Dom z czerwonej cegły - Arkadiusz Chrzanowski

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (35,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

CZERWIEC - początek wakacji

Dzisiejszej nocy znów miałam sny i nie były one z rodzaju tych przyjemnych. Śniłam intensywnie, właściwie na granicy jawy, pamiętam doskonale każdy motyw. Budziłam się i zasypiałam ponownie, a potem wszystko zaczynało się od nowa. Z koszmaru, całą mokrą i spoconą, wyrwał mnie bezlitosny dźwięk budzika, byłam mu wdzięczna jak rzadko kiedy...

Zaraz po przebudzeniu w pośpiechu poszłam pod prysznic, by zmyć z siebie pot i reszki snu. Już całkiem przytomna założyłam ulubiony, różowy szlafrok z jednorożcem i zeszłam schodami na parter, gdzie jak każdego ranka czekał na mnie Dolar, nasz pięcioletni, biały kundelek w czarne łaty, którego kochałam nad życie. Przywitał mnie radośnie, merdając puszystym ogonem. Drapał pazurami o drzwi, a kiedy je uchyliłam, pobiegł jak szalony do ogrodu, nie zważając na nic.

Stojąc w kuchni, przysłuchiwałam się, jak ekspres do kawy wydaje swoje osobliwe dźwięki, w tle leciała audycja radiowej (nie)Trójki dotycząca napływu licznych uchodźców do krajów Unii Europejskiej przeplatana wypowiedziami polityków partii rządzącej, którzy uspokajali swoich wyborców słowami, można by rzec, dość rasistowskimi. Nastawiając czajnik z wodą na herbatę, zwróciłam uwagę na ciocię Basię robiącą kanapki. Była ubrana jak zwykle w jaskrawy polarowy dres i żółte japonki wciśnięte na skarpety. Z duraleksowego kubka piła coś, co mogło być herbatą lub yerba mate, którym podjarała się po przeczytaniu pewnego artykułu w prasie. To nic, że nie wiedziała, jak go prawidłowo zaparzyć i to nic, że jej nie smakowało i krzywiła się przy każdym łyku. Uśmiechnęła się do mnie sztucznie, jak nigdy dotąd, i zapytała, czy sobie ze wszystkim wczoraj poradziłam. Miałam spakować większość swoich rzeczy, głównie ubrań. Ciocia Basia i wujek Wojtek obiecali, że odnowią mi pokój, pomalują ściany i kupią nowe meble. Cieszyłam się niesamowicie, a kilka ostatnich dni spędziłam na przeglądaniu magazynów tematycznych, które pożyczyłam od jednej z koleżanek, dotyczących aranżacji wnętrz i dekoracji. Jej ojciec hobbystycznie zbierał je od kilku dobrych lat. W głowie miałam gotowy pomysł na kolory ścian, styl mebli, dodatki w postaci puchatych poduszek i oczywiście ogromne lustro w błyszczącej, złotej ramie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to wszystko było jedną wielką ściemą! W ciągu kilkunastu godzin miałam dowiedzieć się czegoś, co wywróci moje życie do góry nogami i potwierdzi fakt, że to, o czym mówili, było gówno warte! Parę dni wcześniej w sieci, na jednej ze stron wnętrzarskich, odnalazłam piękną, białą toaletkę, o której zawsze marzyłam, ale postanowiłam o jej zakup poprosić nie wcześniej niż na święta Bożego Narodzenia. Odpowiedziałam cioci, że wszystko spakowałam zgodnie z jej prośbą, następnie wyszłam boso do ogrodu pobawić się z psem.

Zapowiadał się kolejny słoneczny dzień, pod stopami poczułam mokrą od rosy trawę, w oddali przy stawie należącym do pana Mietka, jak zwykle o tej porze roku słychać było jeszcze pojedyncze żaby. Oczywiście najpiękniejsze koncerty dawały wieczorem i nocą, o poranku odzywały się tylko najbardziej napalone samce, ale groziło to przywabieniem jakiegoś drapieżnika, dlatego zaczynały i milkły gwałtownie, jakby ze strachu. Tego dnia ciocia obiecała mi wspólną wycieczkę do Karpacza. Miał to być babski wypad i miło spędzony czas, tylko ja i ona. Wujek Wojtek w ostatni piątek pojechał na zjazd klasowy do Wałbrzycha i miał wrócić dopiero dziś wieczorem, czyli w niedzielę.

W ostatnim czasie relacje pomiędzy mną a ciocią znacznie się popsuły. Zdawałam sobie sprawę, że obecnie jestem kiepską przyjaciółką nawet dla samej siebie, a co dopiero dla innych. Oddaliłyśmy się od siebie, przestałyśmy rozmawiać jak dawniej i spędzać ze sobą czas wolny. Powoli zaczynało nas więcej dzielić, niż łączyć. Od kilku tygodni właściwie każda nasza rozmowa kończyła się kłótnią, dlatego pozytywnie zaskoczył mnie pomysł wspólnego wypadu. Ucieszyłam się i byłam przekonana, że nikt i nic nam tego wyjazdu nie popsuje.

Kiedy ciocia skończyła pakować do torby ostatnie rzeczy, poprosiła, abym odprowadziła Dolara do pani Zosi - naszej sąsiadki, starszej kobiety z fioletowymi włosami po płukance i pojedynczymi włosami na twarzy. Była podręcznikową starszą panią, która otoczona atrybutami kojarzącymi się z upływającym czasem, wzbudzała dużą sympatię. Mówiła o sobie, że ma głęboko gdzieś swój wiek, bo w duchu czuje się wciąż młodą kobietą, dlatego żywo reagowała, gdy ktoś pytał ją o samopoczucie czy stan zdrowia. Lubiła pociągnąć sobie z kieliszka, ale jak to mawiała: kulturalnie i tylko dla zdrowotności. Zawsze potem nastawiała wodę na herbatę, brała kota na kolana i czekała, aż czajnik na kuchence zacznie gwizdać. Miała fioła na punkcie zwierząt, a jej dom był też schronieniem tymczasowym dla psów, kotów, chorych ptaków, a kiedyś nawet dla jeża. Obowiązywała ją umowa z jedną z dolnośląskich fundacji na rzecz ochrony praw zwierząt. Sąsiadka miała też kilka własnych kundelków, którym swego czasu ofiarowała nowe życie i to właśnie jej podrzucaliśmy naszego pupila, kiedy gdzieś wyjeżdżaliśmy. Dolar miał się z kim bawić, a szaleństwa zwierząt na jej podwórku można było nagrywać i emitować jak serial przyrodniczo-rozrywkowy.

Pani Zosia pracowała przez kilka lat w schronisku dla zwierząt, widziała wiele krzywdy i często przy byle okazji opowiadała różne, tragiczne historie związane z okrucieństwem człowieka wobec nich. Miałam wrażenie, że należy do osób, które lepiej czują się w towarzystwie futrzaków niż ludzi. Komentując bieżące, tragiczne wydarzenia z kraju i zza granicy często powtarzała, że niektórzy ludzie to potwory. Zwracała przy tym uwagę na fakt, że psy nigdy nie odchodzą od człowieka z własnej woli. Będą z nim na dobre i złe, nawet gdy są bite i głodzone. Ich bezinteresownej przyjaźni nie można na nic wymienić. To człowiek, bestia, jest zdolny do porzucenia zwierzęcia w lesie lub przy drodze. Według niej psy są jedynymi istotami na świecie, które kochają człowieka bardziej od siebie. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy nie miała racji.

Była wdową, ale o swoim mężu nigdy nie wspominała. Wiedzieliśmy tylko, że zmarł na raka, a ich małżeństwo nie trwało zbyt długo. Przez większą część życia pozostawała sama, otoczona zwierzętami, a ja nigdy nie miałam śmiałości, by zapytać, dlaczego nie związała się z kimś po raz drugi. Obecnie była na emeryturze, więc miała masę wolnego czasu, który poświęcała pracom w ogrodzie. Nie był to ogród wyłącznie ozdobny, w którym dominują kwiaty. Pani Zosia uprawiała w nim także sezonowe warzywa, którymi dzieliła się z najbliższymi sąsiadami. Zastanawiałam się, po co to robi i czy nie szkoda jej sił, bo przecież wszystko teraz można kupić w każdym warzywniaku. Kiedyś ją o to zapytałam, a ona odpowiedziała, że to, co można dostać obecnie w sklepie, ma inny smak, że chemia, że nawozy, że na swojskim to się dłużej żyje. Powtarzała, że u niej to sama natura, łącznie z nawozem, którego dostarczała krowa pana Mietka. Z nim to już zupełnie inna historia, bo kiedy pojawiał się w pobliżu, panią Zosię oblewał mocny rumieniec. Mieszkali po sąsiedzku od kilku lat, ale nigdy żadne z nich nie poszło o krok dalej, by nawiązać jakieś inne niż tylko przyjacielskie relacje. Gołym okiem było widać, że mają się ku sobie. Pani Zosia to równa babka i chciałabym, żeby resztę życia spędziła z kimś, kogo kocha, kto mógłby się nią zająć. Do Mietka chodziła co drugi dzień z obtłuczoną bańką po mleko prosto od krowy, które potem nastawiała na kwaśne. Często wyobrażałam sobie ich razem, otoczonych roślinami, zwierzakami i szklankami wypełnionymi zsiadłym mlekiem.

Zabrałam karmę, miski, zabawki Dolara i odprowadziłam go, po czym wróciłam do domu. Ciocia stała już ze swoim jaskrawym plecakiem gotowa do wyjścia. Śniadanie zjadłyśmy w aucie i były to jak zwykle kanapki z gotowaną szynką i pomidorem posypanym całą masą uwielbianego przez ciocię pieprzu. Zwykle sypała go tyle do każdego posiłku, że każdy, kto miał okazję spróbować jej specjałów, prędzej czy później zanosił się kaszlem. Dobre i to, nie narzekałam, przynajmniej ktoś naszykował, pomyślałam. Tylko czy ona zawsze musi kupować ten sztuczny, słodki, tostowy chleb?

*****

Z naszej wioski, o swojsko brzmiącej nazwie Dziczki, podróż do Karpacza zajmuje około półtorej godziny. Przez pierwsze pół prawie się do siebie nie odzywałyśmy. Atmosfera wydawała się ciężka i gęsta, a znałam ciocię na tyle, że czułam, iż coś ukrywa. Wiedziałam, że chce mi o czymś powiedzieć, ale nie bardzo wie, jak się do tego zabrać. Podejrzewałam, że być może chce mi wprost wygarnąć, że ma dość moich wybryków, że jak zwykle obiecuję poprawę, a robię swoje. Czekałam, czekałam i nic. Bałam się zapytać. Patrzyłam na drogę i mijające nas auta, liczyłam drzewa, a potem, żeby rozładować napięcie, zaczęłam nawijać o Magdzie Gessler, bo wiedziałam, że ciocia ją uwielbia. Ogląda wszystkie jej programy, łącznie z powtórkami i kupuje każdą wydaną przez nią książkę. Za jej ostatnim przewodnikiem po knajpach obleciała cały Wrocław, aż w końcu ktoś ją uświadomił, że premiera będzie dopiero za miesiąc. Z utęsknieniem wyczekiwała biografii swojej idolki, powtarzając na okrągło, że o takich autorytetach powinno się pisać nieustannie. Momentami zachowywała się jak jakaś psychofanka, o których czasem można poczytać i to cud, że do tej pory nie zdecydowała się na odwiedzanie wszystkich knajp po kuchennych rewolucjach. Kiedy wspomniałam o jednym z programów kulinarnych, gdy jej Królowa Loków pojechała do Peru i mówiła o dziesiątkach różnych odmian ziemniaków, ciotka przestała się dąsać, a jej twarz momentalnie się rozpogodziła. Tak naprawdę guzik interesowała mnie postać Gesslerowej, ale czułam, że sprawię jej przyjemność i rzeczywiście tak się stało. Przez resztę drogi słuchałam o barwnym życiu Magdy Gessler i otwieranych przez nią kolejnych restauracjach, knajpach i lodziarniach. Znudziło mnie to do tego stopnia, że aż zaczęła mnie boleć głowa i marzyłam, by w końcu dojechać do celu. Ożywiłam się, kiedy wpadłam na pomysł, by na spotifaju puścić ciotce piosenkę zespołu Closterkeller pt. "Kolorowa Magdalena". Jej tekst, a głównie refren idealnie pasował mi do Magdy Gessler. Ciotka popłakała się ze śmiechu. Była szansa, że ten dzień będzie udany.

*****

Ciotka była kobietą po czterdziestce, która miała w zwyczaju mówić bardzo szybko, głośno i urywać swoje wypowiedzi w połowie zdania. Miała nadwagę i to znacznie większą niż wspomniana "kreatorka smaków i właścicielka kilkunastu restauracji w Polsce". Co drugi dzień towarzyszyłam jej podczas spacerów i biegów mających na celu unormowanie wagi - jak to sama ładnie określała. Wbijała się wówczas w różowy dres, który pasował jej jak rybie ręcznik i zakładała śmieszne, wzorzyste opaski odblaskowe na ręce. Oczywiście biegałyśmy wieczorami, kiedy było ciemno, bo jako osoba nad wyraz przejmująca się opinią innych, wstydziła się swojej aktywności. A nuż któraś z jej koleżanek pomyśli, że biega, bo chce schudnąć! Było to nie do pomyślenia, bo zawsze powtarzała, że akceptuje siebie taką, jaką jest. Instagramowy trend #bodypositive wszedł jej tak mocno w głowę, że każde wrzucone zdjęcie do Internetu ozdabiała tym hasztagiem, nawet jeśli na zdjęciu były kwiaty. To, co spalała podczas ćwiczeń, zaraz potem uzupełniała słodyczami i innymi niezdrowymi przekąskami. Wieczorami włączała sobie Enyę czy jakąś inną Eleni i głośno śpiewała, przegryzając od czasu do czasu jakimiś orzeszkami czy chipsami, aż do osiągnięcia pełnego zadowolenia i wywołania pierwszych oznak irytacji u domowników.

W Karpaczu zwiedziłyśmy tyle, na ile pozwolił nam czas. Byłyśmy w ciekawym Muzeum Zabawek, miasteczku Western City, gdzie przypomniałam sobie, że w domu, na półce od kilku tygodni czeka na mnie powieść "Na południe od Brazos" i oczywiście jeździłyśmy rynną saneczkową, na której pokłóciłam się z gościem poruszającym się jak ostatnia oferma. Blokując wszystkich za sobą, spowalniał ruch sanek. Na koniec zjadłyśmy kolację w jednej z karczm, gdzie ciotka wdała się w dyskusję z młodym i przystojnym kelnerem na temat stopnia wysmażenia mięsa oraz jakości surówek. Oczywiście wszystko było świeże i pyszne, ale ona nie byłaby sobą, gdyby nie mogła ponarzekać. W rozmowie kelner zgasił ją jednym zdaniem, a ta znając się na mięsie jak świnia na pieprzu i tak obstawała twardo przy swoim. Oczywiście nie miała świadomości tego, że w restauracji ani z kelnerem, ani z kucharzem nie należy zadzierać.

Pod wieczór kupiłyśmy na jednym ze straganów ciupagę z lokalnymi zdobieniami dla wujka Wojtka i postanowiłyśmy wracać. Podróż powrotna początkowo mijała nam błyskawicznie. Wspominając kończący się dzień, jadłyśmy oscypki, śmiejąc się i żartując na temat zażyłości, jaka ewidentnie powstała między panią Zosią i panem Mietkiem. Ciotka nadal komentowała jedzenie z Karpacza, zwracając uwagę na to, jak bardzo zirytował ją kelner oraz faktem, że w tamtejszych knajpkach brakuje lokalnych potraw. To był temat często przez nią poruszany. Bolało ją to, że w każdym miejscu w Polsce restauracje mają właściwie takie samo menu. Zgadzała się z Gesslerową, że turyści za lokalne frykasy są w stanie zapłacić więcej, bo co to za przyjemność jeść, z braku wyboru, za każdym razem frytki i kotlet z piersi kurczaka? To samo dotyczyło straganów, które czy to nad morzem, czy to w górach wyglądały niemal identycznie. Buntowała się przeciwko temu, że w Kołobrzegu można kupić oscypki, a w Szklarskiej Porębie muszelki. Dalej rozmawiałyśmy na różne, małoznaczące tematy, a ciocia ani razu nie poruszyła tematu moich ostatnich wybryków. Nie miałam jednak złudzeń i doskonale zdawałam sobie sprawę, prędzej czy później powrócą jak bumerang. Ciotka była pamiętliwa, zwykle nie zostawiała niedokończonych spraw, zdawałam więc sobie sprawę, że jedynie czeka na odpowiedni moment. Później uznałam, że być może dzięki temu wyjazdowi wszystko co złe zostanie zapomniane? Pod koniec trasy miałyśmy lekkie opóźnienie, bo na drodze zdarzył się wypadek i ruch odbywał się wahadłowo. Na dźwięk sygnału karetki pogotowia, policji czy straży pożarnej zawsze ogarniał mnie strach i niepokój. Tym razem było podobnie, ale na szczęście w całym zdarzeniu nikt nie odniósł poważnych obrażeń. Kiedy późnym wieczorem w końcu dojechałyśmy do domu, okazało się, że wujek wrócił już z Wałbrzycha. Stał przy garażu, pakował walizki i torby z moimi rzeczami do swojego auta. Byłam tak zmęczona, że nie zapytałam, po co to robi. Uznałam chyba, że na czas remontu będą mu przeszkadzać w garażu i może chce je gdzieś oddać do przechowalni. Odebrałam nakarmionego Dolara od pani Zosi, wykąpałam się i padnięta poszłam spać.

*****

Następnego dnia rano tradycyjnie jako ostatnia zjawiłam się na dole. Cieszyłam się, że są wakacje i nie trzeba zrywać się z samego rana, by zdążyć do szkoły. Po prostu luz blues jak mawiał pan Mietek. Moja radość jednak nie trwała zbyt długo. Przy stole z grobowymi minami siedzieli ONI - ciocia i wujek. Kiedy mnie zobaczyli, nagle przestali rozmawiać i porozumiewawczo spojrzeli po sobie. Bez słowa dołączyłam i usiadłam na krześle, zachowując pełną powagę. Patrząc na ich twarze, byłam przekonana, że stało się coś strasznego. Niepokój z reguły ogarnia człowieka nieoczekiwanie. Zaczęłam się po prostu bać. Źródłem mojego strachu było coś bliżej nieokreślonego. Ktoś umarł? Zdarzył się wypadek? Jakaś choroba, która będzie wymagała założenia publicznej zbiórki? Co złego mogło wydarzyć się od wczoraj? Siedzieliśmy w krępującej ciszy przez dłuższą chwilę, aż nagle ciocia zrobiła jedną z tych swoich skwaszonych min, a wujek odkaszlnął i na jednym wydechu wyrzucił oficjalnym tonem:

- ŻEBY NIE PRZECIĄGAĆ... MAGDA, ROZWIĄZUJEMY RODZINĘ ZASTĘPCZĄ.

To zdanie zadziałało na mnie jak mocny, niespodziewany, lewy sierpowy. Powietrze zgęstniało, poczułam się, jakby wszystkie zegary świata nagle się zatrzymały. Miałam wrażenie, że wszystko wokół mnie dzieje się w zwolnionym tempie. Zakręciło mi się w głowie, wszystkie dźwięki stały się przytłumione, jakby docierały zza szyby. Po chwili oblał mnie zimny pot. Kiedy po chwili oprzytomniałam na tyle, że zdołałam przyswoić sobie tę informację, zapytałam, co się stało i skąd taka nagła decyzja? Usłyszałam, że nie mogę z nimi dalej mieszkać, że sytuacja ich przerosła, bo nie dają rady, że w tej chwili mają inny plan na życie i wszystko zostało już wcześniej uzgodnione z koordynatorem pieczy zastępczej. Dalej słuchałam już tylko o tym, że stale sprawiałam same kłopoty wychowawcze i pomimo tego, że spędziłam w ich domu sześć lat, to ten fakt tak naprawdę nic nie znaczy, bo nigdy nie byłam częścią tej rodziny. Myślałam wtedy tylko o tym, że z powodu mojego braku pewności siebie starałam się za wszelką cenę przypodobać im obojgu, jakbym była im coś winna, na przykład wdzięczność za to, że mnie przygarnęli. Ciocia, nie patrząc w moją stronę, wydukała, że nie rozumie mojej reakcji, bo powinnam liczyć się z tym, ponieważ mieszkałam u nich tymczasowo, a sama nazwa "rodzina zastępcza" wskazuje na to, że sytuacja jest przejściowa, zaplanowana tylko na jakiś czas. Nie wierzyłam w to, co usłyszałam, miałam nadzieję, że za chwilę oboje wybuchną głośnym śmiechem i krzykną "Prima Aprilis", ale do kwietnia było daleko. W tym samym momencie wujek dodał z ironią, że w zasadzie to dziwne, że wcześniej niczego się nie domyśliłam. Wyjazd z ciocią do Karpacza miał być wyjazdem pożegnalnym, a remont pokoju to zwykła bajeczka. Po prostu oboje chcieli uniknąć scen z pakowaniem i woleli, abym wcześniej zrobiła to sama. Teraz już wiedziałam, dlaczego wujek przenosił moje rzeczy do auta. Straciłam panowanie nad sobą, wyrzuciłam z siebie potok gorzkich słów, a oni nie pozostali mi dłużni. Poczułam, jakbyśmy grali ze sobą w ping ponga. Ja swoje, oni swoje. Po czasie zrozumiałam, że kłótnie i przepychanki słowne do niczego nie doprowadzą, decyzja została przecież już wcześniej podjęta. Nagle straciłam poczucie bezpieczeństwa, które pojawia się u człowieka, gdy ma wokół siebie cztery ściany i troskliwych ludzi. Wcześniej nigdy tego nie odczuwałam. Cała radość ostatnich szczęśliwych dni zdążyła się ulotnić.

Dziś z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że dla nich liczyły się tylko pieniądze, które co miesiąc dostawali na moje utrzymanie. Nie miałam pojęcia, że mieszkałam z ludźmi, którzy pozbędą się mnie tak nagle, z dnia na dzień. Przez te sześć lat byłam tylko tymczasowym dodatkiem do ich życia, który miał być grzeczny, nie sprawiać kłopotów, ładnie wyglądać i przy okazji rekompensować niemożność posiadania własnego potomstwa. Na każdym spotkaniu z koordynatorem pieczy zastępczej oboje uśmiechali się, chwalili moimi sukcesami i opowiadali, jak to super być rodzicem. Odgrywali swoje role wyśmienicie, bo hajs się zgadzał. Wybiegłam do toalety, tam zrobiło mi się ciemno przed oczami i zwymiotowałam. Czułam się zdezorientowana, upokorzona i zła. Starałam pohamować w sobie potrzebę wyładowania złości, krzyku i płaczu. Emocje rozsadzały mi głowę.

Tego samego dnia, w siedzibie Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, rodzina zastępcza Maślaków została rozwiązana, a ja zgodnie z nowym postanowieniem sądu rejonowego miałam trafić do najbliższego powiatowego domu dziecka - tak zwanego domu z czerwonej cegły. Na nic zdały się moje łzy, prośby i obietnice poprawy. Wiem, że czasem wypadałam z torów, ale zawsze na nie wracałam. Nigdy nie zrobiłam nikomu krzywdy, nikt przeze mnie nie płakał. Moje złe zachowanie ograniczało się jedynie do późnych powrotów do domu i popalania papierosów.

Nie ma co! Dostałam piękny prezent urodzinowy! Zamiast nowego pokoju zafundowano mi całe nowe lokum. Sąsiadka z fioletowymi włosami miała rację, mówiąc, że ludzie to potwory.

W życiu bywają chwile, kiedy czujemy, że coś jest nie tak. Niepokój, czasem lęk potrafią być naprawdę wyniszczające. Zmiana zachodzi pod przymusem. Nie można nic zrobić, nie ma odwrotu...

Ostatnią noc w Dziczkach spędziłam, przeglądając strony internetowe różnych domów dziecka. Czytałam regulaminy, statuty, oglądałam galerie i próbowałam wyobrazić sobie, jak będzie wyglądało moje życie w podobnym miejscu. Oczywiście skupiłam się głównie na negatywnych doniesieniach dotyczących różnych placówek, w których dochodziło do zaniedbań i przemocy. Przypomniałam sobie też fragment książki pt. "Dzieci Nocy" Dana Simmonsa, w którym autor opisał między innymi codzienność rumuńskich sierot. Tam w pewnym okresie przetaczano im krew od prostytutek i innego elementu społecznego, zarażając różnymi chorobami i nie pozwalając opuszczać pokojów. Dzieci te nie potrafiły chodzić, były pozostawione na pastwę losu i nikt się nimi nie przejmował. Chore i umierające czekały na lepsze jutro. Dość mocno podziałało to na moją wyobraźnię!

Ostatnie spojrzenie na mój pusty pokój, dom, w którym spędziłam sześć lat, ogród i łzawe pożegnanie z Dolarem. Do tej pory pies był tapicerem mojego poharatanego życia. Już nie będziemy chodzili na długie spacery, podczas których denerwowałam się, że zatrzymuje się niemal pod każdym napotkanym drzewem, odczytując liściki pozostawiane przez psich kolegów. Poczułam się samotna i zdradzona przez najbliższe mi osoby. Całując go w mokry nos, kątem oka zobaczyłam wzrok wujka Wojtka, który patrzył na mnie z politowaniem. Do zobaczenia kiedyś piesku...

*****