ROZDZIAŁ 2
"Ogród Dusz" - tak nazwała swoją obecną posiadłość Lusia, a właściwie Elżbieta lub Elwira, gdy będąc nastolatką, zainteresowała się psychologią, religią i filozofią - jednym słowem, gdy zaczęła poszukiwać własnej tożsamości, silnie osadzonej w kontekście życia i działalności babci.
Tylko zmarła babcia i towarzysząca im od dekad pani Zosia nazywały ją Lusią, zdrobnieniem od Elżbiety, Elusi. Dziewczynka nie lubiła jednak swojego "staroświeckiego imienia" godnego zgrzybiałej ciotki albo kogoś, kto "stracił przyjaciela", więc gdy tylko rozpoczęła naukę w elitarnym krakowskim piątym liceum, przedstawiła się nowym znajomym jako Elwira. Imię to, mało popularne w jej pokoleniu, wydało się nastolatce oryginalne, a jednocześnie trochę podobne do nadanego podczas chrztu. Taki kompromis był do przyjęcia nawet dla babci.
Elwira do spółki z bratem zarządzała całym kompleksem, obejmującym dawne zoo, a obecnie nieco ponad sześć hektarów terenów zielonych, poszatkowanych budynkami gospodarczymi, starymi wolierami i alejkami. Obszar zajmowany przez Ogród ograniczał się do połowy powierzchni, rozdzielonej prawie dokładnie pośrodku szpalerem strzelistych topoli.
Serce Ogrodu Dusz stanowił dom, w którym Elwira mieszkała od dziecka, czyli już od trzydziestu ośmiu lat.
Zbudowany przez jej dziadka w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, liczył sobie już prawie czterdziestkę i wskutek licznych przeróbek i rozbudów niczym już nie przypominał szarego peerelowskiego klocka, których setki do dziś można spotkać w Krakowie i całej Polsce.
Remonty częściowo wynikały z realnych potrzeb właścicieli, a częściowo z fantazji babci Elwiry, która, szczególnie pod koniec życia, beztrosko korzystała z pokaźnych środków finansowych zostawionych jej przez dziadka oraz z wpływów pochodzących z dzierżawy pozostałych budynków i gruntów. Budowała, przerabiała i odświeżała - niekoniecznie to, co było trzeba. Efektami postępującej demencji i towarzyszących jej coraz częstszych urojeń były: mansarda, wykusze, przeszklona weranda oraz mnóstwo elementów tak zwanej małej architektury, rozsianej po całym ogrodzie - kapliczki ku czci wielu świętych, fontanny niepodłączone nigdy do wody czy nawet murowana wędzarnia, w której w zasadzie od początku jej istnienia nic się nie wędziło, tylko trzymało się kosiarkę i grabie.
Babcia, dawniej ciekawa świata, pod koniec życia wsłuchiwała się w głos Świętej Rity i dekorowała dom zgodnie z jej zaleceniami "na chwałę Panu Bogu i Trójcy Świętej".
Nastoletnia Elwira wiedziała jednak, że to wcale nie sugestie włoskiej świętej, tylko podświadomy wpływ programów Discovery i National Geographic, które staruszka nieustannie oglądała na zmianę z telewizją Trwam i słuchaniem radia Maryja.
W taki też sposób szary betonowy sześcian powoli zamienił się w pałacyk ozdobiony portugalskimi azulejos, którymi wyłożona była cała zachodnia elewacja. Proekologiczne murale wymalowane przez kolegę ze studiów Elwiry zdobiły garaże, a wota dziękczynne, święte obrazki i ikony wisiały w pokojach babci i pani Zosi, a także w łazienkach i kuchni.
Utalentowana plastycznie wnuczka Lusia dodała z kolei własnoręcznie malowane obrazy, ogromne "łapacze snów" zawieszone w każdym z okien oraz rozliczne rzeźby i instalacje rozsiane po całym ogrodzie i konkurujące o miejsce z kapliczkami babci.
To swoiste lapidarium, które uszło uwadze przestraszonego chłopca szukającego piłki, nie zostało jednak zignorowane przez parę policjantów, którzy wysiedli z auta przed domem i stanęli na ganku z dobudowanymi kolumnami.
Czekała tam na nich Elwira - wysoka, dobiegająca czterdziestki kobieta o długich, falujących brązowych włosach. Jej twarz o regularnych, ale pospolitych rysach nie nosiła śladów makijażu, a jedyną biżuterią, która rzuciła się funkcjonariuszom w oczy, był ogromny wisior, zawieszony na szyi na tle szarej sukienki z materiału przypominającego zgrzebne płótno.
Przygotowana na potencjalne kłopoty, Elwira przybrała zatroskany i skruszony wyraz twarzy i nie schodząc z ganku, przywitała gości:
- Dzień dobry panom, pewnie są tu panowie z powodu tego biednego chłopca, który był świadkiem naszego małego eventu i bardzo się przestraszył... Daję słowo, że nic złego tu się nie wydarzyło i zaraz wszystko panom pokażę.
- Za chwilę, pani dowód poproszę - zareagował sierżant, po czym przedstawił się swoim stopniem i nazwiskiem.
Elwira posłusznie wyjęła dowód z włóczkowej torebeczki, którą przepasała sukienkę, i podała funkcjonariuszowi. Ten wziął go bez podziękowania i wrócił do samochodu w celu sprawdzenia w systemie kartoteki kobiety. Na ganku został wyższy z mężczyzn i wyraźnie zaciekawiony, zwrócił się do gospodyni:
- Posterunkowy Trojan. Kto tu jeszcze z panią mieszka? Doniesienie mówiło o paru kobietach.
- Na stałe to jeszcze dawna gospodyni, pani Zosia, obecnie już trochę zdziecinniała, no i jeszcze cztery koleżanki, ale one są raczej moimi gościniami niż stałymi mieszkankami.
- Pani zawoła je wszystkie, dobrze? Jest tu jakiś taras albo ławka? Trochę sobie porozmawiamy, mogłoby być wszystkim wygodniej...
- Tak, oczywiście, już je zawołam, a komfortowo usiąść możemy za domem, tam jest taras i zestaw wypoczynkowy...
- To niech pani tam zbierze wszystkich, a my zaraz podejdziemy. Tylko żeby mi nie uciekać nigdzie... - Policjant pogroził palcem, ale na jego ustach zamajaczył nieznaczny uśmiech.
- Ależ skąd takie pomysły, jesteśmy bardzo układnymi obywatelkami, panie władzo... - odpowiedziała Elwira, powstrzymując się od uśmiechu, żeby funkcjonariusz nie pomyślał, że z nim flirtuje.
Jeśli policjanci rzeczywiście chcieli rozmawiać z całą szóstką, to i tak czekały ich niezapomniane emocje.
Po sprawdzeniu danych Elwiry i przekonaniu się, że nie figuruje w policyjnych rejestrach, policjanci pozostawili radiowóz na podjeździe i przeszli za dom, podążając betonową alejką. Po drodze mieli okazję zobaczyć ściany podłużnych budynków pomalowane na pastelowe kolory i gdzieniegdzie przyozdobione graffiti lub muralami o bardzo zróżnicowanej tematyce. Te nieco wyblakłe, czyli zapewne starsze, poświęcone były motywom katolickim: Jan Paweł II podpierał twarz ręką i wpatrywał się nostalgicznie gdzieś w dal, być może marząc o kremówce; Jezus natomiast przedstawiony był zarówno w swojej dziecięcej formie, jak i w tej bardziej męskiej, podświetlony promieniami i błogosławiący światu.
Te jaskrawsze malunki świadczyły o bardziej pluralistycznym podejściu do religii domniemanych autorów - ukazywały tłustego Buddę, niebieskiego Krisznę, a nawet kolaż składający się z gwiazd Dawida i menor.
Religijna galeria kończyła się na ostatnim budynku, za którym otwierał się przepastny teren porośnięty częściowo starodrzewem i mniejszymi drzewami oraz krzakami, sadzonymi regularnie, najwidoczniej zgodnie z jakimś planem. Pomiędzy nimi wiły się ścieżki wysypane tłuczniem i drobnymi kamykami, ale widoczne z daleka porastające je trawy i chwasty świadczyły o zaniedbaniu.
Policjanci, wchodząc na dość nierówny trawnik, poczuli woń lawendy, mięty i innych niezidentyfikowanych ziół porastających zachodnią ścianę domu, oświetloną ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.
Idylliczny widok psuły jednak nadpalone metalowe krzesło ustawione na środku trawnika i resztki spalonego ubrania.
W rogu ogrodu, na rattanowych fotelach, siedziały gospodyni i starsza siwa kobieta; kilka metrów dalej, w drewnianej altanie zgromadziły się kolejne cztery kobiety. Policjanci rozpoznali pośród nich rudą, która wpuściła ich na teren.
- Czy możemy usiąść? - zapytał Klonowski, chwytając w dłoń oparcie jednego z foteli i oddając Elwirze dowód osobisty.
- Tak, oczywiście, proszę. Może się panowie napiją czegoś chłodnego? Przygotowałabym od razu, ale w sumie nie wiem, czy można zaoferować coś do picia funkcjonariuszom policji... - odezwała się Elwira nieśmiało, a siedząca obok niej, uczesana i pachnąca wyłącznie starością pani Zosia prychnęła z dezaprobatą.
Posterunkowy spojrzał na staruszkę zdziwiony i odpowiedział:
- Dlaczegóż by nie? Policjanci to też ludzie, wykonujemy tylko swoją pracę, ot co.
- Poprosimy o wodę - zwrócił się do Elwiry dowódca patrolu i dodał: - Czy drugą panią też można poprosić o dowód?
Elwira skinęła głową i zaczęła grzebać w torebce, ale pani Zosia ją ubiegła, rzuciła na ławę skrywany w dłoniach zielony książeczkowy dowód i zrzędliwie oznajmiła:
- Można prosić.
Policjanci popatrzyli po sobie, a następnie utkwili pytający wzrok w Elwirze, która szybko podała im plastikowy, właściwy dokument, chwyciła przetłuszczoną książeczkę i chciała ją schować, ale spotkało się to z gwałtowną reakcją staruszki:
- Zostaw mi to! To nie twoje! To są moje rzeczy!
Posterunkowy Trojan, chcąc uspokoić kobietę, stwierdził urzędowym tonem:
- Droga pani, ten dowód jest nieważny, jeśli mnie pamięć nie myli, od co najmniej piętnastu lat...
- Ważny, nieważny - odwarknęła pani Zosia. - Nic się nie zmieniło. No, może tylko zdjęcie... Duperele...
- Przepraszam, panie władzo, pani Zosia ma dziś trochę gorszy dzień... Czy jest nam potrzebna, czy może wrócić do swojego pokoju?
Posterunkowy popatrzył na Elwirę ze zrozumieniem i zwrócił się do kolegi:
- Pani sobie pójdzie odpocząć, nie będziemy jej męczyć, prawda?
- Dobrze, niech pani rzeczywiście idzie - zgodził się sierżant. - Może pani ją odprowadzić, a my porozmawiamy z koleżankami. Mają dokumenty przy sobie?
- Tak, mają, są przygotowane - odpowiedziała Elwira i dodała: - Ja za chwileczkę wracam, proszę się tylko nie denerwować. Moje koleżanki, a dwie szczególnie, są dość... specyficzne. Ja zaraz wszystko wytłumaczę.
Podała ramię pani Zosi, która z trudem wstając z fotela, podsumowała spotkanie:
- Zawracanie dupy.
Policjanci, nic nie mówiąc, również wstali i ruszyli w stronę altany.
Elwira zniknęła w domu ze staruszką, pełna obaw i przekonana, że funkcjonariusze na długo zapamiętają legitymowanie Oliwki, a pewnie i Ady.
Mężczyźni, podchodząc do altanki, zatrzymali się na chwilę przed sceną domniemanej zbrodni. Dowódca coś zanotował, po czym wcisnął przycisk radiotelefonu i pochylając ku niemu brodę, zrelacjonował coś centrali czy też oficerowi dyżurnemu.
Widząc nadchodzących policjantów, jedna z kobiet, zaokrąglona brunetka o długich prostych włosach, wstała od stołu stojącego pośrodku altany, zabrała ze sobą krzesło, na którym siedziała, i odeszła kilkanaście metrów dalej, po czym ponownie na nim usiadła; następnie kiwnęła z dystansu funkcjonariuszom głową na znak powitania.
- Po pierwsze - rozpoczął Klonowski - która z pań powie mi, co tutaj, na trawniku, miało wcześniej miejsce, a po drugie, dlaczego tamta pani właśnie przed nami uciekła?
Ruda kobieta spojrzała na zadbaną blondynkę, która uśmiechnęła się chytrze i odpowiedziała, patrząc mężczyźnie sugestywnie w oczy:
- Zostawiła panów dla nas, nie musimy się teraz z nią dzielić.
- Andżelika, proszę cię... - odparła ruda i odwróciła się ku policjantom, chcąc zabrać głos, ale ubiegła ją trzecia kobieta, która beznamiętnym tonem oznajmiła:
- Ona kłamie, bo chce pana poderwać, a Oliwia by panów zwyzywała, więc wolała tego uniknąć, bo pewnie dostałaby mandat, a nie ma teraz zbyt dużo pieniędzy, bo rodzice jej dawno nie przysłali. Na trawie paliłyśmy kukłę mającą reprezentować osoby, które nas zraniły lub cały czas ranią. Uważam, że to bez sensu, ale zrobiłam to, bo wiem, że zależy na tym Elwirze. To mój dowód. - Nie przerywając oświadczenia, kobieta wręczyła go posterunkowemu i zapytała: - Czy mogę już odejść? Mam dużo pracy i nie lubię tracić niepotrzebnie czasu.
Posterunkowy Trojan przełknął ślinę, a sierżant, po dwóch sekundach, których potrzebował na przyswojenie natłoku niespodziewanych informacji, odpowiedział:
- Nie, nie może pani, proszę poczekać, niestety zmarnujemy pani jeszcze trochę czasu.
- Policję należy szanować, więc posłucham pana, ale mam nadzieję, że nie będzie to trwało zbyt długo.
- Będzie trwało tyle, ile trzeba...
- Ona ma zespół Aspergera, ma problemy z komunikowaniem się... - pospieszyła z wyjaśnieniem ruda Justyna, widząc, że zaraz może dojść do eskalacji konfliktu. - Proszę pytać mnie albo Andżelikę. - Tu wskazała ręką na blondynkę.
- A tamta pani niby dlaczego miałaby mnie zwyzywać? - Wyraźnie zniecierpliwiony policjant, nieprzyzwyczajony, by ktoś oprócz przełożonych mówił mu, co ma robić, odszedł od stołu i zaczął podchodzić w kierunku siedzącej pod drzewem Oliwki.
- To naprawdę zły pomysł... - tłumaczyła Justyna. - Oliwka cierpi na syndrom Tourette'a...
Mężczyzna już nie zwracał na nią uwagi, tylko przyglądał się dziewczynie, która widząc, że policjant się do niej zbliża, natychmiast wstała z krzesła i zaczerwieniła się.
- ... szczególnie gdy jest zestresowana lub gdy poznaje nowe osoby... - kontynuowała kobieta i zwracając błagalny wzrok na wyższego z policjantów, dodała: - Bardzo pana proszę, żebyście nie brali poważnie tego, co ona powie. To nerwy, ona plecie właśnie to, czego wie, że nie powinna mówić, ale nie w celu obrażenia kogoś, tylko tak działa jej mózg.
- Słyszałem o tej przypadłości... - odpowiedział mężczyzna i mrużąc oczy, najwyraźniej zaciekawiony, również wyszedł z altany, aby dołączyć do towarzysza.
- Jaja... - podsumowała szeptem blondynka i zasłoniła usta, kryjąc uśmiech.
- Ty jesteś naprawdę niepoważna. Chcesz, żeby ją aresztowali albo żeby dostała kolegium? - również po cichu zbeształa koleżankę Justyna.
- Co to jest kolegium?
- Nieważne, już nie ma kolegiów od dawna, tak mi się powiedziało.
- Stara jesteś, za dużo nieprzyjemnych rzeczy pamiętasz.
Ruda popatrzyła na Andżelikę z urazą, głośno odetchnęła, a następnie zwróciła się do dziewczyny z zespołem Aspergera:
- Ada, nie mów nigdy policjantom czy innym funkcjonariuszom państwowym, że marnują twój czas. O ile zwykły człowiek tylko się na ciebie obrazi, co możesz mieć rzeczywiście w nosie, jak to masz w zwyczaju, o tyle taki obrażony policjant na pewno nie pójdzie ci na rękę.
- Pójść na rękę to znaczy pomóc ci w czymś - dodała blond Andżelika.
- Wiem, co to znaczy. Ten związek frazeologiczny akurat znam. Dobrze. Dziękuję ci za radę i postaram się ją zapamiętać.
Justyna pokiwała głową.
Chociaż z wszystkich pięciu dziewczyn, pomijając oczywiście panią Zosię, mieszkała w Ogrodzie najdłużej, nadal nie mogła się przyzwyczaić do metody komunikowania się z Adą, której należało wyjaśniać mnóstwo niuansów językowych i społecznych i która, okazując maksimum dobrej woli, dziękowała za pomoc w taki właśnie teatralny i wyuczony sposób. Pomimo sporej dozy empatii Justynie koleżanka działała na nerwy, ale świadoma własnych niedoskonałości Justyna zaciskała zęby i nie traciła cierpliwości, starając się nie pogorszyć i tak płytkich relacji z nią.
Tymczasem policjanci podeszli do Oliwki, która na ich widok zaczęła pochrząkiwać.
Nie znosiła tego, ale nie mogła się powstrzymać. Jedyne, co ją cieszyło, to fakt, że akurat ten tik uaktywnił się dopiero parę lat wcześniej. Gdyby chrząkała już w szkole podstawowej, to na sto procent byłaby skazana na bycie wyzywaną od świń, co akurat niestety pasowałoby do jej ówczesnej tuszy.
Sierżant Klonowski przedstawił się i zapytał, równocześnie spoglądając na jej dowód osobisty:
- Pani imię i nazwisko?
- Imię i nazwisko. Imię i nazwisko. Przepraszam, Oliwia Partyka. Pies, pies...
- Słucham?
- Oliwia Partyka. Gliniarz, glina, pies. Przepraszam pana, mam syndrom Tourette'a i mówię różne rzeczy. Pała, pały, pały-pedały...
Policjant już drugi raz w ciągu kwadransa zrobił wielkie oczy i popatrzył na partnera, który, poinformowany o sytuacji, z trudem powstrzymywał uśmiech. Najchętniej natychmiast oddałby dziewczynie dowód i zostawił ją w spokoju, ale nie chciał sprawić wrażenia, że się jej przestraszył albo, co gorsza, obraził.
Słyszał o tym zaburzeniu, nawet oglądał z kumplami jakieś filmiki z niekontrolowanie przeklinającymi ludźmi, które bardzo ich bawiły, ale nie spodziewał się, że będzie kiedykolwiek zmuszony do legitymowania takiej osoby. Żadne ze szkoleń, które przechodził w Szczytnie i w Krakowie, nie obejmowało radzenia sobie w kontakcie z człowiekiem z zespołem Tourette'a. Uczył się, jak postępować z małymi dziećmi, kibolami, chorymi psychicznie, a przede wszystkim z narkomanami i pijakami, więc przez te dwie sekundy, które minęły, zastanawiał się, jaką postawę ma przyjąć.
Zadecydował w końcu, że wyobrazi sobie, że dziewczyna jest agresywnym werbalnie kibicem piłkarskim. Musiał po prostu zachować zimną krew, nie zwracać uwagi na przekleństwa i epitety i wykonywać swoje obowiązki.
- Czy może pani opisać, co tu się wcześniej wydarzyło? Skąd ten pożar?
- Dajmy pani spokój, nie ma sensu jej denerwować... - Widząc, że kolega w opaczny sposób usiłuje ratować swój honor, pociągnął go za mankiet koszulki i dał mu znak głową, aby się wycofał.
- Pani tylko odpowie jednym zdaniem i będziemy kontynuować czynności wyjaśniające, prawda?
- Prawda, prawda? Tak, oczywiście, przepraszam, nie kontroluję tego... Ekhm, ekhm, ekhm... - Oliwka zaczęła chrząkać w odstępach półsekundowych, a na jej twarzy znów wykwitł intensywny rumieniec. - Ekhm, ekhm... To część prywatnej terapii, którą zaproponowała Elwira. Każda z nas ma za zadanie raz w tygodniu zasugerować jakieś zajęcie, któremu mamy wspólnie się poświęcić cha-wu-de-pe, cha-wu-de-pe! Przepraszam najmocniej... Ekhm, ekhm, ekhm... Mogą to być albo jakieś czynności w ogrodzie, albo jakieś zajęcia sportowe, albo wyjście do teatru czy na drinka. Jebać Wisłę i Policję! Pały-pedały! Boże... Ja naprawdę przepraszam... No i dzisiaj miałyśmy spalić kukłę jakiegoś naszego wroga albo kogoś, przez kogo cierpiałyśmy. Pies, psy, psie! - Dziewczyna zasłoniła usta dłonią i popatrzyła przepraszająco na mężczyzn.
Posterunkowy Trojan w końcu zadecydował, że przejmie inicjatywę:
- Dziękujemy pani, no i życzymy powrotu do zdrowia - wydusił, po czym odwrócił się na pięcie.
Jego kolega, który od dobrych paru lat nie miał już codziennego kontaktu ze środowiskiem kibolskim, dołączył do niego, zszokowany mnogością wyzwisk, które musiał zdzierżyć. Dziewczyna ani trochę nie wyglądała na kibickę piłkarską czy jedną z osiedlowych lasek, które wulgarnością dorównywały chuliganom. "Skądś jednak musiała czerpać inspirację. Może po prostu czytała uważnie napisy na miejskich murach?" - pomyślał.
Przez chwilę poczuł się mały i nagi, zapragnął znów przywdziać biały kask z przyłbicą oraz schować się za wielką przezroczystą tarczą.
Na szczęście tę chwilę mikrozałamania przerwała gospodyni, która z dwiema szklankami w dłoniach i z duszą na ramieniu spieszyła z domu na pomoc swoim podopiecznym.
Po minach policjantów oddalających się od Oliwki widziała, że dziewczyna zrobiła na nich swoje zwyczajne wrażenie, i mogła tylko mieć nadzieję, że wykazali się zrozumieniem i empatią.
Współcześni funkcjonariusze policji wydawali się lepiej przygotowani do swojej pracy niż ich poprzednicy dwadzieścia czy trzydzieści lat wcześniej, za czasów urzędowania jej babci. Wtedy bardzo rzadko można było liczyć na pobłażliwość, nawet jeśli na samym początku interwencji służb okazywało się tak zwane żółte papiery. Chory czy zdrowy, nieważne - jak obrażał policjanta, dostawał pałą po dupie.
Mężczyźni usiedli w altanie i zebrali dowody od pozostałych trzech kobiet. Po paru sekundach dołączyła do nich Elwira i postawiła przed nimi dwie wysokie szklanki z wodą, w której pływały cieniutkie plasterki świeżych ogórków.
Dowódca spojrzał na swoją szklankę z lekkim zdziwieniem, a gospodyni, widząc to, stropiła się i zaczęła tłumaczyć:
- Nie pija pan wody z ogórkiem? To z naszej małej uprawy, mogę panu zaraz przynieść z cytryną albo samą, bez niczego...
- Nie, nie trzeba, dziękuję... Jest okej. - Mężczyzna pozwolił sobie wreszcie na odrobinę luzu, a następnie oznajmił: - Reszta pań może się rozejść, zostanie tylko pani właścicielka. Dowody pań zostawimy u niej.
Kobiety wstały i zaczęły odsuwać krzesła, aczkolwiek blondynka dość niechętnie. Wychodząc z altany, zapytała zalotnie:
- Kiedy panowie znów wpadniecie? Nie mieliśmy okazji porozmawiać...
Słysząc to, ruda Justyna pociągnęła koleżankę za ramię, a ta, wyrywając się lekko, w końcu oddaliła się wraz z nią w kierunku domku.
Posterunkowy uśmiechnął się szeroko, czując, że w towarzystwie gospodyni mogą poczuć się już odrobinę swobodniej.
- A tej pani co dolega? - zapytał Klonowski, wyraźnie zmęczony i skonsternowany.
- Panie sierżancie... Dobrze zapamiętałam pański stopień?
- Tak, sierżant Klonowski.
- A więc panie sierżancie... Nie jestem upoważniona do dzielenia się wiedzą na temat dolegliwości moich koleżanek, to ich prywatna sprawa... Bardzo mi przykro... Z Oliwką jest inaczej, to widać na pierwszy rzut oka.
- Raczej słychać... - poprawił ją Trojan lekko ironicznym tonem, ale sierżant natychmiast zgromił go wzrokiem.
- No niestety, tak... - kontynuowała Elwira. - Biedna dziewczyna unika przez to wszelkiego towarzystwa i siedzi tu tak, wyłącznie z nami, starymi babami, a powinna mieć chłopaka, życie towarzyskie...
- Mówiła pani wcześniej, że te panie, pani koleżanki, są tu gośćmi. Proszę sprecyzować: czy przebywają w tym miejscu wyłącznie dzisiaj, czy je jednak zamieszkują? No i wyjaśnić, co tu się wcześniej wydarzyło.
- To skomplikowane, ale możemy przyjąć, że mieszkają tutaj, aczkolwiek raczej tymczasowo, a to małe wydarzenie - w tym momencie Elwira spojrzała na resztki krzesła i kukły - to taka trochę jakby terapia... Coś na kształt terapii, bo nie jestem certyfikowaną terapeutką. Staramy się sobie tutaj wspólnie pomóc, a do sukcesu może prowadzić wiele ścieżek. Eksperymentujemy z nimi. Przyznaję, dla osoby z zewnątrz, szczególnie dla dziecka, mógł to być co najmniej osobliwy widok, ale chłopiec wszedł niezaproszony na teren... Nie żebym go o coś oskarżała - zmitygowała się - ale to teren prywatny i teoretycznie możemy tu robić, co chcemy... - Spojrzała już odważniej w oczy policjanta. - Oczywiście w granicach prawa...
- Tak, zgadza się. Wygląda na to, że faktycznie to nieporozumienie... - zgodził się Trojan, ale dowódca spojrzał na niego srogo i zakomenderował:
- Posterunkowy! Idźcie do radiowozu sprawdzić resztę pań, zawołam was, jeśli będziecie potrzebni.
Nieco zaskoczony podwładny spojrzał z wyrzutem na sierżanta, ale zebrał resztę plastikowych kart ze stołu, wypił końcówkę wody i ruszył w stronę zaparkowanego auta.
- Powiem pani szczerze, że oficer dyżurny, zanim wysłał nasz patrol tutaj, do pani, uprzedził nas, że pani dom jest na osiedlu owiany raczej złą sławą... Nie to, żeby były jakieś zgłoszenia czy interwencje w ostatnim czasie, ale hmm... - mężczyzna wyraźnie się zawahał, zanim zdecydował się kontynuować - o tym domu i całym terenie można powiedzieć, że... krążą różne legendy.
Elwira westchnęła, bo spodziewała się tego. To nie była pierwsza sytuacja, kiedy nawet funkcjonariusz państwowy zdradzał oznaki obawy lub przynajmniej niepewności w konfrontacji z jej Ogrodem. Szczególnie często zdarzało się to wśród ludzi z jej pokolenia i starszych - tych pamiętających działalność babci i ją samą.
- Zdaję sobie z tego sprawę, panie sierżancie, ale pan, z racji wykonywanego zawodu, z pewnością jest szczególnie świadomy, że ludzie potrafią być okrutni. Raz przyszytą łatkę trudno potem odpruć, zwłaszcza jeśli zdarzają się takie, mówiąc kolokwialnie, wpadki jak dzisiaj... Kiedyś, dawno temu, dochodziło tu do pewnych... ekscesów, powiedzmy, ale od dawna jest już bardzo spokojnie. Od czasu do czasu jakieś wyrostki krzykną coś wulgarnego w stronę domu, sporadycznie ktoś rzuci w zabudowania jajkiem lub butelką, ale ja nie robię z tego nigdy problemu. Żyję w zgodzie z sąsiadami i resztą osiedla...
- Czy aby na pewno...?
- Tak, oczywiście... Czy pan coś sugeruje...? - Elwira się zaniepokoiła, bo policjant zaczął nagle grzebać w kieszeni, wyjął z niej telefon i coś na nim przeglądał.
- Niestety nie wygląda na to, aby panowała tu wyłącznie sielanka... - Zwrócił ekran smartfona w jej kierunku, wyświetlając zdjęcie.
Kobieta przyjrzała mu się z uwagą. Przedstawiało białe prześcieradło, na którym czarnym sprejem wypisano: "CHCIWE SPRZEDAJNE KURWY". Zawieszony był na siatce porośniętej żywopłotem.
Przełknęła ślinę.
- Czy to nasze ogrodzenie...?
- Tak - odpowiedział policjant, po czym pokazał jej na dowód kilka kolejnych ujęć transparentu.