmiast.
Zapewne nie jest zbiegiem okoliczności, że mój sentyment do Lovecrafta
utrwalił się w tamtym okresie. Pracowałam jako paleontolog i kontynuowałam studia w tej dziedzinie. Wyobrażanie sobie bezmiaru czasu
i przestrzeni stanowiło dla mnie część codziennego życia, choć byłam
świadoma, że większość ludzi nie poświęca tym kwestiom żadnej uwagi. Oto
jesteśmy, nieskończenie mała kropka w niepoznawalnym i całkowicie
obojętnym wszechświecie. Oto jesteśmy, jedynie chwilowe wcielenia
materii i energii. Wieczność i nieskończoność rozciągają się wszędzie
wokół nas. Widzimy je w gwiazdach, w mechanice kwantowej, w skałach,
które już były stare przed ewolucją wielokomórkowego życia, widzimy w obfitości roślin i zwierząt, które zamieszkiwały ten świat przed nami i przetrwały jako skamieliny. Widzimy w powstaniu naszego gatunku i we
wszystkich wiekach ludzkiej historii. Dla mnie świadomość tego, co
geolodzy nazywają "czasem geologicznym", była zarówno prozaiczna, jak i cudowna. Nie przywykłam jednak do tego, że znajduję go w literaturze. U Lovecrafta znalazłam, i to bardzo dużo.
Niewielu innych pisarzy fantastycznych, a z pewnością bardzo niewielu
przed Lovecraftem, tak dokładnie zrozumiało głębię "czasu geologicznego"
i jego konsekwencje dla ludzkości. Lovecraft nie tylko ją pojął, ale
spędził życie na pisaniu opowiadań, które między innymi starały się
przekazać prawdę o naszym miejscu w kosmosie. Oczywiście potwory,
rozpadające się rodowe zamki i zmutowani rybioludzie robili wrażenie.
Ale dla mnie liczyło się jego docenianie czasu i umiejętność pokazania
kosmicznej perspektywy w beletrystyce. On instynktownie znał potęgę tych
odkryć. Czas i przestrzeń - czasoprzestrzeń - to przerażająca rzecz.
Gdyby taka nie była, Galileusz nie zostałby zmuszony do odwołania swoich
poglądów, a my nie mielibyśmy kreacjonistów jazgoczących o biblijnych
mitach półtora stulecia po tym, jak Darwin opublikował swoje wielkie
dzieło. Lovecraft nie tylko pisał straszne historie. On na swój sposób
obalił religijny dogmat, mówiąc: "Posłuchajcie, jesteśmy malutcy i nie
będzie nas, zanim się obejrzymy. I nikogo ani niczego to nie obchodzi.
To jest przerażające, ale jednocześnie wspaniałe".
Pora na podsumowanie. Już wspomniałam, że mam kłopoty z zakończeniami.
Ale jestem tutaj dwadzieścia dziewięć lat i kilka żywotów po tamtym dniu
w autobusie szkolnym. Teraz mieszkam w Providence w Rhode Island, w mieście Lovecrafta, mieście, które, jak sam twierdził, uosabiał. Z pewnością nigdy nie planowałam, że sprawy tak się ułożą, ale los to
dziwna, cudowna i niepokojąca rzecz. Regularnie chodzę tymi samymi
ceglanymi chodnikami, którymi on chodził, obok domów, w których
mieszkał, odwiedzam biblioteki i muzea, które on odwiedzał. Regularnie
mijam obserwatorium, w którym młody Lovecraft obserwował gwiazdy. A czasami zostawiam dowody wdzięczności na jego skromnym nagrobku na
cmentarzu Swan Point.
Od czasu mojej drugiej powieści Threshold wydanej w dwa tysiące
pierwszym roku porównuje się moje pisarstwo do jego. Nigdy nie
wiedziałam, co myśleć o takich porównaniach, oprócz tego, że mi
pochlebiają. Kiedy je czytam, naprawdę czuję się uhonorowana. I odczuwam
pokorę.
Dziękuję.
Valentia (1994)
Valentia
(1994)
Cała noc turbulencji i skrętów w czasie lotu z JFK na Shannon,
nieprzerwany warkot silników odrzutowych i cała jesienna noc żeglowania
przez lodowate chmury wysoko nad wzburzonym Atlantykiem. Wreszcie za
oknem poszarpane zachodnie wybrzeże Irlandii niczym szarozielony
klejnot, niewypolerowany, nieoszlifowany, a potem lądowanie. Rutynowo
podejrzliwe spojrzenie agenta celnego na paszport - krótkie włosy, na
zdjęciu nadal blond, teraz rude, kasztanowe. Anne była wdzięczna, kiedy
dostrzegła jedną z magistrantek Morrisa, czekającą na nią z tabliczką ze
starannie wydrukowanym nazwiskiem dr Campbell, niebieskim na brązowym
kartonie. W czasie długiej jazdy do Kerry przysypiała, podczas gdy
studentka mówiła, a na zewnątrz przesuwał się nierówny patchwork wiosek
i farm.
- To takie straszne - mówi studentka.
Powtórzyła to więcej niż jeden raz, przeprosiła więcej niż jeden raz,
jakby cokolwiek z tego mogło być jej winą. Máire, blada, czarnowłosa
dziewczyna z Dublina, o oczach jak z katalogu turystycznego, zielonych
oczach, które nie odrywają się od drogi, nie patrzy na Anne, kiedy
samochód toczy się na południe i zachód, podczas gdy wody Dingle Bay
koloru łupka ciągną się na północ aż do morza. Za Killorglin wysoki
drogowskaz, czarne litery na pobielonym drewnie, i biała strzałka, do
Cahirciveen nadal czterdzieści kilometrów, więc Anne znowu zamyka oczy.
- Wiadomo, jak to się stało? - pyta.
- O Chryste, tak mi przykro, doktor Campbell. - Dziewczyna mówi takim
głosem, jakby była bliska łez, więc Anne nie ponawia pytania.
***
Dwie godziny później niebiesko-biały prom samochodowy z Renard Point
odbija od nabrzeża i sunie przez port w stronę dużej wyspy Valentia. To
zaledwie pięciominutowa przeprawa, ale woda jest na tyle niespokojna, że
Anne chciałaby mieć buteleczkę dramaminy w swoim wojskowym plecaku z demobilu, leżącym w bagażniku wypożyczonego auta. Stoi przy relingu, bo
uprzejmiej jest wymiotować przez burtę niż na pokład. Po lewej ma
zielonooką Máire, jej szmaragdowe oczy i niespokojne dłonie.
Nic z tego nie wydaje się realne, myśli Anne. Nic z tego nie wydaje
się ani trochę realne.
Dziewczyna wyjmuje coś błyszczącego z kieszeni swetra, różaniec: srebrny
krzyżyk i czarne koraliki. Anne odwraca głowę i patrzy na horyzont,
niewyraźne połączenie szarej wyspy i jeszcze bardziej szarego morza.
Powietrze pachnie słoną wodą, rybami i nadciągającym deszczem. Ona
skupia się na pytaniach, które przywiozła ze sobą z Nowego Jorku, na
nieprzyjemnych myślach, żeby stłumić odwieczny strach przed chorobą
morską. Pytaniach, które zrodziły się dwa dni wcześniej wraz z wieścią o śmierci Morrisa Whitneya, wraz z telefonem Randalla w niedzielne
popołudnie.
- Możesz przyjechać wieczorem, Anne? - Randall wydawał się zmęczony,
niewyspany, jakby nagle dopadło go całe jego sześćdziesiąt lat. - Chodzi
o Morrisa. Coś się stało.
Ona nie chciała wysłuchać reszty i mu to powiedziała, zmusiła go, żeby
na tym poprzestał do czasu, aż ona dojedzie metrem ze swojego mieszkania
w Tribece do muzeum. Aż usiądzie w maleńkim gabinecie na piątym piętrze.
Wtedy Arthur Randall przekazał jej wszystko, co wiedział, skąpe i brzydkie szczegóły, które z początku nie składały się w żadną sensowną
całość - telefon z policji w Cahirciveen, ciało Morrisa wyciągnięte z morza przez łódź rybacką z Knightstown, zniszczone wykopalisko. Anne
słuchała w milczeniu drżącego głosu starszego mężczyzny, a jej oczy
bezpiecznie spoczywały na archiwalnym numerze "Journal of Vertebrate
Paleontology" leżącym na biurku - lśniąca pomarańczowo-biała okładka,
czarny druk, precyzyjny rysunek eoceńskiego okonkowca - same bezpieczne
i sensowne rzeczy, żeby nie musieć patrzeć na twarz Arthura.
- Masz pojęcie, co on tam robił po zmroku? - pyta Anne niemal szeptem.
Máire lekko odwraca głowę, nadal patrząc na różaniec, który trzyma w rękach.
- Nie - odpowiada. - Nikt z nas tego nie wie.
Anne patrzy na ląd, coraz mniejszy, w miarę jak mały prom pracowicie
posuwa się naprzód, i już wie, że nie powinna była przyjeżdżać, że
Arthur miał rację i że prawdopodobnie ona nie znajdzie tutaj więcej
odpowiedzi niż na Manhattanie. Jeśli ta płochliwa dziewczyna stojąca
obok niej może być jakąś wskazówką. Poza tym jest coś jeszcze, cichy
niepokój pod ołowianym ciężarem straty, pod dezorientacją. Niejasny lęk,
w miarę jak zbliżają się brzegi Valentii. On by po ciebie przyjechał,
myśli. A potem Máire znowu się odzywa:
- Doktor Whitney kazał nam wrócić do Knightstown. Mnie i Billy'emu.
Powiedział, że martwi się, czy grant zostanie ponownie przyznany. Mówił,
że potrzebuje samotności, żeby w nocy popracować nad raportem dla ludzi
z "National Geographic", ale my wiedzieliśmy, że dręczą go koszmary.
- Więc w piątek w nocy nie było cię na stanowisku?
Máire kręci głową.
- W zeszłym tygodniu codziennie rano jeździliśmy tam rowerami i wracaliśmy wieczorem. To tylko pół godziny drogi...
I wtedy wyje syrena promu, przenikliwe, ochrypłe buczenie zagłusza
następne słowa Máire. Dziewczyna chowa różaniec z powrotem do kieszeni
swetra.
***
Wyspa Valentia, jedenaście na pięć kilometrów, skalisty banita dawno
temu odcięty od irlandzkiego lądu stałego przez niespokojny Atlantyk i cienki, zagięty palec kanału Portmagee. Owce i bydło. Wiek wcześniej
silni mężczyźni wydobywali łupek z ogromnego kamieniołomu na północnym
krańcu wyspy, kamień na płytki dachowe w Londynie i na nawierzchnie
kolejowe w Nottingham i Leicester. Mała, ale solidna biała latarnia
morska w miejscu, gdzie port Valentia łączy się z oceanem, niegdyś
forteca żołnierzy Cromwella, zautomatyzowana przed laty. Dalej na zachód
teren wznosi się raptownie w stronę Reenadrolaun na wysokość ponad
trzydziestu metrów nad poziomem morza, skalistego cypla wyciosanego
przed duże fale. Stamtąd skraj wyspy z czystego antracytu i popiołu
ciągnie się od Fogher Cliffs do Beennakryraka Head. Na tych półkach
Morris Whitney znalazł w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim
roku wydeptaną ścieżkę; dwa miesiące spędzone w Irlandii na grancie NSF
poświęconym badaniu kolekcji dewońskich mięśniopłetwych, pancernych ryb
w Cork Geology Museum, ale na Valentię zwabiły go uporczywe pogłoski o śladach stóp w kamieniu. Najpierw opowieści miejscowego farmera o "tropach dinozaurów", potem list do kuratora muzeum od klubu ornitologów
amatorów, więc w końcu Morris wziął dzień wolny i wyruszył z Cork. Nie
wierzył własnym oczom, kiedy starzec zaprowadził go przez pastwisko na
półki. Szczerbaty, dumny uśmiech farmera na widok zdumionej miny
paleontologa, kiedy ten zobaczył idealny pojedynczy szlak wijący się
przez łupki w stronę morza, wszystkie ślady wyeksponowane na jednej
płaszczyźnie uwarstwienia.
- A nie mówiłem? - triumfował starzec. - I co, może to nie dinozaury?
Whitney mógł jedynie pokręcić głową, ale na jego twarzy pojawił się
uśmiech równie szeroki jak u farmera. Potem Morris ruszył w dół, żeby
lepiej się przyjrzeć znalezisku, podczas gdy fale głośno rozbijały się o skały.
- Nie, panie O'Shea, to zdecydowanie nie są ślady dinozaurów. Cokolwiek
je zostawiło, żyło... - I umilkł, robiąc obliczenia w pamięci, oceniając
wiek skał i długość okresów geologicznych. - Cokolwiek je zostawiło,
chodziło tu sto czterdzieści milionów lat przed pierwszymi dinozaurami.
To coś dużo, dużo lepszego niż ślady dinozaurów.
Farmer usiadł na trawie i zwiesił nogi z niewielkiego urwiska. Oczy
zrobiły mu się wielkie i pełne wątpliwości.
- Aha - mruknął. - No to jest cholerny cud, nie uważasz pan?
Morris ukląkł, wyjął z plecaka tani plastikowy aparat Instamatic i spojrzał na skamieniałości przez wizjer.
- Tak - powiedział. - Z pewnością tak. - I wypstrykał całą rolkę filmu,
po czym ruszył za starcem przez pole.
***
Dwie godziny po świcie Anne Campbell, zmęczona po długim locie i drżąca
na październikowym wichrze, stoi obok śladów. Płaszczyzna uwarstwienia
jest wyeksponowana wzdłuż półki o długości dziewięciu metrów, wąski,
niemal poziomy pas nagiego kamienia w miejscu, gdzie wyspa jest powoli
odzyskiwana przez Atlantyk. W górze mewy i rissy krążą i krzyczą jak
zagubione, głodne dzieci. Za nią Máire nadal rozmawia z policjantem o czerwonych policzkach i wydatnym brzuszysku, który eskortował je z Knightstown; ściszają głosy, jakby mówili rzeczy, których Anne nie
powinna usłyszeć.
Mimo fal i słonej mgiełki wodnej, mimo tego, co zabójcy zrobili z tym
miejscem, zachowały się znaki narysowane kredą przez Morrisa. Białe
linie odmierzające długość kroków, słabo widoczne liczby potrzebne do
zdjęć; jeszcze dzień albo dwa i morze oczyści półkę. Łzy w oczach, lecz
Anne nie jest pewna, czy to z powodu Morrisa, zniszczonych skarbów czy
lodowatych palców wiatru.
Na początku było sto śladów, według notatek Morrisa, sto już
wyeksponowanych, kiedy pierwszy raz zobaczył półkę, i kolejnych
pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt odkrytych później, kiedy on, Máire i Billy podążyli za odciskami w stronę krańca klifu, z saniami i łomami do
usuwania ciężkich bloków łupku. Teraz zostało zaledwie pięć czy sześć
nieuszkodzonych albo niezniszczonych całkowicie. Zbezczeszczonych,
myśli Anne. To miejsce zostało zbezczeszczone. Jak spalony kościół
albo splądrowana świątynia. Siada obok jednego z niewielu śladów, które
nie zostały odłupane, zeskrobane albo kompletnie roztrzaskane. Łagodnie
pofałdowana powierzchnia skały połyskuje lekko, lśniąco-matowa gra
kryształków miki i słońca. Anne delikatnie kładzie palce na płytkim
wgłębieniu, dotyka wyraźnego odcisku zostawionego przez istotę, która
przeszła tędy trzysta osiemdziesiąt pięć milionów lat temu. Podnosi
wzrok na półkę, na zakwity o niezdrowej barwie infekcji, na małe
nagromadzenia brązowego piasku, jasnego na tle łupku, na kilka
cuchnących sadzawek wody pozostałych w niższych miejscach, czekających
na przypływ.
- Wszystko jest na kliszy - odzywa się za nią Máire, siląc się na spokój
i pewność siebie. - I mamy odlewy. Doktor Whitney część wysłał do Cork w zeszłym tygodniu, a inne do Dublina.
- Chcę zobaczyć te zdjęcia, Máire. Wszystko, co zostało wywołane. Jak
najszybciej, okay?
- Dobrze - odpowiada dziewczyna. - Wszystkie są z powrotem w mieście.
Uznaliśmy, że nie jest bezpiecznie zostawiać je na stanowisku.
- Nie jest - mówi Anne, bardziej do siebie. - Pewnie nie.
Potem Máire znowu rozmawia z policjantem, a Anne patrzy na rozległy,
zimny ocean.
***
Pokój w Knightstown, brudna tapeta na ścianach i wyblakłe obrazki
katolickich świętych, słaby, oleisty zapach ryb, ale przynajmniej jest
ciepło i sucho, bo godzinę po zachodzie słońca zaczął padać deszcz.
Zimne krople na szybie. Anne siedziała przez jakiś czas przy oknie,
czekając, aż doktor Randall do niej oddzwoni, patrzyła na mokre, wąskie
ulice, na pub naprzeciwko hotelu i jego okna jaśniejące wśród ulewy
łagodnym, żółtopomarańczowym, przyjaznym blaskiem, i żałowała, że nie
poprosiła Máire, żeby z nią została. Wymyśliłaby jakiś pretekst, gdyby
się postarała: pomoc przy zapiskach Morrisa, pytania o próbki wysłane do
Dublina do analizy radiometrycznej, cokolwiek, co uratowałoby ją przed
odgłosami burzy i samotnością. Ale przy tej dziewczynie czuła się
nieswojo, choć nie umiała określić przyczyny. W drodze powrotnej ze
stanowiska Máire nachyliła się do niej i zapytała, czy to prawda, że ona
i Morris byli kochankami, szeptem, żeby posterunkowy Bryce nie usłyszał.
Anne zarumieniła się zmieszana i odparła:
- To było dawno temu. - Nic więcej, choć jej zaskoczenie szybko zmieniło
się w gniew i niezadane pytania, co ta dziewczyna może o niej wiedzieć,
co może się jej wydawać, że wie.
Tak więc ulga, kiedy zadzwonił telefon, głos po drugiej stronie
dochodzący z daleka, przefiltrowany przez kabel i odległość, ale i tak
przynoszący ulgę. Przynajmniej na kilka minut przepędzającą tęsknotę za
domem. Arthur Randall zapytał, czy wszystko w porządku, czy Anne jakoś
się trzyma.
- Tak - odpowiedziała. - Jasne. - Nieprzekonujące kłamstwo.
Randall westchnął głośno. Anne usłyszała, jak on zapala papierosa,
wydmuchuje dym, a potem pyta o ślady. Czy w ogóle zostało coś, co da się
uratować.
- Tylko jeśli zachowało się pod nadkładem. W życiu byś nie uwierzył,
Arthurze. Nigdy nie widziałam miejsca tak kompletnie... - Słowa z klifu
znowu do niej wróciły: tak kompletnie zbezczeszczonego, ale nie
chciała mówić tego na głos, więc powiedziała: - Zniszczyli wszystko. - I dodała: - To po prostu nie ma sensu.
- Więc nie uważasz, że komuś chodziło o te ślady?
- Nie. Jeśli ktoś próbował ukraść skamieniałości, byłaby to najbardziej
spaprana próba, jaką można sobie wyobrazić. Zresztą nic nie wskazuje na
to, żeby zamierzali coś zabrać. Zupełnie nic. Ktokolwiek to był, chciał
zniszczyć odciski, Arthurze, a nie je ukraść.
Teraz siedzi na łóżku, słucha deszczu bębniącego o dach i okno, przed
sobą ma rozłożone wszystkie fotografie Morrisa, lśniącą dokumentację 8 x
10 z miesiąca spędzonego na Valentii, każdy centymetr śladów
pieczołowicie utrwalony, zdjęcia jako dodatek do map i wykresów Máire,
starannie wykonanych rysunków ukazujących wielkość odcisków stóp i ich
wzajemne położenie. Więc przynajmniej dane zostały uratowane. Same
skamieniałości przepadły, ale nie informacje. Wystarczy ich, żeby mogła
skończyć to, co zaczęła: opis najstarszych znanych skamieniałości
śladowych czworonogów, najwcześniejszych przodków wszystkich ziemskich
kręgowców, odcisków pozostawionych przez istotę o długości nie większej
niż metr, nie dłuższej od ryby, ale nadal odległej od stworzeń lądowych.
Do tej pory znany był tylko jeden zestaw tak starych śladów, z rzeki
Genoa w Australii, opisanych w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym
drugim roku.
Anne odkłada zdjęcie i bierze następne. Na tym ujęciu nie ma żadnych
odcisków, tylko skamieniałe riplemarki łożyska prastarego strumienia.
Przez chwilę myśli, że to wszystko. Muł i piasek ukształtowane przez
prądy ciepłych paleozoicznych wód, ich wzór utrwalony przez czterysta
tysięcy milleniów. Już ma odłożyć zdjęcie, kiedy zauważa coś w lewym
dolnym rogu. Coś zatopionego w łupku, błyszczącego w słońcu jak metal.
Podnosi fotografię do lampy przy łóżku, żeby lepiej się przyjrzeć.
Jej pierwsze wrażenie jest takie, że Morris położył monetę dla pokazania
skali, może irlandzką siedmiokątną pięćdziesięciopensówkę. Nachyla się
bardziej, mruży oczy, nosem niemal dotyka papieru i widzi, że
powierzchnia tej rzeczy jest gładka, że to nie jest moneta, i nie ma
wątpliwości, że jest zatopiona w kamieniu, a nie tylko na nim leży. Anne
przygryza dolną wargę, odwraca zdjęcie do góry nogami i pod tym kątem
widzi, że jednak powierzchnia nie jest idealnie gładka, ale są
leciuteńkie wypukłości, fałdy i wgłębienia niemal wyrównane przez lata
ekspozycji na działanie wiatru i morza. Pojedyncza płytka liliowca
oderwana od kielicha albo jakiś inny skamieniały szkarłupień,
siedmiokątny kawałek krzemionki, a do tego gra światła i cienia, tak że
wygląda metalicznie.
Nie, to nie jest liliowiec. Ani liliowiec, ani szkarłupień, ani płytka
pierwotnego jeżowca, bo te warstwy leżały w świeżej wodzie. Może to
kawałek pancerza plakodermy. Czy nie widziała w papierach Morrisa
jakiejś wzmianki albo czy Máire nie wspomniała przelotnie, że w pobliskich warstwach znaleźli szczątki Bothriolepis? Ale w słabym
świetle lampy ta rzecz zdecydowanie wygląda metalicznie, a pierwsze
wrażenie, że to moneta, uparcie nie chce jej opuścić. Anne pociera
zmęczone oczy.
- Jezu - szepcze, nadal wyczerpana po locie, a potem długim dniu na
stanowisku, więc nic dziwnego, że nie potrafi myśleć jasno.
Realność śmierci Morrisa jeszcze do niej nie dotarła. Zbiera zdjęcia i chowa je z powrotem do dużej koperty. Tajemnicza fotografia leży na
wierzchu. Rano zapyta Máire o dziwną skamieniałość, albo Billy'ego,
jeśli będzie na śniadaniu. Ale do tego czasu sprawa może poczekać. Zegar
na stoliku nocnym pokazuje dziesiątą dwadzieścia pięć. Anne wyłącza
lampkę i siedzi przez chwilę w ciemności, myśląc o domu, podczas gdy
wiatr grzechocze szybą.
***
We śnie jest z powrotem na Manhattanie, stoi na marmurowych schodach
Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej, przez pięćdziesiąt lat
wygładzonych przez stopy odwiedzających. Na brązowym spatynowanym posągu
Teddy'ego Roosevelta bez szacunku siadły gołębie, a Wielki Biały
Człowiek dumnie dosiadający konia, ze szlachetnymi zaśniedziałymi
dzikusami po lewej i prawej stronie, prowadzi ich ku cywilizacji i zagładzie. Ale tam, gdzie powinna być ulica, jest płytki potok obrzeżony
chodnikami z piaskowca, a jego niespokojne wody iskrzą się w nowojorskim
słońcu. Anne przenosi wzrok za potok, spodziewając się jesiennego pożaru
parku, niezliczonych znajomych odcieni pomarańczowego, złota i czerwonawych brązów, ale zamiast nich widzi zieleń gęstą i pierwotną,
nienaruszoną zieleń pierwszych lasów świata, Eden po Upadłym Świecie.
Kiedy schodzi po stopniach, bosymi stopami cicho stąpając po kamieniu i wyrzuconych opakowaniach po hot dogach, nie potrafi oderwać oczu od
dziwnych roślin wyrastających z popękanego cementu po drugiej stronie
potoku, od szalonej bujności listowia. Wysoki baldachim obcych "drzew" -
Wattieza, Archaeopteris, Lepidosigillaria, Pseudoporochnus - i słońce padające katedralnymi snopami spomiędzy niemożliwych gałęzi na
łuskowatą korę i nieprzenikniony gąszcz skrzypów i paproci. Zaledwie
kilkanaście metrów w głąb las jest tak gęsty, że zieleń zmienia się w czerń.
Wszystko może tutaj żyć, myśli, dosłownie wszystko.
Staje na brzegu za Rooseveltem, Indianami i człowiekiem sprzedającym
soki i gorące precle: beton i piasek, żadnego brutalnego ryku klaksonów,
nieustannego gwaru ludzkich głosów; letni wiatr między drzewami, chłodne
szemranie wody między prostymi brzegami, bzyczenie ważek wielkości
kruków. Ziemia wróciła do czasów sprzed epoki lodowcowej, do czasów
straszliwych jaszczurek i skrzeczących pterodaktyli o skrzydłach jak
latawce; do kontynentów rozdzielonych w tych minionych dniach, zanim
cały świat został ściśnięty w superkontynent Pangei.
To nie jest nowy sen. Całe dorosłe życie spędziła na ściganiu duchów,
jej podświadomość zawsze wskrzeszała i udoskonalała pierwotną dzikość.
Ale tamte sny nigdy nie były nawet w połowie tak realne jak ten, dźwięki
i zapachy tak ostre, światło słoneczne tak jaskrawe. Ona klęczy nad
strumieniem i patrzy na kłody stłoczone tuż pod powierzchnią, na wodne
rośliny, których nazw nie zna. Małe rybki śmigają w podwodnej plątaninie
rozłupanych pni i konarów. Woda nie jest tutaj głęboka, na mulistym dnie
są ślady, odciski zostawione przez płetwy, które kiedyś będą palcami
stóp, palcami, które jeszcze nie zapomniały o płetwach. Jej oczy
podążają za tymi śladami do miejsca, gdzie coś dużego zsuwa się z płycizny na głębszą wodę. Głowa szeroka jak u ropuchy przecina
powierzchnię, czujne czarne oczy obserwują ją przez chwilę, a potem
znikają: jedno machnięcie ogona i wężowe stworzenie znika w chmurze
mułu.
Anne Campbell wie, gdzie jest tym razem, a nie tylko kiedy. Ta puszcza
będzie pewnego dnia skalistym irlandzkim wybrzeżem. Znowu spogląda na
las. Las ciemniejszy i gęściejszy niż wszystkie pomieszane sny
ludzkości. Zamyka oczy, słyszy zimny deszcz padający na dach hotelu
odległego o eony.
- Jeszcze nie, Anne - mówi za nią ktoś o głosie Morrisa.
Ona otwiera oczy, ale nikogo tam nie ma oprócz sprzedawcy precli, a on
chyba nawet jej nie zauważył. Anne wstaje i otrzepuje piasek z dżinsów.
I wtedy dostrzega srebrną rzecz błyszczącą na brzegu potoku,
siedmiokątny dysk, który nie jest monetą. Ona teraz to wie, i wie, że
nie jest to również część żyjącej kiedyś istoty. Coś zrobionego z metalu, zaprojektowanego. Schyla się i podnosi to coś: jest lodowate w dotyku, dostatecznie zimne, żeby sparzyć wnętrze jej dłoni. Ale ona musi
zobaczyć znaki wyryte w tej rzeczy, symbole, których nie rozpoznaje i nie potrafi odczytać, runy albo nieznane pismo klinowe wokół obrazu
pośrodku dysku: twarzy otoczonej mackami, z dziobem papugi i skrzydłami
smoka. Nagle ogłuszający trzask pioruna z jasnego nieba i Anne upuszcza
tę rzecz, a ona wpada do wody z cichym, ale wyraźnym pluskiem i zanurza
się między martwe gałęzie, gdzie zniknęły małe rybki. Chce po nią
sięgnąć, ale myśli o ostrych jak brzytwa szczękach zawiasowców, o ząbkowanych pazurach wielkoraków (truchtających na odnóżach jak u skorpiona), i spogląda w nieskończone błękitne sklepienie.
- Co miałam zobaczyć? - pyta we śnie bezchmurnego nieba, z którego
jednak uderzył piorun, tak jak wcześniej słyszała bezcielesny głos
Morrisa Whitneya.
Po raz pierwszy zaczyna się bać, chce się obudzić, bo coś porusza się w paprociach po drugiej stronie potoku, coś ogromnego, i znowu ten grzmot,
który nie jest prawdziwym grzmotem, brzmi jak rozdarcie w niebie. Pada,
ale to nie woda leci z góry. Anne mocno zaciska powieki. Nie ma
magicznych czerwonych pantofelków, więc powtarza imię Morrisa, raz po
raz, podczas gdy piekące brudne krople sieką jej twarz, a sadzawka u jej
stóp robi się czerwona i paruje.
***
Teraz jest ranek, burza ustała, przewiana na południe do Bantry i Skibbereen, nad Morze Celtyckie. Niebo jest idealnie błękitne, kiedy
Anne jedzie sama na klify. Zardzewiały fioletowy rower pożyczony od
hotelowego kucharza, kręta droga na północ przez las Glanleam, obok
latarni morskiej, a potem węższym szlakiem na zachód, bardziej ścieżką
dla owiec, obok stromego wzniesienia Reenadrolaun i dalej do Culloo.
Morskie powietrze chłodzi jej twarz, dłonie, nogi ją bolą, zanim dociera
na miejsce.
Widzi stojącą przy klifach dziewczynę na długo przed tym, jak zbliża się
na tyle, by rozpoznać Máire, jej zmierzwione czarne włosy i gruby
wełniany kardigan. Studentka patrzy na spienione grzywacze, w prawej
ręce trzyma coś ciemnego. Anne zatrzymuje się, stawia rower na nóżkach i przechodzi ostatnich dziesięć czy dwadzieścia metrów. Ale jeśli Máire ją
słyszy, nie daje tego po sobie poznać. Stoi zupełnie bez ruchu i obserwuje niespokojne, burzowe morze.
- Máire?! - woła Anne. - Cześć! Nie spodziewałam się ciebie tutaj.
Dziewczyna odwraca się powoli, sztywno, jak ktoś na wpół śpiący, a Anne
myśli, że może płakała, oczy ma zaczerwienione, mokre zielone oczy i ciemne sińce pod nimi, jakby od dawna nie spała.
- Chcę zadać ci pytanie o jedno ze zdjęć. Mam je...
I nagle Anne dostrzega, co dziewczyna naprawdę trzyma w ręce: mały
czarny pistolet. Máire uśmiecha się do niej.
- Dzień dobry, doktor Campbell.
Mija chwila, zanim Anne odpowiada, dwa uderzenia serca przed tym, jak
udaje się jej oderwać wzrok od pistoletu. Słońce odbija się od krótkiej
chromowanej lufy.
- Dzień dobry, Máire - mówi w końcu. W ustach ma sucho, słowa wydobywają
się z nich ciche i bezdźwięczne.
- Dobrze pani spała? - pyta ona, a Anne kiwa głową. Máire odwraca się z powrotem w stronę morza. - Bałam się, że będzie pani miała złe sny. Wie
pani, po obejrzeniu tych wszystkich fotografii.
- Co to za dysk na zdjęciu, Máire? Wiesz, co to jest, prawda? - Anne
robi krok w jej stronę, krok bliżej do miejsca, gdzie kończy się miękka
ziemia, a zaczyna szary kamień.
- Nie zabiłam go - mówi dziewczyna. - Chcę, żeby pani to wiedziała. Nie
zrobiłam tego. I Bill też nie. - Jej drżący palec zaciska się wokół
spustu, kiedy Anne jest zaledwie metr od niej, kiedy dzielą je jeszcze
dwa albo trzy kroki. - To, co zrobiliśmy, jest wystarczająco złe. Ale to
nie było morderstwo.
- Będziesz musiała mi wyjaśnić, o czym mówisz. - Anne boi się poruszyć,
boi się również stać bez ruchu.
Máire znowu się do niej odwraca.
- Nie miała pani zobaczyć tych zdjęć, doktor Campbell. Zamierzałam je
spalić. Po tym, co zrobiliśmy ze śladami, mieliśmy spalić wszystko.
Z jasnych zielonych oczu płyną świeże łzy, a Anne widzi, że pogryziona
dolna warga jest czerwona, na brodzie świeża krew. Anne robi następny
krok.
- Dlaczego mieliście spalić zdjęcia? Czy Morris kazał ci je spalić,
Máire?
Pusty, zdziwiony wyraz twarzy i krzywy uśmiech, a potem Máire kręci
głową i pociera lufą pistoletu o sztruksowe spodnie.
Mówi coś, czego Anne nie rozumie, a co brzmi jak: Theena dow'an.
- Nie znam irlandzkiego. - Anne błaga, chce zrozumieć.
Widzi urazę i gniew w oczach Máire, bezdenne poczucie winy rosnące jak
rak. Dziewczyna unosi pistolet i przykłada lufę do swojej prawej skroni.
- O Boże, nie, Máire.
Dziewczyna znowu szepcze te dwa słowa:
- Theena dow'an.
Potem odwraca się do morza i w tej samej chwili naciska spust. Huk
wystrzału brzmi jak grzmot z koszmaru Anne Campbell i jest to dźwięk
rozdzieranego nieba, odgłos fal rozbijających się o poszarpany skalisty
brzeg.
Tak ucieka świat
Tak ucieka świat
- Gwiazdka z nieba za twoje myśli - mówi ona.
A Gable, dziewczyna o srebrnych oczach i zębach jak ostatni dzień zimy,
wskazuje na nocne niebo rozciągające się wysoko nad Providence.
Tajemnicze nocne niebo nad Nową Anglią i szeroką rzeką Seekonk. Kilka
kilometrów dalej na północ trzeba nazywać ją Pawtucket, ale tutaj, gdzie
pełna ryb omywa Swan Point i strome zbocza cmentarza, nadal jest
Seekonk. Dalej widać pomarańczowe industrialne światła Filadelfii.
Martwa Dziewczyna mruga raz czy dwa, żeby pozbyć się smaku z ust, a potem podąża wzrokiem za brudnym palcem Gable. Na wschodzie przemyka
przez niebo smuga białego światła.
- Bardzo ładne, ale one nie są naprawdę, wiesz - mówi ona.
Gable się krzywi, by pokazać, że nie rozumie. Jej blada twarz jest
pomarszczona jak u bardzo starej kobiety, twarz jak wyschnięte jabłko.
- Nie są naprawdę czym? - pyta.
- Gwiazdami - odpowiada Martwa Dziewczyna. - To tylko meteoryty. Kawałki
skały i metalu mknące przez kosmos i spalające się, gdy za bardzo się
zbliżą. Ale to nie są gwiazdy. Nie, jeśli spadają w taki sposób.
- Albo anioły - szepcze Bobby i zaraz wraca do jedzenia jeżyn, które
zerwał z krzaków rosnących wzdłuż brzegu.
- Nigdy nie mówiłam nic o aniołach - warczy Gable, a chłopiec rzuca w nią jeżyną. - Jest dużo różnych słów na anioły.
- I na spadające gwiazdy - stwierdza Martwa Dziewczyna z kamienną
stanowczością, by wiedzieli, że ona jedynie o tym chce słyszeć: o meteorytach, które przestają być meteorami, o Seekonk zmieniającej się w Pawtucket, bo przecież chodzi jedynie o odległość między jednym punktem
a drugim. Równie arbitralną jak każda zmiana, więc znowu przyciska usta
do lewego nadgarstka biegającej damy. Został w nim duch pulsu nie
grubszy od prześcieradła, stygnące mięso w jej zębach, ciało, które
równie dobrze mogłoby być gliną, gdyby nie to, że nadal zostało w nim
kilka czerwonych kęsów. Odgłos jej pracowitych warg nie różni się tak
bardzo od dźwięku fal bijących o brzeg.
- Znam siedem słów na szary - mówi Bobby z ustami pełnymi nasionek,
pulpy i ciemnego soku ściekającego po fioletowej brodzie. - Wziąłem je
ze słownika.
- Jesteś małym pedałem - warczy na niego Gable o rtęciowych oczach. Jej
dolna warga jest napuchnięta, jakby znowu ktoś ją pobił.
Martwa Dziewczyna wie, że nie powinna kłócić się z Gable o spadające
gwiazdy i anioły. Następnym razem będę o tym pamiętała, myśli.
Następnym razem uśmiechnę się i powiem to, co ona chce usłyszeć. Kiedy
wreszcie kończy z biegającą panią, cicho jak mysz pierwsza sunie w swoich jedwabnych pantoflach przez błoto i kamyki, a rzeka jest tak
zimna jak spadające gwiazdy w sierpniową noc.
***
Godzina i cztery minuty po północy w dużym domu przy Benefit Street, a duchy nadal dłubią w ciałach w piwnicy. Martwa Dziewczyna siedzi z Bobbym na schodach, które prowadzą do muzyki i rozmów na górze, do
elektrycznych świateł i ostro-słodkich chmur dymu opiumowego; tutaj na
dole są tylko świece, a powietrze pachnie nagimi ziemnymi ścianami i pleśnią, zabalsamowanym mięsem rozłożonym na długim rzeźnickim stole.
Kiedy ghule pracują w taki sposób, stoją na krzywych tylnych nogach i przysuwają do siebie psie pyski. Bardzo chudy o imieniu Barnaby (jego
nerwowe uszy są wyczulone na każdy odgłos kroków na piętrze, na każde
skrzypnięcie drzwi, jakby kogoś Na Górze w ogóle obchodziło, co oni
robią Na Dole) bierze zardzewiały nóż do oddzielania kości i unosi nim
pasek suchego ciała koloru starej gumy do żucia.
- To gastrocnemius - mówi, a żółto-pomarańczowa tęczówka jego lewego
oka niespokojnie wędruje w stronę innych, zwłaszcza pani Terpsychory.
Ona kręci głową i śmieje się w sposób, który sprawia, że wszystkie ghule
też wybuchają śmiechem. Tak śmiałyby się głodne psy, gdyby się
odważyły, myśli Martwa Dziewczyna i zaczyna żałować, że ona i Bobby
jednak nie poszli do Warwick z Gable i Dozorcą.
- Nie, to jest soleus, kochaniutki - mówi pani Terpsychora i rzuca
Barnaby'emu szyderczy uśmiech, wypraktykowane skrzywienie czarnych warg,
pożółkłe zęby jak zaostrzone klawisze pianina, szybki ruch długiego
różowego języka po pysku. - Gastrocnemius jest tam. Nie uważałeś.
Barnaby marszczy brwi i drapie się po głowie.
- Gdybyśmy kiedyś dostali coś świeżego, może bym je odróżniał - tłumaczy
się burkliwie.
Martwa Dziewczyna wie, że sekcja zaczyna nudzić Bobby'ego. Chłopak zerka
przez ramię na drzwi piwnicy i na sączący się spod nich ciepły blask.
- A teraz proszę pokazać mięsień strzałkowy długi - rzuca profesorskim
tonem pani Terpsychora.
Słychać niecierpliwe szczękanie, kiedy Barnaby grzebie w swojej torbie,
szukając nożyc do drobiu, widelca do ostryg, jednego albo drugiego, albo
czegoś całkiem innego.
- Chcesz na chwilę wrócić na górę? - pyta Martwa Dziewczyna, a chłopak
wzrusza ramionami, ale nie odrywa oczu od drzwi piwnicy, nie odwraca
się, żeby obserwować ghule.
- Więc chodźmy. - Wstaje i bierze go za rękę, a pani Terpsychora w końcu
ich zauważa.
- Nie rób tego, proszę, kochaniutka - mówi. - Zawsze lepiej jest z publicznością, a jeśli pan Barnaby kiedyś znajdzie właściwe narzędzie,
może jeszcze zobaczymy skórowanie i pozyskiwanie tłuszczu.
Inne ghule parskają śmiechem.
- Chyba ich nie lubię - szepcze Bobby, a Martwa Dziewczyna tylko kiwa
głową i prowadzi go do schodów wiodących na przyjęcie.
***
Bobby mówi, że chce coś do picia, więc idą najpierw do kuchni, gdzie z hałaśliwej antycznej lodówki on bierze colę, a ona dla siebie heinekena.
Odkręca kapsel z chłodnej zielonej butelki i sączy gorzkie holenderskie
piwo; nigdy nie lubiła tego smaku, ale czasami wydaje się, że jest
strasznie dużo rzeczy, których wcześniej nie lubiła. Piwo jest bardzo,
bardzo zimne i spłukuje resztki piwnicznego powietrza, pylisty posmak
grzybów, suchego klepiska i miliona mikroskopijnych zarodników
szukających miejsca do rozwoju.
- Chyba w ogóle ich nie lubię - wyznaje Bobby, nadal szepcząc, chociaż
teraz są na górze.
Martwa Dziewczyna chce mu powiedzieć, że już nie musi szeptać, ale wtedy
przypomina sobie Barnaby'ego, jego czujne psie uszy, i już nic nie mówi.
Prawie wszyscy siedzą razem we frontowym salonie, przestronnym pokoju
pełnym książek. Witrażowa lampa rozsiewa słodkie i gorzkie landrynkowe
kolory, cukierkowe światło, które razi ją w oczy. Kiedy pierwszy raz
wpuszczono ją do żółtego domu przy Benefit Street, Gable pokazała jej
wszystkie lampy, wszystkie książki, wszystkie pokoje, jakby należały do
niej. Jakby tu było jej miejsce, a nie na mulistym dnie rzeki Seekonk,
kolejna ładna, zniszczona istota w domu pełnym rzeczy, które są ładne
albo zniszczone, albo jedno i drugie. Część z tych antyków oddycha, inne
nie. Niektóre, jak panna Josephine, zapomniały, jak i po co oddychać,
nie licząc mówienia.
Siedzą wokół niej w czarnych pogrzebowych ubraniach, na krzesłach
zrobionych w roku tysiąc siedemset pięćdziesiątym czwartym albo trzecim.
Nierówny krąg mężczyzn i kobiet, których widok zawsze nasuwa Martwej
Dziewczynie myśl o krukach zgromadzonych nad padliną, wronach wokół
ciała szopa pracza, bijących się o najlepsze kąski; ostre dzioby
wymierzone w jej jasne szafirowe oczy, porcelanowe czubki palców albo
ciche, niebijące serce. Cesarzowa jest jak zwierzę rozjechane przez
samochód, myśli Martwa Dziewczyna, ale nie śmieje się na głos, choć ma
ochotę wyśmiać te sztywne przeżytki, tragiczne figury woskowe sączące
absynt i wsłuchujące się w każde słowo panny Josephine jak w ewangelię,
jak w zbawienie. Lepiej wymknąć się niepostrzeżenie i znaleźć dla siebie
i Bobby'ego jakieś miejsce, gdzie nie będą przeszkadzać.
- Widział pan wielki pożar, signor Garzarek? - pyta panna Josephine i patrzy na książkę, którą trzyma otwartą na kolanach, zieloną jak butelka
piwa Martwej Dziewczyny.
- Nie, nigdy - odpowiada jedna z figur woskowych, wysoki mężczyzna o przylizanych włosach i za dużych w stosunku do głowy, ostro zakończonych
uszach. - Nie lubię takich rzeczy.
- Ale to było piękne - zapewnia go panna Josephine i milknie, nie
odrywając wzroku od zielonej książki. Po tym, jak jej oczy poruszają się
po stronicach, widać, że czyta to, co jest na nich wydrukowane. - Nie,
to nie jest właściwe słowo. To w ogóle nie jest właściwe słowo.
- Byłam w Dreźnie - odzywa się jedna z kobiet.
Panna Josephine podnosi głowę i patrzy na nią, jakby nie pamiętała, jak
się nazywa ta figura woskowa.
- Nie, nie, Addie, to nie tak. O, jestem pewna, że Drezno też było
wspaniałe, owszem. Ale to nie było coś, co zrobił człowiek. Tylko coś,
co zrobiono ludziom. I właśnie dzięki temu jest to rzecz prawdziwie
transcendentna, prawdziwie... - Panna Josephine wraca wzrokiem do książki,
jakby gdzieś w niej było słowo, którego jej zabrakło.
- Więc niech nam pani przeczyta - prosi signor Garzarek i wskazuje
dłonią w rękawiczce na zieloną książkę.
Panna Josephine spogląda na niego błyszczącymi niebieskimi oczami.
Oczami, które wydają się jednocześnie wdzięczne i złośliwe.
- Jesteście pewni? - pyta. - Nie chciałabym was zanudzić.
- Proszę - odzywa się mężczyzna, który nie zdjął melonika i chyba ma na
imię Nathaniel. - Zawsze lubimy słuchać, jak pani czyta.
- Cóż, skoro jesteście pewni - mówi panna Josephine, prostuje się na
sofie, chrząka, poprawia fałdy czarnej satynowej sukni, która wygląda na
równie starą jak krzesła.
- "Właśnie to przyszło następne... ogień". - Teraz jest to lektorski głos.
Martwa Dziewczyna zamyka oczy i słucha. - "Wybuchł wszędzie. Ognista
fala zniszczenia przyniosła ze sobą płonącą pochodnię... Agonię, śmierć i płonącą pochodnię. Było tak, jakby demon biegał z tą pochodnią od
miejsca do miejsca. Płomienie strzelały z na wpół zawalonych budynków
wzdłuż całej Market Street. Usiadłam na chodniku i wyjęłam rozbite szkło
z podeszew moich stóp, włożyłam ubranie. Wszystkie słupy elektryczne
runęły!".
I tak przez następnych dwadzieścia minut, przyjazny półmrok i panna
Josephine czytająca z zielonej książki, podczas gdy Bobby siorbie colę,
a woskowe kruki nie wydają żadnego dźwięku. Martwa Dziewczyna kocha rytm
głosu panny Josephine, niczym kadencja deszczu w upalny dzień albo lody,
to właśnie taki rodzaj głosu. Ale byłoby lepiej, gdyby czytała coś
innego. Może Rymy o sędziwym marynarzu albo Keatsa czy Tennysona. Ale
to lepsze niż nic, więc Martwa Dziewczyna słucha całkiem zadowolona, i mniejsza o trzęsienia ziemi czy pożary, dym i krzyki umierających ludzi
i koni. Liczy się brzmienie głosu, a nie słowa czy coś innego. I jeśli
ona tak to czuje, podobnie jest z milczącymi figurami woskowymi
siedzącymi na sztywnych kolonialnych krzesłach.
Kiedy panna Josephine kończy, zamyka książkę i uśmiecha się, kłując ich
widokiem ostrych białych zębów.
- Znakomite - mówi Nathaniel.
- O tak, znakomite - włącza się Addie Goodwine.
- Naprawdę jest pani przewrotną istotą, Josephine - stwierdza signor
Garzarek, zapala grube cygaro i wydmuchuje skłębioną dymną zjawę. -
Rozkoszna perwersja owinięta w tak zwyczajne opakowanie.
- A zatem pisałam jak James Russell Williams - oznajmia z dumą panna
Josephine. - I nawet mi zapłacili.
Martwa Dziewczyna otwiera oczy, Bobby skończył colę i teraz turla pustą
butelkę tam i z powrotem po dywanie, jakby wałkował ciasto.
- Podobało ci się? - pyta go Martwa Dziewczyna, a on wzrusza ramionami.
- Ani trochę?
- Nie było takie złe jak ghule - odpowiada chłopak, ale na nią nie
patrzy. Ostatnio nie patrzy bezpośrednio na nikogo.
Mija kilka minut, po czym panna Josephine nagle przypomina sobie o czymś, co znajduje się w innym pokoju, a co chciałaby pokazać figurom
woskowym, co muszą zobaczyć: urnę albo mosiężny zegar słoneczny,
najnowszy skarb ukryty we wnętrznościach wielkiego zagraconego domu.
Wychodzą za nią z salonu do holu, gawędząc i zostawiając za sobą dym
cygarowy i papierosowy. I nawet jeśli ktoś zauważył Bobby'ego i Martwą
Dziewczynę siedzących na podłodze, udaje, że ich nie widzi. Co Martwej
Dziewczynie odpowiada; nie lubi ich wszystkich, ich niezdrowego zapachu,
skrywanej desperacji w oczach.
Panna Josephine zostawiła książkę na żurawinowej sofie, więc kiedy
ostatni wampir znika, Martwa Dziewczyna wstaje, podchodzi do kręgu
krzeseł i patrzy na zieloną okładkę.
- Co tam jest napisane? - pyta Bobby, więc ona odczytuje mu tytuł. -
Horror trzęsienia ziemi, pożaru i głodu w San Francisco.
Potem bierze książkę i pokazuje mu okładkę, wyblakłe złote litery
tłoczone na zielonym płótnie. Pod spodem kobieta w ciemnych szatach, ze
stopami w ogniu i wodzie, z chaosem oplecionym wokół kostek, kłania się
rzędowi roztrzaskanych marmurowych kolumn i kamieniowi narożnemu z wyrytymi na nim słowami: "Ku pamięci kalifornijskich zmarłych - 18
kwietnia 1906".
- To dawno temu, prawda? - pyta Bobby.
Martwa Dziewczyna odkłada książkę.
- Nie, jeśli się jest panną Josephine. - Jeśli się jest panną
Josephine, to wydarzyło się zaledwie wczoraj, przedwczoraj. Jeśli się
nią jest... Ale takich myśli lepiej nie kończyć, lepiej w ogóle takich
rzeczy nie myśleć.
- Nie musimy wracać do piwnicy, prawda? - dopytuje się Bobby.
Martwa Dziewczyna kręci głową.
- Nie, jeśli nie chcesz.
Podchodzi do okna i patrzy na Benefit Street, na przejeżdżające nią
samochody, na żywych ludzi z ich błahymi powodami, żeby nienawidzić
czasu. Po chwili zbliża się Bobby i staje obok niej. Bierze ją za rękę.
***
Martwa Dziewczyna gromadzi swoje sekrety w starym pudełku po cygarach -
tych kilka, których nie może po prostu zachować w głowie - a stare
pudełko trzyma na półce w mauzoleum na Swan Point. Pod wypielęgnowanym
wzgórzem, które wznosi się ostro od brzegu rzeki, stromym wzgórzem
przystrojonym zmarłymi, w chłodnej ciemności pod zieloną trawą i szumiącymi na wietrze gałęziami drzew. Tylko Bobby wie o pudełku, a ona
sądzi, że chłopak zachowa to dla siebie. On rzadko z kimś rozmawia,
zwłaszcza z Gable. Martwa Dziewczyna wie, co zrobiłaby Gable, gdyby
dowiedziała się o pudełku, wydaje się jej, że wie, i to wystarczy, żeby
ukrywała je w mauzoleum.
Dozorcy zamurowali front krypty lata temu, ale zostawili małą kratkę z kutego żelaza tuż pod marmurowym zwornikiem i spatynowaną tabliczką z nazwiskiem Stanton, choć Martwa Dziewczyna nie ma pojęcia, dlaczego tak
zrobili. Może po to, żeby robale mogły przez nią wchodzić i wychodzić
albo żeby ci wszyscy martwi Stantonowie mogli czasami zaczerpnąć
świeżego powietrza, choć kratka nie jest na tyle duża, żeby przecisnęły
się przez nią nietoperze, jerzyki czy szczury. Nadal jednak zostaje dużo
miejsca między prętami, żeby Martwa Dziewczyna i Bobby zdołali wśliznąć
się do środka, kiedy ona chce spojrzeć na rzeczy, które trzyma w starym
pudełku po cygarach.
W noce takie jak ta, po długich przyjęciach, po tym jak panna Josephine
w końcu traci zainteresowanie swoimi woskowymi krukami i przepędza je
wszystkie (oczywiście z wyjątkiem ghuli, które do woli chodzą sobie
tunelami w piwnicy). Została jeszcze ciemnoszara godzina do
znienawidzonego świtu, ale Martwa Dziewczyna wie, że Gable już pewnie
czeka na nich w rzece, może jednak poczekać kilka minut dłużej.
- Może przyjść nas szukać - mówi Bobby, kiedy są w środku mauzoleum, a on staje na palcach, żeby wyjrzeć na zewnątrz, lecz kratka jest
trzydzieści centymetrów nad jego głową.
- Nie przyjdzie - zapewnia go Martwa Dziewczyna i wmawia sobie, że to
prawda, że Gable zbyt się cieszy, że jest z powrotem na dole w ciemności, żeby zawracać sobie nimi głowę. - Pewnie już śpi.
- Może. - Bobby nie brzmi ani trochę na przekonanego. Siada na
marmurowej posadzce i obserwuje Martwą Dziewczynę rtęciowymi oczami,
lustrzanymi oczami tak pełnymi światła, że będą widziały nawet wtedy,
gdy ostatnia gwiazda w całym przeklętym wszechświecie wypali się i zmieni w wirujący żużel.
- Pozwól, że ja będę się martwić o Gable - mówi Martwa Dziewczyna i otwiera pudełko.
Widzi, że wszystkie skarby nadal są w środku, tak jak je zostawiła.
Gazetowe wycinki, garść monet, cynowy medalik ze św. Krzysztofem i prawa
ręka plastikowej lalki. Trzy klucze i kawałek aksamitu w kolorze indygo,
poplamiony na kasztanowo wzdłuż brzegów. Rzeczy, które nic nie znaczą
dla nikogo oprócz Martwej Dziewczyny; jej puzzle. Nikt inny nie wie, jak
te kawałki do siebie pasują. Albo nawet czy w ogóle pasują. Czasami
nawet ona nie pamięta, ale i tak czuje się lepiej, kiedy je widzi, kiedy
ich dotyka, kiedy bierze je do ręki.
Bobby niecierpliwie bębni palcami w podłogę, a kiedy ona na niego
patrzy, chłopak marszczy brwi i spogląda w sufit.
- Przeczytaj mi to o Mercy - prosi on, a Martwa Dziewczyna opuszcza
wzrok na pudełko po cygarach Hav-a-Tampa.
- Robi się późno, Bobby. Ktoś może mnie usłyszeć.
Chłopak nie ponawia prośby, tylko gapi się w sufit i bębni palcami po
podłodze.
- To nawet nie jest bajka - mówi Martwa Dziewczyna i wyjmuje z pudełka
jeden z wycinków. Orzechowego koloru papier zrobił się niemal tak
kruchy, jak ona czuje się w środku, słowa na nim wydrukowane mają ponad
wiek.
- To prawie jak bajka, kiedy ty czytasz - odpowiada Bobby.
Przez chwilę Martwa Dziewczyna stoi zupełnie bez ruchu i słucha
ostatnich cichnących powoli nocnych dźwięków i tych bardziej obcych,
które pojawiają się tuż przed świtem; ptaków, ślepego przekopywania się
dżdżownic przez ziemię, owadów i syreny okrętowej w porcie Providence,
palców Bobby'ego bębniących po marmurze. Myśli o pannie Josephine i jej
kojącym głosie, lodowym głosie w każdej pustej chwili wieczności. I zaczyna czytać.
List do
"Pawtuxet Valley Gleaner",
marzec 1892
Exeter Hill
Panie Wydawco,
Jako że po ekshumacji trzech ciał na cmentarzu Exeter dnia siedemnastego
bieżącego miesiąca powstał spory rozgłos, podam główne fakty, które
zdobyłem dla Pańskich czytelników. Na początek powiemy, że nasz sąsiad,
dobry i szanowany obywatel George T. Brown, stracił z powodu suchot żonę
i dwie dorosłe córki. Żonę i matkę osiem lat temu, starszą córkę Olive
dwa lata później, zaś drugą Mercy Lenę dwa miesiące temu po trwającej
prawie rok tej samej strasznej chorobie. Dwa lata temu jedyny syn pana
Browna, Edwin A., młody, żonaty mężczyzna dobrych obyczajów, zaczął mieć
kłopoty z płucami. Gdy te się nasiliły, w nadziei na wyleczenie udał się
do słynnego Colorado Springs, dokąd później podążyła za nim jego żona, i choć przez jakiś czas wydawało się, że nastąpiła poprawa, wkrótce stało
się jasne, że nie ma żadnych prawdziwych korzyści z kuracji. W związku z silnym pragnieniem zarówno męża, jak i żony, by zobaczyć przyjaciół z Rhode Island, postanowili oni wrócić na wschód po trwającej osiemnaście
miesięcy nieobecności i zamieszkać z rodzicami pani Brown w Willet
Himes. Z przykrością musimy poinformować, że zdrowie Edwina nie jest
najlepsze. I teraz pora na najdziwniejszą część. Odrodzone pogaństwo czy
inne przesądy głoszą, że martwi pożywiają się żyjącymi krewnymi, kiedy
przyczyną ich śmierci były suchoty, i teraz doprowadzają tę osobę do
takiego samego stanu, a żeby tego uniknąć, według tego samego
autorytetu, rzeczony "wampir", który podobno zamieszkuje serce zmarłego
suchotnika, póki w tym organie pozostaje resztka krwi, musi być
skremowany, a popioły zebrane i w jakiejś formie podane chorej ofierze,
gdy (nie)rozsądnie oczekuje się szybkiego leku. Powiem tutaj, że mąż i ojciec zmarłych od początku wypierał się wiary w teorię o wampirach, ale
zmuszony okolicznościami przyjął inną, jeśli nie mądrzejszą radę i siedemnastego bieżącego miesiąca, jak już wcześniej wspomniano, trzy
ciała zostały ekshumowane, a następnie zbadane przez doktora Metcalta z Wickford (który jako niewierzący zrobił to niechętnie). Dwa ciała
najdłużej pochowane znajdowały się w stanie rozkładu i były pozbawione
krwi, natomiast ostatnie, pogrzebane od zaledwie dwóch miesięcy, miało w sercu, rzecz naturalna, trochę krwi, tak jak się spodziewał lekarz, więc
serce i płuca ostatniej zmarłej (M. Leny) zostały od razu spopielone,
ale nie wiadomo, co zrobiono z popiołami. Niewiele osób było przy tym
obecnych, a wśród nieobecnych znajdował się pan Brown. Choć nie
potępiamy tych działań, jako że ich celem było bez wątpienia uspokojenie
żyjących, wydaje się niewiarygodne, że ktoś może przykładać choćby
najmniejszą wagę do tej sprawy, tak całkowicie sprzecznej z rozumem i kłócącej się z Pismem, które mówi o "wytłumaczeniu się z nadziei
waszej", albo szukać wyjaśnień, których oczywiście nie da się doszukać w przytoczonej historii.
***
Z mułem i rybimi odchodami osiadającymi łagodnie na jej powiekach, z płucami wypełnionymi zimną wodą rzeki śpi Martwa Dziewczyna, z czarnym
jak sadza szlamem jako kocem, kokonem, z Bobbym wtulonym bezpiecznie w jej ramiona. Gable też tam jest, leży gdzieś w pobliżu, zwinięta jak
węgorz w korzeniach zatopionej wierzby.
W snach Martwa Dziewczyna liczy łodzie, które przepływają nad jej głową,
dziobami rozdzierając dzienne niebo, za sobą zostawiając wiry burzowych
chmur. Kraby i małe ślimaki gnieżdżą się w jej włosach, jej mokre myśli
suną gładko i kapryśnie jak Seekonk, jedna chwila albo wspomnienie
przechodzi płynnie w następne. A tą chwilą, tą tutaj, jest ostatnia noc,
kiedy jeszcze była żywą dziewczyną. Ostatnia mroźna noc przed Halloween,
ona najarana zakrada się na cmentarz Swan Point z chłopcem o imieniu
Adrian, którego poznała zaledwie kilka godzin wcześniej na głośnym i pełnym dymu chaosie koncertu Throwing Muses, Adrian Mobley i jego długie
żółte włosy jak promienie słońca albo najczystsza złota przędza.
Adrian nie chce albo nie może przestać chichotać z powodu żartu albo
tego całego zioła, które wypalili, a ona prowadzi go prosto Holly
Avenue, długą brukowaną drogą do Old Road i serca rozległego labiryntu
cmentarnych łupków i granitów. Nagrobki i bardziej ambitne pomniki stoją
w równych rzędach albo są rozrzucone bezładnie między drzewami, w sadzawkach odbija się wysoki biały księżyc, więc ona nie ma trudności ze
znajdowaniem drogi w mroku.
- Zamknij się. - Wężowe dźwięki wydobywają się z jej spierzchniętych
warg przez szczękające zęby. - Ktoś nas, kurwa, usłyszy.
Widzi swój oddech, duszę uciekającą przez parujące usta.
Potem Adrian otacza ją ramionami, wełniany sweter i ciepłe ciało, i szepcze jej do ucha coś, co powinna na zawsze zapamiętać, ale nie
pamięta. Tak jak zapomniała woń późnych letnich popołudni i słońca na
piasku. On ją całuje.
I za ten pocałunek ona pokazuje mu miejsce, gdzie jest pochowany
Lovecraft, ciche miejsce, do którego przychodzi, kiedy chce być sama,
bez innego towarzystwa oprócz własnych myśli i taktownych śpiących ciał
wokół. Obelisk rodziny Phillips, a potem jego mały nagrobek. Ona wyjmuje
plastikową zapalniczkę z przedniej kieszeni dżinsów i przysuwa płomień
do ziemi, żeby Adrian mógł odczytać napis: 20 sierpnia 1890 - 15 marca
1937, "I am Providence". Pokazuje mu dary, które zostawiają dziwni
pielgrzymi. Garść ołówków, zardzewiały śrubokręt, dwie pięciocentówki,
mała gumowa ośmiornica, odręczny list starannie złożony i przyciśnięty
kamieniem, żeby nie porwał go wiatr. List zaczyna się od słów "Drogi
Howardzie", ale ona dalej nie czyta, bo nic z tego nie jest napisane do
niej. Potem Adrian znowu próbuje ją pocałować.
- Nie, zaczekaj, jeszcze nie widziałeś drzewa - mówi ona.
Uwalnia się z chudych ramion Adriana Mobleya i odciąga go od obelisku.
Dwa kroki, trzy i oboje zostają pochłonięci przez cień ogromnej starej
brzozy. To drzewo musiało być stare, kiedy jej pradziadek był chłopcem.
Jego rozłożyste gałęzie są kudłate od jesiennych liści, korzeniami
niczym kostropate palce jakiegoś giganta sięgającego nieba chwyta się
ziemi ze strachu, że upadnie i będzie się wiecznie toczyć w stronę
gwiazd.
- Tak, więc to jest drzewo - mamrocze Adrian, nie rozumiejąc, nawet nie
próbując zrozumieć, a ona już wie, że przyprowadzenie go tutaj było
błędem.
- Ludzie wyrzeźbili te rzeczy - mówi i zapala zapalniczkę.
Trzyma migoczący niebiesko-pomarańczowy płomyk tak, żeby Adrian mógł
zobaczyć wszystkie graffiti zrobione scyzorykiem na gładkiej jasnej
korze drzewa. Niewymawialne imiona mrocznych, zmyślonych bogów i całe
fragmenty z Lovecrafta, brzytwa i atrament, żeby wytatuować te
okultystyczne rany i samotne wiadomości dla martwego człowieka. Ona
przesuwa palcem wskazującym po bliźnie w kształcie ryby z mackami wokół
głowy, parodii chrześcijańskiego ichtysa.
- Czyż to nie jest piękne? - szepcze.
I wtedy Martwa Dziewczyna widzi oczy obserwujące ich z najniższych
gałęzi drzewa, błyszczące, srebrne, złe oczy niczym monety wiszące
pośród nocy, niczym dziwne owoce.
- To gówno wcale nie wydarzyło się w ten sposób - mówi Gable. - To nawet
nie są twoje wspomnienia, tylko wspomnienia ukradzione jakiejś dziwce,
którą zabiliśmy.
- O, myślę, że ona to wie - śmieje się Dozorca i to jest gorsze niż
ghule szydzące z pani Terpsychory.
- Ja tylko chciałam, żeby on zobaczył to drzewo - mówi Martwa
Dziewczyna. - Chciałam pokazać mu coś, co jest wyryte na drzewie
Lovecrafta.
- Kłamczucha - rzuca szyderczo Gable.
Dozorca znowu parska śmiechem. Kuca na kurzu i opadłych liściach i zaczyna wyjmować spomiędzy zębów coś włóknistego.
Uciekłaby, ale rzeka prawie zmyła świat, tak że nie zostało nic oprócz
drzewa, księżyca i istoty, która schodzi po pniu na pajęczych nogach i rękach koloru pyłu kredowego.
Czy to jest Śmierć? Są ich dwie?
- Wiemy, że byś nas zapomniała, gdybyśmy cię wypuścili - mówi Gable. -
Udawałabyś, że jesteś niewinną ofiarą.
Jej suchy język na nadgarstku Martwej Dziewczyny jest szorstki jak
papier ścierny, język martwego kota. Nad nimi północne konstelacje
wirują w szalonym kalejdoskopowym tańcu wokół księżyca, drzewo jęczy i unosi kołyszące się ramiona do nieba, modląc się o dzień, o światło i uwolnienie od wszystkiego, co widziało i co jeszcze zobaczy.
Czy Śmierć jest towarzyszem tej kobiety?
Na błotnistym dnie Seekonk w cieniu Henderson Bridge powieki śpiącej
trzepoczą, kiedy Martwa Dziewczyna porusza się niespokojnie, płosząc
ryby, walcząc z marzeniami sennymi. Ale noc nadal jest odległa o godziny, czeka na drugim brzegu palącego dnia, więc ona mocniej przytula
Bobby'ego. Chłopiec wydaje z siebie małe, zagubione westchnienie, a rzeka je porywa i wlecze w stronę Narragansett Bay.
***
Martwa Dziewczyna siedzi sama na podłodze salonu domu przy Benefit
Street, sama, bo Bobby tej nocy jest z Gable. Ona pije heinekena i obserwuje żółte i oberżynowe kręgi, kreślone przez głosy figur woskowych
w stojącym, zadymionym powietrzu, i próbuje sobie przypomnieć, jak to
było, zanim poznała kolory dźwięków.
Panna Josephine podnosi karafkę i ostrożnie nalewa wodę z kranu na
kostkę cukru leżącą na łyżce durszlakowej. Kiedy woda i rozpuszczony
cukier opadają na dno kieliszka, likier zaczyna mętnieć, czysta,
przezroczysta szmaragdowa mieszanina alkoholu i ziół szybko zmienia się
w mleczną, nieprzejrzystą zieleń.
- Oczywiście - mówi panna Josephine do uważnego kręgu kruków. - Pamiętam
Mercy Brown i Nellie Vaughn, i tamtego mężczyznę z Connecticut. Jak on
się nazywał?
- William Rose - podsuwa signor Garzarek, ale panna Josephine marszczy
brwi i kręci głową.
- Nie, nie. Nie Rose. On był tym dziwnym gościem z Peace Dale, pamięta
pan? Nie, ten człowiek z Connecticut nazywał się inaczej.
- To byli szaleńcy, oni wszyscy - odzywa się Addie Goodwine nerwowo i sączy absynt. - Wycinali serca i wątroby z trupów, palili je, zjadali
popioły. To niedorzeczne. Nawet gorsze od tego, co robią tamte. -
Kieruje znacząco wzrok na podłogę, w stronę piwnicy i ghuli.
- Oczywiście, że tak, moja droga - mówi panna Josephine.
- Ale ta mała Vaughn, Nellie, rozumiem, że nadal jest czymś w rodzaju
sensacji wśród paczki z miejscowego liceum. - Signor Garzarek uśmiecha
się i wyciera wilgotne czerwone wargi koronkową chusteczką. - Oni
kochają te swoje historie o duchach, wiecie. Epitafium na jej nagrobku
musi być dla nich niewyczerpanym źródłem rozkoszy.
- A jak ono brzmi? - pyta Addie, a kiedy panna Josephine odwraca się i patrzy na nią, ona wzdryga się i omal nie upuszcza kieliszka.
- Naprawdę powinnaś częściej wychodzić, kochana - stwierdza panna
Josephine.
- Tak - bąka Addie. - Tak, wiem. Powinnam.
Woskowa figura o imieniu Nathaniel miętosi brzeg czarnego melonika.
- Pamiętam - mówi. - "Obserwuję i czekam na ciebie". Tak to idzie,
prawda?
- Rozkoszne, mówię wam. - Signor Garzarek chichocze, osusza kieliszek i sięga po butelkę absyntu stojącą na srebrnej tacy.
***
- Co tam widzisz?
Chłopiec, którego Martwa Dziewczyna nazywa Bobby, stoi w oknie salonu
panny Josephine, otwartym oknie, tak że do środka wpada śnieg, małe
zaspy leżą u jego stóp. Bobby odwraca się, kiedy słyszy jej pytanie.
- Na ulicy był niedźwiedź.
Chłopiec wkłada jej w ręce przycisk do papieru, szklaną kulę wypełnioną
wodą. Kiedy ona nią potrząsa, w środku wirują białe płatki. Miniaturowa
zamieć uwięziona w jej dłoni, plastikowy śnieg osiada wolno na
zamarzniętym polu, na stodole, ciemnej linii nagich drzew w oddali.
- Nie widziałeś niedźwiedzia - mówi Martwa Dziewczyna, ale sama nie
patrzy na ulicę, nie odrywa srebrnych oczu od przycisku do papieru.
Niemal zapomniała o stodole, o tamtym dniu i o burzy w styczniu, lutym
albo marcu, więcej lat temu, niż potrafiłaby zliczyć, o wietrze wyjącym
jak stado głodnych wilków.
- Widziałem - z oburzeniem upiera się Bobby. - Widziałem dużego czarnego
niedźwiedzia tańczącego na ulicy. Potrafię rozpoznać niedźwiedzia.
Martwa Dziewczyna zamyka oczy i wypuszcza kulę z palców, pozwala jej
stoczyć się z ręki. Wie, że kiedy przycisk uderzy w podłogę, roztrzaska
się na tysiąc kawałków. Świat się roztrzaska, wodne sklepienie się
roztrzaska i zaleje krwią niebo na podłodze, więc ona nie ma dużo czasu,
jeśli zamierza dobiec do stodoły.
- Myślę, że on znał nasze imiona - mówi chłopiec i w jego głosie brzmi
strach, ale kiedy Martwa Dziewczyna odwraca się, nie widzi Bobby'ego.
Za nią nie ma nic oprócz niewysokiego kamiennego murku dzielącego to
pole od sąsiedniego, oprócz łupkowych i granitowych głazów na wpół
zasypanych przez burzę. Wiatr chłoszcze jej skórę lodowatymi zębami jak
igiełki. Śnieg pada spiralami z ciężkich chmur, wiatr wprawia kurtyny
kryształków w wirujący taniec derwiszów.
- Zapominamy z jakiegoś powodu, dziecko - mówi Dozorca
rdzawo-karmazynowym głosem utkanym ciasno między powietrzem a każdym z osobna płatkiem śniegu. - Czas jest zbyt ciężki, żeby unieść go dużo,
owiniętego wokół naszych szyj.
- Nie słyszę cię - kłamie Martwa Dziewczyna.
To, co on mówi, i tak nie ma znaczenia, bo ona już jest przy drzwiach
stodoły; obie ich części stoją otworem, jej ojciec będzie zły, będzie
wściekły, jeśli to zobaczy. Konie mogłyby się przeziębić, powie jej.
Krowy, powie, krowy już dają kwaśne mleko.
Zamknij drzwi i nie zaglądaj do środka. Zamknij drzwi stodoły i uciekaj
do domu.
- To spadło z nieba - powiedział ojciec dzień wcześniej. - Spadło,
krzycząc, z jasnego nieba. Nikt tego nie szukał. Nie sądzę, żeby
szukali.
- To był tylko ptak - odezwała się matka.
- Nie - rzekł ojciec. - To nie był ptak.
Zamknij drzwi i uciekaj.
Ale ona tego również nie robi, bo nie tak to się wydarzyło, nie tak się
dzieje. Naga istota kuca na słomie, krew patrzy na nią ładną twarzą
Gable. Odrywa usta od rozszarpanej szyi klaczy, krew wycieka spomiędzy
jej zaciśniętych zębów i skapuje po brodzie.
- Niedźwiedź śpiewał nasze imiona - upiera się Bobby.
I wtedy przycisk do papieru uderza w podłogę i wybucha nagłą, litościwą
mgiełką szkła i wody, która rozrywa zimowy dzień.
- Obudź się - mówi panna Josephine, niecierpliwie wypluwając słowa,
które pachną anyżkiem i kurzem, i znowu potrząsa Martwą Dziewczyną.
- Sądzę, że pani Terpsychora już kończy na dole. A Dozorca wkrótce
wróci. Nie możesz tu spać.
Martwa Dziewczyna mruga i zerka za pannę Josephine na kolorowe lampy w cukierkowych odcieniach. Letnia noc za oknem salonu, noc, która niesie
jej zgniłą duszę pod językiem, patrzy na nią oczami tak czarnymi i tajemniczymi jak dno rzeki.
***
W piwnicy pani Terpsychora, pani haków żebrowych i noży do krojenia
mięsa, oddala się jednym z wilgotnych ceglanych tuneli wraz ze swoją
sapiącą świtą. Ich brzuchy są pełne, ich wewnętrzne osobliwości nasycone
na kolejną noc, i tylko Barnaby zostaje, żeby posprzątać; to jego
umiarkowana kara za zbyt głębokie nacięcie twardówki i zniszczenie
fioletowego oka przeznaczonego dla jakiegoś cmentarnego potentata, cenne
ciało szkliste i ciecz wodnista przelana jego ręką. Na lewym uchu
Barnaby ma świeże rozcięcie w miejscu, gdzie pani Terpsychora uderzyła
go za to, że zniszczył taki delikates. Martwa Dziewczyna siedzi na
starej skrzynce i patrzy, podczas gdy on zeskrobuje żółć ze stołu ze
stali nierdzewnej.
- Nie jestem dobry w snach, obawiam się - wyznaje, marszcząc mokry
czarny nos.
- Ani w oczach - dodaje Martwa Dziewczyna.
Barnaby kiwa głową.
- Ani w oczach - zgadza się.
- Ja tylko pomyślałam, że mógłbyś mnie wysłuchać, to wszystko. To nie
jest rzecz, którą mogłabym opowiedzieć Gable albo Bobby'emu...
- On jest słodkim dzieciakiem - przerywa jej Barnaby, ściąga brwi i mocniej trze upartą plamę koloru spalonych orzechów.
- Ale ja nie mogę tego opowiedzieć nikomu innemu. - Martwa Dziewczyna
wzdycha.
Barnaby zanurza szczotkę ze świńskiej szczeciny w wiadrze z mydlinami i wraca do szorowania plamy.
- Pewnie bardzo nie zaszkodzę, jeśli tylko posłucham. - Ghul uśmiecha
się do niej krzywo i dotyka pazurem krwawiącego miejsca na prawym uchu,
które pani Terpsychora drasnęła ostrymi nożycami.
- Dziękuję, Barnaby - mówi Martwa Dziewczyna i zdartym czubkiem buta
bezmyślnie rysuje półokrąg na brudnej podłodze. - To zajmie tylko
minutę. Sen nie jest bardzo długi.
To, co mu opowiada, nie jest snem o Adrianie Mobleyu, drzewie Lovecrafta
ani o stodole i zamieci, o białej istocie czekającej na nią w stodole.
To inny sen, bezksiężycowa noc na Swan Point, ktoś rozniecił wielkie,
huczące ognisko na brzegu rzeki. Martwa Dziewczyna patrzy na płomienie
odbijające się w wodzie. Powietrze jest ciężkie od dymu drzewnego,
wypełnia je głodny dźwięk ognia. Bobby i Gable leżą na kamienistej
plaży, ułożeni jak przez grabarza, z rękami po bokach, z miedziakami na
powiekach. Oboje są rozcięci od obojczyków po krocze, od dziobu po rufę,
poszarpanym nacięciem w kształcie litery Y, ich wnętrzności lśnią mokro
w blasku ogniska.
- Nie, nie sądzę, że to ja zrobiłam - mówi Martwa Dziewczyna, choć to
nie jest prawda. Kreśli następny półkrąg na podłodze, żeby dotrzymał
towarzystwa pierwszemu.
Barnaby przestał szorować stół i patrzy na nią niespokojnie nieufnymi
oczami padlinożercy.
- Ich serca leżą razem na głazie. - Martwa Dziewczyna mówi teraz bardzo
cicho, niemal szepcze, jakby się bała, że ktoś na górze może słuchać.
Barnaby nastawia uszu i pochyla się ku niej. Serca leżą na głazie,
wątroby też, ona pali je w mosiężnej misie, aż nie zostaje z nich nic
oprócz tłustych popiołów.
- Myślę, że je jem - mówi Martwa Dziewczyna. - Ale potem przylatują
kosy, całe stado kosów, a ja słyszę tylko ich skrzydła. Ich skrzydła
siniaczą niebo.
Barnaby kręci głową, wydaje niespokojny, gardłowy dźwięk i znowu zaczyna
szorować stół.
- Powinienem nauczyć się wychodzić w porę - prycha. - Powinienem nauczyć
się, co nie jest moją cholerną sprawą.
- Dlaczego, Barnaby? Co to znaczy?
Z początku ghul nie odpowiada, tylko mamrocze do siebie, szczotka śmiga
tam i z powrotem po stole chirurgicznym, choć nie zostały na nim już
żadne plamy, nic oprócz mydlin, a blask świec odbija się od porysowanej
i wyszczerbionej srebrnej powierzchni.
- Dozorca wsadziłby mojej jaja do butelki z solanką, gdybym ci
powiedział. Odejdź. Wracaj na górę, gdzie twoje miejsce, i zostaw mnie w spokoju. Jestem zajęty.
- Ale ty wiesz, prawda? Słyszałam historię, Barnaby, o innej martwej
dziewczynie, Mercy Brown. Spalili jej serce...
Ghul szeroko otwiera pysk, ryczy jak lew w klatce i rzuca w nią
szczotką, ale ta przelatuje nad jej głową i uderza w półkę ze słojami
tuż za nią. Rozbite szkło, odór octu i peklowanych nerek. Martwa
Dziewczyna biegnie do schodów.
- Idź dręczyć kogoś innego, trupie - warczy za nią Barnaby. - Opowiadaj
swoje bluźniercze sny tamtym niemrawym zwłokom na górze. Poproś jednego
z tych nadętych pierdzieli, żeby wkurzył Dozorcę.
I rzuca coś jeszcze, coś lśniącego i ostrego, co przelatuje ze świstem
obok jej twarzy i wbija się w ścianę. Martwa Dziewczyna pędzi po dwa
schody naraz, zatrzaskuje za sobą drzwi piwnicy i przekręca klucz w zamku. I jeśli ktoś słyszy, jeśli panna Josephine, signor Garzarek albo
ktoś inny widzi ją, jak wypada przez frontowe drzwi i zbiega po schodach
żółtego domu przy Benefit Street, ma więcej rozumu niż Barnaby i zachowuje to dla siebie.
***
Na wschodzie widać cieniutki pas świtu znaczący horyzont, światło, jakie
wydzielałaby perła. Bobby podaje Martwej Dziewczynie inny kamień.
- To powinno wystarczyć - mówi ona, więc chłopiec siada na trawie na
skraju wąskiej plaży, żeby patrzeć, jak ona wpycha ten ostatni kawałek
skały do dziury, w której kiedyś znajdowało się serce Gable.
Dwanaście dużych kamieni, granitowe wnętrzności, które ściągną ciało
wampira prosto na dno Seekonk i tym razem ono tam już zostanie. Grubą
rolką szarej taśmy klejącej Martwa Dziewczyna pieczętuje ranę.
- Przyjdą po nas? - pyta Bobby.
Pytanie ją zaskakuje. Nie jest to rzecz, której by się po nim
spodziewała. Przestaje zaklejać tułów Gable taśmą i przez chwilę patrzy
na niego w milczeniu, ale on nie odwzajemnia spojrzenia, tylko wpatruje
się w odległy, nierówny pas światła dziennego.
- Mogą - odpowiada Martwa Dziewczyna. - Nie wiem tego na pewno. Boisz
się, Bobby?
- Będę tęsknił za panną Josephine - mówi on. - Będę tęsknił za tym, jak
czytała nam bajki.
Martwa Dziewczyna kiwa głową.
- Tak. Ja też. Ale zawsze będę ci czytać bajki. - I uśmiecha się, kiedy
to mówi.
Kiedy Martwa Dziewczyna wreszcie kończy, wrzucają ciało Gable do wody i podążają za nim na samo dno, zaklinowują je mocno między korzeniami
zatopionej wierzby pod mostem Henderson. Potem Bobby sadowi się blisko
Martwej Dziewczyny i po chwili zasypia, pogrąża się we własnych snach, a ona zamyka oczy i czeka, aż świat znowu się obróci.
Szafka 34, szuflada 6
Szafka 34, szuflada 6
17:46
Stare kino przy Asylum Street cuchnie zastarzałym popcornem i rozlanymi
napojami, które skwaśniały na lepiących się podłogach. Kobieta siedząca
w ostatnim rzędzie z kartonowym otwartym pudełkiem na kolanach zamyka
oczy. Kilka cennych sekund wolnych od niedorzeczności dziejących się na
ekranie, tylko kinowy smród i dźwięki filmu - krzyk, plusk, wystrzał -
potem mężczyzna znowu kaszle. Chudy mężczyzna w granatowej fedorze i wyświechtanej gabardynowej marynarce, mężczyzna o nazwisku, które brzmi
jak smak lodów, a kiedy ona otwiera oczy, on nadal siedzi w rzędzie
przed nią, patrzy na nią wyczekująco nad oparciem fotela. Ekran stanowi
wielkie prostokątne halo wokół jego głowy, sto tysięcy odcieni szarości.
- No więc tak to wygląda - mówi on.
- Już nie wiem, co widzę - wyznaje kobieta.
Mężczyzna kiwa głową bardzo powoli, z góry na dół, z góry na dół, jak
mała, jasna boja na morzu, a ona znowu patrzy na ekran, na człowieka w gumowym kostiumie potwora widocznego w migoczącym świetle, słucha
cichego, owadziego trzepotu projektora w kabinie nad jej głową.
- To tylko stary film - mówi doktor Solomon Monalisa, nie zadając sobie
trudu, żeby szeptać, bo w kinie nie ma nikogo oprócz ich dwojga, jego i jej, chudego, starego mężczyzny i mola książkowego z kartonowym
pudełkiem na kolanach. - Stary, głupi film do straszenia dzieci na
sobotnim popołudniowym seansie, do straszenia nastolatek.
- Tak? Taka jest prawda?
- Prawda - mówi on ze zmęczonym uśmiechem i znowu kaszle.
Mężczyzna o lodowym nazwisku wyjmuje chusteczkę z kieszeni na piersi i wyciera usta, a potem patrzy przez chwilę na swoją flegmę na płótnie,
jakby to były fusy herbaty, a on mógł odczytać z nich przyszłość.
- Tak, chyba tak można to nazwać - odpowiada Monalisa, chowając brudną
chusteczkę do kieszeni. - Można tak to nazwać, póki nie pojawi się
lepsze określenie.
Na ekranie pieczara pod czarnym amazońskim jeziorem, glicerynowa mgła i dym ze strzelby, skrzele stworzenia unoszą się i opadają, walcząc o oddech; wyłupiaste ślepia są puste jak szklane oczy wypchanej ryby.
- Już prawie koniec - mówi doktor Solomon Monalisa. - Zostaje pani do
końca?
- Mogłabym porozmawiać - szepcze kobieta, choć są sami.
Stwór ryczy, kiedy jego łuskowate ciało jest rozrywane przez kule, noże
i włócznie. Strużki ciemnej krwi płyną z lateksowej skóry. Stary
mężczyzna znowu kiwa głową. Ona nie odpowiedziała na jego pytanie.
- Mogłaby pani. Nie byłaby pani pierwsza.
- Czy koś próbowałby mnie powstrzymać?
- Ktoś już próbował, panno Morrow.
Teraz z kolei ona kiwa głową i odrywa wzrok od ekranu kinowego, od
wielkiej sceny śmierci człowieka w lateksowym kostiumie, od bezwładnego,
pozbawionego życia ciała istoty opadającej na dno samotnej laguny pełnej
wodorostów. Lacey Morrow patrzy na pudełko leżące na jej kolanach.
Gdybym nigdy nie znalazła tej przeklętej rzeczy, myśli. Gdyby ktoś
inny ją znalazł zamiast mnie. Oddałaby za to wszystko, lata wspomnień,
życie, gdyby mogła umrzeć, nie wiedząc tych rzeczy, które wie teraz.
- Cóż, tak to wygląda - powtarza doktor Solomon Monalisa, kiedy migają
ostatnie klatki filmu, ekran robi się biały, opada czerwona aksamitna
kurtyna i zapalają się światła. - Niezupełnie tak głupi, jak pamiętam.
Niezły sposób na spędzenie popołudnia.
- Będą mieli coś przeciwko temu, że trochę tutaj posiedzę? - pyta ona, a mężczyzna wzrusza chudymi ramionami, wstaje i wygładza klapy marynarki,
poprawia kołnierzyk koszuli.
- Nie. Nie sądzę, żeby mieli coś przeciwko temu.
Ona nie patrzy, jak Monalisa wychodzi, wpatruje się w pudełko. Jego buty
wydają ciche, nierówne dźwięki na klejącej się podłodze.
13:30
Budzenie się z niespokojnego snu o dzieciństwie, brzegu morza, siostrach
i o czymś wiszącym na rozległym, mięsożernym niebie, o czymś strasznym,
na co nigdy by nie spojrzała, choćby nie wiadomo co jej obiecywali.
Lacey mruga i zerka przez pokryte smugami okno pociągu na przesuwające
się za nim wiejskie okolice Connecticut, z pewnością już teraz
Connecticut, pewnie gdzieś daleko za Springfield w drodze do Hartford.
Zwariowana kołdra pól i pastwisk zeszytych ze sobą październikowymi
liśćmi, ognistymi gałęziami brzóz, buków i orzeszników porastających
czerwony jurajski piaskowiec. Potem dostrzega na zachodzie krętą
srebrnoszarą wstęgę rzeki, połyskującą w porannym słońcu. Trze oczy,
mruga w słonecznym blasku i żałuje, że się zdrzemnęła. Ale pociągi
niemal zawsze kołyszą ją do snu, wcześniej czy później, stały rytm kół
na torach jak bicie serca, stalowa kołysanka i do tego przypadkowe
turkoty i stukanie sprzęgów dla podkreślenia rytmu.
Sprawdza, czy kartonowe pudełko nadal spoczywa na pustym siedzeniu obok
niej, czy worek bezpiecznie leży przy jej nogach. Są na miejscu.
Uspokojona Lacey szybko rozgląda się po wagonie, lekko zakłopotana tym,
że zasnęła. Obcy obserwowali jej sen, a ona mogła chrapać, ślinić się
albo mamrotać coś głupiego, lecz wagon i tak jest w większości pusty -
nastolatka czytająca książkę w miękkiej okładce, ksiądz z gazetą - i z powrotem wygląda przez okno, senny koszmar blaknie w cieple dnia. Pociąg
jest teraz bliżej rzeki, a ona widzi małą łódź - może rybacką -
zostawiającą za sobą na wodzie ślad w kształcie litery V.
- Miała pani miłą drzemkę?
Lacey odwraca się zaskoczona, trąca łokciem róg pudełka i omal nie
zrzuca go na podłogę. Kobieta z miejsca tuż za nią, której nie zauważyła
chwilę wcześniej, boleśnie chuda, o splątanych włosach koloru ostrygi,
ani bardzo stara, ani bardzo młoda, patrzy na Lacey wodnistymi
niebieskimi oczami, które wydają się lekko wyłupiaste. Jej skóra jest
sucha i blada, policzki mają chorobliwie żółte zabarwienie. Na sobie ma
spłowiały czarny płaszcz przeciwdeszczowy, pod spodem gruby wełniany
sweter koloru błyskawicznych płatków owsianych, paznokcie pomalowane na
nie pasujący róż.
- Nie chciałam pani wystraszyć - przeprasza kobieta spokojnym,
zgrzytliwym głosem.
Lacey kręci głową.
- W porządku. Chyba jeszcze nie całkiem się obudziłam, to wszystko.
- Już zaczynałam myśleć, że sama będę musiała panią obudzić - mówi
niecierpliwie nieznajoma, nadal się w nią wpatrując. - Jadę tylko do
Hartford. Nie mam czasu jechać dalej.
Lacey zaczyna wyczuwać słaby rybi zapach, rybi albo błotnistych nizin w czasie odpływu, solanki, mułu i wyrzuconych na brzeg, duszących się
morskich stworzeń, morszczynów. Woń zdaje się pochodzić od białowłosej
kobiety, z jej oddechu albo ubrania. Lacey udaje, że nic nie poczuła.
- Siedzi pani i myśli sobie: "Kim jest ta wariatka? Kim jest ta
stuknięta kobieta i jak mam sprawić, żeby zamknęła się do diabła i zostawiła mnie w spokoju?".
- Nie, ja tylko...
- O, tak - przerywa jej kobieta i celuje w nią polakierowanym na różowo
palcem wskazującym. Jej kostki są jak brudne korzenie starego drzewa. -
Ale w porządku. Nie zna mnie pani. Nie może mnie pani znać, panno
Morrow.
Lacey zerka na innych pasażerów, na dziewczynę i księdza. Żadne z nich
nie patrzy w jej stronę, nadal zajęci są lekturą, i jeśli nawet
zauważyli białowłosą kobietę, udają, że nie. To nie ich problem. Lacey
odmawia w duchu agnostyczną modlitwę, żeby do Hartford było już
niedaleko; uśmiecha się, a nieznajoma krzywi się, jakby została
obrażona.
- To nie mnie musi się pani bać, panienko. Coś sobie wyjaśnijmy.
Nadstawiam karku, rozmawiając z panią.
- Bardzo mi przykro. - Lacey sili się na przepraszający ton, a nie na
nerwowy czy zirytowany. - Ale naprawdę nie mam pojęcia, o czym pani
mówi.
- Ja jestem tylko posłańcem, kurierem - odpowiada kobieta, ściszając
głos niemal do szeptu i łypiąc podejrzliwie w stronę pozostałej dwójki
pasażerów. - Oczywiście to niewielka różnica, jeśli mnie pani rozumie.
- Nie mam pojęcia, o co pani chodzi.
- Cóż, ma pani ten pakunek - mówi kobieta i nad oparciem fotela Lacey
wskazuje na kartonowe pudełko ze skamieniałością z Innsmouth. - To czyni
również z pani kuriera. Do diabła, to czyni panią cholernym świętym
prorokiem w Dniu Sądu Ostatecznego. Ale pewnie nawet nie pomyślała pani
o tym w ten sposób, prawda?
- Może byłoby lepiej, gdybyśmy porozmawiały później - szepcze Lacey,
włączając się do gry. Ta kobieta prawdopodobnie jest całkiem
nieszkodliwa, ale ona i tak obronnym gestem kładzie rękę na pudełku.
- Oni mogą słuchać - mówi kobieta i wskazuje głową na nastolatkę i księdza. - Mogą usłyszeć coś, czego nie chcemy, żeby usłyszeli.
Wydaje gniewny, syczący dźwięk spomiędzy żółtych zębów i szybko przesuwa
długimi palcami lewej dłoni przez splątane siwe włosy, wyrywa przy
okazji kilka kosmyków, a one kładą się jak perłowe nici na ramionach jej
czarnego płaszcza przeciwdeszczowego.
- Myśli pani, że wszystko odgadła, prawda? - warczy. - Postawić kilka
wymyślnych liter przed nazwiskiem i nie trzeba słuchać nikogo ani
niczego, zgadza się? Nikt nie może pani przekonać, bo pani widziała już
wszystko, od A do Z, od bieguna do bieguna.
- Proszę się uspokoić - rzuca Lacey, znowu zerkając na pozostałych
pasażerów. Chciałaby, żeby któreś z nich podniosło wzrok, bo wtedy
mogłaby przyciągnąć ich uwagę. - Jeśli nie, wezwę konduktora. Proszę
mnie do tego nie zmuszać.
- Cholerna nadęta lesba - warczy kobieta, pluje na podłogę, odwraca
głowę i patrzy z wściekłością za okno wyłupiastymi niebieskimi oczami. -
Myśli pani, że jestem szalona. Jezu, zaczekaj, aż wyjdziesz po drugiej
stronie, a wtedy zobaczymy, jak według ciebie wygląda ktoś normalny.
- Nie chciałam pani zdenerwować - mówi Lacey, wstając i sięgając po
teczkę z laptopem. - Może po prostu powinnam się przesiąść.
- Niech pani to zrobi, panno Morrow. To nie moja sprawa. Ale lepiej
niech pani weźmie to ze sobą. - Lewa dłoń kobiety znika w płaszczu i pojawia się z powrotem z dużą, lekko pogniecioną manilową kopertą.
Nieznajoma podaje ją Lacey. - Mówili, że pani zrozumie, więc niech mi
pani nie zadaje więcej pytań. Ja już i tak powiedziałam o wiele za dużo.
Lacey stawia teczkę obok kartonowego pudełka i przez chwilę patrzy na
kopertę, żółto-brązowy papier z tłustą plamą w jednym rogu.
- No dalej - rzuca szyderczo siwowłosa kobieta, nie odwracając oczu od
okna, za którym przemykają farmy i domy. - To nie ma zębów. Nie ugryzie
pani. Może jeśli pani to weźmie, straszna baba zostawi panią w spokoju.
Lacey chwyta kopertę, pośpiesznie zabiera swoje rzeczy, teczkę i pudełko, i rusza przejściem na przód wagonu. Ksiądz i dziewczyna nawet
nie podnoszą wzroku, kiedy ich mija. Może w ogóle mnie nie widzą,
myśli. Może nic nie słyszeli. Naciska czarny prostokątny panel, żeby
otworzyć drzwi następnego wagonu, ale one nie ustępują. Naciska znowu i znowu, ale bez powodzenia. Pociąg szarpie, przechyla się nagle na jedną
stronę, a ona niemal upuszcza pudełko, wyobraża sobie, że skamieniałość
w środku roztrzaskuje się na sto kawałków.
Głupia dziewczyna. Głupia, głupia dziewczyna.
Zmusza się do zachowania spokoju, przyciska czoło do chłodnych
aluminiowych drzwi. Bierze głęboki haust powietrza, które nie pachnie
zdechłą rybą, tylko wyziewami diesla i środkiem dezynfekującym. Całkiem
zwyczajne pociągowe wonie, kojąca swojskość i kadencja torów,
najbardziej kojący dźwięk na świecie.
"No dalej. To nie ma zębów. Nie ugryzie pani", powiedziała siwowłosa
kobieta, zwyczajna wariatka, nad którą ktoś powinien czuwać, a nie
pozwalać jej jeździć pociągami i nękać ludzi. Lacey patrzy na poplamioną
kopertę, którą trzyma ostrożnie między prawym kciukiem a palcem
wskazującym.
- Pomóc pani? - To tylko ksiądz, zerkając na nią znad gazety. Wydaje
głośne westchnienie irytacji, po czym wskazuje na wyjście. - Chce pani,
żebym otworzył te drzwi?
- Tak. Dziękuję, ojcze. Naprawdę jestem wdzięczna. Mam zajęte ręce.
Lacey patrzy niespokojnie na tył wagonu. Nigdzie nie ma śladu siwowłosej
kobiety, ale drzwi w drugim końcu są otwarte.
- Proszę - mówi ksiądz.
Ona uśmiecha się i dziękuje mu ponownie, wchodząc do wąskiego korytarza
łącznikowego.
- Nie ma za co - odpowiada ksiądz i mówi dalej cichym, konspiracyjnym
głosem: - Ale proszę nie zwlekać długo z zajrzeniem do koperty, którą
ona pani dała. Może nie zostało dużo czasu.
Potem drzwi się zamykają, a Lacey odwraca się i biegnie do zatłoczonego
wnętrza następnego wagonu.
***
Jej dwudzieste piąte urodziny, burzowy dzień na początku czerwca, kiedy
Lacey Morrow znalazła skamieniałość z Innsmouth, pracując do późna i samotnie w piwnicy Muzeum Pratta. Prawie wszyscy poszli już do domu, ale
nie było w tym nic niezwykłego. Lacey ślęcząca nad zawartością szafki
34, dewońskimi rybami zebranymi w Blossburgu w Pensylwanii i w Chaleur
Bay w Quebecu, kawałkami łupku i piaskowca koloru antracytu, koloru
cynamonu, rybami dwudysznymi, ostatnimi ostrakodermami, bezszczękowcami
i mięśniopłetwymi Eusthenopteron, nad pudełkowatymi pancerzami
antiarchi Bothriolepis. Reliktami, które pojawiły się i wyginęły setki
milionów lat przed dinozaurami, w czasach, kiedy pierwotne lasy
porastały brzegi jezior, rzeki roiły się od dziwnych, monstrualnych ryb,
a kręgowce zaczynały stawiać pierwsze, niezdarne kroki na suchym lądzie.
I ta przemiana była jedyną, pochłaniającą ją obsesją od czasów studiów
licencjackich, ta alchemia ciała i kości - płetw na stopy, skrzeli na
płuca - zagadki, które wypełniały jej dni i noce, które wypełniały jej
sny. Ostatnia dziewczyna zostawiła ją, bo w końcu miała dość całonocnych
sekcji przeprowadzanych przez Lacey w kuchni, pracowicie okaleczanych
strzępieli i dorszy, węgorzy, małych rekinów krojonych i zostawianych,
aż ona znajdzie czas, żeby dokończyć notatki i rysunki. Martwe istoty w plastikowych torbach wciśnięte do zamrażarki, kostki lodu smakujące jak
niedobre sushi, mieszkanie przy Hitchcock Road cuchnące formaliną i sklepem rybnym.
- Jeśli wyrosną mi cholerne łuski, może kiedyś do ciebie zadzwonię -
powiedziała Julie, taszcząc pudła z ubraniami i CD z frontowego ganku do
swojego poobijanego małego samochodu. - Jeśli kiedyś spotkam cholerną
syrenę, na pewno dam jej twój numer.
Lacey patrzyła, jak Julie odjeżdża, i czuła mniej, niż powinna czuć,
żałowała, że nie płacze, bo każda normalna osoba by płakała, a przynajmniej byłaby zła na siebie albo na Julie. Ale łzy się nie
pojawiły, ani gniew, więc uznała, że lepiej zostawić sobie romantyczne
związki na późniejszy etap życia, na odległy dzień, kiedy będzie mogła
poświęcić iskrę pasji na coś innego oprócz swoich studiów. Trzymała
jednak zdjęcie Julie w ramce obok łóżka, żeby nadal móc udawać, kiedy
czasem czuła się samotna, kiedy budziła się w środku nocy i nie było nic
oprócz bębnienia deszczu o dach i wiatru wiejącego po ulicach Amherst.
Ale tamtego sierpniowego popołudnia nie była samotna, nie z wysokimi
rzędami stalowoszarych szafek i kamiennymi skarbami rozłożonymi
starannie wokół niej, z całym towarzystwem, jakiego potrzebowała, i żadnych myśli oprócz liczb z cyfrowych suwmiarek: wysokości i szerokości
obręczy miedniczej i barkowej, względnych długości płetw piersiowych i promieni płetw. Właśnie kończyła badać doskonale zachowaną
porolepiformę, która, jak podejrzewała, mogła być nowym gatunkiem, kiedy
zauważyła pudełko wsunięte na sam koniec szuflady, na wpół ukryte pod
kartonową tacą z łupkami i fragmentami kości. Coś przeoczonego, choć
wydawało się jej, że zna zawartość tych szafek jak własną rękę, a dalsze
niespodzianki mogły dotyczyć jedynie szczegółów.
- Cześć - powiedziała do pudełka, ostrożnie wyjmując je z kryjówki pod
tacą. - Jak mogłam cię przegapić?
To nie było małe pudełko, głębokie zaledwie na kilkanaście centymetrów,
ale o powierzchni co najmniej czterdziestu pięciu centymetrów
kwadratowych, pośrodku trochę zapadnięte od podtrzymywania ciężaru tacy
przez kto wie ile lat. W jednym rogu wieka znajdował się wyblakły
atramentowy napis z zawijasami, brązowy jak suche liście: "Z bagrowania
przeprowadzonego przez USS Cormoran (kwiecień 1928). 42° 40' N, 70° 43'
W, NE, stary port Innsmouth, Essex Co, Massachusetts. (Dewońskie?)". Nie
było innych informacji, żadnego katalogu czy numeru pola, żadnej
identyfikacji. Lacey otworzyła pudełko i zdumiała się na widok rzeczy
znajdującej się w środku.
- Jezu - wyszeptała i przełknęła metaliczny smak jakby folii albo
świeżej plomby w zębie, adrenalinowy posmak.
Jej pierwsze wrażenie było takie, że to ręka, przegubowy szkielet
ludzkiej ręki leżący wnętrzem dłoni do góry, o lekko zgiętych palcach
chwytających sufit albo jasne fluorescencyjne lampy. Odstawiła pudełko
na jedną z większych kamiennych płyt z Chaleur Bay i patrzyła kolejno na
czubki własnych drżących palców i na skamieniałe kości spoczywające na
warstwie wełny drzewnej. Skamieniałość była ciemna, woskowo czarna jak
gorzka czekolada i lśniąca od grubej warstwy lakieru albo werniksu.
Nie, nie ludzka, ale z pewnością przednia kończyna czegoś dużego, co
najmniej o jedną trzecią większa od jej ręki.
- Jezu - wyszeptała znowu.
Wyjęła skamieniałość z wełny drzewnej, delikatnie, bo trudno było
stwierdzić, w jakim jest stanie, ile dekad minęło, odkąd ktoś otwierał
pudełko. Policzyła elementy części dystalnej - nadgarstka, śródręcza,
paliczki - i dolnej części przedramienia: mocna kość promieniowa i łokciowa, kończące się raptownie poszarpanym złamaniem, lekki połysk
płatków gipsu albo kwarcu widocznych w odsłoniętym wnętrzu
skamieniałości. Między palcami zachowała się błona pławna albo kolce,
trzy były kompletne i kończyły się krótkimi, ostrymi pazurami. Tuż
poniżej piątej kości śródręcza znajdował się mały fragment czegoś, co
wyglądało jak łuski albo płytki wapienne, owalne dyski z głębokimi
środkami, niepodobne do niczego, co kiedykolwiek widziała. Tu i ówdzie
małe kawałki zielonkawoszarego wapienia nadal przywierały do kości, ale
większość twardej skały macierzystej była zdrapana.
Lacey usiadła na drewnianym stołku obok szafki 34. W jej głowie wirowało
za dużo pytań, serce łomotało z przyprawiającego o zawrót głowy
podniecenia odkryciem, ponownym odkryciem. Zmusiła się, żeby na chwilę
zamknąć oczy. Zbierając strzępy spokoju z ciemności pod powiekami,
policzyła od trzydziestu w dół, aż jej puls zaczął wracać do normy.
Otworzyła oczy i odwróciła skamieniałość, żeby zbadać ją z drugiej
strony. Powierzchnia kości zwietrzała, jakby ta strona była przez jakiś
czas wystawiona na działanie erozji, gładka, korowa warstwa była
popękana, miejscami całkowicie zniszczona. Po tej stronie zachowało się
dużo więcej zielonkawego wapienia i skorupa małego ślimaka blisko
podstawy środkowego palca.
- Czym jesteś? - zapytała Lacey, jakby to coś mogło jej tak po prostu
odpowiedzieć.
Zapomniała o wszystkim, o pięknych latimeriach i rhipidistiach, na rzecz
najnowszego cudu. Obróciła go i uważniej przyjrzała się wnętrzu, budowie
kości nadgarstka, szybko zidentyfikowała kość łokciową, która musiała
być formą przejściową, a kiedy w końcu spojrzała na zegarek, była prawie
szósta trzydzieści. Minęła co najmniej godzina, odkąd otworzyła pudełko;
musiała się pośpieszyć, żeby zdążyć na wykład o siódmej. Odłożyła rękę
na warstwę wełny, zatrzymała się na chwilę, żeby po raz ostatni
popatrzyć na tę rzecz, nim zamknęła wieczko. W górze wysoko nad salami
wystawienniczymi i łupkowym dachem Muzeum Pratta zagrzmiał piorun i poniósł się echem po dolinie. Lacey próbowała sobie przypomnieć, czy
zostawiła parasolkę w mieszkaniu.
13:49
Siedzi obok kobiety, która pachnie miętówkami i kulkami na mole, słucha
równomiernego stukotu kół o szyny. Od prawie pięciu minut wpatruje się w zdjęcie z manilowej koperty. Fotos, myśli, błyszczące czarno-białe
zdjęcie, pogniecione i z jednym zagiętym rogiem, przedstawia starego
mężczyznę z siwymi wąsami, stojącego z dwoma Indianami obok skalnego
występu. W jakimś ciepłym miejscu, tropikalnym, bo na brzegu fotografii
widać liście palmiczki. W pociągu nie jest gorąco, ale Lacey i tak się
poci, jej dłonie robią się śliskie i klejące, małe kropelki jak nektar
występują na czole i nad górną wargą. Starzec na fotografii trzyma coś w obu dłoniach jak świętą relikwię, Graal, nagrodę na koniec długich
poszukiwań.
"...bo widziałaś już wszystko, od A do Z, od bieguna do bieguna..."
Mężczyzna na zdjęciu trzyma skamieniałość z Innsmouth. Albo replikę tak
doskonałą, że musiała zostać odlana z oryginału, co tak naprawdę nie
robi dużej różnicy. Lacey odwraca zdjęcie. Z tyłu jest naklejka:
Copyright ? 1954 Universal-International z pierwszą literą n wydrukowaną
niżej.
W kopercie jest również list. Wyblakła fotokopia listu, niestaranne,
rozwlekłe pismo, które ona odczytuje z trudem.
Pan Zacharias R. Gilman, Esq.
7 High Street
Ipswich, Mass.
15 stycznia 1952
Pan William Alland
Universal Studios
Los Angeles, Kal.
Drogi Panie Alland,
Widziałem Pański znakomity horror "Przybysze z przestrzeni kosmicznej"
sześć razy do tej pory i muszę powiedzieć, że jestem pod wielkim
wrażeniem Pańskiego dzieła. Ma Pan oko prawdziwego artysty do rzeczy
niesamowitych i zasługuje Pan na to, by być dumnym ze swoich dokonań.
Dołączam wycinki gazetowe, które mogą choć trochę zainteresować taki
umysł jak Pański, jeśli chodzi o pewne dziwne rzeczy, które przez lata
wydarzyły się w okolicy. Starzy ludzie mówią tutaj o "pladze" z 1846,
ale powiedzą panu, że to nie z powodu zarazy stare Innsmouth znalazło
się na drodze do upadku, jeśli raczy Pan ich wysłuchać. Opowiedzą Panu
wiele rzeczy, panie Alland, a ja będę w nocy leżał bezsennie i myślał o tym, co może nadal dziać się na rafie. Ale proszę samemu przeczytać te
wycinki i zrobić z nimi, co Pan sobie życzy. Sądzę, że mógłby Pan
stworzyć przerażający film na podstawie tych incydentów. W maju będę pod
tym adresem, gdyby raczył Pan odpowiedzieć.
Z poważaniem, Pański zagorzały wielbiciel,
Zacharias Gilman
- Lubi pani stare filmy o potworach? - pyta kobieta pachnąca miętówkami
i kulkami na mole.
Lacey kręci głową.
- Bo na tym zdjęciu jest scena z...
- Nie oglądam telewizji - ucina Lacey.
- O, nie. Nie miałam na myśli filmów telewizyjnych. Miałam na myśli
prawdziwe filmy, jakie ogląda się w kinach.
- Do kina też nie chodzę.
- Aha - bąka kobieta, wyraźnie rozczarowana.
Po chwili odwraca się do okna i patrzy na przemykający za nim jesienny
poranek.
10:40
- Podoba mi się to - mówi w końcu doktor Morgan. - Wygląda dobrze na
papierze. - Z roztargnieniem ssie cybuch taniej fajki i wydmuchuje
chmurę szarego gryzącego dymu, który pachnie pieczonymi jabłkami. - I nazewnictwo binominalne powinno wyglądać dobrze. Powinno brzmieć dobrze,
spływać z języka. Powinna w nim być odrobina poezji.
Lacey nie przypomina, że powody, dla których Morgan wybrał rok wcześnie
nazwę dla nowego mozazaura - Selmasaurus kiernanae - były ściśle
praktyczne.
Minęły ponad trzy miesiące, odkąd Lacey znalazła skamieniałość z Innsmouth schowaną w szafce 34. Teraz siedzi z doktorem Jasperem
Morganem w jego maleńkim gabinecie na trzecim piętrze: wszystko znajome,
zatęchłe wygody klitki o wysokim suficie, ozdobnych ścianach pokrytych
spleśniałą tapetą, ukrytą za solidnymi dębowymi regałami pełnymi
zakurzonych książek, skamieniałości, wszelkich rupieci z życia
akademika. Ogromna geologiczna mapa Massachusetts oprawiona w ramki wisi
lekko przekrzywiona. Wilgotne syczenie i brzęczenie grzejnika pod oknem.
Gdyby szyba nie była zaparowana, Lacey mogłaby zobaczyć dachy Amherst, a na południu jesienne wzgórza za miastem, zwietrzałe magmowe zbocza
Holyoke Range wznoszące się niebieską szarością w mglistej oddali.
Ostatnie trzy miesiące minęły jak trzy tygodnie, dni i noce, sny i jawa
stały się ciągiem pytań i braku odpowiedzi, skamieniałość pozostała jej
sekretem, dzielonym jedynie z doktorem Morganem oraz z doktor Hanisak z wydziału zoologii. Jej własnym do czasu, kiedy zdołała przynajmniej
rozeznać się w sytuacji i naszkicować wstępny raport. Kiedy była gotowa
i jej artykuł został zrecenzowany i przyjęty przez "Nature", doktor
Morgan zorganizował konferencję prasową na Yale, na której miała
siedzieć w cieniu Rudolpha Zallingera od Wieku gadów i dinozaurów
Othniela Marsha i pokazać skamieniałość z Innsmouth całemu światu.
- Musiałam jakoś ją nazwać - odpowiada Lacey. - Szkoda byłoby nie mieć
przy tym trochę zabawy. Mam wrażenie, że nigdy już czegoś takiego nie
znajdę.
- Właśnie. - Jasper Morgan odchyla się na oparcie trzeszczącego krzesła,
wyjmuje fajkę z ust i wpatruje się intensywnie w dymiącą główkę. Stary
mężczyzna z jarzącymi się popiołami jak Cyganka z kryształową kulą. -
Słowa - mówi tonem zarezerwowanym dla cytowania tych, których darzy
większą estymą niż siebie - same w sobie należą do najbardziej
interesujących obiektów badań, a nazwy zwierząt i roślin są warte
większego namysłu, niż biologowie są skłoni przyznać. Niestety dzisiaj
nikt raczej nie przykłada dużej wagi do estetyki, nikt oprócz takich
zardzewiałych starych pryków jak ja.
Przesuwa manuskrypt po biurku z powrotem w stronę Lacey, siedemnaście
stron z podwójnymi odstępami, spiętych zielonym plastikowym spinaczem do
papieru. Ona kiwa głową i przebiega wzrokiem tekst. Jej oczy wędrują po
drobnych uwagach zrobionych czerwonym ołówkiem: brak przecinka tutaj,
pisownia lub data, które powinna sprawdzić.
- To nieprawda - mówi.
- Co jest nieprawdą?
- Że nikomu nie zależy oprócz pana.
- Nie? Cóż, może nie. Ale proszę mi pozwolić na to zarozumialstwo.
- Doktor Hanisak twierdzi, że nazwa jest zbyt wymyślna. Uważa, że
powinnam znaleźć bardziej opisową. Zaproponowała Eocarpus.
- Oczywiście, że tak. Hanisak ma wyobraźnię ekstremisty. - Paleontolog
wsuwa fajkę z powrotem między zęby koloru kości słoniowej.
- Grendelonysx innsmouthensis - szepcze Lacey. Sylaby rozpływają się
na jej języku gładko jak dobra brandy.
- Widzi pani? Właśnie tak. "Łapa Grendela z Innsmouth" - mruczy Jasper
Morgan przez zęby zaciśnięte na ustniku.
Po drugiej stronie kampusu dzwony na wieży zaczynają wydzwaniać godzinę
- dziewięć, dziesięć, dziesięć i trzy kwadranse - jest później, niż
Lacey się wydawało. Marszczy brwi i patrzy na zegarek, jeszcze
niegotowa, żeby opuścić sanktuarium gabinetu i towarzystwo Morgana.
- Cholera! Spóźnię się na pociąg, jeśli się nie pośpieszę.
- Szkoda, że nie mogę jechać z panią. Szkoda, że nie będę mógł zobaczyć
ich twarzy.
- Wiem, ale poradzę sobie. Zadzwonię, jak tylko dotrę do New Haven.
Lacey wkłada manuskrypt z powrotem do skoroszytu i chowa go do
zniszczonej czarnej skórzanej teczki, w której znajduje się również jej
iBook i CD ze slajdami do prezentacji, zdjęcia i kladogramy, jej
drobiazgowe rysunki. Doktor Morgan uśmiecha się i ściska jej dłoń, jakby
poznali się dopiero dziś rano, a nie przed laty, i odprowadza ją do
drzwi. Lacey niesie teczkę w jednej ręce, w drugiej solidne kartonowe
pudło. Zeszłej nocy przeniosła do niego skamieniałość z oryginalnego
pudełka, zastąpiła wełnę drzewną bawełną i gąbką piankową. Teraz
spoczywa w nim jej przyszłość, w tej skrzyni skarbów.
- Rzuć ich na kolana, dzieciaku - mówi Morgan i ściska ją mocno, otacza
kojącymi zapachami tytoniu i płynu po goleniu. Lacey odwzajemnia uścisk
dwa razy mocniej. - I nie waż się zgubić tej przeklętej rzeczy. Ona
przyniesie ci sławę. - Wskazuje na karton.
- Proszę się nie martwić. Nie spuszczę go z oka nawet na minutę.
Jeszcze kilka słów otuchy i pośpiesznych ostatnich myśli, a potem Lacey
idzie sama długim korytarzem obok sal wykładowych i wysokich gablot
wystawienniczych, mijając drzwi do innych gabinetów. I nie ogląda się za
siebie.
***
- Nie mogłam znaleźć tego na mapie - powiedziała, patrząc, jak pokryte
odciskami i plamami od oleju dłonie mężczyzny odliczają resztę, pięć
dolarów i dwie pięciocentówki, z dwudziestki, którą zapłaciła za
napełnienie zbiornika paliwa jeepa i nowe pióro wycieraczki.
- Nie ma go na mapach - wyjaśnił stary mężczyzna. - Już nie. Nie ma go
na mapach od lat trzydziestych. Niewiele zostało, kiedy federalni
skończyli z tym miejscem.
- Federalni? - powtórzyła Lacey. - Co oni mają wspólnego z Innsmouth?
Pracownik stacji odsunął się od samochodu i zmierzył ją czujniejszym
wzrokiem niż wcześniej. Był wysoki, o przygarbionych plecach,
agrestowo-szarych oczach i nosie, który wyglądał jak złamany niejeden
raz. Mężczyzna wzruszył ramionami i pokręcił głową.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki