PROLOG
Przyjeżdżając do Polski, Nadia obiecywała sobie wiele. Liczyła na porządną pracę, niezłe zarobki, oczami wyobraźni widziała się u boku przystojnego męża, który na zawsze odmieni jej życie. W końcu piękne blondynki zawsze trafiają na zaradnych przystojniaków. Tego, że miesiąc po przyjeździe skończy naga w fachowo przerobionej klatce iniekcyjnej, podwieszonej do betonowego sufitu w piwnicy, nie śniła w najgorszych koszmarach.
A przecież wszystko wreszcie zaczęło się tak dobrze układać...
Z Kartą Polaka w ręku na początku wakacji zjawiła się w Mikołajkach. Postawiła na Mazury, bo na zdjęciach wydawały jej się piękne i romantyczne. Z Internetu wiedziała też, że latem do Mikołajek przyjeżdżają tysiące turystów, co dawało szansę na pracę w barze lub restauracji. Poza tym liczyła, że właśnie w którymś z eleganckich lokali wpadnie w oko swojemu wymarzonemu przyszłemu mężowi.
Od matki dostała trochę pieniędzy na start, wynajęła niewielki pokoik w mieszkaniu polskich emerytów i już drugiego dnia po przyjeździe została zatrudniona jako kelnerka w knajpie przy porcie. Praca od początku ją rozczarowała. Dwunastogodzinna harówa, większość klientów stanowili starsi ludzie lub małżeństwa z dziećmi, a wolnych przystojniaków było jak na lekarstwo. Jeśli już się pojawiali, zwykle zagadywali do Polek. Na domiar złego niemal wszyscy płacili kartą, co ograniczało napiwki. W knajpie Nadia poznała Olgę. Dziewczyna mieszkała w Polsce od roku. Zimę spędziła w Warszawie, wiosnę na Wybrzeżu. Ivan, jej chłopak, pracował w wiosce żeglarskiej. Jego głównym zajęciem było mycie jachtów i motorówek oraz odpowiednie przygotowanie ich przed wyczarterowaniem dla gości. Wieczorami dorabiał, szorując prywatne jachty zacumowane w porcie. Biegał z wiadrem i gąbką, przysłuchując się biesiadującym bogaczom, do których należały te cacka. Nienawidził swojej roboty. Tylko z nim i z Olgą Nadia mogła porozmawiać w ojczystym języku. Z czasem bardzo ich polubiła.
- Znalazłam nową pracę dla naszej trójki! - Nieco ponad tydzień wcześniej Olga wpadła do jej pokoju, drąc się wniebogłosy. - Wczoraj na mojej zmianie przyszła do knajpy taka elegancka babeczka. Kiedy ją obsługiwałam, powiedziała mi, że szuka pracowników na stały etat. Ma duży dom na obrzeżach Mikołajek! - kontynuowała podniecona. - Mówiłam, że jest nas trójka i wszyscy jesteśmy w podobnym wieku, a ona stwierdziła, że właśnie takich szuka!
- Co mielibyśmy robić?
- Stała opieka nad domem: sprzątanie, gotowanie, prasowanie, mycie okien czy kibli. Ivan miałby zajmować się ogrodem, kosić trawę, strzyc drzewka, zabijać krety, od czasu do czasu coś pomalować. Mówiła, że dla każdego znajdzie się coś do roboty. Płaci jeszcze raz tyle co w knajpie i... - Zamilkła na moment, by wzmocnić napięcie. - Uwaga! Uwaga! Gwarantuje stały nocleg plus wyżywienie! Pensja z góry za każdy miesiąc!
- Brzmi ciekawie, tylko gdzie jest haczyk? - Życie zdążyło nauczyć Nadię, że przyjęcie wspaniałej oferty zawsze wymaga oddania czegoś w zamian.
- Praca na lewo oczywiście - wyjaśniła Olga. - Babeczka nie chce wykazywać nic w papierach, ale ponieważ dostaniemy gotówkę od razu, to żaden problem. Odpadną nam koszty noclegu i żarcia. Popracujemy u niej do końca wakacji, coś sobie odłożymy i spadamy do dużego miasta. Przecież nie zamierzasz tu siedzieć jesienią.
Nadia przytaknęła, bo zdawała sobie sprawę, że Mikołajki to tylko przystanek i prędzej czy później będzie musiała ruszyć dalej.
- Ivan już się zgodził. Nawet kazał spierdalać temu eunuchowi z wypożyczalni, po czym rzucił mu w twarz brudną szmatą. Zaczynamy dzisiaj. Idziesz z nami?
Początek nowej pracy wyglądał fantastycznie. Kobieta dotrzymała słowa i zapłaciła im z góry za cały miesiąc. Dom był olbrzymi, zbudowany w dawnych czasach. Miał przestronne pokoje i wysokie sufity, zupełnie jak w Przeminęło z wiatrem. Olga i Ivan dostali dużą sypialnię, Nadii przypadł pokój z osobną łazienką. Oba pomieszczenia znajdowały się na parterze, w skrzydle przeznaczonym dla służby. Pracy było co niemiara, ale nikt ich nie ponaglał. Rano w kuchni czekała rozpiska obowiązków. Właścicielka wychodziła przed dziesiątą, zwykle wracała po dziewiętnastej. Jedyny minus stanowiła lokalizacja. Dom był położony na odludziu, co utrudniało nocne eskapady do miasta. Od centrum Mikołajek dzieliły go cztery kilometry przez las. Olga i Ivan mieli siebie, nie musieli wychodzić, ale Nadii szybko zaczęła doskwierać samotność. Strasznie się nudziła.
Czwartego dnia w domu zjawił się ciemnowłosy chłopak. Na jego widok serce Nadii zabiło mocniej. Właścicielka powiedziała, że to jej syn. Przywitał się i zniknął na piętrze. Wieczorem, gdy Nadia podawała kolację w wielkiej jadalni, celowo włożyła swoją najlepszą kieckę. Niestety, nie uraczył jej nawet przelotnym spojrzeniem. Kiedy postawiła przed nim talerz, zrobił zdegustowaną minę, jakby na naczyniu usiadła mucha. Następnego dnia rano, rozczarowana, patrzyła przez okno, jak chłopak wsiada do samochodu i odjeżdża. Dwie doby później, w środku nocy rozpoczął się koszmar...
Nagłe przebudzenie z workiem zaciśniętym na głowie, krępowanie kończyn, wrzaski, krzyki, błagania o pomoc, zdzieranie ubrań, ciągnięcie po podłodze i na koniec ciasna klatka.
Nie miała złudzeń. Wiedziała, czym jest klatka iniekcyjna, jej świętej pamięci dziadek był weterynarzem. Takie klatki wykorzystywano do bezpiecznego aplikowania leków zwierzętom i do wykonywania na nich zabiegów. Na szczęście ten, kto ją zbudował, nie do końca znał się na rzeczy. Moduł poskramiający nie blokował ruchów dziewczyny, choć powinien. Nadia leżąc na plecach w ciasnej metalowej konstrukcji o kształcie prostokąta, miała wystarczająco miejsca, żeby zginać nogi w kolanach, a potem je prostować. Robiła tak, waląc stopami w drzwi klatki. Nie poddawała się, kopała w nadziei, że w końcu je wypchnie - przecież to był tylko zwykły kawałek metalu.
W ogóle nie przejmowała się tym, że człowiek, choć bardziej pasowałoby określenie to coś, co ich uwięziło, ją usłyszy. Mogła się domyślić, do czego to coś jest zdolne. Gdy wepchnęło ją do klatki i zdjęło worek z głowy, widziała, jak przerzuca przez ramię wrzeszczącą Olgę i idzie z nią do zasłoniętego szarym kocem pomieszczenia. Przeraźliwe jęki i błagalne krzyki koleżanki zmroziły jej krew w żyłach, lecz bardziej przerażająca była głucha cisza, która po nich nastąpiła. To coś wyłoniło się zza koca, spojrzało na nią obojętnie, podążyło w głąb piwnicy i dotąd nie wróciło.
Przeczuwając, że jest następna w kolejce, Nadia zaczęła kopać jeszcze mocniej. Pięty bolały, jakby ktoś walił w nie młotem. Pojawiła się krew, ale nie miało to znaczenia. Wreszcie metal zaczął się wyginać i zawiasy puściły. Z wielkim trudem, kalecząc dłonie o metalowe pręty, Nadia wydostała się z klatki i wylądowała na ceglanej podłodze. Spojrzała w prawo i krzyknęła.
Dłonie nagiego Ivana były skute żelaznymi kajdanami, które zwisały z metalowej poręczy przymocowanej do ściany. Jego stopy unosiły się kilka centymetrów nad ziemią. W prawym kolanie miał wielką dziurę. Lała się z niej gęsta krew. Na ziemi leżała zakrwawiona siekiera. Nadia schyliła się po nią.
- Olga... - Usłyszała cichutki charchot kolegi. - Co z nią? - wyszeptał z wysiłkiem.
Przeprowadziła szybką kalkulację. Ivan żył, ale jego noga była w opłakanym stanie, stanowiła zbędny balast. To coś mogło w każdej chwili wrócić. Musiała uciekać. O Oldze nawet nie myślała. Nie po to wysyłała do domu część swojej pensji dla malutkiej siostrzyczki, żeby jeszcze w Polsce troszczyć się o innych. Nadia była sama, zdana tylko na siebie. Ścisnęła mocno siekierę i rozejrzała się. Jedyną drogę ucieczki stanowił ciemny korytarz. Nie wahała się nawet przez moment. Biegła ile sił w nogach, nie zważając na potworny ból pięt.
Piwnica zdawała się nie mieć końca. Co kilka kroków po obu stronach korytarza pojawiały się kolejne wejścia zasłonięte kocami. Nad każdym świeciła się lampka. Nadia pędziła przed siebie, aż dotarła na rozdroże - korytarz rozdzielał się na dwie drogi. Musiała zdecydować, którą wybrać. Obie wyglądały identycznie, a czas naglił. Skręciła w prawo, nie wiedząc, że żadna z nich nie prowadzi do wolności.