Domek z kart. Cykl z Hektorem Cichym. Tom 2 - Kasia Magiera

Kup ebooka

45.00 zł
37.29 zł (37,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG 5 czerwca 2017 roku, godzina 01.10

Dźwięk tele­fonu pode­rwał ją na równe nogi. Zwa­żyw­szy na porę (śro­dek nocy), nie mógł to być dobry znak - tego była pewna. Dla­tego, odbie­ra­jąc, ode­zwała się pod­szy­tym stra­chem gło­sem:

- Słu­cham? - Czuła, jak serce bije jej w przy­spie­szo­nym tem­pie, wywo­łu­jąc ogólne napię­cie.

- Pomóż nam. - Usły­szała histe­ryczny głos, co bły­ska­wicz­nie ją wybu­dziło. W pierw­szej chwili nie roz­po­znała głosu. Był bar­dzo zmie­niony przez płacz i strach roz­mów­czyni. Odbie­ra­jąc tele­fon, nie spoj­rzała na wyświe­tlacz. Dopiero teraz nie­wy­raź­nym jesz­cze wzro­kiem zer­k­nęła na ekran i nie­mal natych­miast poczuła, jak ude­rza w nią fala gorąca i lęku.

- Co się stało? - zapy­tała, wsta­jąc z łóżka i rusza­jąc w stronę łazienki.

- To się wymknęło spod kon­troli - mówiła dzwo­niąca kobieta. - Nie wiemy, co robić. Nie jest dobrze. - Pła­kała coraz gło­śniej.

- Jeste­ście cali? - Chciała, aby jej głos brzmiał jak naj­spo­koj­niej.

- Wszę­dzie jest krew. - Sły­sząc te słowa, przy­sta­nęła. Mogło być gorzej, niż zakła­dała.

Natych­miast zaświ­tała jej myśl, że powinna kogoś zawia­do­mić. Jed­nak odrzu­ciła ją jako zbyt pochopną i ryzy­kowną. Naj­pierw na wła­sne oczy musiała zoba­czyć, co się stało i czy jest aż tak źle, jak przed­sta­wia to dzwo­niąca.

- Komuś się coś stało? - dopy­ty­wała się, wcho­dząc do łazienki.

- Nie wiem. Nie wiemy, co robić.

Prze­klęła w myślach. Nie powinna iść tam sama, cho­ciaż teraz miała broń, więc w razie potrzeby mogłaby jej użyć.

- Gdzie jeste­ście?

- W domu, już się stąd nie ruszymy - oświad­czyła dzwo­niąca.

- Będę w ciągu pół godziny - rzu­ciła i się roz­łą­czyła.

Czuła, że serce łomo­cze jej jak sza­lone; nie zwol­niło ani na chwilę od momentu prze­bu­dze­nia.

Myjąc twarz zimną wodą, zasta­na­wiała się, czy tym razem jest gotowa wal­czyć, a w razie koniecz­no­ści użyć broni?

Pomy­śli nad tym póź­niej, kiedy zoba­czy, czy naprawdę jest się czym mar­twić. Cza­sem pod wpły­wem szoku sprawy na pierw­szy rzut oka wyglą­dają gorzej, niż jest rze­czy­wi­sto­ści. Wie­działa to z wła­snego doświad­cze­nia.

Musiała zacho­wać zimną krew i racjo­nal­nie myśleć. Nie­dawno dostała od losu drugą szansę, cudem uszła z życiem i nie zamie­rzała pozwo­lić na to, aby strach ją spa­ra­li­żo­wał. Nie chciała po raz kolejny cho­wać głowy w pia­sek i zawieść samej sie­bie. Nie chciała być znów bierna lub co gor­sza stać się ofiarą.

Nie­dawno ktoś wycią­gnął do niej pomocną dłoń, więc teraz nad­szedł czas, aby spła­cić losowi dług wdzięcz­no­ści za to, że udało jej się prze­żyć. Ze star­cia wyszła potur­bo­wana, ale wewnętrz­nie sil­niej­sza, i musiała to wyko­rzy­stać.

Dzień pierwszy, 5 czerwca 2017 roku

Komi­sarz Hek­tor Cichy pierw­szy raz po trzech mie­sią­cach od tra­gicz­nych wyda­rzeń, w cza­sie któ­rych został ugo­dzony nożem w brzuch przez nie­zrów­no­wa­żoną Ana­sta­zję Kool, szedł do pracy. Dostał kolejną szansę, choć komen­dan­towi Leonar­dowi Paw­łow­skiemu nie udało się zatrzy­mać go w wydziale kry­mi­nal­nym. Tym­cza­sowo został prze­nie­siony do wydziału docho­dze­niowo-śled­czego, gdzie naczel­ni­kiem był młod­szy inspek­tor Łukasz Malicki, o któ­rym nie­wiele wie­dział.

Cichy nie miał obaw przed pracą w nowym miej­scu. Nie stre­so­wało go, czy uda mu się doga­dać z nowymi kole­gami. W robo­cie nie szu­kał przy­ja­ciół, było mu obo­jętne, gdzie go przy­dzielą. Znał z widze­nia więk­szość ludzi z docho­dze­niówki, od dawna pra­co­wał w tej komen­dzie. Nie był zachwy­cony prze­nie­sie­niem, ale liczył, że jest to tylko cza­sowa decy­zja i że uda mu się wró­cić do krymu, jak nazy­wali mię­dzy sobą wydział kry­mi­nalny.

Czuł się dobrze i uwa­żał, że jest w nie­złej for­mie. Po ostat­nich dra­ma­tycz­nych wyda­rze­niach mie­siąc spę­dził w kli­nice na odwyku, a od dwóch mie­sięcy uczęsz­czał dwa razy w tygo­dniu na sesje psy­cho­lo­giczne do Jakuba Jani­szew­skiego, który stał się też jego dobrym kolegą. Psy­cho­log i Pola Ostrow­ska, oddana przy­ja­ciółka, pomo­gli mu wró­cić do rów­no­wagi, dzięki czemu nie potrze­bo­wał leków, aby zagłu­szyć ból po stra­cie bli­skich.

Za radą psy­cho­loga zde­cy­do­wał się prze­pro­wa­dzić do nowego miesz­ka­nia. W poprzed­nim, gdzie żył z żoną i syn­kiem, któ­rzy zgi­nęli w wypadku samo­cho­do­wym ponad pięć lat temu, zatra­cał się i wra­cał do nałogu, nie mogąc się uwol­nić od wspo­mnień.

Teraz miesz­kał bli­żej Poli, w miesz­ka­niu o połowę mniej­szym, ale nie potrze­bo­wał już tak dużej prze­strzeni; w końcu był sam.

Począt­kowo nie był pewny, czy zaakli­ma­ty­zuje się w nowym miej­scu, ale po prze­pro­wadzce szybko odczuł ulgę. Był prze­ko­nany, że nie zapo­mni o żonie i synku i że ni­gdy o nich nie prze­sta­nie myśleć. A prze­pro­wadzka stała się koniecz­no­ścią.

Dziś był już gotowy, aby wró­cić do pracy, do tego, co nada­wało sens jego życiu i co dawało mu siłę.

Wszedł na pierw­sze pię­tro, gdzie mie­ścił się jego nowy wydział, i skie­ro­wał wąskim kory­ta­rzem w stronę gabi­netu naczel­nika. Mijani ludzie witali go uśmie­chem lub krót­kim "cześć". Od razu poczuł, jakby pra­co­wał z nimi od lat. To napa­wało opty­mi­zmem. Więk­szość z nich znała jego histo­rię, ale też wie­działa, jakim jest poli­cjan­tem. Nie miał z nikim poważ­nych zatar­gów, więc liczył, że w nowym wydziale znaj­dzie swoje miej­sce.

Zasta­na­wiał się, czy wie­dzą też o Ana­sta­zji, o jego głu­po­cie i tym, co go z nią łączyło. Ni­gdy nie wypły­nęły ich intymne zdję­cia, zapi­sane w jej tele­fo­nie. Dla­tego Cichy miał nadzieję, że o jego bli­skiej rela­cji z podej­rzaną o mor­der­stwo wie tylko kilka osób, które brały ści­sły udział w tam­tym śledz­twie.

Sta­nął przed oszklo­nymi drzwiami gabi­netu naczel­nika Malic­kiego.

Łysy, okrą­gły na twa­rzy męż­czy­zna koło pięć­dzie­siątki dał mu znać mach­nię­ciem ręki, aby wcho­dził.

- Komi­sarz Hek­tor Cichy... - przed­sta­wił się, kiedy sta­nął przed biur­kiem naczel­nika.

- Dobra, dobra, prze­cież wiem, kim jesteś - prze­rwał mu z powagą Malicki. Cichy był zasko­czony, do tej pory nie poznał go oso­bi­ście. - Prze­glą­da­łem twoją teczkę oso­bową, dosta­łem ją od komen­danta. - Hek­tor ode­tchnął z ulgą. Paw­łow­ski na pewno nie prze­ka­zał w niej nic, co mogłoby mu zaszko­dzić czy posta­wić go w złym świe­tle. - Dużo pozy­ty­wów, impo­nu­jące osią­gnię­cia, trudno się nie cie­szyć z takiego pra­cow­nika. Mam nadzieję, że nie obni­żysz lotów. - Spoj­rzał badaw­czo na komi­sa­rza, który kiw­nął głową. - Zanim poznasz part­nerkę... - Hek­tor poczuł ukłu­cie nie­po­koju. Na samą myśl o kobie­cie part­nerce prze­wi­dy­wał kło­poty. Robił wra­że­nie na kobie­tach i te lgnęły do niego. Nie umiały się powstrzy­mać, aby z nim nie flir­to­wać i nie skła­dać nie­dwu­znacz­nych pro­po­zy­cji. Tylko przy Poli czuł się swo­bod­nie. Choć być może dosta­nie kogoś w wieku pro­ku­ra­tor Anny Wiedź­miń­skiej i jego obawy znikną. - Chcia­łem ci uświa­do­mić, że nie jestem taki jak komen­dant Paw­łow­ski. Nie tole­ruję chla­nia. Przyj­dziesz do roboty nastu­kany, to wyla­tu­jesz. Nie będę słu­chał powo­dów, dla któ­rych to zro­bi­łeś. Każdy ma jakieś pro­blemy.

- Rozu­miem, panie naczel­niku - odparł Cichy. Domy­ślił się, że Paw­łow­ski musiał podać coś, cokol­wiek, jako powód jego prze­nie­sie­nia. Alko­hol był bez­piecz­niej­szy niż nar­ko­tyki. Afera, która wybu­chła po zakoń­czo­nej spra­wie z Ana­sta­zją Kool, była gło­śna i nie dało się wszyst­kiego zatu­szo­wać.

Hek­tor nie widział potrzeby zapew­nia­nia prze­ło­żo­nego, że zmie­nił swoje życie.

- Jedno nie­re­gu­la­mi­nowe zacho­wa­nie, a spa­dasz na zie­loną trawkę - dokoń­czył Malicki. Cichy podej­rze­wał, że całą tę prze­mowę miał już wcze­śniej uło­żoną.

- Rozu­miem - odparł ponow­nie. Nowy szef chwilę mu się przy­glą­dał, jakby podej­rze­wa­jąc, że Cichy z niego kpi, ale nie pod­jął tego tematu.

- Twoją part­nerką będzie aspi­rant szta­bowy Jagna Boja­now­ska. Pra­cuje u nas od roku. Kon­kretna kobieta, chętna do dzia­ła­nia. Doga­da­cie się.

- Tak jest, panie naczel­niku - odpo­wie­dział Hek­tor bez prze­ko­na­nia.

- Jagna sie­dzi przy ostat­nim biurku pod ścianą. - Malicki pod­niósł się z miej­sca, aby przez szybkę wska­zać pal­cem miej­sce, o któ­rym mówi. - Obok niej jest wolne biurko. - Hek­tor kiw­nął głową i ruszył w stronę wyj­ścia.

Jed­nym z wielu man­ka­men­tów prze­nie­sie­nia do docho­dze­niówki było dzie­le­nie prze­strzeni biu­ro­wej z kil­koma oso­bami. W wydziale kry­mi­nal­nym wraz z Krzysz­to­fem Jawor­skim mieli wła­sny mały pokój.

Kiedy zbli­żał się do wska­za­nego przez naczel­nika miej­sca, dostrzegł, że jego part­nerka miała włosy wygo­lone tuż przy samej skó­rze. Jej fry­zura była zna­kiem, że nie będzie miał do czy­nie­nia z cukier­kową damą.

Sta­nął przy kobie­cie, a ona unio­sła głowę. Wyglą­dała jak Demi Moore w fil­mie G.I. Jane. Tylko była moc­niej zbu­do­wana.

- Cześć, Hek­tor Cichy, od dziś pra­cu­jemy razem. - Wycią­gnął do niej rękę. Kobieta wstała i mocno uści­snęła mu dłoń. Patrzył na nią i nie mógł ode­rwać oczu. Miała na sobie za duże ubra­nie, nie­mal wor­ko­wate, sku­tecz­nie znie­kształ­ca­jące syl­wetkę.

- Jagna Boja­now­ska, sły­sza­łam o tobie, nie­zły z cie­bie kozak - zaczęła woj­sko­wym tonem. - Ale żeby było jasne, nie lubię stwier­dzeń, że jak na kobietę, to nie­źle sobie radzę.

- Dzięki za wyja­śnie­nie - powie­dział Hek­tor, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie, gdyż poczuł auten­tyczną ulgę. Boja­now­ska naj­wy­raź­niej musiała udo­wad­niać, że płeć nie ma wpływu na pracę, którą wyko­nuje, nawet w świe­cie uzna­wa­nym za męski.

Wraz z uśmie­chem na jego policzku uwy­pu­kliła się bli­zna, która przy­cią­gała kobiety jak magnes. Zoba­czył, że Jagna też na nią patrzy, ale nie miał zamiaru niczego wyja­śniać. Nato­miast ona wska­zała bli­znę pal­cem i powie­działa:

- Sły­sza­łam o wypadku, przy­kro mi.

- Dzięki - rzu­cił, sia­da­jąc naprze­ciwko jej.

- Pudło przy­niósł dziwny koleś z krymu - wyja­śniła, dostrze­ga­jąc, że Cichy przy­gląda się paczce na swoim biurku.

- Pew­nie Krzysz­tof Jawor­ski - odparł. Kilka dni temu roz­ma­wiał z kolegą z daw­nego wydziału i tam­ten obie­cał, że dostar­czy jego rze­czy, które pozo­sta­wił w sta­rym biurku.

- Lover­boy - stwier­dziła, a Hek­tor znów się uśmiech­nął. Na bank był to Krzysz­tof. - Face­tom zawsze się wydaje, że wystar­czą dwa zda­nia pry­mi­tyw­nej bajerki, a każda laska zaraz ścią­gnie majtki.

- Krzy­siek to spoko koleś, ale przy kobie­tach głu­pieje - przy­znał Cichy, zaglą­da­jąc do pudła.

- Takie far­ma­zony wci­skał... Aż mi go się żal zro­biło, że się tak kom­pro­mi­tuje - oznaj­miła Jagna z powagą, która roz­ba­wiła Hek­tora.

W pudle przy­nie­sio­nym przez Jawor­skiego było sporo rze­czy, które Cichy posta­no­wił wyrzu­cić. Nie były mu tu potrzebne, a zmu­szały do myśle­nia o wydziale, w któ­rym spę­dził pra­wie dzie­sięć lat.

- Powiedz, kiedy będziesz gotowy, to cię wpro­wa­dzę w sprawy, które teraz wał­kuję - ode­zwała się Boja­now­ska, wciąż go obser­wu­jąc. Hek­tor poki­wał głową.

- Mam nadzieję, że komi­sarz już się zado­mo­wił, bo macie nową sprawę. - Usły­szeli za ple­cami szorstki i poważny głos Malic­kiego.

- Naczel­niku, mamy roz­grze­ba­nych z dzie­sięć spraw, niech nową weź­mie ktoś inny - zaczęła Jagna.

- Jagna. - W jego tonie cza­iło się ostrze­że­nie. - Wy macie dzie­sięć, a inni mają po pięt­na­ście, a nawet dwa­dzie­ścia. Masz teraz do pomocy komi­sa­rza. Ma łeb na karku, kiedy nie chleje, to raz dwa się z nimi upo­ra­cie. - Boja­now­ska spoj­rzała kon­tro­l­nie na Cichego, ale ten nie zare­ago­wał na słowa naczel­nika. - Macie zgło­sze­nie ze Sło­necz­nego Wzgó­rza.

- Co? - zdzi­wiła się Boja­now­ska. - To gra­nica mia­sta.

- Zga­dza się, ale pod­lega pod nas - wyja­śnił naczel­nik.

- Co tam się stało? - zapy­tał Hek­tor.

- Facet, który wycho­dził do pracy, zoba­czył na ulicy przed swoim domem wypa­sio­nego forda mustanga z otwar­tymi drzwiami. Cze­kał chwilę, ale nikt się po auto nie zja­wił. Ponoć w sta­cyjce tkwią klu­czyki. - Rzu­cił na biurko Jagny kartkę ze zgło­sze­niem i danymi, po czym ruszył do gabi­netu, mówiąc na odchod­nym: - Wysła­łem tam już tech­ni­ków.

- Założę się, że dziany dzie­ciak nawa­lił się w cztery litery i zosta­wił auto. Wytrzeź­wieje, przy­po­mni sobie co i jak, a my będziemy mieć w dupę cały dzień - burk­nęła pod nosem.

Cichy się nie odzy­wał. Cie­szył się, że wró­cił do pracy i od razu rusza w teren, a nie musi sie­dzieć przy biurku nad papie­rami.

- Ja pro­wa­dzę - rzu­ciła z powagą Jagna, ponow­nie roz­we­se­la­jąc Cichego. Chciała poka­zać, że to ona narzuca rytm ich współ­pracy.

* * *

W dro­dze na miej­sce zda­rze­nia nie­wiele roz­ma­wiali. Komi­sarz miał wra­że­nie, że nowa kole­żanka nie chce wyjść na wścib­ską, dla­tego tylko stop­niowo wpro­wa­dza go w układy panu­jące w wydziale i nakre­śla rela­cje z kole­gami.

Cichy słu­chał, wie­rząc, że kobieta może być cie­kawą part­nerką. Krzysz­tof Jawor­ski, z któ­rym pra­co­wał ponad cztery lata w wydziale kry­mi­nal­nym, w ostat­nim roku zmie­nił się; nie zawsze można było na niego liczyć. Jagna wyda­wała się rze­telna, a tego Hek­tor teraz potrze­bo­wał.

- To prawda, co naczel­nik gadał? - zapy­tała nagle. Hek­tor obrzu­cił ją zdzi­wio­nym spoj­rze­niem. - Że pijesz? - dodała pospiesz­nie.

- Uza­leż­ni­łem się po wypadku. Dzięki temu mogłem prze­trwać ból fizyczny i psy­chiczny - wyja­śnił. W pew­nym sen­sie mówił szcze­rze, bo Jani­szew­ski radził mu, aby nie ukry­wał tego, co się wyda­rzyło. Jeśli ktoś pytał o tra­giczne wyda­rze­nia z jego życia, miał sta­wić temu czoło. To nie było nic wsty­dli­wego, a przy­zna­nie się do cier­pie­nia i do nałogu było jasnym sygna­łem, że uza­leż­niony zdaje sobie z tego sprawę i chce z tego wyjść.

- Cho­lera - burk­nęła Jagna i spoj­rzała na niego spło­szo­nym wzro­kiem. Dostrzegł w jej oczach współ­czu­cie, czego nie lubił. Nie chciał, aby ktoś się nad nim lito­wał.

Po czter­dzie­stu minu­tach od wyru­sze­nia z komendy zapar­ko­wali w pod­miej­skiej dziel­nicy Sło­neczne Wzgó­rze. Nie potrze­bo­wali spraw­dzać dokład­nego adresu zgło­sze­nia, porzu­cone auto dostrze­gli już z daleka. Dookoła pano­wał spo­kój, nie było gapiów i bie­ga­ją­cych dzie­cia­ków cze­ka­ją­cych na sen­sa­cyjną inter­wen­cję. Domy jed­no­ro­dzinne, z któ­rych skła­dała się oko­liczna zabu­dowa, stały w iden­tycz­nych odle­gło­ściach od sie­bie. Osie­dle powstało kilka lat temu i było zamiesz­kane głów­nie przez majętne rodziny z dziećmi.

Hek­tor, wysia­da­jąc ze służ­bo­wego bmw, rozej­rzał się z cie­ka­wo­ścią. Nie był tu wcze­śniej. Podo­bało mu się to, co widział. W prze­ci­wień­stwie do nowego budynku, w któ­rym miesz­kał Jakub Jani­szew­ski, tu wyczu­wało się rodzinną atmos­ferę, mimo pedan­tycz­nej czy­sto­ści, która raczej nie koja­rzyła się z dzie­cięcą swo­bodą. Oko­lica przy­wo­dziła na myśl ame­ry­kań­skie przed­mie­ścia.

Była godzina dzie­siąta rano i więk­szość miesz­kań­ców osie­dla zapewne prze­by­wała w pracy, cho­ciaż tu i ówdzie można było usły­szeć stłu­mione głosy bawią­cych się gdzieś dzieci.

Pode­szli do uko­śnie zapar­ko­wa­nego czar­nego mustanga GT coupé.

Pracę przy nim wła­śnie roz­po­czy­nali ubrani już w ochronne kom­bi­ne­zony tech­nicy kry­mi­na­li­styczni - Jan Sob­czak i Karo­lina Sawicka.

Na chod­niku zaś przy­glą­dał się temu męż­czy­zna w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze w kratę. Nie wyglą­dał na wię­cej niż trzy­dzie­ści pięć lat.

- Miło pana widzieć - rzu­ciła Sawicka, kiedy zoba­czyła Hek­tora. - Faj­nie, że pan wró­cił. - Hek­tor czuł, że dziew­czyna mówi szcze­rze. Nie pro­wo­ko­wała go, zawsze sta­rała się zacho­wać przy­ja­zne, ale służ­bowe rela­cje.

- Nie sądzi­li­śmy, że tak szybko znowu będziemy z panem pra­co­wać - dodał Sob­czak.

- Dzięki, dobrze od razu ruszyć w teren - stwier­dził i prze­niósł wzrok na nową kole­żankę. - Zna­cie aspi­rant szta­bową Jagnę Boja­now­ską? - zapy­tał.

- Tak, mie­li­śmy już przy­jem­ność - odparł tech­nik, a Jagna ski­nęła głową na potwier­dze­nie.

- Ogar­niaj­cie auto, a my poroz­ma­wiamy z panem. - Wska­zał głową na męż­czy­znę w gar­ni­tu­rze.

Pode­szli do męż­czy­zny.

- Komi­sarz Hek­tor Cichy i aspi­rant szta­bowy Jagna Boja­now­ska. To pan nas zawia­do­mił?

- Tak. Kamil Zimer - przed­sta­wił się męż­czy­zna. - Wycho­dzi­łem do pracy około ósmej trzy­dzie­ści i zoba­czy­łem to. - Wska­zał ręką na mustanga. - Zdzi­wiło mnie, że ktoś zosta­wił tu auto. Regu­la­min naszego osie­dla jasno mówi, że samo­chody trzy­mamy w gara­żach, a kiedy nas ktoś odwie­dza, to naj­le­piej, aby par­ko­wał na pod­jeź­dzie. Nie zasta­wiamy ulicy - wyre­cy­to­wał, jakby wyuczył się regu­la­minu na pamięć. Hek­tor spoj­rzał wymow­nie na Jagnę. Przy­po­mniał mu się stary film, który oglą­dał jesz­cze z Olą, Żony ze Step­ford. Ale Jagna miała nie­prze­nik­niony wyraz twa­rzy. - Dla­tego auto zapar­ko­wane w taki spo­sób natych­miast wzbu­dziło moją podejrz­li­wość.

- I co pan zro­bił? - zapy­tała poważ­nie Boja­now­ska. Minę miała niczym Buster Keaton.

- Pod­sze­dłem do auta i zaj­rza­łem do niego, aby spraw­dzić, czy jest ktoś w środku - wyja­śnił. Jagna natych­miast mu prze­rwała.

- Doty­kał pan cze­goś?

Męż­czy­zna chwilę się zasta­na­wiał.

- Wło­ży­łem do środka tylko głowę - oświad­czył, a Jagna kiw­nęła z zado­wo­le­niem. - Dla­tego wiem, że są klu­czyki, bo rozej­rza­łem się po wnę­trzu - dodał dla pew­no­ści. - Potem chwilę cze­ka­łem, licząc na to, że zjawi się wła­ści­ciel. Takiej bryki nie zosta­wia się w ten spo­sób.

- Czyli? - zapy­tała Boja­now­ska. Nie śle­dziła rynku moto­ry­za­cyj­nego, cho­ciaż wie­działa, że mustang do naj­tań­szych nie należy.

- To model z tego roku. Auto może mieć z sześć mie­sięcy. Jego wypo­sa­że­nie wska­zuje, że ktoś musiał zapła­cić ze trzy­sta tysięcy - wyja­śnił męż­czy­zna. - O takie auto się dba, a nie zosta­wia byle gdzie.

- Może należy do któ­re­goś z sąsia­dów? - włą­czył się Hek­tor.

- Nie, ni­gdy takiego auta tu nie widzia­łem. Więk­szość nas ma dzieci, a taki samo­chód nie jest prak­tyczny dla rodziny - wyja­śnił z nutką żalu w gło­sie.

Hek­tor spoj­rzał na tablice reje­stra­cyjne i już wie­dział, że jest dobrze. Były wyko­nane na zamó­wie­nie, znaj­do­wał się na nich napis "2B||!2B". Nie będzie pro­ble­mów z uzy­ska­niem danych wła­ści­ciela.

- Sły­szał pan może, kiedy auto pod­je­chało? - dopy­ty­wała Jagna.

- Jak­bym sły­szał, to wyszedł­bym i uświa­do­mił kie­rowcy, jakie zasady panują na naszym osie­dlu - odparł wynio­śle. Wyglą­dał na mena­dżera lub kie­row­nika nowo­cze­snej kor­po­ra­cji. - Mamy dźwię­kosz­czelne okna, a kiedy na noc opusz­czamy żalu­zje, to raczej żadne dźwięki z oko­licy do nas nie docie­rają.

- Rozu­miem. Chciałby pan dodać coś jesz­cze?

- Kiedy na was cze­ka­łem, to zauwa­ży­łem, że kilka koszy na śmieci jest wywró­co­nych, a u sąsiada spod numeru sześć­dzie­sią­tego pią­tego jest poła­mana skrzynka na listy - tłu­ma­czył zbul­wer­so­wany i wska­zał wymie­niony dom.

- Może kie­ru­jący mustan­giem potrą­cił kosze i skrzynkę? - zasta­no­wiła się na głos Jagna.

- Prze­pra­szam, ale powie­dzia­łem wszystko, co wie­dzia­łem - stwier­dził męż­czy­zna ze znie­cier­pli­wie­niem. - Gdy­bym był jesz­cze do cze­goś potrzebny, to pro­szę dzwo­nić. - Podał Jagnie wizy­tówkę. - A teraz pań­stwo wyba­czą, ale muszę jechać do pracy, mam zebra­nie rady nad­zor­czej.

- Dzię­ku­jemy za pomoc, jest pan wolny - oświad­czyła szorstko Jagna.

Cichy, kie­ru­jąc się z powro­tem do tech­ni­ków, zoba­czył, że w oknie domu Zimera stoi kobieta. Miała zało­żone ręce na pier­siach i wyraź­nie zaafe­ro­wany wyraz twa­rzy. Hek­tor był prze­ko­nany, że jesz­cze ni­gdy na tym osie­dlu nie zda­rzyło się nic, co wyma­ga­łoby inter­wen­cji poli­cji.

- Macie coś cie­ka­wego? - zapy­tał, sta­jąc przy otwar­tych drzwiach mustanga od strony kie­rowcy.

- Dopiero zaczy­namy - odpo­wie­dział Sob­czak. - Ale po pierw­szych pobież­nych oglę­dzi­nach zna­leź­li­śmy komórkę. - Uniósł worek na dowody. - Oczy­wi­ście jest zablo­ko­wana kodem, bo jakby mogło być ina­czej. Spod sie­dze­nia Karo­lina wyjęła kubek po kawie, jest na nim odcisk pomadki do ust. No i jesz­cze to. - Wska­zał na mały wore­czek z czymś, co przy­po­mi­nało żwi­rek. Hek­tor poczuł, jak nie­miły skurcz skręca mu żołą­dek w supeł.

- Pro­chy? - zapy­tał nie­pew­nie. Nie widział jesz­cze ni­gdy nar­ko­ty­ków w takiej for­mie. Zasta­na­wiał się, czy tech­nicy mogą wie­dzieć o jego nałogu.

- Być może - odparł Sob­czak. - Nie potwier­dzę tego na sto pro­cent teraz. Zba­damy, co to jest i czy na woreczku są jakieś ślady.

- Palu­chy z auta będą? - wtrą­ciła się Jagna.

- Pew­nie będą, ale do tego doj­dziemy nie­ba­wem - rzekł grzecz­nie tech­nik.

- Sprawdźmy bla­chy, to dowiemy się, kto jest wła­ści­cie­lem bryki - zapro­po­no­wał Hek­tor i wró­cił do bmw, aby skon­tak­to­wać się z cen­tralą. Podał dyżur­nemu numer reje­stra­cyjny i nie cze­kał nawet pię­ciu minut, kiedy męż­czy­zna w radiu się ode­zwał:

- Wła­ści­cie­lem pojazdu jest nie­jaki Tade­usz Szy­mań­ski.

- Adres?

- Burzowa Dolina sto dwa­dzie­ścia trzy a.

- To drugi koniec mia­sta - ode­zwała się zza ple­ców Hek­tora Jagna.

- Dzięki, bez odbioru - rzu­cił do krót­ko­fa­lówki i odwró­cił się w stronę Boja­now­skiej. - Robi się cie­ka­wie - przy­znał. - Wła­ści­ciel luk­su­so­wego mustanga mieszka w śred­nio zamoż­nej dziel­nicy, która znaj­duje się ze dwa­dzie­ścia kilo­me­trów od tego miej­sca. O co tu cho­dzi?

- Dobre pyta­nie - przy­znała aspi­rant. - Sprawdźmy, czy wła­ści­ciel auta jest w domu. Jeśli tak, to może to wiele wyja­śnić. - Hek­tor kiw­nął głową, ale zanim wsiadł do bmw, pod­szedł jesz­cze do tech­ni­ków.

- Wezmę tele­fon, który zna­leź­li­ście. Jeśli należy do wła­ści­ciela bryki, to sprawa się od razu wyja­śni - stwier­dził. - Zabez­piecz­cie, co może­cie, a jak cze­goś dowiemy się od wła­ści­ciela, to dam znać, czy jest sens dalej nad tym sie­dzieć. Jak dla mnie naczel­nik za wcze­śnie was tu wysłał - dodał ciszej, aby Boja­now­ska go nie usły­szała. Nie wie­dział, jakie ma układy z Malic­kim. - Może się oka­zać, że koleś komuś poży­czył auto albo sam się zalał i je tu zosta­wił.

- Będziemy cze­kać na cynk od pana - odpo­wie­dział rów­nie cicho Sob­czak, dobrze rozu­mie­jąc, dla­czego komi­sarz szepce.

* * *

Dojazd obwod­nicą mia­sta do Burz­li­wej Doliny zajął około pół godziny.

Ta część mia­sta była znana Hek­to­rowi. Kilka razy pro­wa­dził tu śledz­twa. Od kilku lat sty­kały się tu dwa światy. Tych, któ­rzy miesz­kali tu od poko­leń, i tych, któ­rzy od nie­dawna szu­kali tu oazy spo­koju. Dostrze­gało się wyraźną róż­nicę mię­dzy sta­rymi a odno­wio­nymi domami.

- Mogła­bym tu zamiesz­kać. Inte­re­su­jąca oko­lica i nie­da­leko od cen­trum - rzu­ciła Jagna, roz­glą­da­jąc się na prawo i lewo. - Wydaje się, że nie tylko bur­żuje tu rezy­dują, wola­ła­bym miesz­kać tu niż na Sło­necz­nym Wzgó­rzu. Tutaj zapewne nie trzeba ści­skać dupy tak jak tam.

- No raczej - przy­znał Hek­tor. - Byłem tu na kilku tru­pach. Cie­kawy kolo­ryt lokalny - stwier­dził, patrząc przez okno po swo­jej pra­wej stro­nie.

Zapar­ko­wali przy domu z nume­rem 123 a. Był to nie­duży brą­zowy budy­nek z bia­łymi drzwiami. Trawa przed nim była sko­szona, duże donice z kwia­tami usta­wiono syme­trycz­nie, dookoła pano­wał porzą­dek.

Boja­now­ska naci­snęła na dzwo­nek, a chwilę póź­niej drzwi otwo­rzyła kobieta ubrana w fio­le­towy dres. Włosy miała spięte w koń­ski ogon, a maki­jaż - jak na porę dnia - zda­wał się tro­chę za mocny. Jagna lekko się skrzy­wiła. Nie malo­wała się, to nie paso­wało do jej prze­ko­nań i wize­runku. Uwa­żała to za stratę czasu. Wolała ten czas wyko­rzy­stać na poranne ćwi­cze­nia.

- W czym mogę pomóc? - zapy­tała kobieta, sto­jąc w uchy­lo­nych drzwiach. Spra­wiała wra­że­nie, jakby oba­wiała się sze­rzej je otwo­rzyć.

Jagna i Hek­tor poka­zali legi­ty­ma­cje służ­bowe.

- Chcie­li­by­śmy poroz­ma­wiać z Tade­uszem Szy­mań­skim - oświad­czyła Jagna. - Jest w domu?

- Jest, macie szczę­ście, bo dziś ma wolny dzień. - Dopiero teraz otwo­rzyła sze­rzej drzwi, zapra­sza­jąc do środka.

Gdy weszli, Szy­mań­ski poja­wił się w przed­po­koju.

- O co cho­dzi? - zapy­tał. Przy­po­mi­nał dyrek­tora szkoły z lat pięć­dzie­sią­tych.

- Pań­stwo są z poli­cji, chcą z tobą roz­ma­wiać - wyja­śniła kobieta. Sły­chać było w jej gło­sie nie­pew­ność. Męż­czy­zna spoj­rzał wymow­nie na poli­cjan­tów, cze­ka­jąc na wyja­śnie­nia.

- Pan jest wła­ści­cie­lem mustanga GT coupé o nume­rach 2B||!2B? - zapy­tał Cichy i bacz­nie obser­wo­wał reak­cję męż­czy­zny.

- Tak - odparł wąsacz. Musiał poczuć przy­pływ adre­na­liny, bo na szyi poja­wiła mu się wyraźna żyła. - Coś nie tak?

- Auto stoi w garażu - wtrą­ciła pospiesz­nie kobieta, ner­wowo patrząc na męża.

- Na pewno? - rzu­ciła Jagna, obser­wu­jąc mał­żeń­stwo.

- Oczy­wi­ście, że na pewno - odpo­wie­dział Szy­mań­ski. - Mustan­giem nie jeż­dżę na co dzień. Robię nim prze­jażdżki wie­czo­rami lub w week­endy. Na co dzień jeż­dżę for­dem, który stoi przed domem.

- A może pan spraw­dzić, czy mustang stoi w garażu? - popro­sił Cichy. Męż­czy­zna jesz­cze chwilę stał nie­ru­chomo, po czym minął ich i wyszedł przez boczne drzwi, które znaj­do­wały się w przed­po­koju. Na kilka sekund zapa­no­wała cisza.

- Jasna cho­lera, zabiję gnojka. - Pod­nie­siony głos Szy­mań­skiego dotarł do ich uszu. Ruszyli za nim. Garaż był pusty.

- O nie - jęk­nęła za ich ple­cami kobieta.

- Po reak­cji wno­szę, że pan wie, co się mogło stać z autem? - zapy­tała Boja­now­ska.

- Jedyną osobą, która mogła poży­czyć auto, jest nasz syn - wyja­śniła kobieta.

- Poży­czyć? - fuk­nął Szy­mań­ski wście­kle. - Nie pozwo­li­łem mu go brać. Wie, że nie wolno mu tykać tego auta - pie­klił się. - Skoro przy­je­cha­li­ście, to rozu­miem, że coś się stało? - W jego w gło­sie sły­chać było roz­draż­nie­nie. - Jak na aucie będzie choćby jedna rysa, to przy­się­gam, że będzie pra­co­wał, dopóki nie odda mi pie­nię­dzy za lakie­ro­wa­nie.

- Auto aku­rat jest całe - wyja­śniła Jagna, nie spo­dzie­wa­jąc się, że jej odpo­wiedź prze­stra­szy kobietę.

- A syn? - zapy­tała, ale zanim któ­reś z nich odpo­wie­działo, dodała, chcąc uspo­koić samą sie­bie. - Śpi u sie­bie w pokoju.

- Gdzie jest moje auto? - prze­rwał jej Szy­mań­ski.

- Obec­nie stoi na Sło­necz­nym Wzgó­rzu - wyja­śnił Hek­tor, widząc, że dla męż­czy­zny kwe­stia auta jest waż­niej­sza od losu syna.

- Co?! To drugi koniec mia­sta - nie­malże krzyk­nął.

- Mustang został porzu­cony z otwar­tymi drzwiami i klu­czy­kami w sta­cyjce. - Cichy naj­wy­raź­niej dolał oliwy do ognia.

- Tym razem prze­sa­dził - wark­nął wście­kle męż­czy­zna.

- To na pewno da się wyja­śnić - uspo­ka­jała kobieta, chwy­ta­jąc męża pod ramię.

- Chcemy poroz­ma­wiać z pań­stwa synem - poin­for­mo­wała Boja­now­ska. - Jeśli to on je zabrał, to może wyja­śni, dla­czego je tam zosta­wił. Takim postę­po­wa­niem przy­spo­rzył nam dużo pracy i nara­ził pań­stwo na koszty.

- Pójdę go obu­dzić - powie­działa prze­stra­szona kobieta i szyb­kim kro­kiem odda­liła się z garażu, a oni wró­cili do przed­po­koju.

- Kiedy i gdzie mogę ode­brać auto? - męż­czy­zna wró­cił do swo­jego pro­blemu.

- Damy panu znać - odparł wymi­ja­jąco Cichy. - Jeśli syn odpo­wiada za poży­cze­nie auta, to odzy­ska­nie go będzie szyb­kie, ale nie tanie. - Na twa­rzy Szy­mań­skiego poja­wił się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia.

- Nie ma go. - Usły­szeli głos kobiety dobie­ga­jący z pierw­szego pię­tra, więc ruszyli na górę.

- Chyba nie spał w domu, łóżko jest nie­tknięte. Tak jak je wczo­raj posła­łam.

- Kiedy pań­stwo ostatni raz widzie­li­ście syna? - spy­tała Jagna, lustru­jąc z progu wnę­trze pokoju. Pano­wał w nim nie­na­tu­ralny dla mło­dej osoby porzą­dek.

- Wczo­raj przed dwu­dzie­stą wycho­dzi­li­śmy do zna­jo­mych na kola­cję. Niko­dem mówił, że o dwu­dzie­stej pierw­szej umó­wił się z dziew­czyną. Mieli się zoba­czyć tylko na chwilę, bo syn miał dużo nauki - rela­cjo­no­wała kobieta.

- Ile syn ma lat?

- Dwa­dzie­ścia jeden.

- To doro­sły czło­wiek - stwier­dził z zasko­cze­niem Cichy, do tej pory bowiem miał wra­że­nie, że roz­ma­wiają o nie­sfor­nym nasto­latku.

- Ale cza­sem zacho­wuje się jak smar­kacz - odpo­wie­dział ze zło­ścią Szy­mań­ski.

- Tadziu... - upo­mniała go żona.

- Jak nazywa się dziew­czyna syna? - pytała Boja­now­ska, trzy­ma­jąc mały note­sik w ręce. Hek­tor od dawna nie uży­wał takich gadże­tów. To, co potrze­bo­wał zapi­sać, zapi­sy­wał w tele­fo­nie.

- Ilona Sikor­ska.

- Wie pani, gdzie mieszka? - Jagna kie­ro­wała pyta­nia do kobiety, która spra­wiała wra­że­nie, że lubi szcze­gó­łowo wie­dzieć, co się dzieje w życiu dziecka, mimo że jest już ono doro­słe. Szy­mań­ska chwilę mil­czała.

- Wiem, ale wczo­raj mieli się spo­tkać w klu­bie teni­so­wym LOB - wyja­śniła.

- W klu­bie teni­so­wym? - W pyta­niu aspi­rant kryło się nie­do­wie­rza­nie.

- To eli­tarny klub - oświad­czyła Szy­mań­ska z pry­mi­tywną dumą. - Syn jest jego zawod­ni­kiem i poznał tam wiele wpły­wo­wych osób, które pomogą mu w przy­szło­ści w budo­wa­niu solid­nej kariery w sek­to­rze eko­no­micz­nym.

- Jak eko­no­mia łączy się z teni­sem w sen­sie kariery zawo­do­wej? - zain­te­re­so­wał się Cichy.

- Klub LOB jest nie­od­łączną czę­ścią uczelni, na któ­rej stu­diuje syn. To dodat­kowe kółko zain­te­re­so­wań dla wybra­nych. Jeśli komuś się uda do niego dostać, to zostaje jego człon­kiem już na całe życie. Dawni adepci kilku pre­sti­żo­wych uczelni poja­wiają się w klu­bie regu­lar­nie. Są to ludzie, któ­rzy coś osią­gnęli i szu­kają do swo­ich firm nowych talen­tów. - Kobieta nie prze­sta­wała się cheł­pić, zapo­mi­na­jąc już naj­wy­raź­niej o nie­od­po­wie­dzial­nym wybryku syna.

- Sama elita - pod­kre­ślił z pychą Szy­mań­ski.

- Kiedy wró­ci­li­ście z kola­cji, nie widzie­li­ście się z synem? Nie spraw­dzi­li­ście, czy jest u sie­bie w pokoju? - wró­ciła do tematu Jagna, a Hek­tor, słu­cha­jąc odpo­wie­dzi mał­żeń­stwa, ukła­dał w myślach różne sce­na­riu­sze.

- Wró­ci­li­śmy koło pierw­szej w nocy i uzna­li­śmy, że pew­nie śpi. To nie jest małe dziecko, żeby spraw­dzać w ciągu nocy, czy wszystko z nim w porządku - tłu­ma­czyła kobieta.

- No dobra, ale jest ponie­dzia­łek, godzina - Jagna spoj­rzała na spor­towy, masywny zega­rek - jede­na­sta trzy­dzie­ści w połu­dnie, a pani twier­dzi, że syn na­dal powi­nien spać? Do połu­dnia nie wyszedł z pokoju i pań­stwa to nie zdzi­wiło? - Boja­now­ska sta­wała się napa­stliwa.

- Syn się uczy po nocach, a póź­niej, jeśli ma moż­li­wość, to odsy­pia. Cza­sem na zaję­cia idzie dopiero po połu­dniu - wyja­śniła Szy­mań­ska.

- To gdzie teraz może być, skoro nie ma go tutaj?

- To pewno znowu robota tego dur­nia - wark­nął Szy­mań­ski.

- Czyli? - Jagna wyraź­nie nie była miła.

- Bła­żeja Łado­sia, takiego patola. Przy­kleił się do naszego syna. Od pod­sta­wówki uwol­nić się od gnidy nie możemy - opo­wia­dał agre­syw­nie Szy­mań­ski.

- Tadziu, prze­stań - uspo­ka­jała go żona.

- Nie lubi go pan? - pytała Boja­now­ska, cią­gle coś notu­jąc w note­sie.

- Przez tego dege­ne­rata mój syn ma wiecz­nie jakieś pro­blemy.

- Jakie? - To mógł być ich punkt wyj­ścia.

- Na dupie spo­koj­nie usie­dzieć nie mogą - odparł wrogo. - Ale za to, że wzięli mojego mustanga, to obaj zapłacą.

- Mąż nie lubi Bła­żeja - przy­znała Szy­mań­ska. - Jego ojciec jest bez­ro­bot­nym alko­ho­li­kiem, a matka nie miała kiedy się nim zaj­mo­wać. Bła­żej i jego rodzeń­stwo zawsze byli pozo­sta­wieni sami sobie. Matka cią­gle pra­cuje, aby zapew­nić rodzi­nie jakie­kol­wiek warunki życiowe. Bła­żej od dziecka musiał sobie sam radzić. Zaprzy­jaź­nił się z Niko­de­mem w pierw­szej kla­sie pod­sta­wówki i tak zostało. Syn ma dobre serce, było mu zawsze żal kolegi. Kiedy byli mali, Bła­żej czę­sto u nas bywał, dawa­łam mu obiad czy kola­cję.

- Nie­wdzięczny dar­mo­zjad. - Męż­czy­zna nie zmie­niał tonu wypo­wie­dzi. - Syn byłby nor­mal­nym, porząd­nym chło­pa­kiem, a tak to głu­poty cią­gle ma w gło­wie.

- To może teraz jest z Bła­że­jem? - zapy­tał Cichy.

- Naro­bili głu­pot, to na pewno są razem - fuk­nął znowu męż­czy­zna. - Jak tylko wróci, to mnie popa­mięta.

- Tadziu, daj spo­kój... A jak coś im się stało? - powie­działa kobieta, patrząc bła­gal­nie na męża.

- Taaaa, nachlali się i teraz gdzieś trzeź­wieją - rzu­cił sar­ka­stycz­nie. - Koniec tej zna­jo­mo­ści! Nie zga­dzam się na nią.

- Syn jest doro­sły, więc trudno będzie go zmu­sić do zerwa­nia tak dłu­giej przy­jaźni - stwier­dził Cichy, przy­glą­da­jąc się męż­czyź­nie. Nie wie­dział, czy Szy­mań­ski tylko udaje takiego har­dego, czy naprawdę był czło­wie­kiem, z któ­rym się nie dys­ku­tuje.

- Gdzie syn się uczy? - Jagna wró­ciła do prze­słu­cha­nia.

- W Wyż­szej Szkole Ban­ko­wo­ści Elit­Bank, to pry­watna szkoła.

- Ma przed sobą przy­szłość, jeśli pozbę­dzie się tego paso­żyta. - Męż­czy­zna dalej poka­zy­wał nie­chęć do kolegi syna.

- Gdzie mieszka Bła­żej? - Cichy uznał, że kolega mło­dego Szy­mań­skiego może lepiej nakre­ślić obraz Niko­dema niż rodzice.

- Kilka domów dalej. Burz­liwa Dolina 95 - odpo­wie­działa kobieta bez namy­słu. Boja­now­ska zano­to­wała.

- Czy możemy obej­rzeć pokój syna? Może znaj­dziemy jakieś wska­zówki, gdzie może być. - Hek­tor nie miał pew­no­ści czy to, co teraz robią, ma sens i jest w ogóle potrzebne.

- Pro­szę, jeśli to ma pomóc - zgo­dziła się kobieta, spo­glą­da­jąc nie­pew­nie na męża.

Hek­tor i Jagna weszli do pokoju syna, czu­jąc na sobie czujny wzrok Szy­mań­skich. Wole­liby zostać sami, cho­ciaż i tak byli im wdzięczni, że pozwo­lili powę­szyć bez przed­sta­wia­nia ofi­cjal­nych doku­men­tów.

Cichy przy­pusz­czał, że czy­stość i porzą­dek to zasługa Szy­mań­skiej, a nie Niko­dema. Miał wra­że­nie, jakby chło­pak tu bywał, a nie miesz­kał na co dzień. Pomiesz­cze­nie urzą­dzone było w stan­dar­dowy spo­sób, dość mini­ma­li­stycz­nie. Przy ścia­nie w rogu stało łóżko, rów­no­le­gle do okna usta­wiono duże biurko, na któ­rym poza lap­to­pem były poukła­dane w równy sto­sik książki. Poza tym w pomiesz­cze­niu stała szafa, dwa fotele i nie­wielka bież­nia.

Komi­sarz zbli­żył się do biurka i zoba­czył sto­jącą za książ­kami nie­po­zorną puszkę. Musiał się zasta­no­wić, jak dys­kret­nie ją otwo­rzyć. Nie mieli nakazu ani pod­staw do tego, aby prze­glą­dać wnę­trze szu­flad i sza­fek.

Myśl Hek­tora chyba odczy­tała kobieta, ponie­waż nagle zwró­ciła się do męża:

- Tadziu, dajmy pań­stwu pra­co­wać w spo­koju. - Po czym pocią­gnęła go za sobą z powro­tem na dół.

Kiedy tylko znik­nęli z pola widze­nia, Hek­tor się­gnął po puszkę; nie spo­dzie­wał się zna­leźć tam nic kon­tro­wer­syj­nego, gdyż chło­pak musiał mieć świa­do­mość, że matka wcho­dzi do jego pokoju. Nie zosta­wiłby na wierz­chu nic, co mogłoby wzbu­dzić jej nie­po­kój.

Otwo­rzył puszkę i w środku zoba­czył zbiór wizy­tó­wek. Wyjął je i zaczął prze­glą­dać. Były to wizy­tówki głów­nie ludzi zwią­za­nych z ban­kami, inwe­sty­cjami i eko­no­mią, ale jedna z nich przy­kuła uwagę Cichego. Był to bile­cik nale­żący do mena­dżera noc­nego klubu Luna. Hek­tor znał to miej­sce, uwa­żano je za eks­klu­zywne i nie każdy miał szansę wejść do środka.

Cichy był w nim kilka mie­sięcy temu, kiedy śle­dził Ana­sta­zję Kool. To w tym klu­bie ponio­sło ich ero­tyczne unie­sie­nie, mimo że kobieta była podej­rzana o mor­der­stwo.

W gło­wie Hek­tora momen­tal­nie wró­ciły obrazy tam­tej nocy, tego, co się tam stało i jakie to nio­sło kon­se­kwen­cje. Ale ku swo­jemu zdzi­wie­niu nie myślał o tym wie­czo­rze z nie­chę­cią, a z eks­cy­tu­ją­cym sen­ty­men­tem. Nie widział Ana­sta­zji od wie­czoru, kiedy wbiła mu nóż w brzuch. Wie­dział od Jakuba Jani­szew­skiego, że prze­bywa na obser­wa­cji psy­chia­trycz­nej. Psy­cho­log nie chciał o niej roz­ma­wiać, cho­ciaż z Niną - jej sio­strą bliź­niaczką - spo­ty­kał się zarówno pry­wat­nie, jak i zawo­dowo. Poma­gał jej przejść przez głę­boką traumę. O Ana­sta­zji nie chciał jed­nak mówić i powta­rzał Hek­to­rowi, że jesz­cze nie czas, aby wra­cać do spraw, które omal nie kosz­to­wały go życie. Mimo to Cichy zasta­na­wiał się nad losem Ana­sta­zji i nad tym, czy gdyby nie była tak zabu­rzona, mógłby pozo­stać z nią w kon­tak­cie. Dzia­łała na niego jak magnes. Jak żadna inna w ciągu ostat­nich pię­ciu lat. Przy niej jego wyobraź­nia i pra­gnie­nia sza­lały, pozba­wia­jąc go logicz­nego myśle­nia. Cza­sem szcze­rze żało­wał, że oka­zała się chorą i nie­bez­pieczną kobietą.

- Pod mate­ra­cem ma ski­traną mary­chę. - Głos Boja­now­skiej, poka­zu­ją­cej wore­czek z zio­łem, wyrwał go z zamy­śle­nia. - Zabie­ram jako dowód.

- Dowód czego? Nie będziemy mogli go wyko­rzy­stać, jeste­śmy tu grzecz­no­ściowo, bez żad­nych papie­rów - przy­po­mniał. - Zostaw, nie po to tu przy­szli­śmy. - Dostrzegł obu­rze­nie na jej twa­rzy. Był prze­ko­nany, że zioło ze znik­nię­ciem chło­paka nie ma nic wspól­nego. - Coś tu śmier­dzi, ale trawa może się oka­zać mało istot­nym ele­men­tem w tej spra­wie.

- Skąd wiesz? - zapy­tała z powagą. Nie była zado­wo­lona, że mają prze­mil­czeć zna­le­zi­sko.

Hek­tor poka­zał jej wizy­tówkę mena­dżera klubu Luna.

- Jeśli kum­pluje się z tym kole­siem, to zioło to jest nic - odparł Cichy.

- Znasz to miej­sce? - zdzi­wiła się.

- Znam. Tam za kasę możesz dostać wszystko - wyja­śnił i dostrzegł jej czujny wzrok. - Jeśli koleś tam bywa, to na rze­czy może być coś więk­szego.

- Wizy­tówka o niczym nie świad­czy - rzu­ciła Jagna. - Mógł ją dostać przez przy­pa­dek...

- Wizy­tó­wek do Luny nie roz­dają byle komu - odparł Hek­tor i na chwilę zapa­dła cisza.

Boja­now­ska pode­szła do szafki. Pocią­gnęła za drzwiczki, ale te nie ustą­piły.

- Otwo­rzyć ją? - zapy­tał Cichy, przy­glą­da­jąc się kole­żance, bo już rozu­miał, że trzyma się prze­pi­sów i regu­la­minu. Sytu­acja, w któ­rej się zna­leźli, była dla niej nie­kom­for­towa. Widziała w ich dzia­ła­niach jawne naru­sze­nia, co ją dener­wo­wało.

- Nie mamy nakazu - rzu­ciła.

- Ale mamy pozwo­le­nie od rodzi­ców, aby tu powę­szyć. Sko­rzy­stajmy z tego, prze­cież chcemy go zna­leźć - prze­ko­ny­wał. - Otwo­rzę, zoba­czymy, co tam jest, i zamknę. Nikt się nie dowie.

Jagna chwilę wal­czyła sama z sobą, ale w końcu kiw­nęła potwier­dza­jąco głową.

Komi­sarz z wnę­trza jasnej spor­to­wej mary­narki wyjął czarne etui, w któ­rym było kilka wytry­chów.

- Nosisz to ze sobą? - zdzi­wiła się Jagna.

- A dla­czego nie? Są lek­kie, poręczne i przy­datne - wyja­śnił, jakby wystę­po­wał w rekla­mie, mani­pu­lu­jąc przy zamku szafki. Poko­na­nie go nie sta­no­wiło wyzwa­nia. Kilka sekund póź­niej pocią­gnął za uchwyt i wnę­trze mebla sta­nęło przed nimi otwo­rem. Boja­now­ska wyjęła z kie­szeni sztur­mó­wek cien­kie latek­sowe ręka­wiczki i spraw­nie je wło­żyła.

Chwilę przy­glą­dali się wnę­trzu szafki, a następ­nie Jagna wło­żyła rękę do środka, aby wyjąć plik zdjęć.

Na foto­gra­fiach byli mło­dzi ludzie ubrani w szy­kowne, modne ubra­nia.

- Jebana obsada Plot­kary - stwier­dziła z prze­ką­sem Jagna, oglą­da­jąc zdję­cie za zdję­ciem. Hek­tor nie wie­dział, o czym mówi. Nie oglą­dał tele­wi­zji od lat. Przez ostat­nie pół­tora roku raz na jakiś czas cho­dził z Polą Ostrow­ską do kina, ale to ona wybie­rała filmy, a on był tylko jej towa­rzy­szem. Nie przy­kła­dał wiel­kiej wagi do tego, co ogląda, choć zwy­kle dobrze się bawił na wybra­nych przez przy­ja­ciółkę fil­mach.

- To dobrze czy źle? - zapy­tał, lustru­jąc wzro­kiem zawar­tość szafki.

- Jeśli są jak boha­te­ro­wie tego serialu, to wszystko ład­nie wygląda tylko na zdję­ciu - odparła kobieta. - To chyba Szy­mań­ski. - Wska­zała pal­cem na przy­stoj­nego wyso­kiego bru­neta.

- Skąd wiesz? - Jagna poka­zała mu zdję­cie, które stało na biurku. Był na nim ten sam męż­czy­zna, któ­rego ziden­ty­fi­ko­wała na foto­gra­fiach wyję­tych z szafki. Na zdję­ciu w ramce towa­rzy­szyła mu ładna, ale wyglą­da­jąca na zaro­zu­miałą dziew­czyna.

Cichy kiw­nął głową z uzna­niem, on bowiem nie zwró­cił uwagi na tę foto­gra­fię.

- Ma tu kupę hajsu. - Wska­zał pal­cem kilka pokaź­nych rulo­nów pie­nię­dzy.

- To co robimy? - zapy­tała Jagna, patrząc na Hek­tora wycze­ku­jąco.

- O zawar­to­ści szafki nie możemy mówić, ale poka­żemy im komórkę, którą Sob­czak zna­lazł w aucie. Jeśli należy do Niko­dema, to ozna­cza, że musiało stać się coś nie­prze­wi­dzia­nego. Mło­dzi nie roz­stają się ze swoim sprzę­tem, w nim jest wszystko, czego potrze­bują - roz­wa­żał komi­sarz. - A przede wszyst­kim trzeba się przejść do Bła­żeja. Może obaj tam są i będzie po spra­wie? - pla­no­wał. - Na razie nie mamy pod­staw do snu­cia czar­nych myśli. W aucie nie było żad­nych śla­dów wska­zu­ją­cych na to, że mogło stać się coś złego. Zapewne się nawa­lili lub naćpali i takie są tego skutki. - Jagna kiwała ogo­loną głową na znak, że zga­dza się z tym, co mówi jej nowy part­ner.

Zeszli na dół do salonu. Szy­mań­scy w mil­cze­niu sie­dzieli na kana­pie.

- I co, zna­leź­li­ście coś? - Na ich widok Szy­mań­ska natych­miast się pod­nio­sła.

- To jest dziew­czyna syna? - zapy­tała Jagna, wycią­ga­jąc w stronę kobiety zdję­cie zabrane z biurka. Szy­mań­ska poki­wała głową. - A macie gdzieś może foto­gra­fię syna razem z Bła­że­jem? - Kobieta ner­wowo spoj­rzała na męża, któ­rego kolor twa­rzy zdra­dzał uczu­cia, jakie żywi wobec kolegi syna. Po chwili pode­szła do regału i spo­mię­dzy ksią­żek wyjęła cienki album ze zdję­ciami.

- Mam, ale chyba sprzed czte­rech lat - powie­działa, znowu ner­wowo spo­glą­da­jąc na męża. - Chłopcy nie­wiele się zmie­nili. - Wycią­gnęła rękę z albu­mem w ich stronę. Zoba­czyli na foto­gra­fii tego samego przy­stoj­nego bru­neta, któ­rego już widzieli na innych zdję­ciach, obok któ­rego, przyj­mu­jąc zabawną pozę, stał tle­niony blon­dyn, niż­szy od Niko­dema, ale zbu­do­wany jak kul­tu­ry­sta.

- Mogę poży­czyć to zdję­cie? - zapy­tała Jagna, a kobieta wyjęła je z albumu i jej wrę­czyła.

- Zna­leź­li­ście coś w pokoju? - ode­zwała się Szy­mań­ska.

- Nic, co mogłoby pod­po­wie­dzieć, gdzie może być pań­stwa syn - odparł dyplo­ma­tycz­nie Hek­tor. - A czy ten tele­fon należy do niego? - Wycią­gnął w ich kie­runku worek na dowody.

Szy­mań­ska z mężem przy­glą­dali się z uwagą srebr­nemu sam­sun­gowi galaxy S8+. Boja­now­ska naci­snęła jeden z przy­ci­sków, aby ekran się pod­świe­tlił i mogli zoba­czyć tapetę.

- To nie Niko­dema, on ma iPhone'a - odpo­wie­dział bez waha­nia Szy­mań­ski.

- To może należy do Bła­żeja? - drą­żyła Boja­now­ska.

- Nie wiem. - Szy­mań­ska skrzy­wiła się prze­pra­sza­jąco.

- Czy mogłaby pani zadzwo­nić teraz do syna? - popro­sił Cichy. Kobieta wzięła z nie­wiel­kiego sto­lika przy sofie swój tele­fon. Wybrała numer i chwilę cze­kała.

- Odzywa się poczta. - Spoj­rzała na nich pyta­jąco.

- Tele­fon jest wyłą­czony - odparł z nie­za­do­wo­le­niem Hek­tor. To nie była dobra infor­ma­cja, ponie­waż trudno będzie namie­rzyć komórkę.

- Może pani zapi­sać na kartce numer tele­fonu syna? - popro­sił, a kobieta od razu wyko­nała jego pole­ce­nie. - Będziemy pró­bo­wali się do niego dodzwo­nić. Może w końcu włą­czy apa­rat.

- Też będę dzwo­nić - zapew­nił gor­li­wie Szy­mań­ski.

- Świet­nie. A teraz pój­dziemy do Bła­żeja. Może po pro­stu obu ich tam znaj­dziemy - powie­dział Cichy, kie­ru­jąc się w stronę drzwi.

- Jeśli są u niego, a auto to ich sprawka, to pro­szę Niko­de­mowi prze­ka­zać, że... - Szy­mań­ski roz­po­czął butną tyradę, ale zawa­hał się, po czym spoj­rzał na zroz­pa­czoną żonę i dokoń­czył łagod­niej: - Żeby wra­cał do domu.

- Jak się cze­goś dowie­cie, to dacie nam znać? - popro­siła kobieta. Na twa­rzy miała wypi­sany nie­po­kój, co nie mogło dzi­wić.

- Oczy­wi­ście - zapew­niła Jagna. Rozu­miała strach kobiety. Jakiś czas temu zaj­mo­wała się małym bra­tan­kiem. Kiedy stra­ciła go na chwilę z oczu, poczuła wszech­ogar­nia­jący ją lęk. W ułamku sekundy jej wyobraź­nia zaczęła pod­po­wia­dać naj­gor­sze sce­na­riu­sze. Mimo że nale­żała do opa­no­wa­nych osób, czuła, jak cała drży. Na szczę­ście bra­ta­nek nie­ba­wem się odna­lazł. Jak się oka­zało, odda­lił się z placu zabaw, bo z daleka zoba­czył kolegę z przed­szkola. Jagna nie zauwa­żyła, jak odcho­dził, bo roz­ma­wiała przez tele­fon zaab­sor­bo­wana nie­ko­rzyst­nymi wyni­kami śledz­twa. To mama kolegi z przed­szkola odpro­wa­dziła bra­tanka do niej. Ona w tym cza­sie bie­gała dookoła placu zabaw, wykrzy­ki­wała imię chłopca, zasta­na­wia­jąc się, czy dzwo­nić po wspar­cie. Dosko­nale też pamię­tała uczu­cie ulgi, gdy ujrzała chłopca idą­cego w jej stronę za rękę z obcą kobietą. Ten wachlarz emo­cji, jakiego doznała w tak krót­kim cza­sie, upew­nił ją, że nie chce mieć wła­snych dzieci. Nie miała instynktu macie­rzyń­skiego, a nie­obli­czal­ność i nie­prze­wi­dy­wal­ność malu­chów ją iry­to­wała. To był jej pierw­szy i ostatni spa­cer, który odbyła z bra­tan­kiem w poje­dynkę. Dla­tego teraz była w sta­nie zro­zu­mieć, co czuje Szy­mań­ska, nie wie­dząc, gdzie jest jej syn i co się z nim dzieje. Nawet jeśli uspo­ka­jała się w myślach, że ten się znaj­dzie, że zapewne jest z kolegą, gdzieś głę­boko w niej czaił się lęk, że mogło wyda­rzyć się naj­gor­sze.

Ruszyli wzdłuż cha­otycz­nie poroz­miesz­cza­nych domów. Kiedy numery zeszły poni­żej setki, dostrze­gli wyraźną róż­nicę w wyglą­dzie budyn­ków i oto­cze­nia. Jakby domy do numeru 100 zamiesz­ki­wała śred­nio­za­można klasa, a numery powy­żej przy­na­le­żały do wyż­szej klasy. Nie było mię­dzy nimi muru, ale od razu można było się zorien­to­wać, w któ­rej czę­ści Burz­li­wej Doliny aku­rat się prze­bywa.

Odna­le­zie­nie numeru 95 nie było trudne. Sza­ro­bury dom musiał zostać wybu­do­wany wiele lat temu i ni­gdy nie był pod­dany reno­wa­cji. Miał starą ele­wa­cję, na któ­rej widoczne były zacieki i drobne pęk­nię­cia. Miesz­kań­ców naj­wy­raź­niej nie było stać na remont.

Podwórko było zanie­dbane, trawa w nie­któ­rych miej­scach znisz­czona i wydep­tana.

Drzwi, przed któ­rymi sta­nęli, obła­ziły z farby.

Jagna naci­snęła dzwo­nek, ale nie usły­szała jego dźwięku. Stali w ciszy, a kiedy nikt nie otwie­rał, aspi­rant mocno zapu­kała. Dopiero wtedy otwo­rzyła je spło­szona kobieta. Trudno było powie­dzieć, w jakim jest wieku. Miała zmę­czony wyraz twa­rzy, smutne, pod­krą­żone oczy i siwo­szare włosy spięte w kucyk.

- Dzień dobry, poli­cja - ode­zwała się Jagna. - Chcie­li­by­śmy poroz­ma­wiać z synem. - Kobieta patrzyła na nich bez emo­cji. Spra­wiała wra­że­nie wykoń­czo­nej. Dopiero kilka sekund póź­niej ode­zwała się:

- Z któ­rym?

- Z Bła­że­jem.

- Nie ma go w domu. - Jej odpo­wiedź natych­miast uświa­do­miła im, że nie zakoń­czą tak łatwo sprawy porzu­co­nego auta. - Wyszedł wczo­raj wie­czo­rem i jesz­cze nie wró­cił. A czy coś się stało? - zapy­tała, nie zmie­nia­jąc jed­no­staj­nego tonu głosu. Hek­tor odniósł wra­że­nie, że gdyby tylko mogła, to z pew­no­ścią ziew­nę­łaby.

- A wie pani, gdzie może być? - Boja­now­ska nie odpo­wie­działa na jej pyta­nie.

- Wczo­raj wró­ci­łam do domu po dwu­dzie­stej, syn cze­kał na kolegę, mieli gdzieś razem iść - wyja­śniła. - Nie wiem, co i gdzie mieli robić, nie pyta­łam go. To doro­sły czło­wiek, może robić, co chce.

- Był umó­wiony z Niko­de­mem Szy­mań­skim? - włą­czył się w roz­mowę Cichy. Kobieta spoj­rzała na niego obo­jęt­nie, w odpo­wie­dzi tylko kiwa­jąc pota­ku­jąco głową. To było już coś. Wie­działa coś, czego Szy­mań­scy tylko się domy­ślali. - Nie wie pani, gdzie mogli iść?

- Poję­cia nie mam - odparła obo­jęt­nie. - Co się stało?

- Od ósmej trzy­dzie­ści rano sta­ramy się ich zna­leźć.

Kobieta patrzyła na nich wciąż nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

- Bo?

- Zdaje się, że poży­czyli bez pozwo­le­nia auto pana Szy­mań­skiego. - Hek­tor udzie­lał ogól­ni­ko­wych infor­ma­cji, aby nie siać paniki. Zresztą kobieta i tak spra­wiała wra­że­nie nie­za­in­te­re­so­wa­nej.

- Mogę zadzwo­nić do syna - stwier­dziła roz­trop­nie. - Ale muszę już iść na przy­sta­nek auto­bu­sowy, wła­śnie wycho­dzi­łam do pracy. Nie­ba­wem zaczy­nam zmianę w szpi­talu, nie mogę się spóź­nić.

- Chęt­nie panią odpro­wa­dzimy na auto­bus. - To była oka­zja, aby jesz­cze z nią poroz­ma­wiać. Cichy miał nadzieję, że może dowie­dzą się cze­goś wię­cej.

Kobieta na chwilę znik­nęła w głębi domu, po czym wyszła z pokaźną torebką i zamknęła za sobą drzwi.

- Nie zamyka pani na klucz? - Cichy wska­zał na drzwi.

- Mąż śpi w środku - oznaj­miła spo­koj­nie. - A nawet jakby ktoś wszedł do domu, to nie miałby co ukraść.

Ruszyli nie­rów­nym chod­ni­kiem wzdłuż domów.

- Czy ten tele­fon należy do pani syna? - Jagna poka­zała komórkę znaj­du­jącą się worku na dowody. Kobieta przyj­rzała się i szybko odparła:

- Nie, on ma inną obu­dowę, z jakie­goś filmu czy jakoś tak. - Następ­nie się­gnęła do torebki po swój tele­fon, zwy­kły, z przy­ci­skami, i wybrała numer syna. Efekt był taki jak u Szy­mań­skich.

- Wyłą­czony - zako­mu­ni­ko­wała. - Pew­nie mu się roz­ła­do­wał, nic nowego.

- Czę­sto syn nie wraca na noc?

- Trudno powie­dzieć. Dużo czasu spę­dzam w szpi­talu - wciąż odpo­wia­dała z apa­tią. - Syn w ciągu dnia pra­cuje, a potem spo­tyka się z kole­gami. Nie ma z nim żad­nych kło­po­tów, więc go nie wypy­tuję. Dobry chło­pak, pomaga mi, dokłada się do rachun­ków. Dzięki temu mogłam wziąć tro­chę mniej dyżu­rów. Na męża liczyć nie mogę, a Bła­żej jako jedyny z trójki moich dzieci pomaga. - Słu­chali kobiety z cie­ka­wo­ścią. Jej słowa bar­dzo róż­niły się od tego, co usły­szeli od Szy­mań­skich o Bła­żeju.

- To może syn jest teraz w pracy?

- Może - przy­znała. - Cho­dzi na różne godziny, w zależ­no­ści od ilo­ści roboty.

- Gdzie pra­cuje?

- W warsz­ta­cie samo­cho­do­wym Maj­stersz­tyk. Ma dobre układy z wła­ści­cie­lem, bo uczci­wie pra­cuje. Jak jest dodat­kowa robota, to szef zawsze pamięta o moim Bła­żeju.

- Roz­ma­wia­li­śmy z Szy­mań­skimi, oni twier­dzą, że Bła­żej cią­gle ma kło­poty, w które wciąga ich syna - stwier­dziła Jagna, przy­glą­da­jąc się kobie­cie. Miała wra­że­nie, że Łado­siowa jest zapro­gra­mo­wa­nym robo­tem, które od lat wyko­nuje te same czyn­no­ści. Dla­tego nie ma już w niej ener­gii, bo się wypa­liła.

- Oni zawsze źle o nas mówią - odpo­wie­działa. - Zawsze czuli się od nas lepsi, bo mają wię­cej pie­nię­dzy. Nie mówię, że jestem ide­alną matką i że Bła­żej miał dzie­ciń­stwo marzeń. Pamię­tam, że Szy­mań­ska się nim zaj­mo­wała, kiedy pra­co­wa­łam. Ona jest w porządku. Jej mąż to snob.

- Czyli nie­prawdą jest, że chło­paki wpa­dają w kło­poty? - drą­żyła temat Boja­now­ska. Nie lubiła ludzi, któ­rzy oce­niali przez pry­zmat pie­nię­dzy. Jej rodzina rów­nież była śred­nio zamożna. Pamię­tała, jak jej rodzice musieli się gim­na­sty­ko­wać każ­dego mie­siąca, aby star­czyło na to, co było nie­zbędne. Nie żyła w luk­su­sie i prze­py­chu, dla­tego nauczyła się sza­no­wać to, co teraz miała. Łado­siowa pra­co­wała uczci­wie i to było naj­waż­niej­sze.

- W pod­sta­wówce mieli sza­lone pomy­sły, jak to dzieci, ale potem Niko­dem poszedł do liceum, a mój syn do zawo­dówki. Każdy miał swoje sprawy i spo­ty­kali się raz na jakiś czas na impre­zach - opo­wia­dała, ale jej słowa nie świad­czyły o tym, że chło­paki nie mieli pro­ble­mów, może ona po pro­stu o nich nie wie­działa. - Szy­mań­scy uparli się, żeby Niko­dem poszedł na stu­dia do pry­wat­nej szkoły. Impo­nują im tamci ludzie, mój syn do nich nie pasuje. Ale na­dal lubią się z Niko­demem, więc cza­sem się spo­ty­kają.

- Czy syn ma dziew­czynę? - zapy­tała Jagna. Jeśli takowa była, to mogła wie­dzieć o chło­paku wię­cej niż zmę­czona życiem matka.

- Nie wiem, jak teraz, ale kie­dyś uma­wiał się z Ange­liką Chle­bow­ską - wyja­śniła, zatrzy­mu­jąc się na przy­stanku. - Znają się od pod­sta­wówki, a zresztą Ange­lika mieszka nie­da­leko stąd.

- Może pani podyk­to­wać numer tele­fonu syna? - popro­siła Boja­now­ska, a Łado­siowa wyre­cy­to­wała go z pamięci. Aspi­rant zapi­sała go w notat­niku.

- Jakby syn się z panią kon­tak­to­wał, pro­szę dać nam znać. - Hek­tor podał jej wizy­tówkę. Kobieta wzięła kar­to­nik i wrzu­ciła go do prze­past­nej torebki.

- Nie wiem, co wymy­ślili i o co cho­dzi z autem Szy­mań­skiego, ale to doro­śli ludzie - ode­zwała się, patrząc w stronę nad­jeż­dża­ją­cego auto­busu. - Nie muszą nas infor­mo­wać o każ­dym swoim kroku. Szy­mań­scy chcie­liby znie­wo­lić syna, zapo­mi­na­jąc, że to już peł­no­letni czło­wiek. Myślę, że nie­po­trzeb­nie zawra­ca­cie sobie głowę tą sprawą. Za godzinę lub dwie ode­zwą się sami, a wy stra­ci­cie dzień pracy. - Poże­gnała się i wsia­dła do auto­busu numer 162.

- Jestem skłonna się z nią zgo­dzić - rzu­ciła cierpko Jagna.

- Się okaże - odparł Hek­tor, nie wie­dząc, co o tym wszyst­kim sądzić. - Ina­czej patrzył­bym na tę sprawę, jeśli zosta­wi­liby mustanga w Sło­necz­nej Doli­nie gdzieś po pro­stu zapar­ko­wa­nego, ale to auto wyglą­dało na porzu­cone, jakby stało się coś nie­spo­dzie­wa­nego. Zimer ma rację, to za droga bryka, żeby ją tak olać, nawet w boga­tej dziel­nicy.

- A jak to auto zaju­mał ktoś inny? - rzu­ciła suge­stię Boja­now­ska.

- Nie ma śla­dów wła­ma­nia, auto zostało zabrane z garażu - wyja­śnił logicz­nie Cichy. - Mustang musiał znik­nąć po dwu­dzie­stej, a to słaba godzina na okra­da­nie domów, nawet w takiej oko­licy jak ta. Jest cie­pło, ludzie prze­by­wają jesz­cze na zewnątrz.

- To co teraz? - zapy­tała Jagna, któ­rej bra­ko­wało pomy­słów na dal­sze dzia­ła­nia.

- Trzeba wrzu­cić chło­pa­ków na bęben1 i spraw­dzimy, co nam sys­tem wypluje. I dobrze byłoby poga­dać z ich dziew­czy­nami. Szy­mań­ski miał się ze swoją spo­tkać wczo­raj. Warto też iść do warsz­tatu, gdzie pra­cuje Ładoś, może aku­rat jest w pracy.

- Ale tele­fon jest nie­ak­tywny - stwier­dziła Boja­now­ska.

- Może na impre­zie mu się roz­ła­do­wał, a do pracy poszedł od razu po balan­dze, więc nie miał jak nała­do­wać? - Hipo­teza Hek­tora była mocno nacią­gana.

Ruszyli w drogę powrotną do auta. W tym cza­sie Boja­now­ska popro­siła dyżur­nego o spraw­dze­nie obu chło­pa­ków w bazie.

Kiedy docho­dzili do służ­bo­wego bmw, zoba­czyli, że stoi przy nim star­sza kobieta w sukience w kolo­rowe kwiaty i z dużym kape­lu­szem na gło­wie.

- Jeste­ście z poli­cji? - zapy­tała wystu­dio­wa­nym tonem, z akcen­tem osoby, która wycho­wy­wała się na kre­sach.

- Tak - odparła Boja­now­ska.

- Byli­ście u Szy­mań­skich i Łado­siów, prawda? - Nie zamie­rzała ukry­wać, że obser­wo­wała ich dzia­ła­nia. Nie inte­re­so­wało jej, że wyj­dzie na wścib­ską. - W końcu się ktoś nimi zain­te­re­so­wał. To wcie­lone dia­bły - fuk­nęła z zacię­to­ścią.

- Mocne oskar­że­nia - ode­zwał się Hek­tor nieco roz­ba­wiony powagą i sło­wami kobiety.

- Dla­czego pani tak mówi? - zapy­tała z poważną miną Jagna. Kobieta zlu­stro­wała ją od góry do dołu. Boja­now­ska nie miała typowo kobie­cych kształ­tów. Ogo­lona pra­wie na łyso, ubrana w czarny T-shirt i czarne bojówki bar­dziej przy­po­mniała anty­ter­ro­ry­stę niż prze­ciętną poli­cjantkę. Star­szej kobie­cie zde­cy­do­wa­nie się to nie podo­bało.

- Hała­sują. W nocy spać nie można.

- A co robią? - zain­te­re­so­wał się Hek­tor. Spoj­rzała na niego z więk­szą apro­batą. Jego wygląd, w prze­ci­wień­stwie do Jagny, wywie­rał pozy­tywne wra­że­nie. Był ubrany w gra­na­towe spodnie chino, błę­kitne baweł­niane polo oraz let­nią mary­narkę. Wyglą­dał jak model z żur­nala. Star­sza kobieta od razu pod­dała się jego uro­kowi.

- Spro­wa­dzają tu nocami podej­rza­nych ludzi, pod­jeż­dżają auta, trą­bią - tłu­ma­czyła wzbu­rzona. - A to słow­nic­two. Istny rynsz­tok.

- Skąd pani wie, że to oni? - dopy­ty­wał Cichy.

- Kilka razy otwo­rzy­łam w nocy okno, aby uci­szyć towa­rzy­stwo, to widzia­łam jed­nego i dru­giego - mówiła z obu­rze­niem. - Zro­bi­cie coś z tym? - zapy­tała z nadzieją, wpa­tru­jąc się inten­syw­nie w Hek­tora, a igno­ru­jąc Jagnę.

- Pra­cu­jemy nad tym - zręcz­nie skła­mał Hek­tor. - Od dawna pani tu mieszka?

- Ze czter­dzie­ści lat będzie - przy­znała kobieta, uśmie­cha­jąc się do komi­sa­rza.

- Czyli może pani coś o tych chło­pa­kach powie­dzieć? - Wie­dział, że kobieta chęt­nie podzieli się wie­dzą.

- Mogę, mogę - odparła ocho­czo. - Szy­mań­scy miesz­kają tu ze dwa­dzie­ścia lat, jak nie wię­cej. Doro­bili się w tym cza­sie i teraz udają, że połowy sąsia­dów nie znają. Łado­sie zaś są tu od dawna. Dobrze zna­łam starą Łado­siową, umarła pięt­na­ście lat temu. A tu został jej zapi­ja­czony syn z roz­wrzesz­cza­nymi dzie­cio­rami, któ­rych ni­gdy nikt nie pil­no­wał. Żona tego pijaka haruje jak wół, jest pie­lę­gniarką, bez jej roboty to trawę by jedli. Ona jedyna z nich wszyst­kich porządna. Już dawno powinna kan­tem puścić tego dar­mo­zjada. - Nie krę­po­wała się mówić dosad­nie. - Nie może więc dzi­wić, że ich syn wyrósł na łobuza. - Dała im znak, żeby się do niej nachy­lili, i zaczęła mówić szep­tem, choć dookoła nie było nikogo. - Naj­star­szy z Łado­siów, ten co tak hała­suje w nocy, miał romans z Zabiel­ską. - Wska­zała głową w głąb alejki, dając do zro­zu­mie­nia, że to kobieta z ich oko­licy.

- I co w tym złego? - zapy­tała nie­pew­nie Jagna. Star­sza kobieta na uła­mek sekundy prze­rzu­ciła na nią wzrok, ale za chwilę ponow­nie sku­piła uwagę na Cichym, jakby mówiąc tylko do niego.

- To mężatka, dużo star­sza od chło­paka. Ładoś wtedy był jesz­cze dziec­kiem - powie­działa.

- Dziec­kiem? - zdzi­wiła się aspi­rant.

- To było ze trzy, może cztery lata temu - odparła kobieta. - Stara baba, a uga­nia się za mło­dymi, jak jej nie wstyd.

Jagna prze­wró­ciła oczami.

- Skąd pani o tym wie? - ode­zwała się, dusząc w sobie gniew i nic sobie nie robiąc z tego, że kobieta ją igno­ruje.

- Sąsiadka mi opo­wia­dała - wyja­śniła z urazą, jakby dopy­ty­wa­nie aspi­rant ją doty­kało. - Że widziała, jak Ładoś kosił trawę u Zabiel­skich. Ona wyszła do niego z napo­jem, a kiedy chło­pak opróż­nił szklankę, wzięła go za rękę i popro­wa­dziła do domu. - Rela­cjo­no­wała wszystko z nie­sły­chaną dokład­no­ścią. - A potem żegnała się z nim na progu, a ubrana była w szla­frok. Taka sytu­acja powta­rzała się raz w tygo­dniu przez jakiś czas. - Niby nie było to blo­ko­wi­sko, a jed­nak plotki roz­cho­dziły się szybko. - Cie­kawe, czy pan Zabiel­ski o tym wie, to majętny, sza­no­wany czło­wiek, z któ­rym wszy­scy się w naszej oko­licy liczą, a żona mu rogi dopra­wia. Wstyd - rzu­ciła poważ­nie.

- Młody Szy­mań­ski ponoć porząd­niej­szy - rzu­cił jakby mimo­cho­dem Cichy.

Kobieta fuk­nęła teatral­nie.

- On taki jak rodzice, uważa się za lep­szego od wszyst­kich. Ale jak nikt nie patrzy, to zacho­wuje się tak samo pro­stacko jak Ładoś. W ogóle ich nie inte­re­suje, że tutaj miesz­kają starsi ludzie, któ­rzy lubią spo­kój i ciszę. - Nakrę­cała się od nowa. - Wie­cie, co mi kie­dyś powie­dzieli, kiedy w nocy kaza­łam się im uspo­koić? "Skoro nie może bab­cia spać, to niech zacznie liczyć barany". - Pró­bo­wała paro­dio­wać tego, który jej to powie­dział. - Cham­stwo.

Takie osoby, miesz­ka­jące na każ­dym osie­dlu, bywały pomocne, dla­tego warto było mieć z nimi dobre rela­cje.

- Dzię­ku­jemy za infor­ma­cję, zaj­miemy się tą sprawą - oznaj­mił Hek­tor, uśmie­cha­jąc się, a kobieta z zado­wo­le­niem kiw­nęła głową.

Wsie­dli do bmw, a star­sza pani patrzyła z dez­apro­batą, że to Jagna pro­wa­dzi.

Ruszyli w stronę zwięk­sza­ją­cych się nume­rów Burz­li­wej Doliny.

- Co za bab­sko - prych­nęła Boja­now­ska, jadąc powoli przed sie­bie i patrząc w lusterko. Star­sza kobieta na­dal stała na chod­niku i przy­glą­dała się, jak się odda­lają. - Wszyst­kich dookoła oce­nia, a swo­jego nie­zno­śnego plot­ko­wa­nia nie dostrzega. Pew­nie ma się za nie­zwy­kle kul­tu­ralną. Kurwa! Lep­sza niż miej­ski moni­to­ring - iry­to­wała się Boja­now­ska.

- Wylu­zuj, nie ma co się przej­mo­wać - uspo­ka­jał ją Hek­tor. - Zatrzy­maj się. Musimy spraw­dzić, gdzie miesz­kają Zabiel­scy, warto poroz­ma­wiać z kobietą. Skoro miała bli­skie rela­cje z jed­nym z chło­pa­ków, to może coś wię­cej o nim wie.

Boja­now­ska zapar­ko­wała na pobo­czu, a Hek­tor zapy­tał przez radio­sta­cję:

- Możesz spraw­dzić, gdzie dokład­nie miesz­kają Zabiel­scy z Burz­li­wej Doliny?

- Mało szcze­gó­łowa wia­do­mość, ale spró­buję, panie komi­sa­rzu. - Usły­szał w odpo­wie­dzi.

- Mamy impas. Trzy różne wer­sje tego, jacy są Szy­mań­ski i Łado­sio­wie, więc coś tu śmier­dzi - stwier­dziła Jagna, cze­ka­jąc na wia­do­mo­ści od dyżur­nego.

- Nie­ko­niecz­nie - ponow­nie sprze­ci­wił się Cichy. - Rodzice są nie­obiek­tywni, jeśli cho­dzi o swoje dzieci, i zawsze widzą, że to ktoś inny spra­wia, że ich pocie­cha jest pro­ble­ma­tyczna. A star­sza pani nie jest wia­ry­godna, podej­rze­wam, że jest samotna, roz­go­ry­czona i wście­kła na cały świat. Takie osoby wszyst­kich postrze­gają nega­tyw­nie - tłu­ma­czył Hek­tor. - Mamy trzy opi­nie i żadna z nich nie musi być praw­dziwa. Cie­kawi mnie, dla­czego Ładoś i Szy­mań­ski zde­cy­do­wali się zabrać mustanga, wie­dząc, jak ważny jest dla sta­rego Szy­mań­skiego? Musiało wyda­rzyć się coś bar­dzo nie­ty­po­wego, aby młody Szy­mań­ski w taki spo­sób zosta­wił skarb ojca.

- To może trzeba zle­cić poszu­ki­wa­nia zakro­jone na więk­szą skalę? - spy­tała Jagna.

- Na razie jesz­cze jest za wcze­śnie. Ładoś może być w pracy, a Szy­mań­ski na uczelni lub z dziew­czyną - stwier­dził komi­sarz. - Jak to matka Bła­żeja powie­działa, to doro­śli ludzie i mogą robić, co chcą. Szy­mań­ski wcale nie musiał się trzy­mać tego, co mówił rodzi­com.

- No tak - wes­tchnęła Jagna. - Powin­ni­śmy jakoś zre­kon­stru­ować ich wczo­raj­szy wie­czór. Czy na pewno byli razem? Jeśli tak, to gdzie poje­chali i co robili całą noc?

- Otóż to - rzu­cił Cichy. - To, jacy są na co dzień, wcale nie musi mieć nic wspól­nego z tym, co spo­tkało ich ostat­niej nocy. Jedyne co wiemy, to to, że przed dwu­dzie­stą Niko­dem i Bła­żej byli jesz­cze w domach.

- Mam adres Zabiel­skich - ode­zwał się głos w radio­sta­cji. - W bazie ich nie ma, nie byli noto­wani - wyja­śnił dyżurny. - Ale Zbi­gniew Zabiel­ski pro­wa­dzi jedną z naj­więk­szych firm kon­sul­tin­go­wych w kraju. W sieci zna­la­złem info, że miesz­kają pod adre­sem Burz­liwa Dolina dwie­ście pięć­dzie­siąt. Z tego co zoba­czy­łem na zdję­ciach, to wyrą­bana w kosmos hacjenda. Nie prze­oczy­cie jej.

- Dzięki, świetna robota, masz u mnie piwo - rzu­cił z zado­wo­le­niem Hek­tor. Zada­nie, które wyko­nał dyżurny, nie nale­żało do jego obo­wiąz­ków, zro­bił to dla­tego, że miał ochotę pomóc, tak po kole­żeń­sku. - Bez odbioru.

- Dwie­ście pięć­dzie­siąt, zmie­rzamy w stronę luk­susu - zakpiła Jagna, odpa­la­jąc ponow­nie auto.

Zapar­ko­wali na obszer­nym pod­jeź­dzie przed nume­rem 250.

Wysie­dli w mil­cze­niu, przy­glą­da­jąc się luk­su­so­wej willi o nowo­cze­snym geo­me­trycz­nym kształ­cie. Duże poziome prze­szkle­nia i widoczny od pod­jazdu roz­le­gły taras robiły wra­że­nie. Główne czę­ści domu zostały wykoń­czone w neu­tral­nych kolo­rach, które zesta­wiono z drew­nia­nymi ele­men­tami.

Przed wej­ściem, na obszer­nym zie­lo­nym tere­nie, w kwia­to­wych raba­tach pra­co­wała kobieta w kape­lu­szu. Klę­czała przy dużym krzaku z różami, czer­wona na twa­rzy od słońca.

- Dzień dobry, pani Zabiel­ska? - zapy­tała Jagna, a kobieta spoj­rzała na nią z uwagą.

- Pani jest w domu. - Kobieta wska­zała pal­cem.

Ruszyli w stronę drzwi wej­ścio­wych, podzi­wia­jąc roz­miar budynku.

- To chyba duża rodzina - stwier­dziła Jagna, przy­glą­da­jąc się cie­ka­wej bryle domu.

- Zwy­kle duże prze­strze­nie zamiesz­kuje mało ludzi, ale za to boga­tych - odpo­wie­dział reflek­syj­nie Hek­tor.

Sta­nęli przed wyso­kimi i sze­ro­kimi drew­nia­nymi drzwiami, aspi­rant pocią­gnęła za sznu­rek od dzwonka. Roz­legł się dono­śny dźwięk gongu.

Chwilę póź­niej drzwi otwo­rzył męż­czy­zna po czter­dzie­stce, ubrany w czarny gar­ni­tur.

- Pan Zabiel­ski? - Boja­now­ska zało­żyła, że ma do czy­nie­nia z gospo­da­rzem.

- Nie, jest w pracy. Mogę w czymś pomóc? - zapy­tał poważ­nie męż­czy­zna.

- Kim pan jest?

- A pań­stwo? - odpo­wie­dział pyta­niem na pyta­nie.

- Poli­cja, chcemy poroz­ma­wiać z któ­rymś z domow­ni­ków. Naj­chęt­niej z panią Zabiel­ską - wyja­śnił Hek­tor. Poka­zali służ­bowe legi­ty­ma­cje.

Męż­czy­zna otwo­rzył sze­rzej drzwi.

- Zapra­szam do salonu, pójdę poin­for­mo­wać panią o pań­stwa przy­by­ciu. - Ruszył przo­dem, a oni za nim. Wpro­wa­dził ich do dużego pomiesz­cze­nia, któ­rego nowo­cze­sny, pro­sty design łączył ele­gan­cję i sto­no­wa­nie. Prze­stronna prze­strzeń i wiel­ko­po­wierzch­niowe prze­szkle­nia zapew­niały widok na spek­ta­ku­larny ogród z base­nem.

Otwarty na drugą kon­dy­gna­cję salon wprost zachwy­cał.

- Cho­lera. - Hek­tor usły­szał słowa Jagny, która roz­glą­dała się dookoła. Miał ochotę powie­dzieć to samo. Wolał nie myśleć, ile kosz­tuje taki dom i jego utrzy­ma­nie.

Nie­ba­wem usły­szeli kroki. Z pierw­szego pię­tra po drew­nia­nych scho­dach scho­dziła kobieta ubrana w jedwabną bluzkę z moty­wem pan­tery i ołów­kową, brą­zową skó­rzaną spód­nicę. Hek­tor i Jagna spoj­rzeli na sie­bie. To nie był strój domowy, więc być może kobieta wła­śnie szy­ko­wała się do wyj­ścia. Była ucze­sana i uma­lo­wana.

Sta­nęła przed nimi i wycią­gnęła rękę.

- Wio­letta Zabiel­ska, Kon­rad powie­dział, że chce­cie ze mną poroz­ma­wiać. W czym mogę pomóc? - Cichy patrzył na nią z uwagą, ale kątem oka dostrze­gał, że i Boja­now­ska jest zain­try­go­wana. Kobieta zbli­żała się do pięć­dzie­siątki, ale wyglą­dała atrak­cyj­nie, miała zgrabną syl­wetkę i gładką twarz. Nie dostrze­gało się nawet jed­nej zmarszczki. Oczy­wi­ście komi­sarz nie wyklu­czał, że pod­da­wała się zabie­gom upięk­sza­ją­cym i popra­wia­ją­cym wygląd, ale efekt pre­zen­to­wał się bar­dzo natu­ral­nie. Zapewne zawsze była wyjąt­ko­wej urody, więc mając pie­nią­dze, nie­trudno było o nią nale­ży­cie zadbać.

- Komi­sarz Hek­tor Cichy i aspi­rant szta­bowy Jagna Boja­now­ska - przed­sta­wił ich. Kobieta ski­nęła głową. Cichy widział, że mu się przy­gląda, sku­pia­jąc wzrok na jego bliź­nie. Na twa­rzy kobiety wypi­sało się zain­te­re­so­wa­nie.

- Chcie­li­by­śmy poroz­ma­wiać o Bła­żeju Łado­siu - wyja­śnił komi­sarz, a kobieta szybko obej­rzała się za sie­bie i powie­działa:

- Przejdźmy do gabi­netu. - Nie było sły­chać w jej gło­sie zde­ner­wo­wa­nia czy skrę­po­wa­nia. Widać zda­wała sobie sprawę, że pew­nego dnia ktoś zacznie pytać o chło­paka.

Weszli do prze­stron­nego biura, które rów­nież było urzą­dzone w nowo­cze­snym stylu. W pomiesz­cze­niu stało biurko, fotel i długi biały stół, dookoła któ­rego pousta­wiano czarne krze­sła.

- Mąż odbywa tu spo­tka­nia biz­ne­sowe - wyja­śniła, widząc, jak roz­glą­dają się po wnę­trzu. - Pro­szę usiąść. - Wska­zała im miej­sce przy stole.

- Przej­dziemy do sedna, nie chcemy mar­no­wać pani i naszego czasu - zaczął Hek­tor, a kobieta ski­nęła głową. - Podobno miała pani romans z Bła­że­jem Łado­siem.

- Kiedy jesz­cze był nie­peł­no­letni - wtrą­ciła Jagna.

Kobieta przez chwilę przy­glą­dała się im w mil­cze­niu, nie oka­zu­jąc cie­nia zde­ner­wo­wa­nia.

- To prawda, romans trwał kilka mie­sięcy i Bła­żej nie miał wtedy jesz­cze osiem­na­stu lat, ale wszystko odbyło się za obo­pólną zgodą. Może­cie go o to zapy­tać - wyja­śniła atrak­cyjna blon­dynka. Hek­tor sku­pił się na jej twa­rzy; podo­bała mu się. Miała w sobie piękno i smu­tek. Nie dzi­wił się Bła­żejowi, że się wdał z nią w romans. Naszła go reflek­sja, że ostat­nią kobietą, która go zain­te­re­so­wała i z którą spał, była Ana­sta­zja Kool. Na samo wspo­mnie­nie zro­biło mu się gorąco. W takich momen­tach zapo­mi­nał, jaką krzywdę mu wyrzą­dziła. Pierw­szy raz od tam­tego czasu poczuł, że bra­kuje mu seksu. Ostat­nie mie­siące prze­by­wał na odwyku i tera­pii. Pra­wie każdy wie­czór spę­dzał z Polą Ostrow­ską. Nie upra­wiali seksu. Pola miała swoje traumy. Nie czuła się jesz­cze gotowa na bli­skie rela­cje z męż­czy­znami, a tym bar­dziej z Hek­torem, któ­rego trak­to­wała jak rodzinę.

- Ale to pani była doro­sła i powinna wie­dzieć, że jest to nie­mo­ralne - ode­zwała się twardo Jagna.

- Nie popeł­niła pani prze­stęp­stwa - odrzekł spo­koj­nie Hek­tor, patrząc na Boja­now­ską. Nie rozu­miał jej zacho­wa­nia. - Arty­kuł dwie­ście, para­graf jeden Kodeksu kar­nego - rzu­cił, widząc jej wście­kły wzrok. Jagna nie­chęt­nie kiw­nęła głową, pozwa­la­jąc wró­cić mu do roz­mowy. - Romans z Bła­że­jem zakoń­czył się cztery lata temu, tak? - Nie spusz­czał wzroku z kobiety. Ona rów­nież na niego patrzyła. Z wyraź­nie rosnącą cie­ka­wo­ścią.

- Mniej wię­cej.

- A jak się to zaczęło? - zapy­tał Cichy, choć to nie miało nic wspól­nego z ich sprawą.

- Bła­żej przy­szedł do mojego męża, ponie­waż potrze­bo­wał pracy. Chciał pomóc matce. Kobieta cią­gle pra­cuje, aby zwią­zać koniec z koń­cem - Wio­letta opo­wia­dała to, co już wie­dzieli. - Mąż doce­nia ambit­nych mło­dych ludzi, więc zapro­po­no­wał mu, że będzie poma­gał w ogro­dzie, na co Bła­żej się zgo­dził. Wie­dział, że póki nie uzy­ska peł­no­let­no­ści, to niczego innego u mojego męża nie może robić. Był dobrym pra­cow­ni­kiem, sumien­nie wyko­ny­wał swoją pracę, nie migał się od obo­wiąz­ków. Mąż był z niego zado­wo­lony.

- Pani chyba też - rzu­ciła zło­śli­wie Boja­now­ska.

- Łatwo pani oce­niać, bo zapewne ni­gdy nie była pani samotna. W zło­tej klatce też może być ciężko - odpo­wie­działa spo­koj­nie kobieta, popra­wia­jąc włosy, które opa­dły jej na poli­czek. - Mam piękny dom, dużo pie­nię­dzy, ale sie­dzę tu sama. Dzieci dawno temu wyje­chały, by uczyć się za gra­nicą, a męża cią­gle nie ma. - Nie miała do nikogo pre­ten­sji, po pro­stu chciała wyja­śnić swoje poło­że­nie. - Bła­żej był uro­czy i miły. Zaczę­łam z nim roz­ma­wiać i tak wyszło. To dobry chło­pak, zale­żało mu na mnie, wiem o tym. Kiedy jed­nak wyznał mi miłość, uzna­łam, że musimy zakoń­czyć tę rela­cję. Lubi­łam go, dzięki niemu czu­łam się znowu podzi­wiana, ktoś był mną zain­te­re­so­wany. Ale wia­domo było, że taka rela­cja nie może długo trwać. - Słu­chali, nie prze­ry­wa­jąc. Nie była pierw­szą ani ostat­nią kobietą, która tak wypeł­nia życiową pustkę. Nie była wynio­sła czy zma­nie­ro­wana, mimo bogac­twa, jakie ją ota­czało. Na Hek­to­rze robiła dobre wra­że­nie. - Był u nas pół roku, a potem popro­si­łam, żeby odszedł, aby nie robił kło­po­tów sobie i mnie.

- Posłu­chał? - zacie­ka­wił się Hek­tor. Zako­chany młody chło­pak mógł nie przy­jąć ze spo­ko­jem wia­do­mo­ści o koniecz­no­ści zakoń­cze­nia takiego związku.

- Pró­bo­wał mnie prze­ko­ny­wać do zmiany zda­nia, ale nie chcia­łam go krzyw­dzić - wyja­śniła kobieta. - Po zakoń­cze­niu tej rela­cji i pracy u nas widzia­łam go kilka razy, jak stał nie­da­leko domu i patrzył. Ale nie zro­bił nic prze­ciwko mnie.

- Mąż wie o waszym roman­sie? - Boja­now­ska zapy­tała tym razem nieco łagod­niej­szym tonem.

- Nie sądzę - odpo­wie­działa kobieta z waha­niem.

- Pani sąsie­dzi wie­dzą... - oświe­ciła ją Jagna.

- Chcie­li­by­śmy poroz­ma­wiać z pani mężem - rzu­cił Cichy.

- O czym? - zapy­tała z obawą w gło­sie.

- Nie o pani roman­sie, nie jeste­śmy od tego, aby zdra­dzać tajem­nice innych. Może mąż też powie o Łado­siu coś, co pozwoli nam lepiej go poznać - wyja­śnił Hek­tor z lek­ko­ścią w gło­sie, aby kobieta nabrała pew­no­ści, że nie musi się ich oba­wiać.

- Mąż jest w biu­rze - oznaj­miła. - Nie widzia­łam go od wczo­raj. Wie­czo­rem był umó­wiony z Pio­trem Zalew­skim w klu­bie teni­so­wym LOB. Raz w tygo­dniu spo­ty­kają się na meczu. - Hek­tor zwró­cił uwagę, że ciągu godziny drugi raz padała nazwa klubu teni­so­wego.

- Nie wró­cił z klubu na noc? - docie­kała Boja­now­ska.

- Nie wiem, zwy­kle po meczu jesz­cze idą na drinka - odparła kobieta. - Mamy oddzielne sypial­nie, więc zda­rza się, że nie widuję męża nawet przez kilka dni. Głów­nie roz­ma­wiam z nim przez tele­fon - dodała, nie widząc nic dziw­nego w takim ukła­dzie. - Po co tak naprawdę przy­szli­ście?

- Przy­je­cha­li­śmy do Burz­li­wej Doliny, aby poroz­ma­wiać z Bła­że­jem i jego przy­ja­cie­lem, który też mieszka w oko­licy, ale na razie nie możemy się z nimi skon­tak­to­wać - rzekł Hek­tor. - Dla­tego pytamy osoby, które ich znają, co wie­dzą. Nie mamy pew­no­ści, czy nie wpa­ko­wali się w kło­poty.

- Mogli wpaść w tara­paty, ale nie wiem jak duże - przy­znała po chwili, a Cichy poczuł, jak ska­cze mu adre­na­lina.

- Dla­czego pani tak sądzi? - zapy­tał, a kobieta się skrzy­wiła.

- Trzy mie­siące temu byli­śmy z mężem na ban­kie­cie w klu­bie LOB, o któ­rym już wspo­mnia­łam. Przy­ję­cie jest orga­ni­zo­wane raz w roku. Spo­tka­łam tam Bła­żeja i Niko­dema Szy­mań­skiego. Mimo że nie są biz­nes­me­nami, byli gośćmi Pio­tra Zalew­skiego.

- I co w tym złego? - dopy­ty­wała Jagna.

- Wie­cie, kim jest Piotr Zalew­ski? - zapy­tała, jakby nazwi­sko męż­czy­zny było wszyst­kim znane. - Nie sły­sze­li­ście, czym zaj­muje się Zalew­ski Law Com­pany?

- To firma praw­ni­cza - odparł Hek­tor bez zasta­no­wie­nia. Kilka razy miał oka­zje spo­tkać się na komen­dzie z ludźmi z tej kan­ce­la­rii.

Wio­lettę jakby roz­ba­wiła jego odpo­wiedź.

- Mię­dzy innymi - stwier­dziła i z waha­niem dodała: - Zalew­ski pro­wa­dzi różne inte­resy, jest wpły­wowy i bez­względny w dzia­ła­niach. Dla­tego, kiedy zoba­czy­łam Bła­żeja i Niko­dema w jego towa­rzy­stwie, zanie­po­ko­iłam się. Pyta­łam Bła­żeja, co robi na przy­ję­ciu. Twier­dził, że Niko­dem go zapro­sił, ponie­waż za dobre wyniki w nauce i w spo­rcie otrzy­mał od Zalew­skiego sty­pen­dium naukowe.

- A myśli pani, że to nie­prawda? - zapy­tał Cichy, a ona wzru­szyła ramio­nami.

- Wiem tyle, że jeśli Bła­żej coś robił dla Zalew­skiego, to nie jest to legalne - odparła. - Bła­żej nie ma wykształ­ce­nia, które pre­fe­ro­wano by w kan­ce­la­rii.

- Ale mógł być osobą towa­rzy­szącą - zauwa­żył poli­cjant, a kobieta tylko pokrę­ciła prze­cząco głową.

- Czy chce nam pani coś powie­dzieć? - zapy­tał, czu­jąc, że w sło­wach roz­mów­czyni kryje się znacz­nie wię­cej. Ale kobieta znowu pokrę­ciła prze­cząco głową.

- Szy­mań­skiego też pani dobrze zna? - zmie­niła temat Jagna.

- Z widze­nia - przy­znała. - I wiem, że jego rodzice zawsze mieli zawy­żone ambi­cje wobec syna, dla­tego Szy­mań­ski nie tole­ruje Bła­żeja. - Jej słowa świad­czyły o tym, że poza sek­sem łączyła ją z chło­pa­kiem głęb­sza więź. - Bła­żej mówił, że Niko­dem to nie­spo­kojny duch. Rodzice swoje, a on swoje. Wspo­mniał, że zawsze miał ryzy­kowne pomy­sły i wcią­gał w nie Bła­żeja. Przez to obaj mieli pro­blemy. Ale Niko­dema z opa­łów wycią­gali naj­pierw rodzice, potem majętni zna­jomi, a Bła­żej zazwy­czaj obry­wał za nich obu.

- Dużo pani o nich wie - skwi­to­wał Cichy.

- Bła­żej był dla mnie kie­dyś ważny - odparła. - Od czasu tego ban­kietu nie mogę prze­stać myśleć, że spę­dzają czas z nie­wła­ści­wymi ludźmi. Duże pie­nią­dze mogą namie­szać w gło­wach, zwłasz­cza mło­dym ludziom.

- A może naprawdę byli na ban­kie­cie ze względu na sty­pen­dium? - zasu­ge­ro­wał Cichy, a kobieta uśmiech­nęła się pobłaż­li­wie.

- Tak jak wspo­mi­na­łam, Bła­żej pocho­dzi z bied­nej rodziny, a na ban­kie­cie miał na sobie gar­ni­tur od Arma­niego. A po oko­licy jeź­dzi dro­gimi samo­cho­dami.

- Pra­cuje w warsz­ta­cie, może aku­rat testuje auto, które napra­wia - dość nie­grzecz­nie zri­po­sto­wała Boja­now­ska.

- Może tak być - odpo­wie­działa z uśmie­chem Wio­letta. - Byłam u niego w warsz­ta­cie kilka dni po ban­kie­cie, prze­ko­ny­wa­łam, aby nie kon­tak­to­wał się z Zalew­skim. Oznaj­mił, że to nie moja sprawa, z kim się spo­tyka i co robi. Wtedy pierw­szy raz był dla mnie nie­miły. - Wes­tchnęła z wystu­dio­wa­nym gry­ma­sem, przy­po­mi­na­ją­cym nieco uśmiech. - Mam nadzieję, że się znajdą, a teraz po pro­stu gdzieś się dobrze bawią.

- Dzię­ku­jemy za poświę­cony czas. - Hek­tor pod­niósł się z miej­sca, jesz­cze raz roz­glą­da­jąc się po dużym gabi­ne­cie.

Jagna ruszyła pierw­sza do wyj­ścia, bo zaczął jej dzwo­nić tele­fon. Wtedy Hek­tor poczuł, jak Zabiel­ska chwyta go za łokieć.

- Pan mnie rozu­mie, widzę to w pana oczach, jest pan tak samo samotny jak ja - rze­kła cicho. - Gdyby miał pan ochotę się spo­tkać, pro­szę zadzwo­nić. - Wsu­nęła mu do kie­szeni mary­narki wizy­tówkę.

Nie odpo­wie­dział, tylko ski­nął głową, czu­jąc pod­eks­cy­to­wa­nie. I natych­miast zaczął roz­wa­żać jej pro­po­zy­cję.

* * *

Weszli na komendę, mając plan dal­szych dzia­łań. Co prawda ich hipo­tezy były dość chwiejne, ale zakła­dali, że to, co na początku mogło wyda­wać się mło­dzień­czym żar­tem czy głu­potą, w rze­czy­wi­sto­ści może być czymś zupeł­nie innym. Nale­żało spraw­dzić Zabiel­skiego, mimo że romans był dawną sprawą i kobieta twier­dziła, że mąż nic o nim nie wie. Wąt­pliwe, skoro o wszyst­kim wie­dzieli nawet sąsie­dzi. Naj­ciem­niej jest pod latar­nią, a naj­bliż­sza osoba dowia­duje się zawsze na końcu. Dla­tego trzeba było spraw­dzić, kim jest i co wie Zabiel­ski, bo może Ładoś i Szy­mań­ski nie znik­nęli bez powodu, skoro Bła­żej oka­zał się nie­lo­jalny wobec pra­co­dawcy. Nie­któ­rzy, aby doko­nać zemsty, potra­fią cze­kać na odpo­wiedni moment całymi latami. Trzeba było zdo­być wię­cej infor­ma­cji.

Musieli rów­nież dowie­dzieć się, czy tech­ni­kom udało się jesz­cze coś zna­leźć w mustangu. Zamie­rzali też oddać do spraw­dze­nia zna­le­ziony w aucie tele­fon. Nie nale­żał do Szy­mań­skiego ani do Łado­sia, dla­tego warto było spró­bo­wać zna­leźć jego wła­ści­ciela. Być może to on dys­po­no­wał infor­ma­cjami przy­dat­nymi w dal­szym śledz­twie.

Liczyli, że uda się namie­rzyć sygnał z komó­rek chło­pa­ków. To mógł być naj­prost­szy spo­sób na ich zlo­ka­li­zo­wa­nie. Łatwiej­szy niż cho­dze­nie po ludziach, któ­rzy przy­pusz­czal­nie mogli mieć z nimi kon­takt.

Jagna ocze­ki­wała także, że w bazie poli­cyj­nej znaj­dzie przy­datne infor­ma­cje o chło­pa­kach. Może nie pomogą one bez­po­śred­nio dowie­dzieć się, gdzie ci teraz są, ale uzu­peł­nią obraz, kim są i co robią obaj mło­dzi ludzie, kiedy rodzice spusz­czają ich z oczu.

Idąc w stronę windy, Hek­tor zoba­czył zmie­rza­jącą w ich kie­runku Polę. Miała na sobie cywilne ubra­nie, jakby już koń­czyła pracę. Cichy widział się z nią wczo­raj wie­czo­rem i nic nie mówiła, że dzi­siaj weź­mie tro­chę wol­nego. Rano się nie spo­tkali, bo musiał być wcze­śniej niż zwy­kle na komen­dzie.

Kiedy sta­nęli naprze­ciwko sie­bie, dostrzegł, że jest wyraź­nie zmę­czona i ma pod­krą­żone oczy.

- Cześć, wycho­dzisz? - zapy­tał zdzi­wiony.

- Słabo się czuję. Idę do domu - zako­mu­ni­ko­wała bez­na­mięt­nie.

- Chora jesteś? - Przy­glą­dał się jej z uwagą.

- Źle spa­łam, naszła mnie fala wspo­mnień, wiesz, jak jest - odparła. - I być może się gdzieś prze­zię­bi­łam. Czuję się, jak­bym zła­pała grypę. Moich klien­tów nie zarażę, ale nie chcę nara­żać innych.

Nie pierw­szy raz Pola nie spała w nocy przez natrętne wspo­mnie­nia. Od roku mie­wała kosz­mary zwią­zane z byłym mężem. Mimo że od jakie­goś czasu żyła w spo­koju, to prze­szłość powra­cała w naj­mniej ocze­ki­wa­nych momen­tach. Ale rzadko kiedy rezy­gno­wała z pracy. W pro­sek­to­rium zapo­mi­nała o całym świe­cie. Praca ze zmar­łymi o dziwo przy­no­siła jej uko­je­nie. Mar­twych nie musiała się oba­wiać.

- Jak pierw­szy dzień po powro­cie? - zapy­tała, nim ruszyła dalej.

- Praca w tere­nie, więc nie jest naj­go­rzej - odpo­wie­dział, nie spusz­cza­jąc z niej wzroku. Nie rozu­miał, co się dzieje, wyglą­dała ina­czej. Usły­szał zna­czące chrząk­nię­cie i przy­po­mniał sobie, że obok niego stoi nowa part­nerka, która może nie znać Ostrow­skiej. - Polu, poznaj, to Jagna Boja­now­ska, jest moją nową part­nerką. - Pola przyj­rzała się Jagnie z zain­te­re­so­wa­niem. Dawno nie widziała kobiety, która zde­cy­do­wa­łaby się na taką fry­zurę i tak mocno znie­kształ­ca­jący syl­wetkę strój. Ale po chwili namy­słu doszła do wnio­sku, że do Boja­now­skiej spe­cy­ficzna i oszczędna fry­zura pasuje. Kobiety wycią­gnęły do sie­bie ręce na powi­ta­nie. - Jagna, to Pola Ostrow­ska, która pra­cuje tu...

- ...jako pato­log - weszła mu w słowo nowa kole­żanka. - Rzadko kiedy mamy trupa, ale o nie­któ­rych tu pra­cu­ją­cych sły­sza­łam, zwłasz­cza jeśli mają dobrą opi­nię. - Ostrow­ska uśmiech­nęła się, ale w tym uśmie­chu nie było rado­ści, tylko kur­tu­azja.

- Faj­nie, że Hek­tor ma nową part­nerkę. Jawor­ski pozo­sta­wiał wiele do życze­nia - odparła kąśli­wie pato­log.

- Jesteś nie­spra­wie­dliwa - rzu­cił z pre­ten­sją Cichy. Ostrow­ska nie prze­pa­dała za Jawor­skim, ale Hek­to­rowi wyda­wało się, że kolega i przy­ja­ciółka pozo­stają w lep­szych rela­cjach od czasu jego ostat­niej hospi­ta­li­za­cji.

- Taaa, Casa­nova jak z koziej dupy trąba - dodała Jagna, co tym razem wywo­łało szczery uśmiech na zmę­czo­nej twa­rzy Poli, zaś Hek­tor tylko prze­wró­cił oczami. - Może kie­dyś spo­tkamy się na obie­dzie? - zapro­po­no­wała Boja­now­ska. Pola, ku zdzi­wie­niu komi­sa­rza, przy­tak­nęła. To była pewna nowość w jej reak­cjach, zwy­kle bowiem jadała obiady w jego towa­rzy­stwie lub sama. Nie czuła potrzeby powięk­sza­nia tego grona o nowe osoby.

- Widzimy się wie­czo­rem? - zapy­tał, a Pola znów poki­wała głową.

Poże­gnali się i Jagna i Cichy skie­ro­wali się do biura tech­ni­ków.

- Dziwną jeste­ście parą - stwier­dziła bez skrę­po­wa­nia Boja­now­ska.

- Tylko się przy­jaź­nimy - odparł krótko i poczuł, jak Jagna mu się przy­gląda. - Dla­czego to dla wszyst­kich takie dziwne? - rzu­cił naiwne pyta­nie. Liczył, że od Boja­now­skiej jako od kobiety uzy­ska inną odpo­wiedź, niż otrzy­małby od Jawor­skiego.

- A co, masz dzie­sięć lat, że pytasz? - rzu­ciła, ale Hek­tor nie zamie­rzał odpo­wia­dać. Po chwili więc dodała: - Trudno uwie­rzyć, że rela­cja męsko-dam­ska może opie­rać się tylko na przy­jaźni i że obie strony to satys­fak­cjo­nuje. Zwy­kle po pew­nym cza­sie któ­raś ze stron anga­żuje się bar­dziej i chce wię­cej.

- Z nami jest ina­czej - Hek­tor chciał uciąć nie­zręczny temat.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki