Morze jest posępne, o chropowatej powierzchni. Wiatr odpycha góry wody, jakby chciał je całe wybebeszyć i wypatroszyć. Drżę. Moje włosy są słonawe i za długie, wiatr wieje mi nimi w twarz i w oczy. Ten człowiek traci cierpliwość. Chce, żebym się rozebrał do majtek i wszedł do wody. Tymczasem mnie jest ciągle niedobrze po transporcie w skrzyni. Zimno mi. Podnoszę wzrok. Może uda mi się zorientować, w którym kierunku pojechaliśmy i jakie morze mam teraz przed sobą. Nauczył mnie orientacji w terenie na podstawie położenia słońca na niebie. Tylko że teraz słońce zasłaniają ciemne chmury. Chyba nadciąga burza.
- No, do dzieła - pogania mnie. - Będzie zabawa!
Dygocząc, zrzucam spodnie i na czworakach człapię po kamieniach. Woda jest lodowata. Wciągam powietrze.
- Jeszcze nikt nie pływał tak dobrze jak ty - mówi ten człowiek, a w jego głosie pobrzmiewa uznanie. Wskazuje ręką w kierunku, gdzie w oddali z topieli wyłania się zarys skały. Choć może to raczej wyspa? Gwałtownie podrywające się i opadające fale pożerają jej kontury, po czym znów je odsłaniają, pożerają i znów odsłaniają. Wygląda to, jakby wyspa bujała się na wietrze. Gdy woda zabiera się również za moje nogi, zagryzam zęby i jeszcze raz ostro wciągam powietrze.
Że umiem dobrze pływać, ten człowiek wiedział już czternaście tygodni temu, kiedy przyuważył mnie na basenie. Byłem tego dnia najszybszy w zawodach juniorów, i to pomimo że mam dopiero dziesięć lat, a wszyscy pozostali w mojej kategorii jedenaście czy dwanaście. Byłem z siebie bardzo dumny. A gdy podszedł do mnie ten człowiek i zapytał, czy nie zechciałbym pływać w drużynie narodowej, prawie pękłem z radości. Mówił, że chciałby mnie trenować, że przedstawi mnie swojej grupie talentów.
Pomyślałem, że wreszcie będę mógł komuś pokazać, co potrafię. Że wreszcie im udowodnię, że jestem od nich lepszy. Mimo nędznych kąpielówek z darów i pomimo tego, że inaczej niż wszystkim pozostałym, nie kibicowali mi rodzice.
Teraz żałuję, że wygrałem. Wolałbym zostać niewidoczny, ukryć się pod wodą. Może wtedy ten człowiek by mnie nie dostrzegł. Nie dałby mi cukierka i nie zabrał mnie ze sobą.
Wiatr się nasila. Morze przede mną szaleje i wyje. Muszę z całej siły opierać się podmuchom, by mnie nie przewróciły. Za moimi plecami ten człowiek zdejmuje kajak z dachu samochodu. Wiatr wpada do wnętrza łódki, szarpie nią. Widzę, jak ten człowiek potyka się, ale nie upada. Jest jak jedno z wielu sękatych drzew w lesie, w którym teraz mieszkam. Wiatr nim tarmosi, ale go nie przewraca. Ten człowiek zaciska kajak pod pachą i opiera się podmuchom wiatru, aż dociera do kamieni. A potem wpycha go do wody.
- Na co czekasz? - woła w moim kierunku, z twarzą pociemniałą i pomarszczoną od wiatru.
- Zimno mi.
- Podczas pływania się rozgrzejesz, zobaczysz! Chodź, jesteśmy piratami na otwartym morzu! Ha, ha! - Śmieje się, wyrzucając ramiona do góry.
Robi mi się niedobrze. Ten człowiek dużo się śmieje. Śmiał się też tego dnia, którego mnie zabrał, gdy otworzył moją sportową torbę i wyciągnął niebieskie okulary pływackie zawinięte w mokre ręczniki. Okulary były pęknięte, bo po zawodach chłopcy zaczaili się na mnie przy wejściu do natrysków... Łapali za gumkę z tyłu i naciągali okulary z przodu niczym procę, by je w końcu puścić, a wtedy one uderzały mnie w twarz. Wszyscy po kolei. Bo nie zasłużyłem na wygraną. Bo nawet nie mam taty, który by mnie przyprowadzał do szkoły, czy odbierał z basenu. Bo tata się zmył, a mama budzi nas, dzieci, w środku nocy na jedzenie: na makaron z sosem pomidorowym, do którego wrzuca wszystkie przyprawy, jakie tylko znajdzie w szafce. Nawet te, które smakują Bożym Narodzeniem.
Chłopcy mieli ubaw. Ja płakałem. Ale ból tamtego dnia był niczym w porównaniu z tym, jak bolało życie u boku tego człowieka. Ten człowiek znalazł też mój czepek pływacki. Przyglądał mu się jak jakiemuś dziwowisku.
- Po co ci to?
- Żeby nie zamoczyć włosów.
- A co potem, pod prysznicem? Nie moczysz włosów, żeby je umyć? - I śmiał się tak, że aż brzuch mu się trząsł. - Takich cudów tu nie potrzebujemy. Potrzebujemy tylko siły i odwagi. Masz siłę i odwagę?
W odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami, ale on kazał mi powtarzać za sobą: "Mam siłę i odwagę. Mam siłę i odwagę. Mam siłę i odwagę!". Wtedy ze strachu zsikałem się w spodnie. Gdy ten człowiek to wyczuł, powiedział, że musimy nad tym popracować: nad siłą i nad odwagą. W lesie, gdzie teraz mieszkam, jest sporo jezior i rzek, które dobrze się do tego nadają. Po tamtej rozmowie włóczył mnie do coraz głębszych zbiorników, do rwących dzikich potoków i do wąwozów. A teraz jesteśmy tu, nad morzem.
Dno jest śliskie. Kamienie i muszle wbijają mi się w stopy. Porywa mnie już druga fala. Wierzgam, straciwszy grunt pod nogami, próbuję się utrzymać na powierzchni, gdy morze wciąga mnie w swoje odmęty. Obok mnie kołysze się kajak tego człowieka, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, jak konik na biegunach, nad którym utracono kontrolę.
- No, płyń! - woła do mnie, dźgając wiosłem w białą pianę, którą wzbijają fale. Próbuję płynąć za kajakiem. Ale morze jest zupełnie inne niż jezioro. To coś zupełnie innego niż basen czy nawet rzeka. Bardziej wierzgam, niż płynę, byleby tylko utrzymać głowę nad lustrem wody, a morze ciąga mnie we wszystkie strony, gdzie tylko chce. Fale co rusz chlapią mi w twarz albo zderzają się ze sobą ponad moją głową. Mrugam. Słona woda piecze mnie w oczy.
- No, co jest? - ryczy ten człowiek. Przez nawałnicę ledwo go słyszę.
- Woda... - kaszlę. - Nic nie widzę! Fale są za wysokie.
- Jestem przecież tuż obok ciebie. Musimy dopłynąć tam, do wyspy! - Zniecierpliwiony wskazuje mi wiosłem kierunek, a ja się staram. Płynę najlepiej, jak potrafię, by dotrzymać tempa kajakowi. Po chwili jednak tracę siły i gdy w końcu między jednym bałwanem a drugim widzę wyspę, wciąż jest ona zbyt daleko ode mnie.
- Nie dam rady! - krzyczę w ogłuszający hałas. Mam nadzieję, że ten człowiek wciągnie mnie do swojej łódki, że zrozumie, że nigdy w życiu nie pływałem na takie dystanse. Ale jego nagle nie ma obok mnie. Obracam się panicznie w burej spienionej wodzie, szukam wzrokiem horyzontu, to z jednej strony, to z drugiej. Jestem sam jak palec pośrodku morza.
- Ratunku! - wrzeszczę. - Ratunku!
I wtedy dostrzegam żółty dziób kajaka, chyboczący się na wodzie w odległości kilku metrów ode mnie.
- Tak trzymaj! - dobiega mnie skądś głos tego człowieka, a może to tylko wiatr w moich uszach dodaje mi otuchy. Wtedy słyszę coś jeszcze, trąbienie, i odwracam głowę w lewo. Tuż obok przepływa łódź. Są w niej ludzie. Inni ludzie! Kaszlę, wypluwam wodę, nieruchomieję. Niezdecydowanie pozwalam się unosić falom. A potem się obracam i ruszam ku łodzi.
- Nie! Nie tam! Tu! Do mnie! - wydziera się ten człowiek. Znowu jest blisko, słyszę jego głos gdzieś za moimi plecami. Zaciskam z wysiłku powieki i płynę przed siebie. Gdy zacznę machać, ludzie na łodzi mnie zauważą i to może być mój ratunek! Mogą mnie ochronić przed tym człowiekiem. Zbieram w sobie wszystkie moje siły. Dopiero gdy kolejny raz rozlega się trąbienie, donośne i wzburzone, unoszę z przestrachem głowę. Łódź jest o wiele większa, niż mi się wydawało. To statek! Zamieram. Woda unosi moje bezwładne ramiona niczym ucięte liny. Otwieram oczy mimo piekącej słonej wody. Statek jest tuż przede mną.
- Nieeee! - krzyczy ten człowiek. W jego głosie słychać rozpacz. Brzmi, jakby się o mnie bał. Ja też się boję, ale tylko przez chwilę, bo chwilę później przed oczami wyrasta mi czarna ściana z metalu. Twarde uderzenie, wir pod stopami. Woda wsysa moje ciało. Chcę krzyczeć, ale gdy się zachłystuję, do moich płuc wlewa się woda, coraz więcej wody. A potem jest już tylko panika, naga ciemna panika, i metal przygniatający moje ciało, pchający mnie w dół. Wszystko boli, bolą mnie płuca i wypełniona słoną wodą klatka piersiowa. Już raz prawie utonąłem, gdy Jannes i Mario przytrzymywali mi głowę pod wodą. Bo jestem z patologii. Bo nie jestem kimś, kto zasługuje na medal za osiągnięcia pływackie. Właśnie tak się czuje człowiek bliski utonięcia. Jakby ktoś mu wbijał nóż w płuca. Jeszcze raz słyszę trąbienie statku. A potem otacza mnie już tylko cisza.