Marco i ja zajmujemy stołki przy barze w prostej meksykańskiej knajpie w Tenleytown. Jak zawsze po dżentelmeńsku odsuwa mi siedzisko, zanim sam usiądzie.
Odkąd poznaliśmy się na prawie na Uniwersytecie Waszyngtona, tworzyliśmy listę ulubionych restauracji w całym mieście. To miejsce się na niej nie zmieściło, ale mają tu dobre margarity i to wygodna opcja. Poza tym Marco dał mi do zrozumienia, że nie może zostać na kolację.
Zamawiamy po margaricie on the rocks, na ostro, bez soli. Barman stawia przed nami drinki, a razem z nimi koszyk chrupiących chipsów i miseczkę ciepłej salsy.
Obserwuję, jak jeden z pracowników tnie limonki nożykiem, którego ostrze bez trudu przebija się przez zieloną skórkę. Nożyk jest niewiele większy od odłamka szkła, który Rose Barclay schowała do kieszeni.
- To zawsze robota męża - mówi Marco, kontynuując rozmowę, którą rozpoczęliśmy po drodze. - To Ian Barclay wpadł z nianią. Była w drugim miesiącu ciąży, prawda?
- Około szóstego tygodnia.
- Czyli próbował się pozbyć problemu.
- Żona też miała niejeden motyw - protestuję. - Zazdrość. Wściekłość. Poza tym to Beth Barclay zarządza kasą. A jeśli niania przyszła do niej z szantażem albo żądaniem alimentów?
- Więc dlaczego Beth nie zabiła i męża, i niani? - pyta Marco. - Oboje ją zdradzili.
Wzruszam ramionami, zanurzając chipsa w salsie.
- Zbrodnie w afekcie nie są logiczne. Jeśli ona to zrobiła, to raczej nie planowała morderstwa. Są na to bardziej subtelne sposoby niż wypchnięcie ofiary przez okno na drugim piętrze.
Milknę i żałuję lekkomyślnie rzuconych słów, gdy przypominam sobie puste spojrzenie Rose. Była wtedy w ogródku, pomagała babci zrywać pomidory. Być może widziała nianię lecącą z okna. Usłyszała zabójczy odgłos czaszki roztrzaskującej się na kamiennym tarasie.
- Oboje rodzice byli w domu, prawda? To które z nich ma lepsze alibi? - dopytuje Marco.
W ciągu kilku miesięcy od śmierci niani ucichł medialny zgiełk, ale nadal dysponuję starymi wycinkami z gazet dotyczącymi tego, co policja nazwała "śmiercią w podejrzanych okolicznościach". Przez ostatnie dni robiłam research, więc mówię Marcowi, co wiem: Beth Barclay twierdziła, że była w swoim gabinecie na pierwszym piętrze i pisała mejla do współczłonków zarządu Kennedy Center. Z głośników komputera płynęła muzyka klasyczna, jak zwykle podczas pracy - Beth zapewniała, że muzyka musiała zagłuszyć odgłos szyby pękającej piętro wyżej. Policji udało się ustalić, że Beth rzeczywiście wysłała mejla mniej więcej w momencie upadku niani.
Mąż Beth, Ian, rozmawiał przez telefon z pracownikiem swojej firmy projektującej ogrody. Jego domowe biuro znajduje się na drugim końcu korytarza względem biura żony. Podczas rozmów używa słuchawek wyciszających dźwięki z otoczenia. Twierdzi, że nic nie słyszał, póki nie zakończył połączenia i nie dotarły do niego krzyki jego matki. Również ten fakt został potwierdzony przez policję.
Oboje Barclayowie obstawili się prawnikami, gdy tylko stało się jasne, że policja ich podejrzewa. Odmówili poddania się badaniu wariografem, jak podały liczne źródła prasowe. Niedawno policja zakończyła czynności śledcze, a to znaczyło, że sprawa trafiła do archiwum.
A teraz Barclayowie toczą walkę o prawną i rzeczywistą opiekę nad Rose.
- Powiedzmy, że to ty wypchnęłaś nianię przez okno. Jak szybko zdołasz dotrzeć od tego okna na drugim piętrze do któregoś z biur na pierwszym? - rozważa głośno Marco, a potem się uśmiecha. - Ale kogo ja o to pytam. Wiem, że ty to ustalisz.
Też się uśmiecham i smutek, który czułam w gabinecie mediatorki, powoli gaśnie. Zawsze dyskutowałam z Markiem o moich sprawach. Jego opanowanie i skłonność do rozważań to dwie z wielu jego wspaniałych cech. Może nie mamy już wspólnego domu ani wspólnego życia, jednak wciąż mamy coś innego: głęboką przyjaźń. Trwałe porozumienie. Inną miłość.
- Jeszcze jednego drinka? - pyta barman.
Spoglądam na kieliszek i odkrywam, że wypiłam całą margaritę.
- Jasne.
Kieliszek Marca jest niemal pełny.
To nie w jego stylu. Marco uwielbia dobre drinki.
Marszczę brwi, zwracając uwagę na kolejne detale. Robię dokładnie to, czego się nauczyłam w pracy prawniczki, gdy właściwie wszyscy, których spotykałam, kłamali, żeby potwierdzić swoją wersję wydarzeń - albo swoje urojenia. Szukam tego, co niewypowiedziane. Szukam znaków.
Bębni palcami o drewniany bar. Nie poluzował krawata, a z reguły robi to po pracy. Zamiast skorzystać z wygiętego zachęcająco oparcia stołka siedzi wyprostowany jak struna.
Język jego ciała zdradza to, czego nie mówią słowa: waży coś w głowie.
Próbuję wybadać, skąd ten niepokój.
- W pracy wszystko w porządku?
Marco wzrusza ramionami.
- Jest dobrze. Wiesz, jak zwykle.
Marco nie czerpie poczucia własnej wartości z umów na ośmiocyfrowe kwoty. Większej dumy dostarcza mu praca pro bono na rzecz kobiet doświadczających przemocy domowej i przekazywanie sporej części pensji na fundację pomagającą gorzej sytuowanym dzieciom. Ma serce dla ludzi. Dla rodziny.
To jedna z tych rzeczy, które najbardziej w nim kocham. Kiedy się pobraliśmy, zyskałam nie tylko Marca. Od samego początku w swoje kręgi wciągnęła mnie jego wielka włosko-amerykańska rodzina, gdzie wszyscy gadają jeden przez drugiego, stoły uginają się pod ciężarem jedzenia, ktoś stale dolewa ci wina, żartobliwie się kłócimy, a śmiech co rusz przetacza się falami.
Jeśli to nie praca martwi Marca, to może chodzi o jego rodzinę. Jego starsza siostra jest w ciąży, ma urodzić czwarte dziecko. To ciąża wysokiego ryzyka z uwagi na jej cukrzycę, ale o ile mi wiadomo, wszystko było w porządku. Jego matce dokuczają ostatnio bóle w klatce piersiowej. Lekarze ją zbadali i orzekli, że to od wzdęć. Ale lekarze nie są nieomylni.
- Niedługo siedemdziesiąte urodziny mamy - próbuję. - Nadal są plany na ten lokal w Little Washington?
Marco bębni palcami szybciej. Bingo.
- Hm, no tak... W sumie liczyłem, że możemy o tym pogadać.
Moje serce przyspiesza, bije staccato w takt palców Marca.
Jego matka od dawna mówiła o świętowaniu okrągłych urodzin w rozchwytywanej jedynej w stolicy restauracji z trzema gwiazdkami Michelin. Rezerwację zrobiła niemal rok temu. Wprawdzie ojciec Marca zmarł krótko po naszym ślubie, ale ma tam być cała czwórka jego rodzeństwa razem z małżonkami.
Też zostałam zaproszona. Wciąż uważają mnie za rodzinę.
Szykuję się niespokojnie na jego kolejne słowa.
- Poznałem kogoś - mówi. Z pamięci wypływa mi obraz, jak uśmiechał się do swojego telefonu, kiedy weszłam do poczekalni u mediatorki. I to, jak odrzucił zaproszenie na kolację.
Nie powiedziałby mi o tym, gdyby to nie było na poważnie - na tyle poważnie, że kobieta, którą chce zabrać ze sobą na wyczekiwaną kolację, nie jest mną, byłą żoną wciąż nazywającą "mamą" swoją eksteściową.
Łatwo dodać dwa do dwóch. Niezależnie od tego, ile osób zmieści się przy stole, na nas obie nie będzie dość miejsca.
Marco już znalazł tę nadzieję, którą obiecywała figurka orła w gabinecie mediatorki.
Nie mam do niego pretensji. Od naszej separacji minął ponad rok.
Robię to, co muszę. Uśmiecham się, podtrzymując kontakt wzrokowy. Nie pozwalam sobie na jeden zdradziecki tik czy ruch. Praca nauczyła mnie, jak przekonująco kłamać.
- Cieszę się waszym szczęściem. - Wznoszę kieliszek w geście toastu. - Szczęściara z niej. Zabierz ją na te urodziny. Kiedy indziej podrzucę twojej mamie prezent.
Marco się uśmiecha i wreszcie rozluźnia ciało.
- Dziękuję za wyrozumiałość.
W dniu naszego ślubu byłam tak zakochana, że sądziłam, iż zdołamy pokonać każdą przeszkodę. Istniało jednak coś, co do czego nie byliśmy w stanie znaleźć kompromisu. Coś, co w miarę upływu czasu stawało się coraz głębszą i szerszą przepaścią.
Marco chciał mieć dzieci.
Ja nie. Co więcej, nie mogłam ich mieć. Fizycznie ani emocjonalnie.
Któryś z terapeutów powiedział mi kiedyś, że ludzie, którzy mają za sobą takie dzieciństwo jak ja, zazwyczaj wybierają jedną z dwóch dróg. Albo próbują być dla swoich dzieci takim rodzicem, jakiego sami dla siebie by pragnęli, albo w ogóle unikają dzieci.
Marco liczył, że zmienię zdanie co do macierzyństwa. Ja liczyłam, że wystarczy nasza miłość.
Umykam wzrokiem i spoglądam na nóż przecinający kolejną limonkę.