Rozdział 1
Ben
- Naprawdę nie musisz tego robić - powiedziałem, gdy najbardziej uparty
chłopak na świecie wziął mnie na ręce.
Za tydzień będę mógł zdjąć ortezę, ale nawet z nią jestem w stanie
chodzić o własnych siłach, tylko robię to nieco wolniej. Jednak Dominick
Slammer od początku nie potrafił przyjąć tego do wiadomości. Powoli
przyzwyczajałem się do myśli, że nie warto z nim dyskutować o sprawach
nieistotnych. Z natury nie mówił zbyt wiele, a połowa słów, które
wypowiadał, była niepoważna. I tak na koniec robił to, co sam uważał za
słuszne. Mogłem więc protestować i prosić, żeby postawił mnie na
podłogę, a on po prostu udawałby, że tego nie słyszy.
Zaakceptowałem swój los. Oplotłem rękami szyję chłopaka i pozwoliłem mu
się zanieść do samochodu Louisa Rothwella.
Gdy tylko Dom pchnął barkiem drzwi hotelu, oślepiły mnie jaskrawe
promienie. Na poboczach wciąż zalegał śnieg, a mróz szczypał w policzki,
więc wyjątkowo doceniłem to, że słońce w końcu tak odważnie wyłoniło się
zza chmur. Gdy przemierzaliśmy parking, miałem w głowie tylko jedną
myśl.
Nie mogę się doczekać lata z tym chłopakiem, kiedy dni będą długie i upalne.
Ronnie i Louis siedzieli w samochodzie. Zrobiło mi się trochę głupio, że
musieli czekać, szczególnie że Dominick odwalał całą tę niepotrzebną
szopkę. Wsadził mnie do środka, jakby uznał, że sam sobie nie poradzę.
- Długo jeszcze? - zapytał z przekąsem Louis, bębniąc palcami o kierownicę. Nie był zniecierpliwiony, znał już długo Slammerów i wiedział, czego się spodziewać po Domie.
To pytanie oczywiście odniosło odwrotny skutek. Mój chłopak, z braku
lepszego pomysłu, jak jeszcze na złość przedłużyć czas pożegnania,
zaczął mocować się z moim pasem, żeby go zapiąć.
- Okej, wystarczy - zarządziłem zażenowany, odpychając jego ręce.
- Miłej nauki, dzieciaczki - odparł Dom, bo przecież nie byłby sobą,
gdyby nie palnął czegoś głupiego.
Jego siostra nie lubiła, gdy ktokolwiek z naszej ekipy podkreślał, że
jest od nas młodsza, więc naturalną koleją rzeczy pokazała mu środkowy
palec. Dom pocałował mnie w policzek na pożegnanie, a potem pochylił
się, żeby cmoknąć też Ronnie.
- Weź się odwal, debilu - syknęła dziewczyna, wycierając się wierzchem
dłoni.
Twarz Dominicka wykrzywił złośliwy, pełen zadowolenia uśmieszek. To dla
tego uśmiechu przepadłem. Za każdym razem, gdy stawał się nieznośny dla
innych, czułem przyjemne mrowienie pod skórą.
To niedorzeczne.
Gdy wyjechaliśmy z parkingu, Louis zaczął opowiadać o swoich planach na
resztę dnia. Dopiero w połowie recytowania listy zakupów zorientowałem
się, że wcale nie oczekiwał od nas aktywnego udziału w rozmowie, mówił
raczej do siebie.
Ronnie trąciła mnie łokciem, podsuwając mi pod nos telefon.
- Co myślisz? Ładne?
Na ekranie widniało zdjęcie sukienki z cekinami z jakiegoś sklepu
internetowego. Wzruszyłem ramionami.
- Skąd mam wiedzieć?
- Chyba masz oczy, nie?
- Mam. Ale nie noszę sukienek.
Ronnie warknęła pod nosem, jakby pożałowała, że się do mnie odezwała.
Pocierała przez chwilę dolną wargę, intensywnie nad czymś rozmyślając.
- Nie wiem, jak to powiedzieć, żebym znowu nie wpadła w kłopoty, ale...
Nigdy nam nie powiedziałeś, czy jesteś gejem, czy bi.
Louis przestał wyliczać produkty, które kazała mu kupić Linda, i zerknął
na nas w lusterku wstecznym, marszcząc brwi.
Poprawiłem się na swoim siedzeniu. Bezpośredniość Ronnie wprawiła mnie w zakłopotanie.
- A co to ma do rzeczy?
- No bo jeśli jesteś bi, podobają ci się też dziewczyny, więc wiesz, w czym wyglądają dobrze. A geje często interesują się modą. Tak czy
inaczej, możesz mi pomóc.
- Hej, zastanów się czasem nad tym, co mówisz - odezwał się Louis,
zmuszając ją, by na niego spojrzała. - Nie wygłasza się takich tekstów.
Są stereotypowe i wredne.
- Ben się nie obraża o takie rzeczy - wymruczała Ronnie.
Louis nie był właściwą osobą do wchodzenia w polemikę, mógł dyskutować
godzinami. Tak więc gdy był w trakcie odbijania piłeczki młodej, ja
odpłynąłem myślami. Zanim przyjechałem do Ohio, nie byłem otwarty na
innych ludzi. Na swoją obronę dodam, że oni też nie byli otwarci na
mnie. Nie myślałem za wiele o sprawach, o które przed chwilą zapytała
mnie siostra mojego chłopaka. A jednak teraz wydawało mi się, że
odpowiedź jest oczywista.
- Podoba mi się tylko twój brat - wypowiedziałem na głos swoje myśli.
Dopiero gdy słowa opuściły usta, dotarło do mnie, że przerwałem
Louisowi. Ronnie obróciła głowę w moją stronę, kompletnie ignorując
kumpla.
- Co powiedziałeś?
- Że podoba mi się tylko Dominick. Nie zamierzam zastanawiać się nad
tym, czy lubię też dziewczyny, bo jestem w związku z twoim bratem. A o sukienkę zapytaj Gen albo Tinę.
Zapadła krótka cisza, podczas której szybko zorientowałem się, że trochę
przesadziłem z tą wylewnością. Oparłem głowę o szybę tylko po to, żeby
uciec przed ciekawskim spojrzeniem Ronnie.
- To dobrze - skwitowała po chwili. - Bo jeśli kiedykolwiek skrzywdzisz
Doma, spuszczę ci łomot.
Louis jęknął.
- Młoda, ogarnij się. Przecież jak Dom albo, co gorsza, ciocia Linda
dowiedzą się, że mu grozisz, zabronią ci chodzić na boks.
- Nikt się nie dowie. Prawda, Ben?
- Nie strasz go. To ja tu jestem problemem. Nie umiem dochowywać
sekretów. Nie stawiaj mnie w takiej sytuacji. Ja pieprzę.
Zaśmiałem się.
- Spokojnie. Bądźmy szczerzy, Dom pewnie odbył taką samą rozmowę z Chadem.
Ronnie pokręciła głową.
- Nie miał szans. Dbam o to, żeby nigdy nie znaleźli się sam na sam w jednym pomieszczeniu.
Louis pokiwał głową ze zrozumieniem. Obserwując go w lusterku,
dostrzegłem moment, w którym wpadła mu do głowy inna myśl.
- O co chodzi z tymi sukienkami, młoda? Nigdy się nie stroiłaś. Co się
zmieniło?
Dziewczyna wymruczała niemiłą i niecenzuralną odpowiedź na tyle cicho,
że kierowca jej nie usłyszał, więc mógł co najwyżej poczuć się
zignorowany. Wszyscy szybko zapomnieliśmy o tej rozmowie, bo gdy
podjechaliśmy pod szkołę, przy wejściu stał Jonathan Whitford. Nie
miałem wątpliwości, na kogo czeka. To stało się tradycją, której nikt z nas nie miał ochoty podtrzymywać. Genevieve nie chciała z nim rozmawiać.
Szczerze mówiąc, z nikim nie chciała rozmawiać o swoich emocjach. Była
przekonana, że nie jest w stanie wyjaśnić tego, co czuje. Ja jej
wierzyłem; miała za sobą bardzo trudne przeżycia. Udawanie, że wejdę w jej buty, byłoby nieuczciwe.
Tak więc zrobiłem to, co robiliśmy niemal codziennie. Powiedziałem
Ronnie, żeby weszła do środka, a ja zatrzymałem się przy Jonie. Nadzieja
w jego oczach ani na moment nie zgasła.
- Sam sobie szkodzisz takim zachowaniem - oznajmiłem zamiast powitania.
Potrząsnął głową, nie przyjmując tego do wiadomości. Rozejrzał się
wokół, jakby spodziewał się, że Genevieve wysłała mnie, żebym zajął go
rozmową, podczas gdy ona niezauważona przemknie do środka.
- Ty nie rozumiesz, Ben. Zachowujecie się wobec mnie nie w porządku.
Wszystko było dobrze, a nagle z dnia na dzień zaczęliście mnie traktować
jak największego wroga. Bez słowa wyjaśnienia! To nie jest okej.
Nie musiał tego mówić. Znałem ten tekst na pamięć, bo powtarzał mi to
codziennie.
- Rozumiem twoją perspektywę - zapewniłem. - Gdyby to zależało tylko ode
mnie, powiedziałbym ci o wszystkim. Ale decyzja należy do Genevieve, a ja szanuję jej zdanie. Jeśli naprawdę ci na niej zależy, odpuść. -
Rozejrzałem się na boki, upewniając się, że nikt nas nie podsłuchuje. -
Ona miała kiedyś stalkera. Takim narzucaniem się tylko ją do siebie
zniechęcisz.
Jonathan rozłożył ręce w geście niemocy.
- No to co mam zrobić? Tęsknię za nią.
- Nic. Daj temu czas. Wszystko się jakoś ułoży.
Uśmiechnąłem się niezręcznie, uznawszy rozmowę za zakończoną, i ruszyłem
w kierunku szkoły. Wtedy jednak zatrzymał mnie jego głos:
- Chodzi o mojego ojca, tak?
Faktycznie, gdy kiedyś pan Whitford podwiózł mnie i Jona, bardzo
zaniepokoił mnie sposób, w jaki nasz kumpel rozmawiał ze swoim tatą.
Chociaż przy Genevieve Jonathan był czarujący i kochany, to w interakcji
ze swoim rodzicem zmienił się w kompletnie inną osobę. Opowiedziałem o tym ekipie.
Odwróciłem się do Jona, a on zrobił krok w moją stronę.
- Rodzeństwo Slammerów go rozpoznało, tak? O to chodzi?
Zmarszczyłem brwi.
- Nie rozumiem.
Jonathan zbliżył się, żeby móc ściszyć głos.
- Mój ojciec bywał na interwencjach w domu Slammerów, bo to część jego
pracy. To było dawniej, zanim wyszło na jaw, co naprawdę działo się za
zamkniętymi drzwiami. Wiesz, jak to jest z prawem, co nie? Oddzielenie
dzieci od rodziców to ostateczność. Policja stara się pouczyć,
ewentualnie postraszyć, zaprowadzić porządek. Slammerowie rozpoznali go,
gdy niedawno przyjechał sprawdzić zgłoszenie, tak? Mają żal, że
wcześniej nie zorientował się w ich sytuacji rodzinnej? Ben, nie sądzę,
żebym zrobił coś złego, nie mówiąc wam o tym. Co by to wniosło do naszej
znajomości? Uznałem, że zrobiłoby się niezręcznie.
W oczach Jona szalała desperacja. Może nie był idealny, ale nie miałem
wątpliwości, że naprawdę zależało mu na Genevieve, a ona zasługiwała na
to, by ktoś był w nią tak zapatrzony - chociaż sama chyba w to nie
wierzyła.
Zrobiło mi się żal Whitforda. On naprawdę nie połączył kropek. Może
Walker rzeczywiście nie wtajemniczał go w swoje sprawy. Z tego, co
powiedział nam Owen Warren, wywnioskowałem, że chłopaki mogli nie być aż
tak dobrymi przyjaciółmi, jak zakładałem na początku. Ich ojcowie się
przyjaźnili, więc dorastali razem. Byli na siebie skazani. To jednak nie
musi oznaczać powierzania sobie wszystkich tajemnic.
Zacząłem pocierać skroń, analizując to wszystko. Nawet jeśli Dom
rozpoznał pana Whitforda, czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Jonathan
szukał wszelkich sposobów, żeby dowiedzieć się, o co nam chodzi.
Zależało mu, a my po prostu zerwaliśmy kontakt.
Pewnie powinienem najpierw przegadać to z przyjaciółmi, ale sam podjąłem
decyzję.
- Chodź - poprosiłem.
Coś w moim głosie tym razem przekonało go, żeby podążył za mną.
Odeszliśmy na bok, by żaden z uczniów wchodzących do szkoły nie stał się
świadkiem naszej rozmowy. Opowiedziałem Jonowi o okropnych tygodniach,
które przeżywaliśmy za sprawą jego najlepszego przyjaciela Walkera.
Wyznałem, do jakich kłótni to doprowadziło między nami i z jakimi
problemami musieliśmy się potem mierzyć - czego dowodem była orteza na
mojej nodze. Jonathan nie przerwał mi ani razu, a ja co jakiś czas
zerkałem na zmieniającą się ekspresję jego twarzy, coraz bardziej
przekonany, że nie był wtajemniczony w plany Walkera.
- Jezu ... - Wypuścił powietrze ustami, gdy skończyłem mówić. - To dlatego
nagle zmienił szkołę i urwał ze mną kontakt?
- Owen Warren powiedział nam, że Walker jest na odwyku. Tylko jakoś
ładniej to nazwał. Ośrodek rehabilitacyjny? Nie pamiętam już.
Jonathan pokiwał głową.
- Czyli mój ojciec po raz kolejny okazał się kłamcą. Klasyk.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jego rozkojarzony wzrok zatrzymał się
nagle w jednym punkcie.
Genevieve weszła na plac przy szkole, ale na nasz widok stanęła jak
wryta, rozważając inne opcje. Już dobrze ją znałem. Pewnie próbowała
ocenić, czy Jonathan wymusił na mnie rozmowę, czy jednak wszystko było w porządku i nie musiała interweniować. Skinąłem do niej lekko, co
odebrała zgodnie z moim zamiarem. Ruszyła przed siebie, a my
odprowadzaliśmy ją wzrokiem, aż zniknęła za drzwiami szkoły.
Jonathan za nią nie pobiegł. Uznałem to za dobry znak.
- Okej - odezwał się. Zabrzmiało to tak, jakby podsumował swoje myśli, w które mnie nie wtajemniczył. - Odczepię się. Dam jej tyle czasu, ile
będzie potrzebowała.
W tamtej chwili nie mogłem ocenić, czy dotrzyma obietnicy. Mogłem
jedynie życzyć mu wszystkiego dobrego i iść na lekcje.
Moja opinia o Jonathanie co jakiś czas się zmieniała, ale ostatecznie
musiałem przyznać, że okazał się człowiekiem słownym. Następnego dnia
nie czekał na Genevieve przed wejściem. Dni przechodziły w tygodnie, a ja przestałem być czujny. Kilka razy minęliśmy się z nim na korytarzu.
Wciąż nie mógł oderwać wzroku od Gen, ale nie próbował z nią rozmawiać.
Nie potrafiłem rozszyfrować myśli przyjaciółki. Wydawało mi się, że
przez jej oczy przebijała tęsknota - nie za tym, co było, a za tym, co
mogłoby być.
Z tym że ja nigdy nie byłem dobry w czytaniu ludzi.
Rozdział 2
Ben
Owen Warren bywał u nas częściej, niż byśmy sobie tego życzyli. Próbował
wypracować z Lindą jakieś porozumienie w kwestii hotelu. Miał kasę,
którą chciał wyłożyć na remont, ale żadne pieniądze nie mogły się równać
z wartością emocjonalną, jaką te mury miały dla kobiety, która stworzyła
tu dom dla naszej ekipy.
Udało im się dogadać dopiero na początku maja. Oznajmiła nam to akurat
wtedy, gdy obżeraliśmy się ciastem z okazji urodzin Tiny. Linda chciała
poznać nasze opinie o współpracy z Warrenem. Wciąż nie ufała tej
rodzinie - zresztą wszyscy byliśmy zgodni, że ostrożność nie zaszkodzi.
Wiosna w Ohio była cudowna. Mieliśmy co prawda większy ruch w restauracji, odkąd "C-Town Signal" podłapało informację, że syn
burmistrza często u nas bywa, ale na szczęście Owen nie podzielił się z dziennikarzami swoimi planami. Dzięki temu mogliśmy po prostu cieszyć
się gośćmi. Nie było żadnych powodów do narzekania. No, może Stan by się
ze mną nie zgodził. Zaczęła męczyć go alergia i bez przerwy o tym
marudził, żebyśmy nawet na chwilę nie zapomnieli. Ale poza takimi
bzdetami i drobnymi, nieuniknionymi sprzeczkami życie toczyło się
spokojnie, a mnie nie brakowało niczego do szczęścia.
Gdy w sobotę rano zszedłem na śniadanie, od razu wziąłem ze sobą tablet.
Zamierzałem przesiedzieć tam aż do obiadu, bo potem miała wpaść
Genevieve. Wielkimi krokami zbliżały się egzaminy końcowe, więc
przygotowania zajmowały większość naszych myśli i wolnego czasu.
- Tyle gadacie ostatnio o tej nauce, że aż sama zaczynam się zastanawiać
nad pójściem na studia - wyznała Tina, gdy opowiedziałem im o planach na
wieczór.
Dominick rzucił jej przelotne spojrzenie, ale nie skomentował. Wyminął
ją, by wrzucić pokrojonego kurczaka na patelnię. Lubiłem obserwować ich
razem w kuchni. Oboje twierdzili, że woleli pracować w samotności -
weekendy zmuszały ich do połączenia sił - ale wydawało mi się, że sami
się oszukują. Tworzyli świetny duet.
- To nie jest zły pomysł - przyznał Stan. - Pewnie trzeba będzie
zatrudnić kogoś nowego, ale to i tak było nieuniknione. Mamy tu za duży
ruch.
- My mamy? - powtórzył Dom prześmiewczo.
- Nie zaczepiaj go - ostrzegła Tina.
Stłumiłem uśmiech. Stan zrezygnował z marzeń o wyprowadzce, ale tamta
sytuacja sprowokowała go do zastanowienia się, czego naprawdę chce od
życia. Warren zapewnił go, że może popytać o pracę dla niego, ale
najpewniej musiałby wrócić na studia. Stan jednak uświadomił sobie, że
łączył pracę w korporacji z prestiżem, a w rzeczywistości największą
radość sprawia mu grzebanie pod maskami samochodów. Zatrudnił się w warsztacie u kumpla swojego ojca. Dzięki temu miał stałe godziny pracy,
więc zawsze odbierał mnie i Ronnie ze szkoły, a ją dodatkowo woził na
treningi. Problem w tym, że w hotelu ubyło rąk do pracy. Wciąż jednak tu
mieszkał, więc był w identycznej sytuacji jak ja. Pomagaliśmy, gdy tylko
zaszła taka potrzeba, chociaż nie byliśmy oficjalnie zatrudnieni.
- Czuję się zainspirowana wszystkim, co się tu ostatnio dzieje -
kontynuowała Tina. - Stan ma pracę, którą lubi. Ronnie zaraz zaczyna
szkołę marzeń. Gen i Ben skończą liceum i pójdą na studia... - Szturchnęła
Dominicka ramieniem. - Tylko ty, Lou i ja ciągle tkwimy w tym samym
miejscu.
- Ja jestem w idealnym miejscu - skontrował chłopak. - Mamy z siostrą
dach nad głową, gdzie nikt nie ćpa i nas nie leje. Bajka.
Tina westchnęła z poirytowaniem.
- Minęło prawie siedem lat, a ty nadal używasz przeszłości jako karty
pułapki, żeby zakończyć niewygodną rozmowę.
- To nie jest niewygodna rozmowa - odparł Dominick. - Nie każdy musi
marzyć o ambitnej karierze.
- Ja nie idę na studia - wtrąciłem się.
Ich zdezorientowane miny jasno pokazały, że nie spodziewali się, iż
włączę się do rozmowy.
- Tina powiedziała, że ja i Gen planujemy studia. Ja nie planuję -
doprecyzowałem.
Niczym przywołana myślami Genevieve weszła do kuchni. Na moje
nieszczęście usłyszała, co powiedziałem. Usiadła obok mnie i zaczęła
grzebać w torebce.
- Wygląda na to, że przyszłam w idealnym momencie - oznajmiła.
Kłóciłbym się z tym, ale ugryzłem się w język, gdy wyciągnęła w moją
stronę jakieś papiery.
- Zrobiłam za ciebie cały research, żebyś tym razem nie mógł się
wykręcić. W Cleveland Institute of Art mają program stypendialny. Pomogę
ci wypełnić dokumenty, złożysz podanie i razem będziemy wieść wspaniałe
studenckie życie. Brzmi cudownie, co nie?
Wziąłem od niej broszury, bo inaczej nigdy nie dałaby mi spokoju.
- Mnie nie chodzi tylko o brak kasy, po prostu nie interesują mnie
studia - próbowałem wytłumaczyć, ale wiedziałem, że mi przerwie.
- A ja myślę, że zwyczajnie brakuje ci pewności siebie. Boisz się, że
się nie dostaniesz.
- Nie. Po prostu nie chcę studiować.
- W takim razie wytłumacz mi - Genevieve nie dawała za wygraną -
dlaczego tak sumiennie uczysz się do egzaminów?
Westchnąłem cicho. Wszyscy się na mnie gapili. Nie znosiłem tego
uczucia.
- W zeszłym roku nie zdałem do następnej klasy. Rodzice się wściekli. -
Zatrzymałem się na chwilę, dobierając słowa. - Regularnie mi to
wypominali. Każdy idiota potrafi przejść dalej, potrzeba do tego minimum
wysiłku. Chyba w końcu uwierzyłem, że coś jest ze mną nie tak. Musiałem
być wyjątkowym debilem, skoro mi się nie udało.
Tina prychnęła oburzona.
- Tak twierdzili ci sami rodzice, którzy nie potrafili stworzyć ci
odpowiednich warunków do nauki w domu?
- Do życia - poprawił ją Dominick, przesuwając w jej stronę talerz z zamówieniem, który dziewczyna od razu zaczęła dekorować.
- Zmierzam do tego - kontynuowałem - że bardzo chciałem udowodnić samemu
sobie, że wcale nie jestem kretynem. Że dam radę skończyć szkołę. Ale
nie chcę cieszyć się za szybko. Uwierzę w to dopiero podczas ceremonii
rozdania dyplomów.
Genevieve ścisnęła mnie za rękę w geście wsparcia.
- Zastanów się jeszcze nad tymi studiami. Mógłbyś uczyć się tego, co
kochasz, razem ze mną, jednocześnie zachowując pracę u mojego taty. A że
uczelnia jest na miejscu, nie wisi nad tobą nawet wizja rozłąki z Domem.
Dosłownie nie ma żadnego powodu, żebyś nie spróbował.
Najchętniej zerwałbym się do ucieczki, byle tylko przestała mnie
namawiać, ale Genevieve siedziała bliżej drzwi, więc bez problemu
mogłaby zagrodzić mi drogę.
- Wrócimy do tego tematu innym razem, okej?
Zgodziła się, bo dobrze wiedziała, że zawsze dostaje to, czego chce.
Kończyliśmy jeść zupę karaibską - jakiś wymysł Owena Warrena, który
kompletnie się nie sprzedawał, chociaż był przepyszny. Mieliśmy się
zaraz zbierać na górę, do mojego pokoju, żeby rozłożyć się z nauką, ale
wtedy do kuchni weszła Ronnie.
Zamarłem na jej widok. Miała opuchniętą wargę i siniaka nad brwią.
Mechanicznie przejechałem palcem po ustach, bo dobrze pamiętałem to
uczucie. Cały spięty czekałem, aż Dom ją zauważy. Oczami wyobraźni
widziałem, jak wpada w szał.
Stan skrzywił się na jej widok.
- Jezu, jak ty wyglądasz? Nie możesz się tak ubierać.
Dopiero teraz przyjrzałem się jej ubraniu, bo twarz młodej zdecydowanie
odwracała uwagę od reszty. Miała na sobie krótką spódniczkę i top na
ramiączkach odsłaniający pępek.
Dominick obrócił się przez ramię, żeby ją zlustrować, a potem skierował
całą uwagę na kumpla.
- A to ciekawe. Dlaczego uważasz, że możesz komentować wygląd mojej
siostry?
Stan natychmiast uniósł ręce w geście pokoju.
- No, stary, martwię się o nią, tak jak ty. Ta spódniczka jest za
krótka, a wiesz, jacy są niektórzy faceci, gdy zobaczą za dużo ciała.
- Nie wiem, oświeć mnie. - W głosie Doma pobrzmiewało wyzwanie.
Genevieve wtrąciła się szybko:
- Stan nie ma złych intencji.
- Chodzi mi o to, że lepiej dmuchać na zimne - tłumaczył się chłopak. -
Jeśli Ronnie wyjdzie tak ubrana na miasto, ktoś na pewno spróbuje ją
poderwać. A nigdy nie wiesz, na kogo może trafić. Lepiej się zakryć, niż
ryzykować.
Dominick skrzyżował ręce na piersi.
- Czyli twierdzisz, że jeśli jakiś facet zrobi jej krzywdę, to winę
ponosi ona, bo nie była wystarczająco ostrożna? Mówisz to w obecności
dwóch dziewczyn, które czegoś takiego doświadczyły?
Z twarzy Stana odpłynęły kolory. Zerknął najpierw na Ronnie, a potem na
Genevieve.
- Nie, przepraszam. Ja...
- Moja siostra umie się bronić sama - wszedł mu w słowo Dom. - Spróbuj
jeszcze raz spojrzeć na nią w taki sposób, a poderżnę ci gardło.
Tina zgromiła go spojrzeniem. Stan wyglądał, jakby chciał coś jeszcze
powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował.
- Ja pierdolę, co za pajace - mruknęła Ronnie. - Skończyliście? Dostanę
w końcu coś do jedzenia?
Ustąpiłem jej miejsca przy stole. Tina postawiła przed nią porcję zupy.
- Kiedy możemy się spodziewać końca twojej fazy na przeklinanie? Czaję,
że czujesz się przez to fajna i dorosła, ale zaręczam, że kiedyś
spojrzysz wstecz i będziesz się wstydzić za siebie.
- A ty kiedyś spojrzysz wstecz i dojdziesz do wniosku, że strasznie
przynudzałaś - stwierdziła Ronnie, po czym pochyliła się nad jedzeniem.
W całej tej sytuacji coś im umykało. Nie zwracali uwagi na to, co było
naprawdę istotne. Czy tylko ja nie mogłem oderwać wzroku od twarzy
Ronnie?
- Nikt nie zamierza nic powiedzieć na temat jej siniaków? - zapytałem w końcu.
Tina się zaśmiała.
- Dopiero teraz zauważyłeś, że trenuje boks?
Jasne, że wiedziałem, że trenowała. W dodatku była bardzo dobra. Nigdy
jednak nie wróciła do domu w takim stanie. To oni zareagowali
niewłaściwie, nie ja.
Ronnie w pośpiechu przełknęła ryż i klasnęła w dłonie.
- Dzisiaj miałam zajebisty sparing! Męczyłam trenera od tygodni i w końcu się ugiął. Pozwolił mi wejść do ringu z chłopakiem!
Absolutnie nikomu nie udzielił się jej entuzjazm. Nie doszukawszy się
oczekiwanej reakcji, młoda kontynuowała:
- To taki Jay. Chodzi tam od jakichś dwóch lat. Jest mniej więcej w tej
samej kategorii wagowej.
- Ale jest chłopakiem, więc i tak jest silniejszy od ciebie -
stwierdziła Tina podejrzliwie.
Ronnie przewróciła oczami.
- Ta? To ciekawe, bo go pokonałam. Był wyzwaniem, ale ja okazałam się
lepsza. Te ostatnie miesiące przed nową szkołą chcę spędzić na jak
najbardziej intensywnych treningach, żeby tam być najlepsza. Aha, przy
okazji trener pytał, czy zawalczę w pierwszą sobotę czerwca.
Przyjeżdżają jakieś dziewczyny z okolicznych miast. Powiedziałam, że
tak, ale ktoś będzie musiał mnie zawieźć.
Genevieve przybiła z nią piątkę i pogratulowała jej wygranej. Dom
podszedł bliżej, by przyjrzeć się obrażeniom na twarzy siostry.
- Trener powinien do mnie zadzwonić i zapytać o zgodę, zanim wpuścił cię
do ringu z chłopakiem.
- Nie zadzwonił, bo zapewniłam go, że się zgodziłeś - odparła słodko
Ronnie.
- Co?!
- A skoro już jesteśmy przy temacie wyrażania zgody... Mogę sobie
pofarbować włosy?
Dominick wyglądał, jakby miał problem z przetwarzaniem informacji.
Ronnie chwyciła garść włosów i uniosła je.
- Chciałabym u góry zostawić takie, jakie są, ale od dołu zrobić
fioletowe. Jak będę nosić warkocze, będą się ładnie przeplatać kolory.
Mogę?
- Możesz - odparł jej brat i odwrócił się z powrotem do blatu.
Tina trąciła go w ramię.
- Poświęć chociaż chwilę, żeby zastanowić się nad tym, co mówisz.
Rodzeństwo Slammer, czy którekolwiek z was czytało statut nowej szkoły?
Jest prywatna, więc prestiżowa. Możliwe, że nie tolerują takich rzeczy
jak kolorowe włosy, tatuaże czy piercing.
Louis wszedł do kuchni po gotowe zamówienie. Dotarł do niego fragment
rozmowy i chociaż zrobił minę, jakby chciał coś dopowiedzieć, to nie
mógł zostać dłużej. Wrócił na salę.
- Dobra, sprawdzę - zapewniła Ronnie. - A jeśli się okaże, że wolno, to
mogę sobie zrobić też piercing?
Było późno, powinniśmy iść się uczyć, ale Genevieve była zbyt
zainteresowana rozmową, żeby myśleć o obowiązkach.
- O co chodzi z tą nagłą potrzebą zmiany wyglądu? - zapytała. W jej
głosie nie było cienia oceniania; potrafiła idealnie wyważyć zmartwienie
z ciekawością. - Styl, fryzura, teraz wypaliłaś z kolczykami. Co jest
grane?
Louis wrócił do kuchni i oparł się o ramię Ronnie, udając wyczerpanego.
Najwyraźniej największa fala gości już opuściła lokal, skoro pozwolił
sobie na chwilę przerwy.
- No... Mam powód - wyjaśniła dziewczyna, nagle zmieszana. - Ale nie chcę
o tym gadać.
- Dawaj - zachęciła ją Genevieve. - Wszyscy chcą robić z siebie
starszych i mądrzejszych od ciebie, pozwól im się wykazać.
Młoda przez chwilę skubała wargę w zastanowieniu.
- To bezpieczna przestrzeń - dopowiedziała McKenney.
Młoda odsunęła od siebie talerz.
- Dobra, ale macie być pomocni, a nie nadopiekuńczy i wkurzający.
- Jasna sprawa - zapewniła Tina, co Stan poparł niezrozumiałym
pomrukiem.
- A kiedy my niby jesteśmy nadopiekuńczy i wkurzający? - zdziwił się
Louis.
Zaśmiałem się cicho. Ronnie zignorowała pytanie.
- Od czego by tu zacząć... Chodzi o Chada.
Dominick trochę za mocno upuścił pokrywkę na garnek i odwrócił się
gwałtownie.
- On na tobie wymusza zmiany w wyglądzie? Czemu nie mówiłaś od razu?
Przecież gdybym wiedział, to już dawno bym...
- Przymknij się - warknęła Tina. - Właśnie dlatego ona nic nam nie mówi.
- Chad niczego na mnie nie wymusza - zapewniła Ronnie, po czym
odchrząknęła nerwowo. - W zasadzie mam odwrotny problem. Wszystkie
dziewczyny ciągle gadają o swoich pierwszych razach. Ja i Chad jesteśmy
razem ponad pół roku i... on nagle zmienił zdanie. Mówi, że chce poczekać
do balu, bo wtedy będzie wyjątkowo, ale to dopiero za rok! Będziemy
wtedy w innych szkołach. Myślę, że przestałam mu się podobać, dlatego
tak zwleka. Kathy mówi, że przez boks jestem dla niego za mało kobieca.
Pewnie tylko czeka, aż zmienię szkołę, żeby ze mną zerwać bez ryzyka
tego niezręcznego mijania się na korytarzu.
Pożałowałem, że nie znalazłem wcześniej wymówki, by stąd wyjść. Jeśli
teraz powiem, że muszę się uczyć, ucieczka będzie zbyt oczywista. Louis
chyba pomyślał o tym samym, bo skrzywił się i tęsknie zerknął na drzwi.
Najgorszą minę miał jednak Dominick. Nie mógł uciec, bo był w pracy.
Zacisnął powieki, a gdy znów je uniósł, wrócił do swoich obowiązków,
jakby próbował przekonać samego siebie, że nic z tego nie usłyszał.
Tina stanęła przy dziewczynach.
- Widzisz problem tam, gdzie go nie ma, słońce. Masz fantastycznego
chłopaka, któremu zależy na tobie, nie tylko na twoim ciele. Chce, żeby
wasz pierwszy raz był wyjątkowy. Powinnaś się cieszyć.
- Kathy powiedziała, że jeśli do niczego między nami nie dojdzie, to on
się mną znudzi i mnie zostawi.
- Kathy chyba nie jest zbyt życzliwą koleżanką - stwierdziła Genevieve.
- Każdy ocenia według własnych wartości. Powinnaś słuchać Chada, nie
koleżanek. A najważniejsze i tak jest to, co ty sama czujesz.
Chociaż Gen była dla Ronnie największym wzorem do naśladowania, młoda
nadal wydawała się nieprzekonana.
- Sama nie wiem... Chłopaki, jak to wygląda z waszej perspektywy? Faceci
myślą inaczej niż kobiety.
Dopóki na mnie nie patrzyła, udawałem, że pytanie nie jest skierowane w moją stronę.
- Nie można tak generalizować - stwierdził Louis. - Że wszyscy faceci
myślą tak samo. Każdy człowiek ma swój system wartości, szczególnie w tak intymnych sprawach jak seks. To bardzo indywidualne.
- No, zgadzam się - poparł go Stan, chociaż nie byłem pewny, czy w ogóle
słuchał.
Ronnie zamyśliła się na chwilę.
- Okej. A po jakim czasie ty i Tina zaczęliście ze sobą sypiać?
Louis zaśmiał się głośno.
- Jeny, od kiedy jesteśmy ze sobą aż tacy bezpośredni?
- Ja i Stan nie mamy z tym problemu - zapewniła Tina, widząc, że Ronnie
się czerwieni. - My dosyć szybko. Po miesiącu, może dwóch. Ale oboje
wiedzieliśmy, że tego chcemy. Nie kierowały nami docinki znajomych.
Ronnie pokiwała głową i spojrzała po naszych twarzach. Genevieve uniosła
ręce.
- Ja nie mam nic pomocnego do powiedzenia w tej kwestii.
- A reszta? W jakim wieku mieliście swój pierwszy raz?
- Oj, młoda, nie chcesz wiedzieć - westchnął Louis. - Pytasz o to
najbardziej pokręconych ludzi. Wyszliśmy na prostą dopiero kilka lat
temu. Chcesz wiedzieć, jak było u mnie? - Prychnął. - Naćpałem się razem
z koleżanką, która była moim kontaktem do dilera. Nic z tego nie
pamiętam. Rano powiedziała mi tylko, że byłem beznadziejny. Wyjątkowa
noc, co nie?
Delikatnie dotknąłem ramienia Genevieve, licząc, że zrozumie i pomoże mi
się ewakuować. Ona jednak z zainteresowaniem śledziła przebieg rozmowy.
Tak więc stało się nieuchronne: Ronnie spojrzała na mnie.
- A jak to było u ciebie?
Tina przyszła mi z pomocą.
- Nie musisz odpowiadać, Ben. Daj mu spokój, Ronnie. Wiesz, jaki on
jest.
To nie była najdelikatniejsza uwaga, ale skorzystałem z okazji, że nie
wymagano już ode mnie udziału w rozmowie. Młoda przeniosła wzrok na
ostatnią osobę, która jeszcze się nie wypowiedziała.
- Dom?
Jej brat wsadził łyżkę do garnka z sosem, który na pewno nie wymagał aż
tak dokładnego mieszania.
- Co?
- Opowiadamy o naszych pierwszych razach - wyjaśnił Louis z szerokim
uśmiechem. - Twoja kolej.
- Aha - odparł Slammer obojętnie. - To mnie nie dotyczy.
Ronnie fuknęła poirytowana.
- Zabiłoby cię, gdybyś chociaż raz odpowiedział normalnie?
- Odpowiedziałem normalnie.
Odniosłem wrażenie, że Dominick był jedyną osobą, której nie ciążyła
cisza, jaka zapadła po tych słowach. Nasz związek nie stanowił już
tajemnicy, więc myśli wszystkich naturalnie powędrowały w moją stronę.
Mój chłopak szybko to zrozumiał.
- Opowiedzieć ci o moim pierwszym pocałunku?
- Serio nigdy się nie ruchałeś? - zapytał ściszonym głosem Louis, ale
Tina trzepnęła go w ramię.
- Pewnie uważa, że jest zabawy - stwierdziła Ronnie.
Dominick odwrócił się do niej.
- Kiedy niby miałem kogoś poznać? W domu rodzinnym, gdy byłem brudnym i zaniedbanym dzieckiem? W poprawczaku, gdzie chłopaki ciągle szukali
powodów do zaczepek? Po wyjściu, tutaj w hotelu, gdy przez półtora roku
spałaś w moim pokoju, bo bałaś się być sama? Ben jest moim pierwszym
chłopakiem. Przykro mi, ale nie mam dla was żadnej ekscytującej
historyjki.
Zerknąłem ukradkiem na Ronnie. Dominick nigdy mi o tym nie mówił.
Genevieve szybko przerwała duszącą atmosferę.
- No i fajnie, każdy ma inne doświadczenie. Morał jest taki, że lepiej
poczekać, aż będziemy gotowi i aż poznamy właściwą osobę, niż potem
żałować.
Ronnie zgodziła się z nią, chociaż myślami była gdzieś indziej. Louis
podszedł do Dominicka.
- A ten pierwszy pocałunek to z kim?
- Jezu, jeszcze nie skończyliśmy tego tematu? - jęknął Stan.
- No ej, każdy coś opowiedział, tylko nie on. Weź, daj nam jakąś gorącą
ploteczkę.
Rothwell stał tak blisko Slammera, że ten nie mógł go już dłużej
ignorować. Oparł się o blat.
- Pamiętasz Paige Hewson?
Louis przez chwilę próbował dopasować nazwisko do twarzy. W końcu
pstryknął palcami.
- Nie gadaj! Ta typiara, która kradła fajki nauczycielce od
hiszpańskiego? Stary, byłem nią gigantycznie zauroczony.
Dom uśmiechnął się pod nosem.
- Jak mogłeś pocałować laskę, która mi się podobała? - kontynuował
Louis.
- To ona pocałowała mnie. Mieszkała po sąsiedzku. Często tam łaziłem.
- Spotykaliście się za moimi plecami?!
Ronnie klasnęła w dłonie.
- Pamiętam ją! Kiedyś przyniosła mi cały worek swoich ubrań.
- I to nie raz - dodał Dom. - Była w porządku. Ciekawe, czy udało jej
się stamtąd wyrwać.
Przez chwilę jedynym dźwiękiem w kuchni był skwierczący olej na patelni.
Louis przyglądał się w zamyśleniu Ronnie. Odsunęła od siebie talerz i wytarła usta wierzchem dłoni.
- Niedobre to. Wezmę sobie chipsy do pokoju, okej?
- Ranisz mnie - mruknął jej brat.
Ona jednak nie była zainteresowana tym, co miał do powiedzenia.
Skierowała się prosto do spiżarni.
- Nie no, czekaj, damy ci coś innego! - zawołała Tina. - Trzeba
powiedzieć Owenowi, że te jego zmiany w menu są idiotyczne.
- Linda nie powinna pozwalać mu aż tak się tu panoszyć - dodał Stan.
Louis podrapał się po głowie.
- Dobra, ale kto mu to powie? Mamy jakiegoś ochotnika? Mnie oni nadal
przerażają.
Nie musiał pytać. Wszyscy jednocześnie spojrzeliśmy na Doma. On sam
wyglądał na bardzo zadowolonego z tego pomysłu.
- Z największą przyjemnością.
Rozdział 3
Genevieve
Benjamin wbijał mi delikatnie palce pod żebra jako sygnał, że chce już
opuścić kuchnię. Miałam wewnętrzny konflikt; z jednej strony bardzo
chciałam wysłuchać Ronnie - potrzebowała starszej koleżanki, która nie
jest przewrażliwiona na jej punkcie (w odróżnieniu od reszty
towarzystwa). Z drugiej jednak musiałam mieć na uwadze komfort
Benjamina, którego zbyt łatwo było wprawić w zakłopotanie. Gdy tylko
temat młodej i jej chłopaka dobiegł końca, zaczęłam zbierać swoje
rzeczy, żeby pójść pouczyć się na górze.
- Mogę iść z wami? - zapytała Ronnie. - Nie będę przeszkadzać, pooglądam
serial na słuchawkach.
- Wiesz, ty chyba też powinnaś się uczyć - stwierdził Louis. -
Stypendium to nie wszystko, dobrze byłoby pochwalić się też wynikami w nauce w tej nowej szkole.
Gdy tylko odwrócił się do niej plecami, Ronnie pokazała mu środkowy
palec. Powstrzymałam uśmiech.
- Pewnie, że możesz iść z nami, nie musisz pytać. Dom, zrobisz nam
lemoniadę?
- Nie - odparł, ale od razu sięgnął po cytryny.
Tina klasnęła.
- O, właśnie! Też miałam do ciebie prośbę. Jeśli później zrobi się
trochę luźniej, spróbujemy ugotować ramen? Mam gigantyczną ochotę.
Louis parsknął śmiechem na widok miny Doma.
- Jaki ramen? Skąd ci się to wzięło? Zresztą, od kiedy w sobotę możemy
spodziewać się luzu?
- Odkąd serwujecie tę obrzydliwą zupę - odpowiedziała Ronnie.
Brat rzucił jej urażone spojrzenie.
- Moim zdaniem jest bardzo dobra - wtrącił Benjamin.
Tina uśmiechnęła się słodko do Doma.
- To jak będzie z tym moim ramenem? Stan może zaraz skoczyć po
składniki. Prawda, kochanie?
Jej chłopak bez wahania wstał i sięgnął do kieszeni po kluczyki do auta.
- Wyślij mi listę zakupów.
Ronnie podała Benjaminowi dwie paczki chipsów, a sama wzięła dzbanek z lemoniadą i trzy szklanki. Było mi głupio, że tylko ja zostałam z pustymi rękami, ale w takim składzie wyszliśmy na salę.
Wszystkie moje myśli gdzieś uleciały, gdy tylko zamknęły się za nami
drzwi. Stanęłam w miejscu, niezdolna odwrócić wzroku od oczu, które
zawsze potrafiły mnie wypatrzyć w pomieszczeniu pełnym ludzi.
Ben i Ronnie w pierwszej chwili nie zauważyli, że zostałam w tyle. Nie
potrzebowali dużo czasu, by zarejestrować, na kogo patrzę.
Jonathan Whitford siedział w naszym ulubionym boksie w towarzystwie
trzech mężczyzn. Jednym z nich był jego ojciec, drugim Owen Warren, a trzeciego nie znaliśmy. Jedli wspólnie obiad, rozmawiając głośno.
- Chodź - poprosił spokojnym tonem Ben, szturchając mnie w ramię. Gdyby
nie miał zajętych rąk, pewnie pociągnąłby mnie za sobą.
Jon nie wstał, nie przywitał się z nami ani nie próbował zagadywać.
Dopiero gdy dotarliśmy na szczyt schodów, mój telefon zawibrował w kieszeni.
Jonathan Whitford: Cześć, Genevieve. Chyba muszę się wytłumaczyć. Owen
chciał pochwalić się mojemu ojcu i staremu Walkera, jakie ma plany na
ten hotel, a ktoś ostatnio poradził mi, żebym popracował nad relacją z tatą, więc nie odmówiłem wspólnego obiadu. Nie chciałem Ci wchodzić w drogę, nie wiedziałem, że tu będziesz.
Gapiłam się na ekran przez dłuższą chwilę. Jak przez mgłę dotarł do mnie
fragment rozmowy Benjamina i Ronnie.
- Dlaczego zawsze siedzicie z Genevieve w tym pokoju, a nie u ciebie i Doma?
- Bo Dom się wkurza, gdy znajduje okruszki w pościeli.
- Kogo to obchodzi, czy się wkurza, czy nie? To wygląda tak, jakbyś
trzymał się tego drugiego pokoju, bo nie jesteś pewien związku z moim
bratem.
- Jezu, nie wygaduj głupot, Ronnie.
- To nie są głupoty. Ja niedługo się wyprowadzam, on pewnie będzie tym
załamany. Muszę mieć pewność, że znalazł w kimś oparcie.
- Ma wokół siebie całą masę osób, nawet nie zauważy, że cię nie ma.
- Myślisz, że jesteś zabawny, a ja serio zaraz ci przywalę.
Uniosłam wzrok, gdy śmiech Benjamina nagle się urwał. Kiedy ma się
paczkę znajomych, milczenie zwraca uwagę znacznie bardziej niż gwar
rozmowy. Przyglądali mi się z końca korytarza.
- Wszystko okej? - zapytał Benjamin, ale jego mina mówiła mi, że
dokładnie wie, na jaką wiadomość patrzę.
Dołączyłam do nich niechętnie. W pokoju - dawniej okazjonalnie moim,
później Bena, teraz, powiedzmy, wspólnym - od razu rzuciłam się na
łóżko.
- Dlaczego ja taka jestem? - jęknęłam.
Benjamin omiótł wzrokiem wiadomość, po czym podał mój telefon Ronnie, a sam opadł na materac obok mnie.
- Mam wyrzuty sumienia, że tak go potraktowaliśmy - wyznał nagle. -
Przestaliśmy z nim gadać, bo baliśmy się, że wie o tym, co robił Walker,
a on udowodnił, że nic nie wiedział. Tak naprawdę jedyną jego czerwoną
flagą było to, jak potraktował przy mnie ojca. Ale czy przez jedną wadę
powinniśmy całkowicie przekreślać człowieka? Gdybyś zawsze rezygnowała z ludzi z taką łatwością, w ogóle nie siedziałabyś w tym hotelu.
Westchnęłam ciężko. Nikt mnie nie rozumiał, nawet Benjamin, który zawsze
tak bardzo starał się mnie wysłuchać. Mnie samej trudno było nazwać te
uczucia, bo choć miały sens w mojej głowie, nie potrafiłam przełożyć ich
na odpowiednie słowa.
Czas, który spędziłam z Jonathanem, był naprawdę dobry. Od początku
sprawiał, że czułam się tak, jak nigdy dotąd. To było uzależniające w najlepszym tego słowa znaczeniu. I chyba właśnie dlatego tak bardzo
bałam się na to otworzyć.
To, co przeżyłam, dorastając, trwale odbiło się na moim charakterze.
Chociaż Jon dawał mi szczęście, za bardzo się przywiązałam do tego
stanu. Widziałam w jego oczach uczucia, a to, zamiast mnie ucieszyć -
przeraziło. On też się ode mnie uzależniał, a przecież ja byłam
zniszczona. Prędzej czy później by to odczuł.
Nie chciałabym zmarnować jego czasu, skoro wiedziałam, że nie jestem
jeszcze gotowa na związek.
- Ty rozmawiaj z nim normalnie - poprosiłam Benjamina. - Ja... nie mogę.
Nie mogłabym się z nim kolegować, bo za bardzo mi się podoba. A nie chcę
relacji romantycznej.
- Ale ty sobie lubisz utrudniać życie - wymruczała Ronnie.
Oczywiście, że ona tak myślała, bo gdy tylko zaczął jej się podobać
futbolista, z którym chodziła na matematykę, wzięła sprawy w swoje ręce.
Nie wzdychała do niego ukradkiem ani nie czekała, aż sam zwróci na nią
uwagę. Zagadała do niego po jednym z meczów i od razu zaiskrzyło.
Ja też to poczułam w relacji z Jonathanem, gdy zamknięci w pokoju
Benjamina przegadaliśmy pół nocy. Może jestem szalona, ale miałam
wrażenie, że gdy patrzył mi w oczy, prześwietlał mnie na wylot. Boję się
tego uczucia, jakbym była całkowicie odkryta emocjonalnie.
- Wow! - Krzyk Ronnie wyrwał mnie z zamyślenia.
Okazało się, że dawno przestali zawracać sobie głowę moimi rozterkami
sercowymi. Ben trzymał w rękach swój telefon, a siostra Doma zaglądała
mu przez ramię.
- Od ostatniego posta minęły dwie doby i bardzo się rozklikał -
wyjaśniła. - Ben staje się sławny.
Od razu się zaczerwienił.
- Bez przesady.
- Pokaż. - Wyciągnęłam rękę po telefon, a on już dawno się nauczył, żeby
mi nie odmawiać.
Szkoda tylko, że nadal nie nauczył się wierzyć w siebie.
Odkąd mój tata kupił mu tablet, Benjamin się z nim nie rozstawał. Jakieś
dwa tygodnie temu w końcu zdecydował się podzielić swoimi pracami ze
światem. Nad regularnością postów czuwała Ronnie; i tak spędzała cały
czas przed ekranem, więc równie dobrze mogła robić przy tym coś
pożytecznego.
No i faktycznie - jej znajomość mediów społecznościowych nie poszła na
marne. To dopiero czwarty post na Instagramie @benjamin_draws_stuff, a już ma prawie pięć tysięcy polubień.
- Przez to, że te jego rysunki tworzą spójną historię, gdy ten czwarty
wyświetla się ludziom w proponowanych postach, wracają zobaczyć
pozostałe - wyjaśniła mi Ronnie. - Algorytm uzna to za interesujące i będzie pokazywać więcej.
- To cudownie!
Ścisnęłam dłoń Bena, ale on odsunął się nieco skrępowany.
- Mieliśmy się uczyć - przypomniał.
Ronnie go zignorowała.
- Ty też powinnaś zacząć wrzucać swoje obrazy, Gen. To głupie, żeby nie
korzystać z możliwości, jakie daje internet.
- Ja jednak lepiej odnajduję się w czymś innym niż Benjamin. Mnie się
marzą wystawy w galerii, gdzie ludzie mogliby doceniać każde
pociągnięcie pędzla. Chcę mieć pracownię, całą ubrudzoną farbą. Wiecie,
taki pokój, gdzie nie ma nic oprócz płótna, ale są ogromne okna, przez
które wpada mnóstwo światła. To moja bajka.
Ben i Ronnie spojrzeli na siebie tak, jakby wpadł im do głowy ten sam
pomysł w tej samej chwili.
- W kwestii zorganizowania wystawy można zagadać z burmi... - zaczęła
Ronnie.
- Nie, nie, nie - weszłam jej w słowo. - Absolutnie. Nic od niego nie
chcę.
- Ale...
- Wiecie co? Chyba powinniśmy zacząć się uczyć.
Chwyciłam torbę z podłogi i zaczęłam w niej grzebać w poszukiwaniu
zeszytu. Chociaż starałam się pozostać miła, napięcie w pomieszczeniu
było trudne do zignorowania. Postanowiłam, że nie będę sobie tego
zbytnio wyrzucać. Rodzina Warrenów miała środki, które mogły bardzo
pomóc hotelowi Lindy i karierze Ronnie. Ale ja nie chciałam nawet zbyt
długo przebywać z nimi w jednym pomieszczeniu.
Nie warto okazywać urazy, ale warto zachować zdrowy dystans.
Podczas gdy Ben wyciągał swoje rzeczy, a Ronnie otwierała chipsy i rozlewała lemoniadę do szklanek, wzięłam telefon do ręki. Przeczytałam
jeszcze raz wiadomość od Jonathana, a moje palce zaczęły powoli
wystukiwać odpowiedź.
Genevieve McKenney: Nie musisz się tłumaczyć. Mam nadzieję, że zupa Ci
smakowała, to nowy pomysł Owena:) Ale tak serio - przepraszam, że
zmarnowałam Twój czas. Nigdy nie planowałam, że tak to się potoczy. Nie
chcę, żeby było między nami dziwnie, ale nie umiem inaczej. Nie byłam
gotowa. Przepraszam jeszcze raz.
Kliknęłam "wyślij", po czym odrzuciłam telefon na pościel, jakby mnie
oparzył. Benjamin chyba to zauważył, ale postanowił nie pytać.
- Zaczynamy od najtrudniejszych lekcji czy najłatwiejszych?
Najłatwiejsze pomogą nam się wkręcić w pracę, ale jeśli zaczniemy od
najtrudniejszych, to potem już będzie z górki.
Mój telefon zawibrował. Tym razem Ben nie potrafił stłumić uśmiechu,
który miał wyjątkowo zaraźliwy.
- Śmiało, sprawdź, kto napisał - zachęcił, podając mi aparat.
Jonathan Whitford: Nie przepraszaj. Wierzę, że kiedyś będziesz gotowa,
żeby to przegadać. Może do tego czasu będzie mnie stać na pierścionek
zaręczynowy. Także po przemyśleniu sprawy... Nie spiesz się ;)
Po krótkiej chwili na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość.
Jonathan Whitford: A zupa była paskudna. Ale błagam, nie mów
kucharzowi, że to powiedziałem.
Nie byłam świadoma tego, jak głupkowato uśmiecham się do telefonu,
dopóki nie podniosłam wzroku. Napotkałam wścibskie spojrzenia
przyjaciół.
- Z kim piszeeeeesz? - zapytała przeciągle Ronnie, poruszając zabawnie
brwiami.
- Z mamą - odpowiedziałam, chociaż sama usłyszałam, jak nieprzekonująco
to zabrzmiało.
Rozdział 4
Dom
W poniedziałki było tak mało pracy, że Owen zaczął sugerować Lindzie,
żeby wcale nie otwierać kuchni tego jednego dnia. Ja chętnie
zasugerowałbym mu, żeby przestał się we wszystko wtrącać, ale ciocia
powiedziała, żebym go nie zaczepiał.
Około dwunastej uświadomiłem sobie, że zostałem całkiem sam. Ronnie i Ben pojechali do szkoły, Stan do pracy, a Louis na zakupy. Tina nie
zeszła do mnie, mimo że raczej nie miała nic do roboty. Właściwie, kiedy
się nad tym zastanowiłem, nie zeszła nawet na śniadanie. To akurat było
dziwne.
Zrobiłem wszystko, co musiałem w kuchni, więc wyszedłem na salę. Stoliki
były puste. Musiałem jakoś wypełnić czas, bo inaczej umarłbym z nudów,
więc zacząłem przecierać blaty.
Linda zajrzała do środka - chyba wzięła mnie za gościa. Obejrzała się za
siebie, jakby z ostatnią iskierką nadziei, że ktoś jeszcze wejdzie, ale
gdy to się nie wydarzyło, dołączyła do mnie.
- Czy coś cię gryzie? Chcesz o czymś pogadać? - zaskoczyła mnie
pytaniami.
- Nie. Skąd taki pomysł?
- Zawsze, gdy jesteś zdenerwowany, nie możesz usiedzieć w miejscu.
Znajdujesz sobie coś do roboty ponad program, tak jak teraz.
- Albo po prostu staram się o tytuł pracownika miesiąca -
podpowiedziałem.
Nie doczekawszy się żadnej reakcji, obejrzałem się na ciocię. Lustrowała
mnie podejrzliwie, a ja naprawdę nie miałem nic do ukrycia.
- Jak ci idzie na terapii? Pasuje ci ta psycholożka? Bo wiesz, zawsze
można zmienić, jeśli...
- Dlaczego mam wrażenie, że próbujesz znaleźć na mnie jakiegoś haka? -
wszedłem jej w słowo. - Nic złego nie robię, a i tak mam kłopoty?
Pokręciła głową, ale odebrałem ten gest bardziej jako poddanie się niż
zaprzeczenie.
- Po prostu się o ciebie troszczę.
- Ojej, jak słodko. Możesz iść się troszczyć o kogoś innego.
Na moje nieszczęście nikogo innego z naszej ekipy nie było w hotelu. Nie
miałem wyjścia. Oparłem się o blat i zacząłem opowiadać Lindzie o spotkaniach z psychologiem, żeby się na mnie nie obraziła. Louis
podstępnie zmusił mnie do tej terapii, ale już po drugiej wizycie
przyznałem przed samym sobą, że to wcale nie był zły pomysł.
- Raz w tygodniu to dla ciebie wystarczająca liczba spotkań? - zapytała.
- Bo jeżeli chciałbyś chodzić tam częściej, nie patrz na nas. Poukładamy
grafik tak, żeby było dobrze.
Zaprzeczyłem, chociaż byłem pewien, że będzie drążyć dalej. Wtedy jednak
drzwi się otworzyły i do restauracji wszedł Louis. Miał w rękach dwie
wypełnione po brzegi torby. Gdy dotarło do niego, o czym rozmawiamy,
uśmiechnął się szeroko.
- Jestem w szoku, że nie zrezygnowałeś po pierwszej wizycie -
powiedział. - U mnie też git. W grupie wsparcia jest kilka osób z dawnych lat, które ciągle o ciocię pytają. Pamiętasz Trish i jej brata?
Od lat są czyści, ale wciąż przychodzą, żeby podnosić innych na duchu.
Linda przyjęła to skinieniem głowy.
- Dobrze to słyszeć. Cieszę się, że obaj nad sobą pracujecie.
- Nie wiem, czy jest się z czego cieszyć - powiedziałem, bo gdy Louis
stanął obok mnie, poczułem od niego woń czegoś, co bardzo źle mi się
kojarzyło.
Dla pewności przyciągnąłem go bliżej.
- Co ty robisz?!
Rothwell odepchnął mnie delikatnie i odsunął się o dwa kroki.
- A ty? - Odbiłem piłeczkę. - Śmierdzisz papierosami.
- A ty olejem i jakoś ci tego nie wypominam.
Linda też się pochyliła, żeby powąchać Louisa, ale wycofał się jeszcze
bardziej.
- Wiedziałem, że prędzej czy później tak będzie - oznajmiłem. - Nie
chciałeś zrezygnować z palenia e-papierosa. Od elektryka krótka droga do
normalnego papierosa, a potem do skręta, i nim się zorientujesz,
będziesz wstrzykiwać sobie heroinę.
- Stary, ogarnij się! - wykrzyknął Louis. - Nie jarałem szlugów. Wpadłem
na kogoś z przeszłości, pogadaliśmy chwilę i to ona paliła. Jeżeli
przesiąknąłem tym smrodem, to przez nią. Nie mogę dyktować ludziom, co
mogą, a czego nie mogą.
Miałem zamiar dosadnie powiedzieć, co o tym myślę, ale w drzwiach
pojawił się Ben. Widok tego chłopaka skutecznie mieszał mi w głowie.
Miał mocno zdezorientowaną minę, chociaż nie mógł słyszeć naszej
rozmowy.
Louis wycelował w niego palcem.
- Właśnie! Ciociu, też masz wrażenie, że oni przejmują od siebie
nawzajem najgorsze cechy? Ben coraz częściej rzuca tekstami jak Dom, a Dom snuje katastroficzne scenariusze wyssane z palca.
Nie doczekał się poparcia. Linda zaczęła tłumaczyć mu coś na temat
szkodliwości fajek, ale już nie słuchałem. Zerknąłem na zegarek; było
trochę za wcześnie na powrót ze szkoły. Kiwnąłem na Bena i poszliśmy do
kuchni, gdzie zacząłem szykować mu obiad.
- Co się stało, że już jesteś?
Ben zamknął drzwi, ale nie spieszył się z odpowiedzią. Najpierw poczułem
jego ręce oplatające mnie w pasie, a potem podbródek na ramieniu.
- Odwołali dwie ostatnie lekcje. A co ty taki niezorientowany? Już nie
śledzisz e-dziennika? Przestałeś bawić się w moją mamusię?
Może Louis ma rację. Może naprawdę zaczynaliśmy się do siebie
upodabniać.
Chwyciłem go za ręce i zmusiłem do poluzowania uścisku tylko na tyle, by
móc się odwrócić. Na widok tego beztroskiego uśmiechu miękły mi kolana.
Gdy tylko mój wzrok powędrował na jego usta, nie wahał się, jakby miał
jedyną okazję do wykorzystania. Złączył nasze wargi na krótką chwilę.
- Nie śmierdzę olejem? - zapytałem, gdy się ode mnie odsunął.
Mina Bena dała mi jasno do zrozumienia, że to była ostatnia rzecz, jaką
spodziewał się usłyszeć.
- Przytulasz mnie i całujesz, choć podobno śmierdzę - wyjaśniłem.
Zmarszczył podejrzliwie brwi.
- Bzdura. Kto ci tak powiedział? Ktoś inny był na tyle blisko, by to
ocenić? Ktoś oprócz mnie przytula cię i całuje?
Odwróciłem się, żeby przemieszać makaron na patelni, bo stało się dla
mnie jasne, że nie oczekuje odpowiedzi na to pytanie.
- Może Paige Hewson? - rzucił za moimi plecami.
Parsknąłem śmiechem. Chyba nie mówił poważnie.
- Nie wierzę, że zapamiętałeś jej imię i trzymałeś to w sobie przez
ostatnie dwa dni.
Ben wzruszył ramionami.
- Ty byłeś zazdrosny o Genevieve, ja będę o Paige. Najwyraźniej jesteśmy
jedną z takich par.
Zacząłem szukać na jego twarzy oznak, czy pod płaszczykiem żartu kryje
się jakieś poważne zmartwienie. No i dostrzegłem - te jego wielkie,
pełne niepewności oczy.
- Benny, nie możesz być zazdrosny o pocałunek sprzed dziewięciu laty,
który trwał krócej niż czas zrobienia popcornu w mikrofali.
- Nie jestem zazdrosny. Po prostu... Nie wiem. Nigdy wcześniej nawet nie
przyszło mi do głowy, że mogłeś mieć kogoś przede mną. A miałeś, więc
teraz możesz mnie porównywać. Czuję się przez to niepewnie.
Pokręciłem głową, walcząc o kontrolę nad mimiką twarzy, bo jeśli znowu
się roześmieję, Ben całkiem zamknie się w sobie.
- Byłem dzieciakiem i wydawało mi się, że całowanie dziewczyn to coś, co
trzeba zacząć robić, bo moi kumple to robili. Po dwudziestu sekundach
tamtego doświadczenia zrozumiałem, że na pewno nie chcę nigdy całować
dziewczyny. - Zbliżyłem się do niego. - A po dziewięciu latach poznałem
ciebie i wiem, że nie chcę już nigdy całować nikogo innego.
Ben zaśmiał się cicho, zakrywając swój śliczny uśmiech dłonią.
- Czasami zapominam, jaki jesteś ckliwy.
Miałem coś odpowiedzieć, ale Louis przylazł za nami do kuchni. Odsunąłem
się niechętnie od mojego chłopaka i wróciłem do płyty, żeby nałożyć mu
jedzenie.
Louis postawił torby na blacie.
- Mogę te mniejsze rzeczy włożyć tu do lodówki czy będzie ci to
przeszkadzać?
- Najbardziej mi przeszkadza woń, która się za tobą ciągnie. Idź się
umyć - odparłem, nie odrywając się od pracy.
- Jezu, Dom - jęknął Benny.
Później wyjaśnię mu, o co mi chodziło.
Rothwell wyjątkowo intensywnie próbował nawiązać ze mną kontakt
wzrokowy. Nic z tego. Postawiłem przed Benem talerz, za co obdarzył mnie
delikatnym uśmiechem, chociaż wciąż wyglądał na zakłopotanego przez
napięcie pomiędzy mną a Lou.
Jeszcze trochę czasu minie, zanim Ronnie, Stan i Tina - gdziekolwiek
była - wrócą, ale musiałem czymś zająć ręce. Wstawiłem więc sos na
kuchenkę.
Louis jęknął pokonany.
- Dobra, jebać to - wyrzucił z siebie.
Tak rzadko zdarzało mu się przeklinać, że tym krótkim zdaniem przykuł
moją uwagę.
- Nie zamierzałem ci tego mówić, bo albo to nie będzie w ogóle ważne,
albo całkiem zepsuje ci humor. Ale jak tylko cię zobaczyłem, poczułem
wyrzuty sumienia, że to ukrywam. A potem przyczepiłeś się do mnie o zapach papierosów i uznałem to za znak.
Zerknąłem na Bena.
- Rozumiesz coś z tego bełkotu?
Potrząsnął głową. Louis natomiast westchnął ciężko i wplótł sobie palce
we włosy, jakby to miało mu pomóc zebrać myśli.
- Dom, ja... Jakby to powiedzieć? Wpadłem w sklepie na twoją matkę.
Brzdęk widelca uderzającego o naczynie dotarł do moich uszu, ale nie
odwróciłem się w tamtą stronę, bo wtedy musiałbym zmierzyć się ze
spojrzeniem Bena. Nie mógłbym tego zrobić. Nie w tej sprawie. Przez
sekundę rozważałem, czy udawać, że nie usłyszałem rewelacji Louisa, ale
szybko odrzuciłem tę opcję.
- Wow, czyli nadal żyje. To sukces. Następnym razem jak ją spotkasz,
pogratuluj jej ode mnie.
Louis odchrząknął nerwowo. Kręcił się w tę i z powrotem, jakby podłoga
była wyłożona kolcami.
- Stary, ona wyglądała okropnie. Jak zombie z The Walking Dead.
Parsknąłem suchym śmiechem.
- Ona zawsze wygląda okropnie. To nie kwestia stroju i fryzury, tylko
stylu życia.
W ogóle nie załapał aluzji, że nie chcę tego słuchać. Kontynuował
opowieść o wyglądzie mojej matki - o jej skórze w kolorze popiołu,
zapadniętej twarzy i zębach w opłakanym stanie. Próbowałem się od tego
odciąć, ale słowa same wwiercały mi się w głowę.
- Czy ta fascynująca historia ma jakiś finał? Doczekamy się go dzisiaj?
- przerwałem mu w końcu, gdy stało się to nie do zniesienia.
Kątem oka widziałem, że Louis podszedł bliżej, ale nie chciałem patrzeć
mu w oczy. Mieszałem więc ten cholerny sos, pilnując, by się nie
zwarzył. Nad tym miałem kontrolę. Nad stylem życia mojej matki - nie.
- Byłem zdziwiony, że mnie rozpoznała - wyznał w końcu. - Rzadko mi się
to zdarza. Pytała, gdzie pracuję i jakoś tak, od słowa do słowa,
zapytała też o ciebie i Ronnie. Starałem się jak najszybciej uciąć
temat, bo nie wiedziałem, czy byście sobie życzyli, żeby wiedziała
cokolwiek o waszym życiu. Na koniec poprosiła, żebym kupił jej chleb i papierosy.
- Chleb i papierosy - powtórzyłem. - Niezła uczta.
- Kupiłem - wyrzucił z siebie szybko. - Jesteś na mnie zły? Przepraszam.
Nie umiałem odmówić. Była taka krucha i drobna, wyglądała, jakby się
zaraz miała rozsypać.
Odłożyłem powoli łyżkę i w końcu się do niego odwróciłem.
- Ona się rozsypuje od ponad dwudziestu lat, Lou. I zawsze znajdzie się
jakiś debil, który próbuje łapać te kawałki. Dzisiaj byłeś nim ty.
Brawo. Następnym razem daj jej jeszcze numer do swojego starego dilera,
skoro jej dostawca siedzi w więzieniu.
Wyminąłem go i sięgnąłem do szafki po kubek, żeby zrobić sobie kawę. Nie
miałem na nią ochoty, ale nie mogłem po prostu stać i pozwalać ciszy
wyżerać mnie od środka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki