Dombi i syn - Charles Dickens

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II. rozdział zaznajomi nas ze środkami, mającymi uprzedzić zdarzenia, jakieby się mogły trafić nawet w poważnych rodzinach.

Ach, jakże się cieszę, że wszystko przebaczyłam tej biednej Fanni! Któżby mógł to przewidzieć? Naprawdę, sam Pan Bóg dał mi to natchnienie! Teraz cokolwiekby się stało, zawsze to będzie dla mnie pociechą.

Tak mówiła pani Czykk, wróciwszy do salonu od modniarek, zajętych szyciem żałoby rodzinnej. Uwagę tę uczyniła dla nauki swego małżonka, pana Czykka, grubego, łysego dżentlmena o szerokiej twarzy i z rękami wiecznie w kieszeniach. Pan Czykk miał słabostkę: gwizdał i przyśpiewywał różne melodye wszędzie i zawsze; teraz w domu żałoby i smutku nie mógł się też powstrzymać od ulubionego nawyknienia.

- Nie martw się, Luizo - zauważył pan Czykk - znów zaczniesz spazmować. Tra-lala! - Licho nadało, ciągle zapominam! Zaprawdę, jakże krótkie życie człowieka!

Pani Czykk spojrzała ze złością na męża i zrzędziła dalej.

- Mam nadzieję, że ten tragiczny wypadek dla wielu stanie się nauką, jak nieodzowną jest rzeczą czynić wysiłek, gdy od nas go wymagają. We wszystkiem bywa ziarno prawdy. Należy je umieć znaleźć. Sami będziemy winni, jeżeli nie skorzystamy z tej strasznej przygody.

Na tak piękne sentencye pan Czykk zgoła nie w porę zanucił mało przyzwoitą melodyę: "Żył sobie raz szewc ubogi wtem spostrzegł, przerwawszy, że, ma się rozumieć, nasza w tem tylko wina, jeśli tak smutne przygody nie pouczają nas zupełnie!

- Mógłbyś, jak sądzę, rozmawiać, nie gwiżdżąc swych ohydnych piosnek - krzywiąc się, dokuczała pani Czykk.

- Co robić, najdroższa - nałóg!

- Głupstwo! Co za nałóg. Rozumny człowiek wstydziłby się składać tego na nałóg. Gdybym np. przywykła spacerować po suficie, jak mucha, do góry nogami, pewnieby mię za to pochwalili?

Pan Czykk nie przeczył, że takie nawyknienie w istocie zasłużyłoby na pewien rozgłos.

- Cóż, Luizo, jak ci się podobał dzieciak? - pytał, żeby zmienić przedmiot rozmowy.

- Co za dzieciak?

- Dziś w jadalni było ich całe stadko.

- Stadko dzieci? - mruczał pan Czykk, niespokojnie oglądając się.

- Niema o czem mówić - ciągnęła pani Czykk. Zmarła matka, trzeba znaleźć mamkę.

- Ach, o tem myślałaś! - Tra-la-la!... Takie to życie! Pewnie już znalazłaś mamkę?

- Jeszcze dotąd nie, a tymczasem dziecię...

- Do aniołków grona będzie zaliczone - kończył pan Czykk.

Gniewny wzrok szanownej małżonki uświadomił mu całą niewłaściwość tej uwagi, zastosowanej do Dombi. Żeby się poprawić, dodał:

- Czyby choć tymczasowo nie można było w czem pomódz biednej sierotce? Możeby go jako herbatką karmić lub czemś podobnem.

Jeżeli miał zamiar zakończyć rozmowę o tej kwestyi, to cel osiągnął.

Pani Czykk, ani słowa mężowi nie odpowiedziawszy, powstała z godnością, zbliżyła się do okna i z wielką uwagą spoglądała przez roletę na zajeżdżający ekwipaż. Pan Czykk również w milczeniu opuścił pokój, poddając się losowi, który okazał mu się tym razem nieprzychylnym. Nie zawsze atoli klęska bywała jego udziałem. Czasem i w jego domu bywało świętego Jana i wtedy srodze karcił panią Luizę. Wogóle była to zgodna, cudownie dobrana parka, jedno stworzenie warte drugiego. W chwili rozpoczęcia kłótni nigdy nie można było zgadnąć, kto odniesie zwycięstwo. Niekiedy pan Czykk gotów już był się poddać, wtem nagle zrywał się, chwytał za stołek, łomotał nim bez litości nad samemi uszami skonfundowanej małżonki i odnosił zwycięstwo. Ale czasem znów wygrana była po stronie pani Czykk, tak, że wogóle kłótnie nie miały decydującego charakteru, bywały jednak zazwyczaj pełne życia i temperamentu.

Zaledwie stanął ekwipaż, do pokoju pędem wbiegła bez tchu panna Toks.

- Luizo, droga Luizo - trzepała - czy miejsce jeszcze wolne?

- Jakże poczciwą jesteś, nieoceniona przyjaciółko! - odrzekła pani Luiza - wolne jeszcze, mój aniele.

- W takim razie spodziewam się, jestem pewna... Lecz zaczekaj, zaraz ich tu przywiodę.

Zbiegła po schodach, wysadziła ich z karety i wkrótce pojawiła się z powrotem. Niedarmo panna Toks mówiła o liczbie mnogiej. Przyprowadziła całe towarzystwo. Były to: dorodna, zażywna, rumiana, tęga młoda niewiasta z tłustem dzieckiem na rękach; za nią młoda kobieta nie tak tęga, lecz także rumiana i zażywna, niby oliwne jabłko; prowadziła ona dwóch chłopców, doskonale wyglądających o policzkach okrągłych; za nimi szedł chłopczyk wypasiony i tłusty. Nareszcie za całem gronem postępował gruby i okrągły jak jabłko mężczyzna z tłustym chłopcem na rękach. Postawił go na ziemię i rzekł chrapliwym głosem: trzymaj się brata, Dżonni.

- - Droga Luizo - szczebiotała panna Toks - wiedząc o twym niepokoju i chcąc ci pomódz, udałam się do położniczego szpitala im. Królowej Karoliny i pytałam o mamkę dla bogatego domu. Powiedziano, że nie mają. Po tej odmowie - nie uwierzysz mi - czułam się pognębioną. Na szczęście - trzeba trafu - jakaś dama słysząc, o co chodzi, oświadczyła mi, że zna kobietę, bardzo dobrą pod każdym względem. Natychmiast z ową damą udałam się pod wskazanym adresem - i oto ich przywiozłam.

- Dobra, usłużna, droga pani - pochlebiała jej pani Luiza.

- Zaraz, zaraz, jeszcze nie wszystko ciągnęła panna Toks. - Gdym weszła do domu, - jaki czysty pokój, moja droga, mogłabyś na podłodze jeść obiad - cała rodzina siedziała za stołem; a że żadna rekomendacya nie da się porównać z tem, co oczy własne widzą, postanowiłam ich przywieźć ze sobą, aby przedstawić panu Dombi. Oto dżentlemen mówiła, wskazując grubego mężczyznę - ojciec rodziny. Proszę pana pofatygować się bliżej.

Rozrosły mężczyzna niezgrabnie postąpił i wyszczerzył w uśmiechu mocne zęby.

- A to jego żona - objaśniała panna Toks, zwracając się do młodej kobiety z dziecięciem. - Jak zdrowie pani, Polli?

- Dziękuję, chwała Bogu, doskonałe - odpowiedziała zagadnięta.

Panna Toks traktowała ich jak starych znajomych.

- Cieszy mię to! - A ta oto druga młoda kobieta - niezamężna siostra tamtej; mieszka razem i dozoruje dziatwę. Nazywa się Dżemima. Jak się masz, Dżemimo.

- Dobrze, dziękuję pani, odrzekła Dżemima.

- No to dzięki Bogu bardzom rada. Mam nadzieję, że zawsze będzie dobrze.

Pięcioro dzieci. Najmłodsze sześciotygodniowe. Ten śliczny chłopczyk z pryszczykiem na nosie - najstarszy. Od czego u ciebie pryszczyk? Czy przypadkowo, czy dziedzicznie?

- Od żelazka - niewyraźnie mruknął mężczyzna. - Przepraszam, panie, coś pan powiedział?

- Od żelazka, powtórzył ojciec rodziny.

- A, tak, zapomniałam - tłomaczyła panna Toks. Właśnie od żelazka. Malec dotknął się gorącego żelazka, gdy matki nie było w domu. Masz pan racyę. Gdy byłam u was, powiedziałeś mi pan także, że pańskie rzemiosło....

- Palacz, proszę pani.

- Coo? Podpalacz? - powtórzyła panna Toks.

- Palacz, proszę pani, na parowozie.

- Ach, tak, palacz... mówiła panna Toks, nie bardzo widocznie rozumiejąc istotę tego zajęcia. - Jakże się ono panu podoba?

- Co, proszę pani?

- Pańskie rzemiosło.

- Wyborne zajęcie, proszę pani. Czasem tylko sadze dostają się tu - wskazał piersi - i od tego głos staje się chrapliwym. Od tego to i ja, proszę pani, mam chrypkę, nie zaś od jakiego paskudztwa.

Panna Toks widocznie tak mało zrozumiała te wyjaśnienia, że nie wiedziała, jak kontynuować rozmowę. Tymczasem pani Czykk drobiazgowo badała żonę palacza o dzieciach, o domowem pożyciu, o metryce ślubu i tak dalej. Młoda kobieta z honorem wyszła z opałów tego egzaminu, a pani Czykk udała się do gabinetu brata z wiadomością, wziąwszy ze sobą dwóch najtłustszych i najczerwieńszych chłopców, jako świetne uzupełnienie rekomendacyi.

Pan Dombi od śmierci żony nie opuszczał swego gabinetu, pogrążony w głębokie rozmyślania o dzieciństwie, młodości, wychowaniu i losie swego syna. Ciężkie i zimne brzemię gniotło mu duszę; nie więcej zresztą bolał nad trudnością w wykarmieniu syna, niż nad własną stratą. Jakież to niebezpieczeństwa, jakie zawody czekają go choćby przy wstąpieniu w świat! Życie ledwie się zaczyna, - a oto trzeba szukać obcej, obojętnej kobiety, od której zależą pierwsze wrażenia, początkowy rozwój dziecka. Jak żałosne upokorzenie dla Dombi i Syna! Myśl, że najmitka będzie chwilowo zastępowała matkę, tak była niemiłą i gorzką dla dumnego i zazdrosnego serca, iż czuł wyraźne zadowolenie, ilekroć odrzucał propozycye rekomendowanych kandydatek. Lecz nadszedł czas, kiedy wypadło zaniechać walki między owemi dwoma uczuciami. Przed nim stały dorodne dzieci przyszłej mamki, Polli i Tudl, nienagannej pod żadnym względem, doskonale poleconej przez rodzoną siostrę i usłużną pannę Toks.

- Dzieci zupełnie zdrowe - rzekł pan Dombi - ale gdy pomyślę, że z czasem uzyskają jakgdyby przynależność do rodziny mego Pawła... Weź ich Luizo! Niech wejdzie kobieta z mężem.

Za chwilę niezgrabna para stała przed oczami pana Dombi.

- Rozumiem - mówił, zwracając się w fotelu jak sprężyną nakręcona maszyna, nie jak człowiek ze krwi i kości - jesteście ubodzy i pragniecie zarobić pieniędzy, wychowując dziecię, mego syna, który tak wcześnie poniósł niczem nie nagrodzoną stratę. Ze swej strony rad was wspomogę. Ze wszystkiego wnosząc, nadajecie się dla mego syna. Lecz zanim wejdziecie w mój dom, musicie przyjąć parę warunków.

Przez cały czas waszego u mnie pobytu nazywać się będziecie "Ryczards": zwykłe i bardzo przyzwoite nazwisko. Przyjmujecie ten warunek, naradźcie się?

Lecz szanowny małżonek tylko suszył zęby i wciąż do ust podnosił prawą rękę, od czego dłoń stała się mokrą. Pani Tudl trąciła go parę razy, lecz gdy to nie pomogło, grzecznie dygnęła i wyraziła przypuszczenie, że zapewne otrzyma dodatkowe wynagrodzenie, jeśli zmieni nazwisko.

- Rozumie się samo przez się - zapewnił pan Dombi. - Ale o tem pomówimy później. Teraz jeszcze jeden warunek: przez cały czas, odkąd za umówioną zapłatę zaczniesz pani karmić mego syna, pragnę, byś się jak najrzadziej widywała ze swoją rodziną. Potem zaś, gdy usługi okażą się zbędne i pieniężne rachunki wyrównane, powinny też ustać wszelkie stosunki między nami. Czy pani śledzisz za tem, co mówię?

Pani Tudl nie zupełnie pojmowała, o co właściwie chodzi, a mąż jak poprzednio śmiał się, nie zwracając uwagi na rozmowę.

- Masz pani własne dzieci - ciągnął pan Dombi. - Do naszej kupieckiej umowy zgoła nie należy to, żebyś pani musiała przywiązać się do mego syna, lub żeby syn mój miał z czasem przywiązać się do niej. Ani tego oczekuję ani sobie życzę. Przeciwnie. Z odejściem układ nasz wygasa i pani możesz nie znać mego domu ani rodziny. Dziecko zapomni i pani - jeśli wola - możesz najzupełniej o niem zapomnieć.

Żywy rumieniec oblał i bez tego czerwone policzki pani Tudl. Pochyliła głowę i zapewniła, że zna swe położenie.

- Naturalnie, naturalnie - mówił pan Dombi - jestem przekonany, że pani doskonale znasz swoje stanowisko. To takie proste i zwyczajne. Kochana Luizo, ułóż się z tą panią co do zapłaty i powiedz, że może podjąć pieniądze, kiedy zechce. Teraz z panem - jak się pan nazywasz? - parę słów. Zatrzymany na progu, gdy żona wychodziła, Tudl zawrócił i znalazł się oko w oko z panem Dombi. Tudl był mężczyzną tęgim, barczystym, obrośniętym, w rozpiętym paltocie, z odciskami na palcach, z łbem kwadratowym, gęsto porosłym; miał czarne wąsy i bokobrody, jeszcze czarniej wyglądające od dymu i kopcia. Był to jednem słowem kontrast pana Dombi, należącego do gatunku gładziutko ostrzyżonych i ogolonych kupców-kapitalistów, których głowa lśni się niby nowusieńka asygnacya banku i którzy wyglądają jakby skropieni złotym deszczem.

- Masz pan syna? - indagował pan Dombi.

- Czterech, panie! Czterech synów i córkę. Wszystko żyje.

- Dość trudno pewnie panu wszystko to utrzymywać? - Nie łatwo, lecz byłoby jeszcze ciężej...

- Co mianowicie?

- Stracić ich, panie!

- Umiesz pan czytać? - pytał pan Dombi.

- Niezbyt biegle.

- A pisać?

- Kredą, panie.

- Czem innem?

- Kredą nieco bazgrzę, gdy mi wskazują litery.

- Pan masz, jak myślę, około trzydziestu dwóch - trzech lat?

- Mniej więcej tyle - odrzekł Tudl po namyśle.

- Czemu się pan nie nauczysz?

- Mam właśnie ten zamiar, panie. Jeden z moich chłopczyków wkrótce pójdzie do szkoły i wtedy będziemy się razem uczyli - to jest on mi będzie pokazywał.

- To dobrze - powiedział pan Dombi z uwagą, lecz nie bardzo życzliwie patrząc na swego gościa, który tymczasem, rozdziawiwszy usta, oglądał pokój a zwłaszcza sufit. - Słyszałeś pan, co mówiłem pańskiej żonie.

- Polli słyszała, proszę pana - odrzekł Tudl, machnąwszy czapką przez ramię ku drzwiom z wyrazem zupełnego zaufania ku najdroższej połowie. - Wszystko będzie dobrze.

- A zatem pan zdajesz wszystko na żonę - ciągnął pan Dombi, zawiódłszy się w nadziei jaśniejszego wytłomaczenia warunków swych mężowi, jako głównej osobie w tej sprawie - niema co mi zatem więcej z panem rozprawiać.

- Właśnie to samo myślę, proszę pana. Polli wszystko słyszała, a ona ma głowę nie od parady.

- Nie będę więc pana dłużej zatrzymywał - rzekł pan Dombi. A gdzieś pan cały czas pracował?

- Zrazu pod ziemią, dopókim się nie ożenił. A teraz na wierzchu. A potem będę na maszynie, skoro ją ukończą.

Jak ostatnie źdźbło słomy przygniata ciężarem kark obładowanego wielbłąda, tak ta ostatnia odpowiedź o podziemnej pracy do reszty rozstroiła wyniosłą duszę pana Dombi. Milcząc, wskazał drzwi mężowi przyszłej mamki swego syna - ten zaś wyszedł z widoczną ulgą. Wnet zamknąwszy się w komnacie, pan Dombi zaczął chodzić tam i nazad w gorzkiem zadumaniu. Pomimo jego niewzruszonej powagi i panowania nad sobą, łzy mu spływały z oczu i nieraz w silnem wzruszeniu powtarzał: "biedne, biedne dziecię". Tego żalu i rozgoryczenia za nic w świecie nie pokazałby światu i ludziom.

Dość oryginalny rys dumy naszego bohatera polegał na tem, że w synu swym właściwie ubolewał nad sobą. W słowach żal mu było siebie, biednego wdowca, który musiał powierzyć syna żonie ordynarnego robotnika, całe życie pod ziemią trawiącego! A oto śmierć ani razu nie pukała do wrót tego chłopa i za stołem jego codzień czterech synów spożywało obiad.

Słowa powyższe jeszcze drżały na jego wargach, gdy w tem przyszło mu na myśl, że kobieta ta wystawiona była w jego domu na wielką pokusę. Własne jej dziecko było też chłopczykiem. A jeżeli ona zamieni mu syna? Choć myśl tę zaraz odrzucił, jako romantyczną i nieprawdopodobną - aczkolwiek możliwą - to jednak wyobraźnia dalej rysowała obrazy takiej zamiany. Co zrobić, jeżeli oszustwo wyjdzie na jaw, gdy dziecię odrośnie? Czy stanie mi siły po wielu latach pozbawić obłudnika swej pieczołowitości, zaufania i tkliwej przyjaźni - wszystko to przenieść na rodzone dziecię, które może przez ten czas wyrośnie dla mnie obojętne i obce.

Zresztą niepokoje te i obawy wkrótce minęły. Niemniej przeto postanowił sobie pan Dombi czujnie śledzić mamkę, nie dając jej tego do poznania. Zrobiło mu się lżej na sercu i był teraz rad z tego, że zastrzegł sobie, iżby nie nastąpiło zbyt wielkie zbliżenie między mamką a synem.

Umowę pani Czykk z Ryczards przy pomocy panny Toks zawarła i mamka ceremonialnie niby zaszczytną odznakę otrzymała małego Dombi, oddawszy równocześnie śród łez i uściśnień własnego chłopca Dżemimie. Podano wino, aby się rozpogodzili smutni goście.

- Pozwoli pan kieliszek wina? - pytała panna Toks, gdy wszedł Tudl.

- Dziękuję pani - odrzekł palacz - czemu nie? Trzeba pić, gdy proszą.

- Panu przyjemnie zostawić żonę w tak szanownym domu, nieprawdaż?

- Wcale nie, proszę pani, byłoby mi o wiele przyjemniej zawieźć ją do domu.

Polli głośno zaczęła płakać. Pani Czykk instynktem kobiety odczuła, że żal nadmierny stać się może szkodliwym dla małego Dombi i natychmiast zaczęła perswadować.

- Niema czego się smucić, moja miła. Synek pani wyrośnie bez biedy i bez niedostatku pod dozorem ciotki Dżemmy, a panią tu czeka spokój i szczęście. Cóż robić? Beztroski niczego niema na świecie; trzeba być mężną. Czy wzięto już miarę na czarne ubranie dla pani Ryczards?

- Wzięto, proszę pani - łkając odpowiedziała Polli.

- Suknia będzie śliczna - ciągnęła pani Czykk - ta sama modniarka i dla mnie szyje. Materyał przedni.

- Będzie pani tak ładnie wyglądała, że mąż nie pozna. Nieprawda, panie?

- Nieprawda - ponuro przeczył Tudl - poznam ją wszędzie w każdej sukni.

Palacz stanowczo nie chciał okazać się uległym.

- Co do pożywienia, pani Ryczards - pocieszała pani Czykk - najlepsze potrawy do pani dyspozycyi. Sama pani będzie układała obiady i cokolwiek ci się zażąda - natychmiast dadzą.

- Niezawodnie! - podtrzymywała przyjaciółkę panna Toks. - Piwa też pić można podług woli. Czy nie tak, Luizo?

- Pewnie, pewnie - dodawała pani Czykk coprędzej. - Tylko z jarzynami trzeba będzie wstrzemięźliwie się obchodzić.

- A może także z wędlinami.

- Prócz jarzyn, marynat i wędlin może pani jeść wszystko, czego zapragnie, bez ograniczenia.

- A to też rozumie się, że choć przepada za swoim synem, nie będziesz miała jej tego za de, Luizo.

- Pewnie, że nie - dobrotliwie zapewniła pani Czykk.

- Ale musi - ciągnęła panna Toks - całą swą uwagę, całą troskliwość poświęcić swemu małemu wychowankowi. Powinna to mieć za największe szczęście, że ten cherubinek, tak ściśle z najwyższemi sferami połączony, będzie rósł i rozkwitał na jej oczach. Nieprawdaż, Luizo?

- Bez wątpienia! - potwierdziła pani Czykk. - Widzisz, moja droga, ona już się zupełnie uspokoiła i myśli o tem, jakby wesoło i z uśmiechem pożegnać swoją siostrę Dżemimę dzieci i poczciwego męża. Czy nie tak, moja droga?

- Ależ tak, zawołała panna Toks - napewno chce się pożegnać!

- Biedna Polli z rozpaczą w duszy uściskała wszystkich członków swej rodziny a następnie chciała ukryć się w swym pokoju, żeby uniknąć bolesnego z dziećmi rozstania. To się atoli nie udało. Młodszy syn, odgadując zamiar matki, pochwycił ją za suknię i pobiegł wraz z nią, tymczasem starszy, przezywany w rodzinie kotłem na cześć parowozu, zaczął tupać nogami, a za tym przykładem poszła cała rodzina.

Kilka pomarańcz i garść drobnych pieniędzy ukoiły małych Tudli i rodzina zwolna udała się do najętej karety u podjazdu, aby odjechać do domu. Dzieci pod opieką Dżemimy stojąc przy oknie, rzucały pomarańcze i pieniądze. Sam pan Tudl siadł na piętach, uważając ten rodzaj jazdy za najwygodniejszy.

___

I. Dombi i syn.

Dombi siedział w kącie ciemnej komnaty w dużym fotelu przy łożu, a syn ciepło otulony spoczywał w plecionej kolebce, przytulnie ustawionej na kanapie koło kominka przed ogniem, niby świeżo upieczona bułeczka, którą kładą w ogrzanem miejscu, nim przypieką.

Dombi - ojciec miał około czterdziestu ośmiu lat; syn około czterdziestu ośmiu minut. Dombi był łysy, czerwony, zgoła przystojny i wspaniałej postawy, choć nazbyt poważny, by mógł ku sobie przyjaźnie usposabiać. Syn był całkiem czerwony i łysy, dziecię, - niema co mówić - miłe i piękne, choć jakby pogniecione i z plamami na ciele. Czas i rodzona siostra jego - troska - owa para bliźniąt bez braku pustosząca dziedzinę ludzką - zapisały już na czole Dombi kilka złowieszczych rysów, jak drwale na pniu, przeznaczonym na zrąb. Srogie bliźnięta wciąż chodzą po ludzkim lesie i tu i owdzie kładą swe znaki. Oblicze syna było wzdłuż i poprzek porysowane mnóstwem malutkich zmarszczek, lecz zdradziecki czas tępą stroną swej niszczącej kosy miał wyrównać i wygładzić dla siebie to nowe pole, aby później ryć na niem głębokie brózdy.

Dombi, pełen rozkoszy, pobrzękiwał złotym łańcuszkiem, zwisającym z pod poły granatowego fraka, którego guziki świeciły przy mdłych promykach ognia jakimś fosforycznym blaskiem.

Syn leżał w kołyseczce z piąstkami zwartemi, jakby na bój wyzywał samowolny los, darzący go niespodzianym bytem.

- Dom nasz odtąd, pani Dombi - ozwał się pan Dombi - nie z imienia tylko, lecz w istocie znowu staje się: Dombi i Syn! Dombi i Syn!

Słowa te wywarły na położnicę tak kojące wrażenie, że pan Dombi wbrew zwyczajowi rozrzewnił się i zdecydował nie bez wahania dodać pieszczotliwe słówko do imienia żony: "czy nie tak, pani, moja... moja miła?"

Chwilowy rumieniec słabego zdumienia przemknął po bladem licu chorej kobiety, nie nawykłej do małżeńskich rozczuleń. Lękliwie spojrzała na męża.

- Rozumie się, nazwiemy go Pawłem moja droga... pani Dombi? Chora na znak zgody szepnęła "rozumie się", albo raczej poruszyła wargami i znów zamknęła oczy.

- To imię ojca i dziada - ciągnął pan Dombi. - O, gdyby dziad był dożył tej chwili!

Tu umilkł i potem jeszcze raz z nowym efektem powtórzył: Dom-m-bi i Syn! Te trzy słowa wyraziły doskonale całkowity pogląd na życie pana Dombi. Ziemia stworzona dla handlowych operacyi Dombi i Syna. Słońce i księżyc przeznaczone na oświetlanie ich domu handlowego. Morzom i rzekom kazano okręty ich nosić; tęcza miała być zwiastunką pięknej pogody; wiatry dmą za lub przeciw ich przedsiębiorstwom; gwiazdy i planety krążą koło swych osi wyłącznie dla tego, aby sprawnie działał system, którego środkowym punktem - Dombi i Syn. Zwykłe skróty w języku angielskim w jego oczach miały szczególne znaczenie, stosując się wyraźnie do handlowego domu. Tak litery A. D. zamiast Anno Domini czytał pan Dombi: anno Dombey and Son.

On, tak jak i ojciec w swoim czasie, wzniósł się na drodze życia i śmierci od "syna" do Dombi i przez lat dwadzieścia był jedynym przedstawicielem handlowej firmy... Dziesięć lat od ożenienia się. Żona, jak mówiono, nie dała mu serca swego w posagu; szczęście biednej kobiety należało do dawnej przeszłości - i wychodząc za mąż, miała nadzieję ukoić duszę znękaną pokornem i cichem pełnieniem surowych obowiązków. Zresztą pogłoski te nigdy nie dochodziły do uszu męża, a gdyby i doszły, pan Dombi nie dałby wiary zuchwałym i szalonym plotkom. Dombi i Syn mieli handel skór, a niewieście serca nie leżały w zakresie tego handlu. Fantastyczny ów towar pozostawiali chłopcom i dziewczętom, pensyonatom i książkom. Co do życia małżeńskiego pojęcia pana Dombi były takie: każda porządna i rozumna kobieta ma uważać związek z taką osobą, jak przedstawiciel znamienitej firmy, za największy zaszczyt. Nadzieja wydania na świat wspólnika dla takiego domu, powinna podniecać miłość własną każdej kobiety. Pani Dombi, podpisując intercyzę ślubną, najzupełniej rozumiała owe korzyści - a potem, codziennie mogła odczuwać wielkie swe znaczenie wśród ogółu. Siadywała zazwyczaj na pierwszem miejscu przy stole, zachowując się jak przystoi dostojnej damie. Przeto pani Dombi była zupełnie szczęśliwa.

Nic nie mogła na to poradzić... Znalazło się pewne zastrzeżenie.... Dla pełni szczęścia w rodzinie konieczny jeden warunek. Oto lat dziesiątek trwało pożycie małżonków, a przecież aż do dnia, kiedy pan Dombi z taką godnością rozsiadł się koło łoża w fotelu, pobrzękując złotym łańcuchem, nie było u nich spadkobiercy.

Nie - żeby zgoła dzieci nie mieli: dziecię jest, ale nie warto o niem wspominać. To - mała sześcioletnia córeczka, która teraz oto jak cień stoi w komnacie, lękliwie kryjąc się w kącie i patrząc stamtąd uparcie na oblicze matki. Cóż znaczy córka dla Dombi i Syna? Nędzny szeląg w ogromnym kapitale handlowego domu; coś w rodzaju sfałszowanego chłopca - nic nadto.

Jednak tym razem czara rozkoszy pana Dombi po brzegi pełna; czuje on, że może z niej dwie, trzy kropelki wydzielić, żeby skropić proch na dróżce swej córeczki.

- Pójdź tu, Florentynko - zwrócił się do dziewczęcia - spójrz na braciszka, tylko nie dotykaj go.

Dziewczę szybko spojrzało na granatowy frak i białą na szyi chustę ojca - i bez słów, bez ruchu znowu utkwiło wzrok w bladej twarzy matki. W tej chwili chora spojrzała na córkę. Dziecko natychmiast rzuciło się ku niej i stając na paluszki, aby lepiej ukryć twarzyczkę w jej objęciach, przylgnęło ku niej z takim rozpaczliwym wyrazem miłości, jakiego trudno było w tym wieku dziecinnym oczekiwać.

- Ach, mój Boże - zrzędził pan Dombi, powstając spiesznie z fotelu. - Co za dziecinny, niedorzeczny wybryk! Idę lepiej, zawołam doktora Pepsa. Idę. - Następnie, stanąwszy na chwilę przy sofie, dodał: - wszakże nie potrzebuję prosić pani....

- Blokkit, panie, - podpowiedziała piastunka - słodziutka uśmiechliwa osóbka.

- Właśnie. Wszakże nie potrzebuję prosić pani Blokkit o jak najstaranniejszą opiekę nad tym młodym dżentelmenem.

- Pewnie że nie, panie. Pamiętam dzień przyjścia na świat panny Florentyny...

- Ta, ta, ta - przerwał pan Dombi, ściągnąwszy brwi, schylony nad kolebką - Panna Florentyna zgoła co innego. Ten zaś młody dżentlmen powołany do wielkich przeznaczeń. Czy nie prawda, mój maleńki wspólniku?

Z temi słowy pan Dombi podniósł do ust i ucałował rączkę małego wspólnika; lecz wnet, bojąc się widocznie, żeby czyn ten nie naraził na szwank jego godności - niezgrabnie wycofał się z komnaty.

Doktor Parker Peps, znakomity nadworny akuszer, zwyczajny świadek wzrostu arystokratycznych rodzin, spacerował po salonie ze złożonemi w tyle rękami ku nieopisanemu uszczęśliwieniu domowego lekarza, który w ostatnich sześciu tygodniach trąbił w uszy swoich pacyentów, przyjaciół i znajomych, że niebawem pani Dombi "pojedzie do Rzymu" i jego zaproszą na uroczystość tego zdarzenia wraz z doktorem Parkerem Pepsem.

- No, cóż, panie? - pytał Peps dźwięcznym basowym głosem - czy stan pańskiej szanownej ledi do tej chwili cokolwiek się polepszył?

- Czy się polepszył? - dodał lekarz domowy i równocześnie ukłonił się znakomitemu akuszerowi, jak gdyby chciał powiedzieć: przepraszam, że mięszam się do rozmowy, lecz to nader ważny wypadek.

Pan Dombi stracił głowę od tych pytań. On nie myślał o chorej, nie wiedział więc, co odrzec. Oprzytomiawszy zapewnił, że doktor Peps zrobi mu prawdziwą przyjemność, jeśli pofatyguje się na górę.

- A, mój Boże! - z niepokojem mówił Parker Peps. - Nie możemy przed panem ukrywać, że jej wysokość księżna - przepraszam: plączę nazwiska - że, chciałem powiedzieć, pańska szanowna ledi niezmiernie osłabiona i w całym jej organizmie widoczny brak sprężystości, a to taka oznaka, jakiej nie radzibyśmy...

- ... widzieć, dopowiedział lekarz domowy, ze czcią chyląc głowę.

- Właśnie to chciałem wyrazić - mówił Parker Peps - tej oznaki nie radzibyśmy widzieć. Ze wszystkiego da się poznać, że organizm ledi Kenkebi - przepraszam, organizm, chciałem powiedzieć pani Dombi - ale że też to ja zawsze muszę pomieszać nazwiska pacyentów.

- Nie dziw, przy tak ogromnej praktyce; mruczał lekarz domowy. Byłaby sztuka - nie pomieszać. Doktor Parker Peps - znakomity, wielk....

- Bardzo panu dziękuję - przerwał doktor. Tak tedy miałem zauważyć, że organizm naszej pacyentki podległ takiemu wstrząśnieniu, że mógłby wprawdzie do równowagi wrócić, lecz na to potrzeba z jej strony wielkiego, dzielnego i....

- I potężnego - dodał lekarz domowy.

- Właśnie to chciałem powiedzieć - ciągnął doktór - i potężnego wysiłku. Pan Pilkins zgodnie z rolą lekarskiego doradcy w tym domu - a pewny jestem, że nikt nie zdołałby lepiej wykonywać tej roli....

- O! - zachwycał się lekarz domowy. - Jaki zaszczyt stać się godnym takiej pochwały z ust znakomitego nadwornego doktora Parkera Pepsa!

- Zbyt pan jesteś łaskaw - przeczył Parker Peps - Pan Pilkins, powtarzam, jako lekarz domowy, zna bardzo dobrze normalny organizm pacyentki, znajomość zaś taka w obecnem położeniu nader cenna. Obaj jesteśmy zdania, że natura musi uczynić potężny wysiłek, a gdyby wbrew nadziei nasza interesująca pacyentka hrabina Dombi - przepraszam - gdyby pani Dombi nie...

- Nie była w stanie - przerwał lekarz domowy.

- Otóż właśnie. Gdyby pani Dombi nie wytrzymała tego wytężenia, to może nastąpić niebezpieczny, bardzo niebezpieczny moment, którego skutki niepożądane będą dla nas obu.

Przez parę chwil obaj milczeli, pochyliwszy głowy. Wnet na dany znak doktora Pepsa - obaj udali się na górę. Lekarz domowy z ukłonami otwierał drzwi przed znakomitym kolegą.

Bylibyśmy niesprawiedliwi względem pana Dombi, gdybyśmy powiedzieli, że opinia lekarzy nie wywarta nań wrażenia. Prawda, nie był on wcale człowiekiem, któregoby kiedykolwiek cokolwiek mocno zdołało poruszyć; lecz gdyby tak - uchowaj Boże - żona nagle zasłabła i zmarła, bez wątpienia pan Dombi wielceby się smucił; czułby wówczas, że jego gospodarstwu domowemu zabrakło jednego z najkosztowniejszych przyborów - i strata owa byłaby dotkliwą. Lecz rozumie się samo przez się - żal byłby spokojny, chłodny, dżentlmeński.

Dopóki pan Dombi rozmyślał o tej kwestyi dały się słyszeć spieszne kroki i szelest sukni na schodach. Nagle wbiegła do pokoju kobieta niemłodego wieku, ale strojna podług ostatniej mody, jak młodziutka dama w rozkwicie wdzięków i urody. Twarz i cała postać dowodziły silnego wzruszenia. Porywczo rzuciła mu się na szyję, mówiąc drżącym głosem:

- Pawle, drogi mój Pawle! On jest prawdziwym Dombi!

- Cóż w tem osobliwego? - wtrącił brat.

Pan Dombi był bratem ledi. - Familijne podobieństwo musi istnieć. Ale czemuś tak wzburzona, Luizo?

- Ach, wiem, jak to niemądrze - mówiła Luiza, siadając i biorąc z torebki chusteczkę - ale to prawdziwy, jakby ulany Dombi! W życiu nie spotkałam takiego podobieństwa.

- Jakże się ma Fanni? - pytał pan Dombi. - Co się z nią dzieje?

- Nic - drogi Pawle - stanowczo nie, wierzaj mi, najzupełniej nic. Niewielkie zmęczenie, {{Korekta|wycerpanie|wyczerpanie} sił, ani podobieństwa do tego, co ja wycierpiałam przy Jerzym lub Fryderyku. Musi nieco przeboleć - oto wszystko. Ach, gdyby Fanni była Dombi! Lecz nie wątpię, jestem pewna, ona zdobędzie się na tę moc, jakiej wymagają; wszak wie, jak to potrzebne. Ach, drogi Pawle, jam tak wzburzona, drżenie przenika mnie od stóp do głowy: to niemądrze, bardzo niemądrze. Cóż poradzę? Taka już jestem. Każ mi też podać kieliszek wina i co przekąsić. Myślałam, że padnę na schodach, gdym biegła od Fanni i spojrzała na nasze maleństwo.

Wtem dały się słyszeć ciche kroki i zlekka zapukano we drzwi.

- Pani Czykk! - ozwał się miękki głos niewieści. - Jak się pani miewa?

- Drogi Pawle - szeptała Luiza - to panna Toks, piękna i nader interesująca. Panno Toks - przedstawię ci - mój brat, pan Dombi: Pawle drogi: oto moja najszczersza przyjaciółka - panna Toks.

Tak zarekomendowana - była to wysoka, chuda osoba z twarzą zwiędłą, jak gdyby policzki jej niegdyś pomalowano farbą, która się z czasem starła i znikła. Natomiast był to chodzący wzór uprzejmości i dobrego wychowania. Miała zwyczaj wsłuchiwać się, gdy do niej mówiono i uważnie patrzeć w twarz mówiącego, jakby pragnęła na wieki w pamięci utrwalić portret jego; stąd głowa jej stale pochylała się w jedną stronę. Ręce przywykły mimowoli na znak podziwu wznosić się do góry; oczy wyrażały ciągłe zdumienie. Głos miała cichy i przymilający się; między oczami powyżej nosa tkwiła duża brodawka, a wielki orli nos pochylał się ku dołowi, jak gdyby niezachwianie postanowił nigdy do góry się nie wznieść.

Ubierała się dobrze, nawet modnie, lecz w stroju zawsze wydawała się sztywną i niezgrabną. Na kapeluszu zwykle widniały różnobarwne kwiatki a we włosach jakieś dziwaczne bukiety. Ciekawe oczy uważały, że na kołnierzykach, mankietach, warkoczach, wogóle tam, gdzie miał być węzeł, dwa końce nigdy się nie schodziły należycie, lecz wrogo jakoś nawzajem sobie groziły. W zimie nosiła różne futrzane ozdoby: boa, mufki, lecz wszystko to, nie przylegało i włos futra zwykle jeżył się w różne strony. Lubiła też nosić małe torebki z zameczkami, które jak z pistoletu strzelały przy zamykaniu. Gdy była w stroju galowym, panna Toks zawieszała na szyi medalion, mający wygląd rybiego oka bez wyrazu. Te i inne własności jej kostyumu sprzyjały wytworzeniu się mniemania, że panna Toks nie rozporządza znacznymi środkami, a taką opinię ona sama usiłowała przy każdem wydarzeniu wyzyskać na własną korzyść. Jej drobny krok był też dla niej pożyteczny: zazwyczaj dzieliła każdy krok na dwie, trzy części - i to, jak myśleli ludzie, dlatego, że panna Toks z każdej rzeczy starała się jak najwięcej zysku wydobyć.

- Upewniam panią - mówiła panna Toks - zawsze uważałam za największy zaszczyt być przedstawioną panu Dombi; nigdy atoli nie spodziewałam się doznać tego zaszczytu w takiej właśnie chwili. Łaskawa, miła pani Czykk... pozwól mi nazywać cię po prostu Luizą.

Pani Czykk serdecznie uścisnęła rękę panny Toks, postawiła kieliszek, otarła łzę i cichym głosem przemówiła; daj ci Boże szczęście!

Droga Luizo - ciągnęła panna Toks - nieoceniona moja przyjaciółko, jakże się miewasz?

- Teraz nieco lepiej - napij się wina, najdroższa, jesteś prawie tak wzruszona, jak ja. Musisz się wzmocnić.

Pan Dombi zaczął zapraszać.

- Otóż tak, kochany Pawle - mówiła pani Czykk, trzymając przyjaciółkę za rękę - wiedząc, jak niecierpliwie wyczekiwałam tej chwili, niezrównana panna Toks przygotowała dla Fanni malutki podarunek, który obiecałam doręczyć. Jest to poduszeczka do szpilek; lecz muszę cię zapewnić, miły Pawle, panna Toks okazała w tem niezmierną delikatność serca. Na poduszeczce wyszyła: "Witaj mi, malutka Dombi". Jak ci się podoba?

- Powinnaś mnie wytłomaczyć, droga Luizo - ozwała się z prośbą w głosie panna Toks - tylko jakby to powiedzieć - niewiadomość tego, co ma przyjść na świat skłoniła mię do przyjęcia takiego napisu. Daleko przyzwoiciej byłoby wyrazić się:

"Witaj mi, Panie Dombi!" - lecz kto mógł wiedzieć, że doczekamy się takiego aniołka. Wiedząc o tem, nigdybym nie pozwoliła sobie na taką poufałość.

To mówiąc panna Toks ukłoniła się z gracyą, a pan Dombi również odwzajemnił się pięknym ukłonem. Trzeba wyznać, że brat uważał swą siostrę zawsze za kobietę słabą i próżną; niemniej pani Czykk wywierała nań znaczny wpływ, gdyż umiała zastosować się do jego charakteru, wciąż mówiąc o Dombi i Synie.

- Oto teraz - ozwała się pani Czykk ze słodkim uśmiechem - gotowa jestem wszystko Fanni przebaczyć, wszystko!

Po tym wybuchu miłości chrześcijańskiej zrobiło się lekko na sercu pani Czykk. Właściwie mówiąc, nie miała co przebaczać swej szwagrowej, gdyż ta nie zawiniła w niczem względem niej. Cały występek polegał na tem, że ośmieliła się poślubić jej brata lub chyba jeszcze na tem, że przed sześciu laty powiła dziewczynkę nie chłopca oczekiwanego. Pani Czykk wielekroć powtórzyła, że nie spodziewała się tego po niej i że to z jej strony zła odpłata za honor, jaki się stał jej udziałem.

W tej chwili pana Dombi powołano spiesznie do sypialni a damy zostały same. Panna Toks natychmiast przybrała zachwyconą minę.

- Wiedziałam - zauważyła pani Czykk - że brat ci się podoba. Przepowiadałam, że będziesz go podziwiała.

Ręce i oczy panny Toks wyraziły najgłębszy podziw.

- A jaki to bogacz, moja droga!

- Nawet mi o tem nie mów! - westchnęła panna Toks.

- Olbrzymi majątek!

- A jaka to postawa, jaki układ - szlachetny, okazały! Widziałam w życiu wielu mężczyzn, wielu dżentelmenów: w nikim niema połowy tej godności. Jakieś w nim dostojeństwo połączone z prostotą - a pierś jaka szeroka! Prawdziwy finansowy książę Yorku! Oto jakbym go nazwała.

- Co ci jest, drogi Pawle - zawołała siostra do wchodzącego brata. - Takiś blady, czy tam się co złego stało?

- Straszna rzecz, Luizo. Lekarze orzekli, że Fanni...

- Nie wierz im, drogi Pawle, nie wierz! Zaufaj memu doświadczeniu, znam się na tem. Fanni musi zdobyć się na męstwo - oto wszystko. Ale do tego - ciągnęła, zdejmując kapelusz i nakładając rękawiczki - trzeba ją zachęcić, pobudzić i nawet przymusić w razie potrzeby. Chodźmy do niej.

Na ten raz pan Dombi naprawdę dał wiarę siostrze, jako kobiecie doświadczonej. Trochę się uspokoił i w milczeniu udał się za nią do pokoju chorej.

Położnica leżała na łożu, jak pierwej, tuląc ku sobie córeczkę. Dziewczynka jak wprzódy przylgnęła do matki, nie odejmując główki ani policzka od jej twarzy. Nie zwracała uwagi na otoczenie, nie odzywała się, nie szlochała.

- Stan jej pogarsza się bez tej dziewczynki - szepnął doktor panu Dombi. - Umyślnie zostawiliśmy ją przy niej.

Koło łoża nastała przejmująca cisza. Lekarze śledzili niknące życie z takiem współczuciem i beznadziejnością, że pani Czykk zrazu chciała odstąpić od swego zamiaru. Wnet jednak, zdobywszy się na odwagę, przysiadła do łoża i pocichu, jakby pragnęła obudzić śpiącą, zawołała:

- Fanni, Fanni!

Żadnej odpowiedzi! Uroczystą ciszę przerywał tylko głośny chód kieszonkowego zegarka pana Dombi i doktora Parkera Pepsa.

- Fanni, droga Fanni! - powtórzyła pani Czykk z nienaturalnym humorem - oto pan Dombi, pragnąłby z tobą pomówić. Nie mogłabyś z nim porozmawiać? Trzebaby tu ułożyć twe dziecię, Fanni, twego syna, moja droga. Nie widziałaś go jeszcze? Nie można go ułożyć, póki się nie podniesiesz. No moja droga, zdobądź się na wysiłek... Nuże!

Pochyliła się nad łożem i słuchała, spółcześnie porozumiewająco zerkając ku świadkom i podniósłszy palec ku górze.

- Nuże, no! - powtórzyła. - Co mówisz, Fanni? Nie słyszałam.

Uparte milczenie! Ani słówka odpowiedzi! Zegarki pana Dombi i Pepsa biegły jakby na wyścigi.

- Cóżeś ty w samej rzeczy, miła Fanni - ciągnęła pani Czykk, zastępując żartobliwy ton surowym - pogniewam się na ciebie, jeżeli się nie ruszysz. Musisz uczynić wysiłek, choćby był bolesny, męczący. Wszak wiesz, Fanni, nic na tym świecie nie odbywa się lekko; nie powinniśmy tracić odwagi, gdy tak wiele od nas zależy. No, sprobój, porusz się, bo na seryo będę się na ciebie gniewała.

Bieg zegarków wśród głuchej ciszy stawał się szalonym: rzekłbyś uderzają na siebie i walczą.

- Fanni - ciągnęła Luiza, oglądając się z rosnącym niepokojem. - Spójrz na mnie chociaż! Otwórz oczy i okaż, że mnie słyszysz i rozumiesz. Dobrze? - Ach, mój Boże! No i co tu robić, panowie?

Lekarze spoglądali znacząco na siebie przez łoże. Akuszer schylił się i szepnął coś do ucha dziecka. Dziewczynka nie pojęła słów spojrzała zamarłym wzrokiem na doktora, lecz nie zmieniła pozycyi.

Doktor powtórzył swe słowa.

- Mamo! - odezwała się dziewczynka.

Znajomy ulubiony głos rozniecił promień świadomości w gasnącej duszy. Chora rozwarła powieki i lekki cień uśmiechu zajaśniał na jej wargach.

- Mamo! - wołało dziecko z głośnym płaczem. - O, moja droga, ukochana Mamo!

Doktor zlekka usunął sploty włosów dziewczynki od twarzy i ust matki. Jakże one cicho tam leżały! Jak słabe było ust tych tchnienie!

I biedna matka, mocno ująwszy wątłą gałązkę, w jej objęciu spoczywającą, popłynęła w dal na zimne tajemnicze morze, które burzliwą falą piętrzy się naokół całego świata.

___

IV. Pojawiają się nowe osoby.

Kantor Dombi i Syn leżał w City, w ruchliwej handlowej części Londynu, gdzie słychać było dzwony świątyń, o ile ich nie głuszył hałas ulicy. Obok atoli znajdowały się kąty wcale romantyczne: Gog i Magog, dwa znamienite posągi miejskie, odległe o dziesięć minut pieszej drogi, giełda królewska jeszcze bliżej, a wspaniałym jej sąsiadem bank angielski, w którego podziemiach spoczywały, jak zmarli w sarkofagach, stosy złota i srebra.

Na rogu wznosił się bogaty dom Towarzystwa Indyjskiego, która to nazwa przypominała drogie kamienie i tkaniny, tygrysy, słonie, drzewa palmowe, wachlarze, palankiny i ciemnych strojnych książąt, z powagą siedzących na dywanach. Widać tu było afisze okrętów, płynących z żaglami rozwiniętymi do różnych części świata; magazyny z mnóstwem towarów, którymiby można w krótkim czasie największy okręt napełnić - tu wreszcie na drzwiach sklepów z przyrządami żeglarskimi wystawiono małych miczmanów z drzewa w starych mundurach, jak gdyby dla dozoru nad jadącymi powozami.

Twórcą i właścicielem jednej z tych rzeźb - którąby można nazwać najbardziej drewnianą - tej, która wypukło wyskakiwała z tła, poważnie prawą nogę naprzód wysunąwszy, ubrana w trzewiki ze sprzączkami, w kaftan z wylotami i przy prawem oku trzymała nieproporcyonalnie wielką w stosunku do postaci maszynę - jedynym twórcą i właścicielem tego miczmana, nad wyraz z niego dumnym, był sędziwy jegomość w peruce, który zaczął płacić komorne, podatki wiele lat przed przyjściem na świat najstarszego z żywych dziś miczmanów - z krwi i kości. A przecież w angielskiej flocie niemało miczmanów wcale poważnego wieku. Sklep owego starego dżentlmena pełen był chronometrów, barometrów, teleskopów, kompasów, sekstantów i wszelkich instrumentów, nieodzownych dla kierowania okrętem.

Miedziane i szklanne rzeczy w surowym porządku rozłożono na półkach i pakach, tak że niewtajemniczeni nie mogliby odgadnąć ich użytku ani napowrót ułożyć, gdyby im zechciało się je wyjąć i rozebrać. Każdy przedmiot zamykał się w futerale z drzewa różanego tak szczelnie, że najmniejsza wypukłość dokładnie przylegała do wklęsłości i wszystko to dla ochrony od zepsucia i nieładu przy kołysaniu się okrętu. Ażeby oszczędzić miejsca i ściślej ułożyć przyrządy, użyto niezwykłych środków, mnóstwo przedmiotów niezbędnych dla żeglugi kryło się w każdem pudle, a sklep i przyrządy miały wygląd tak zwarty i tak podobne były do pływającego futerału tylko bez wody morskiej, jakby czekały na to, aby się puścić na daleką bezludną wyspę.

Szczegóły życia szanownego właściciela instrumentów morskich, który chlubił się drewnianym miczmanem, wzmacniały tę opinię. Rozległe koło znajomych tworzyli żeglarze, zjadający u niego suchary okrętowe i wędliny. Marynaty podawały się w naczyniach z napisem: handel prowizyą okrętową, a napoje podawano w nizkich z krótkiemi szyjkami karafkach, używanych na morzu. Na ścianach w symetrycznym porządku wisiały widoki okrętów z alfabetycznym spisem ich części składowych; komin zdobiły rzadkie muszle, mech i rośliny morskie; niewielki kantor z tyłu sklepu otrzymywał światło niby kajuta od szyby w górze.

Gospodarz, kapitan tego pływającego futerału, mieszkał samiuteńki ze swym krewnym Walterem, czternastoletnim chłopcem, który jakby dla uzupełnienia tej charakterystyki podobny był do miczmana. Sam zaś Salomon Hils lub, jak go zwano krótko, staruszek Sol - wcale nie miał wygląda morskiego wilka. Był to człowiek powolny, milczący, ponury i wcale nie był podobny do korsarza w swej gładkiej i gęstej peruce. Czerwone oczka migały niby dwa miniaturowe słońca z poza mgły - a spojrzenie ich tak było mętne, jak gdyby przez dwa lub trzy dni z rzędu wciąż patrzył przez silne szkła, a potem naraz, odjąwszy je, wszystkie przedmioty ujrzał w zielonem świetle. Nigdy w niczem nie zmieniał swego stroju. Bardzo rzadko zastępował swój kawowy garnitur z jasnymi guzikami na inny także kawowy. Szyję otaczał wysoki stojący kołnierzyk, oczy zdobiły złote okulary, a w kieszeni spoczywał ogromny chronometr i starzec tak wierzył dokładności jego wskazań, że byłby posądził o spisek wszystkie ścienne i kieszonkowe zegary w mieście, a nawet samo słońce rychlej, niżby zwątpił o swym drogocennym chronometrze. Tak długie lata przeżył w swym sklepie i kantorze za drewnianym miczmanem; sypiał stale na strychu, zdała od mieszkań, gdzie chwilami rozkosznie gwizdał wiatr i szumiała burza, gdy tymczasem mieszkańcy dołu nie mieli pojęcia o pogodzie.

Poznajemy Salomona Hilsa w dniu jesiennym o pół do szóstej po południu w chwili, gdy staruszek wydobył z kieszonki swój nieskazitelny chronometr. Ulice pustoszały, tłumy przechodniów rozpłynęły się i zanosiło się na całonocną szarugę. Wszystkie barometry w sklepie opadły, a krople dżdżu już kapały na lakierowany kapelusz drewnianego miczmana.

- Gdzie też przepada Walter? - mówił Salomon Hils - ponownie z uwagą badając chronometr. Od pół godziny gotów obiad, jego zaś jak niema, tak niema.

Zrobiwszy pół obrotu na kantorowym fotelu, pan Hils przechylił się do okna i spojrzał przez szpary między instrumentami, czy nie idzie kuzyn. Lecz nie było go na ulicy. Koło sklepu szli spóźnieni przechodnie pod mokrymi parasolami, dwaj chłopcy, rozlepiacz afiszów leniwie wlókł się w swej klejem obrudzonej bluzie i przystanąwszy przede drzwiami kreślił palcem imię swe na miedzianej desce, na której błyszczało nazwisko Hilsa.

- Gdybym nie wiedział, że mnie kocha i bez mej zgody nie pójdzie służyć na żadnym statku, niepokoiłbym się o niego - mruczał pan Hils, pukając palcami o szkła paru barometrów. - Wszystkie barometry spadły! Co za szaruga na dworze! Ba - ciągnął, zdmuchując pył ze szkła kompasu - ta skazówka z taką samą siłą nachyla się ku temu pokojowi, jak Walter ku swemu zajęciu. Jak też to zgodził się kierunek pokoju! Prosto na północ! Z dokładnością do 1/20 stopnia.

- Wuju Sol!

- A, to ty, mój drogi! - zawołał kupiec instrumentów żeglarskich, zwracając się z krzesłem.

Do pokoju wbiegł wesoły, bystrooki, kędzierzawy chłopiec z twarzą zarumienioną od szybkiego biegu.

- No, wujaszku, cóżeś czynił bezemnie? Obiad gotów? Bardzo jestem głodny.

- Com robił? - dobrodusznie mówił Salomon - czyż to nie mam co robić, gdy niema takiej psoty, jak jegomość? Obiad od pół godziny gotów, a mnie też jeść się chce.

- Chodźmyż, wujaszku - zawołał chłopiec. Niech żyje admirał!

- Tfu, zgiń, przepadnij! - przeczył Hils. - Chciałeś pewnie powiedzieć: lordmajor!

- Wcale nie! Niech żyje admirał! Niech, żyje admirał! Naprzód! Marsz!

Równocześnie peruka i jej pan znalazły się w tylnym pokoju. Wujaszek Sol i bratanek gorliwie zabrali się do łososia, mając w perspektywie pieczyste.

- Niech żyje lordmajor, kochany Walu! Na co nam admirałowie. Twoim admirałem obecnie jest lordmajor.

- A niech go tam! - mówił chłopiec energicznie trzęsąc głową. Lepszy rycerz. Tylko patrzeć, jak miecz swój wyciągnie.

- Co tam miecz jego! Spójrz tylko Walu a komin.

- A któż to na gwoździu zawiesił moją srebrną czarkę? - pytał młodzieniec.

- Ja - odrzekł starzec. Teraz niepotrzebna. Dziś pić będziemy szklankami, Walterze, jak ludzie stateczni, jak obywatele. Wszakże od dzisiaj wstąpiliśmy na szeroką drogę życia.

- Doskonale, wuju! Za twoje zdrowie pić będę, ile zdołam i z każdego naczynia. Niech żyje wujaszek Sol i...

- Lordmajor! dokończył stary.

- Niech żyje lordmajor, szeryf, radcowie i cała rada miejska! zawołał chłopiec.

Wuj z wieliem ukontentowaniem kiwał głową.

- No, teraz opowiadaj o swym domu handlowym - zachęcał.

- E, wuju, o tem niema co wiele prawić. Kantor ciemny i posępny; w pokoju, gdzie siedzę, wysoki kominek, żelazna kasa, kilka map, kalendarz, pulpity, krzesła, kałamarz, księgi, kosze i moc pajęczyny, tak że jedna gęsta siatka pajęcza z siną muchą wisi wprost nad moją głową.

- I nic więcej?

- Nic prócz starej klatki - nie wiem, jak się tam dostała - i prócz kosza do węgli.

- A księgi rachunkowe i czekowe, a księgi dłużne i portfel wekslowy i inne dokumenty kupieckie handlowego domu?

- O, tego dobrego, ja myślę, znajdzie się dużo, ale to wszystko kryje się w pokojach pana Karkera, pana Morfina lub też pana Dombi.

- Czy pan Dombi był dziś w kantorze?

- Był. Nieraz wchodził i wychodził.

- Z tobą, rozumie się, nie rozmawiał?

- Przeciwnie. Przechodząc koło mnie - taki dumny i wyniosły - rzekł: "a, ty jesteś synem pana Hilsa, mechanika przyrządów żeglarskich?"

- Kuzynem, panie - odrzekłem. "No, właśnie, ja też mówię - kuzynem." A naprawdę, wuju, nazwał mię twym synem, nie krewnym.

- Pomyliłeś się, mój drogi - i koniec.

A zresztą niewielka szkoda.

- Naturalnie, że niewielka. Tylko to niemiłe, że taki zimny i pyszny. Potem pan Dombi przypomniał, żeś mnie polecał mu do jego kantoru, że powinienem być pilny i punktualny - i wyszedł. Nie bardzo mu się chyba podobałem.

- Chciałeś zapewne powiedzieć, że on się tobie nie bardzo podobał?

- Może być, - wuju - ale nie myślałem o tem.

Po obiedzie Salomon odzyskał humor i spoglądał na chłopca. Gdy już sprzątnięto ze stołu - potrawy przynoszono ze sąsiedniej restauracyi - udał się z chłopcem do piwnicy i poszukawszy w różnych zakątkach, powrócił ze starą, zapleśniałą flaszką, okrytą kurzem i piaskiem.

- Co czynisz, wuju! Wszak to twoja ulubiona madera! Są jej tylko dwie butelki.

Stary Sol kiwnął głową na znak, że wie, co czyni i z uroczystą powagą wyciągnął korek. Potem nalał dwie szklanki i postawił butelkę na stole wraz z trzecią szklanką.

- Drugą butelkę, Walu, wypijemy, gdy już zrobisz karyerę t. z. gdy staniesz się porządnym, szanowanym, szczęśliwym człowiekiem, gdy przewodnia gwiazda nowego dziś przez ciebie zaczętego życia - Boże, wysłuchaj mej prośby - zaprowadzi cię równą, gładką drogą do celu. Błogosławię cię z głębi serca.

Mgła, wciąż zasłaniająca oczy starca, jakgdyby osunęła mu się na gardło; głos stał się drżącym i ręka trzęsła się, gdy trącał się z młodzieńcem. Pokosztował wina i wnet ciężkie brzemię spadło z ramion, a jasny uśmiech zaigrał na wargach.

- Kochany wuju - mówił wzruszony chłopiec, uśmiechając się przez łzy - jestem ci niezmiernie wdzięczny za zaszczyt... i tak dalej i tak dalej. Pozwól i mnie teraz wznieść toast. Vivat, pan Salomon Hils! Niech żyje milion razy! Hura!

Znowu trącili szklankami. Walter pił oględnie, umoczył wargi i wzniósłszy szklankę, z miną znawcy oglądał płyn pod światło. Parę minut stary w milczeniu spoglądał na bratanka, a gdy oczy ich się spotkały, ciągnął myśl swoją:

- Widzisz, Walu - jam się zrósł ze swem zajęciem. Tak już doń przywykłem, że żyć bez niego nie mogę. A tymczasem interesy idą źle, bardzo źle. Gdy jeszcze były w użyciu te mundury - ukazał drewnianego miczmana - można było i warto było trudnić się tym interesem! A teraz... rywalizacya, nowe wynalazki, mody... Świat mnie prześcignął. Nie wiem, gdzie podzieli się moi odbiorcy, a i sam, Bóg wie, gdzie jestem.

- Dosyć, wujaszku, nie myśl o tem.

- Odkąd wróciłeś z pensyi tj. od dni dziesięciu - jeden gość zajrzał do mego sklepu.

- Dwaj, wujaszku. Czyż nie pamiętasz? Najpierw przyszedł jakiś pan z prośbą o zmianę gwinei...

- No, tak i nikt więcej.

- Jakto, wuju! A zapomniałeś o kobiecie, która pytała, jak się idzie do Tempejk?

- Prawda, zapomniałem. Zatem dwoje.

- Ale żadne nic nie kupiło!

- Rozumie się, że nie.

- Nawet zdaje się niczego nie żądali.

- Pewnie, gdyż kupiliby sobie w innym sklepie.

- Zawsze jednak przychodziło dwoje ludzi, a ty mówisz, że jeden gość.

- E, mój Walterze! - mówił starzec po chwilowem milczeniu. - Wszakżeśmy nie dzicy na odludnej wyspie Robinzona Kruzoe. Cóż stąd, że jeden zmienił u nas pieniądze a druga spytała o drogę. Czy to nasyci? Naprawdę, życie nas prześcignęło i brak siły za niem podążać. Nie to, co dawniej: i mistrze nie ci, i uczniowie inni, i interesa gorsze, i towary również. Moje przyrządy wyszły z mody, a ja jestem stary kupiec w starym sklepie. Na co się komu przydam? Nawet ulica nasza zmieniła się. Wszystko nie tak, jak było. Tak to! czas mnie wyprzedził i nie pora go ścigać. Wrzawa życia już mię straszy.

Walter chciał odpowiedzieć, lecz wuj go wstrzymał.

- Oto dlaczego radbym cię co rychlej wprowadzić do świata interesów, jam już nie działacz, raczej cień działacza: umrę i cień zniknie. Liche to dziedzictwo. Dobrze jeszcze, żem na twą korzyść mógł wyzyskać resztkę mych dawnych stosunków. Sąsiedzi myślą, żem bogaczem. Pragnąłbym dla twego dobra, żeby to było prawdą. W każdym razie, wstąpiwszy do handlowego domu Dombi, doskonałą masz przed sobą drogę. Bądź czynny, dziecko moje, pracuj, idź naprzód - a Bóg ci pobłogosławi!

- Ze wszystkich sił będę się starał ziścić twe nadzieje, drogi wuju i nie zapomnę rad - z powagą odrzekł młodzian.

- Wiem i o tem nie wątpię. No, a co się tyczy żeglarstwa, to ładne w marzeniach, w istocie na nic. Pewnie, patrząc wciąż na te przyrządy, zżyłeś się z myślą o morzu, ale to głupstwo, mój przyjacielu, stanowcze głupstwo!

Jednakże Salomon Hils, mówiąc o morzu, zacierał ręce z ukrytem ukontentowaniem i patrzył z nieopisaną rozkoszą na swe morskie instrumenty.

- Oto na przykład - wino. Bóg wie, ile razy spacerowało do Indyi tam i nazad, a nawet świat wokół okrążyło, widziało noce jak węgiel czarne, słyszało wiatrów świst i ryki burzy morskiej...

- Pioruny, błyskawice, deszcz, grad, straszliwe huragany! - żywo kończył chłopiec.

- Tak - winko to przebyło różne koleje. Wyobraź sobie, jak skrzypią i trzeszczą maszty okrętowe, jak wyje wicher w linach...

- Jak majtkowie pędzą i wspinają się na reje, jak usiłują wzmocnić żagle, a okręt jak szalony mknie i podskakuje...

- Wszystko to widziała stara beczka z tą szacowną maderą. Gdy Piękna Salli odbijała...

- Na Bałtyk w noc ponurą! Pamiętam, pamiętam! Zginęła o północy czternastego lutego 1749 roku!

- Właśnie! Na okręcie było pięćset beczek tego wina - i cała załoga z wyjątkiem pierwszego masztowego, pierwszego porucznika, dwóch majtków i jednej damy, ratującej się łódką - rzuciła się do beczek, rozbiła je, upiła się na śmierć winem i śród uroczystego śpiewu Rule Britannia razem z okrętem, wściekle klnąc i krzycząc - poszła na dno.

- A pamiętasz, wuju, jak to straszliwy wicher przypędził "Jerzego II. " do wybrzeży Kornwału na parę godzin przed zachodem słońca czternastego marca 1701 roku? Na statku było 200 koni. Przerażone huraganem zerwały się z uwięzi, pędziły pod pokładem, kopały i deptały się, rżały, skowytały i sprawiły taki przerażający hałas, że załoga myślała, jakoby tysiąc czartów owładło statkiem. Najlepsi żeglarze utraciwszy przytomność, zginęli w morzu i dwoje ledwie ocalało świadków zdarzenia.

- A pamiętasz, kiedy Polifem...

- Kupiecki wschodnio-indyjski okręt Onersa, Wiggsa i Co. o 350 tonach, kapitan Dżon Broun z Deptfortu? - wołał Walter.

- Ten sam. Gdy na nim czwartego dnia żeglugi koło Jamajki wybuchły płomienie...

- Na okręcie wówczas byli dwaj bracia - przerwał młodzieniec żywo i z ogniem. W jednem okrętowem czółnie, po brzegi napchanem ludźmi, wolne było jedno miejsce i żaden z braci nie chciał zeń korzystać, aż starszy wrzucił w czółno młodszego przemocą. Wówczas młodszy zawołał: "Edwardzie! Pomyśl o swej narzeczonej! Jam jeszcze chłopiec i nikt w domu nie czeka na mnie. Zajmuj co prędzej moje miejsce!". To mówiąc, rzucił się w morze.

Walter pod wpływem opowieści zerwał się z krzesła a jego płonące oczy i silny rumieniec przypomniały Salomonowi to, co mu wyszło z głowy. Zamiast ciągnąć ulubioną gawędę, zakaszlał sucho i rzekł;

- Pomówmy o czem innem, Walterze.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

III. Pan Dombi staje się - jako człowiek i ojciec - głową rodzinnego departamentu.

Gdy już minęły pogrzebowe ceremonie zmarłej ledi ku zupełnemu zadowoleniu grabarza i sąsiadów, nader wymagających pod każdym względem i gotowych do obrazy, gdy się cokolwiek z ceremoniału uroniło, różne osoby w gospodarstwie pana Dombi wstąpiły w koło swych zajęć. Mały ów światek, jak i wielki, niestety, celował w zdolności prędkiego zapomnienia o swych zmarłych. Gdy już kucharka oznajmiła, że pani ś. p. była cicha, gdy klucznica dodała, że taki to los wszystkich ludzi, gdy klucznik westchnął: mój Boże, ktoby to mógł pomyśleć, a pokojówka z lokajem przekonywali, że im się wszystko jakby snem wydaje - cała kwestya wyczerpała się doszczętnie i wszyscy jednogłośnie uchwalili, że żałoba całkowicie się już zaczęła zużywać.

Co się tyczy Ryczards, zamkniętej na górze w charakterze honorowego więźnia, jutrzenka nowego życia, jak się zdawało, zimno i posępnie wschodziła. Ogromny dom pana Dombi wznosił się po ocienionej stronie ulicy modnej między portlendzkim placem a brajenstońskim skwerem. Był to narożny dom w dolnej części pełen piwnic i podziemi okratowanych, smutny dom z oficynami w głębi, mieszczącemi rząd pokoi, zwróconych na podwórze, żwirem wysypane, w którem tkwiły dwa suchotnicze drzewa ze szczerniałymi pniami i gałęźmi, z brudnymi liśćmi, które raczej skrzypiały, niż szemrały poruszone wiatrem. Blask letniego słońca zjawiał się na ulicy tylko poranną porą wraz z woziwodami, stróżami, handlarzami starzyzną, łataczami parasoli, kwiaciarkami i ulicznymi zegarmistrzami, którzy bytność swą oznajmiali brzękliwym głosem dzwonków.

Zaledwie słońce ginęło z ulicy, pojawiały się wędrowne orkiestry, kataryniarze z małpami, przekupnie białych myszy a czasem nawet jeża. O zmroku, gdy cała ta czereda ze zdobyczą targu znikała, wychodzili z wrot domowych lokaje, o ile państwo nie jedli w domu obiadu, i lampiarz wedle zwyczaju czynił daremne wysiłki oświetlenia ulicy gazem.

Ogromny to był i pusty dom pana Dombi zewnątrz i wewnątrz. Zaraz po pogrzebie kupiec kazał nałożyć pokrowce na meble - może chciał je dla syna zachować - i komnaty miały wygląd niezamieszkałych prócz tych, w których mieszkał gospodarz na dole. Śród próżnych sal pojawiały się tajemnicze figury krzeseł i stołów, zgromadzonych razem i osłoniętych wielkimi całunami. Na dzwonkach, sztorach, zwierciadłach, otulonych arkuszami gazet, widniały urywkowe wieści o śmierciach i zabójstwach. Każdy żyrandol, zawinięty w płótno, wydawał się potworną łzą, spadającą z oka sufitu. Od każdego komina tchnęła wilgoć i stęchlizna, jak z grobowca. Zmarła i pogrzebana ledi spoglądała z ram obrazu, jak straszne widmo w białym całunie. A tymczasem wiatr rozwiewał wciąż na pół zgniłe resztki słomy, nasłanej na ulicy w czasie choroby pani. Strzępy te jakiemś dziwacznem prawem przyciągania wciąż zbierały się u progu przeciwległego domu będącego do wynajęcia, który - rzekłbyś - naszeptywał stamtąd jakąś żałosną opowieść oknom pana Dombi.

Komnaty przeznaczone przez kupca do własnego użytku tuż przy sali - składały się z gabinetu, biblioteki i jadalni, na którą zamieniono niewielką oszkloną galeryę, oknami zwracającą się ku suchotniczym drzewom, zajętym najczęściej przez koty. Biblioteka służyła równocześnie za garderobę, tak że woń welinu, pergaminu, skóry i safianu mięszała się w niej z wonią szuwaksu i butów. Wszystkie trzy pokoje były ze sobą połączone. Rano, gdy pan Dombi spożywał swe śniadanie i wieczorem, gdy wrócił, pani Ryczards miała na znak dzwonka przybywać do oszklonego pokoju i ze swym małym pupilem przechadzać się po nim. Rzucając chwilami okiem na pana Dombi, który siadał w oddalonym kącie i w milczeniu spozierał na dziecię z poza ciemnych, ciężkich mebli - dom dziadów i pradziadów był staromodny i ponury - mamka przekonywała się coraz więcej, że gospodarz podobny jest do więźnia w cytadeli lub do jakiegoś widma, gościa ze świata duchów, pozbawionego mowy i nie rozumiejącego żywych ludzi.

Od paru tygodni mamka tak żyła i nosiła codzień małego Pawła. Niekiedy pozwalano jej wychodzić, lecz nie samej. Zwyczajnie przybywała po nią pani Czykk w towarzystwie panny Toks. Zapraszały, aby z dziecięciem zażyła przechadzki na świeżem powietrzu, co znaczyło, żeby ceremonialnie pospacerowała po chodniku krokiem procesyi pogrzebowej. Gdy raz właśnie po powrocie z takiego spaceru Ryczards usiadła w swoim pokoju z dziecięciem u okna, drzwi pocichutku otworzyły się i na progu stanęła czarnooka dziewczynka.

- Pewnie to panna Florentyna powróciła od ciotki - pomyślała Ryczards, która dotąd nie znała córki pana Dombi. - Czem mogę służyć panience?

- To mój brat? - spytała dziewczynka, pokazując dziecię.

- Tak, moja duszko - odrzekła Ryczards - proszę go pocałować.

Lecz dziewczynka, nie ruszając się, z powagą spojrzała na mamkę i pytała:

- Co uczyniliście z moją mamą?

- Boże miłosierny! - zawołała Ryczards. - Jakie smutne pytanie! Co zrobiłam? Nic nie zrobiłam, panno Florentyno.

- Co oni zrobili z moją mamą? - powtórzyła Florcia.

- W życiu swem nie spotkałam nic podobnie wzruszającego - mówiła Ryczards, mimowoli stawiając się w położeniu zmarłej ledi i myśląc o własnej dziatwie. - Zbliż się, najdroższa i nie lękaj się mnie.

- Ja się pani nie lękam - odpowiedziało dziewczę, wchodząc do pokoju. - Ale muszę się dowiedzieć, co oni zrobili z moją mamą.

- Tę czarną sukienkę nosisz, kochanko, dla pamięci o matce.

- Ja pamiętam o mamie w każdej sukni - mówiło dziecko ze łzami w oczach.

- Ale taki to już obyczaj, żeby ubierać się w czarne suknie, gdy ktoś znika.

- Dokąd znika?

- Siądź tutaj - rzekła wzruszona kobieta - opowiem ci bajeczkę.

Z żywą wiarą, że otrzyma na swe pytanie odpowiedź, zdjęła Florcia kapelusz, usiadła na ławce u nóg piastunki i utkwiła w niej oczy.

- Była sobie - opowiadała Ryczards - pewna ledi, bardzo dobra ledi i miała małą córeczkę, a ta córeczka nadzwyczaj ją kochała.

- Bardzo dobra ledi i maleńka córeczka tkliwie ją kochała - powtórzyła Florcia.

- I podobało się Panu Bogu, żeby dobra ledi zasłabła i umarła. Dziecko drgnęło.

- I umarła dobra ledi i nikt jej więcej nie ujrzy. I pochowali dobrą ledi w ziemi, gdzie rosną drzewa..

- W zimnej ziemi! - przemówiła dziewczynka z dreszczem w całem ciele.

- Nie, nie, w ciepłej ziemi, gdzie brzydkie nasionka przekształcają się w prześliczne kwiatki, i w trawkę, i w kłosy i nie wiem już, w co jeszcze, gdzie dobre duszyczki zamieniają się w jasne aniołki i ulatują do nieba! Dziecko, które przed chwilą pochyliło główkę, podniosło ją i uważnie wpatrywało się w mówiącą.

- No, właśnie.... wieczny jej odpoczynek! mówiła Poili, mocno wzruszona badawczym wzrokiem, chęcią pocieszenia dziecka i małą wiarą we własny sukces.

- Otóż skoro już dobra ledi umarła, gdziekolwiekby ją położyli, odeszła ona do Boga! I modli się ta dobra ledi - ciągnęła do głębi rozrzewniona Poili, - żeby Pan Bóg nauczył maleńką córeczkę wierzyć, że ona szczęśliwa w niebie i po dawnemu kocha swe dziecię, - żeby jej wpoił nadzieję na całe życie, że i ona - ta maleńka córeczka zobaczy ją kiedyś w niebie i już nigdy, nigdy się nie rozłączy.

- To była moja mama! - zawołała dziewczynka i padła w objęcia piastunki.

- I serduszko tego dziecka - mówiła Poili, tuląc Florcię do serca - serduszko tej małej córeczki wezbrało taką tkliwością, taką wiarą, że słysząc o tem od obcej kobiety, nie umiejącej pięknie opowiadać, lecz takiej, która była biedną matką i tyle - znalazła dziewczynka w jej słowach ukojenie, przestała odczuwać swe sieroctwo, zalała się łzami, pokochała ową kobietę, przylgnęła do dziecięcia na jej kolanach śpiącego i wtedy, wtedy... ciągnęła Polli, pieszcząc włosy dziewczynki i oblewając je łzami, wtedy, moje, drogie, biedne dziecię....

- He! panna Flor! Cóż to panienka nie wie, jak gniewać się będzie ojczulek! - zabrzmiał od drzwi głośny, przenikliwy krzyk i wnet potem wbiegła nizka, cienka, z nosem zadartym czternastoletnia dziewczyna, której czarne oczy iskrzyły się i latały, jak jaskółki przed burzą. - Wszak panna ma najsurowszy zakaz przychodzić tu i niepokoić mamkę!

- Ona mi wcale nie przeszkadza - odrzekła zdziwiona Polli - ja bardzo lubię dzieci.

- Nie o to chodzi, nie o to chodzi, pani Ryczards - broniła się czarnooka napastnica z tak jadowitem spojrzeniem, jakby chciała połknąć swą ofiarę - bardzo przepraszam. Ja na przykład bardzo lubię bułeczki, a nie dają mi ich do herbaty.

- Nie o to też chodzi - powtórzyła Polli.

- A o cóż, podług ciebie, dobra moja pani Ryczards? Nie zaszkodziłoby pani doskonale zapamiętać, że do niej należy opieka nad panem Pawłem, mnie zaś powierzono dozór nad panną Florą.

- Czy tedy mamy się z sobą kłócić?

- Nie, wcale nie, niewzrównana moja pani Ryczards - najzupełniej nie - trajkotała dziewczyna. - Wcale nie pragnę kłótni. Panna Flora przy mnie na zawsze, pan Paweł przy pani chwilowo.

Mała gorączka wyrażała się zwięźle i mocno, bez tchu strzelając sentencyami, o ile myśl je na język niosła.

- Panna Florentyna dopiero co wróciła do domu, nieprawdaż? - pytała piastunka.

- Właśnie, pani Ryczards, dopiero co wróciła. I zaledwie powróciła do domu, już znalazła sposobność zbrukać żałobną suknię, którą pani Ryczards nosi po mamie.

Zaledwie stów tych domówiła gorączka, której właściwie było na imię Zuzanna Nipper, odciągnęła dziewczynkę od jej nowej przyjaciółki takim silnym i krętym rzutem, jak gdyby ząb wyrywała. Lecz czyniła to wszystko nie tyle ze złości, ile z żarliwej chęci spełnienia obowiązku dozorczyni.

- Teraz, gdy panna Flora wróciła do domu - rzekła Poili z dobrotliwym uśmiechem spoglądając na rumianą twarzyczkę dziecka - ona postara się być szczęśliwą i dzisiaj zobaczy się ze swym drogim ojcem.

- Cooo? Co pani powiedziała? - zawołała Zuzia Nipper - zobaczy się ze swym ojcem? Oto - nowina! Chciałabym wiedzieć, jak to się z nim zobaczy!

- A czemu nie? - pytała Polli.

- A dla tego nie ach, jaka pani dziwna, pani Ryczards! Ojciec teraz ma kogo widywać, a i przedtem, gdy nikogo nie miał, panna Flora nie była mu bardzo miłą, bo - widzi pani, dziewczynka w tym domu nic nie znaczy, nic zgoła.

Dziewczynka szybko spojrzała na mówiącą, jakgdyby rozumiała i czuła to, co mówią.

- Zadziwia mię pani! - rzekła Polli. Czyżby pan Dombi dotychczas się z nią nie widział.

- Wcale dotąd nie widział się - przerwała Zuzanna. - A i dawniej nie widywał jej po kilka miesięcy i gdyby spotkał ją na ulicy, nie poznałby. O czem tu mówić? Gdyby jutro spotkał na ulicy, nie odgadłby, że to jego córka. Tak to, tak - pani Ryczards. A co do mnie - ciągnęła, śmiejąc się gorączka - to pan Dombi nie wie nawet o mojem istnieniu.

- Biedactwo! - westchnęła pani Ryczards, myśląc o maleńkiej Florci.

- Tak, droga moja Ryczards - ciągnęła Zuzanna. - Nasz pan to prawdziwy wielki mogoł, który od nas żyje za siódmą rzeką, za siódmą górą. No - do widzenia, pani Ryczards. A panienka niech idzie ze mną i niech pamięta, żeby zachowywać się dobrze, nie jak niegrzeczna głupiutka dziewczyna, która wszystkim wiesza się na szyi.

Nie bacząc jednak na surowe upomnienie, nie bacząc nawet na niebezpieczeństwo zwichnięcia ręki, jeśli Zuzanna porwie ją jak wprzódy, maleńka Florcia wymknęła się swej dozorczyni i tkliwie ucałowała mamkę.

- Żegnam cię - mówiła - żegnam, moja najlepsza. Wkrótce znów do pani przyjdę, albo ty przyjdź do mnie. Zuzanna pozwoli nam się widywać. Prawda, Zuzanno?

Zuzanna była właściwie dobra dziewczyna, tylko że należała do tego rodzaju wychowawców młodzieży, którzy myślą, że trzeba dziatwę wciąż potrącać i podrzucać, jak brzęczącą monetę, żeby zachowała blask swój pierwotny. Skoro Florentyna zwróciła ku niej błagalny wzrok, Zuzanna splotła swe krótkie ręce, pokiwała głową a jej czarne oczy zaświeciły łagodnym blaskiem.

- Nie warto nawet o to prosić, panno Floro. Panienka wie, że nie mogę jej odmówić. Pomówimy z piastunką, jakby to urządzić. Jabym rada pojechać do swej rodziny, a nie wiem, jak wyrwać się z Londynu; jakby to dobrze było, gdyby pani Ryczards zgodziła się na ten czas zaopiekować się panienką. Polli chętnie przystała.

- W domu tym nigdy wesoło nie bywa - więc też nie byłoby mądrze, gdybyśmy własnymi kaprysami powiększały nudę. Gdyby jakiej Toks lub jakiej Czykk podobało się dla żartu wybić mi dwa przednie zęby, byłabym naiwną, żebym podstawiła całą szczękę.

Polli nie zakwestyonowała tej sentencyi.

- Stąd wynika, że powinnyśmy żyć zgodnie, dopóki pani opiekujesz się Pawełkiem, byleby nie mącić ustanowionego tu ładu. Hej, panno Floro? Panienka dotąd nie ubrała się! Niechże panienka raz już wraca do siebie. To mówiąc, Gorączka porwała Florcię i wybiegła z pokoju.

Na obliczu i w ruchach biednej sierotki było tyle smutku i cierpliwej rezygnacyi, że Polli odczuła głęboką litość po jej odejściu. Serce nieszczęśliwego dziecka pałało gorącą chęcią umiłowania, a nie miało kogo kochać. Duszę jego przenikała bolesna tęsknota - a nikt nie dzielił jej i nikt nie starał się ulżyć jej bólów. Wszystko to doskonale zrozumiało serce macierzyńskie Ryczards. Czuła ona teraz pomiędzy sobą a bezdomną dziewczynką mocny związek zaufania, dla obu niezbędnego. Florcia ze swej strony instynktem wyczuła współczucie tak niespodzianie znalezione u obcej kobiety. Wbrew wysokiemu mniemaniu palacza o małżonce Poili, podobnie jak on, nie miała pojęcia o praktyce życia. Był to prosty niekunsztowny typ kobiecej natury, która na ogół bywa szlachetniejszą, wznioślej odczuwa, dłużej w sercu pielęgnuje tkliwość, współczucie, poświęcenie i wierność, niźli gruba natura męska. Może nawet pomimo braku wykształcenia potrafiłaby oschłą duszę pana Dombi ożywić z czasem promieniem świadomości zła i dobra, a promień ten później nie olśniłby go na kształt jaskrawej błyskawicy.

Lecz nie odstępujmy od rzeczy. Polli wówczas o tem tylko rozmyślała, jakby się zaprzyjaźnić z ruchliwą Zuzanną i tak pokierować sprawami, żeby się widywać z Florcią legalnie, na mocy zezwolenia. Sposobność wkrótce się trafiła Jak zwykle mamka na znak dzwonka zeszła do oszklonego pokoju i spacerowała tam i nazad z dzieckiem na rękach, gdy nagle ku wielkiemu jej zdumieniu i przestrachowi pan Dombi wyszedł ze swej fortecy i stanął przed nią.

- Dobry wieczór, Ryczards.

Był to i teraz ten sam surowy, ponury, ciężki dżentlmen, jakim go poznała w pierwszej chwili. Utkwił w mamce swego syna wzrok zimny i martwy, a biedna kobieta równocześnie ruchem bezwiednym dygnęła i opuściła oczy.

- Czy pan Paweł zdrów, Ryczards?

- Zupełnie zdrów, proszę pana, - i rośnie.

- To widoczne - zauważył pan Dombi - ze skupieniem przyglądając się drobnej twarzyczce dziecka.

- Spodziewam się, że pani otrzymujesz wszystko, jak należy?

- Bardzo dziękuję, proszę pana, jestem zupełnie zadowolona.

Wnet po tej odpowiedzi na jej obliczu pojawiło się tak wyraźne wahanie się, że pan Dombi, już zmierzający do swego pokoju, zawrócił i utkwił w niej wzrok pytający.

- Ja myślę, proszę pana, że dziecina stałaby się żywszą i weselszą, gdyby w około niej igrały inne dzieci - ośmieliła się Polli.

- Kiedyś pani nastała - odrzekł, brwi ściągnąwszy, pan Dombi - mówiłem pani - przypominam sobie - żeby dzieci jej nie pojawiały się w moim domu. Możesz pani kontynuować swą przechadzkę.

To rzekłszy, znikł w swym pokoju, a Polli miała sposobność przekonać się, że wcale jej nie pojął i że niewinnie naraziła się na niełaskę.

Nazajutrz wieczorem, gdy zeszła z góry, pan Dombi przechadzał się po oszklonej komnacie. Stropiona tem niezwykłem zdarzeniem, stanęła u drzwi, wahając się: iść, czy wrócić? Dombi kiwnął, żeby weszła.

- Jeżeli pani sądzisz, że towarzystwo nieodzowne dla mego syna - mówił, jak gdyby pół minuty minęło od ostatniej rozmowy - to gdzie jest panna Flora?

- Nikt nie byłby lepszym od panny Flory - gorąco wstawiła się Polli - ale słyszałam od jej dozorczyni, że nie...

Pan Dombi zadzwonił i milcząc chodził po pokoju do pojawienia się sługi.

- Polecić, żeby pannę Florę przyprowadzono do Ryczards, ile razy zechce, żeby chodziła z nią na przechadzkę, bawiła się u niej w pokoju i tak dalej. Polecić, żeby dzieci były razem, ile razy Ryczards zażąda.

Żelazo było gorące i Ryczards gorliwie zaczęła kuć je. Śmiało kończyła dobre dzieło, choć serce jej drżało przed panem Dombi.

- Pannie Florze - mówiła - nie szkodziłoby od czasu do czasu przyjść i tutaj, do tego pokoju, żeby się nauczyła kochać braciszka.

Skoro sługa odszedł wypełniać polecenie pana, mamka udała, że piastuje dziecko, lecz zauważyła, jak zmieniło się oblicze pana Dombi - i zbladła. On z pośpiechem skierował się ku drzwiom, jak gdyby chciał odwołać swe rozkazy i tylko wstyd mu bronił.

Nie myliła się. Ostatni raz widział odtrącone dziecię w żałosnych objęciach umierającej matki a scena ta była dlań objawieniem i wyrzutem zarazem. Choć wszystkie myśli synowi wyłącznie poświęcał i losowi jego świetnemu, nie mógł wygładzić z pamięci tej uderzającej sceny. Nie mógł zapomnieć, że w tem przedśmiertnem pożegnaniu matki z córką - on żadnego nie miał udziału. Przed jego oczami były dwie śliczne istoty, mocno splecione wzajemnym uściskiem, a on stał obok niby widz obcy, któremu odmówiono uczestnictwa w cudownym akcie głębokiego umiłowania i bezgranicznej tkliwości.

Obrazy te z ich smutnymi odcieniami wbrew woli tłoczyły się do hardej duszy i żadna siła nie mogła usunąć odeń owych wspomnień, a dawną obojętność do małej Florci zmieniała w jakiś dziwny niepokój. Prawie czuł, że ona nad nim czuwa, nie ufa mu, jak gdyby posiadała klucz od tajemnicy, o której on sam nie wiedział. Zdawało mu się wreszcie, że w niej jest wrodzona świadomość tej niemoralnie brzmiącej struny jego duszy i że ona może nakazać tej strunie zadźwięczeć.

Stosunek jego do córki od dnia jej przyjścia na świat miał ujemny charakter. Nigdy nie czuł ku niej odrazy, lecz nigdy o niej nie myślał. Dawniej nie była dlań stanowczo niemiła; teraz czuł się wobec niej skrępowanym i tracił równowagę duchową. Pragnąłby wcale o niej nie myśleć, lecz nie wiedział, jak to zrobić. A może bał się - któż odgadnie tajnie ludzkiego serca - żeby jej z czasem nie musiał znienawidzieć.

Skoro mała Florcia nieśmiało weszła do zwierciadlanej sali, pan Dombi przestał chodzić i spojrzał na swą córkę. Gdyby był spojrzał na nią z większą uwagą i okiem ojca, wyczytałby w jej jasnem spojrzeniu różnorakie uczucia niezdecydowania, nadziei i lęku. Ujrzałby w nich gorącą chęć uściskania go i zawołania: "ojcze, spróbuj mnie pokochać! Nikogo nie mam prócz ciebie!" A zarazem wyczytałby obawę odtrącenia, lęk okazania się natrętną i obrażenia ojca, wielką potrzebę zachęty i ukojenia, ujrzałby nareszcie w tych jasnych oczach, z jakim trwożnym niepokojem młode serduszko szukało naturalnej przystani dla swej tkliwości i przytłaczającego je bólu.

Ale on zobaczył tylko to, że stanęła w niepewności u drzwi i zwróciła się ku niemu. Nic więcej nie dostrzegł pan Dombi.

- Wejdź - odezwał się. Wejdź, czegóż się boisz?

Weszła i obejrzawszy się wokoło, stanęła nieopodal drzwi, mocno składając rączki.

- Podejdź bliżej, Florentyno - zimno rzekł ojciec. Wszak wiesz, kto jestem?

- Wiem, ojcze.

- Czy masz mi co do powiedzenia?

Florcia podniosła ku niemu łez pełne oczy, a łzy jej zamieniły się w sople na policzkach, gdy spotkała surowe jego oczy. Pochyliła główkę i wyciągnęła drżącą rączkę.

Pan Dombi niedbale ujął rączkę dziewczynki i w milczeniu stał parę minut ze spuszczoną głową. Tak jak i ona nie wiedział, co czynić i o czem rozmawiać.

- Bądź grzeczną dziewczynką - rzekł wreszcie, trzepiąc ją lekko po głowie i rzucając na nią spojrzenie niepewne. Idź do Ryczards - idź!

Florcia postała przez chwilkę jeszcze, jakby ciągle żywiła chęć rzucenia się w ramiona ojca w nadziei, że ją uściśnie. Podniosła wzrok ku niemu. Panu Dombi wydało się, że oczy te patrzą na niego tak, jak patrzyły pamiętnej nocy na doktora. Instynktowo puścił jej rączkę i odwrócił się.

Łatwo zrozumieć, że Florcia powierzchownością i zachowaniem się wywarła niekorzystne wrażenie na panu Dombi. Nie tylko w duszy, lecz we wszystkich jej ruchach okazywał się przymus, przy czem traciła naturalną żywość i wdzięk. Polli wciąż z nadzieją obserwowała tę scenę i według własnych uczuć oceniając pana Dombi, liczyła niemało na żałobny ubiór Florci. "Czyżby to nie było srogością, gdyby całe swe przywiązanie oddał synowi, gdy drugie oto dziecię ma przed oczami?"

Jak tylko można najdłużej trzymała ją przed oczami ojca i tak zabiegała, że Pawełek w istocie stał się weselszym. A kiedy już czas był rozstać się, chciała wysłać Florcię do pokoju ojca, by się pożegnała; lecz dziewczątko cofnęło się lękliwie, a gdy piastunka nagliła, podniosła rączki ku oczom, jakby wstydząc się swego poniżenia. "O, nie, nie! On mnie nie pragnie, nie pragnie!" Ten spór zwrócił uwagę pana Dombi, który w swoim gabinecie popijał wino. - A co tam? - spytał.

- Panna Flora - mówiła Ryczards - chce się z panem pożegnać, lecz boi się fatygować.

- No, dobrze, dobrze! Niech sobie idzie - może się nie widzieć ze mną.

Wysłuchawszy tej odpowiedzi Florcia szybko opuściła pokój, zanim się mamka spostrzegła. Bądź co bądź poczciwa Polli rada była powodzeniu swej dyplomacyi i zaraz o wszystkiem powiadomiła Gorączkę. Wbrew oczekiwaniu Zuzanna dość zimno przyjęła do wiadomości dowód przyjaźni i wcale nie była zachwycona tem, że odtąd każdej chwili mogą się widywać.

- Myślałam, że zrobię tem pani przyjemność - mówiła Polli z odcieniem wymówki.

- Ależ mi to bardzo przyjemne, pani Ryczards, ślicznie dziękuję - odwzajemniła się Zuzanna - prostując się, jakby kto nową fiżbinę wstawił w jej gorset.

- Tego nie widać - zauważyła Polli.

- Ja tu nie służę chwilowo - odcięła Zuzanna - mnie nie uchodzi mówić, co ślina na język przyniesie. Sąsiedni dom może i ładny, zapewne nawet ładniejszy od tego; lecz nie mam najmniejszej chęci porzucać miejsca i iść tam. Tak jest, pani Ryczards!

___