Dom, w którym zamieszkała miłość - Monika Oleksa

Kup ebooka

47.90 zł
39.76 zł (28,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

Kocham Cię jak białe płatki śniegu,

które miękko opadają na rozkołysane i przyjmujące je z czułością gałęzie sosny.

Kocham Cię jak otulony bielą ogród, w którym odnajduję ukojenie

i który wciąż jest dla mnie tajemnicą skłaniającą do odkrywania

jak Ty...

Kocham Cię jak zimowy poranek,

skrzący się szronem,

taki jeszcze nie do końca rozbudzony,

wyciszony i łagodny,

jasny, pomimo mroku

świeży i rześki,

miękko brzmiący Twoim głosem,

wpisany we mnie, jak Ty

i pełen Twoich śladów.

Kocham Cię, bo uczysz mnie,

że miłość nie zniewala

i nie ogranicza,

tylko wyzwala,

rozwija,

umacnia skrzydła

i daje odwagę, by wzbić się na nich wysoko,

bez lęku, że się spalę,

bez strachu przed upadkiem.

Kocham Cię jak niedzielne popołudnie,

do którego się uśmiecham,

lekka

i radosna, jak wirujące płatki śniegu.

Kocham Cię czule

na cztery pory roku.

Dla Wiesia,

dziękując za to, że zaprosił do swojego domu miłość i pozwolił, by w nim zamieszkała

 

 

 

 

 

 

JEDEN...

 

 

 

 

Północny wiatr przyniósł ze sobą niepokój. Przejrzał wszystkie kąty w domu, zajrzał do komina, zatańczył nawet z dymem, ale taniec ten był zbyt gwałtowny dla zwiewnego welonu, więc wiatr szybko stracił nim zainteresowanie i popędził ku wiatrakom, w jakimś niewytłumaczalnym szaleństwie popychając potężne śmigła i wprawiając je w terkoczący ruch.

Irka objęła się ramionami i potarła dłońmi skórę, na której utworzyła się gęsia skórka. W domu nie było zimno. Nowy piec dobrze się spisywał, a przy Łucji Irka nie oszczędzała na ogrzewaniu. Gdy była sama, różnie z tym bywało, ale od chwili, kiedy w życiu Ireny pojawiła się córka, kobieta dbała, by niczego dziewczynce nie brakowało. Również ciepła, w każdym tego słowa znaczeniu.

Nie rozpieszczała Łucji, ale dopieszczała ją i pielęgnowała z taką starannością, z jaką ptasie mamy troszczą się o pisklęta. Bo Łucja była takim pisklęciem Ireny, najpierw wysiedzianym i wyczekiwanym - choć jej zaistnienie było dużym zaskoczeniem, a potem pielęgnowanym i trzymanym w cieple maminych skrzydeł, spod których dziewczynka odważnie wystawiała główkę. I robiła to coraz śmielej, co Irkę trochę niepokoiło.

Kobieta podeszła do kuchennego okna i spróbowała przeniknąć wzrokiem ciemny listopadowy zmrok. Drzewa kołysały się i wyginały, szarpane przez wiatr. Po niebie przesuwały się skłębione chmury, zasłaniając gwiazdy i półpyzaty księżyc, który od czasu do czasu wyłaniał się na krótką chwilę, by znów zniknąć za szarą zasłoną.

W sąsiednim domu paliło się światło. Irka jeszcze się nie mogła do tego przyzwyczaić. Od śmierci Adeli ta przestrzeń kojarzyła się Irenie z ciemnością i pustką. Ta pustka stała się jeszcze dotkliwsza po pożarze i wyjeździe Maksa, ale Irka z biegiem czasu zdążyła ją oswoić. Nie polubiła jej, ale też nie czuła wobec niej niepokoju. Nauczyła się być w stosunku do niej obojętna. Zapalone światło wytrąciło ją z tej obojętności. Wybudziło wspomnienia, a wobec nich już obojętna być nie potrafiła.

Maks przyjechał kilka dni temu. Widzieli się tylko raz, kiedy zaszedł, by się przywitać. Krótkie było to przywitanie, a rozmowa niezręczna. Taka na stojąco, między kuchnią a przedpokojem. Więcej w niej było milczenia niż słów. I dużo ostrożności.

Tylko raz, przed wylotem Maksa na Islandię, odbyli długą i poważną rozmowę. Poszli na spacer brzegiem morza, w stronę Dąbkowic. Towarzyszył im jedynie Szprot, Łucja została na Piaskowej, pod opieką Sławy.

Szli obok siebie w ciszy, w której ukrywał się lęk. Żadne z nich nie wiedziało, jak zacząć, choć tyle słów w każdym się nagromadziło.

- Dlaczego mi o niej nie powiedziałaś? - W głosie Maksa był wyrzut. I żal.

- Bo nie dałeś mi na to szansy. - Irka miała w sobie tę odpowiedź od czterech lat. Wiedziała, że wcześniej czy później padnie to pytanie i że będzie musiała się zmierzyć ze złością mężczyzny. Miał do niej prawo, tak jak i ona miała prawo do swojej decyzji.

- Obiecałam sobie, że powiem ci to, patrząc prosto w oczy. Nie chciałam niczego na tobie wymuszać ani niczego ci narzucać. Znam cię, poczułbyś się za mnie i za Łucję odpowiedzialny, choć wcale byś tego nie chciał.

- Nie wiesz, czego bym chciał. Nie zostawiłaś mi żadnego wyboru. Sama go dokonałaś, zdecydowawszy za mnie. Zachowałaś się tak samo jak Beata i moja matka. Tak jak one coś mi odebrałaś. Dlaczego wy, kobiety, jesteście takie okrutne? Dlaczego wydaje się wam, że macie monopol na wiedzę o tym, co dla kogo jest najlepsze?

Wściekał się, a Irka nawet z tą wściekłością nie walczyła.

- Po szesnastu latach odzyskałem syna. Czy mam czekać kolejne szesnaście, by moja córka dowiedziała się, że ma ojca? - Głos Maksa był już spokojniejszy. Emocje przestygły i już się w nim nie gotowały. Irka widziała jednak, że jest poruszony. Ona też była.

- Nie chcę przed Łucją ukrywać, kto jest jej tatą, ale daj mi trochę czasu, żebym mogła ją do tego przygotować. - Irka wydawała się spokojna, choć w środku wszystko w niej dygotało.

Maks prychnął i kopnął czubkiem buta w piasek. Suche ziarenka wzbiły się piaskową chmurą w górę, a potem opadły na wyżłobione wiatrem i ludzkimi stopami wybrzuszenia.

- Poznaj ją lepiej i daj się jej poznać. Zbuduj z nią jakąś relację, która da jej podstawę do naturalnego nazwania cię "tatą". Zrozum, Maks, nie mogę pozwolić na to, abyś pojawił się w jej życiu jako ojciec, którego nigdy nie poznała, a potem zniknął nagle, kiedy zacznie ci być w tej rzeczywistości niewygodnie. - Irka mówiła spokojnym, ale pewnym głosem.

Maks nie patrzył na nią. Błądził wzrokiem po horyzoncie i chyba próbował ją zrozumieć. Przynajmniej tak się Irenie wydawało.

- To mała dziewczynka, która nie ma jeszcze betonowej psychiki. Dlatego muszę ją chronić przed rozczarowaniem, bo w tym wieku nie będzie potrafiła się przed nim obronić.

- Jestem aż takim draniem? - Wzrok Maksa, którym spojrzał wtedy na kobietę, był przeraźliwie smutny. - Czy przynoszę tylko rozczarowanie?

Zachowywał się jak chłopiec, który potrzebuje przytulenia. Bezradny i zagubiony. Szukający pomocy.

- Uciekasz przed życiem, Maks, a tak się nie da żyć. W przeczekaniu. Życie wymaga konfrontacji, również z tym, co trudne i niewygodne. Problem nie zniknie, jak się przed nim schowasz. Tylko dzieci w to wierzą, a ty już dawno przestałeś być dzieckiem. - Wiedziała, że odpowiada na jego pytanie wymijająco, ale to było najwłaściwsze, co mogła mu w tej chwili powiedzieć.

- Chcę być w życiu Łucji, Irka. Chcę być dla niej tatą.

- Nie odmówię ci tego, ale muszę ją przygotować.

- Wracam na Islandię, ale przylecę z powrotem pod koniec roku. Czy możesz mi obiecać, że wtedy moja córka będzie już do tego przygotowana?

Irka pamięta, że skinęła wtedy głową, a Maksowi to wystarczyło. Wyjechał na początku lipca, wrócił w połowie listopada. Minęły cztery miesiące, w ciągu których Irena zrobiła niewiele, aby dotrzymać danej mężczyźnie obietnicy.

Dlatego północny wiatr wytrącił kobietę z budowanego przewidywalną codziennością spokoju. Wraz z powrotem Maksa wrócił niepokój, a Irka uświadomiła sobie, że nie jest już w stanie mieć takiej kontroli nad życiem Łucji, jaką miała, zanim w ich świecie po raz kolejny pojawił się Maks.

 

***

 

Cień Irki przesuwał się w rozświetlonym oknie kuchni, a Maks nie mógł oderwać od niego wzroku. Dom Więcławskich przyciągał, jakby miał w sobie jakąś magiczną moc. Maksowi nigdy nie udało się tego stworzyć w żadnym miejscu i żadnej przestrzeni, które zamieszkiwał. Wiedział, że to nie miejsce ją wytwarza, ale kobieta, o której od wieków mówiło się jako o strażniczce ogniska domowego. To ona ocieplała dom swoją obecnością i uporządkowaniem tak wielu różnych spraw, które w jakiś niepojęty dla mężczyzny sposób ogarniała. Wystarczyło, że Irka weszła do wyremontowanego po pożarze, jeszcze surowego domu i pomogła Maksowi wybrać meble do pokoi, a potem dołożyła od siebie parę drobiazgów i bibelotów, by dom nabrał wyrazistości i napełnił się ciepłem. Nie zrobiła w zasadzie wiele, ale wszystko zmieniła. Tchnęła w puste ściany życie, które zamarło na cztery miesiące nieobecności Szymoniaka. Od tygodnia próbował ten dom ożywić, ale nie za bardzo mu to wychodziło. Włączył piec, by ogrzać wyziębione pomieszczenia, napalił nawet w kominku, ale przestrzeń i tak była chłodna.

Taki sam chłód Maks czuł wewnątrz siebie. Miał wrażenie, że żyje, ale tak, jakby nie żył naprawdę. Oddychał, wstawał rano z łóżka, wypływał z Eggertem i resztą załogi w morze, a potem wracał do pustki, która była coraz dotkliwsza.

Ingrid wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Projekt, do którego wykorzystała zdjęcia z Polski, okazał się sukcesem. Jej prace trafiły do kilku galerii w Nowym Jorku, wzbudzając tam duże zainteresowanie. Kobieta wiedziała, że to jest jej czas, jedyny i niepowtarzalny, wykorzystała więc swoją szansę i pożegnawszy się z Maksem, wyjechała. Od powrotu z Polski o ślubie już nie rozmawiali. Spotykali się sporadycznie, czasami ze sobą sypiali, ale to, co było między nimi, uleciało. Wypaliło się. Jedyną stałą w życiu Maksa na Islandii był już tylko jego kuter. I Eggert, który przed dwoma tygodniami odbył z Maksem poważną rozmowę.

Wrócili właśnie z kilkudniowego połowu. Byli zmęczeni, przemarznięci i śmierdzieli rybami, ale żaden z nich dwóch, ani Eggert, ani Maks, nie spieszyli się do opuszczenia kutra. Bosman kręcił się po kokpicie, zerkając spod spuszczonej głowy na swojego kapitana. Maks czuł w powietrzu napięcie. Cały ten rejs był dziwny, a bosman wydawał się nie być sobą.

- Maks, musimy pogadać.

Słowa Eggerta nie były zaskoczeniem, ale wiadomość, jaką usłyszał od mężczyzny, już tak.

- Źle się czuję z tym, co muszę ci przekazać, ale liczę na to, że mnie zrozumiesz. Odchodzę, Maks. Już czas najwyższy, abym jeszcze poczuł, jak smakuje życie.

- Na kutrze tego nie czujesz? - Twarz Maksa nie wyrażała żadnych emocji, ale w środku wszystko się w nim rozdygotało.

- Wiesz dobrze, o czym mówię. - Eggert poklepał Szymoniaka po ramieniu i usiadł ciężko na koi. - Zmęczony jestem, kapitanie. Nie mam już tyle siły, co jeszcze dwa lata temu, a moją żonę ciągnie na kontynent, na południe. Mówi, że na stare lata chce kości powygrzewać, a nie nasiąkać wilgocią, a ja jej to przed ślubem obiecałem.

- Gdzie znajdę takiego bosmana? - Maks potarł kciukiem i środkowym palcem nasadę nosa.

- Takiego jak ja - nigdzie! - Eggert uśmiechnął się, choć Maks czuł, że wcale mu do śmiechu nie było. - A zastępcę ci znajdę. Wstępnie już w tej sprawie z kilkoma osobami rozmawiałem, choć...

- Choć...? - Maks zmarszczył brwi, spoglądając na przyjaciela pytająco.

- Ta łajba nie może być całym twoim życiem, Maks. Ona cię nie przytuli i nie zrobi ci herbaty, gdy zaniemożesz.

- Ale przecież nie jestem na niej sam.

- Ale wracasz do pustego mieszkania.

Temu argumentowi Maks nie mógł zaprzeczyć.

- Nie masz tutaj nikogo. W Polsce masz córkę i przyjaciół, dla których jesteś ważny. Dość lat już spędziłeś na obczyźnie, Maks. Pora wrócić do siebie.

- A kuter?

- Sprzedaj go albo zatrudnij nowego bosmana i kapitana. Wtedy łajba będzie zarabiała, a ty zaczniesz na nowo spokojnie zapuszczać korzenie nad tym swoim Bałtykiem. Maks, do czorta, jeśli chcesz być ojcem, musisz być blisko dzieciaka. Nie możesz pojawiać się w życiu tej małej raz na jakiś czas. Musisz zbudować z nią jakąś relację, a tę tworzy się przez uczestniczenie w życiu dziecka i wzajemną więź.

Zostawić wszystko i wrócić.

Ile razy taka myśl przebiegała przez jego głowę? Odpychał ją, bo niemyślenie nie bolało. Bolała pamięć, ale przez siedemnaście lat nieobecności w kraju wiele się zmieniło. Beata, która była głównym powodem jego wyjazdu, nie żyła. Nie żyła też Adela, dla której to nie on, tylko Irena była podporą w tych najtrudniejszych, naznaczonych chorobą latach. Wyremontowany dom czekał na to, aby ktoś w nim zamieszkał, a w życiu Maksa pojawiło się dwoje jego dzieci. O żadnym z nich nie miał pojęcia.

Eggert miał rację - w Polsce miał przyjaciół. Tutaj, na Islandii, relacje między ludźmi były tak zimne jak tutejszy klimat.

Zostawić wszystko i wrócić.

Tylko jak, skoro w Maksie był tylko chaos, którego nadal nie uporządkował?

Przyjazd do Polski przyspieszył telefon od Maryli Kołodyńskiej.

- Maks, Józef znika każdego dnia po kawałku. To już końcówka, a ja sobie nie radzę. I niemal każdej nocy odsuwam myśl o hospicjum, ale sił mi już brakuje. Tych fizycznych i głównie tych psychicznych.

Po tym telefonie zarezerwował bilet, a tydzień później wsiadł do samolotu i przyleciał do Polski.

A teraz patrzył w rozświetlone okna domu Więcławskich, zastanawiając się, jak ma poskładać do kupy całe swoje życie, które przez ostatnie siedemnaście lat "przespał", żyjąc tak, jakby nie żył.

 

***

 

- Mamusiu, czy wiesz, że ośmiornica ma trzy serca?

Łucja siedziała przy stole w kuchni i jadła przygotowany przez Irenę jogurt. Jej małe nóżki, którymi dziewczynka jeszcze nie dostawała do podłogi, majtały pod stołem, wprawiając w ruch całe ciało Łucji.

- Naprawdę? - Irka uśmiechnęła się do córeczki, chcąc jej pokazać swoje zainteresowanie.

- Poważnie. Przecież bym cię nie wkręcała.

Odkąd Łucja poznała Szymona i regularnie prowadziła z nim częste rozmowy, głównie telefoniczne, do jej dziecięcego słownika weszły zwroty dość poważne jak na czteroletnią dziewczynkę, którymi mała zaskakiwała swoją mamę. Swoją wiedzą zresztą również ją zaskakiwała. Od momentu gdy dostała od Szymona edukacyjną książeczkę o życiu w głębinach mórz i oceanów, zaczytywała się w niej, coraz sprawniej składając litery. Zapamiętywała dużo szczegółów. Była bystra i bardzo rezolutna, a Irka, patrząc na nią, dziękowała Bogu, że pobłogosławił ją takim właśnie dzieckiem, które całkowicie odmieniło jej życie. Córeczka nadała mu sens. Taki najgłębszy, nieprzemijający. Dała Irce siłę, o jaką kobieta samej siebie nie podejrzewała.

- Mówią, że od przybytku głowa nie boli - powiedziała, kręcąc się po kuchni.

- Co to znaczy? - Łyżeczka z jogurtem zawisła między stołem a krzesłem, w drodze do buzi, teraz otwartej trochę ze zdziwienia, ale bardziej w oczekiwaniu na mleczną porcję.

- To znaczy, że jak masz czegoś więcej niż ci trzeba, to nie jest dla ciebie problemem. - Kobieta dmuchnęła w grzywkę, próbując odkleić od czoła przylgnięty tam kosmyk.

Łucja przez chwilę myślała, mlaskając z zadowoleniem.

- To znaczy, że jeśli mam tyle zabawek i poproszę cię o jeszcze jedną, nie będzie to dla ciebie problemem?

Irka uśmiechnęła się, myśląc, jak zręcznie wybrnąć z pułapki, jaką sama na siebie zastawiła.

- O zabawkach rozmawiałyśmy. Nie zaśmiecamy planety plastikiem, tak?

Łucja z westchnieniem skinęła głową.

- Słusznie-masz-rację. - To było ostatnio jedno z jej ulubionych powiedzeń. "Słusznie masz rację" wypowiedziane jednym tchem, bez przecinka. Irka podejrzewała, że mała usłyszała to od Szymona i zlepiła dwa wyrażenia, robiąc z nich swój własny użytek.

- A myślisz, mamusiu, że te dwa serca więcej nie przeszkodzą ośmiornicy?

- Nie przeszkadzają. - Irena machinalnie poprawiła błędnie użyte słowo. - Myślę, że nie. Jeśli je ma, to znaczy, że każde jest potrzebne i pełni jakąś funkcję.

- Na przykład każde kocha kogoś innego. - Łucja skrobała łyżeczką po ściankach miseczki, próbując zebrać stamtąd resztki smacznego jogurtu.

- Na przykład - przytaknęła Irena.

- A jak to jest, że my mamy jedno serce, a kochamy tyle ludzi?

Irka oparła się obu rękami o zlew i przymknęła oczy.

"Patrz, Iruś, jak to jest. Mamy tylko jedno serce, a potrafimy kochać aż tylu ludzi".

Głos Adeli był tak wyraźny, jakby kobieta stała tuż obok, uczestnicząc w tej rozmowie między matką a córką. Irka przypomniała sobie tamto popołudnie. Siedziały obie w kuchni Szymoniaków, drylując wiśnie. Tamtego roku dwa drzewka wiśniowe w ogrodzie Adeli obrodziły obficie. Przejeść się ich nie dało, więc obie kobiety zajęły się sprawnie przetworami, chowając kawałki lata do słoików wypełnionych wiśniowymi konfiturami i kompotami.

- Moje jest chyba jakieś oporne na to kochanie - odpowiedziała wtedy Adeli, wrzucając wydrylowaną wiśnię do wiadra.

- To znaczy, że jeszcze na swojego nie trafiłaś.

Irena pamięta, że wzruszyła wtedy ramionami.

- Spotykam się z Wieśkiem z Iwięcina i nawet go lubię.

- Ale gdy mówisz o nim, oczy ci nie błyszczą.

- No, nie błyszczą - westchnęła. - I tych przereklamowanych motyli też nie czuję.

- Bo to jeszcze nie on. - Wzrok Adeli był łagodny, a Irka czuła, że ciepłem, jakie bije od kobiety, ogrzewa swoje puste i wyziębione życie.

- A pani, jak spotkała swojego męża, wiedziała, że to on?

Adela pokiwała głową i się uśmiechnęła.

- Tak, Ircia. Wiedziałam od samego początku.

- I czuła pani te motyle?

- Czułam.

Twarz Adeli pojaśniała, a Irka uświadomiła sobie wtedy, że śmierć nie zmienia miłości. Nie osłabia jej i nie sprawia, że ona się ulatnia i blaknie. Jeśli jest miłością, a nie podróbką, trwa pomimo fizycznego rozdzielenia. I daje siłę, za którą Irena podziwiała Adelę.

- Tak prawdziwie to kochałam tylko rodziców. Do Dany i Seby jestem przywiązana, bo to moje rodzeństwo, ale czy to jest miłość... - urwała, jakby zawstydzona tym wyznaniem.

- Przyjdzie czas, kiedy ta miłość w twoim sercu się rozpali. Przyjdzie taki czas, Ircia.

Irena tęskniła za Adelą. Od jej śmierci minęło pięć lat, a Irka wciąż bardzo boleśnie odczuwała jej brak. Adela Szymoniak zapełniła pustkę po odejściu jej rodziców i stała się dla kobiety drugą mamą, za którą do samego końca była wdzięczna.

Bardzo chciała, aby Łucja poznała ją z opowieści, ale aby mogła opowiedzieć córce o Adeli, najpierw musiała powiedzieć dziewczynce, kto jest jej tatą. A tę rozmowę Irka wciąż odkładała.

- Mamo!

Irena uświadomiła sobie, że Łucja zadała jej pytanie, na które nie odpowiedziała.

- Jak to jest możliwe, że jednym sercem możemy kochać aż tylu ludzi? - Irena zamrugała. - Nasze serca mają ogromną pojemność, kochanie. Nie zamykają się tylko na jedną osobę, ale jest w nich miłość, która sprawia, że serce jest pojemne, takie rozciągliwe. Zobacz, twoje małe serduszko kocha mnie i ciocię Danę, i Szprota...

- I Szymona - dodała Łucja, zeskakując z krzesła.

Irena przemilczała to wyznanie.

- A serce Szymona kocha mnie. I ciebie też. Sam mi o tym powiedział - kontynuowała dziewczynka.

- Idź się teraz pobawić, a ja przygotuję obiad na jutro. Co powiesz na gołąbki?

- Powiem, że słusznie-masz-rację. Gołąbki też kocham. Są pycha!

Łucja wybiegła z kuchni, zostawiwszy Irkę samą z niewygodnymi myślami, w które wdarł się dźwięk przychodzącej wiadomości. Spojrzała na wyświetlacz.

Wrocław bez Was jest potwornie smutny :( - przeczytała i westchnęła, a potem odłożyła telefon, otworzyła lodówkę i wyjęła z niej mielone mięso. Proza życia sprowadziła ją łagodnie do znajomej i oswojonej rzeczywistości, w której Irka dobrze się czuła. Skupiła się na niej, od czasu do czasu zerkając tylko na światło w sąsiednim domu.

 

***

 

W twarzy Józefa, która wydawała się zmiętą maską, żyły tylko oczy. To nimi Józef wodził za Marylą krzątającą się po pokoju przesiąkniętym odorem choroby. Choć pokój był wysprzątany, a pościel czysta, przywiązany do łóżka chorobą człowiek nasiąkał trudnym do wywabienia i wywietrzenia zapachem. Maks miał wrażenie, że to ciało Józefa rozkłada się, choć jego serce wciąż jeszcze biło, a organizm bronił się resztkami sił. Niewiele ich już zostało. Przez cztery miesiące, od czasu gdy widzieli się po raz ostatni, Józef bardzo się zmienił. Wychudł i zapadł się w sobie. Na jego twarzy, oprócz cierpienia, malowało się zmęczenie. Józef był zmęczony życiem, które z niego uchodziło, a Maks był przerażony stanem, w jakim zastał tego człowieka.

Ojciec Beaty. Kiedyś Maks miał do niego żal. Minął, gdy połączył ich wspólny cel - nawiązanie więzi z Kacprem, synem Maksa i Beaty, wnukiem Józefa.

- Maks... - Głos Kołodyńskiego był tak słaby, jak jego ciało. - Co cię tu sprowadza?

- Ty. - Szymoniak podszedł do łóżka, na którym leżał mężczyzna, i wsunął swoją dłoń w dłoń Kołodyńskiego leżącą bezwładnie na kołdrze.

- Ze mnie już nie ma czego zbierać. - Józef się rozkaszlał się. Maryla zareagowała natychmiast. Zbliżyła się do łóżka i uniosła poduszkę, o którą opierała się głowa jej męża, do bardziej pionowej pozycji.

- Zbyt wielu ludzi w życiu straciłem bez pożegnania. Do ciebie chciałem zdążyć.

Józef wykonał taki gest, jakby chciał machnąć ręką.

- Trochę ci za skórę w życiu zalazłem.

Maks skinął głową.

- Zalazłeś, ale żyjemy nie po to, aby żywić do kogoś urazę.

- Gdyby można było cofnąć czas... - Głos Józefa uwiązł mu w gardle.

- Popełnilibyśmy inne, równie głupie błędy. Nie ma się co oglądać wstecz, bo to w tej chwili doprowadzi jedynie donikąd. Pomogłeś mi odzyskać syna. Tego ci nigdy nie zapomnę.

Józef przymknął oczy. Oddychał ciężko, łapiąc powietrze ustami. Maks patrzył na niego i myślał, jak słabą i kruchą fizycznie istotą jest człowiek, i jak potężną potrafi mieć w tym słabym ciele siłę, dzięki której podnosi się po wielu bolesnych upadkach i żyje, choć wszystko się w nim przeciwko temu życiu buntuje.

- Twój syn... Kacper... jest największą radością, jaką dał mi Bóg. - Józef męczył się mówieniem, ale Maks czuł, że w mężczyźnie była potrzeba wypowiedzenia tych słów. Dlatego mu nie przerywał ani go nie uciszał. - Bóg... przyznam ci się, Maks, boję się spotkania z Nim. Nie ze wszystkiego w życiu jestem dumny...

- Jak każdy, Józefie. Jak każdy, ale tam chyba nie jest źle, skoro nikt nie chce stamtąd wracać.

Kołodyński poruszył palcami, jakby chciał zacisnąć pięść na kołdrze. Przez jego twarz przebiegł grymas bólu. Maryla natychmiast zareagowała.

- Zaraz podam ci morfinę. Maks - zwróciła się do młodszego mężczyzny - zostań na kolacji. Chciałabym z tobą porozmawiać.

Skinął głową i opuścił pomieszczenie, żegnając się z Józefem podniesioną dłonią.

Kręcił się po pokoju, gdzie Kołodyńscy przyjmowali gości. Znajome sprzęty w jakiś sposób dawały złudzenie zatrzymanego czasu. Maks pamiętał rozmowy, które odbył z Marylą i Józefem przy stole nakrytym teraz prostym lnianym obrusem. Miał w nich sprzymierzeńca w odzyskaniu Kacpra, a od ostatnich czterech lat często też odnosił takie wrażenie, że pomimo tego, że ich córka była żoną Nawrockiego, to jego, Maksa, traktowali jak zięcia i jego wchłonęli jako rodzina.

Odwrócił się, czując za sobą obecność Maryli. Kobieta postawiła na stole misę z pierogami, z ponad której unosiła się para.

- Ruskie od Agnieszki, te same co w Oborze.

Maksowi zaśmiały się oczy.

- Prawie pół roku nie jadłem takich rarytasów.

- To siadaj do stołu i nie czekaj na mnie. Jedz, póki gorące. - Maryla rozstawiła talerze dla dwóch osób i na środku stołu wysypała z garści sztućce. - Zaparzę jeszcze herbatę i już z tobą siadam.

Pierwszego pieroga zjadł dwoma kęsami. Farszem poparzył sobie język, ale nie mógł powstrzymać tego łakomstwa. Drugiego smakował, rozsmarowując go w tłuszczu okraszonym skwarkami. Agnieszka Mękarska, właścicielka Obory, gotowała wyśmienicie. Jej kuchnia przyciągała ludzi z przeróżnych zakątków Polski. Kto raz poczuł klimat tego miejsca i spróbował tutejszej kuchni, wracał, chcąc ponownie doświadczyć tego uczucia znajomej bliskości i posmakować nowych potraw, które pojawiały się systematycznie dzięki kreatywności Agnieszki.

Kiedy Maryla przyniosła na tacy herbatę, jakąś sałatkę i talerz z ciastem, Maks przeżuwał już szóstego pieroga.

- Są obłędne - wymamrotał z pełnymi ustami.

Kołodyńska uśmiechnęła się.

- Powtórzę Agnieszce, jak bardzo ci smakują. Docenienie cieszy.

Maks przełknął i oparł się o oparcie krzesła, zastanawiając się, czy jeśli zje jeszcze jednego, siódmego pieroga, da radę spróbować ciasta, którego cynamonowy zapach właśnie poczuł.

- Szarlotka jeszcze ciepła. - Maryla zauważyła łakome spojrzenie mężczyzny. - Tę upiekłam sama. Dzięki takim chwilom mam poczucie jakiejś normalności. Dzięki nim jeszcze daję radę, choć jestem już bardzo blisko posypania się.

Mężczyzna spojrzał na Marylę ze współczuciem. Kolejny raz znalazł się w sytuacji, kiedy jako facet zupełnie nie wiedział, jak się zachować, jak zareagować.

- Kiedy stąd wyjeżdżałem, stan Józefa był całkiem dobry - powiedział, pocierając kciukiem nos.

- Miał różne dni, ale starał się być samodzielny. Od chwili, kiedy się położył, przestał walczyć. On odchodzi, Maks, a ja jestem już tak zmęczona, że... - Maryla otarła wierzchem dłoni zaczerwienione oczy. - Są takie dni, kiedy chciałabym, aby to się już skończyło. Nie mogę patrzeć na jego cierpienie i na to, jak rak zżera go po kawałku.

Nic nie odpowiedział. Siedział z opuszczoną głową i wzrokiem wbitym w lniany obrus.

- Myję go, przebieram, karmię, zmieniam mu pościel i pampersa, podaję morfinę i czuję... bezradność. I bezsilność. Nie potrafię mu pomóc. - Po twarzy Maryli ciekły bezgłośne łzy.

- Pomaga mu pani tym, że jest obok. To jest najcenniejsze. Obecność.

- Są takie dni, kiedy on nie jest tego nawet świadomy. Ucieka od świata i samego siebie. Zapada się w takim niebyciu, do którego nikogo nie dopuszcza.

- Znam to. Moja mama też tak miała.

Maryla szorstkim gestem poocierała z policzków łzy.

- Za dużo tych strat. Za dużo.

- Przepraszam, że o to zapytam, ale jestem tylko prostym facetem: nie myślała pani o jakiejś fachowej opiece? O hospicjum?

Wzrok, jakim Maryla spojrzała na mężczyznę, był przeraźliwie smutny, ale w tych oczach wyczytał szczerość.

- Myślałam, Maks. Ale... - umilkła i spuściła głowę. W palcach miętosiła brzeg obrusa. - Choć wiem, że Józef by tego dla mnie nie zrobił, ja nie potrafię. To mój mąż. Przysięgałam być przy nim na dobre i na złe. A teraz jest właśnie to złe...

Wzruszyła go tymi słowami. Jej postawa zaimponowała mu. To nie były jedynie słowa i deklaracje. To była miłość w bardzo trudnej codzienności, przed którą Maryla się nie uchyliła.

- Pomogę pani - powiedział, zaskakując tym samego siebie. - Będę przychodził codziennie, choćby na godzinę. Mam więcej siły, mnie łatwiej będzie go podnieść, przewrócić na drugi bok czy zmienić mu pozycję. I tak nie mam tu za dużo do roboty, dopiero się za czymś rozglądam, więc czasu mam dużo.

W oczach Maryli znów pojawiły się łzy.

- Będę ci za to bardzo wdzięczna, Maks.

- To załatwione.

Nie lubił wylewności, jak większość mężczyzn źle się z nią czuł. Działał bez zbędnych słów. One były niepotrzebne. Czasami więcej komplikowały, niż rozwiązywały.

Wychodził od Kołodyńskich z przygarbionymi ramionami. Życie znowu go po nich smagnęło, chichocząc, że w swojej naiwności sądził, że kiedykolwiek będzie lekko i przyjemnie. Bezboleśnie. Gładko i bez grudek.

"Każdy ma swój kamienny krzyż, który musi przenieść przez życie" - gdzieś z głębi Maksa wydostały się słowa Adeli, którymi przez wiele lat nieświadomie nasiąkał. "Nie da się go odrzucić, synuś, bo kiedy to zrobisz i gdy zrzucisz z siebie, a on się rozkruszy, pokruszysz się i ty".

Kruszył się i zawstydził tym, patrząc na Marylę.

Wsiadł do samochodu i ruszył w stronę Dąbek.

 

***

 

Maks był zbyt rozbity, by wracać do domu. Zaparkował samochód na parkingu przy jeziorze i postanowił przejść się nad morzem, by przewietrzyć głowę z przygnębiających myśli.

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mu, że tak przejmie się chorobą Józefa Kołodyńskiego i że tak trudno będzie mu się skonfrontować z myślą o jego odejściu, nie uwierzyłby. Życie zaskakiwało, a scenariusze, które ono pisało, trudno było podciągnąć pod jeden gatunek literacki i jeszcze trudniej je przewidzieć. Maks już o tym wiedział. Od dawna zresztą żył tak, że niczego nie planował. Życie planowało za niego.

Wyciągnął komórkę z pękniętym wyświetlaczem i wybrał numer Kacpra. Za każdym razem, kiedy to robił, towarzyszyły mu sprzeczne uczucia. Z jednej strony była to radość, taka uwolniona i wynikająca ze świadomości, że dzwoni do swojego syna, z którym wciąż budował relację i próbował nadrobić szesnaście lat nieobecności w jego życiu. Towarzyszył temu jednak lęk. Przed odrzuceniem i zamknięciem się Kacpra. Przed myślą, że może go stracić, jeśli zrobi coś nie tak. Raczkował jako ojciec. Nie znał oczekiwań swojego syna, w którego codzienności był inny mężczyzna.

Cztery miesiące temu zawarli z Marcinem Nawrockim pakt o nieagresji, ale okoliczności, które temu towarzyszyły, były szczególne. Nawrocki, pogubiony i obolały po śmierci Oliwii, bał się odebrania mu Kacpra i zgodził się na warunki postawione przez Szymoniaka. Minęły jednak cztery miesiące, kiedy to Marcin, a nie Maks, był obok chłopca każdego dnia, i to on go wychowywał i on miał pełne prawa rodzicielskie. Maks mógł tylko liczyć na dżentelmeńską umowę i na lojalność syna. Póki co łączył ich jeszcze Józef. I Maryla. Ostatnie wspólne ogniwa w relacji ojca i syna.

Kacper odebrał po trzecim sygnale.

- Cześć, tato. Jak wygląda sytuacja? - Chłopiec od razu przeszedł do rzeczy, nie bawił się w zbędne grzeczności.

- Cześć. Nie jest dobrze - odpowiedział szczerze.

- To wiem. Babcia mi mówiła. Myślisz, że powinienem przyjechać?

- Myślę, że tak. Józef jeszcze ma chwile przytomności, ale są one jak okna pogodowe na morzu.

- Rozumiem. - Miał szesnaście lat, a rozmawiał tak dojrzale, jakby był dorosłym mężczyzną. - Jak w tym wszystkim trzyma się babcia?

- Jest niezwykła, ale nie daje już rady. To jest dla niej zbyt ciężkie i psychicznie, i fizycznie. Umówiliśmy się, że codziennie będę do nich zaglądać. Chcę ją trochę odciążyć, bo jeszcze chwila, a sama przypłaci to zdrowiem.

- Tato... - Kacper zawiesił głos, a Maks czekał z bijącym sercem.

- Tak? - ponaglił, gdy cisza się przedłużała.

- Dobrze, że cię mam. Rozumiesz więcej niż... Marcin.

Maks usłyszał, jak chłopiec przełyka ślinę. W rozmowach z nim Kacper starał się unikać słowa "tata", którym przez całe jego życie był dla niego Marcin Nawrocki. Maks skłamałby, mówiąc, że nie jest zazdrosny o ich relację. Był. Wiele razy w samotności wściekał się na los, na Beatę i na Adelę. Wściekał się na samego siebie za to, że odpuścił. Stchórzył. Uciekł. Zaszył w swoim świecie, w którym został jedynie z pustką.

Doceniał to, co miał. Był wdzięczny za więź, jaką udało im się nawiązać, ale uczucie przełykania gorzkiej pigułki pojawiało się za każdym razem, kiedy w rozmowach z synem pojawiał się Nawrocki.

- Dzięki. - Więcej nie był w stanie powiedzieć. Dochodził do lasu i do przejścia na plażę przy Argentycie. Ręka, w której trzymał telefon, zdrętwiała z zimna. Maks nie chciał kończyć rozmowy, ale nie wiedział, co mógłby jeszcze powiedzieć. Mężczyźni nie byli dobrzy w rozmawianiu. Nie czuli takiej potrzeby wypowiadania słów jak kobiety.

- Daj znać, kiedy będziesz. Może odbiorę cię z lotniska albo portu?

- Świetny pomysł! - W głosie chłopca zabrzmiała autentyczna radość. - Dzięki, tato.

- To jesteśmy umówieni. - Maks zamrugał oczami, które zaczęły go piec od wilgoci zebranej w kącikach. - Do zobaczenia zatem.

- Do zobaczenia.

Połączenie się urwało, a Maks z ulgą schował telefon do zapinanej wewnętrznej kieszeni kurtki. Nałożył kaptur i wsunął ręce w kieszenie.

Kiedy wyszedł z ochronnej ściany lasu, uderzył go gwałtowny podmuch wiatru. Po drewnianych schodach zszedł z klifu na plażę. Zauważył, że kilka stopni najniższego podestu jest zasypanych piaskiem. Jesienią i zimą to natura, a nie ludzie, dyktowała swoje warunki. Wydmy odpoczywały, formowane wiatrem. Niedeptane, wolne od niszczącej ingerencji człowieka, odbudowywały się siłą natury.

Morze zlewało się z ciemniejącym niebem w linii horyzontu. Fale z wściekłością kąsały brzeg, rozbijając się z hukiem o plażę, którą morze brało w posiadanie.

Maks miał wrażenie, że Bałtyk współodczuwa jego emocje i jednoczy się z nim w tej niezgodzie na kolejną stratę. W tym grzmiącym, rozfalowanym hałasie słyszał swój krzyk, który ugrzązł mu w gardle, zostawiwszy tam rozrastającą się kluchę, która uwierała, utrudniając oddychanie. Chcąc się jej pozbyć, wrzasnął i z furią kopnął czubkiem buta w piasek. Raz, potem drugi i kolejny. Nie! Nie! Nie!

Czuł, że doszedł do ściany, której już nie potrafił obejść. Nie miał na to siły. Chciał, aby ktoś pokazał mu drzwi, którymi będzie mógł po prostu wyjść. Albo wejść, bez wyważania czegokolwiek.

Tuż nad nim zakołowała mewa. Rozpięte szeroko skrzydła sprawiały wrażenie, jakby to ona miała przewagę nad wiatrem, a nie on nad nią. Były jej siłą, której ufała. Maks pozazdrościł jej tej umiejętności wzbicia się ku niebu, ponad to wszystko, co przykleja się do człowieka jak piasek.

Uświadomił sobie jednak, że gdyby nawet miał te skrzydła, i tak nie miałby gdzie odfrunąć, bo Islandia nie przyniosła mu ukojenia.

Odwrócił się tyłem do morza i z opuszczonymi bezradnie ramionami skierował w stronę schodów. Mewa krzyknęła i jeszcze chwilę towarzyszyła mężczyźnie, lecąc tuż nad nim, za moment jednak zawróciła i odleciała w stronę morza. Maks został sam z myślami, których nie przewiał wiatr. Zmierzchało.

 

***

 

Zmierzchało. Jezioro wtapiało się w tło sinogranatowego nieba, na tle którego obracały się białe skrzydła wiatraków. Przystań jeszcze tonęła w półmroku, jedynie rozświetlone okna kawiarni Porto przywoływały, jak latarnia morska, na rozgrzewającą herbatę i chwilę oderwania od spraw, które przytłaczały.

Irka stała przy opustoszałych ławkach przed pomostem, czekając na Łucję, która na piaszczystym brzegu przy trzcinach rozmawiała z kaczkami. Szprot węszył coś w pobliżu, raz po raz oglądając się jednak na dziewczynkę. Od przyjścia Łucji na świat pies czuł się przewodnikiem stada. Swoim psim instynktem wyczuwał, że za dziewczynkę, jako tego najsłabszego osobnika, jest szczególnie odpowiedzialny. Na wspólnych spacerach odchodził zawsze na taką odległość, aby móc kontrolować sytuację i być na tyle blisko, by niezwłocznie dobiec do dziecka w chwili zagrożenia.

Pod palcami, które trzymała na przewieszonej przez ramię na skos torebce, wyczuła wibrowanie. Rozpięła zamek i wyciągnęła ze środka telefon. Odblokowała go i spojrzała na wyświetlacz. Mała koperta komunikowała o nadejściu esemesa. Irena dotknęła niebieskiej ikonki i uśmiechnęła się do wiadomości, którą odczytała.

Nie mogę się skupić na pisaniu. Zastanawiam się, co teraz robisz.

Szymon uzależniał ją takimi esemesami. Wysyłał je codziennie, czasami dołączał do nich zdjęcia, które przesyłał przez WhatsApp. Zazwyczaj były to migawki z Wrocławia, czasami jakieś selfie. Rozśmieszał ją i często rozczulał. Wkraczał w jej codzienność nienachalnie, ale konsekwentnie. Zdobywał ją i starał się przekonać, że ona i Łucja są dla niego ważne.

Wracamy ze spaceru. Łucja opowiada coś kaczkom, a Szprot tropi. Nie rozpraszaj się, pisz!

Wsunęła komórkę do torebki i podniosła głowę. Kątem oka zauważyła ruch. Szprot zaskamlał i rzucił się w kierunku mężczyzny, który zbliżał się do nich znajomym krokiem. Łucja otrzepała dłonie okryte rękawiczkami i podeszła do Ireny, przytulając się do jej nogi.

- Cześć.

- Cześć.

Maks pochylił się i wytarmosił psa, który oglądał się na Irkę, jakby chciał jej powiedzieć: No chodź! Przywitaj się z nim!

Irka mimowolnie uśmiechnęła się, widząc to powitanie. Spojrzała na córeczkę. Łucja przyglądała się temu nieufnie.

- Dzień dobry. - Maks podszedł bliżej, kierując te słowa do dziewczynki.

- Dzień dobry. - Łucja dygnęła.

Mężczyzna wpatrywał się w nią zachłannie, nieświadomy tego, że jego spojrzenie krępuje dziecko.

- Wracacie ze spaceru czy jeszcze się gdzieś wybieracie? - spytał, chcąc jakoś nawiązać rozmowę.

- Wracamy. A ty? Byłeś nad morzem?

Przytaknął skinieniem głowy.

- My doszłyśmy dziś tylko do jeziora. Nad morzem jest za duży wiatr.

- No tak, wieje, ale głowy nie urywa. - Chciał przedłużyć tę chwilę rozmowy, ale nie wiedział jak. Był samotnikiem i sztuka konwersacji nie była jego mocną stroną. - Mam tu, na parkingu, auto. Wracam z Bobolina. Mogę was podwieźć.

- Przyznam, że trochę zmarzłyśmy, więc chętnie skorzystamy. - Irena uśmiechnęła się, z wdzięcznością spoglądając na mężczyznę. - Byłeś u Kołodyńskich? - Zadała to pytanie, gdy ruszyli we troje w stronę samochodu.

Maks skinął głową. Na twarzy miał smutek, a Irka nie wiedziała, czy drążyć temat, czy zostawić.

- Ciężko jest patrzeć na czyjeś odchodzenie. - Mężczyzna westchnął.

- Ciężko - przytaknęła Irka. - Choć takie chwile, gdy stykamy się ze śmiercią, uczą nas pokory wobec życia. Człowiek uświadamia sobie, że jest śmiertelny i przemijalny.

- Nie sądziłem, że aż tak mnie to dotknie - przyznał się.

Szli we trójkę równym rzędem wąskim chodnikiem. Irka trzymała Łucję za rękę. Bała się, by nie zgubić dziewczynki w zapadającej ciemności. W pewnym momencie ramię kobiety otarło się o ramię Maksa. Oboje mieli na sobie ciepłe kurtki, ale mimo to poczuli ten odizolowany materiałem dotyk. Takie przyciągnięcie i odbicie się od siebie. Nieplanowana bliskość.

- W pewnym sensie Kołodyńscy są dla ciebie rodziną. Twój syn jest ich wnukiem. To łączy, nic więc dziwnego, że cię to dotyka.

Maks nic nie odpowiedział. Doszli do samochodu i mężczyzna najpierw otworzył tylne drzwi, aby Irka z Łucją mogły wsiąść do auta. Pierwsze wśliznęło się dziecko, tuż za nim na siedzenie wpakował się Szprot. Kobieta zgoniła go na podłogę i sama usiadła obok córeczki.

Dojechali na Słoneczną w milczeniu. Od czasu do czasu Maks zerkał w tylne lusterko, łapiąc w nim spojrzenie Irki. Mieli sobie wiele do powiedzenia, ale żadne z nich nie chciało tej rozmowy zacząć.

- Masz coś w lodówce? Może zjesz z nami kolację?

W pierwszej chwili chciał się zgodzić. Kusiło ciepło domu Więcławskich i perspektywa spędzenia wieczoru w czyimś towarzystwie. Maks wiedział jednak, że dziś jest kiepskim kompanem. Zbyt dużo było w nim przygnębienia. Zbyt dużo smutku.

- Dziękuję, jadłem u Kołodyńskich. Innym razem chętnie skorzystam z zaproszenia.

Wysiedli. Irena pożegnała się z nim podaniem ręki, Łucja powiedziała tylko grzeczne "Do widzenia". Szprot stał niezdecydowany i rozdarty między ukochanym panem a stadem, do którego należał. Patrzył z niezrozumieniem na oddalającą się kobietę z dziewczynką i na swojego pana, szukając z nim kontaktu wzrokowego.

- Idź za nimi, one cię kochają. Nie mogę cię im odebrać.

Pies przekrzywił głowę, jakby starając się zrozumieć każde słowo mężczyzny. Pomerdał ogonem, komunikując, że dobrze się tu czuje, ale tam jest jego rodzina, za którą jest odpowiedzialny. Maks nie mógł go za to winić. Przecież to on go zostawił, kiedy Szprot tak bardzo potrzebował kogoś do kochania.

Otworzył drzwi domu, czując znajomą pustkę. Przynajmniej wewnątrz było ciepło, bo wychodząc, włączył piec. Docenił zmianę ogrzewania na gazowe i nowy piec ze sterownikiem, który mógł zaprogramować w dowolny sposób na konkretne pory dnia czy nocy. Było pusto i cicho, ale przynajmniej ciepło.

"Pamiętaj, żebyś nie wyziębił domu. Ciepła łatwo się pozbyć, ale trudniej je odzyskać" - słowa Adeli wybrzmiały w głowie Maksa, jakby chciały przerwać panującą w domu ciszę. Często do niego wracały. Różne i wypowiedziane różnym tonem, ale znajomym głosem, za którym tęsknił.

W pokoju, w którym dawniej stał sekretarzyk, urządził swoją samotnię. Dobrze się w niej czuł. To była oswojona przestrzeń, choć urządzona na nowo. Dom żył wspomnieniami, które coraz śmielej oddawał. Przypominał. Uwalniał.

- Za wcześnie się stąd zabrałaś, mamo. Za wcześnie. - Własny głos zabrzmiał obco.

Maks ściągnął kurtkę i buty, rzucając je niedbale w przedpokoju, a potem położył się na łóżku, z ręką zgiętą w łokciu i podłożoną pod głowę. Patrzył w sufit, na którym wyświetlił mu się obraz wymizerowanego ciała Józefa i zmęczonej twarzy Maryli.

Życie go dogoniło i zatrzymało, a Maks nie miał już siły mu uciekać. Po raz pierwszy od wielu lat postanowił być tu i teraz. Po prostu być.

 

***

 

Irenę zaniepokoiło milczenie Łucji. Dziewczynka nie odzywała się od chwili spotkania z Maksem nad jeziorem. Wcześniej paplała do kaczek, zdając im relację z minionego dnia w przedszkolu, teraz była jakaś wyciszona i jakby trochę nieobecna.

Irka przygotowała dla córeczki wczesną kolację na gorąco, smażąc jej ulubione naleśniki. Zawinęła je w ruloniki nadziewane dżemem i polała śmietaną. Postawiła talerz na miejscu, które przy kuchennym stole zajmowała Łucja, i zawołała dziewczynkę.

- Umyłaś rączki? - spytała, gdy mała gramoliła się na krzesło. Łucja pokiwała głową, a dwa związane gumkami kucyki rozhuśtały się przy tym ruchu, podskakując zabawnie.

- To zjadaj. - Irena położyła przed dziewczynką widelec i pokroiła naleśnika na małe kawałki.

Łucja jadła, przeżuwając wolno każdy kęs. Po jej zmarszczonym od skupienia czole Irka domyśliła się, że dziewczynka nad czymś intensywnie się zastanawia. Nie zaczepiała jej. Czekała, dając córeczce czas na pozmaganie się z tymi myślami, których, jako mama, była bardzo ciekawa.

- Mamusiu, czy mój tatuś umarł? - Wypowiedziane znienacka pytanie zmroziło Irenę i niemal zwaliło ją z nóg.

- Skąd ci to przyszło do głowy? - spytała zduszonym głosem.

- Mówiłaś dzisiaj o śmierci i byłaś smutna.

- Ale...

- I ten pan od Szprota też był smutny. Czy on znał mojego tatusia?

Irka poczuła, że zaczyna brakować jej tchu. Serce jej się rozkołatało, w gardle zrobiło sucho, a ręce drżały. Nie mogła nad tym zapanować. Ogarnęła ją panika.

Odwróciła się tyłem do córeczki i drżącą dłonią sięgnęła po kubek. Nalała do niego zimnej wody z kranu i wypiła łapczywie, szybko przełykając.

- Czy pan od Szprota znał mojego tatusia? - Każde słowo Łucji kłuło boleśnie. Irka miała wrażenie, że w jej ciało wbijają się cienkie i ostre szpilki, dopychane aż po same główki.

- Twój tata nie umarł i bardzo cię kocha, ale... - słowa zaszeleściły, przeciskając się przez gardło. Były takie nieporadne, jedno potykało się o drugie, a Irka o nie - ale jeszcze nie może z nami być - dokończyła. Jak robot pokroiła drugiego naleśnika i postawiła przed Łucją przestudzoną herbatę. - Jedz, bo zimny naleśnik jest niedobry. - Głos kobiety zabrzmiał szorstko. Łucja wyczuła w nim napięcie. - Jak zjesz, wstaw talerz do zlewu i możesz włączyć sobie bajkę. - Irka czuła, że za chwilę rozsypie się przy córce. Nie mogła sobie na to pozwolić. Szybkim krokiem wyszła z kuchni i pobiegła do łazienki. Zamknęła za sobą drzwi, puściła wodę z deszczownicy prysznica i głośno się rozpłakała.

 

 

 

Copyright ? by Monika A. Oleksa, 2023

Copyright ? by Grupa Wydawnicza FILIA, 2024

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2024

 

Projekt okładki: Michał Grosicki

Zdjęcie na okładce: ? Cristofer Maximilian/unsplash.com

 

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: Agnieszka Luberadzka, "DARKHART"

Skład i łamanie: "DARKHART"

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

"DARKHART"

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

eISBN: 978-83-8357-329-8

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.