Dominick nie zamierzał odpuścić - Kamila Kolińska, Zocharett

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (35,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ben

- Naprawdę nie musisz tego robić - powie­dzia­łem, gdy naj­bar­dziej uparty chło­pak na świe­cie wziął mnie na ręce.

Za tydzień będę mógł zdjąć ortezę, ale nawet z nią jestem w sta­nie cho­dzić o wła­snych siłach, tylko robię to nieco wol­niej. Jed­nak Domi­nick Slam­mer od początku nie potra­fił przy­jąć tego do wia­do­mo­ści. Powoli przy­zwy­cza­ja­łem się do myśli, że nie warto z nim dys­ku­to­wać o spra­wach nie­istot­nych. Z natury nie mówił zbyt wiele, a połowa słów, które wypo­wia­dał, była nie­po­ważna. I tak na koniec robił to, co sam uwa­żał za słuszne. Mogłem więc pro­te­sto­wać i pro­sić, żeby posta­wił mnie na pod­łogę, a on po pro­stu uda­wałby, że tego nie sły­szy.

Zaak­cep­to­wa­łem swój los. Oplo­tłem rękami szyję chło­paka i pozwo­li­łem mu się zanieść do samo­chodu Louisa Roth­wella.

Gdy tylko Dom pchnął bar­kiem drzwi hotelu, ośle­piły mnie jaskrawe pro­mie­nie. Na pobo­czach wciąż zale­gał śnieg, a mróz szczy­pał w policzki, więc wyjąt­kowo doce­ni­łem to, że słońce w końcu tak odważ­nie wyło­niło się zza chmur. Gdy prze­mie­rza­li­śmy par­king, mia­łem w gło­wie tylko jedną myśl.

Nie mogę się docze­kać lata z tym chło­pa­kiem, kiedy dni będą dłu­gie i upalne.

Ron­nie i Louis sie­dzieli w samo­cho­dzie. Zro­biło mi się tro­chę głu­pio, że musieli cze­kać, szcze­gól­nie że Domi­nick odwa­lał całą tę nie­po­trzebną szopkę. Wsa­dził mnie do środka, jakby uznał, że sam sobie nie pora­dzę.

- Długo jesz­cze? - zapy­tał z prze­ką­sem Louis, bęb­niąc pal­cami o kie­row­nicę. Nie był znie­cier­pli­wiony, znał już długo Slam­me­rów i wie­dział, czego się spo­dzie­wać po Domie.

To pyta­nie oczy­wi­ście odnio­sło odwrotny sku­tek. Mój chło­pak, z braku lep­szego pomy­słu, jak jesz­cze na złość prze­dłu­żyć czas poże­gna­nia, zaczął moco­wać się z moim pasem, żeby go zapiąć.

- Okej, wystar­czy - zarzą­dzi­łem zaże­no­wany, odpy­cha­jąc jego ręce.

- Miłej nauki, dzie­ciaczki - odparł Dom, bo prze­cież nie byłby sobą, gdyby nie pal­nął cze­goś głu­piego.

Jego sio­stra nie lubiła, gdy kto­kol­wiek z naszej ekipy pod­kre­ślał, że jest od nas młod­sza, więc natu­ralną koleją rze­czy poka­zała mu środ­kowy palec. Dom poca­ło­wał mnie w poli­czek na poże­gna­nie, a potem pochy­lił się, żeby cmok­nąć też Ron­nie.

- Weź się odwal, debilu - syk­nęła dziew­czyna, wycie­ra­jąc się wierz­chem dłoni.

Twarz Domi­nicka wykrzy­wił zło­śliwy, pełen zado­wo­le­nia uśmie­szek. To dla tego uśmie­chu prze­pa­dłem. Za każ­dym razem, gdy sta­wał się nie­zno­śny dla innych, czu­łem przy­jemne mro­wie­nie pod skórą.

To nie­do­rzeczne.

Gdy wyje­cha­li­śmy z par­kingu, Louis zaczął opo­wia­dać o swo­ich pla­nach na resztę dnia. Dopiero w poło­wie recy­to­wa­nia listy zaku­pów zorien­to­wa­łem się, że wcale nie ocze­ki­wał od nas aktyw­nego udziału w roz­mo­wie, mówił raczej do sie­bie.

Ron­nie trą­ciła mnie łok­ciem, pod­su­wa­jąc mi pod nos tele­fon.

- Co myślisz? Ładne?

Na ekra­nie wid­niało zdję­cie sukienki z ceki­nami z jakie­goś sklepu inter­ne­to­wego. Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Skąd mam wie­dzieć?

- Chyba masz oczy, nie?

- Mam. Ale nie noszę sukie­nek.

Ron­nie wark­nęła pod nosem, jakby poża­ło­wała, że się do mnie ode­zwała. Pocie­rała przez chwilę dolną wargę, inten­syw­nie nad czymś roz­my­śla­jąc.

- Nie wiem, jak to powie­dzieć, żebym znowu nie wpa­dła w kło­poty, ale... Ni­gdy nam nie powie­dzia­łeś, czy jesteś gejem, czy bi.

Louis prze­stał wyli­czać pro­dukty, które kazała mu kupić Linda, i zer­k­nął na nas w lusterku wstecz­nym, marsz­cząc brwi.

Popra­wi­łem się na swoim sie­dze­niu. Bez­po­śred­niość Ron­nie wpra­wiła mnie w zakło­po­ta­nie.

- A co to ma do rze­czy?

- No bo jeśli jesteś bi, podo­bają ci się też dziew­czyny, więc wiesz, w czym wyglą­dają dobrze. A geje czę­sto inte­re­sują się modą. Tak czy ina­czej, możesz mi pomóc.

- Hej, zasta­nów się cza­sem nad tym, co mówisz - ode­zwał się Louis, zmu­sza­jąc ją, by na niego spoj­rzała. - Nie wygła­sza się takich tek­stów. Są ste­reo­ty­powe i wredne.

- Ben się nie obraża o takie rze­czy - wymru­czała Ron­nie.

Louis nie był wła­ściwą osobą do wcho­dze­nia w pole­mikę, mógł dys­ku­to­wać godzi­nami. Tak więc gdy był w trak­cie odbi­ja­nia piłeczki mło­dej, ja odpły­ną­łem myślami. Zanim przy­je­cha­łem do Ohio, nie byłem otwarty na innych ludzi. Na swoją obronę dodam, że oni też nie byli otwarci na mnie. Nie myśla­łem za wiele o spra­wach, o które przed chwilą zapy­tała mnie sio­stra mojego chło­paka. A jed­nak teraz wyda­wało mi się, że odpo­wiedź jest oczy­wi­sta.

- Podoba mi się tylko twój brat - wypo­wie­dzia­łem na głos swoje myśli.

Dopiero gdy słowa opu­ściły usta, dotarło do mnie, że prze­rwa­łem Louisowi. Ron­nie obró­ciła głowę w moją stronę, kom­plet­nie igno­ru­jąc kum­pla.

- Co powie­dzia­łeś?

- Że podoba mi się tylko Domi­nick. Nie zamie­rzam zasta­na­wiać się nad tym, czy lubię też dziew­czyny, bo jestem w związku z twoim bra­tem. A o sukienkę zapy­taj Gen albo Tinę.

Zapa­dła krótka cisza, pod­czas któ­rej szybko zorien­to­wa­łem się, że tro­chę prze­sa­dzi­łem z tą wylew­no­ścią. Opar­łem głowę o szybę tylko po to, żeby uciec przed cie­kaw­skim spoj­rze­niem Ron­nie.

- To dobrze - skwi­to­wała po chwili. - Bo jeśli kie­dy­kol­wiek skrzyw­dzisz Doma, spusz­czę ci łomot.

Louis jęk­nął.

- Młoda, ogar­nij się. Prze­cież jak Dom albo, co gor­sza, cio­cia Linda dowie­dzą się, że mu gro­zisz, zabro­nią ci cho­dzić na boks.

- Nikt się nie dowie. Prawda, Ben?

- Nie strasz go. To ja tu jestem pro­ble­mem. Nie umiem docho­wy­wać sekre­tów. Nie sta­wiaj mnie w takiej sytu­acji. Ja pie­przę.

Zaśmia­łem się.

- Spo­koj­nie. Bądźmy szcze­rzy, Dom pew­nie odbył taką samą roz­mowę z Cha­dem.

Ron­nie pokrę­ciła głową.

- Nie miał szans. Dbam o to, żeby ni­gdy nie zna­leźli się sam na sam w jed­nym pomiesz­cze­niu.

Louis poki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. Obser­wu­jąc go w lusterku, dostrze­głem moment, w któ­rym wpa­dła mu do głowy inna myśl.

- O co cho­dzi z tymi sukien­kami, młoda? Ni­gdy się nie stro­iłaś. Co się zmie­niło?

Dziew­czyna wymru­czała nie­miłą i nie­cen­zu­ralną odpo­wiedź na tyle cicho, że kie­rowca jej nie usły­szał, więc mógł co naj­wy­żej poczuć się zigno­ro­wany. Wszy­scy szybko zapo­mnie­li­śmy o tej roz­mo­wie, bo gdy pod­je­cha­li­śmy pod szkołę, przy wej­ściu stał Jona­than Whit­ford. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, na kogo czeka. To stało się tra­dy­cją, któ­rej nikt z nas nie miał ochoty pod­trzy­my­wać. Gene­vieve nie chciała z nim roz­ma­wiać. Szcze­rze mówiąc, z nikim nie chciała roz­ma­wiać o swo­ich emo­cjach. Była prze­ko­nana, że nie jest w sta­nie wyja­śnić tego, co czuje. Ja jej wie­rzy­łem; miała za sobą bar­dzo trudne prze­ży­cia. Uda­wa­nie, że wejdę w jej buty, byłoby nie­uczciwe.

Tak więc zro­bi­łem to, co robi­li­śmy nie­mal codzien­nie. Powie­dzia­łem Ron­nie, żeby weszła do środka, a ja zatrzy­ma­łem się przy Jonie. Nadzieja w jego oczach ani na moment nie zga­sła.

- Sam sobie szko­dzisz takim zacho­wa­niem - oznaj­mi­łem zamiast powi­ta­nia.

Potrzą­snął głową, nie przyj­mu­jąc tego do wia­do­mo­ści. Rozej­rzał się wokół, jakby spo­dzie­wał się, że Gene­vieve wysłała mnie, żebym zajął go roz­mową, pod­czas gdy ona nie­zau­wa­żona prze­mknie do środka.

- Ty nie rozu­miesz, Ben. Zacho­wu­je­cie się wobec mnie nie w porządku. Wszystko było dobrze, a nagle z dnia na dzień zaczę­li­ście mnie trak­to­wać jak naj­więk­szego wroga. Bez słowa wyja­śnie­nia! To nie jest okej.

Nie musiał tego mówić. Zna­łem ten tekst na pamięć, bo powta­rzał mi to codzien­nie.

- Rozu­miem twoją per­spek­tywę - zapew­ni­łem. - Gdyby to zale­żało tylko ode mnie, powie­dział­bym ci o wszyst­kim. Ale decy­zja należy do Gene­vieve, a ja sza­nuję jej zda­nie. Jeśli naprawdę ci na niej zależy, odpuść. - Rozej­rza­łem się na boki, upew­nia­jąc się, że nikt nas nie pod­słu­chuje. - Ona miała kie­dyś stal­kera. Takim narzu­ca­niem się tylko ją do sie­bie znie­chę­cisz.

Jona­than roz­ło­żył ręce w geście nie­mocy.

- No to co mam zro­bić? Tęsk­nię za nią.

- Nic. Daj temu czas. Wszystko się jakoś ułoży.

Uśmiech­ną­łem się nie­zręcz­nie, uznaw­szy roz­mowę za zakoń­czoną, i ruszy­łem w kie­runku szkoły. Wtedy jed­nak zatrzy­mał mnie jego głos:

- Cho­dzi o mojego ojca, tak?

Fak­tycz­nie, gdy kie­dyś pan Whit­ford pod­wiózł mnie i Jona, bar­dzo zanie­po­koił mnie spo­sób, w jaki nasz kum­pel roz­ma­wiał ze swoim tatą. Cho­ciaż przy Gene­vieve Jona­than był cza­ru­jący i kochany, to w inte­rak­cji ze swoim rodzi­cem zmie­nił się w kom­plet­nie inną osobę. Opo­wie­dzia­łem o tym eki­pie.

Odwró­ci­łem się do Jona, a on zro­bił krok w moją stronę.

- Rodzeń­stwo Slam­me­rów go roz­po­znało, tak? O to cho­dzi?

Zmarsz­czy­łem brwi.

- Nie rozu­miem.

Jona­than zbli­żył się, żeby móc ści­szyć głos.

- Mój ojciec bywał na inter­wen­cjach w domu Slam­me­rów, bo to część jego pracy. To było daw­niej, zanim wyszło na jaw, co naprawdę działo się za zamknię­tymi drzwiami. Wiesz, jak to jest z pra­wem, co nie? Oddzie­le­nie dzieci od rodzi­ców to osta­tecz­ność. Poli­cja stara się pouczyć, ewen­tu­al­nie postra­szyć, zapro­wa­dzić porzą­dek. Slam­me­ro­wie roz­po­znali go, gdy nie­dawno przy­je­chał spraw­dzić zgło­sze­nie, tak? Mają żal, że wcze­śniej nie zorien­to­wał się w ich sytu­acji rodzin­nej? Ben, nie sądzę, żebym zro­bił coś złego, nie mówiąc wam o tym. Co by to wnio­sło do naszej zna­jo­mo­ści? Uzna­łem, że zro­biłoby się nie­zręcz­nie.

W oczach Jona sza­lała despe­ra­cja. Może nie był ide­alny, ale nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że naprawdę zale­żało mu na Gene­vieve, a ona zasłu­gi­wała na to, by ktoś był w nią tak zapa­trzony - cho­ciaż sama chyba w to nie wie­rzyła.

Zro­biło mi się żal Whit­forda. On naprawdę nie połą­czył kro­pek. Może Wal­ker rze­czy­wi­ście nie wta­jem­ni­czał go w swoje sprawy. Z tego, co powie­dział nam Owen War­ren, wywnio­sko­wa­łem, że chło­paki mogli nie być aż tak dobrymi przy­ja­ciółmi, jak zakła­da­łem na początku. Ich ojco­wie się przy­jaź­nili, więc dora­stali razem. Byli na sie­bie ska­zani. To jed­nak nie musi ozna­czać powie­rza­nia sobie wszyst­kich tajem­nic.

Zaczą­łem pocie­rać skroń, ana­li­zu­jąc to wszystko. Nawet jeśli Dom roz­po­znał pana Whit­forda, czy to miało jakie­kol­wiek zna­cze­nie? Jona­than szu­kał wszel­kich spo­so­bów, żeby dowie­dzieć się, o co nam cho­dzi. Zale­żało mu, a my po pro­stu zerwa­li­śmy kon­takt.

Pew­nie powi­nie­nem naj­pierw prze­ga­dać to z przy­ja­ciółmi, ale sam pod­ją­łem decy­zję.

- Chodź - popro­si­łem.

Coś w moim gło­sie tym razem prze­ko­nało go, żeby podą­żył za mną.

Ode­szli­śmy na bok, by żaden z uczniów wcho­dzą­cych do szkoły nie stał się świad­kiem naszej roz­mowy. Opo­wie­dzia­łem Jonowi o okrop­nych tygo­dniach, które prze­ży­wa­li­śmy za sprawą jego naj­lep­szego przy­ja­ciela Wal­kera. Wyzna­łem, do jakich kłótni to dopro­wa­dziło mię­dzy nami i z jakimi pro­ble­mami musie­li­śmy się potem mie­rzyć - czego dowo­dem była orteza na mojej nodze. Jona­than nie prze­rwał mi ani razu, a ja co jakiś czas zer­ka­łem na zmie­nia­jącą się eks­pre­sję jego twa­rzy, coraz bar­dziej prze­ko­nany, że nie był wta­jem­ni­czony w plany Wal­kera.

- Jezu ... - Wypu­ścił powie­trze ustami, gdy skoń­czy­łem mówić. - To dla­tego nagle zmie­nił szkołę i urwał ze mną kon­takt?

- Owen War­ren powie­dział nam, że Wal­ker jest na odwyku. Tylko jakoś ład­niej to nazwał. Ośro­dek reha­bi­li­ta­cyjny? Nie pamię­tam już.

Jona­than poki­wał głową.

- Czyli mój ojciec po raz kolejny oka­zał się kłamcą. Kla­syk.

Nie wie­dzia­łem, co odpo­wie­dzieć. Jego roz­ko­ja­rzony wzrok zatrzy­mał się nagle w jed­nym punk­cie.

Gene­vieve weszła na plac przy szkole, ale na nasz widok sta­nęła jak wryta, roz­wa­ża­jąc inne opcje. Już dobrze ją zna­łem. Pew­nie pró­bo­wała oce­nić, czy Jona­than wymu­sił na mnie roz­mowę, czy jed­nak wszystko było w porządku i nie musiała inter­we­nio­wać. Ski­ną­łem do niej lekko, co ode­brała zgod­nie z moim zamia­rem. Ruszyła przed sie­bie, a my odpro­wa­dza­li­śmy ją wzro­kiem, aż znik­nęła za drzwiami szkoły.

Jona­than za nią nie pobiegł. Uzna­łem to za dobry znak.

- Okej - ode­zwał się. Zabrzmiało to tak, jakby pod­su­mo­wał swoje myśli, w które mnie nie wta­jem­ni­czył. - Odcze­pię się. Dam jej tyle czasu, ile będzie potrze­bo­wała.

W tam­tej chwili nie mogłem oce­nić, czy dotrzyma obiet­nicy. Mogłem jedy­nie życzyć mu wszyst­kiego dobrego i iść na lek­cje.

Moja opi­nia o Jona­tha­nie co jakiś czas się zmie­niała, ale osta­tecz­nie musia­łem przy­znać, że oka­zał się czło­wie­kiem słow­nym. Następ­nego dnia nie cze­kał na Gene­vieve przed wej­ściem. Dni prze­cho­dziły w tygo­dnie, a ja prze­sta­łem być czujny. Kilka razy minę­li­śmy się z nim na kory­ta­rzu. Wciąż nie mógł ode­rwać wzroku od Gen, ale nie pró­bo­wał z nią roz­ma­wiać. Nie potra­fi­łem roz­szy­fro­wać myśli przy­ja­ciółki. Wyda­wało mi się, że przez jej oczy prze­bi­jała tęsk­nota - nie za tym, co było, a za tym, co mogłoby być.

Z tym że ja ni­gdy nie byłem dobry w czy­ta­niu ludzi.

Rozdział 2

Ben

Owen War­ren bywał u nas czę­ściej, niż byśmy sobie tego życzyli. Pró­bo­wał wypra­co­wać z Lindą jakieś poro­zu­mie­nie w kwe­stii hotelu. Miał kasę, którą chciał wyło­żyć na remont, ale żadne pie­nią­dze nie mogły się rów­nać z war­to­ścią emo­cjo­nalną, jaką te mury miały dla kobiety, która stwo­rzyła tu dom dla naszej ekipy.

Udało im się doga­dać dopiero na początku maja. Oznaj­miła nam to aku­rat wtedy, gdy obże­ra­li­śmy się cia­stem z oka­zji uro­dzin Tiny. Linda chciała poznać nasze opi­nie o współ­pracy z War­re­nem. Wciąż nie ufała tej rodzi­nie - zresztą wszy­scy byli­śmy zgodni, że ostroż­ność nie zaszko­dzi.

Wio­sna w Ohio była cudowna. Mie­li­śmy co prawda więk­szy ruch w restau­ra­cji, odkąd "C-Town Signal" pod­ła­pało infor­ma­cję, że syn bur­mi­strza czę­sto u nas bywa, ale na szczę­ście Owen nie podzie­lił się z dzien­ni­ka­rzami swo­imi pla­nami. Dzięki temu mogli­śmy po pro­stu cie­szyć się gośćmi. Nie było żad­nych powo­dów do narze­ka­nia. No, może Stan by się ze mną nie zgo­dził. Zaczęła męczyć go aler­gia i bez prze­rwy o tym maru­dził, żeby­śmy nawet na chwilę nie zapo­mnieli. Ale poza takimi bzde­tami i drob­nymi, nie­unik­nio­nymi sprzecz­kami życie toczyło się spo­koj­nie, a mnie nie bra­ko­wało niczego do szczę­ścia.

Gdy w sobotę rano zsze­dłem na śnia­da­nie, od razu wzią­łem ze sobą tablet. Zamie­rza­łem prze­sie­dzieć tam aż do obiadu, bo potem miała wpaść Gene­vieve. Wiel­kimi kro­kami zbli­żały się egza­miny koń­cowe, więc przy­go­to­wa­nia zaj­mo­wały więk­szość naszych myśli i wol­nego czasu.

- Tyle gada­cie ostat­nio o tej nauce, że aż sama zaczy­nam się zasta­na­wiać nad pój­ściem na stu­dia - wyznała Tina, gdy opo­wie­dzia­łem im o pla­nach na wie­czór.

Domi­nick rzu­cił jej prze­lotne spoj­rze­nie, ale nie sko­men­to­wał. Wymi­nął ją, by wrzu­cić pokro­jo­nego kur­czaka na patel­nię. Lubi­łem obser­wo­wać ich razem w kuchni. Oboje twier­dzili, że woleli pra­co­wać w samot­no­ści - week­endy zmu­szały ich do połą­cze­nia sił - ale wyda­wało mi się, że sami się oszu­kują. Two­rzyli świetny duet.

- To nie jest zły pomysł - przy­znał Stan. - Pew­nie trzeba będzie zatrud­nić kogoś nowego, ale to i tak było nie­unik­nione. Mamy tu za duży ruch.

- My mamy? - powtó­rzył Dom prze­śmiew­czo.

- Nie zacze­piaj go - ostrze­gła Tina.

Stłu­mi­łem uśmiech. Stan zre­zy­gno­wał z marzeń o wypro­wadzce, ale tamta sytu­acja spro­wo­ko­wała go do zasta­no­wie­nia się, czego naprawdę chce od życia. War­ren zapew­nił go, że może popy­tać o pracę dla niego, ale naj­pew­niej musiałby wró­cić na stu­dia. Stan jed­nak uświa­do­mił sobie, że łączył pracę w kor­po­ra­cji z pre­sti­żem, a w rze­czy­wi­sto­ści naj­więk­szą radość spra­wia mu grze­ba­nie pod maskami samo­cho­dów. Zatrud­nił się w warsz­ta­cie u kum­pla swo­jego ojca. Dzięki temu miał stałe godziny pracy, więc zawsze odbie­rał mnie i Ron­nie ze szkoły, a ją dodat­kowo woził na tre­ningi. Pro­blem w tym, że w hotelu ubyło rąk do pracy. Wciąż jed­nak tu miesz­kał, więc był w iden­tycz­nej sytu­acji jak ja. Poma­ga­li­śmy, gdy tylko zaszła taka potrzeba, cho­ciaż nie byli­śmy ofi­cjal­nie zatrud­nieni.

- Czuję się zain­spi­ro­wana wszyst­kim, co się tu ostat­nio dzieje - kon­ty­nu­owała Tina. - Stan ma pracę, którą lubi. Ron­nie zaraz zaczyna szkołę marzeń. Gen i Ben skoń­czą liceum i pójdą na stu­dia... - Szturch­nęła Domi­nicka ramie­niem. - Tylko ty, Lou i ja cią­gle tkwimy w tym samym miej­scu.

- Ja jestem w ide­al­nym miej­scu - skon­tro­wał chło­pak. - Mamy z sio­strą dach nad głową, gdzie nikt nie ćpa i nas nie leje. Bajka.

Tina wes­tchnęła z poiry­to­wa­niem.

- Minęło pra­wie sie­dem lat, a ty na­dal uży­wasz prze­szło­ści jako karty pułapki, żeby zakoń­czyć nie­wy­godną roz­mowę.

- To nie jest nie­wy­godna roz­mowa - odparł Domi­nick. - Nie każdy musi marzyć o ambit­nej karie­rze.

- Ja nie idę na stu­dia - wtrą­ci­łem się.

Ich zdez­o­rien­to­wane miny jasno poka­zały, że nie spo­dzie­wali się, iż włą­czę się do roz­mowy.

- Tina powie­działa, że ja i Gen pla­nu­jemy stu­dia. Ja nie pla­nuję - dopre­cy­zo­wa­łem.

Niczym przy­wo­łana myślami Gene­vieve weszła do kuchni. Na moje nie­szczę­ście usły­szała, co powie­dzia­łem. Usia­dła obok mnie i zaczęła grze­bać w torebce.

- Wygląda na to, że przy­szłam w ide­al­nym momen­cie - oznaj­miła.

Kłó­cił­bym się z tym, ale ugry­złem się w język, gdy wycią­gnęła w moją stronę jakieś papiery.

- Zro­bi­łam za cie­bie cały rese­arch, żebyś tym razem nie mógł się wykrę­cić. W Cle­ve­land Insti­tute of Art mają pro­gram sty­pen­dialny. Pomogę ci wypeł­nić doku­menty, zło­żysz poda­nie i razem będziemy wieść wspa­niałe stu­denc­kie życie. Brzmi cudow­nie, co nie?

Wzią­łem od niej bro­szury, bo ina­czej ni­gdy nie dałaby mi spo­koju.

- Mnie nie cho­dzi tylko o brak kasy, po pro­stu nie inte­re­sują mnie stu­dia - pró­bo­wa­łem wytłu­ma­czyć, ale wie­dzia­łem, że mi prze­rwie.

- A ja myślę, że zwy­czaj­nie bra­kuje ci pew­no­ści sie­bie. Boisz się, że się nie dosta­niesz.

- Nie. Po pro­stu nie chcę stu­dio­wać.

- W takim razie wytłu­macz mi - Gene­vieve nie dawała za wygraną - dla­czego tak sumien­nie uczysz się do egza­mi­nów?

Wes­tchną­łem cicho. Wszy­scy się na mnie gapili. Nie zno­si­łem tego uczu­cia.

- W zeszłym roku nie zda­łem do następ­nej klasy. Rodzice się wście­kli. - Zatrzy­ma­łem się na chwilę, dobie­ra­jąc słowa. - Regu­lar­nie mi to wypo­mi­nali. Każdy idiota potrafi przejść dalej, potrzeba do tego mini­mum wysiłku. Chyba w końcu uwie­rzy­łem, że coś jest ze mną nie tak. Musia­łem być wyjąt­ko­wym debi­lem, skoro mi się nie udało.

Tina prych­nęła obu­rzona.

- Tak twier­dzili ci sami rodzice, któ­rzy nie potra­fili stwo­rzyć ci odpo­wied­nich warun­ków do nauki w domu?

- Do życia - popra­wił ją Domi­nick, prze­su­wa­jąc w jej stronę talerz z zamó­wie­niem, który dziew­czyna od razu zaczęła deko­ro­wać.

- Zmie­rzam do tego - kon­ty­nu­owa­łem - że bar­dzo chcia­łem udo­wod­nić samemu sobie, że wcale nie jestem kre­ty­nem. Że dam radę skoń­czyć szkołę. Ale nie chcę cie­szyć się za szybko. Uwie­rzę w to dopiero pod­czas cere­mo­nii roz­da­nia dyplo­mów.

Gene­vieve ści­snęła mnie za rękę w geście wspar­cia.

- Zasta­nów się jesz­cze nad tymi stu­diami. Mógł­byś uczyć się tego, co kochasz, razem ze mną, jed­no­cze­śnie zacho­wu­jąc pracę u mojego taty. A że uczel­nia jest na miej­scu, nie wisi nad tobą nawet wizja roz­łąki z Domem. Dosłow­nie nie ma żad­nego powodu, żebyś nie spró­bo­wał.

Naj­chęt­niej zerwał­bym się do ucieczki, byle tylko prze­stała mnie nama­wiać, ale Gene­vieve sie­działa bli­żej drzwi, więc bez pro­blemu mogłaby zagro­dzić mi drogę.

- Wró­cimy do tego tematu innym razem, okej?

Zgo­dziła się, bo dobrze wie­działa, że zawsze dostaje to, czego chce.

Koń­czy­li­śmy jeść zupę kara­ib­ską - jakiś wymysł Owena War­rena, który kom­plet­nie się nie sprze­da­wał, cho­ciaż był prze­pyszny. Mie­li­śmy się zaraz zbie­rać na górę, do mojego pokoju, żeby roz­ło­żyć się z nauką, ale wtedy do kuchni weszła Ron­nie.

Zamar­łem na jej widok. Miała opuch­niętą wargę i siniaka nad brwią. Mecha­nicz­nie prze­je­cha­łem pal­cem po ustach, bo dobrze pamię­ta­łem to uczu­cie. Cały spięty cze­ka­łem, aż Dom ją zauważy. Oczami wyobraźni widzia­łem, jak wpada w szał.

Stan skrzy­wił się na jej widok.

- Jezu, jak ty wyglą­dasz? Nie możesz się tak ubie­rać.

Dopiero teraz przyj­rza­łem się jej ubra­niu, bo twarz mło­dej zde­cy­do­wa­nie odwra­cała uwagę od reszty. Miała na sobie krótką spód­niczkę i top na ramiącz­kach odsła­nia­jący pępek.

Domi­nick obró­cił się przez ramię, żeby ją zlu­stro­wać, a potem skie­ro­wał całą uwagę na kum­pla.

- A to cie­kawe. Dla­czego uwa­żasz, że możesz komen­to­wać wygląd mojej sio­stry?

Stan natych­miast uniósł ręce w geście pokoju.

- No, stary, mar­twię się o nią, tak jak ty. Ta spód­niczka jest za krótka, a wiesz, jacy są nie­któ­rzy faceci, gdy zoba­czą za dużo ciała.

- Nie wiem, oświeć mnie. - W gło­sie Doma pobrzmie­wało wyzwa­nie.

Gene­vieve wtrą­ciła się szybko:

- Stan nie ma złych inten­cji.

- Cho­dzi mi o to, że lepiej dmu­chać na zimne - tłu­ma­czył się chło­pak. - Jeśli Ron­nie wyj­dzie tak ubrana na mia­sto, ktoś na pewno spró­buje ją pode­rwać. A ni­gdy nie wiesz, na kogo może tra­fić. Lepiej się zakryć, niż ryzy­ko­wać.

Domi­nick skrzy­żo­wał ręce na piersi.

- Czyli twier­dzisz, że jeśli jakiś facet zrobi jej krzywdę, to winę ponosi ona, bo nie była wystar­cza­jąco ostrożna? Mówisz to w obec­no­ści dwóch dziew­czyn, które cze­goś takiego doświad­czyły?

Z twa­rzy Stana odpły­nęły kolory. Zer­k­nął naj­pierw na Ron­nie, a potem na Gene­vieve.

- Nie, prze­pra­szam. Ja...

- Moja sio­stra umie się bro­nić sama - wszedł mu w słowo Dom. - Spró­buj jesz­cze raz spoj­rzeć na nią w taki spo­sób, a pode­rżnę ci gar­dło.

Tina zgro­miła go spoj­rze­niem. Stan wyglą­dał, jakby chciał coś jesz­cze powie­dzieć, ale osta­tecz­nie zre­zy­gno­wał.

- Ja pier­dolę, co za pajace - mruk­nęła Ron­nie. - Skoń­czy­li­ście? Dostanę w końcu coś do jedze­nia?

Ustą­pi­łem jej miej­sca przy stole. Tina posta­wiła przed nią por­cję zupy.

- Kiedy możemy się spo­dzie­wać końca two­jej fazy na prze­kli­na­nie? Czaję, że czu­jesz się przez to fajna i doro­sła, ale zarę­czam, że kie­dyś spoj­rzysz wstecz i będziesz się wsty­dzić za sie­bie.

- A ty kie­dyś spoj­rzysz wstecz i doj­dziesz do wnio­sku, że strasz­nie przy­nu­dza­łaś - stwier­dziła Ron­nie, po czym pochy­liła się nad jedze­niem.

W całej tej sytu­acji coś im umy­kało. Nie zwra­cali uwagi na to, co było naprawdę istotne. Czy tylko ja nie mogłem ode­rwać wzroku od twa­rzy Ron­nie?

- Nikt nie zamie­rza nic powie­dzieć na temat jej sinia­ków? - zapy­ta­łem w końcu.

Tina się zaśmiała.

- Dopiero teraz zauwa­ży­łeś, że tre­nuje boks?

Jasne, że wie­dzia­łem, że tre­no­wała. W dodatku była bar­dzo dobra. Ni­gdy jed­nak nie wró­ciła do domu w takim sta­nie. To oni zare­ago­wali nie­wła­ści­wie, nie ja.

Ron­nie w pośpie­chu prze­łknęła ryż i kla­snęła w dło­nie.

- Dzi­siaj mia­łam zaje­bi­sty spa­ring! Męczy­łam tre­nera od tygo­dni i w końcu się ugiął. Pozwo­lił mi wejść do ringu z chło­pa­kiem!

Abso­lut­nie nikomu nie udzie­lił się jej entu­zjazm. Nie doszu­kaw­szy się ocze­ki­wa­nej reak­cji, młoda kon­ty­nu­owała:

- To taki Jay. Cho­dzi tam od jakichś dwóch lat. Jest mniej wię­cej w tej samej kate­go­rii wago­wej.

- Ale jest chło­pa­kiem, więc i tak jest sil­niej­szy od cie­bie - stwier­dziła Tina podejrz­li­wie.

Ron­nie prze­wró­ciła oczami.

- Ta? To cie­kawe, bo go poko­na­łam. Był wyzwa­niem, ale ja oka­za­łam się lep­sza. Te ostat­nie mie­siące przed nową szkołą chcę spę­dzić na jak naj­bar­dziej inten­syw­nych tre­nin­gach, żeby tam być najlep­sza. Aha, przy oka­zji tre­ner pytał, czy zawal­czę w pierw­szą sobotę czerwca. Przy­jeż­dżają jakieś dziew­czyny z oko­licz­nych miast. Powie­dzia­łam, że tak, ale ktoś będzie musiał mnie zawieźć.

Gene­vieve przy­biła z nią piątkę i pogra­tu­lo­wała jej wygra­nej. Dom pod­szedł bli­żej, by przyj­rzeć się obra­że­niom na twa­rzy sio­stry.

- Tre­ner powi­nien do mnie zadzwo­nić i zapy­tać o zgodę, zanim wpu­ścił cię do ringu z chło­pa­kiem.

- Nie zadzwo­nił, bo zapew­ni­łam go, że się zgo­dzi­łeś - odparła słodko Ron­nie.

- Co?!

- A skoro już jeste­śmy przy tema­cie wyra­ża­nia zgody... Mogę sobie pofar­bo­wać włosy?

Domi­nick wyglą­dał, jakby miał pro­blem z prze­twa­rza­niem infor­ma­cji. Ron­nie chwy­ciła garść wło­sów i unio­sła je.

- Chcia­ła­bym u góry zosta­wić takie, jakie są, ale od dołu zro­bić fio­le­towe. Jak będę nosić war­ko­cze, będą się ład­nie prze­pla­tać kolory. Mogę?

- Możesz - odparł jej brat i odwró­cił się z powro­tem do blatu.

Tina trą­ciła go w ramię.

- Poświęć cho­ciaż chwilę, żeby zasta­no­wić się nad tym, co mówisz. Rodzeń­stwo Slam­mer, czy któ­re­kol­wiek z was czy­tało sta­tut nowej szkoły? Jest pry­watna, więc pre­sti­żowa. Moż­liwe, że nie tole­rują takich rze­czy jak kolo­rowe włosy, tatu­aże czy pier­cing.

Louis wszedł do kuchni po gotowe zamó­wie­nie. Dotarł do niego frag­ment roz­mowy i cho­ciaż zro­bił minę, jakby chciał coś dopo­wie­dzieć, to nie mógł zostać dłu­żej. Wró­cił na salę.

- Dobra, spraw­dzę - zapew­niła Ron­nie. - A jeśli się okaże, że wolno, to mogę sobie zro­bić też pier­cing?

Było późno, powin­ni­śmy iść się uczyć, ale Gene­vieve była zbyt zain­te­re­so­wana roz­mową, żeby myśleć o obo­wiąz­kach.

- O co cho­dzi z tą nagłą potrzebą zmiany wyglądu? - zapy­tała. W jej gło­sie nie było cie­nia oce­nia­nia; potra­fiła ide­al­nie wywa­żyć zmar­twie­nie z cie­ka­wo­ścią. - Styl, fry­zura, teraz wypa­li­łaś z kol­czy­kami. Co jest grane?

Louis wró­cił do kuchni i oparł się o ramię Ron­nie, uda­jąc wyczer­pa­nego. Naj­wy­raź­niej naj­więk­sza fala gości już opu­ściła lokal, skoro pozwo­lił sobie na chwilę prze­rwy.

- No... Mam powód - wyja­śniła dziew­czyna, nagle zmie­szana. - Ale nie chcę o tym gadać.

- Dawaj - zachę­ciła ją Gene­vieve. - Wszy­scy chcą robić z sie­bie star­szych i mądrzej­szych od cie­bie, pozwól im się wyka­zać.

Młoda przez chwilę sku­bała wargę w zasta­no­wie­niu.

- To bez­pieczna prze­strzeń - dopo­wie­działa McKen­ney.

Młoda odsu­nęła od sie­bie talerz.

- Dobra, ale macie być pomocni, a nie nado­pie­kuń­czy i wku­rza­jący.

- Jasna sprawa - zapew­niła Tina, co Stan poparł nie­zro­zu­mia­łym pomru­kiem.

- A kiedy my niby jeste­śmy nado­pie­kuń­czy i wku­rza­jący? - zdzi­wił się Louis.

Zaśmia­łem się cicho. Ron­nie zigno­ro­wała pyta­nie.

- Od czego by tu zacząć... Cho­dzi o Chada.

Domi­nick tro­chę za mocno upu­ścił pokrywkę na gar­nek i odwró­cił się gwał­tow­nie.

- On na tobie wymu­sza zmiany w wyglą­dzie? Czemu nie mówi­łaś od razu? Prze­cież gdy­bym wie­dział, to już dawno bym...

- Przy­mknij się - wark­nęła Tina. - Wła­śnie dla­tego ona nic nam nie mówi.

- Chad niczego na mnie nie wymu­sza - zapew­niła Ron­nie, po czym odchrząk­nęła ner­wowo. - W zasa­dzie mam odwrotny pro­blem. Wszyst­kie dziew­czyny cią­gle gadają o swo­ich pierw­szych razach. Ja i Chad jeste­śmy razem ponad pół roku i... on nagle zmie­nił zda­nie. Mówi, że chce pocze­kać do balu, bo wtedy będzie wyjąt­kowo, ale to dopiero za rok! Będziemy wtedy w innych szko­łach. Myślę, że prze­sta­łam mu się podo­bać, dla­tego tak zwleka. Kathy mówi, że przez boks jestem dla niego za mało kobieca. Pew­nie tylko czeka, aż zmie­nię szkołę, żeby ze mną zerwać bez ryzyka tego nie­zręcz­nego mija­nia się na kory­ta­rzu.

Poża­ło­wa­łem, że nie zna­la­złem wcze­śniej wymówki, by stąd wyjść. Jeśli teraz powiem, że muszę się uczyć, ucieczka będzie zbyt oczy­wi­sta. Louis chyba pomy­ślał o tym samym, bo skrzy­wił się i tęsk­nie zer­k­nął na drzwi.

Naj­gor­szą minę miał jed­nak Domi­nick. Nie mógł uciec, bo był w pracy. Zaci­snął powieki, a gdy znów je uniósł, wró­cił do swo­ich obo­wiąz­ków, jakby pró­bo­wał prze­ko­nać samego sie­bie, że nic z tego nie usły­szał.

Tina sta­nęła przy dziew­czy­nach.

- Widzisz pro­blem tam, gdzie go nie ma, słońce. Masz fan­ta­stycz­nego chło­paka, któ­remu zależy na tobie, nie tylko na twoim ciele. Chce, żeby wasz pierw­szy raz był wyjąt­kowy. Powin­naś się cie­szyć.

- Kathy powie­działa, że jeśli do niczego mię­dzy nami nie doj­dzie, to on się mną znu­dzi i mnie zostawi.

- Kathy chyba nie jest zbyt życz­liwą kole­żanką - stwier­dziła Gene­vieve. - Każdy oce­nia według wła­snych war­to­ści. Powin­naś słu­chać Chada, nie kole­ża­nek. A naj­waż­niej­sze i tak jest to, co ty sama czu­jesz.

Cho­ciaż Gen była dla Ron­nie naj­więk­szym wzo­rem do naśla­do­wa­nia, młoda na­dal wyda­wała się nie­prze­ko­nana.

- Sama nie wiem... Chło­paki, jak to wygląda z waszej per­spek­tywy? Faceci myślą ina­czej niż kobiety.

Dopóki na mnie nie patrzyła, uda­wa­łem, że pyta­nie nie jest skie­ro­wane w moją stronę.

- Nie można tak gene­ra­li­zo­wać - stwier­dził Louis. - Że wszy­scy faceci myślą tak samo. Każdy czło­wiek ma swój sys­tem war­to­ści, szcze­gól­nie w tak intym­nych spra­wach jak seks. To bar­dzo indy­wi­du­alne.

- No, zga­dzam się - poparł go Stan, cho­ciaż nie byłem pewny, czy w ogóle słu­chał.

Ron­nie zamy­śliła się na chwilę.

- Okej. A po jakim cza­sie ty i Tina zaczę­li­ście ze sobą sypiać?

Louis zaśmiał się gło­śno.

- Jeny, od kiedy jeste­śmy ze sobą aż tacy bez­po­średni?

- Ja i Stan nie mamy z tym pro­blemu - zapew­niła Tina, widząc, że Ron­nie się czer­wieni. - My dosyć szybko. Po mie­siącu, może dwóch. Ale oboje wie­dzie­li­śmy, że tego chcemy. Nie kie­ro­wały nami docinki zna­jo­mych.

Ron­nie poki­wała głową i spoj­rzała po naszych twa­rzach. Gene­vieve unio­sła ręce.

- Ja nie mam nic pomoc­nego do powie­dze­nia w tej kwe­stii.

- A reszta? W jakim wieku mie­li­ście swój pierw­szy raz?

- Oj, młoda, nie chcesz wie­dzieć - wes­tchnął Louis. - Pytasz o to naj­bar­dziej pokrę­co­nych ludzi. Wyszli­śmy na pro­stą dopiero kilka lat temu. Chcesz wie­dzieć, jak było u mnie? - Prych­nął. - Naćpa­łem się razem z kole­żanką, która była moim kon­tak­tem do dilera. Nic z tego nie pamię­tam. Rano powie­działa mi tylko, że byłem bez­na­dziejny. Wyjąt­kowa noc, co nie?

Deli­kat­nie dotkną­łem ramie­nia Gene­vieve, licząc, że zro­zu­mie i pomoże mi się ewa­ku­ować. Ona jed­nak z zain­te­re­so­wa­niem śle­dziła prze­bieg roz­mowy. Tak więc stało się nie­uchronne: Ron­nie spoj­rzała na mnie.

- A jak to było u cie­bie?

Tina przy­szła mi z pomocą.

- Nie musisz odpo­wia­dać, Ben. Daj mu spo­kój, Ron­nie. Wiesz, jaki on jest.

To nie była naj­de­li­kat­niej­sza uwaga, ale sko­rzy­sta­łem z oka­zji, że nie wyma­gano już ode mnie udziału w roz­mo­wie. Młoda prze­nio­sła wzrok na ostat­nią osobę, która jesz­cze się nie wypo­wie­działa.

- Dom?

Jej brat wsa­dził łyżkę do garnka z sosem, który na pewno nie wyma­gał aż tak dokład­nego mie­sza­nia.

- Co?

- Opo­wia­damy o naszych pierw­szych razach - wyja­śnił Louis z sze­ro­kim uśmie­chem. - Twoja kolej.

- Aha - odparł Slam­mer obo­jęt­nie. - To mnie nie doty­czy.

Ron­nie fuk­nęła poiry­to­wana.

- Zabi­łoby cię, gdy­byś cho­ciaż raz odpo­wie­dział nor­mal­nie?

- Odpo­wie­dzia­łem nor­mal­nie.

Odnio­słem wra­że­nie, że Domi­nick był jedyną osobą, któ­rej nie cią­żyła cisza, jaka zapa­dła po tych sło­wach. Nasz zwią­zek nie sta­no­wił już tajem­nicy, więc myśli wszyst­kich natu­ral­nie powę­dro­wały w moją stronę.

Mój chło­pak szybko to zro­zu­miał.

- Opo­wie­dzieć ci o moim pierw­szym poca­łunku?

- Serio ni­gdy się nie rucha­łeś? - zapy­tał ści­szo­nym gło­sem Louis, ale Tina trzep­nęła go w ramię.

- Pew­nie uważa, że jest zabawy - stwier­dziła Ron­nie.

Domi­nick odwró­cił się do niej.

- Kiedy niby mia­łem kogoś poznać? W domu rodzin­nym, gdy byłem brud­nym i zanie­dba­nym dziec­kiem? W popraw­czaku, gdzie chło­paki cią­gle szu­kali powo­dów do zacze­pek? Po wyj­ściu, tutaj w hotelu, gdy przez pół­tora roku spa­łaś w moim pokoju, bo bałaś się być sama? Ben jest moim pierw­szym chło­pakiem. Przy­kro mi, ale nie mam dla was żad­nej eks­cy­tu­ją­cej histo­ryjki.

Zer­k­ną­łem ukrad­kiem na Ron­nie. Domi­nick ni­gdy mi o tym nie mówił.

Gene­vieve szybko prze­rwała duszącą atmos­ferę.

- No i faj­nie, każdy ma inne doświad­cze­nie. Morał jest taki, że lepiej pocze­kać, aż będziemy gotowi i aż poznamy wła­ściwą osobę, niż potem żało­wać.

Ron­nie zgo­dziła się z nią, cho­ciaż myślami była gdzieś indziej. Louis pod­szedł do Domi­nicka.

- A ten pierw­szy poca­łu­nek to z kim?

- Jezu, jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy tego tematu? - jęk­nął Stan.

- No ej, każdy coś opo­wie­dział, tylko nie on. Weź, daj nam jakąś gorącą plo­teczkę.

Roth­well stał tak bli­sko Slam­mera, że ten nie mógł go już dłu­żej igno­ro­wać. Oparł się o blat.

- Pamię­tasz Paige Hew­son?

Louis przez chwilę pró­bo­wał dopa­so­wać nazwi­sko do twa­rzy. W końcu pstryk­nął pal­cami.

- Nie gadaj! Ta typiara, która kra­dła fajki nauczy­cielce od hisz­pań­skiego? Stary, byłem nią gigan­tycz­nie zauro­czony.

Dom uśmiech­nął się pod nosem.

- Jak mogłeś poca­ło­wać laskę, która mi się podo­bała? - kon­ty­nu­ował Louis.

- To ona poca­ło­wała mnie. Miesz­kała po sąsiedzku. Czę­sto tam łazi­łem.

- Spo­ty­ka­li­ście się za moimi ple­cami?!

Ron­nie kla­snęła w dło­nie.

- Pamię­tam ją! Kie­dyś przy­nio­sła mi cały worek swo­ich ubrań.

- I to nie raz - dodał Dom. - Była w porządku. Cie­kawe, czy udało jej się stam­tąd wyrwać.

Przez chwilę jedy­nym dźwię­kiem w kuchni był skwier­czący olej na patelni. Louis przy­glą­dał się w zamy­śle­niu Ron­nie. Odsu­nęła od sie­bie talerz i wytarła usta wierz­chem dłoni.

- Nie­do­bre to. Wezmę sobie chipsy do pokoju, okej?

- Ranisz mnie - mruk­nął jej brat.

Ona jed­nak nie była zain­te­re­so­wana tym, co miał do powie­dze­nia. Skie­ro­wała się pro­sto do spi­żarni.

- Nie no, cze­kaj, damy ci coś innego! - zawo­łała Tina. - Trzeba powie­dzieć Owe­nowi, że te jego zmiany w menu są idio­tyczne.

- Linda nie powinna pozwa­lać mu aż tak się tu pano­szyć - dodał Stan.

Louis podra­pał się po gło­wie.

- Dobra, ale kto mu to powie? Mamy jakie­goś ochot­nika? Mnie oni na­dal prze­ra­żają.

Nie musiał pytać. Wszy­scy jed­no­cze­śnie spoj­rze­li­śmy na Doma. On sam wyglą­dał na bar­dzo zado­wo­lo­nego z tego pomy­słu.

- Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią.

Rozdział 3

Gene­vieve

Ben­ja­min wbi­jał mi deli­kat­nie palce pod żebra jako sygnał, że chce już opu­ścić kuch­nię. Mia­łam wewnętrzny kon­flikt; z jed­nej strony bar­dzo chcia­łam wysłu­chać Ron­nie - potrze­bo­wała star­szej kole­żanki, która nie jest prze­wraż­li­wiona na jej punk­cie (w odróż­nie­niu od reszty towa­rzy­stwa). Z dru­giej jed­nak musia­łam mieć na uwa­dze kom­fort Ben­ja­mina, któ­rego zbyt łatwo było wpra­wić w zakło­po­ta­nie. Gdy tylko temat mło­dej i jej chło­paka dobiegł końca, zaczę­łam zbie­rać swoje rze­czy, żeby pójść pouczyć się na górze.

- Mogę iść z wami? - zapy­tała Ron­nie. - Nie będę prze­szka­dzać, pooglą­dam serial na słu­chaw­kach.

- Wiesz, ty chyba też powin­naś się uczyć - stwier­dził Louis. - Sty­pen­dium to nie wszystko, dobrze byłoby pochwa­lić się też wyni­kami w nauce w tej nowej szkole.

Gdy tylko odwró­cił się do niej ple­cami, Ron­nie poka­zała mu środ­kowy palec. Powstrzy­ma­łam uśmiech.

- Pew­nie, że możesz iść z nami, nie musisz pytać. Dom, zro­bisz nam lemo­niadę?

- Nie - odparł, ale od razu się­gnął po cytryny.

Tina kla­snęła.

- O, wła­śnie! Też mia­łam do cie­bie prośbę. Jeśli póź­niej zrobi się tro­chę luź­niej, spró­bu­jemy ugo­to­wać ramen? Mam gigan­tyczną ochotę.

Louis par­sk­nął śmie­chem na widok miny Doma.

- Jaki ramen? Skąd ci się to wzięło? Zresztą, od kiedy w sobotę możemy spo­dzie­wać się luzu?

- Odkąd ser­wu­je­cie tę obrzy­dliwą zupę - odpo­wie­działa Ron­nie.

Brat rzu­cił jej ura­żone spoj­rze­nie.

- Moim zda­niem jest bar­dzo dobra - wtrą­cił Ben­ja­min.

Tina uśmiech­nęła się słodko do Doma.

- To jak będzie z tym moim rame­nem? Stan może zaraz sko­czyć po skład­niki. Prawda, kocha­nie?

Jej chło­pak bez waha­nia wstał i się­gnął do kie­szeni po klu­czyki do auta.

- Wyślij mi listę zaku­pów.

Ron­nie podała Ben­ja­mi­nowi dwie paczki chip­sów, a sama wzięła dzba­nek z lemo­niadą i trzy szklanki. Było mi głu­pio, że tylko ja zosta­łam z pustymi rękami, ale w takim skła­dzie wyszli­śmy na salę.

Wszyst­kie moje myśli gdzieś ule­ciały, gdy tylko zamknęły się za nami drzwi. Sta­nę­łam w miej­scu, nie­zdolna odwró­cić wzroku od oczu, które zawsze potra­fiły mnie wypa­trzyć w pomiesz­cze­niu peł­nym ludzi.

Ben i Ron­nie w pierw­szej chwili nie zauwa­żyli, że zosta­łam w tyle. Nie potrze­bo­wali dużo czasu, by zare­je­stro­wać, na kogo patrzę.

Jona­than Whit­ford sie­dział w naszym ulu­bio­nym bok­sie w towa­rzy­stwie trzech męż­czyzn. Jed­nym z nich był jego ojciec, dru­gim Owen War­ren, a trze­ciego nie zna­li­śmy. Jedli wspól­nie obiad, roz­ma­wia­jąc gło­śno.

- Chodź - popro­sił spo­koj­nym tonem Ben, sztur­cha­jąc mnie w ramię. Gdyby nie miał zaję­tych rąk, pew­nie pocią­gnąłby mnie za sobą.

Jon nie wstał, nie przy­wi­tał się z nami ani nie pró­bo­wał zaga­dy­wać. Dopiero gdy dotar­li­śmy na szczyt scho­dów, mój tele­fon zawi­bro­wał w kie­szeni.

Jona­than Whit­ford: Cześć, Gene­vieve. Chyba muszę się wytłu­ma­czyć. Owen chciał pochwa­lić się mojemu ojcu i sta­remu Wal­kera, jakie ma plany na ten hotel, a ktoś ostat­nio pora­dził mi, żebym popra­co­wał nad rela­cją z tatą, więc nie odmó­wi­łem wspól­nego obiadu. Nie chcia­łem Ci wcho­dzić w drogę, nie wie­dzia­łem, że tu będziesz.

Gapi­łam się na ekran przez dłuż­szą chwilę. Jak przez mgłę dotarł do mnie frag­ment roz­mowy Ben­ja­mina i Ron­nie.

- Dla­czego zawsze sie­dzi­cie z Gene­vieve w tym pokoju, a nie u cie­bie i Doma?

- Bo Dom się wku­rza, gdy znaj­duje okruszki w pościeli.

- Kogo to obcho­dzi, czy się wku­rza, czy nie? To wygląda tak, jak­byś trzy­mał się tego dru­giego pokoju, bo nie jesteś pewien związku z moim bra­tem.

- Jezu, nie wyga­duj głu­pot, Ron­nie.

- To nie są głu­poty. Ja nie­długo się wypro­wa­dzam, on pew­nie będzie tym zała­many. Muszę mieć pew­ność, że zna­lazł w kimś opar­cie.

- Ma wokół sie­bie całą masę osób, nawet nie zauważy, że cię nie ma.

- Myślisz, że jesteś zabawny, a ja serio zaraz ci przy­walę.

Unio­słam wzrok, gdy śmiech Ben­ja­mina nagle się urwał. Kiedy ma się paczkę zna­jo­mych, mil­cze­nie zwraca uwagę znacz­nie bar­dziej niż gwar roz­mowy. Przy­glą­dali mi się z końca kory­ta­rza.

- Wszystko okej? - zapy­tał Ben­ja­min, ale jego mina mówiła mi, że dokład­nie wie, na jaką wia­do­mość patrzę.

Dołą­czy­łam do nich nie­chęt­nie. W pokoju - daw­niej oka­zjo­nal­nie moim, póź­niej Bena, teraz, powiedzmy, wspól­nym - od razu rzu­ci­łam się na łóżko.

- Dla­czego ja taka jestem? - jęk­nę­łam.

Ben­ja­min omiótł wzro­kiem wia­do­mość, po czym podał mój tele­fon Ron­nie, a sam opadł na mate­rac obok mnie.

- Mam wyrzuty sumie­nia, że tak go potrak­to­wa­li­śmy - wyznał nagle. - Prze­sta­li­śmy z nim gadać, bo bali­śmy się, że wie o tym, co robił Wal­ker, a on udo­wod­nił, że nic nie wie­dział. Tak naprawdę jedyną jego czer­woną flagą było to, jak potrak­to­wał przy mnie ojca. Ale czy przez jedną wadę powin­ni­śmy cał­ko­wi­cie prze­kre­ślać czło­wieka? Gdy­byś zawsze rezy­gno­wała z ludzi z taką łatwo­ścią, w ogóle nie sie­dzia­ła­byś w tym hotelu.

Wes­tchnę­łam ciężko. Nikt mnie nie rozu­miał, nawet Ben­ja­min, który zawsze tak bar­dzo sta­rał się mnie wysłu­chać. Mnie samej trudno było nazwać te uczu­cia, bo choć miały sens w mojej gło­wie, nie potra­fi­łam prze­ło­żyć ich na odpo­wied­nie słowa.

Czas, który spę­dzi­łam z Jona­tha­nem, był naprawdę dobry. Od początku spra­wiał, że czu­łam się tak, jak ni­gdy dotąd. To było uza­leż­nia­jące w naj­lep­szym tego słowa zna­cze­niu. I chyba wła­śnie dla­tego tak bar­dzo bałam się na to otwo­rzyć.

To, co prze­ży­łam, dora­sta­jąc, trwale odbiło się na moim cha­rak­te­rze. Cho­ciaż Jon dawał mi szczę­ście, za bar­dzo się przy­wią­za­łam do tego stanu. Widzia­łam w jego oczach uczu­cia, a to, zamiast mnie ucie­szyć - prze­ra­ziło. On też się ode mnie uza­leż­niał, a prze­cież ja byłam znisz­czona. Prę­dzej czy póź­niej by to odczuł.

Nie chcia­ła­bym zmar­no­wać jego czasu, skoro wie­dzia­łam, że nie jestem jesz­cze gotowa na zwią­zek.

- Ty roz­ma­wiaj z nim nor­mal­nie - popro­si­łam Ben­ja­mina. - Ja... nie mogę. Nie mogła­bym się z nim kole­go­wać, bo za bar­dzo mi się podoba. A nie chcę rela­cji roman­tycz­nej.

- Ale ty sobie lubisz utrud­niać życie - wymru­czała Ron­nie.

Oczy­wi­ście, że ona tak myślała, bo gdy tylko zaczął jej się podo­bać fut­bo­li­sta, z któ­rym cho­dziła na mate­ma­tykę, wzięła sprawy w swoje ręce. Nie wzdy­chała do niego ukrad­kiem ani nie cze­kała, aż sam zwróci na nią uwagę. Zaga­dała do niego po jed­nym z meczów i od razu zaiskrzyło.

Ja też to poczu­łam w rela­cji z Jona­tha­nem, gdy zamknięci w pokoju Ben­ja­mina prze­ga­da­li­śmy pół nocy. Może jestem sza­lona, ale mia­łam wra­że­nie, że gdy patrzył mi w oczy, prze­świe­tlał mnie na wylot. Boję się tego uczu­cia, jak­bym była cał­ko­wi­cie odkryta emo­cjo­nal­nie.

- Wow! - Krzyk Ron­nie wyrwał mnie z zamy­śle­nia.

Oka­zało się, że dawno prze­stali zawra­cać sobie głowę moimi roz­ter­kami ser­co­wymi. Ben trzy­mał w rękach swój tele­fon, a sio­stra Doma zaglą­dała mu przez ramię.

- Od ostat­niego posta minęły dwie doby i bar­dzo się roz­kli­kał - wyja­śniła. - Ben staje się sławny.

Od razu się zaczer­wie­nił.

- Bez prze­sady.

- Pokaż. - Wycią­gnę­łam rękę po tele­fon, a on już dawno się nauczył, żeby mi nie odma­wiać.

Szkoda tylko, że na­dal nie nauczył się wie­rzyć w sie­bie.

Odkąd mój tata kupił mu tablet, Ben­ja­min się z nim nie roz­sta­wał. Jakieś dwa tygo­dnie temu w końcu zde­cy­do­wał się podzie­lić swo­imi pra­cami ze świa­tem. Nad regu­lar­no­ścią postów czu­wała Ron­nie; i tak spę­dzała cały czas przed ekra­nem, więc rów­nie dobrze mogła robić przy tym coś poży­tecz­nego.

No i fak­tycz­nie - jej zna­jo­mość mediów spo­łecz­no­ścio­wych nie poszła na marne. To dopiero czwarty post na Insta­gra­mie @benjamin_draws_stuff, a już ma pra­wie pięć tysięcy polu­bień.

- Przez to, że te jego rysunki two­rzą spójną histo­rię, gdy ten czwarty wyświe­tla się ludziom w pro­po­no­wa­nych postach, wra­cają zoba­czyć pozo­stałe - wyja­śniła mi Ron­nie. - Algo­rytm uzna to za inte­re­su­jące i będzie poka­zy­wać wię­cej.

- To cudow­nie!

Ści­snę­łam dłoń Bena, ale on odsu­nął się nieco skrę­po­wany.

- Mie­li­śmy się uczyć - przy­po­mniał.

Ron­nie go zigno­ro­wała.

- Ty też powin­naś zacząć wrzu­cać swoje obrazy, Gen. To głu­pie, żeby nie korzy­stać z moż­li­wo­ści, jakie daje inter­net.

- Ja jed­nak lepiej odnaj­duję się w czymś innym niż Ben­ja­min. Mnie się marzą wystawy w gale­rii, gdzie ludzie mogliby doce­niać każde pocią­gnię­cie pędzla. Chcę mieć pra­cow­nię, całą ubru­dzoną farbą. Wie­cie, taki pokój, gdzie nie ma nic oprócz płótna, ale są ogromne okna, przez które wpada mnó­stwo świa­tła. To moja bajka.

Ben i Ron­nie spoj­rzeli na sie­bie tak, jakby wpadł im do głowy ten sam pomysł w tej samej chwili.

- W kwe­stii zor­ga­ni­zo­wa­nia wystawy można zaga­dać z burmi... - zaczęła Ron­nie.

- Nie, nie, nie - weszłam jej w słowo. - Abso­lut­nie. Nic od niego nie chcę.

- Ale...

- Wie­cie co? Chyba powin­ni­śmy zacząć się uczyć.

Chwy­ci­łam torbę z pod­łogi i zaczę­łam w niej grze­bać w poszu­ki­wa­niu zeszytu. Cho­ciaż sta­ra­łam się pozo­stać miła, napię­cie w pomiesz­cze­niu było trudne do zigno­ro­wa­nia. Posta­no­wi­łam, że nie będę sobie tego zbyt­nio wyrzu­cać. Rodzina War­re­nów miała środki, które mogły bar­dzo pomóc hote­lowi Lindy i karie­rze Ron­nie. Ale ja nie chcia­łam nawet zbyt długo prze­by­wać z nimi w jed­nym pomiesz­cze­niu.

Nie warto oka­zy­wać urazy, ale warto zacho­wać zdrowy dystans.

Pod­czas gdy Ben wycią­gał swoje rze­czy, a Ron­nie otwie­rała chipsy i roz­le­wała lemo­niadę do szkla­nek, wzię­łam tele­fon do ręki. Prze­czytałam jesz­cze raz wia­do­mość od Jona­thana, a moje palce zaczęły powoli wystu­ki­wać odpo­wiedź.

Gene­vieve McKen­ney: Nie musisz się tłu­ma­czyć. Mam nadzieję, że zupa Ci sma­ko­wała, to nowy pomysł Owena:) Ale tak serio - prze­pra­szam, że zmar­no­wa­łam Twój czas. Ni­gdy nie pla­no­wa­łam, że tak to się poto­czy. Nie chcę, żeby było mię­dzy nami dziw­nie, ale nie umiem ina­czej. Nie byłam gotowa. Prze­pra­szam jesz­cze raz.

Klik­nę­łam "wyślij", po czym odrzu­ci­łam tele­fon na pościel, jakby mnie opa­rzył. Ben­ja­min chyba to zauwa­żył, ale posta­no­wił nie pytać.

- Zaczy­namy od naj­trud­niej­szych lek­cji czy naj­ła­twiej­szych? Naj­ła­twiej­sze pomogą nam się wkrę­cić w pracę, ale jeśli zaczniemy od naj­trud­niej­szych, to potem już będzie z górki.

Mój tele­fon zawi­bro­wał. Tym razem Ben nie potra­fił stłu­mić uśmie­chu, który miał wyjąt­kowo zaraź­liwy.

- Śmiało, sprawdź, kto napi­sał - zachę­cił, poda­jąc mi apa­rat.

Jona­than Whit­ford: Nie prze­pra­szaj. Wie­rzę, że kie­dyś będziesz gotowa, żeby to prze­ga­dać. Może do tego czasu będzie mnie stać na pier­ścio­nek zarę­czy­nowy. Także po prze­my­śle­niu sprawy... Nie spiesz się ;)

Po krót­kiej chwili na ekra­nie poja­wiła się kolejna wia­do­mość.

Jona­than Whit­ford: A zupa była paskudna. Ale bła­gam, nie mów kucha­rzowi, że to powie­dzia­łem.

Nie byłam świa­doma tego, jak głup­ko­wato uśmie­cham się do tele­fonu, dopóki nie pod­nio­słam wzroku. Napo­tka­łam wścib­skie spoj­rze­nia przy­ja­ciół.

- Z kim pisze­eeeesz? - zapy­tała prze­cią­gle Ron­nie, poru­sza­jąc zabaw­nie brwiami.

- Z mamą - odpo­wie­dzia­łam, cho­ciaż sama usły­sza­łam, jak nie­prze­ko­nu­jąco to zabrzmiało.

Rozdział 4

Dom

W ponie­działki było tak mało pracy, że Owen zaczął suge­ro­wać Lin­dzie, żeby wcale nie otwie­rać kuchni tego jed­nego dnia. Ja chęt­nie zasu­ge­ro­wał­bym mu, żeby prze­stał się we wszystko wtrą­cać, ale cio­cia powie­działa, żebym go nie zacze­piał.

Około dwu­na­stej uświa­do­mi­łem sobie, że zosta­łem cał­kiem sam. Ron­nie i Ben poje­chali do szkoły, Stan do pracy, a Louis na zakupy. Tina nie zeszła do mnie, mimo że raczej nie miała nic do roboty. Wła­ści­wie, kiedy się nad tym zasta­no­wi­łem, nie zeszła nawet na śnia­da­nie. To aku­rat było dziwne.

Zro­bi­łem wszystko, co musia­łem w kuchni, więc wysze­dłem na salę. Sto­liki były puste. Musia­łem jakoś wypeł­nić czas, bo ina­czej umarł­bym z nudów, więc zaczą­łem prze­cie­rać blaty.

Linda zaj­rzała do środka - chyba wzięła mnie za gościa. Obej­rzała się za sie­bie, jakby z ostat­nią iskierką nadziei, że ktoś jesz­cze wej­dzie, ale gdy to się nie wyda­rzyło, dołą­czyła do mnie.

- Czy coś cię gry­zie? Chcesz o czymś poga­dać? - zasko­czyła mnie pyta­niami.

- Nie. Skąd taki pomysł?

- Zawsze, gdy jesteś zde­ner­wo­wany, nie możesz usie­dzieć w miej­scu. Znaj­du­jesz sobie coś do roboty ponad pro­gram, tak jak teraz.

- Albo po pro­stu sta­ram się o tytuł pra­cow­nika mie­siąca - pod­po­wie­dzia­łem.

Nie docze­kaw­szy się żad­nej reak­cji, obej­rza­łem się na cio­cię. Lustro­wała mnie podejrz­li­wie, a ja naprawdę nie mia­łem nic do ukry­cia.

- Jak ci idzie na tera­pii? Pasuje ci ta psy­cho­lożka? Bo wiesz, zawsze można zmie­nić, jeśli...

- Dla­czego mam wra­że­nie, że pró­bu­jesz zna­leźć na mnie jakie­goś haka? - wsze­dłem jej w słowo. - Nic złego nie robię, a i tak mam kło­poty?

Pokrę­ciła głową, ale ode­bra­łem ten gest bar­dziej jako pod­da­nie się niż zaprze­cze­nie.

- Po pro­stu się o cie­bie trosz­czę.

- Ojej, jak słodko. Możesz iść się trosz­czyć o kogoś innego.

Na moje nie­szczę­ście nikogo innego z naszej ekipy nie było w hotelu. Nie mia­łem wyj­ścia. Opar­łem się o blat i zaczą­łem opo­wia­dać Lin­dzie o spo­tka­niach z psy­cho­lo­giem, żeby się na mnie nie obra­ziła. Louis pod­stęp­nie zmu­sił mnie do tej tera­pii, ale już po dru­giej wizy­cie przy­zna­łem przed samym sobą, że to wcale nie był zły pomysł.

- Raz w tygo­dniu to dla cie­bie wystar­cza­jąca liczba spo­tkań? - zapy­tała. - Bo jeżeli chciał­byś cho­dzić tam czę­ściej, nie patrz na nas. Poukła­damy gra­fik tak, żeby było dobrze.

Zaprze­czy­łem, cho­ciaż byłem pewien, że będzie drą­żyć dalej. Wtedy jed­nak drzwi się otwo­rzyły i do restau­ra­cji wszedł Louis. Miał w rękach dwie wypeł­nione po brzegi torby. Gdy dotarło do niego, o czym roz­ma­wiamy, uśmiech­nął się sze­roko.

- Jestem w szoku, że nie zre­zy­gno­wa­łeś po pierw­szej wizy­cie - powie­dział. - U mnie też git. W gru­pie wspar­cia jest kilka osób z daw­nych lat, które cią­gle o cio­cię pytają. Pamię­tasz Trish i jej brata? Od lat są czy­ści, ale wciąż przy­cho­dzą, żeby pod­no­sić innych na duchu.

Linda przy­jęła to ski­nie­niem głowy.

- Dobrze to sły­szeć. Cie­szę się, że obaj nad sobą pra­cu­je­cie.

- Nie wiem, czy jest się z czego cie­szyć - powie­dzia­łem, bo gdy Louis sta­nął obok mnie, poczu­łem od niego woń cze­goś, co bar­dzo źle mi się koja­rzyło.

Dla pew­no­ści przy­cią­gną­łem go bli­żej.

- Co ty robisz?!

Roth­well ode­pchnął mnie deli­kat­nie i odsu­nął się o dwa kroki.

- A ty? - Odbi­łem piłeczkę. - Śmier­dzisz papie­ro­sami.

- A ty ole­jem i jakoś ci tego nie wypo­mi­nam.

Linda też się pochy­liła, żeby pową­chać Louisa, ale wyco­fał się jesz­cze bar­dziej.

- Wie­dzia­łem, że prę­dzej czy póź­niej tak będzie - oznaj­mi­łem. - Nie chcia­łeś zre­zy­gno­wać z pale­nia e-papie­rosa. Od elek­tryka krótka droga do nor­mal­nego papie­rosa, a potem do skręta, i nim się zorien­tu­jesz, będziesz wstrzy­ki­wać sobie hero­inę.

- Stary, ogar­nij się! - wykrzyk­nął Louis. - Nie jara­łem szlu­gów. Wpa­dłem na kogoś z prze­szło­ści, poga­da­li­śmy chwilę i to ona paliła. Jeżeli prze­siąk­ną­łem tym smro­dem, to przez nią. Nie mogę dyk­to­wać ludziom, co mogą, a czego nie mogą.

Mia­łem zamiar dosad­nie powie­dzieć, co o tym myślę, ale w drzwiach poja­wił się Ben. Widok tego chło­paka sku­tecz­nie mie­szał mi w gło­wie. Miał mocno zdez­o­rien­to­waną minę, cho­ciaż nie mógł sły­szeć naszej roz­mowy.

Louis wyce­lo­wał w niego pal­cem.

- Wła­śnie! Cio­ciu, też masz wra­że­nie, że oni przej­mują od sie­bie nawza­jem naj­gor­sze cechy? Ben coraz czę­ściej rzuca tek­stami jak Dom, a Dom snuje kata­stro­ficzne sce­na­riu­sze wyssane z palca.

Nie docze­kał się popar­cia. Linda zaczęła tłu­ma­czyć mu coś na temat szko­dli­wo­ści fajek, ale już nie słu­cha­łem. Zer­k­ną­łem na zega­rek; było tro­chę za wcze­śnie na powrót ze szkoły. Kiw­ną­łem na Bena i poszli­śmy do kuchni, gdzie zaczą­łem szy­ko­wać mu obiad.

- Co się stało, że już jesteś?

Ben zamknął drzwi, ale nie spie­szył się z odpo­wie­dzią. Naj­pierw poczu­łem jego ręce opla­ta­jące mnie w pasie, a potem pod­bró­dek na ramie­niu.

- Odwo­łali dwie ostat­nie lek­cje. A co ty taki nie­zo­rien­to­wany? Już nie śle­dzisz e-dzien­nika? Prze­sta­łeś bawić się w moją mamu­się?

Może Louis ma rację. Może naprawdę zaczy­na­li­śmy się do sie­bie upo­dab­niać.

Chwy­ci­łem go za ręce i zmu­si­łem do polu­zo­wa­nia uści­sku tylko na tyle, by móc się odwró­cić. Na widok tego bez­tro­skiego uśmie­chu mię­kły mi kolana. Gdy tylko mój wzrok powę­dro­wał na jego usta, nie wahał się, jakby miał jedyną oka­zję do wyko­rzy­sta­nia. Złą­czył nasze wargi na krótką chwilę.

- Nie śmier­dzę ole­jem? - zapy­ta­łem, gdy się ode mnie odsu­nął.

Mina Bena dała mi jasno do zro­zu­mie­nia, że to była ostat­nia rzecz, jaką spo­dzie­wał się usły­szeć.

- Przy­tu­lasz mnie i cału­jesz, choć podobno śmier­dzę - wyja­śni­łem.

Zmarsz­czył podejrz­li­wie brwi.

- Bzdura. Kto ci tak powie­dział? Ktoś inny był na tyle bli­sko, by to oce­nić? Ktoś oprócz mnie przy­tula cię i całuje?

Odwró­ci­łem się, żeby prze­mie­szać maka­ron na patelni, bo stało się dla mnie jasne, że nie ocze­kuje odpo­wie­dzi na to pyta­nie.

- Może Paige Hew­son? - rzu­cił za moimi ple­cami.

Par­sk­ną­łem śmie­chem. Chyba nie mówił poważ­nie.

- Nie wie­rzę, że zapa­mię­ta­łeś jej imię i trzy­ma­łeś to w sobie przez ostat­nie dwa dni.

Ben wzru­szył ramio­nami.

- Ty byłeś zazdro­sny o Gene­vieve, ja będę o Paige. Naj­wy­raź­niej jeste­śmy jedną z takich par.

Zaczą­łem szu­kać na jego twa­rzy oznak, czy pod płasz­czy­kiem żartu kryje się jakieś poważne zmar­twie­nie. No i dostrze­głem - te jego wiel­kie, pełne nie­pew­no­ści oczy.

- Benny, nie możesz być zazdro­sny o poca­łu­nek sprzed dzie­wię­ciu laty, który trwał kró­cej niż czas zro­bie­nia popcornu w mikro­fali.

- Nie jestem zazdro­sny. Po pro­stu... Nie wiem. Ni­gdy wcze­śniej nawet nie przy­szło mi do głowy, że mogłeś mieć kogoś przede mną. A mia­łeś, więc teraz możesz mnie porów­ny­wać. Czuję się przez to nie­pew­nie.

Pokrę­ci­łem głową, wal­cząc o kon­trolę nad mimiką twa­rzy, bo jeśli znowu się roze­śmieję, Ben cał­kiem zamknie się w sobie.

- Byłem dzie­cia­kiem i wyda­wało mi się, że cało­wa­nie dziew­czyn to coś, co trzeba zacząć robić, bo moi kum­ple to robili. Po dwu­dzie­stu sekun­dach tam­tego doświad­cze­nia zro­zu­mia­łem, że na pewno nie chcę ni­gdy cało­wać dziew­czyny. - Zbli­ży­łem się do niego. - A po dzie­wię­ciu latach pozna­łem cie­bie i wiem, że nie chcę już ni­gdy cało­wać nikogo innego.

Ben zaśmiał się cicho, zakry­wa­jąc swój śliczny uśmiech dło­nią.

- Cza­sami zapo­mi­nam, jaki jesteś ckliwy.

Mia­łem coś odpo­wie­dzieć, ale Louis przy­lazł za nami do kuchni. Odsu­ną­łem się nie­chęt­nie od mojego chło­paka i wró­ci­łem do płyty, żeby nało­żyć mu jedze­nie.

Louis posta­wił torby na bla­cie.

- Mogę te mniej­sze rze­czy wło­żyć tu do lodówki czy będzie ci to prze­szka­dzać?

- Naj­bar­dziej mi prze­szka­dza woń, która się za tobą cią­gnie. Idź się umyć - odpar­łem, nie odry­wa­jąc się od pracy.

- Jezu, Dom - jęk­nął Benny.

Póź­niej wyja­śnię mu, o co mi cho­dziło.

Roth­well wyjąt­kowo inten­syw­nie pró­bo­wał nawią­zać ze mną kon­takt wzro­kowy. Nic z tego. Posta­wi­łem przed Benem talerz, za co obda­rzył mnie deli­kat­nym uśmie­chem, cho­ciaż wciąż wyglą­dał na zakło­po­ta­nego przez napię­cie pomię­dzy mną a Lou.

Jesz­cze tro­chę czasu minie, zanim Ron­nie, Stan i Tina - gdzie­kol­wiek była - wrócą, ale musia­łem czymś zająć ręce. Wsta­wi­łem więc sos na kuchenkę.

Louis jęk­nął poko­nany.

- Dobra, jebać to - wyrzu­cił z sie­bie.

Tak rzadko zda­rzało mu się prze­kli­nać, że tym krót­kim zda­niem przy­kuł moją uwagę.

- Nie zamie­rza­łem ci tego mówić, bo albo to nie będzie w ogóle ważne, albo cał­kiem zepsuje ci humor. Ale jak tylko cię zoba­czy­łem, poczu­łem wyrzuty sumie­nia, że to ukry­wam. A potem przy­cze­pi­łeś się do mnie o zapach papie­ro­sów i uzna­łem to za znak.

Zer­k­ną­łem na Bena.

- Rozu­miesz coś z tego beł­kotu?

Potrzą­snął głową. Louis nato­miast wes­tchnął ciężko i wplótł sobie palce we włosy, jakby to miało mu pomóc zebrać myśli.

- Dom, ja... Jakby to powie­dzieć? Wpa­dłem w skle­pie na twoją matkę.

Brzdęk widelca ude­rza­ją­cego o naczy­nie dotarł do moich uszu, ale nie odwró­ci­łem się w tamtą stronę, bo wtedy musiał­bym zmie­rzyć się ze spoj­rze­niem Bena. Nie mógł­bym tego zro­bić. Nie w tej spra­wie. Przez sekundę roz­wa­ża­łem, czy uda­wać, że nie usły­sza­łem rewe­la­cji Louisa, ale szybko odrzu­ci­łem tę opcję.

- Wow, czyli na­dal żyje. To suk­ces. Następ­nym razem jak ją spo­tkasz, pogra­tu­luj jej ode mnie.

Louis odchrząk­nął ner­wowo. Krę­cił się w tę i z powro­tem, jakby pod­łoga była wyło­żona kol­cami.

- Stary, ona wyglą­dała okrop­nie. Jak zom­bie z The Wal­king Dead.

Par­sk­ną­łem suchym śmie­chem.

- Ona zawsze wygląda okrop­nie. To nie kwe­stia stroju i fry­zury, tylko stylu życia.

W ogóle nie zała­pał alu­zji, że nie chcę tego słu­chać. Kon­ty­nu­ował opo­wieść o wyglą­dzie mojej matki - o jej skó­rze w kolo­rze popiołu, zapad­nię­tej twa­rzy i zębach w opła­ka­nym sta­nie. Pró­bo­wa­łem się od tego odciąć, ale słowa same wwier­cały mi się w głowę.

- Czy ta fascy­nu­jąca histo­ria ma jakiś finał? Docze­kamy się go dzi­siaj? - prze­rwa­łem mu w końcu, gdy stało się to nie do znie­sie­nia.

Kątem oka widzia­łem, że Louis pod­szedł bli­żej, ale nie chcia­łem patrzeć mu w oczy. Mie­sza­łem więc ten cho­lerny sos, pil­nu­jąc, by się nie zwa­rzył. Nad tym mia­łem kon­trolę. Nad sty­lem życia mojej matki - nie.

- Byłem zdzi­wiony, że mnie roz­po­znała - wyznał w końcu. - Rzadko mi się to zda­rza. Pytała, gdzie pra­cuję i jakoś tak, od słowa do słowa, zapy­tała też o cie­bie i Ron­nie. Sta­ra­łem się jak naj­szyb­ciej uciąć temat, bo nie wie­dzia­łem, czy byście sobie życzyli, żeby wie­działa cokol­wiek o waszym życiu. Na koniec popro­siła, żebym kupił jej chleb i papie­rosy.

- Chleb i papie­rosy - powtó­rzy­łem. - Nie­zła uczta.

- Kupi­łem - wyrzu­cił z sie­bie szybko. - Jesteś na mnie zły? Prze­pra­szam. Nie umia­łem odmó­wić. Była taka kru­cha i drobna, wyglą­dała, jakby się zaraz miała roz­sy­pać.

Odło­ży­łem powoli łyżkę i w końcu się do niego odwró­ci­łem.

- Ona się roz­sy­puje od ponad dwu­dzie­stu lat, Lou. I zawsze znaj­dzie się jakiś debil, który pró­buje łapać te kawałki. Dzi­siaj byłeś nim ty. Brawo. Następ­nym razem daj jej jesz­cze numer do swo­jego sta­rego dilera, skoro jej dostawca sie­dzi w wię­zie­niu.

Wymi­ną­łem go i się­gną­łem do szafki po kubek, żeby zro­bić sobie kawę. Nie mia­łem na nią ochoty, ale nie mogłem po pro­stu stać i pozwa­lać ciszy wyże­rać mnie od środka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki