Dom z ogrodem tanio sprzedam (#1) - Eliza Veinard

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (6,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Aurélien Collard nie przepadał za suczką imieniem Titi, którą jego żona stroiła w kokardki i chroniące przed zimnem kamizeleczki. Niemniej to on właśnie zobowiązany był każdego ranka wyprowadzać Titi na siusiu, podczas gdy małżonka zajmowała się parzeniem kawy i opiekaniem tostów do śniadania.

Ten czwartkowy poranek niczym nie różnił się od innych poranków. Monsieur Collard wsadził zrezygnowaną Titi do samochodu, podjechał kilkaset metrów Avenue de Verdun, skręcił w lewo nad Ourcq i zaparkował na skwerku, tuż obok kosza na śmieci. Otworzywszy drzwi swojego granatowego clio, wystawił Titi na trawę, sam zaś usadowił się wygodnie na przednim siedzeniu samochodu i spokojnie zabrał za przeglądanie wczorajszego numeru "L'Union". Oczywiście upewnił się przedtem, czy w pobliżu nie widać innych spacerowiczów z psami. Titi bowiem, mimo nikczemnego ciała, posiadała nad wyraz waleczny charakter, który objawiał się zajadłymi atakami na wszystkie psy, niezależnie od ich wielkości, płci czy rasy. Ponieważ ludzi ignorowała całkowicie, siedzący na betonowej ławeczce mężczyzna nie wzbudził jej zainteresowania.

Artykuł o planowanej rozbudowie centrum sportowego i międzykomunalnego basenu w Villers-Cotter?ts był dość długi, ale jako emerytowanego budowlańca szczególnie pana Collarda zainteresował. Przeczytał go od początku do końca, pozwalając sobie od czasu do czasu na sarkastyczne komentarze względem fragmentów, które wydawały się nierealnie optymistyczne.

Titi, załatwiwszy co trzeba, zwykle sama wracała do samochodu. Tym razem jednak jej przedłużająca się nieobecność nieco Collarda zaniepokoiła. Sięgnął pod siedzenie po smycz i otuliwszy się mocniej kurtką wyszedł z samochodu. Nawoływanie i gwizdanie nie zadziałało, chociaż pies był w zasięgu głosu i wzroku. Siedział nieruchomo, wpatrując się w człowieka, który mimo paskudnej pogody, drzemał na jednej z betonowych ławek. Sytuacja była nieco kłopotliwa. Doświadczenie życiowe podpowiadało panu Collardowi, że osoba, która w styczniowy poranek, przy minusowej temperaturze i nieustającej mżawce, drzemie w najlepsze na skwerku przy brzegu kanału, z pewnością ma za sobą długi i ciężki wieczór. A tacy ludzie różnie reagują na zakłócanie im spokoju. Aurélien zdawał sobie również sprawę, że ten cholerny, uparty pies nie ruszy się, jeśli nie ma na to ochoty, trzeba go więc będzie wziąć na ręce i wrzucić do samochodu. Na tę myśl westchnął ciężko. Kiedy podszedł powoli do ławki, przywołując Titi, ta nawet nie drgnęła. Szczeknęła tylko krótko, niepewnie, żeby nie powiedzieć - histerycznie.

- Bardzo pana przepraszam, ale ten pies... Collard podniósł wzrok, ponieważ przypinając psa, widział tylko buty i dolny odcinek spodni młodego mężczyzny.

- O cholera! Cholera, cholera, cholera! - Trzęsącymi się dłońmi wyszarpywał z kieszeni telefon.

Twarz mężczyzny miała odcień siny, z wyjątkiem ciemnej, brunatnej strużki wypływającej z nosa. Podobne w kolorze plamy widać było na kołnierzyku koszuli i kołnierzu jasnej kurtki. Jednak najgorsze było to, że miał otwarte oczy, które nie poruszyły się, gdy Aurélien Collard dwoma palcami tuż poniżej ucha usiłował doszukać się pulsu.

Zorientował się, że dość bezmyślnie wybrał z pamięci numer telefonu, kiedy w słuchawce usłyszał głos żony. Kazał jej więc natychmiast się ubrać, przyjść na skwerek i zabrać psa do domu, po czym rozłączył się i dopiero wtedy wybrał 112.

* * *

Kuchnia była najzimniejszym pomieszczeniem w całym domu. Ścienny termometr od kilku dni pokazywał uparcie piętnaście stopni. Na zewnątrz trwała mroźna bezśnieżna zima z temperaturą spadającą chwilami do minus dziesięciu. Słońce miało wzejść dopiero za godzinę, a widoczna za oknem zmrożona, wilgotna zawiesina nie zapowiadała pogodnego dnia.

Serge zaciągnął mocniej pasek grubego, polarowego szlafroka i poprawił zamotany na szyi szal. Nie miał skarpetek, a stare przetarte kapcie z popękanymi podeszwami nie chroniły stóp przed ciągnącym od podłogi chłodem. Objął dłońmi elektryczny czajnik, czekając, aż woda zacznie wrzeć. Potem nasypał do wielkiego pomarańczowego kubka dwie łyżeczki kawy, nalał wrzątku i dolał mleka. Zawsze rano pił kawę przyrządzoną w ten sposób. Kiedy się już ubierze, może zrobi sobie kawę z ekspresu. Może nawet wypije ją z filiżanki. Ale pierwsza poranna kawa od lat była właśnie taka - parzona w wielkim kubku z grubej ceramiki, z dużą ilością mleka, a czasami, kiedy nie miał ochoty nic jeść, z jedną kostką ciemnego cukru.

Szurając kapciami, poszedł do salonu i włączył telewizor na jedyny kanał, który o tej porze nadawał non stop wiadomości i prognozę pogody. Zbliżała się siódma. Ogień w kominku wygasł, więc wcisnął się w poduszki wysiedzianej kanapy i okrył kocem zmarznięte stopy. Popijał gorący płyn, przeglądał bez zainteresowania reklamowe gazetki wyjęte wczoraj ze skrzynki na listy i nieuważnie słuchał wiadomości, spoglądając od czasu do czasu na ekran. Nie spieszył się. Od lat nigdzie się nie spieszył.

Z drzemki obudził go przepełniony pęcherz. Zwlókł się więc z kanapy, wyłączył telewizor i poczłapał do łazienki. Obwąchał skarpety i uznał, że nadają się do ponownego użycia. Pozostałe ubrania poddał podobnej ocenie i w efekcie założył te same rzeczy, które miał na sobie poprzedniego dnia. Chwilę zastanawiał się nad koniecznością golenia, ale w końcu poprzestał na umyciu zębów i przemyciu twarzy.

Kiedy ponownie zszedł na dół, zaczynało świtać. Nadeszła pora na porządną kawę z ekspresu, z odrobiną mleka i herbatnikiem. O ile oczywiście znajdzie jeszcze jakieś herbatniki.

Oparty łokciami o kuchenny blat, wpatrywał się w strumień kawy lejący się do filiżanki i usiłował zaplanować coś, czym można byłoby wypełnić dzień.

W portfelu miał trochę drobnych. Przeliczał je kilka razy i wiedział, że na pewno wystarczy na bagietkę, a może nawet na lepszy chleb. Od kilku dni miał ochotę na dobry, świeży chleb, kawałek sera i kieliszek wina. Najchętniej zjadłby to, siedząc w ogrodzie, ale ciągle było za zimno. No i ten deszcz. Poszperał w kieszeniach kurtek i płaszczy i znalazł jeszcze dwa euro, co nastroiło go bardzo optymistycznie, bo doszedł do wniosku, że gdyby ograniczył się do zwykłej, najtańszej bagietki, mógłby zaszaleć i kupić sobie paczkę papierosów.

W piekarni na szczęście nie było kolejki. Kupił dwie zwykłe bagietki i stwierdził, że nadal stać go na paczkę cameli.

* * *

Cholerna ślimacza pogoda - pomyślała Ewa, wieszając na poręczy schodów wilgotną od nieustającej mżawki kurtkę. Droga do piekarni i z powrotem nie zajęła jej więcej niż piętnaście minut, ale to wystarczyło, żeby cała była przesiąknięta wilgocią. Stare zamszowe trzewiki, które donaszała po Piotrku, zdążyły przemoknąć i marzły jej nogi, ale nie miała czasu się przebrać. Musi jeszcze zrobić kanapki, dopilnować, żeby syn spakował porozrzucane po całym domu ładowarki, telefony, dokumenty, no i odprowadzić go na dworzec.

Piotr, wpatrzony w swój nieodłączny telefon, kończył śniadanie.

- Jezu, jak mi się nie chce jechać - stęknął, przeciągając się.

- Mnie też się nie chce, żebyś jechał, ale zmykaj na górę dopakować resztę rzeczy.

Masło, ser, wędlina, ogórek i trochę ketchupu - automatycznie smarowała i obkładała kawałki bułki, zawijając je w folię. Do małej reklamówki dołożyła jeszcze serwetki i jabłko. Wodę będzie sobie musiał kupić na dworcu.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.