Dom utraconych. Carmen Rodrigez. Tom 2 - Katarzyna Wolwowicz

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Ines nie mo­gła po­skro­mić eks­cy­ta­cji. Od rana od­li­czała go­dziny, które po­zo­stały do za­pla­no­wa­nej eska­pady. To miało być jej pierw­sze w ży­ciu wyj­ście do Cor­tijo Ju­rado. Co prawda za­ła­twiła je so­bie groźbą i do­sko­nale wie­działa, że nikt z grupy nie chciał jej tam za­bie­rać, ale nie miało to dla niej żad­nego zna­cze­nia. Cel uświęca środki, a ona - jako młod­sza o dwa lata sio­stra - zdą­żyła się przy­zwy­czaić, że do­kąd­kol­wiek Isa­bella ją za­biera, robi to wy­łącz­nie z po­wodu wiel­kiej prośby albo groźby ro­dzi­ców. Tym ra­zem ona sama zdo­była dla sie­bie tę moż­li­wość. Kiedy pod­słu­chała, jak Isa­bella uma­wia się ze swoją paczką na wy­wo­ły­wa­nie du­chów, za­gro­ziła sio­strze, że o wszyst­kim po­wie ma­mie i ta­cie.

Po­sia­dłość Cor­tijo Ju­rado miała jedną z naj­mrocz­niej­szych i naj­bar­dziej po­nu­rych hi­sto­rii w ca­łej Hisz­pa­nii. Od lat ucho­dziła w Ma­la­dze za na­wie­dzone miej­sce i sta­no­wiła ła­komy ką­sek dla wszel­kiej ma­ści po­grom­ców du­chów, me­dium i po­szu­ki­wa­czy nad­przy­ro­dzo­nych zja­wisk. Ines zda­wała so­bie sprawę z tego, że jej sio­stra już tam kie­dyś była, ale ni­gdy nocą. A prze­cież nocna przy­goda jest jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca niż ta w ciągu dnia. Po pro­stu mu­siała prze­ko­nać Isa­bel, by ta za­brała ją ze sobą! Wie­czo­rem, za­raz po tym jak ro­dzice wy­szli z domu, prze­brała się szybko w wy­godne leg­ginsy, za­rzu­ciła na ra­miona kurtkę, wło­żyła czapkę z dasz­kiem, sta­nęła pod drzwiami po­koju Isa­belli i za­pu­kała w nie de­li­kat­nie.

- Do­brze ci ra­dzę, zo­stań w domu - wark­nęła sio­stra, wy­cho­dząc na ko­ry­tarz. - Jak coś się wy­da­rzy, to przy­się­gam, że bę­dziesz mo­gła li­czyć tylko na sie­bie. A po­tem znajdą cię tak jak te inne za­bite, z wy­cię­tymi zna­kami na ciele i ozna­kami tor­tur - pró­bo­wała ją prze­stra­szyć.

- Nie ma mowy! Obie­ca­łaś mi, że pójdę! Jak mnie nie za­bie­rzesz, za­dzwo­nię do sta­rych i po­wiem im, że wy­szłaś z domu, w do­datku ubrana jak la­dacz­nica - rzu­ciła bez za­sta­no­wie­nia Ines, pa­trząc na krótki ró­żowy top, od­sła­nia­jący brzuch Isa­belli i uwy­dat­nia­jący piersi bez sta­nika. Ines bar­dzo chcia­łaby mieć już ta­kie piersi, ale po­mimo swo­ich trzy­na­stu lat i lek­kiej nad­wagi na­dal była pła­ska jak de­ska.

- Za­mknij się. - Isa­bel szturch­nęła ją w ra­mię i po­szła spoj­rzeć w lu­stro w przed­po­koju. Wy­gła­dziła opa­da­jące na ra­miona ciem­no­brą­zowe włosy i uśmiech­nęła się do swo­jego od­bi­cia. - Mam na­dzieję, że ja­kiś duch wcią­gnie cię w te pod­zie­mia i zrobi z tobą po­rzą­dek.

Po ple­cach Ines prze­szły ciarki. Ow­szem, bała się wy­prawy do Cor­tijo Ju­rado, ale wła­śnie dla­tego per­spek­tywa od­wie­dzin w tym miej­scu wy­da­wała jej się tak in­try­gu­jąca. Od wcze­sno­dzie­cię­cych lat pa­sjo­no­wały ją opo­wie­ści o du­chach i de­mo­nach, o złych mo­cach, klą­twach i mro­żą­cych krew w ży­łach hi­sto­riach zwią­za­nych z prze­szło­ścią An­da­lu­zji. W dzi­siej­szych cza­sach Ma­laga wy­da­wała się sło­necz­nym, tęt­nią­cym ży­ciem, no­wo­cze­snym mia­stem, ale jej prze­szłość była wy­jąt­kowo mroczna. Ines znała te hi­sto­rie le­piej niż nie­je­den ku­stosz mu­zeum hi­sto­rii mia­sta czy straż­nik na zamku. Co wię­cej, wie­rzyła we wszystko, co usły­szała, i na wła­sną rękę roz­sze­rzała swoją wie­dzę na te­mat róż­nych le­gend. Hi­sto­rie dziew­czyn znaj­do­wa­nych na prze­strzeni trzy­dzie­stu lat w oko­li­cach po­sia­dło­ści na­le­żą­cej do ro­dziny He­re­dia znała bar­dzo do­brze. Był to fakt hi­sto­ryczny, z któ­rym nie dało się po­le­mi­zo­wać. Wszyst­kie one były mło­dymi ko­bie­tami, które na prze­ło­mie XIX i XX wieku zni­kały w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach i któ­rych ciała znaj­do­wano po kilku ty­go­dniach ze śla­dami ob­rzę­dów sa­ta­ni­stycz­nych. Sama po­sia­dłość od końca dru­giej wojny świa­to­wej była nie­za­miesz­kana i po­pa­dała w kom­pletną ru­inę, ale Ines znała wielu lu­dzi, któ­rzy się za­rze­kali, że prze­cho­dząc tam­tędy nocą, wi­dzieli po­światy po­staci po­ru­sza­ją­cych się w oknach i sły­szeli jęki mal­tre­to­wa­nych ko­biet. Na­wet te­raz, kiedy o tym my­ślała, czuła na ra­mio­nach gę­sią skórkę. Świa­do­mość, że za chwilę oso­bi­ście zo­ba­czy to miej­sce, była dla niej obiet­nicą przy­gody ży­cia.

Do nie­wiel­kiego ple­caka za­rzu­co­nego na kurtkę wsa­dziła la­tarkę, za­pa­sowe ba­te­rie, chu­s­teczki do czysz­cze­nia oku­la­rów i ka­napkę z szynką, którą zro­biła so­bie jesz­cze przed wyj­ściem ro­dzi­ców. Mimo że zja­dła obiad, a jej my­śli za­jęte były wy­prawą, wciąż czuła głód. Po­wstrzy­mała się przed wzię­ciem kilku in­nych rze­czy z lo­dówki, by ko­le­żanki i ko­le­dzy sio­stry nie wy­zy­wali jej od nie­na­żar­tej spa­ślaczki, jak już kie­dyś by­wało. Nie lu­biła ich, ale nie miała wyj­ścia. Tylko z nimi mo­gła wy­ru­szyć na taką wy­prawę. Miała na­dzieję, że Isa­bella i jej zna­jomi będą mieli ja­kieś wino i po­czę­stują ją, żeby nie sprze­dała ich przed ro­dzi­cami. Nikt z nich nie był jesz­cze peł­no­letni.

- Idziesz? - wark­nęła nie­przy­jem­nie Isa­bel, wi­dząc, że dziew­czyna my­śli nad czymś in­ten­syw­nie.

- Idę, idę! - Ines nie­mal pod­sko­czyła z ra­do­ści i wy­szła na ulicę przed do­mem.

Przed ogro­dze­niem stało auto, któ­rego nie znała. Za­zwy­czaj Al­bert, ko­lega jej sio­stry, pro­sił swo­jego star­szego brata, by gdzieś ich pod­rzu­cił. Tym ra­zem jed­nak na pod­jeź­dzie nie stał ford explo­rer, na któ­rego pace wszy­scy się mie­ścili, a ja­kiś stary rzęch w ko­lo­rze czer­wo­nego wina. Nie była w sta­nie usta­lić marki, wcze­śniej ni­gdy nie wi­działa ta­kiego znaczka na po­jeź­dzie.

- No co tak sto­isz? - wy­sy­czała do sio­stry Isa­bel. - Mowę ci od­jęło? Chcesz się wo­zić tylko z tymi bo­ga­tymi ba­cho­rami za­moż­nych ma­la­gij­skich ro­dzin, z któ­rymi przy­jaź­nimy się je­dy­nie przez pracę ojca? - wy­rzu­ciła py­ta­nie z szyb­ko­ścią ka­ra­binu ma­szy­no­wego.

- Isa­bel, no co ty. Ja nie... - Nie wie­działa, co po­wie­dzieć. Zdzi­wiło ją, że sio­stra jest tak agre­sywna w sło­wach. Do tej pory ra­czej lu­biła swo­ich zna­jo­mych i Ines głowę by dała, że to wła­śnie z nimi umó­wiła się na dziś. Ta sy­tu­acja zu­peł­nie ją za­sko­czyła.

- No, to już. Wska­kuj do tyłu i nie daj po so­bie po­znać, że ci się auto nie po­doba, bo wię­cej cię nie za­biorę - ostrze­gła ją. - Ge­ne­ral­nie naj­le­piej w ogóle się nie od­zy­waj - po­in­stru­owała ją, po­pra­wia­jąc swoją czarną krótką spód­niczkę, spod któ­rej, kiedy się po­chy­lała, wi­dać było ró­żowe, ko­ron­kowe stringi.

- Cześć, przy­stoj­niaku.

Ines usły­szała głos swo­jej sio­stry po wej­ściu do sa­mo­chodu. Usia­dła z tyłu, więc nie wi­działa jego twa­rzy, ale da­łaby so­bie rękę uciąć, że go nie znała.

- Hej, piękna. - Chło­pak po­ło­żył dłoń na we­wnętrz­nej stro­nie uda star­szej dziew­czyny, po­gła­dził, a po­tem z wes­tchnie­niem po­kle­pał i ści­snął.

- To moja siora, Ines. - Isa­bel pró­bo­wała się nie de­ner­wo­wać, cho­ciaż nie była pewna, czy Igna­cio nie bę­dzie prze­szka­dzała taka przy­zwo­itka. Co prawda przez te­le­fon mó­wił, że nie, ale z chło­pa­kami ni­gdy nie wia­domo.

- Aha... - Spoj­rzał prze­ni­kli­wym wzro­kiem w lu­sterko wsteczne i nic wię­cej nie po­wie­dział.

- Cześć. - Ines się za­wsty­dziła, wi­dząc, że ręka chło­paka znów wę­druje na udo jej sio­stry, a ciemny ko­lor jego oczu od­bi­ja­jący się w lu­sterku ciem­nieje jesz­cze bar­dziej.

Sta­rała się na nich nie pa­trzeć i nie od­zy­wać się nie­py­tana. Do­brze wie­działa, że sio­stra może się na niej ode­grać, je­żeli ze­psuje jej randkę. Tylko dla­czego Isa­bel jej nie uprze­dziła, że nie je­dzie ze swoją bandą? Kiedy stali na świa­tłach, Ines mi­mo­wol­nie po­pa­trzyła w głąb sa­mo­chodu i od razu tego po­ża­ło­wała. Na dwo­rze było już ciemno, a wnę­trze oświe­tlały je­dy­nie strzępki świa­tła z ulicz­nych la­tarni. Zo­ba­czyła, jak Igna­cio po­chyla się w stronę jej sio­stry i na­mięt­nie ją ca­łuje. Zro­biło jej się nie­do­brze, kiedy po za­koń­cze­niu po­ca­łunku strużka śliny roz­cią­gnęła się mię­dzy ich ustami. Mo­men­tal­nie od­wró­ciła głowę. Pierw­szy raz wi­działa sio­strę w ta­kiej sy­tu­acji, pierw­szy raz wi­działa, żeby miała chło­paka. Ow­szem, wcze­śniej Isa­belli po­do­bał się taki je­den Pa­blito z ich paczki. Wzdy­chała do niego, pi­sała wia­do­mo­ści po no­cach, ale on zu­peł­nie się nią nie in­te­re­so­wał. Pod­słu­chała kie­dyś, jak Isa­bella opo­wia­dała ko­le­żance przez te­le­fon, że Pa­blito po­wie­dział jej, że trak­tuje ją jak sio­strę, a sio­stra to rzecz święta, sio­stry się nie ru­sza - co­kol­wiek to zna­czyło.

- Cho­dzisz z Isa­bel do szkoły? - wy­rwało się jej, ale wi­dząc kar­cące spoj­rze­nie ob­ra­ca­ją­cej się do niej Isa­belli, na­tych­miast po­ża­ło­wała, że za­dała py­ta­nie.

- Aha... - znów je­dy­nie przy­tak­nął i spoj­rzał na nią w lu­sterku.

W jego spoj­rze­niu było coś, co Ines od­czy­tała jako nie­bez­pieczne. Z czło­wie­kiem o ta­kich oczach nie chcia­łaby się spo­tkać sam na sam ciemną nocą. Ale prze­cież te­raz było jesz­cze go­rzej. Prze­cież te­raz je­chały z nim nocą do na­wie­dzo­nego domu. Za­raz po­tem do­znała szoku, wi­dząc, że chło­pak spoj­rzał z uśmie­chem na jej sio­strę i prze­su­nął dło­nią z uda Isa­belli w górę. Nie my­liła się.

Isa­bel od razu strą­ciła jego rękę ze swo­ich piersi.

- Prze­stań - wy­szep­tała. - Nie przy niej.

Ines spoj­rzała w lu­sterko i spo­tkała się z jego wzro­kiem. Wi­działa tylko jego oczy, ale mo­głaby przy­siąc, że lu­bież­nie się do niej uśmiech­nął. Mie­szanka wstydu, za­że­no­wa­nia i stra­chu ro­ze­szła się po jej ciele, po­wo­du­jąc nie­przy­jemne uczu­cie na­pię­cia. Za­sta­na­wiała się, czy gdyby te­raz po­pro­siła, żeby ją od­wieźli, to nie by­łoby jesz­cze za późno. Ale wtedy nie zo­ba­czy­łaby Cor­tijo Ju­rado. Po­sta­no­wiła za­ci­snąć zęby i skon­cen­tro­wać się na czymś in­nym niż tych dwoje. Mu­siała po­go­dzić się z fak­tem, że jej sio­stra ma już pięt­na­ście lat i robi wszyst­kie te ohydne rze­czy, ja­kie ro­bią na­sto­lat­ko­wie na fil­mach.

Prze­rzu­ciła wzrok na wnę­trze auta. Za­sta­na­wiała się, czy znaj­dzie tu co­kol­wiek, co pod­po­wie jej, ja­kim czło­wie­kiem jest jego wła­ści­ciel: ga­zetę, piłkę do ko­sza czy choćby opa­ko­wa­nia po fast fo­odach - co­kol­wiek, co spra­wi­łoby, że wy­dałby się jej bar­dziej ludzki. Ale nie zna­la­zła ni­czego. Sa­mo­chód był stary i znisz­czony. We wnę­trzu pach­niało al­ko­ho­lem i zio­łem, cho­ciaż sam Igna­cio nie wy­da­wał się pi­jany. Tył fo­tela, na któ­rym sie­działa Isa­bella, miał ro­ze­rwane po­szy­cie. Ines spoj­rzała wprawo, sta­ra­jąc się roz­po­znać kra­jo­braz za oknem. Za­sta­na­wiała się, czy jesz­cze da­leko, i wtedy przez szybę wpa­dło świa­tło księ­życa, oświe­tla­jąc coś me­ta­lo­wego w kie­szeni na drzwiach sa­mo­chodu. Ines zmru­żyła oczy, by le­piej do­strzec przed­miot, i za­marła ze stra­chu. Nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści, że z kie­szeni wy­sta­wało ostrze noża...

Dom ro­dzi­ców Car­men Ro­dri­guez

Spoj­rzała w lu­stro i po raz pierw­szy od dawna zo­ba­czyła w nim... sie­bie. Czy spra­wił to po­wrót do Ma­lagi? Czy wra­ca­jąc do mia­sta uro­dze­nia, do miej­sca, w któ­rym się wy­cho­wała, do­ra­stała, ra­do­wała i smu­ciła, od­na­la­zła praw­dziwą sie­bie? To tu prze­ży­wała naj­pięk­niej­sze chwile w ży­ciu - bez­tro­skie dzie­cięce dni, pierw­sze za­uro­cze­nia chło­pa­kami w szkole, mło­dzień­cze mi­ło­ści, które po­zwo­liły jej od­kryć wspa­nia­łość ludz­kiego ciała i umy­słu, sza­leń­cze na­mięt­no­ści. Ale Ma­laga była też mia­stem, w któ­rym naj­bar­dziej cier­piała, które ją za­wio­dło, zmu­siło do do­świad­cze­nia traum, roz­pa­czy i bez­sil­no­ści, któ­rego miesz­kańcy nie sta­nęli za nią mu­rem, kiedy przy­szła taka po­trzeba, i z któ­rego ucie­kła, gdy tylko po­ja­wiła się taka moż­li­wość.

A jed­nak tu wró­ciła. Silna, doj­rzała i po­go­dzona z ży­ciem, pełna na­dziei na przy­szłość, pra­gnąca od­kryć, kim jest i jak chce żyć da­lej. My­ślała, że bę­dzie to trud­niej­sze, że się nie od­naj­dzie, że sta­nie po­śród sta­rych ka­mie­niec, po­mię­dzy idą­cymi na oślep ludźmi, w tłu­mie wszę­do­byl­skich tu­ry­stów i po­czuje się ni­kim. Przed wy­jaz­dem z Je­le­niej Góry miała na­wet taki sen. Stała na środku Plaza de la Mer­ced, roz­glą­da­jąc się do­okoła, i wszystko wy­da­wało jej się obce, nie­rze­czy­wi­ste. Idący po­spiesz­nie tu­ry­ści sztur­chali ją, spra­wia­jąc jej ból. Miesz­kańcy mia­sta, roz­po­zna­jąc, kim jest, pod­cho­dzili, pluli jej w twarz i na­zy­wali mor­der­czy­nią. Bu­dynki się zwę­żały, two­rząc cia­sną, klau­stro­fo­biczną prze­strzeń. Za­częła ucie­kać w kie­runku Calle La­rios, chcąc schro­nić się w ka­mie­nicy, którą kie­dyś po­da­ro­wali jej ro­dzice, ale kiedy do­pa­dła do ma­syw­nych, drew­nia­nych i bo­gato rzeź­bio­nych drzwi, z prze­ra­że­niem od­kryła, że pro­wa­dzą nie do jej domu, a do re­cep­cji jed­nego z eks­klu­zyw­nych ho­teli sieci Ro­dri­guez, za­ło­żo­nych wiele lat temu przez jej dziadka Ma­nu­ela Ro­dri­gu­eza.

- Se­?ora Ro­dri­guez. - Kon­sjerż o sro­giej twa­rzy, ubrany w skro­jony na miarę gar­ni­tur od Ba­len­ciagi, za­trzy­mał ją ge­stem dłoni. - Pro­szę stąd wyjść! Ro­dzice już pani nie ko­chają.

Bu­dziła się wtedy z drżą­cym ser­cem i po­tem na ple­cach i uświa­da­miała so­bie, że to tylko nocny kosz­mar, spo­wo­do­wany stra­chem przed po­wro­tem. Wma­wiała so­bie, że nie ma się czym przej­mo­wać, że prze­cież od dawna nie jest już małą dziew­czynką, a ten sen jest głupi i bez­sen­sowny, bo ro­dzice ni­gdy się od niej nie od­wró­cili. To ona od­wró­ciła się kie­dyś od nich, a mimo to w naj­gor­szym dla niej cza­sie nie po­rzu­cili jej.

Wy­je­chała z Ma­lagi chwilę po wyj­ściu z wię­zie­nia, zo­sta­wia­jąc wszyst­kich w prze­ko­na­niu, że jest groźną mor­der­czy­nią, która wy­ku­piła so­bie wol­ność pie­niędzmi i wsa­dziła za kraty nie­win­nego czło­wieka. Ow­szem, było w tym tro­chę prawdy. A może na­wet wię­cej niż tro­chę. Ale bę­dąc w Pol­sce, udo­wod­niła, że to całe za­bój­stwo było spi­skiem jej by­łego męża i jego ko­chanki. Summa sum­ma­rum Adam i tak zmarł, ale nie stało się to z jej winy. Wy­sta­wiła go ko­chanka, która zresztą przy­znała się do wszyst­kiego. Wra­ca­jąc do Ma­lagi, Car­men wie­działa, że przyj­dzie jej się zmie­rzyć z ludźmi, któ­rzy w nią zwąt­pili. Nie mo­gła mieć do nich żalu, bo sama przez dwa lata spę­dzone w wię­zie­niu nie wie­działa, czy wspo­mnie­nie, w któ­rym trzyma broń i strzela do męża, od­zwier­cie­dla praw­dziwy mo­ment jego śmierci, czy je­dy­nie za­in­sce­ni­zo­waną przez niego scenę, którą pa­mięta jak przez mgłę z po­wodu odu­rze­nia le­kami. Mimo to gdzieś w środku czuła pe­wien za­wód i wie­działa, że lu­dziom nie można ufać, że kiedy tylko sy­tu­acja sta­nie się nie­kom­for­towa, od­wra­cają się od czło­wieka, twier­dząc, że za­wsze wy­czu­wali w nim ja­kiś ro­dzaj zła... Naj­pro­ściej jest prze­cież iść z tłu­mem. Tylko jej ro­dzice i przy­ja­ciel, An­to­nio Pe­rez, wie­rzyli, że na­wet je­żeli za­biła, to nie zro­biła tego z pre­me­dy­ta­cją, i że w tym mał­żeń­stwie to Adam był czar­nym cha­rak­te­rem, nie ona. I tylko im mo­gła ufać. Długo za­sta­na­wiała się, jak to bę­dzie, gdy wróci, gdy pierw­szy raz po­jawi się pu­blicz­nie na jed­nym z tych den­nych, sno­bi­stycz­nych przy­jęć śmie­tanki to­wa­rzy­skiej, gdy wszyst­kie oczy zwrócą się ku niej z cie­ka­wo­ścią, po­dejrz­li­wo­ścią, a może i za­wi­ścią? Bała się tego mo­mentu, choć jed­no­cze­śnie chciała, żeby już się wy­da­rzył. Przez ostat­nie lata uświa­do­miła so­bie, że nie ma nic gor­sze­go­niż nie­pew­ność. Wo­lała jak naj­szyb­ciej zmie­rzyć się z tym, co nie­unik­nione.

- Mogę wejść? - Usły­szała głos za­raz po ci­chym pu­ka­niu, a chwilę po­tem po­stać jej matki po­ja­wiła się w po­koju.

- Chodź, mamo. - Wy­cią­gnęła do niej rękę i zo­ba­czyła, że ko­bieta uśmie­cha się z ulgą.

- Wy­glą­dasz ślicz­nie. - Ma­ria spoj­rzała w lu­stro, w któ­rym prze­glą­dała się jej córka, i de­li­kat­nie po­ca­ło­wała ją w po­li­czek. - W końcu do nas wró­ci­łaś. Na­wet nie wiesz, jak długo na to cze­ka­łam - przy­znała z ulgą, a w jej oku roz­bły­sła łza.

Car­men wie­działa, że nie cho­dzi tylko o czas, który spę­dziła w wię­zie­niu. Już dużo wcze­śniej od­su­nęła się od ro­dzi­ców, po­rzu­ca­jąc swoją sferę spo­łeczną i po­ślu­bia­jąc męż­czy­znę, któ­rego jej ro­dzice nie ak­cep­to­wali. Czło­wieka bez po­zy­cji, pie­nię­dzy i per­spek­tyw, ale przede wszyst­kim krę­ta­cza i kłamcę. Ro­dzice wy­czuli go od razu, jej za­jęło to wiele lat. Kiedy za niego wy­szła, po raz pierw­szy za­częła żyć jak nor­malni lu­dzie, pra­co­wać i utrzy­my­wać się je­dy­nie z wła­snych do­cho­dów, które tak jak więk­szo­ści nie star­czały na wiele. I gdyby nie fakt, że Adam oka­zał się psy­chicz­nym i fi­zycz­nym prze­mo­cow­cem, wcale by jej to nie prze­szka­dzało, by­łaby szczę­śliwa, tak samo jak na po­czątku ich związku. A jed­nak kiedy wy­szła z wię­zie­nia i otrzy­mała od­szko­do­wa­nie z po­lisy na ży­cie męża, za które mo­gła znów za­cząć żyć w luk­su­sie, od razu po­czuła się w swoim ży­wiole. Lata za­ci­ska­nia pasa i uda­wa­nia, że wszystko się ja­koś ułoży, miała już za sobą i choć wcale nie tę­sk­niła za sław­nymi i bo­ga­tymi człon­kami ma­la­gij­skich ro­dzin, wie­działa, że wresz­cie jest tam, gdzie po­winna. To od za­wsze był jej świat, a poza nim czuła się jak ryba wy­rzu­cona na brzeg.

- Wiem, mamo. - Zła­pała ją de­li­kat­nie pod rękę i jesz­cze raz spoj­rzała w lu­stro. - Wró­ci­łam na wła­ściwe tory i czuję to każdą ko­mórką ciała.

- Je­stem dumna i szczę­śliwa, że dziś po­ka­żemy się ra­zem na Al­ca­za­bie.

- Tak! - Car­men za­śmiała się nie­spo­dzie­wa­nie. - Ale wiesz, to, że wró­ci­łam do na­szego kręgu spo­łecz­nego, nie zna­czy wcale, że bar­dziej go lu­bię - wy­ja­śniła. - Zwłasz­cza co po­nie­któ­rych. Zdaję so­bie sprawę, że będę dziś główną atrak­cją wie­czoru i to o mnie po­jawi się po tej im­pre­zie naj­wię­cej plo­tek. Może na­wet ju­tro z sa­mego rana prze­czy­tamy ja­kiś in­te­re­su­jący ar­ty­kuł o po­wro­cie dzie­dziczki mar­no­traw­nej.

- Car­men, ty buń­czuczna i próżna dzie­wu­cho! - żar­to­bli­wie zga­niła ją matka starą re­pry­mendą, którą kie­dyś tak czę­sto wy­gła­szała.

- No co? - żach­nęła się jak na­sto­latka.

- Nic, nic. - Ma­ria wzru­szyła ra­mio­nami niby od nie­chce­nia. - Tyle że do­brze wiem, iż nie wy­bra­łaś czer­wo­nej ele­ganc­kiej sukni wie­czo­ro­wej, z ple­cami przy­sło­nię­tymi je­dy­nie sia­teczką z krysz­tał­ków, by tego wie­czoru po­zo­sta­wać w cie­niu. Wró­ci­łaś na do­bre i nie masz za­miaru cho­wać głowy w piach. Oj­ciec bar­dzo się cie­szy, że idziesz z nami.

- Mamo - Car­men spoj­rzała na nią z prośbą wy­ma­lo­waną na twa­rzy - chcę wejść tam sama. Po­trze­buję tego. Po­tem do was po­dejdę, ale mu­szę sama po­ko­nać tę drogę. To taki mój ry­tuał przej­ścia, ro­zu­miesz? Coś w ro­dzaju oczysz­cze­nia.

- Nie ro­zu­miem. - Ma­ria wes­tchnęła smutno. - Ale za­bro­nić ci nie za­bro­nię. Chyba że gdzieś w hisz­pań­skim pra­wie jest wzmianka o tym, że dzieci, które od dwu­dzie­stu lat są peł­no­let­nie, ale przy­jeż­dżają do ro­dzi­ców w od­wie­dziny, można roz­sta­wiać po ką­tach.

- Chcia­ła­byś. - Car­men za­śmiała się ra­do­śnie i po raz pierw­szy od dawna po­czuła się na­prawdę jak w domu. Ta­kiego swo­bod­nego kon­taktu z matką nie miała już dawno.

Nie zde­cy­do­wała jesz­cze, czy wró­ciła na do­bre. Za­raz po schwy­ta­niu Mar­cina Ro­ko­sza vel Ja­ski­niowca w Je­le­niej Gó­rze do­szło do ko­lej­nych zbrodni. Zo­stała ze swoją grupą do­cho­dze­niowo-śled­czą aż do końca kwiet­nia, kiedy to udało im się schwy­tać za­bójcę. Co cie­kawe, za­częła bar­dzo do­brze do­ga­dy­wać się z Bo­gu­sła­wem Le­śnia­kiem i Bo­ry­sem Szy­kiem. Może na­wet sta­no­wi­liby do­sko­nały kry­mi­nalny ter­cet, gdyby nie fakt, że ona wy­je­chała, a Bo­guś prze­szedł na długo wy­cze­ki­waną eme­ry­turę. W maju do­stała bez­ter­mi­nowy i bez­płatny urlop i od razu sko­rzy­stała z oka­zji, by przy­le­cieć do Ma­lagi. Na jak długo, tego nie wie­działa, choć nie za­mie­rzała wra­cać przed upły­wem mie­siąca. Ale z pew­no­ścią nie bę­dzie chciała miesz­kać cały ten czas u ro­dzi­ców. Musi choćby wy­na­jąć so­bie wła­sny apar­ta­ment. Wtedy do­piero bę­dzie mo­gła zde­cy­do­wać co da­lej. Miała już na­wet coś na oku.

- Po­pro­szę Pe­dro, żeby wziął dru­gie auto i cię pod­wiózł - oznaj­miła matka, wy­ry­wa­jąc ją z za­my­śle­nia.

- Nie, ja... - Po­wstrzy­mała się. Nie było sensu tłu­ma­czyć ma­mie tego, czego ta i tak nie zro­zu­mie. Jej ro­dzi­cielka nie do­pusz­czała do sie­bie my­śli, żeby na bal cha­ry­ta­tywny, w któ­rym bę­dzie uczest­ni­czyła cała ma­la­gij­ska śmie­tanka to­wa­rzy­ska, mo­gli je­chać czymś in­nym niż li­mu­zyną. Car­men wo­lała nie roz­ta­czać przed nią wi­zji córki idą­cej przez mia­sto na pie­chotę w sukni wie­czo­ro­wej od Gosi Ba­czyń­skiej i szpil­kach od Ma­nolo Blah­nika. W końcu co z oczu, to z serca.

Ona też wo­lała nie cho­dzić w szpil­kach. Bę­dzie mu­siała za­ło­żyć san­dały, a ob­casy trzy­mać w dło­niach i za­ło­żyć przed główną bramą.

***

- Tu­taj się za­trzy­maj - wy­dała po­le­ce­nie mło­demu chło­pa­kowi, który pro­wa­dził auto. Pe­dro był sy­nem Al­fonso, ro­dzin­nego szo­fera, pra­cu­ją­cego dla nich od trzy­dzie­stu lat i nie­dawno rów­nież roz­po­czął pracę u ro­dziny Ro­dri­guez.

- Ale se­?ora Car­men - po­wie­dział drżą­cym gło­sem. - Mia­łem po­le­ce­nie do­wieźć pa­nią pod samą bramę Gi­bral­faro. Co zro­bię, kiedy ktoś się do­wie?

- Nikt się nie do­wie, Pe­dro. To bę­dzie na­sza słodka ta­jem­nica. - Po­kle­pała go po ra­mie­niu i wy­sia­dła z auta, gdy to za­trzy­mało się na po­bo­czu.

Szła przez stare mia­sto, pełne tu­ry­stów i lo­kal­nych miesz­kań­ców, oświe­tlone świa­tłem ulicz­nych la­tarni i lam­pek za­wie­szo­nych na ro­sną­cych o tej po­rze roku jak grzyby po desz­czu ogród­kach re­stau­ra­cyj­nych. Z każ­dej uliczki sły­szała do­cho­dzącą mu­zykę. Po jej pra­wej stro­nie ja­kiś męż­czy­zna śpie­wał no­stal­giczną pieśń Pa­loma, gra­jąc na gi­ta­rze, po le­wej z po­bli­skiej knajpki do­cho­dziły od­głosy pusz­cza­nego z ra­dia De­spa­cito. Po­wie­trze pach­niało pra­żo­nymi mig­da­łami i mocno przy­pra­wio­nym je­dze­niem. Było gwarno i tłoczno, ale jej to nie prze­szka­dzało. Pra­gnęła wła­śnie to po­czuć, wto­pić się w ten spe­cy­ficzny kli­mat swo­jego uko­cha­nego mia­sta. Ow­szem, kiedy przy­była do Je­le­niej Góry, stro­niła od tłu­mów i cia­snych prze­strzeni. Wo­lała prze­by­wać w swoim to­wa­rzy­stwie i nie tę­sk­niła za bra­ta­niem się z in­nymi. Ni­komu nie ufała, a co do sie­bie miała po­dej­rze­nia, że jest nie­spełna ro­zumu. Na szczę­ście to wszystko zo­stało już za nią. Kiedy od­kryła prawdę i do­wie­działa się, że za jej chwiejną psy­chikę od­po­wia­dały po­da­wane jej ukrad­kiem w prze­szło­ści leki psy­cho­tro­powe, za­częła do­cho­dzić do sie­bie. Od­kry­wać, kim jest na­prawdę, czego pra­gnie i do­kąd zmie­rza. Ale żeby w pełni od­po­wie­dzieć so­bie na te py­ta­nia, mu­siała wró­cić tu­taj, do Ma­lagi.

Zro­biła głę­boki wdech i jej płuca wy­peł­niło tak do­brze znane po­wie­trze. Inne niż w pol­skich gó­rach. Nie tak świeże i rześ­kie, może na­wet nieco zbyt gę­ste, prze­peł­nione za­pa­chem mor­skiej wody i pie­czo­nych ryb, ale z pew­no­ścią to samo, które za­wsze chło­nęła, cho­dząc tymi uli­cami. Czuła, że wró­ciła do sie­bie - i było to bar­dzo uwal­nia­jące prze­ko­na­nie. A jed­nak po­mimo tak po­zy­tyw­nego do­świad­cza­nia wszyst­kiego co wo­kół, in­tu­icja jej pod­po­wia­dała, że coś jest nie tak.

Sta­nęła na środku placu i ro­zej­rzała się do­okoła. Wszystko zda­wało się być w jak naj­lep­szym po­rządku, dzie­dzi­niec wy­peł­niała swo­bodna, ra­do­sna at­mos­fera so­bot­niego wie­czoru, ale Car­men in­stynk­tow­nie wy­czu­wała ja­kiś ro­dzaj za­gro­że­nia, któ­rego nie po­tra­fiła okre­ślić. I nie cho­dziło wcale o to, że za chwilę bę­dzie się mu­siała zmie­rzyć ze swoją prze­szło­ścią. Ro­dzaj nie­pew­no­ści czy lęku, który na­gle się po­ja­wił, po­cho­dził z tęt­nią­cego ży­ciem mia­sta, jakby ktoś z tłumu lu­dzi ją ob­ser­wo­wał, jakby śle­dził każdy jej krok i nie miał wo­bec niej do­brych za­mia­rów. Ale może ta­kie od­czu­cia były na­tu­ralne? Czy inni lu­dzie, bę­dąc na jej miej­scu, rów­nież nie czu­liby się nie­pew­nie w za­ist­nia­łej sy­tu­acji? Obie­cała so­bie te­raz o tym nie my­śleć i skon­cen­tro­wać się na tym, co do­bre.

Po kilku mi­nu­tach skrę­ciła w prawo, w wio­dącą w górę uliczkę. Pro­wa­dziła na szczyt stu­trzy­dzie­sto­me­tro­wej góry, na któ­rej od je­de­na­stu wie­ków stała ol­brzy­mia twier­dza Gi­bral­faro, a u pod­nóża - Za­mek Al­ca­zaba. Wie­działa, że czeka ją długi spa­cer stro­mym zbo­czem i że być może nie po­winna była iść pie­chotą, je­żeli pla­no­wała zro­bić spek­ta­ku­larny po­wrót do ma­la­gij­skiej so­cjety. Ale po­trzeba przej­ścia się tymi uli­cami była sil­niej­sza od niej.

Zwol­niła nieco kroku, by nie dojść na szczyt zgrzana i spo­cona, i ro­zej­rzała się do­okoła. Pa­no­rama jej uko­cha­nego mia­sta roz­ta­czała się co­raz wy­raź­niej, a kiedy Car­men we­szła na mi­ra­dor, czyli je­den z kilku roz­sta­wio­nych po dro­dze punk­tów wi­do­ko­wych, emo­cje nie­mal za­parły jej dech w piersi. Pa­trzyła na port, bu­dy­nek mu­zeum sztuki no­wo­cze­snej, wy­glą­da­jący jak kostka Ru­bika, na starą arenę tor­re­ado­rów i przy­po­mniała so­bie, jak wiele cu­dow­nych wspo­mnień zwią­za­nych z Ma­lagą skrywa w swoim sercu. Przez chwilę prze­szło jej przez myśl, żeby za­wró­cić, zejść na dół, za­dzwo­nić do ja­kiejś sta­rej zna­jo­mej i spo­tkać się z nią na mie­ście, ale nie mo­gła. Była faj­terką i wie­działa, że je­żeli te­raz nie stawi czoła tym wszyst­kim lu­dziom cze­ka­ją­cym na nią na szczy­cie, moż­liwe, że już ni­gdy nie zbie­rze się na od­wagę. A prze­cież wma­wiała so­bie od dawna, że jest od­ważna.

- Na­zy­wam się Car­men Ro­dri­guez i nie mam za­miaru ucie­kać przez całe ży­cie - wy­szep­tała do sie­bie z za­ci­śnię­tymi pię­ściami, po czym ru­szyła pod górę.

Po­mimo póź­niej­szej pory i lek­kich po­dmu­chów wia­tru po­wie­trze na­dal miało tem­pe­ra­turę po­wy­żej dwu­dzie­stu stopni. Za­śmiała się w my­ślach, wie­dząc, że wielu tu­tej­szych miesz­kań­ców za­kłada wła­śnie kurtki, by wyjść na wie­czorny spa­cer. Ona przy­zwy­cza­iła się już do niż­szych tem­pe­ra­tur. Zima w pol­skich gó­rach za­har­to­wała ją na tyle, że w sa­mej sukni bez płasz­cza wy­glą­dała te­raz bar­dziej jak tu­rystka, a nie ro­do­wita miesz­kanka Hisz­pa­nii, któ­rej w maju po­winno być cią­gle zimno. Drogę na górę po­ko­nała spo­koj­nym spa­ce­rem.

W końcu sta­nęła przed otwartą że­liwną bramą, za­ło­żyła na stopy nie­sione w dło­niach szpilki, a san­dały wrzu­ciła w oko­liczne krzewy. Wie­działa, że wy­gląda do­brze i jest go­towa tam wkro­czyć, ale mimo wszystko czuła lekki nie­po­kój. Za chwilę wej­dzie do pasz­czy lwa, do mo­rza peł­nego pi­ra­nii i za­cznie pły­wać i ką­sać wraz z nimi. Unio­sła wy­soko głowę, wzięła głę­boki od­dech i prze­kro­czyła bramę twier­dzy. Szła w kie­runku głów­nego dzie­dzińca, z któ­rego do­cho­dziły ją od­głosy mu­zyki gra­nej na żywo. Po dro­dze spo­ty­kała różne oso­bi­sto­ści. Nie­któ­rych go­ści do­brze znała, in­nych za­le­d­wie skądś ko­ja­rzyła, ale nie wi­działa ni­kogo, o kim nie mia­łaby żad­nego po­ję­cia. To śro­do­wi­sko na­dal po­zo­sta­wało mocno her­me­tyczne i nie wpusz­czało do sie­bie ni­kogo no­wego. Za­sko­czyło ją, jak miło na nią re­ago­wali. Więk­szość osób przy­sta­wała, ca­ło­wała ją w je­den i drugi po­li­czek i z nie­wy­mu­szoną sym­pa­tią py­tała, co sły­chać i jak znaj­duje Ma­lagę po po­wro­cie. Od­po­wia­dała rów­nie grzecz­nie i uprzej­mie, a mimo to wciąż była czujna. Nie ufała im, nie wie­rzyła w ich czy­ste za­miary. Cały czas miała wra­że­nie, że kiedy tylko od­cho­dzą na kilka kro­ków, za­czy­nają szep­tać za jej ple­cami.

- Pięk­nie wy­glą­dasz, ko­cha­nie - za­pew­niła ją Ele­onora Mur­cia, se­niorka rodu, który od za­wsze zaj­mo­wał się pro­duk­cją jed­nych z naj­wspa­nial­szych hisz­pań­skich win.

- Dzię­kuję, do?a Mur­cia. Pani rów­nież. Nic się pani nie zmie­niła - od­po­wie­działa grzecz­nie i nie był to na­wet wy­mu­szony kom­ple­ment. Tę ko­bietę za­wsze sza­no­wała i ni­gdy nie usły­szała z jej ust ni­czego złego na swój te­mat.

- Cały czas wie­rzy­łam, że je­steś nie­winna. Przy­kro mi, że mu­sia­łaś przez to przejść. - Star­sza pani po­kle­pała ją przy­jaź­nie po dłoni, wes­tchnęła i po­szła wi­tać się z in­nymi.

Car­men zdała so­bie sprawę z tego, że do?a Mur­cia jest za­pewne je­dyną osobą w to­wa­rzy­stwie, która dzi­siej­szego wie­czoru po­zwoli so­bie na ja­ki­kol­wiek ko­men­tarz w jej spra­wie. Cie­ka­wiło ją tylko jedno: czy wszy­scy oni od­czu­wali ja­kiś ro­dzaj za­wsty­dze­nia, że przez dwa lata trak­to­wali ją jak za­bój­czy­nię czy to jej oj­ciec En­ri­que Ro­dri­guez za­dbał o to, by trzy­mali bu­zie na kłódki.

Wcho­dząc na główny dzie­dzi­niec, za­uwa­żyła, że lu­dzie dys­kret­nie ją ob­ser­wują. Chwy­ciła kie­li­szek szam­pana sto­jący na tacy trzy­ma­nej przez kel­nera ubra­nego w - jej zda­niem - zbyt pom­pa­tyczny frak i ru­szyła w głąb pasz­czy lwa. Z roz­mowy na roz­mowę stwier­dzała, że nikt nie ma za­miaru jej do­gry­zać, ob­ra­żać ani na­wet wspo­mi­nać o jej prze­szło­ści. Każda osoba, z którą się wi­tała, przy­sta­jąc i za­mie­nia­jąc kilka słów, za­cho­wy­wała się tak, jakby Car­men ni­gdy nie była ska­zana, co wię­cej - jakby ni­gdy nie opu­ściła ich to­wa­rzy­stwa. A prze­cież mi­nęło już dzie­sięć lat, od kiedy prze­stała re­gu­lar­nie uczest­ni­czyć w ta­kich wy­da­rze­niach. Nie była pewna, czy ten prze­jaw hi­po­kry­zji jest jej na rękę czy wręcz prze­ciw­nie. Być może wła­śnie chciała, żeby ktoś się z nią skon­fron­to­wał, żeby dał jej spo­sob­ność do od­gry­zie­nia się i walki, do wy­krzy­cze­nia im w twarz wszyst­kich skry­wa­nych do­tąd emo­cji - ale tak się nie stało.

- Córko...

Usły­szała za sobą głos ojca, a kiedy się ob­ró­ciła, zo­ba­czyła go z matką pod rękę. Przy­wi­tali się dwoma ca­łu­sami w po­li­czek, które na­wet nie mu­snęły jej skóry. Oj­ciec do­sko­nale wie­dział, że ko­biety z elity zbyt mocno ce­nią swój per­fek­cyjny ma­ki­jaż i nie ucho­dziło, by w ta­kich oko­licz­no­ściach ja­kie­kol­wiek usta do­ty­kały ich skóry.

- Pa­mię­tasz bur­mi­strza Diego Gar­cię? - Wska­zał dło­nią ni­skiego, krę­pego męż­czy­znę, który po­ja­wił się przy nich z żoną. - I oczy­wi­ście Elenę?

Ko­bieta w gra­na­to­wej sukni po­chy­liła się nad Car­men i rów­nie bez­do­ty­kowo jak oj­ciec po­ca­ło­wała ją w po­li­czek.

- Wi­taj, moja droga. Bar­dzo miło cię wi­dzieć - po­wie­działa kur­tu­azyj­nie.

- Cie­szymy się, że dzie­dziczka im­pe­rium znów jest z nami - za­czął bur­mistrz i lekko skło­nił się przed Car­men.

Po­czuła się jak ja­kaś cho­lerna ko­ro­no­wana głowa i nie­mal prze­wró­ciła oczami. Ni­gdy nie lu­biła prze­sad­nych kon­we­nan­sów. Wie­działa jed­nak, że żeby zo­stać w grze, musi po­stę­po­wać zgod­nie z jej re­gu­łami.

- Sły­sza­łem, że wró­ci­łaś na do­bre i przej­miesz biz­nes po ojcu. - Bur­mistrz mó­wił z uzna­niem i sze­ro­kim uśmie­chem. - Bar­dzo do­brze, ser­decz­nie ci gra­tu­lu­jemy. Już czas, żeby sza­cowny don En­ri­que mógł po­mału my­śleć o za­słu­żo­nym od­po­czynku.

- Zo­ba­czymy, co przy­nie­sie nowy dzień - po­wie­działa enig­ma­tycz­nie, acz­kol­wiek sta­rała się, by mimo wszystko wy­paść na sym­pa­tyczną. - Miło mi było znów pań­stwa zo­ba­czyć - do­dała i od­da­liła się, z na­ganą spo­glą­da­jąc na ojca.

Znów za­czął ukła­dać jej ży­cie pod swoje plany, do­kład­nie tak jak kie­dyś. Ni­gdy nie przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści, że wo­lała pra­co­wać w po­li­cji przy pro­fi­lo­wa­niu za­bój­ców, niż za­rzą­dzać naj­więk­szą w Hisz­pa­nii sie­cią luk­su­so­wych ho­teli. Po­czuła, że ci­śnie­nie lekko jej się pod­nosi; mu­siała roz­cho­dzić na­pię­cie.

Od­da­liła się ku jed­nemu z mniej­szych ogro­dów, który zda­wał jej się pu­sty, i nie­mal wpa­dła w ob­ję­cia An­to­nia.

- Car­men? Do­kąd się wy­bie­rasz? - Spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wym wzro­kiem. - Chyba nie masz za­miaru ulot­nić się z przy­ję­cia?

Wie­działa, że od razu wy­czuł jej zde­ner­wo­wa­nie.

- Mu­szę za­czerp­nąć po­wie­trza. Idziesz ze mną? Dla­czego przy­sze­dłeś tak późno? - Nie dała mu od­po­wie­dzieć na pierw­sze py­ta­nie, zła­pała go pod ra­mię i skie­ro­wała na aleje spa­ce­rowe.

- Mie­li­śmy pe­wien in­cy­dent na bu­do­wie no­wego apar­ta­men­towca. Nic ta­kiego, mów le­piej, co u cie­bie.

- O, nie, nie, mój drogi! O mnie roz­ma­wiamy za każ­dym ra­zem, gdy się spo­ty­kamy. Co to za in­cy­dent, opo­wia­daj. Szcze­rze mó­wiąc, mam już dość ro­dzin­nych te­ma­tów.

- Nic ta­kiego. - Mach­nął ręką, ale kiedy za­uwa­żył jej kar­cące spoj­rze­nie, ska­pi­tu­lo­wał. - Kil­koro lu­dzi przy­kuło się łań­cu­chami na te­re­nie bu­dowy, nie chcąc do­pu­ścić do wy­ko­pa­nia fun­da­men­tów.

- Co? Ale dla­czego?

- Aaa, to ta­kie głu­pie. - Wes­tchnął. - Twier­dzą, że na­leżą do or­ga­ni­za­cji chro­nią­cej dzie­dzic­two i kul­turę An­da­lu­zji i że na te­re­nie, na któ­rym sta­wiamy bu­dy­nek, znaj­do­wał się kie­dyś ja­kiś święty cmen­tarz czy coś.

- A znaj­do­wał się? - Car­men przy­sta­nęła za­cie­ka­wiona.

- Niby tak - przy­znał. - Ale to było ty­siąc lat temu. Do dzi­siaj nie ostał się ani je­den na­gro­bek, a wszyst­kie ko­ści dawno się roz­ło­żyły. W każ­dym ra­zie uparli się, że zro­bią wszystko, by nie do­pu­ścić do bu­dowy, bo wko­pa­nie ło­paty spo­wo­duje uwol­nie­nie ja­kiejś klą­twy. Szcze­rze mó­wiąc, nie bar­dzo chcia­łem się za­głę­biać w te­mat. We­zwa­łem Gu­ar­dia Ci­vil, by ich usu­nęli.

- I usu­nęli?

- Tak, ale naj­pierw je­den z pro­te­stu­ją­cych ob­lał mnie ja­kąś czer­woną breją, ma­jącą za­pewne imi­to­wać krew. Twier­dził, że rzuca na mnie urok. - Za­śmiał się, jakby w ogóle go to nie obe­szło. - Mu­sia­łem wziąć dwu­dzie­sto­mi­nu­tową ką­piel, żeby zmyć to cho­ler­stwo. Ale naj­waż­niej­sze, że ko­parki roz­po­częły pracę i bu­dowa nie jest za­gro­żona. To bę­dzie piękny apar­ta­men­to­wiec, zo­ba­czysz, z cu­dow­nym wi­do­kiem na mo­rze. Na pewno spodoba ci się dwu­po­zio­mowy pen­tho­use, który pla­nuję ci po­ka­zać, jak tylko bu­dy­nek bę­dzie go­towy. - Uśmiech­nął się i po­gła­dził Car­men po dłoni.

Po­czuła się dziw­nie. Niby tego nie po­wie­dział, ale miała wra­że­nie, że su­ge­ruje, ja­koby oboje mieli w nim za­miesz­kać. Wo­lała nie po­dej­mo­wać ta­kich te­ma­tów i szybko za­cze­pić o ja­kiś bez­pieczny wą­tek.

- Klą­twa? No nie­źle! Czyli co te­raz? Bę­dziesz miał pe­cha w mi­ło­ści czy ni­gdy nie spło­dzisz mę­skiego po­tomka? - za­częła żar­to­wać i po­czuła się nieco roz­luź­niona.

- Go­rzej! Po­dobno wszę­dzie, gdzie się po­ja­wię, przy­niosę ze sobą śmierć.

Po ciele Car­men prze­szły zimne dresz­cze. Przy­sta­nęła i roz­ma­so­wała ra­miona.

- Za­łóż to. - An­to­nio Pe­rez okrył ją na­tych­miast ścią­gniętą ze swo­ich ple­ców ma­ry­narką. - Chyba się tym nie prze­ję­łaś? Prze­cież to tylko głu­pie ga­da­nie bandy po­my­leń­ców.

- Nie, nie prze­ję­łam się - skła­mała. W głębi du­szy jed­nak, już po raz drugi tego wie­czoru, po­czuła nie­przy­jemne ukłu­cie nie­po­koju.

Ro­zej­rzała się do­okoła, spraw­dza­jąc, czy nikt ich nie ob­ser­wuje. Wciąż miała wra­że­nie, że jest pod ostrza­łem czy­je­goś spoj­rze­nia.

- Co się dzieje? Prze­cież wi­dzę, że czymś się mar­twisz.

- Jak to jest, że tak do­brze mnie znasz, cho­ciaż tak rzadko ze mną prze­by­wasz? - Za­śmiała się.

- Do­brze wiesz, że chciał­bym to zmie­nić. - An­to­nio po­chy­lił się lekko i po­gła­dził ją po po­liczku.

W tym sa­mym mo­men­cie zza muru do­biegł ich gło­śny krzyk, który szybko prze­ro­dził się w se­rię prze­ni­kli­wych pi­sków. Car­men spoj­rzała z prze­ra­że­niem na An­to­nia i po­gnała w kie­runku, z któ­rego do­cho­dził ha­łas. Wie­działa, że po­biegł za nią.

Kiedy zna­leźli się w jed­nym z ogro­do­wych za­uł­ków, na któ­rego środku ro­sło po­tężne, roz­ło­ży­ste drzewo, oboje za­marli w bez­ru­chu. Z jed­nej z jego ga­łęzi, na gru­bym, be­żo­wym sznu­rze, zwi­sał męż­czy­zna.

- Być może lu­dzie, któ­rzy ob­lali cię farbą, mieli ra­cję... - po­wie­działa pod no­sem Car­men, ką­tem oka re­je­stru­jąc prze­ra­że­nie na twa­rzy An­to­nia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki