Dzień pierwszy, 5 czerwca 2017 roku
Komisarz Hektor Cichy pierwszy raz po trzech miesiącach od tragicznych
wydarzeń, w czasie których został ugodzony nożem w brzuch przez
niezrównoważoną Anastazję Kool, szedł do pracy. Dostał kolejną szansę,
choć komendantowi Leonardowi Pawłowskiemu nie udało się zatrzymać go w wydziale kryminalnym. Tymczasowo został przeniesiony do wydziału
dochodzeniowo-śledczego, gdzie naczelnikiem był młodszy inspektor Łukasz
Malicki, o którym niewiele wiedział.
Cichy nie miał obaw przed pracą w nowym miejscu. Nie stresowało go, czy
uda mu się dogadać z nowymi kolegami. W robocie nie szukał przyjaciół,
było mu obojętne, gdzie go przydzielą. Znał z widzenia większość ludzi z dochodzeniówki, od dawna pracował w tej komendzie. Nie był zachwycony
przeniesieniem, ale liczył, że jest to tylko czasowa decyzja i że uda mu
się wrócić do krymu, jak nazywali między sobą wydział kryminalny.
Czuł się dobrze i uważał, że jest w niezłej formie. Po ostatnich
dramatycznych wydarzeniach miesiąc spędził w klinice na odwyku, a od
dwóch miesięcy uczęszczał dwa razy w tygodniu na sesje psychologiczne do
Jakuba Janiszewskiego, który stał się też jego dobrym kolegą. Psycholog
i Pola Ostrowska, oddana przyjaciółka, pomogli mu wrócić do równowagi,
dzięki czemu nie potrzebował leków, aby zagłuszyć ból po stracie
bliskich.
Za radą psychologa zdecydował się przeprowadzić do nowego mieszkania. W poprzednim, gdzie żył z żoną i synkiem, którzy zginęli w wypadku
samochodowym ponad pięć lat temu, zatracał się i wracał do nałogu, nie
mogąc się uwolnić od wspomnień.
Teraz mieszkał bliżej Poli, w mieszkaniu o połowę mniejszym, ale nie
potrzebował już tak dużej przestrzeni; w końcu był sam.
Początkowo nie był pewny, czy zaaklimatyzuje się w nowym miejscu, ale po
przeprowadzce szybko odczuł ulgę. Był przekonany, że nie zapomni o żonie
i synku i że nigdy o nich nie przestanie myśleć. A przeprowadzka stała
się koniecznością.
Dziś był już gotowy, aby wrócić do pracy, do tego, co nadawało sens jego
życiu i co dawało mu siłę.
Wszedł na pierwsze piętro, gdzie mieścił się jego nowy wydział, i skierował wąskim korytarzem w stronę gabinetu naczelnika. Mijani ludzie
witali go uśmiechem lub krótkim "cześć". Od razu poczuł, jakby pracował
z nimi od lat. To napawało optymizmem. Większość z nich znała jego
historię, ale też wiedziała, jakim jest policjantem. Nie miał z nikim
poważnych zatargów, więc liczył, że w nowym wydziale znajdzie swoje
miejsce.
Zastanawiał się, czy wiedzą też o Anastazji, o jego głupocie i tym, co
go z nią łączyło. Nigdy nie wypłynęły ich intymne zdjęcia, zapisane w jej telefonie. Dlatego Cichy miał nadzieję, że o jego bliskiej relacji z podejrzaną o morderstwo wie tylko kilka osób, które brały ścisły udział
w tamtym śledztwie.
Stanął przed oszklonymi drzwiami gabinetu naczelnika Malickiego.
Łysy, okrągły na twarzy mężczyzna koło pięćdziesiątki dał mu znać
machnięciem ręki, aby wchodził.
- Komisarz Hektor Cichy... - przedstawił się, kiedy stanął przed biurkiem
naczelnika.
- Dobra, dobra, przecież wiem, kim jesteś - przerwał mu z powagą
Malicki. Cichy był zaskoczony, do tej pory nie poznał go osobiście. -
Przeglądałem twoją teczkę osobową, dostałem ją od komendanta. - Hektor
odetchnął z ulgą. Pawłowski na pewno nie przekazał w niej nic, co
mogłoby mu zaszkodzić czy postawić go w złym świetle. - Dużo pozytywów,
imponujące osiągnięcia, trudno się nie cieszyć z takiego pracownika. Mam
nadzieję, że nie obniżysz lotów. - Spojrzał badawczo na komisarza, który
kiwnął głową. - Zanim poznasz partnerkę... - Hektor poczuł ukłucie
niepokoju. Na samą myśl o kobiecie partnerce przewidywał kłopoty. Robił
wrażenie na kobietach i te lgnęły do niego. Nie umiały się powstrzymać,
aby z nim nie flirtować i nie składać niedwuznacznych propozycji. Tylko
przy Poli czuł się swobodnie. Choć być może dostanie kogoś w wieku
prokurator Anny Wiedźmińskiej i jego obawy znikną. - Chciałem ci
uświadomić, że nie jestem taki jak komendant Pawłowski. Nie toleruję
chlania. Przyjdziesz do roboty nastukany, to wylatujesz. Nie będę
słuchał powodów, dla których to zrobiłeś. Każdy ma jakieś problemy.
- Rozumiem, panie naczelniku - odparł Cichy. Domyślił się, że Pawłowski
musiał podać coś, cokolwiek, jako powód jego przeniesienia. Alkohol był
bezpieczniejszy niż narkotyki. Afera, która wybuchła po zakończonej
sprawie z Anastazją Kool, była głośna i nie dało się wszystkiego
zatuszować.
Hektor nie widział potrzeby zapewniania przełożonego, że zmienił swoje
życie.
- Jedno nieregulaminowe zachowanie, a spadasz na zieloną trawkę -
dokończył Malicki. Cichy podejrzewał, że całą tę przemowę miał już
wcześniej ułożoną.
- Rozumiem - odparł ponownie. Nowy szef chwilę mu się przyglądał, jakby
podejrzewając, że Cichy z niego kpi, ale nie podjął tego tematu.
- Twoją partnerką będzie aspirant sztabowy Jagna Bojanowska. Pracuje u nas od roku. Konkretna kobieta, chętna do działania. Dogadacie się.
- Tak jest, panie naczelniku - odpowiedział Hektor bez przekonania.
- Jagna siedzi przy ostatnim biurku pod ścianą. - Malicki podniósł się z miejsca, aby przez szybkę wskazać palcem miejsce, o którym mówi. - Obok
niej jest wolne biurko. - Hektor kiwnął głową i ruszył w stronę wyjścia.
Jednym z wielu mankamentów przeniesienia do dochodzeniówki było
dzielenie przestrzeni biurowej z kilkoma osobami. W wydziale kryminalnym
wraz z Krzysztofem Jaworskim mieli własny mały pokój.
Kiedy zbliżał się do wskazanego przez naczelnika miejsca, dostrzegł, że
jego partnerka miała włosy wygolone tuż przy samej skórze. Jej fryzura
była znakiem, że nie będzie miał do czynienia z cukierkową damą.
Stanął przy kobiecie, a ona uniosła głowę. Wyglądała jak Demi Moore w filmie G.I. Jane. Tylko była mocniej zbudowana.
- Cześć, Hektor Cichy, od dziś pracujemy razem. - Wyciągnął do niej
rękę. Kobieta wstała i mocno uścisnęła mu dłoń. Patrzył na nią i nie
mógł oderwać oczu. Miała na sobie za duże ubranie, niemal workowate,
skutecznie zniekształcające sylwetkę.
- Jagna Bojanowska, słyszałam o tobie, niezły z ciebie kozak - zaczęła
wojskowym tonem. - Ale żeby było jasne, nie lubię stwierdzeń, że jak na
kobietę, to nieźle sobie radzę.
- Dzięki za wyjaśnienie - powiedział Hektor, uśmiechając się
nieznacznie, gdyż poczuł autentyczną ulgę. Bojanowska najwyraźniej
musiała udowadniać, że płeć nie ma wpływu na pracę, którą wykonuje,
nawet w świecie uznawanym za męski.
Wraz z uśmiechem na jego policzku uwypukliła się blizna, która
przyciągała kobiety jak magnes. Zobaczył, że Jagna też na nią patrzy,
ale nie miał zamiaru niczego wyjaśniać. Natomiast ona wskazała bliznę
palcem i powiedziała:
- Słyszałam o wypadku, przykro mi.
- Dzięki - rzucił, siadając naprzeciwko jej.
- Pudło przyniósł dziwny koleś z krymu - wyjaśniła, dostrzegając, że
Cichy przygląda się paczce na swoim biurku.
- Pewnie Krzysztof Jaworski - odparł. Kilka dni temu rozmawiał z kolegą
z dawnego wydziału i tamten obiecał, że dostarczy jego rzeczy, które
pozostawił w starym biurku.
- Loverboy - stwierdziła, a Hektor znów się uśmiechnął. Na bank był to
Krzysztof. - Facetom zawsze się wydaje, że wystarczą dwa zdania
prymitywnej bajerki, a każda laska zaraz ściągnie majtki.
- Krzysiek to spoko koleś, ale przy kobietach głupieje - przyznał Cichy,
zaglądając do pudła.
- Takie farmazony wciskał... Aż mi go się żal zrobiło, że się tak
kompromituje - oznajmiła Jagna z powagą, która rozbawiła Hektora.
W pudle przyniesionym przez Jaworskiego było sporo rzeczy, które Cichy
postanowił wyrzucić. Nie były mu tu potrzebne, a zmuszały do myślenia o wydziale, w którym spędził prawie dziesięć lat.
- Powiedz, kiedy będziesz gotowy, to cię wprowadzę w sprawy, które teraz
wałkuję - odezwała się Bojanowska, wciąż go obserwując. Hektor pokiwał
głową.
- Mam nadzieję, że komisarz już się zadomowił, bo macie nową sprawę. -
Usłyszeli za plecami szorstki i poważny głos Malickiego.
- Naczelniku, mamy rozgrzebanych z dziesięć spraw, niech nową weźmie
ktoś inny - zaczęła Jagna.
- Jagna. - W jego tonie czaiło się ostrzeżenie. - Wy macie dziesięć, a inni mają po piętnaście, a nawet dwadzieścia. Masz teraz do pomocy
komisarza. Ma łeb na karku, kiedy nie chleje, to raz dwa się z nimi
uporacie. - Bojanowska spojrzała kontrolnie na Cichego, ale ten nie
zareagował na słowa naczelnika. - Macie zgłoszenie ze Słonecznego
Wzgórza.
- Co? - zdziwiła się Bojanowska. - To granica miasta.
- Zgadza się, ale podlega pod nas - wyjaśnił naczelnik.
- Co tam się stało? - zapytał Hektor.
- Facet, który wychodził do pracy, zobaczył na ulicy przed swoim domem
wypasionego forda mustanga z otwartymi drzwiami. Czekał chwilę, ale nikt
się po auto nie zjawił. Ponoć w stacyjce tkwią kluczyki. - Rzucił na
biurko Jagny kartkę ze zgłoszeniem i danymi, po czym ruszył do gabinetu,
mówiąc na odchodnym: - Wysłałem tam już techników.
- Założę się, że dziany dzieciak nawalił się w cztery litery i zostawił
auto. Wytrzeźwieje, przypomni sobie co i jak, a my będziemy mieć w dupę
cały dzień - burknęła pod nosem.
Cichy się nie odzywał. Cieszył się, że wrócił do pracy i od razu rusza w teren, a nie musi siedzieć przy biurku nad papierami.
- Ja prowadzę - rzuciła z powagą Jagna, ponownie rozweselając Cichego.
Chciała pokazać, że to ona narzuca rytm ich współpracy.
* * *
W drodze na miejsce zdarzenia niewiele rozmawiali. Komisarz miał
wrażenie, że nowa koleżanka nie chce wyjść na wścibską, dlatego tylko
stopniowo wprowadza go w układy panujące w wydziale i nakreśla relacje z kolegami.
Cichy słuchał, wierząc, że kobieta może być ciekawą partnerką. Krzysztof
Jaworski, z którym pracował ponad cztery lata w wydziale kryminalnym, w ostatnim roku zmienił się; nie zawsze można było na niego liczyć. Jagna
wydawała się rzetelna, a tego Hektor teraz potrzebował.
- To prawda, co naczelnik gadał? - zapytała nagle. Hektor obrzucił ją
zdziwionym spojrzeniem. - Że pijesz? - dodała pospiesznie.
- Uzależniłem się po wypadku. Dzięki temu mogłem przetrwać ból fizyczny
i psychiczny - wyjaśnił. W pewnym sensie mówił szczerze, bo Janiszewski
radził mu, aby nie ukrywał tego, co się wydarzyło. Jeśli ktoś pytał o tragiczne wydarzenia z jego życia, miał stawić temu czoło. To nie było
nic wstydliwego, a przyznanie się do cierpienia i do nałogu było jasnym
sygnałem, że uzależniony zdaje sobie z tego sprawę i chce z tego wyjść.
- Cholera - burknęła Jagna i spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem.
Dostrzegł w jej oczach współczucie, czego nie lubił. Nie chciał, aby
ktoś się nad nim litował.
Po czterdziestu minutach od wyruszenia z komendy zaparkowali w podmiejskiej dzielnicy Słoneczne Wzgórze. Nie potrzebowali sprawdzać
dokładnego adresu zgłoszenia, porzucone auto dostrzegli już z daleka.
Dookoła panował spokój, nie było gapiów i biegających dzieciaków
czekających na sensacyjną interwencję. Domy jednorodzinne, z których
składała się okoliczna zabudowa, stały w identycznych odległościach od
siebie. Osiedle powstało kilka lat temu i było zamieszkane głównie przez
majętne rodziny z dziećmi.
Hektor, wysiadając ze służbowego bmw, rozejrzał się z ciekawością. Nie
był tu wcześniej. Podobało mu się to, co widział. W przeciwieństwie do
nowego budynku, w którym mieszkał Jakub Janiszewski, tu wyczuwało się
rodzinną atmosferę, mimo pedantycznej czystości, która raczej nie
kojarzyła się z dziecięcą swobodą. Okolica przywodziła na myśl
amerykańskie przedmieścia.
Była godzina dziesiąta rano i większość mieszkańców osiedla zapewne
przebywała w pracy, chociaż tu i ówdzie można było usłyszeć stłumione
głosy bawiących się gdzieś dzieci.
Podeszli do ukośnie zaparkowanego czarnego mustanga GT coupé.
Pracę przy nim właśnie rozpoczynali ubrani już w ochronne kombinezony
technicy kryminalistyczni - Jan Sobczak i Karolina Sawicka.
Na chodniku zaś przyglądał się temu mężczyzna w granatowym garniturze w kratę. Nie wyglądał na więcej niż trzydzieści pięć lat.
- Miło pana widzieć - rzuciła Sawicka, kiedy zobaczyła Hektora. -
Fajnie, że pan wrócił. - Hektor czuł, że dziewczyna mówi szczerze. Nie
prowokowała go, zawsze starała się zachować przyjazne, ale służbowe
relacje.
- Nie sądziliśmy, że tak szybko znowu będziemy z panem pracować - dodał
Sobczak.
- Dzięki, dobrze od razu ruszyć w teren - stwierdził i przeniósł wzrok
na nową koleżankę. - Znacie aspirant sztabową Jagnę Bojanowską? -
zapytał.
- Tak, mieliśmy już przyjemność - odparł technik, a Jagna skinęła głową
na potwierdzenie.
- Ogarniajcie auto, a my porozmawiamy z panem. - Wskazał głową na
mężczyznę w garniturze.
Podeszli do mężczyzny.
- Komisarz Hektor Cichy i aspirant sztabowy Jagna Bojanowska. To pan nas
zawiadomił?
- Tak. Kamil Zimer - przedstawił się mężczyzna. - Wychodziłem do pracy
około ósmej trzydzieści i zobaczyłem to. - Wskazał ręką na mustanga. -
Zdziwiło mnie, że ktoś zostawił tu auto. Regulamin naszego osiedla jasno
mówi, że samochody trzymamy w garażach, a kiedy nas ktoś odwiedza, to
najlepiej, aby parkował na podjeździe. Nie zastawiamy ulicy -
wyrecytował, jakby wyuczył się regulaminu na pamięć. Hektor spojrzał
wymownie na Jagnę. Przypomniał mu się stary film, który oglądał jeszcze
z Olą, Żony ze Stepford. Ale Jagna miała nieprzenikniony wyraz twarzy.
- Dlatego auto zaparkowane w taki sposób natychmiast wzbudziło moją
podejrzliwość.
- I co pan zrobił? - zapytała poważnie Bojanowska. Minę miała niczym
Buster Keaton.
- Podszedłem do auta i zajrzałem do niego, aby sprawdzić, czy jest ktoś
w środku - wyjaśnił. Jagna natychmiast mu przerwała.
- Dotykał pan czegoś?
Mężczyzna chwilę się zastanawiał.
- Włożyłem do środka tylko głowę - oświadczył, a Jagna kiwnęła z zadowoleniem. - Dlatego wiem, że są kluczyki, bo rozejrzałem się po
wnętrzu - dodał dla pewności. - Potem chwilę czekałem, licząc na to, że
zjawi się właściciel. Takiej bryki nie zostawia się w ten sposób.
- Czyli? - zapytała Bojanowska. Nie śledziła rynku motoryzacyjnego,
chociaż wiedziała, że mustang do najtańszych nie należy.
- To model z tego roku. Auto może mieć z sześć miesięcy. Jego
wyposażenie wskazuje, że ktoś musiał zapłacić ze trzysta tysięcy -
wyjaśnił mężczyzna. - O takie auto się dba, a nie zostawia byle gdzie.
- Może należy do któregoś z sąsiadów? - włączył się Hektor.
- Nie, nigdy takiego auta tu nie widziałem. Większość nas ma dzieci, a taki samochód nie jest praktyczny dla rodziny - wyjaśnił z nutką żalu w głosie.
Hektor spojrzał na tablice rejestracyjne i już wiedział, że jest dobrze.
Były wykonane na zamówienie, znajdował się na nich napis "2B||!2B".
Nie będzie problemów z uzyskaniem danych właściciela.
- Słyszał pan może, kiedy auto podjechało? - dopytywała Jagna.
- Jakbym słyszał, to wyszedłbym i uświadomił kierowcy, jakie zasady
panują na naszym osiedlu - odparł wyniośle. Wyglądał na menadżera lub
kierownika nowoczesnej korporacji. - Mamy dźwiękoszczelne okna, a kiedy
na noc opuszczamy żaluzje, to raczej żadne dźwięki z okolicy do nas nie
docierają.
- Rozumiem. Chciałby pan dodać coś jeszcze?
- Kiedy na was czekałem, to zauważyłem, że kilka koszy na śmieci jest
wywróconych, a u sąsiada spod numeru sześćdziesiątego piątego jest
połamana skrzynka na listy - tłumaczył zbulwersowany i wskazał
wymieniony dom.
- Może kierujący mustangiem potrącił kosze i skrzynkę? - zastanowiła się
na głos Jagna.
- Przepraszam, ale powiedziałem wszystko, co wiedziałem - stwierdził
mężczyzna ze zniecierpliwieniem. - Gdybym był jeszcze do czegoś
potrzebny, to proszę dzwonić. - Podał Jagnie wizytówkę. - A teraz
państwo wybaczą, ale muszę jechać do pracy, mam zebranie rady
nadzorczej.
- Dziękujemy za pomoc, jest pan wolny - oświadczyła szorstko Jagna.
Cichy, kierując się z powrotem do techników, zobaczył, że w oknie domu
Zimera stoi kobieta. Miała założone ręce na piersiach i wyraźnie
zaaferowany wyraz twarzy. Hektor był przekonany, że jeszcze nigdy na tym
osiedlu nie zdarzyło się nic, co wymagałoby interwencji policji.
- Macie coś ciekawego? - zapytał, stając przy otwartych drzwiach
mustanga od strony kierowcy.
- Dopiero zaczynamy - odpowiedział Sobczak. - Ale po pierwszych
pobieżnych oględzinach znaleźliśmy komórkę. - Uniósł worek na dowody. -
Oczywiście jest zablokowana kodem, bo jakby mogło być inaczej. Spod
siedzenia Karolina wyjęła kubek po kawie, jest na nim odcisk pomadki do
ust. No i jeszcze to. - Wskazał na mały woreczek z czymś, co
przypominało żwirek. Hektor poczuł, jak niemiły skurcz skręca mu żołądek
w supeł.
- Prochy? - zapytał niepewnie. Nie widział jeszcze nigdy narkotyków w takiej formie. Zastanawiał się, czy technicy mogą wiedzieć o jego
nałogu.
- Być może - odparł Sobczak. - Nie potwierdzę tego na sto procent teraz.
Zbadamy, co to jest i czy na woreczku są jakieś ślady.
- Paluchy z auta będą? - wtrąciła się Jagna.
- Pewnie będą, ale do tego dojdziemy niebawem - rzekł grzecznie technik.
- Sprawdźmy blachy, to dowiemy się, kto jest właścicielem bryki -
zaproponował Hektor i wrócił do bmw, aby skontaktować się z centralą.
Podał dyżurnemu numer rejestracyjny i nie czekał nawet pięciu minut,
kiedy mężczyzna w radiu się odezwał:
- Właścicielem pojazdu jest niejaki Tadeusz Szymański.
- Adres?
- Burzowa Dolina sto dwadzieścia trzy a.
- To drugi koniec miasta - odezwała się zza pleców Hektora Jagna.
- Dzięki, bez odbioru - rzucił do krótkofalówki i odwrócił się w stronę
Bojanowskiej. - Robi się ciekawie - przyznał. - Właściciel luksusowego
mustanga mieszka w średnio zamożnej dzielnicy, która znajduje się ze
dwadzieścia kilometrów od tego miejsca. O co tu chodzi?
- Dobre pytanie - przyznała aspirant. - Sprawdźmy, czy właściciel auta
jest w domu. Jeśli tak, to może to wiele wyjaśnić. - Hektor kiwnął
głową, ale zanim wsiadł do bmw, podszedł jeszcze do techników.
- Wezmę telefon, który znaleźliście. Jeśli należy do właściciela bryki,
to sprawa się od razu wyjaśni - stwierdził. - Zabezpieczcie, co możecie,
a jak czegoś dowiemy się od właściciela, to dam znać, czy jest sens
dalej nad tym siedzieć. Jak dla mnie naczelnik za wcześnie was tu wysłał
- dodał ciszej, aby Bojanowska go nie usłyszała. Nie wiedział, jakie ma
układy z Malickim. - Może się okazać, że koleś komuś pożyczył auto albo
sam się zalał i je tu zostawił.
- Będziemy czekać na cynk od pana - odpowiedział równie cicho Sobczak,
dobrze rozumiejąc, dlaczego komisarz szepce.
* * *
Dojazd obwodnicą miasta do Burzliwej Doliny zajął około pół godziny.
Ta część miasta była znana Hektorowi. Kilka razy prowadził tu śledztwa.
Od kilku lat stykały się tu dwa światy. Tych, którzy mieszkali tu od
pokoleń, i tych, którzy od niedawna szukali tu oazy spokoju. Dostrzegało
się wyraźną różnicę między starymi a odnowionymi domami.
- Mogłabym tu zamieszkać. Interesująca okolica i niedaleko od centrum -
rzuciła Jagna, rozglądając się na prawo i lewo. - Wydaje się, że nie
tylko burżuje tu rezydują, wolałabym mieszkać tu niż na Słonecznym
Wzgórzu. Tutaj zapewne nie trzeba ściskać dupy tak jak tam.
- No raczej - przyznał Hektor. - Byłem tu na kilku trupach. Ciekawy
koloryt lokalny - stwierdził, patrząc przez okno po swojej prawej
stronie.
Zaparkowali przy domu z numerem 123 a. Był to nieduży brązowy budynek z białymi drzwiami. Trawa przed nim była skoszona, duże donice z kwiatami
ustawiono symetrycznie, dookoła panował porządek.
Bojanowska nacisnęła na dzwonek, a chwilę później drzwi otworzyła
kobieta ubrana w fioletowy dres. Włosy miała spięte w koński ogon, a makijaż - jak na porę dnia - zdawał się trochę za mocny. Jagna lekko się
skrzywiła. Nie malowała się, to nie pasowało do jej przekonań i wizerunku. Uważała to za stratę czasu. Wolała ten czas wykorzystać na
poranne ćwiczenia.
- W czym mogę pomóc? - zapytała kobieta, stojąc w uchylonych drzwiach.
Sprawiała wrażenie, jakby obawiała się szerzej je otworzyć.
Jagna i Hektor pokazali legitymacje służbowe.
- Chcielibyśmy porozmawiać z Tadeuszem Szymańskim - oświadczyła Jagna. -
Jest w domu?
- Jest, macie szczęście, bo dziś ma wolny dzień. - Dopiero teraz
otworzyła szerzej drzwi, zapraszając do środka.
Gdy weszli, Szymański pojawił się w przedpokoju.
- O co chodzi? - zapytał. Przypominał dyrektora szkoły z lat
pięćdziesiątych.
- Państwo są z policji, chcą z tobą rozmawiać - wyjaśniła kobieta.
Słychać było w jej głosie niepewność. Mężczyzna spojrzał wymownie na
policjantów, czekając na wyjaśnienia.
- Pan jest właścicielem mustanga GT coupé o numerach 2B||!2B? -
zapytał Cichy i bacznie obserwował reakcję mężczyzny.
- Tak - odparł wąsacz. Musiał poczuć przypływ adrenaliny, bo na szyi
pojawiła mu się wyraźna żyła. - Coś nie tak?
- Auto stoi w garażu - wtrąciła pospiesznie kobieta, nerwowo patrząc na
męża.
- Na pewno? - rzuciła Jagna, obserwując małżeństwo.
- Oczywiście, że na pewno - odpowiedział Szymański. - Mustangiem nie
jeżdżę na co dzień. Robię nim przejażdżki wieczorami lub w weekendy. Na
co dzień jeżdżę fordem, który stoi przed domem.
- A może pan sprawdzić, czy mustang stoi w garażu? - poprosił Cichy.
Mężczyzna jeszcze chwilę stał nieruchomo, po czym minął ich i wyszedł
przez boczne drzwi, które znajdowały się w przedpokoju. Na kilka sekund
zapanowała cisza.
- Jasna cholera, zabiję gnojka. - Podniesiony głos Szymańskiego dotarł
do ich uszu. Ruszyli za nim. Garaż był pusty.
- O nie - jęknęła za ich plecami kobieta.
- Po reakcji wnoszę, że pan wie, co się mogło stać z autem? - zapytała
Bojanowska.
- Jedyną osobą, która mogła pożyczyć auto, jest nasz syn - wyjaśniła
kobieta.
- Pożyczyć? - fuknął Szymański wściekle. - Nie pozwoliłem mu go brać.
Wie, że nie wolno mu tykać tego auta - pieklił się. - Skoro
przyjechaliście, to rozumiem, że coś się stało? - W jego w głosie
słychać było rozdrażnienie. - Jak na aucie będzie choćby jedna rysa, to
przysięgam, że będzie pracował, dopóki nie odda mi pieniędzy za
lakierowanie.
- Auto akurat jest całe - wyjaśniła Jagna, nie spodziewając się, że jej
odpowiedź przestraszy kobietę.
- A syn? - zapytała, ale zanim któreś z nich odpowiedziało, dodała,
chcąc uspokoić samą siebie. - Śpi u siebie w pokoju.
- Gdzie jest moje auto? - przerwał jej Szymański.
- Obecnie stoi na Słonecznym Wzgórzu - wyjaśnił Hektor, widząc, że dla
mężczyzny kwestia auta jest ważniejsza od losu syna.
- Co?! To drugi koniec miasta - niemalże krzyknął.
- Mustang został porzucony z otwartymi drzwiami i kluczykami w stacyjce.
- Cichy najwyraźniej dolał oliwy do ognia.
- Tym razem przesadził - warknął wściekle mężczyzna.
- To na pewno da się wyjaśnić - uspokajała kobieta, chwytając męża pod
ramię.
- Chcemy porozmawiać z państwa synem - poinformowała Bojanowska. - Jeśli
to on je zabrał, to może wyjaśni, dlaczego je tam zostawił. Takim
postępowaniem przysporzył nam dużo pracy i naraził państwo na koszty.
- Pójdę go obudzić - powiedziała przestraszona kobieta i szybkim krokiem
oddaliła się z garażu, a oni wrócili do przedpokoju.
- Kiedy i gdzie mogę odebrać auto? - mężczyzna wrócił do swojego
problemu.
- Damy panu znać - odparł wymijająco Cichy. - Jeśli syn odpowiada za
pożyczenie auta, to odzyskanie go będzie szybkie, ale nie tanie. - Na
twarzy Szymańskiego pojawił się grymas niezadowolenia.
- Nie ma go. - Usłyszeli głos kobiety dobiegający z pierwszego piętra,
więc ruszyli na górę.
- Chyba nie spał w domu, łóżko jest nietknięte. Tak jak je wczoraj
posłałam.
- Kiedy państwo ostatni raz widzieliście syna? - spytała Jagna,
lustrując z progu wnętrze pokoju. Panował w nim nienaturalny dla młodej
osoby porządek.
- Wczoraj przed dwudziestą wychodziliśmy do znajomych na kolację.
Nikodem mówił, że o dwudziestej pierwszej umówił się z dziewczyną. Mieli
się zobaczyć tylko na chwilę, bo syn miał dużo nauki - relacjonowała
kobieta.
- Ile syn ma lat?
- Dwadzieścia jeden.
- To dorosły człowiek - stwierdził z zaskoczeniem Cichy, do tej pory
bowiem miał wrażenie, że rozmawiają o niesfornym nastolatku.
- Ale czasem zachowuje się jak smarkacz - odpowiedział ze złością
Szymański.
- Tadziu... - upomniała go żona.
- Jak nazywa się dziewczyna syna? - pytała Bojanowska, trzymając mały
notesik w ręce. Hektor od dawna nie używał takich gadżetów. To, co
potrzebował zapisać, zapisywał w telefonie.
- Ilona Sikorska.
- Wie pani, gdzie mieszka? - Jagna kierowała pytania do kobiety, która
sprawiała wrażenie, że lubi szczegółowo wiedzieć, co się dzieje w życiu
dziecka, mimo że jest już ono dorosłe. Szymańska chwilę milczała.
- Wiem, ale wczoraj mieli się spotkać w klubie tenisowym LOB -
wyjaśniła.
- W klubie tenisowym? - W pytaniu aspirant kryło się niedowierzanie.
- To elitarny klub - oświadczyła Szymańska z prymitywną dumą. - Syn jest
jego zawodnikiem i poznał tam wiele wpływowych osób, które pomogą mu w przyszłości w budowaniu solidnej kariery w sektorze ekonomicznym.
- Jak ekonomia łączy się z tenisem w sensie kariery zawodowej? -
zainteresował się Cichy.
- Klub LOB jest nieodłączną częścią uczelni, na której studiuje syn. To
dodatkowe kółko zainteresowań dla wybranych. Jeśli komuś się uda do
niego dostać, to zostaje jego członkiem już na całe życie. Dawni adepci
kilku prestiżowych uczelni pojawiają się w klubie regularnie. Są to
ludzie, którzy coś osiągnęli i szukają do swoich firm nowych talentów. -
Kobieta nie przestawała się chełpić, zapominając już najwyraźniej o nieodpowiedzialnym wybryku syna.
- Sama elita - podkreślił z pychą Szymański.
- Kiedy wróciliście z kolacji, nie widzieliście się z synem? Nie
sprawdziliście, czy jest u siebie w pokoju? - wróciła do tematu Jagna, a Hektor, słuchając odpowiedzi małżeństwa, układał w myślach różne
scenariusze.
- Wróciliśmy koło pierwszej w nocy i uznaliśmy, że pewnie śpi. To nie
jest małe dziecko, żeby sprawdzać w ciągu nocy, czy wszystko z nim w porządku - tłumaczyła kobieta.
- No dobra, ale jest poniedziałek, godzina - Jagna spojrzała na
sportowy, masywny zegarek - jedenasta trzydzieści w południe, a pani
twierdzi, że syn nadal powinien spać? Do południa nie wyszedł z pokoju i państwa to nie zdziwiło? - Bojanowska stawała się napastliwa.
- Syn się uczy po nocach, a później, jeśli ma możliwość, to odsypia.
Czasem na zajęcia idzie dopiero po południu - wyjaśniła Szymańska.
- To gdzie teraz może być, skoro nie ma go tutaj?
- To pewno znowu robota tego durnia - warknął Szymański.
- Czyli? - Jagna wyraźnie nie była miła.
- Błażeja Ładosia, takiego patola. Przykleił się do naszego syna. Od
podstawówki uwolnić się od gnidy nie możemy - opowiadał agresywnie
Szymański.
- Tadziu, przestań - uspokajała go żona.
- Nie lubi go pan? - pytała Bojanowska, ciągle coś notując w notesie.
- Przez tego degenerata mój syn ma wiecznie jakieś problemy.
- Jakie? - To mógł być ich punkt wyjścia.
- Na dupie spokojnie usiedzieć nie mogą - odparł wrogo. - Ale za to, że
wzięli mojego mustanga, to obaj zapłacą.
- Mąż nie lubi Błażeja - przyznała Szymańska. - Jego ojciec jest
bezrobotnym alkoholikiem, a matka nie miała kiedy się nim zajmować.
Błażej i jego rodzeństwo zawsze byli pozostawieni sami sobie. Matka
ciągle pracuje, aby zapewnić rodzinie jakiekolwiek warunki życiowe.
Błażej od dziecka musiał sobie sam radzić. Zaprzyjaźnił się z Nikodemem
w pierwszej klasie podstawówki i tak zostało. Syn ma dobre serce, było
mu zawsze żal kolegi. Kiedy byli mali, Błażej często u nas bywał,
dawałam mu obiad czy kolację.
- Niewdzięczny darmozjad. - Mężczyzna nie zmieniał tonu wypowiedzi. -
Syn byłby normalnym, porządnym chłopakiem, a tak to głupoty ciągle ma w głowie.
- To może teraz jest z Błażejem? - zapytał Cichy.
- Narobili głupot, to na pewno są razem - fuknął znowu mężczyzna. - Jak
tylko wróci, to mnie popamięta.
- Tadziu, daj spokój... A jak coś im się stało? - powiedziała kobieta,
patrząc błagalnie na męża.
- Taaaa, nachlali się i teraz gdzieś trzeźwieją - rzucił sarkastycznie.
- Koniec tej znajomości! Nie zgadzam się na nią.
- Syn jest dorosły, więc trudno będzie go zmusić do zerwania tak długiej
przyjaźni - stwierdził Cichy, przyglądając się mężczyźnie. Nie wiedział,
czy Szymański tylko udaje takiego hardego, czy naprawdę był człowiekiem,
z którym się nie dyskutuje.
- Gdzie syn się uczy? - Jagna wróciła do przesłuchania.
- W Wyższej Szkole Bankowości ElitBank, to prywatna szkoła.
- Ma przed sobą przyszłość, jeśli pozbędzie się tego pasożyta. -
Mężczyzna dalej pokazywał niechęć do kolegi syna.
- Gdzie mieszka Błażej? - Cichy uznał, że kolega młodego Szymańskiego
może lepiej nakreślić obraz Nikodema niż rodzice.
- Kilka domów dalej. Burzliwa Dolina 95 - odpowiedziała kobieta bez
namysłu. Bojanowska zanotowała.
- Czy możemy obejrzeć pokój syna? Może znajdziemy jakieś wskazówki,
gdzie może być. - Hektor nie miał pewności czy to, co teraz robią, ma
sens i jest w ogóle potrzebne.
- Proszę, jeśli to ma pomóc - zgodziła się kobieta, spoglądając
niepewnie na męża.
Hektor i Jagna weszli do pokoju syna, czując na sobie czujny wzrok
Szymańskich. Woleliby zostać sami, chociaż i tak byli im wdzięczni, że
pozwolili powęszyć bez przedstawiania oficjalnych dokumentów.
Cichy przypuszczał, że czystość i porządek to zasługa Szymańskiej, a nie
Nikodema. Miał wrażenie, jakby chłopak tu bywał, a nie mieszkał na co
dzień. Pomieszczenie urządzone było w standardowy sposób, dość
minimalistycznie. Przy ścianie w rogu stało łóżko, równolegle do okna
ustawiono duże biurko, na którym poza laptopem były poukładane w równy
stosik książki. Poza tym w pomieszczeniu stała szafa, dwa fotele i niewielka bieżnia.
Komisarz zbliżył się do biurka i zobaczył stojącą za książkami
niepozorną puszkę. Musiał się zastanowić, jak dyskretnie ją otworzyć.
Nie mieli nakazu ani podstaw do tego, aby przeglądać wnętrze szuflad i szafek.
Myśl Hektora chyba odczytała kobieta, ponieważ nagle zwróciła się do
męża:
- Tadziu, dajmy państwu pracować w spokoju. - Po czym pociągnęła go za
sobą z powrotem na dół.
Kiedy tylko zniknęli z pola widzenia, Hektor sięgnął po puszkę; nie
spodziewał się znaleźć tam nic kontrowersyjnego, gdyż chłopak musiał
mieć świadomość, że matka wchodzi do jego pokoju. Nie zostawiłby na
wierzchu nic, co mogłoby wzbudzić jej niepokój.
Otworzył puszkę i w środku zobaczył zbiór wizytówek. Wyjął je i zaczął
przeglądać. Były to wizytówki głównie ludzi związanych z bankami,
inwestycjami i ekonomią, ale jedna z nich przykuła uwagę Cichego. Był to
bilecik należący do menadżera nocnego klubu Luna. Hektor znał to
miejsce, uważano je za ekskluzywne i nie każdy miał szansę wejść do
środka.
Cichy był w nim kilka miesięcy temu, kiedy śledził Anastazję Kool. To w tym klubie poniosło ich erotyczne uniesienie, mimo że kobieta była
podejrzana o morderstwo.
W głowie Hektora momentalnie wróciły obrazy tamtej nocy, tego, co się
tam stało i jakie to niosło konsekwencje. Ale ku swojemu zdziwieniu nie
myślał o tym wieczorze z niechęcią, a z ekscytującym sentymentem. Nie
widział Anastazji od wieczoru, kiedy wbiła mu nóż w brzuch. Wiedział od
Jakuba Janiszewskiego, że przebywa na obserwacji psychiatrycznej.
Psycholog nie chciał o niej rozmawiać, chociaż z Niną - jej siostrą
bliźniaczką - spotykał się zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Pomagał
jej przejść przez głęboką traumę. O Anastazji nie chciał jednak mówić i powtarzał Hektorowi, że jeszcze nie czas, aby wracać do spraw, które
omal nie kosztowały go życie. Mimo to Cichy zastanawiał się nad losem
Anastazji i nad tym, czy gdyby nie była tak zaburzona, mógłby pozostać z nią w kontakcie. Działała na niego jak magnes. Jak żadna inna w ciągu
ostatnich pięciu lat. Przy niej jego wyobraźnia i pragnienia szalały,
pozbawiając go logicznego myślenia. Czasem szczerze żałował, że okazała
się chorą i niebezpieczną kobietą.
- Pod materacem ma skitraną marychę. - Głos Bojanowskiej, pokazującej
woreczek z ziołem, wyrwał go z zamyślenia. - Zabieram jako dowód.
- Dowód czego? Nie będziemy mogli go wykorzystać, jesteśmy tu
grzecznościowo, bez żadnych papierów - przypomniał. - Zostaw, nie po to
tu przyszliśmy. - Dostrzegł oburzenie na jej twarzy. Był przekonany, że
zioło ze zniknięciem chłopaka nie ma nic wspólnego. - Coś tu śmierdzi,
ale trawa może się okazać mało istotnym elementem w tej sprawie.
- Skąd wiesz? - zapytała z powagą. Nie była zadowolona, że mają
przemilczeć znalezisko.
Hektor pokazał jej wizytówkę menadżera klubu Luna.
- Jeśli kumpluje się z tym kolesiem, to zioło to jest nic - odparł
Cichy.
- Znasz to miejsce? - zdziwiła się.
- Znam. Tam za kasę możesz dostać wszystko - wyjaśnił i dostrzegł jej
czujny wzrok. - Jeśli koleś tam bywa, to na rzeczy może być coś
większego.
- Wizytówka o niczym nie świadczy - rzuciła Jagna. - Mógł ją dostać
przez przypadek...
- Wizytówek do Luny nie rozdają byle komu - odparł Hektor i na chwilę
zapadła cisza.
Bojanowska podeszła do szafki. Pociągnęła za drzwiczki, ale te nie
ustąpiły.
- Otworzyć ją? - zapytał Cichy, przyglądając się koleżance, bo już
rozumiał, że trzyma się przepisów i regulaminu. Sytuacja, w której się
znaleźli, była dla niej niekomfortowa. Widziała w ich działaniach jawne
naruszenia, co ją denerwowało.
- Nie mamy nakazu - rzuciła.
- Ale mamy pozwolenie od rodziców, aby tu powęszyć. Skorzystajmy z tego,
przecież chcemy go znaleźć - przekonywał. - Otworzę, zobaczymy, co tam
jest, i zamknę. Nikt się nie dowie.
Jagna chwilę walczyła sama z sobą, ale w końcu kiwnęła potwierdzająco
głową.
Komisarz z wnętrza jasnej sportowej marynarki wyjął czarne etui, w którym było kilka wytrychów.
- Nosisz to ze sobą? - zdziwiła się Jagna.
- A dlaczego nie? Są lekkie, poręczne i przydatne - wyjaśnił, jakby
występował w reklamie, manipulując przy zamku szafki. Pokonanie go nie
stanowiło wyzwania. Kilka sekund później pociągnął za uchwyt i wnętrze
mebla stanęło przed nimi otworem. Bojanowska wyjęła z kieszeni
szturmówek cienkie lateksowe rękawiczki i sprawnie je włożyła.
Chwilę przyglądali się wnętrzu szafki, a następnie Jagna włożyła rękę do
środka, aby wyjąć plik zdjęć.
Na fotografiach byli młodzi ludzie ubrani w szykowne, modne ubrania.
- Jebana obsada Plotkary - stwierdziła z przekąsem Jagna, oglądając
zdjęcie za zdjęciem. Hektor nie wiedział, o czym mówi. Nie oglądał
telewizji od lat. Przez ostatnie półtora roku raz na jakiś czas chodził
z Polą Ostrowską do kina, ale to ona wybierała filmy, a on był tylko jej
towarzyszem. Nie przykładał wielkiej wagi do tego, co ogląda, choć
zwykle dobrze się bawił na wybranych przez przyjaciółkę filmach.
- To dobrze czy źle? - zapytał, lustrując wzrokiem zawartość szafki.
- Jeśli są jak bohaterowie tego serialu, to wszystko ładnie wygląda
tylko na zdjęciu - odparła kobieta. - To chyba Szymański. - Wskazała
palcem na przystojnego wysokiego bruneta.
- Skąd wiesz? - Jagna pokazała mu zdjęcie, które stało na biurku. Był na
nim ten sam mężczyzna, którego zidentyfikowała na fotografiach wyjętych
z szafki. Na zdjęciu w ramce towarzyszyła mu ładna, ale wyglądająca na
zarozumiałą dziewczyna.
Cichy kiwnął głową z uznaniem, on bowiem nie zwrócił uwagi na tę
fotografię.
- Ma tu kupę hajsu. - Wskazał palcem kilka pokaźnych rulonów pieniędzy.
- To co robimy? - zapytała Jagna, patrząc na Hektora wyczekująco.
- O zawartości szafki nie możemy mówić, ale pokażemy im komórkę, którą
Sobczak znalazł w aucie. Jeśli należy do Nikodema, to oznacza, że
musiało stać się coś nieprzewidzianego. Młodzi nie rozstają się ze swoim
sprzętem, w nim jest wszystko, czego potrzebują - rozważał komisarz. - A przede wszystkim trzeba się przejść do Błażeja. Może obaj tam są i będzie po sprawie? - planował. - Na razie nie mamy podstaw do snucia
czarnych myśli. W aucie nie było żadnych śladów wskazujących na to, że
mogło stać się coś złego. Zapewne się nawalili lub naćpali i takie są
tego skutki. - Jagna kiwała ogoloną głową na znak, że zgadza się z tym,
co mówi jej nowy partner.
Zeszli na dół do salonu. Szymańscy w milczeniu siedzieli na kanapie.
- I co, znaleźliście coś? - Na ich widok Szymańska natychmiast się
podniosła.
- To jest dziewczyna syna? - zapytała Jagna, wyciągając w stronę kobiety
zdjęcie zabrane z biurka. Szymańska pokiwała głową. - A macie gdzieś
może fotografię syna razem z Błażejem? - Kobieta nerwowo spojrzała na
męża, którego kolor twarzy zdradzał uczucia, jakie żywi wobec kolegi
syna. Po chwili podeszła do regału i spomiędzy książek wyjęła cienki
album ze zdjęciami.
- Mam, ale chyba sprzed czterech lat - powiedziała, znowu nerwowo
spoglądając na męża. - Chłopcy niewiele się zmienili. - Wyciągnęła rękę
z albumem w ich stronę. Zobaczyli na fotografii tego samego przystojnego
bruneta, którego już widzieli na innych zdjęciach, obok którego,
przyjmując zabawną pozę, stał tleniony blondyn, niższy od Nikodema, ale
zbudowany jak kulturysta.
- Mogę pożyczyć to zdjęcie? - zapytała Jagna, a kobieta wyjęła je z albumu i jej wręczyła.
- Znaleźliście coś w pokoju? - odezwała się Szymańska.
- Nic, co mogłoby podpowiedzieć, gdzie może być państwa syn - odparł
dyplomatycznie Hektor. - A czy ten telefon należy do niego? - Wyciągnął
w ich kierunku worek na dowody.
Szymańska z mężem przyglądali się z uwagą srebrnemu samsungowi galaxy
S8+. Bojanowska nacisnęła jeden z przycisków, aby ekran się podświetlił
i mogli zobaczyć tapetę.
- To nie Nikodema, on ma iPhone'a - odpowiedział bez wahania Szymański.
- To może należy do Błażeja? - drążyła Bojanowska.
- Nie wiem. - Szymańska skrzywiła się przepraszająco.
- Czy mogłaby pani zadzwonić teraz do syna? - poprosił Cichy. Kobieta
wzięła z niewielkiego stolika przy sofie swój telefon. Wybrała numer i chwilę czekała.
- Odzywa się poczta. - Spojrzała na nich pytająco.
- Telefon jest wyłączony - odparł z niezadowoleniem Hektor. To nie była
dobra informacja, ponieważ trudno będzie namierzyć komórkę.
- Może pani zapisać na kartce numer telefonu syna? - poprosił, a kobieta
od razu wykonała jego polecenie. - Będziemy próbowali się do niego
dodzwonić. Może w końcu włączy aparat.
- Też będę dzwonić - zapewnił gorliwie Szymański.
- Świetnie. A teraz pójdziemy do Błażeja. Może po prostu obu ich tam
znajdziemy - powiedział Cichy, kierując się w stronę drzwi.
- Jeśli są u niego, a auto to ich sprawka, to proszę Nikodemowi
przekazać, że... - Szymański rozpoczął butną tyradę, ale zawahał się, po
czym spojrzał na zrozpaczoną żonę i dokończył łagodniej: - Żeby wracał
do domu.
- Jak się czegoś dowiecie, to dacie nam znać? - poprosiła kobieta. Na
twarzy miała wypisany niepokój, co nie mogło dziwić.
- Oczywiście - zapewniła Jagna. Rozumiała strach kobiety. Jakiś czas
temu zajmowała się małym bratankiem. Kiedy straciła go na chwilę z oczu,
poczuła wszechogarniający ją lęk. W ułamku sekundy jej wyobraźnia
zaczęła podpowiadać najgorsze scenariusze. Mimo że należała do
opanowanych osób, czuła, jak cała drży. Na szczęście bratanek niebawem
się odnalazł. Jak się okazało, oddalił się z placu zabaw, bo z daleka
zobaczył kolegę z przedszkola. Jagna nie zauważyła, jak odchodził, bo
rozmawiała przez telefon zaabsorbowana niekorzystnymi wynikami śledztwa.
To mama kolegi z przedszkola odprowadziła bratanka do niej. Ona w tym
czasie biegała dookoła placu zabaw, wykrzykiwała imię chłopca,
zastanawiając się, czy dzwonić po wsparcie. Doskonale też pamiętała
uczucie ulgi, gdy ujrzała chłopca idącego w jej stronę za rękę z obcą
kobietą. Ten wachlarz emocji, jakiego doznała w tak krótkim czasie,
upewnił ją, że nie chce mieć własnych dzieci. Nie miała instynktu
macierzyńskiego, a nieobliczalność i nieprzewidywalność maluchów ją
irytowała. To był jej pierwszy i ostatni spacer, który odbyła z bratankiem w pojedynkę. Dlatego teraz była w stanie zrozumieć, co czuje
Szymańska, nie wiedząc, gdzie jest jej syn i co się z nim dzieje. Nawet
jeśli uspokajała się w myślach, że ten się znajdzie, że zapewne jest z kolegą, gdzieś głęboko w niej czaił się lęk, że mogło wydarzyć się
najgorsze.
Ruszyli wzdłuż chaotycznie porozmieszczanych domów. Kiedy numery zeszły
poniżej setki, dostrzegli wyraźną różnicę w wyglądzie budynków i otoczenia. Jakby domy do numeru 100 zamieszkiwała średniozamożna klasa,
a numery powyżej przynależały do wyższej klasy. Nie było między nimi
muru, ale od razu można było się zorientować, w której części Burzliwej
Doliny akurat się przebywa.
Odnalezienie numeru 95 nie było trudne. Szarobury dom musiał zostać
wybudowany wiele lat temu i nigdy nie był poddany renowacji. Miał starą
elewację, na której widoczne były zacieki i drobne pęknięcia.
Mieszkańców najwyraźniej nie było stać na remont.
Podwórko było zaniedbane, trawa w niektórych miejscach zniszczona i wydeptana.
Drzwi, przed którymi stanęli, obłaziły z farby.
Jagna nacisnęła dzwonek, ale nie usłyszała jego dźwięku. Stali w ciszy,
a kiedy nikt nie otwierał, aspirant mocno zapukała. Dopiero wtedy
otworzyła je spłoszona kobieta. Trudno było powiedzieć, w jakim jest
wieku. Miała zmęczony wyraz twarzy, smutne, podkrążone oczy i siwoszare
włosy spięte w kucyk.
- Dzień dobry, policja - odezwała się Jagna. - Chcielibyśmy porozmawiać
z synem. - Kobieta patrzyła na nich bez emocji. Sprawiała wrażenie
wykończonej. Dopiero kilka sekund później odezwała się:
- Z którym?
- Z Błażejem.
- Nie ma go w domu. - Jej odpowiedź natychmiast uświadomiła im, że nie
zakończą tak łatwo sprawy porzuconego auta. - Wyszedł wczoraj wieczorem
i jeszcze nie wrócił. A czy coś się stało? - zapytała, nie zmieniając
jednostajnego tonu głosu. Hektor odniósł wrażenie, że gdyby tylko mogła,
to z pewnością ziewnęłaby.
- A wie pani, gdzie może być? - Bojanowska nie odpowiedziała na jej
pytanie.
- Wczoraj wróciłam do domu po dwudziestej, syn czekał na kolegę, mieli
gdzieś razem iść - wyjaśniła. - Nie wiem, co i gdzie mieli robić, nie
pytałam go. To dorosły człowiek, może robić, co chce.
- Był umówiony z Nikodemem Szymańskim? - włączył się w rozmowę Cichy.
Kobieta spojrzała na niego obojętnie, w odpowiedzi tylko kiwając
potakująco głową. To było już coś. Wiedziała coś, czego Szymańscy tylko
się domyślali. - Nie wie pani, gdzie mogli iść?
- Pojęcia nie mam - odparła obojętnie. - Co się stało?
- Od ósmej trzydzieści rano staramy się ich znaleźć.
Kobieta patrzyła na nich wciąż nieprzytomnym wzrokiem.
- Bo?
- Zdaje się, że pożyczyli bez pozwolenia auto pana Szymańskiego. -
Hektor udzielał ogólnikowych informacji, aby nie siać paniki. Zresztą
kobieta i tak sprawiała wrażenie niezainteresowanej.
- Mogę zadzwonić do syna - stwierdziła roztropnie. - Ale muszę już iść
na przystanek autobusowy, właśnie wychodziłam do pracy. Niebawem
zaczynam zmianę w szpitalu, nie mogę się spóźnić.
- Chętnie panią odprowadzimy na autobus. - To była okazja, aby jeszcze z nią porozmawiać. Cichy miał nadzieję, że może dowiedzą się czegoś
więcej.
Kobieta na chwilę zniknęła w głębi domu, po czym wyszła z pokaźną
torebką i zamknęła za sobą drzwi.
- Nie zamyka pani na klucz? - Cichy wskazał na drzwi.
- Mąż śpi w środku - oznajmiła spokojnie. - A nawet jakby ktoś wszedł do
domu, to nie miałby co ukraść.
Ruszyli nierównym chodnikiem wzdłuż domów.
- Czy ten telefon należy do pani syna? - Jagna pokazała komórkę
znajdującą się worku na dowody. Kobieta przyjrzała się i szybko odparła:
- Nie, on ma inną obudowę, z jakiegoś filmu czy jakoś tak. - Następnie
sięgnęła do torebki po swój telefon, zwykły, z przyciskami, i wybrała
numer syna. Efekt był taki jak u Szymańskich.
- Wyłączony - zakomunikowała. - Pewnie mu się rozładował, nic nowego.
- Często syn nie wraca na noc?
- Trudno powiedzieć. Dużo czasu spędzam w szpitalu - wciąż odpowiadała z apatią. - Syn w ciągu dnia pracuje, a potem spotyka się z kolegami. Nie
ma z nim żadnych kłopotów, więc go nie wypytuję. Dobry chłopak, pomaga
mi, dokłada się do rachunków. Dzięki temu mogłam wziąć trochę mniej
dyżurów. Na męża liczyć nie mogę, a Błażej jako jedyny z trójki moich
dzieci pomaga. - Słuchali kobiety z ciekawością. Jej słowa bardzo
różniły się od tego, co usłyszeli od Szymańskich o Błażeju.
- To może syn jest teraz w pracy?
- Może - przyznała. - Chodzi na różne godziny, w zależności od ilości
roboty.
- Gdzie pracuje?
- W warsztacie samochodowym Majstersztyk. Ma dobre układy z właścicielem, bo uczciwie pracuje. Jak jest dodatkowa robota, to szef
zawsze pamięta o moim Błażeju.
- Rozmawialiśmy z Szymańskimi, oni twierdzą, że Błażej ciągle ma
kłopoty, w które wciąga ich syna - stwierdziła Jagna, przyglądając się
kobiecie. Miała wrażenie, że Ładosiowa jest zaprogramowanym robotem,
które od lat wykonuje te same czynności. Dlatego nie ma już w niej
energii, bo się wypaliła.
- Oni zawsze źle o nas mówią - odpowiedziała. - Zawsze czuli się od nas
lepsi, bo mają więcej pieniędzy. Nie mówię, że jestem idealną matką i że
Błażej miał dzieciństwo marzeń. Pamiętam, że Szymańska się nim
zajmowała, kiedy pracowałam. Ona jest w porządku. Jej mąż to snob.
- Czyli nieprawdą jest, że chłopaki wpadają w kłopoty? - drążyła temat
Bojanowska. Nie lubiła ludzi, którzy oceniali przez pryzmat pieniędzy.
Jej rodzina również była średnio zamożna. Pamiętała, jak jej rodzice
musieli się gimnastykować każdego miesiąca, aby starczyło na to, co było
niezbędne. Nie żyła w luksusie i przepychu, dlatego nauczyła się
szanować to, co teraz miała. Ładosiowa pracowała uczciwie i to było
najważniejsze.
- W podstawówce mieli szalone pomysły, jak to dzieci, ale potem Nikodem
poszedł do liceum, a mój syn do zawodówki. Każdy miał swoje sprawy i spotykali się raz na jakiś czas na imprezach - opowiadała, ale jej słowa
nie świadczyły o tym, że chłopaki nie mieli problemów, może ona po
prostu o nich nie wiedziała. - Szymańscy uparli się, żeby Nikodem
poszedł na studia do prywatnej szkoły. Imponują im tamci ludzie, mój syn
do nich nie pasuje. Ale nadal lubią się z Nikodemem, więc czasem się
spotykają.
- Czy syn ma dziewczynę? - zapytała Jagna. Jeśli takowa była, to mogła
wiedzieć o chłopaku więcej niż zmęczona życiem matka.
- Nie wiem, jak teraz, ale kiedyś umawiał się z Angeliką Chlebowską -
wyjaśniła, zatrzymując się na przystanku. - Znają się od podstawówki, a zresztą Angelika mieszka niedaleko stąd.
- Może pani podyktować numer telefonu syna? - poprosiła Bojanowska, a Ładosiowa wyrecytowała go z pamięci. Aspirant zapisała go w notatniku.
- Jakby syn się z panią kontaktował, proszę dać nam znać. - Hektor podał
jej wizytówkę. Kobieta wzięła kartonik i wrzuciła go do przepastnej
torebki.
- Nie wiem, co wymyślili i o co chodzi z autem Szymańskiego, ale to
dorośli ludzie - odezwała się, patrząc w stronę nadjeżdżającego
autobusu. - Nie muszą nas informować o każdym swoim kroku. Szymańscy
chcieliby zniewolić syna, zapominając, że to już pełnoletni człowiek.
Myślę, że niepotrzebnie zawracacie sobie głowę tą sprawą. Za godzinę lub
dwie odezwą się sami, a wy stracicie dzień pracy. - Pożegnała się i wsiadła do autobusu numer 162.
- Jestem skłonna się z nią zgodzić - rzuciła cierpko Jagna.
- Się okaże - odparł Hektor, nie wiedząc, co o tym wszystkim sądzić. -
Inaczej patrzyłbym na tę sprawę, jeśli zostawiliby mustanga w Słonecznej
Dolinie gdzieś po prostu zaparkowanego, ale to auto wyglądało na
porzucone, jakby stało się coś niespodziewanego. Zimer ma rację, to za
droga bryka, żeby ją tak olać, nawet w bogatej dzielnicy.
- A jak to auto zajumał ktoś inny? - rzuciła sugestię Bojanowska.
- Nie ma śladów włamania, auto zostało zabrane z garażu - wyjaśnił
logicznie Cichy. - Mustang musiał zniknąć po dwudziestej, a to słaba
godzina na okradanie domów, nawet w takiej okolicy jak ta. Jest ciepło,
ludzie przebywają jeszcze na zewnątrz.
- To co teraz? - zapytała Jagna, której brakowało pomysłów na dalsze
działania.
- Trzeba wrzucić chłopaków na bęben1 i sprawdzimy, co nam system
wypluje. I dobrze byłoby pogadać z ich dziewczynami. Szymański miał się
ze swoją spotkać wczoraj. Warto też iść do warsztatu, gdzie pracuje
Ładoś, może akurat jest w pracy.
- Ale telefon jest nieaktywny - stwierdziła Bojanowska.
- Może na imprezie mu się rozładował, a do pracy poszedł od razu po
balandze, więc nie miał jak naładować? - Hipoteza Hektora była mocno
naciągana.
Ruszyli w drogę powrotną do auta. W tym czasie Bojanowska poprosiła
dyżurnego o sprawdzenie obu chłopaków w bazie.
Kiedy dochodzili do służbowego bmw, zobaczyli, że stoi przy nim starsza
kobieta w sukience w kolorowe kwiaty i z dużym kapeluszem na głowie.
- Jesteście z policji? - zapytała wystudiowanym tonem, z akcentem osoby,
która wychowywała się na kresach.
- Tak - odparła Bojanowska.
- Byliście u Szymańskich i Ładosiów, prawda? - Nie zamierzała ukrywać,
że obserwowała ich działania. Nie interesowało jej, że wyjdzie na
wścibską. - W końcu się ktoś nimi zainteresował. To wcielone diabły -
fuknęła z zaciętością.
- Mocne oskarżenia - odezwał się Hektor nieco rozbawiony powagą i słowami kobiety.
- Dlaczego pani tak mówi? - zapytała z poważną miną Jagna. Kobieta
zlustrowała ją od góry do dołu. Bojanowska nie miała typowo kobiecych
kształtów. Ogolona prawie na łyso, ubrana w czarny T-shirt i czarne
bojówki bardziej przypomniała antyterrorystę niż przeciętną policjantkę.
Starszej kobiecie zdecydowanie się to nie podobało.
- Hałasują. W nocy spać nie można.
- A co robią? - zainteresował się Hektor. Spojrzała na niego z większą
aprobatą. Jego wygląd, w przeciwieństwie do Jagny, wywierał pozytywne
wrażenie. Był ubrany w granatowe spodnie chino, błękitne bawełniane polo
oraz letnią marynarkę. Wyglądał jak model z żurnala. Starsza kobieta od
razu poddała się jego urokowi.
- Sprowadzają tu nocami podejrzanych ludzi, podjeżdżają auta, trąbią -
tłumaczyła wzburzona. - A to słownictwo. Istny rynsztok.
- Skąd pani wie, że to oni? - dopytywał Cichy.
- Kilka razy otworzyłam w nocy okno, aby uciszyć towarzystwo, to
widziałam jednego i drugiego - mówiła z oburzeniem. - Zrobicie coś z tym? - zapytała z nadzieją, wpatrując się intensywnie w Hektora, a ignorując Jagnę.
- Pracujemy nad tym - zręcznie skłamał Hektor. - Od dawna pani tu
mieszka?
- Ze czterdzieści lat będzie - przyznała kobieta, uśmiechając się do
komisarza.
- Czyli może pani coś o tych chłopakach powiedzieć? - Wiedział, że
kobieta chętnie podzieli się wiedzą.
- Mogę, mogę - odparła ochoczo. - Szymańscy mieszkają tu ze dwadzieścia
lat, jak nie więcej. Dorobili się w tym czasie i teraz udają, że połowy
sąsiadów nie znają. Ładosie zaś są tu od dawna. Dobrze znałam starą
Ładosiową, umarła piętnaście lat temu. A tu został jej zapijaczony syn z rozwrzeszczanymi dzieciorami, których nigdy nikt nie pilnował. Żona tego
pijaka haruje jak wół, jest pielęgniarką, bez jej roboty to trawę by
jedli. Ona jedyna z nich wszystkich porządna. Już dawno powinna kantem
puścić tego darmozjada. - Nie krępowała się mówić dosadnie. - Nie może
więc dziwić, że ich syn wyrósł na łobuza. - Dała im znak, żeby się do
niej nachylili, i zaczęła mówić szeptem, choć dookoła nie było nikogo. -
Najstarszy z Ładosiów, ten co tak hałasuje w nocy, miał romans z Zabielską. - Wskazała głową w głąb alejki, dając do zrozumienia, że to
kobieta z ich okolicy.
- I co w tym złego? - zapytała niepewnie Jagna. Starsza kobieta na
ułamek sekundy przerzuciła na nią wzrok, ale za chwilę ponownie skupiła
uwagę na Cichym, jakby mówiąc tylko do niego.
- To mężatka, dużo starsza od chłopaka. Ładoś wtedy był jeszcze
dzieckiem - powiedziała.
- Dzieckiem? - zdziwiła się aspirant.
- To było ze trzy, może cztery lata temu - odparła kobieta. - Stara
baba, a ugania się za młodymi, jak jej nie wstyd.
Jagna przewróciła oczami.
- Skąd pani o tym wie? - odezwała się, dusząc w sobie gniew i nic sobie
nie robiąc z tego, że kobieta ją ignoruje.
- Sąsiadka mi opowiadała - wyjaśniła z urazą, jakby dopytywanie aspirant
ją dotykało. - Że widziała, jak Ładoś kosił trawę u Zabielskich. Ona
wyszła do niego z napojem, a kiedy chłopak opróżnił szklankę, wzięła go
za rękę i poprowadziła do domu. - Relacjonowała wszystko z niesłychaną
dokładnością. - A potem żegnała się z nim na progu, a ubrana była w szlafrok. Taka sytuacja powtarzała się raz w tygodniu przez jakiś czas.
- Niby nie było to blokowisko, a jednak plotki rozchodziły się szybko. -
Ciekawe, czy pan Zabielski o tym wie, to majętny, szanowany człowiek, z którym wszyscy się w naszej okolicy liczą, a żona mu rogi doprawia.
Wstyd - rzuciła poważnie.
- Młody Szymański ponoć porządniejszy - rzucił jakby mimochodem Cichy.
Kobieta fuknęła teatralnie.
- On taki jak rodzice, uważa się za lepszego od wszystkich. Ale jak nikt
nie patrzy, to zachowuje się tak samo prostacko jak Ładoś. W ogóle ich
nie interesuje, że tutaj mieszkają starsi ludzie, którzy lubią spokój i ciszę. - Nakręcała się od nowa. - Wiecie, co mi kiedyś powiedzieli,
kiedy w nocy kazałam się im uspokoić? "Skoro nie może babcia spać, to
niech zacznie liczyć barany". - Próbowała parodiować tego, który jej to
powiedział. - Chamstwo.
Takie osoby, mieszkające na każdym osiedlu, bywały pomocne, dlatego
warto było mieć z nimi dobre relacje.
- Dziękujemy za informację, zajmiemy się tą sprawą - oznajmił Hektor,
uśmiechając się, a kobieta z zadowoleniem kiwnęła głową.
Wsiedli do bmw, a starsza pani patrzyła z dezaprobatą, że to Jagna
prowadzi.
Ruszyli w stronę zwiększających się numerów Burzliwej Doliny.
- Co za babsko - prychnęła Bojanowska, jadąc powoli przed siebie i patrząc w lusterko. Starsza kobieta nadal stała na chodniku i przyglądała się, jak się oddalają. - Wszystkich dookoła ocenia, a swojego nieznośnego plotkowania nie dostrzega. Pewnie ma się za
niezwykle kulturalną. Kurwa! Lepsza niż miejski monitoring - irytowała
się Bojanowska.
- Wyluzuj, nie ma co się przejmować - uspokajał ją Hektor. - Zatrzymaj
się. Musimy sprawdzić, gdzie mieszkają Zabielscy, warto porozmawiać z kobietą. Skoro miała bliskie relacje z jednym z chłopaków, to może coś
więcej o nim wie.
Bojanowska zaparkowała na poboczu, a Hektor zapytał przez radiostację:
- Możesz sprawdzić, gdzie dokładnie mieszkają Zabielscy z Burzliwej
Doliny?
- Mało szczegółowa wiadomość, ale spróbuję, panie komisarzu. - Usłyszał
w odpowiedzi.
- Mamy impas. Trzy różne wersje tego, jacy są Szymański i Ładosiowie,
więc coś tu śmierdzi - stwierdziła Jagna, czekając na wiadomości od
dyżurnego.
- Niekoniecznie - ponownie sprzeciwił się Cichy. - Rodzice są
nieobiektywni, jeśli chodzi o swoje dzieci, i zawsze widzą, że to ktoś
inny sprawia, że ich pociecha jest problematyczna. A starsza pani nie
jest wiarygodna, podejrzewam, że jest samotna, rozgoryczona i wściekła
na cały świat. Takie osoby wszystkich postrzegają negatywnie - tłumaczył
Hektor. - Mamy trzy opinie i żadna z nich nie musi być prawdziwa.
Ciekawi mnie, dlaczego Ładoś i Szymański zdecydowali się zabrać
mustanga, wiedząc, jak ważny jest dla starego Szymańskiego? Musiało
wydarzyć się coś bardzo nietypowego, aby młody Szymański w taki sposób
zostawił skarb ojca.
- To może trzeba zlecić poszukiwania zakrojone na większą skalę? -
spytała Jagna.
- Na razie jeszcze jest za wcześnie. Ładoś może być w pracy, a Szymański
na uczelni lub z dziewczyną - stwierdził komisarz. - Jak to matka
Błażeja powiedziała, to dorośli ludzie i mogą robić, co chcą. Szymański
wcale nie musiał się trzymać tego, co mówił rodzicom.
- No tak - westchnęła Jagna. - Powinniśmy jakoś zrekonstruować ich
wczorajszy wieczór. Czy na pewno byli razem? Jeśli tak, to gdzie
pojechali i co robili całą noc?
- Otóż to - rzucił Cichy. - To, jacy są na co dzień, wcale nie musi mieć
nic wspólnego z tym, co spotkało ich ostatniej nocy. Jedyne co wiemy, to
to, że przed dwudziestą Nikodem i Błażej byli jeszcze w domach.
- Mam adres Zabielskich - odezwał się głos w radiostacji. - W bazie ich
nie ma, nie byli notowani - wyjaśnił dyżurny. - Ale Zbigniew Zabielski
prowadzi jedną z największych firm konsultingowych w kraju. W sieci
znalazłem info, że mieszkają pod adresem Burzliwa Dolina dwieście
pięćdziesiąt. Z tego co zobaczyłem na zdjęciach, to wyrąbana w kosmos
hacjenda. Nie przeoczycie jej.
- Dzięki, świetna robota, masz u mnie piwo - rzucił z zadowoleniem
Hektor. Zadanie, które wykonał dyżurny, nie należało do jego obowiązków,
zrobił to dlatego, że miał ochotę pomóc, tak po koleżeńsku. - Bez
odbioru.
- Dwieście pięćdziesiąt, zmierzamy w stronę luksusu - zakpiła Jagna,
odpalając ponownie auto.
Zaparkowali na obszernym podjeździe przed numerem 250.
Wysiedli w milczeniu, przyglądając się luksusowej willi o nowoczesnym
geometrycznym kształcie. Duże poziome przeszklenia i widoczny od
podjazdu rozległy taras robiły wrażenie. Główne części domu zostały
wykończone w neutralnych kolorach, które zestawiono z drewnianymi
elementami.
Przed wejściem, na obszernym zielonym terenie, w kwiatowych rabatach
pracowała kobieta w kapeluszu. Klęczała przy dużym krzaku z różami,
czerwona na twarzy od słońca.
- Dzień dobry, pani Zabielska? - zapytała Jagna, a kobieta spojrzała na
nią z uwagą.
- Pani jest w domu. - Kobieta wskazała palcem.
Ruszyli w stronę drzwi wejściowych, podziwiając rozmiar budynku.
- To chyba duża rodzina - stwierdziła Jagna, przyglądając się ciekawej
bryle domu.
- Zwykle duże przestrzenie zamieszkuje mało ludzi, ale za to bogatych -
odpowiedział refleksyjnie Hektor.
Stanęli przed wysokimi i szerokimi drewnianymi drzwiami, aspirant
pociągnęła za sznurek od dzwonka. Rozległ się donośny dźwięk gongu.
Chwilę później drzwi otworzył mężczyzna po czterdziestce, ubrany w czarny garnitur.
- Pan Zabielski? - Bojanowska założyła, że ma do czynienia z gospodarzem.
- Nie, jest w pracy. Mogę w czymś pomóc? - zapytał poważnie mężczyzna.
- Kim pan jest?
- A państwo? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Policja, chcemy porozmawiać z którymś z domowników. Najchętniej z panią Zabielską - wyjaśnił Hektor. Pokazali służbowe legitymacje.
Mężczyzna otworzył szerzej drzwi.
- Zapraszam do salonu, pójdę poinformować panią o państwa przybyciu. -
Ruszył przodem, a oni za nim. Wprowadził ich do dużego pomieszczenia,
którego nowoczesny, prosty design łączył elegancję i stonowanie.
Przestronna przestrzeń i wielkopowierzchniowe przeszklenia zapewniały
widok na spektakularny ogród z basenem.
Otwarty na drugą kondygnację salon wprost zachwycał.
- Cholera. - Hektor usłyszał słowa Jagny, która rozglądała się dookoła.
Miał ochotę powiedzieć to samo. Wolał nie myśleć, ile kosztuje taki dom
i jego utrzymanie.
Niebawem usłyszeli kroki. Z pierwszego piętra po drewnianych schodach
schodziła kobieta ubrana w jedwabną bluzkę z motywem pantery i ołówkową,
brązową skórzaną spódnicę. Hektor i Jagna spojrzeli na siebie. To nie
był strój domowy, więc być może kobieta właśnie szykowała się do
wyjścia. Była uczesana i umalowana.
Stanęła przed nimi i wyciągnęła rękę.
- Wioletta Zabielska, Konrad powiedział, że chcecie ze mną porozmawiać.
W czym mogę pomóc? - Cichy patrzył na nią z uwagą, ale kątem oka
dostrzegał, że i Bojanowska jest zaintrygowana. Kobieta zbliżała się do
pięćdziesiątki, ale wyglądała atrakcyjnie, miała zgrabną sylwetkę i gładką twarz. Nie dostrzegało się nawet jednej zmarszczki. Oczywiście
komisarz nie wykluczał, że poddawała się zabiegom upiększającym i poprawiającym wygląd, ale efekt prezentował się bardzo naturalnie.
Zapewne zawsze była wyjątkowej urody, więc mając pieniądze, nietrudno
było o nią należycie zadbać.
- Komisarz Hektor Cichy i aspirant sztabowy Jagna Bojanowska -
przedstawił ich. Kobieta skinęła głową. Cichy widział, że mu się
przygląda, skupiając wzrok na jego bliźnie. Na twarzy kobiety wypisało
się zainteresowanie.
- Chcielibyśmy porozmawiać o Błażeju Ładosiu - wyjaśnił komisarz, a kobieta szybko obejrzała się za siebie i powiedziała:
- Przejdźmy do gabinetu. - Nie było słychać w jej głosie zdenerwowania
czy skrępowania. Widać zdawała sobie sprawę, że pewnego dnia ktoś
zacznie pytać o chłopaka.
Weszli do przestronnego biura, które również było urządzone w nowoczesnym stylu. W pomieszczeniu stało biurko, fotel i długi biały
stół, dookoła którego poustawiano czarne krzesła.
- Mąż odbywa tu spotkania biznesowe - wyjaśniła, widząc, jak rozglądają
się po wnętrzu. - Proszę usiąść. - Wskazała im miejsce przy stole.
- Przejdziemy do sedna, nie chcemy marnować pani i naszego czasu -
zaczął Hektor, a kobieta skinęła głową. - Podobno miała pani romans z Błażejem Ładosiem.
- Kiedy jeszcze był niepełnoletni - wtrąciła Jagna.
Kobieta przez chwilę przyglądała się im w milczeniu, nie okazując cienia
zdenerwowania.
- To prawda, romans trwał kilka miesięcy i Błażej nie miał wtedy jeszcze
osiemnastu lat, ale wszystko odbyło się za obopólną zgodą. Możecie go o to zapytać - wyjaśniła atrakcyjna blondynka. Hektor skupił się na jej
twarzy; podobała mu się. Miała w sobie piękno i smutek. Nie dziwił się
Błażejowi, że się wdał z nią w romans. Naszła go refleksja, że ostatnią
kobietą, która go zainteresowała i z którą spał, była Anastazja Kool. Na
samo wspomnienie zrobiło mu się gorąco. W takich momentach zapominał,
jaką krzywdę mu wyrządziła. Pierwszy raz od tamtego czasu poczuł, że
brakuje mu seksu. Ostatnie miesiące przebywał na odwyku i terapii.
Prawie każdy wieczór spędzał z Polą Ostrowską. Nie uprawiali seksu. Pola
miała swoje traumy. Nie czuła się jeszcze gotowa na bliskie relacje z mężczyznami, a tym bardziej z Hektorem, którego traktowała jak rodzinę.
- Ale to pani była dorosła i powinna wiedzieć, że jest to niemoralne -
odezwała się twardo Jagna.
- Nie popełniła pani przestępstwa - odrzekł spokojnie Hektor, patrząc na
Bojanowską. Nie rozumiał jej zachowania. - Artykuł dwieście, paragraf
jeden Kodeksu karnego - rzucił, widząc jej wściekły wzrok. Jagna
niechętnie kiwnęła głową, pozwalając wrócić mu do rozmowy. - Romans z Błażejem zakończył się cztery lata temu, tak? - Nie spuszczał wzroku z kobiety. Ona również na niego patrzyła. Z wyraźnie rosnącą ciekawością.
- Mniej więcej.
- A jak się to zaczęło? - zapytał Cichy, choć to nie miało nic wspólnego
z ich sprawą.
- Błażej przyszedł do mojego męża, ponieważ potrzebował pracy. Chciał
pomóc matce. Kobieta ciągle pracuje, aby związać koniec z końcem -
Wioletta opowiadała to, co już wiedzieli. - Mąż docenia ambitnych
młodych ludzi, więc zaproponował mu, że będzie pomagał w ogrodzie, na co
Błażej się zgodził. Wiedział, że póki nie uzyska pełnoletności, to
niczego innego u mojego męża nie może robić. Był dobrym pracownikiem,
sumiennie wykonywał swoją pracę, nie migał się od obowiązków. Mąż był z niego zadowolony.
- Pani chyba też - rzuciła złośliwie Bojanowska.
- Łatwo pani oceniać, bo zapewne nigdy nie była pani samotna. W złotej
klatce też może być ciężko - odpowiedziała spokojnie kobieta,
poprawiając włosy, które opadły jej na policzek. - Mam piękny dom, dużo
pieniędzy, ale siedzę tu sama. Dzieci dawno temu wyjechały, by uczyć się
za granicą, a męża ciągle nie ma. - Nie miała do nikogo pretensji, po
prostu chciała wyjaśnić swoje położenie. - Błażej był uroczy i miły.
Zaczęłam z nim rozmawiać i tak wyszło. To dobry chłopak, zależało mu na
mnie, wiem o tym. Kiedy jednak wyznał mi miłość, uznałam, że musimy
zakończyć tę relację. Lubiłam go, dzięki niemu czułam się znowu
podziwiana, ktoś był mną zainteresowany. Ale wiadomo było, że taka
relacja nie może długo trwać. - Słuchali, nie przerywając. Nie była
pierwszą ani ostatnią kobietą, która tak wypełnia życiową pustkę. Nie
była wyniosła czy zmanierowana, mimo bogactwa, jakie ją otaczało. Na
Hektorze robiła dobre wrażenie. - Był u nas pół roku, a potem
poprosiłam, żeby odszedł, aby nie robił kłopotów sobie i mnie.
- Posłuchał? - zaciekawił się Hektor. Zakochany młody chłopak mógł nie
przyjąć ze spokojem wiadomości o konieczności zakończenia takiego
związku.
- Próbował mnie przekonywać do zmiany zdania, ale nie chciałam go
krzywdzić - wyjaśniła kobieta. - Po zakończeniu tej relacji i pracy u nas widziałam go kilka razy, jak stał niedaleko domu i patrzył. Ale nie
zrobił nic przeciwko mnie.
- Mąż wie o waszym romansie? - Bojanowska zapytała tym razem nieco
łagodniejszym tonem.
- Nie sądzę - odpowiedziała kobieta z wahaniem.
- Pani sąsiedzi wiedzą... - oświeciła ją Jagna.
- Chcielibyśmy porozmawiać z pani mężem - rzucił Cichy.
- O czym? - zapytała z obawą w głosie.
- Nie o pani romansie, nie jesteśmy od tego, aby zdradzać tajemnice
innych. Może mąż też powie o Ładosiu coś, co pozwoli nam lepiej go
poznać - wyjaśnił Hektor z lekkością w głosie, aby kobieta nabrała
pewności, że nie musi się ich obawiać.
- Mąż jest w biurze - oznajmiła. - Nie widziałam go od wczoraj.
Wieczorem był umówiony z Piotrem Zalewskim w klubie tenisowym LOB. Raz w tygodniu spotykają się na meczu. - Hektor zwrócił uwagę, że ciągu
godziny drugi raz padała nazwa klubu tenisowego.
- Nie wrócił z klubu na noc? - dociekała Bojanowska.
- Nie wiem, zwykle po meczu jeszcze idą na drinka - odparła kobieta. -
Mamy oddzielne sypialnie, więc zdarza się, że nie widuję męża nawet
przez kilka dni. Głównie rozmawiam z nim przez telefon - dodała, nie
widząc nic dziwnego w takim układzie. - Po co tak naprawdę przyszliście?
- Przyjechaliśmy do Burzliwej Doliny, aby porozmawiać z Błażejem i jego
przyjacielem, który też mieszka w okolicy, ale na razie nie możemy się z nimi skontaktować - rzekł Hektor. - Dlatego pytamy osoby, które ich
znają, co wiedzą. Nie mamy pewności, czy nie wpakowali się w kłopoty.
- Mogli wpaść w tarapaty, ale nie wiem jak duże - przyznała po chwili, a Cichy poczuł, jak skacze mu adrenalina.
- Dlaczego pani tak sądzi? - zapytał, a kobieta się skrzywiła.
- Trzy miesiące temu byliśmy z mężem na bankiecie w klubie LOB, o którym
już wspomniałam. Przyjęcie jest organizowane raz w roku. Spotkałam tam
Błażeja i Nikodema Szymańskiego. Mimo że nie są biznesmenami, byli
gośćmi Piotra Zalewskiego.
- I co w tym złego? - dopytywała Jagna.
- Wiecie, kim jest Piotr Zalewski? - zapytała, jakby nazwisko mężczyzny
było wszystkim znane. - Nie słyszeliście, czym zajmuje się Zalewski Law
Company?
- To firma prawnicza - odparł Hektor bez zastanowienia. Kilka razy miał
okazje spotkać się na komendzie z ludźmi z tej kancelarii.
Wiolettę jakby rozbawiła jego odpowiedź.
- Między innymi - stwierdziła i z wahaniem dodała: - Zalewski prowadzi
różne interesy, jest wpływowy i bezwzględny w działaniach. Dlatego,
kiedy zobaczyłam Błażeja i Nikodema w jego towarzystwie, zaniepokoiłam
się. Pytałam Błażeja, co robi na przyjęciu. Twierdził, że Nikodem go
zaprosił, ponieważ za dobre wyniki w nauce i w sporcie otrzymał od
Zalewskiego stypendium naukowe.
- A myśli pani, że to nieprawda? - zapytał Cichy, a ona wzruszyła
ramionami.
- Wiem tyle, że jeśli Błażej coś robił dla Zalewskiego, to nie jest to
legalne - odparła. - Błażej nie ma wykształcenia, które preferowano by w kancelarii.
- Ale mógł być osobą towarzyszącą - zauważył policjant, a kobieta tylko
pokręciła przecząco głową.
- Czy chce nam pani coś powiedzieć? - zapytał, czując, że w słowach
rozmówczyni kryje się znacznie więcej. Ale kobieta znowu pokręciła
przecząco głową.
- Szymańskiego też pani dobrze zna? - zmieniła temat Jagna.
- Z widzenia - przyznała. - I wiem, że jego rodzice zawsze mieli
zawyżone ambicje wobec syna, dlatego Szymański nie toleruje Błażeja. -
Jej słowa świadczyły o tym, że poza seksem łączyła ją z chłopakiem
głębsza więź. - Błażej mówił, że Nikodem to niespokojny duch. Rodzice
swoje, a on swoje. Wspomniał, że zawsze miał ryzykowne pomysły i wciągał
w nie Błażeja. Przez to obaj mieli problemy. Ale Nikodema z opałów
wyciągali najpierw rodzice, potem majętni znajomi, a Błażej zazwyczaj
obrywał za nich obu.
- Dużo pani o nich wie - skwitował Cichy.
- Błażej był dla mnie kiedyś ważny - odparła. - Od czasu tego bankietu
nie mogę przestać myśleć, że spędzają czas z niewłaściwymi ludźmi. Duże
pieniądze mogą namieszać w głowach, zwłaszcza młodym ludziom.
- A może naprawdę byli na bankiecie ze względu na stypendium? -
zasugerował Cichy, a kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Tak jak wspominałam, Błażej pochodzi z biednej rodziny, a na bankiecie
miał na sobie garnitur od Armaniego. A po okolicy jeździ drogimi
samochodami.
- Pracuje w warsztacie, może akurat testuje auto, które naprawia - dość
niegrzecznie zripostowała Bojanowska.
- Może tak być - odpowiedziała z uśmiechem Wioletta. - Byłam u niego w warsztacie kilka dni po bankiecie, przekonywałam, aby nie kontaktował
się z Zalewskim. Oznajmił, że to nie moja sprawa, z kim się spotyka i co
robi. Wtedy pierwszy raz był dla mnie niemiły. - Westchnęła z wystudiowanym grymasem, przypominającym nieco uśmiech. - Mam nadzieję,
że się znajdą, a teraz po prostu gdzieś się dobrze bawią.
- Dziękujemy za poświęcony czas. - Hektor podniósł się z miejsca,
jeszcze raz rozglądając się po dużym gabinecie.
Jagna ruszyła pierwsza do wyjścia, bo zaczął jej dzwonić telefon. Wtedy
Hektor poczuł, jak Zabielska chwyta go za łokieć.
- Pan mnie rozumie, widzę to w pana oczach, jest pan tak samo samotny
jak ja - rzekła cicho. - Gdyby miał pan ochotę się spotkać, proszę
zadzwonić. - Wsunęła mu do kieszeni marynarki wizytówkę.
Nie odpowiedział, tylko skinął głową, czując podekscytowanie. I natychmiast zaczął rozważać jej propozycję.
* * *
Weszli na komendę, mając plan dalszych działań. Co prawda ich hipotezy
były dość chwiejne, ale zakładali, że to, co na początku mogło wydawać
się młodzieńczym żartem czy głupotą, w rzeczywistości może być czymś
zupełnie innym. Należało sprawdzić Zabielskiego, mimo że romans był
dawną sprawą i kobieta twierdziła, że mąż nic o nim nie wie. Wątpliwe,
skoro o wszystkim wiedzieli nawet sąsiedzi. Najciemniej jest pod
latarnią, a najbliższa osoba dowiaduje się zawsze na końcu. Dlatego
trzeba było sprawdzić, kim jest i co wie Zabielski, bo może Ładoś i Szymański nie zniknęli bez powodu, skoro Błażej okazał się nielojalny
wobec pracodawcy. Niektórzy, aby dokonać zemsty, potrafią czekać na
odpowiedni moment całymi latami. Trzeba było zdobyć więcej informacji.
Musieli również dowiedzieć się, czy technikom udało się jeszcze coś
znaleźć w mustangu. Zamierzali też oddać do sprawdzenia znaleziony w aucie telefon. Nie należał do Szymańskiego ani do Ładosia, dlatego warto
było spróbować znaleźć jego właściciela. Być może to on dysponował
informacjami przydatnymi w dalszym śledztwie.
Liczyli, że uda się namierzyć sygnał z komórek chłopaków. To mógł być
najprostszy sposób na ich zlokalizowanie. Łatwiejszy niż chodzenie po
ludziach, którzy przypuszczalnie mogli mieć z nimi kontakt.
Jagna oczekiwała także, że w bazie policyjnej znajdzie przydatne
informacje o chłopakach. Może nie pomogą one bezpośrednio dowiedzieć
się, gdzie ci teraz są, ale uzupełnią obraz, kim są i co robią obaj
młodzi ludzie, kiedy rodzice spuszczają ich z oczu.
Idąc w stronę windy, Hektor zobaczył zmierzającą w ich kierunku Polę.
Miała na sobie cywilne ubranie, jakby już kończyła pracę. Cichy widział
się z nią wczoraj wieczorem i nic nie mówiła, że dzisiaj weźmie trochę
wolnego. Rano się nie spotkali, bo musiał być wcześniej niż zwykle na
komendzie.
Kiedy stanęli naprzeciwko siebie, dostrzegł, że jest wyraźnie zmęczona i ma podkrążone oczy.
- Cześć, wychodzisz? - zapytał zdziwiony.
- Słabo się czuję. Idę do domu - zakomunikowała beznamiętnie.
- Chora jesteś? - Przyglądał się jej z uwagą.
- Źle spałam, naszła mnie fala wspomnień, wiesz, jak jest - odparła. - I być może się gdzieś przeziębiłam. Czuję się, jakbym złapała grypę. Moich
klientów nie zarażę, ale nie chcę narażać innych.
Nie pierwszy raz Pola nie spała w nocy przez natrętne wspomnienia. Od
roku miewała koszmary związane z byłym mężem. Mimo że od jakiegoś czasu
żyła w spokoju, to przeszłość powracała w najmniej oczekiwanych
momentach. Ale rzadko kiedy rezygnowała z pracy. W prosektorium
zapominała o całym świecie. Praca ze zmarłymi o dziwo przynosiła jej
ukojenie. Martwych nie musiała się obawiać.
- Jak pierwszy dzień po powrocie? - zapytała, nim ruszyła dalej.
- Praca w terenie, więc nie jest najgorzej - odpowiedział, nie
spuszczając z niej wzroku. Nie rozumiał, co się dzieje, wyglądała
inaczej. Usłyszał znaczące chrząknięcie i przypomniał sobie, że obok
niego stoi nowa partnerka, która może nie znać Ostrowskiej. - Polu,
poznaj, to Jagna Bojanowska, jest moją nową partnerką. - Pola przyjrzała
się Jagnie z zainteresowaniem. Dawno nie widziała kobiety, która
zdecydowałaby się na taką fryzurę i tak mocno zniekształcający sylwetkę
strój. Ale po chwili namysłu doszła do wniosku, że do Bojanowskiej
specyficzna i oszczędna fryzura pasuje. Kobiety wyciągnęły do siebie
ręce na powitanie. - Jagna, to Pola Ostrowska, która pracuje tu...
- ...jako patolog - weszła mu w słowo nowa koleżanka. - Rzadko kiedy mamy
trupa, ale o niektórych tu pracujących słyszałam, zwłaszcza jeśli mają
dobrą opinię. - Ostrowska uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu nie było
radości, tylko kurtuazja.
- Fajnie, że Hektor ma nową partnerkę. Jaworski pozostawiał wiele do
życzenia - odparła kąśliwie patolog.
- Jesteś niesprawiedliwa - rzucił z pretensją Cichy. Ostrowska nie
przepadała za Jaworskim, ale Hektorowi wydawało się, że kolega i przyjaciółka pozostają w lepszych relacjach od czasu jego ostatniej
hospitalizacji.
- Taaa, Casanova jak z koziej dupy trąba - dodała Jagna, co tym razem
wywołało szczery uśmiech na zmęczonej twarzy Poli, zaś Hektor tylko
przewrócił oczami. - Może kiedyś spotkamy się na obiedzie? -
zaproponowała Bojanowska. Pola, ku zdziwieniu komisarza, przytaknęła. To
była pewna nowość w jej reakcjach, zwykle bowiem jadała obiady w jego
towarzystwie lub sama. Nie czuła potrzeby powiększania tego grona o nowe
osoby.
- Widzimy się wieczorem? - zapytał, a Pola znów pokiwała głową.
Pożegnali się i Jagna i Cichy skierowali się do biura techników.
- Dziwną jesteście parą - stwierdziła bez skrępowania Bojanowska.
- Tylko się przyjaźnimy - odparł krótko i poczuł, jak Jagna mu się
przygląda. - Dlaczego to dla wszystkich takie dziwne? - rzucił naiwne
pytanie. Liczył, że od Bojanowskiej jako od kobiety uzyska inną
odpowiedź, niż otrzymałby od Jaworskiego.
- A co, masz dziesięć lat, że pytasz? - rzuciła, ale Hektor nie
zamierzał odpowiadać. Po chwili więc dodała: - Trudno uwierzyć, że
relacja męsko-damska może opierać się tylko na przyjaźni i że obie
strony to satysfakcjonuje. Zwykle po pewnym czasie któraś ze stron
angażuje się bardziej i chce więcej.
- Z nami jest inaczej - Hektor chciał uciąć niezręczny temat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki