Dom soli i łez - Erin A. Craig

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Świa­tło świecy odbi­jało się od srebr­nej kotwicy wyry­tej na naszyj­niku mojej sio­stry. Wisio­rek był brzydki, a Eula­lie sama na pewno nie wybra­łaby niczego podob­nego. Uwiel­biała pro­ste złote łań­cuszki i luk­su­sowe obroże wysa­dzane bry­lan­tami, nie coś... takiego. Pew­nie tata to dla niej wybrał. Się­gnę­łam do mojego naszyj­nika z czar­nych pereł, żeby ofia­ro­wać jej coś bar­dziej sty­lo­wego, ale żałob­nicy zaj­mu­jący się trumną zamknęli wieko, nim zdą­ży­łam go roz­piąć.

- My, Ludzie Soli, odda­jemy to ciało z powro­tem morzu - zain­to­no­wał Wielki Żeglarz, gdy drew­niana skrzy­nia wsu­nęła się głę­boko do ocze­ku­ją­cej na nią krypty.

Sta­ra­łam się nie zwra­cać uwagi na mchy pora­sta­jące głę­boką cze­luść, gotową połknąć ją całą. Nie myśleć o tym, że moja sio­stra, która jesz­cze kilka dni temu żyła, była cie­pła i oddy­chała, jest teraz cho­wana na wieczny odpo­czy­nek. Pró­bo­wa­łam nie wyobra­żać sobie, jak cien­kie dno trumny puch­nie od wil­goci i sło­nej wody, aż roz­pada się na kawałki, a ciało Eula­lie opada w głę­biny pod naszym rodzin­nym mau­zo­leum.

Zamiast tego pró­bo­wa­łam pła­kać.

Wie­dzia­łam, że tego będzie się ode mnie ocze­ki­wać, tak samo jak zda­wa­łam sobie sprawę, że łzy raczej się nie poja­wią. Póź­niej ow­szem, pew­nie wie­czo­rem, gdy będę mijać jej sypial­nię i zoba­czę czarne całuny zasła­nia­jące ścianę luster. Eula­lie miała tak wiele luster.

Eula­lie.

Naj­pięk­niej­sza z moich sióstr. Jej różane wargi zawsze roz­cią­gały się w uśmie­chu. Uwiel­biała żar­to­wać, a jej zie­lone oczy czę­sto lśniły z rado­ści. O jej uwagę zabie­gały tłumy zalot­ni­ków, i to jesz­cze zanim została naj­star­szą córką Thau­mas, która miała odzie­dzi­czyć cały mają­tek ojca.

- Zro­dzi­li­śmy się z Soli, żyjemy bli­sko Soli i do Soli powra­camy - rzekł Wielki Żeglarz.

- Do Soli - powtó­rzyli żałob­nicy.

Kiedy tata pod­szedł na skraj krypty, by poło­żyć tam dwie złote monety - opłatę dla Pon­tusa za zabra­nie mojej sio­stry z powro­tem do Głębi - rozej­rza­łam się ukrad­kiem po mau­zo­leum. Prze­peł­niali je goście wystro­jeni w naj­lep­sze czarne wełny i krepy; wielu z nich sta­rało się kie­dyś o rękę Eula­lie. Ucie­szy­łaby się, widząc tylu mło­dzień­ców ze zła­ma­nym ser­cem tak otwar­cie ją opła­ku­ją­cych.

- Anna­le­igh! - Camille dała mi kuk­sańca.

- Do Soli - wymru­cza­łam i przy­ci­snę­łam chu­s­teczkę do oczu, uda­jąc płacz.

W sercu czu­łam nie­chęć ojca. Jego oczy były mokre od łez, a wydatny nos lśnił czer­wono, gdy Wielki Żeglarz wystą­pił naprzód z kie­li­chem z masy per­ło­wej wypeł­nio­nym mor­ską wodą. Wsu­nął go do krypty i polał wodą trumnę Eula­lie, czym uro­czy­ście roz­po­czął jej roz­kład. Gdy oblał świece oka­la­jące kamienne wej­ście do krypty, uro­czy­stość się zakoń­czyła.

Ojciec odwró­cił się do zebra­nych. W jego ciem­nych wło­sach doj­rza­łam sze­ro­kie białe pasmo. Czy znaj­do­wało się tam wczo­raj?

- Dzię­kuję, że przy­by­li­ście poże­gnać moją córkę Eula­lie. - Jego głos, zwy­kle tak silny i dumny, przy­zwy­cza­jony do zwra­ca­nia się do lor­dów na dwo­rze, zadrżał nie­pew­nie. - Ja i moja rodzina zapra­szamy was do High­moor, by uczcić jej życie. Będzie jedze­nie i napoje, i... - Odchrząk­nął. Brzmiał teraz raczej niczym jąka­jący się sekre­tarz, a nie dzie­więt­na­sty książę Wysp Salann. - Wiem, jak wiele zna­czy­łaby dla Eula­lie wasza obec­ność.

Zakoń­czył prze­mó­wie­nie ski­nie­niem głowy. Twarz miał bez wyrazu. Pra­gnę­łam podejść do niego i ukoić jego ból, ale Morella, moja maco­cha, już sta­nęła u jego boku i ujęła go za dłoń. Pobrali się led­wie kilka mie­sięcy temu i powinni wciąż cie­szyć się bło­gimi i upa­ja­ją­cymi chwi­lami nowego, wspól­nego życia.

Pogrzeb mojej sio­stry to pierw­sza wyprawa Morelli do mau­zo­leum Thau­ma­sów. Czy czuła się nie­pew­nie pod czuj­nym okiem pamiąt­ko­wego posągu mojej matki? Rzeź­biarz korzy­stał przy pracy z jej ślub­nego por­tretu i nadał zim­nemu sza­remu mar­mu­rowi jej dziew­częcy blask. Jej ciało powró­ciło do morza wiele lat temu, ale ja wciąż odwie­dza­łam jej gro­bo­wiec pra­wie co tydzień, opo­wia­da­łam o tym, co się u mnie dzieje, i uda­wa­łam, że mama słu­cha. Jej posąg góro­wał w mau­zo­leum, wyż­szy nawet od gro­bow­ców moich sióstr. Ten Avy był obra­mo­wany jej ulu­bio­nymi krze­wami róż. Latem obsy­py­wały się cięż­kimi różo­wymi kwia­tami, przy­po­mi­na­ją­cymi kro­sty spo­wo­do­wane zarazą, która zabrała ją w osiem­na­stym roku życia.

Octa­via zmarła rok póź­niej. Jej ciało zna­le­ziono u stóp wyso­kiej dra­biny biblio­tecz­nej. Miała nie­na­tu­ral­nie powy­krę­cane koń­czyny. Jej pomnik zdo­biła książka i cytat w języku vaipa­nian­skim, któ­rego sama ni­gdy się nie nauczy­łam.

Jeśli wziąć pod uwagę wszyst­kie nie­szczę­ścia, które spo­tkały moją rodzinę, śmierć Eli­za­beth wyda­wała się nie­unik­niona. Zna­le­ziono ją w wan­nie, uno­szącą się w wodzie niczym drewno na morzu, nasiąk­niętą wil­go­cią i pozba­wioną koloru. Z High­moor plotki roz­prze­strze­niły się na oko­liczne wyspy, szep­tane przez pomy­waczki sta­jen­nym, prze­ka­zy­wane przez han­dla­rzy ryb ich żonom, które stra­szyły nimi nie­grzeczne dzieci. Nie­któ­rzy mówili, że to było samo­bój­stwo. A więk­szość wie­rzyła, że jeste­śmy prze­klęte.

Grób Eli­za­beth zdo­bił ptak. Rzeźba miała przed­sta­wiać gołę­bicę, ale złe pro­por­cje spra­wiły, że bar­dziej przy­po­mi­nała mewę. Dosko­nały hołd dla Eli­za­beth, która zawsze pra­gnęła gdzieś odle­cieć.

A jak będzie wyglą­dał grób Eula­lie?

Kie­dyś było nas dwa­na­ście - Tuzin Thau­ma­só­wien. A teraz sta­ły­śmy w sze­regu, sie­dem moich sióstr i ja, i nie mogłam prze­stać się zasta­na­wiać, czy w tych ponu­rych podej­rze­niach nie ma tro­chę prawdy. Czy w jakiś spo­sób roz­zło­ści­ły­śmy bogów? Czy na naszej rodzi­nie odzna­czyła się ciem­ność i będzie nas zabie­rać jedną po dru­giej? A może to tylko seria okrop­nych, nie­szczę­śli­wych zbie­gów oko­licz­no­ści?

Po uro­czy­sto­ści ludzie zaczęli krą­żyć wokół nas. Zauwa­ży­łam, że gdy szepcą z napię­ciem kon­do­len­cje, sta­rają się do nas nie zbli­żać. Czy to dla­tego, że chcieli nas usza­no­wać, czy bali się, że coś może się odci­snąć i na nich? Chcia­łam to uznać za zabo­bony pro­sta­ków, ale gdy pode­szła do mnie daleka ciotka z wąskim uśmie­chem na wąskich ustach, w jej oczach ujrza­łam to samo pyta­nie. Nie dało się go nie zauwa­żyć.

- Która z was będzie następna?

Rozdział 2

Czeka­łam w mau­zo­leum, aż wszy­scy pójdą na stypę, by poże­gnać Eula­lie w samot­no­ści, z dala od wścib­skich spoj­rzeń. Po odpra­wie­niu cere­mo­nii Wielki Żeglarz zabrał kie­lich, świece, słoną wodę i dwie monety mojego ojca. Nim ruszył dróżką nad brze­giem, pro­wa­dzącą do jego samotni na pół­noc­nym skraju wyspy Sel­kirk, zatrzy­mał się przede mną. Obser­wo­wa­łam mło­dych słu­żą­cych pra­cu­ją­cych przy muro­wa­niu grobu. Ukła­dali war­stwy cegieł i gru­zeł­ko­wa­tej zaprawy, coraz bar­dziej zasła­nia­jąc kłę­biącą się poni­żej wodę.

Wielki Żeglarz uniósł dłoń, jakby chciał mnie pobło­go­sła­wić, ale coś w ukła­dzie jego pal­ców się nie zga­dzało. Gest wyglą­dał raczej na ochronny.

Bro­nił się.

Przede mną.

Teraz, gdy w kryp­cie nie było ludzi, powie­trze się schło­dziło i otu­lało mnie niczym drugi płaszcz. Mdlący, słodki zapach kadzi­dła wciąż uno­sił się w pomiesz­cze­niu, ale czuć było też sól. Bez względu na to, gdzie na wyspie się prze­by­wało, zawsze czuło się morze.

Stę­ka­jąc, robot­nicy wsu­nęli ostat­nią cegłę na miej­sce. Szum morza ucichł.

A potem zosta­łam sama.

Krypta była w rze­czy­wi­sto­ści zwy­kłą jaski­nią, ale kryło się w niej coś wyjąt­ko­wego - pod spodem pły­nęła sze­roka rzeka, nio­sąca do morza słodką wodę i ciała zmar­łych Thau­ma­sów. Kolejne poko­le­nia doda­wały od sie­bie coś do wystroju krypty: rzeźby czy wymyślny mural przed­sta­wia­jący nocne niebo na skle­pie­niu. Każde dziecko Thau­ma­sów uczyło się gwiezd­nych kon­ste­la­cji, nim jesz­cze opa­no­wało litery. Mój pra­pra­dzia­dek jako pierw­szy zaczął sta­wiać gro­bowce.

Pod­czas pogrzebu Eli­za­beth - jesz­cze bar­dziej ponu­rej uro­czy­sto­ści niż ta Eula­lie, w ciągu któ­rej Wielki Żeglarz nie sta­rał się ukryć swo­jego potę­pie­nia dla samo­bój­stwa - liczy­łam tablice i posągi w jaskini, by szyb­ciej upły­nęła mi uro­czy­stość. Ile jesz­cze zostało czasu, nim gro­bowce zajmą całą powierzch­nię tej uświę­co­nej prze­strzeni, a dla żywych nie pozo­sta­nie ani skra­wek miej­sca? Nie chcia­łam, by moją śmierć upa­mięt­niał pomnik. Czy pra­cio­cia Cla­rette spo­czy­wała w więk­szym spo­koju, wie­dząc, że na jej popier­sie będą spo­glą­dały kolejne gene­ra­cje Thau­ma­sów?

Nie, dzię­kuję. Po pro­stu wrzuć­cie mnie do morza, bym powró­ciła do Soli.

- Było tu dziś tylu mło­dych męż­czyzn - powie­dzia­łam, klę­ka­jąc przy wciąż wil­got­nym murze.

Aż dziw, że w ogóle chciało im się to zamu­ro­wy­wać. Ile czasu upły­nie, nim znów roz­bije się te kamie­nie, by otwo­rzyć kryptę dla kolej­nej z moich sióstr?

- Bra­cia Seba­stian i Ste­phan Fit­zge­ral­do­wie. Henry. Bry­ga­dzi­sta z Vasy. I Edgar.

Dziw­nie było pro­wa­dzić taką jed­no­stronną roz­mowę z Eula­lie. Zwy­kle domi­no­wała we wszyst­kim, w czym brała udział. Jej nie­zwy­kłe opo­wie­ści, pełne dow­cipu i prze­sady, zawsze sku­piały uwagę słu­cha­ją­cych.

- Myślę, że spo­śród wszyst­kich żałob­ni­ków to oni pła­kali naj­bar­dziej. Czy tam­tej nocy wymknę­łaś się, by spo­tkać się z jed­nym z nich?

Zamil­kłam, wyobra­ża­jąc sobie Eula­lie wędru­jącą po kli­fie, w szar­pa­nej wia­trem koron­ko­wej koszuli noc­nej, z bladą skórą lśniącą w poświa­cie pełni księ­życa. Na pewno sta­rała się wyjąt­kowo dobrze wyglą­dać na tajem­nej schadzce.

Kiedy rybacy zna­leźli na ska­łach poni­żej jej roz­trza­skane ciało, sądzili, że to wyrzu­cony na brzeg del­fin. Jeśli rze­czy­wi­ście ist­nieje jakieś życie po śmierci, mia­łam nadzieję, że Eula­lie ni­gdy się o tej pomyłce nie dowie. Jej próż­ność by tego nie znio­sła.

- Potknę­łaś się i upa­dłaś? - Moje słowa odbiły się echem po kryp­cie. - Ktoś cię popchnął?

Wypo­wie­dzia­łam te zda­nia bez zasta­no­wie­nia. Dosko­nale wie­dzia­łam, jak zgi­nęły moje pozo­stałe sio­stry: Ava cho­ro­wała, Octa­via wiecz­nie ule­gała wypad­kom, nawet Eli­za­beth... Zła­pa­łam gwał­tow­nie powie­trze i wbi­łam palce w grubą, kłu­jącą wełnę czar­nej spód­nicy. Była tak przy­gnę­biona po śmierci Octa­vii. Wszy­scy odczu­wa­li­śmy stratę, ale nie tak mocno jak Eli­za­beth. Ale przy śmierci Eula­lie nie było nikogo. Nikt nie widział, co się stało. Tylko jak skoń­czyła.

Na nos spa­dła mi kro­pla wody. Następna popły­nęła po policzku, gdy do pie­czary zaczęły dosta­wać się stru­myki wody. Naj­wy­raź­niej zaczęło padać. Nawet niebo opła­ki­wało dziś Eula­lie.

- Będę za tobą tęsk­nić. - Przy­gry­złam dolną wargę.

Teraz poczu­łam łzy, które szczy­pały w oczy, w oczy, aż w końcu zaczęły pły­nąć po policz­kach. Prze­su­nę­łam pal­cem po mister­nie wyku­tym w skale E. Pra­gnę­łam powie­dzieć jej jesz­cze tyle rze­czy, wyrzu­cić z sie­bie ból, bez­rad­ność, wście­kłość. Ale to nie przy­wró­ci­łoby jej życia.

- Kocham cię, Eula­lie - wyszep­ta­łam i ucie­kłam z jaskini.

Na zewnątrz roz­sza­lał się sztorm. Potężne, spie­nione fale ude­rzały o brzeg. Jaski­nia znaj­do­wała się na końcu Szpi­kulca, wybie­ga­ją­cego daleko w morze pół­wy­spu na Sol­nej. Do domu była co naj­mniej mila drogi, a nikomu nie przy­szło do głowy, by zosta­wić dla mnie powóz. Odchy­li­łam czarną woalkę i ruszy­łam przed sie­bie.

- Nie zapo­mnia­łaś o czymś? - zapy­tała nasza nia­nia, Hanna, gdy skie­ro­wa­łam się na dół, by dołą­czyć do żałob­ni­ków.

Zatrzy­ma­łam się, czu­jąc na sobie mat­czyne spoj­rze­nie star­szej kobiety. Po prow­ro­cie musia­łam się od razu prze­brać. Prze­mo­kłam w ule­wie i bez względu na to, czy cią­żyła na nas klą­twa, nie zamie­rza­łam umie­rać na prze­zię­bie­nie.

Hanna unio­sła długą czarną wstążkę i popa­trzyła na mnie wycze­ku­jąco. Wes­tchnę­łam i wycią­gnę­łam rękę, by owi­nęła mi nią nad­gar­stek, jak już wie­lo­krot­nie to czy­niła. Gdy w domo­stwie nastę­po­wał zgon, nosiło się czarną wstążkę, by nie iść w ślady zmar­łego. A że nas prze­śla­do­wał wyjąt­kowy pech, to słu­żący zaczęli owi­jać podob­nymi tasiem­kami szyje kotów, koni i kur­cza­ków.

Słu­żąca zawią­zała wstążkę na kokardę, która w każ­dym innym kolo­rze byłaby ładna. W mojej gar­de­ro­bie były teraz wyłącz­nie żałobne ubra­nia, a każda suk­nia była ciem­niej­sza niż poprzed­nia. Od śmierci mamy przed sze­ściu laty nie nosi­łam nic jaśniej­szego niż gra­fit.

Hanna wybrała błysz­czącą satynę, a nie gry­zącą krepę z pogrzebu Eli­za­beth - od niej wokół nad­garst­ków dosta­wało się bąbli, które swę­działy ład­nych kilka dni póź­niej.

Popra­wi­łam man­kiet.

- Prawdę mówiąc, wola­ła­bym zostać z tobą. Ni­gdy nie wiem, co mam pod­czas takich uro­czy­sto­ści mówić.

Hanna pokle­pała mnie po policzku.

- Im szyb­ciej tam pój­dziesz, tym szyb­ciej będziesz to miała za sobą. - Jej brą­zowe oczy lśniły cie­pło. - Dopil­nuję, żebyś przed snem dostała cyna­mo­no­wej her­baty.

- Dzię­kuję, Hanno. - Uści­snę­łam jej ramię i ruszy­łam na dół.

Gdy wkro­czy­łam do Nie­bie­skiego Pokoju, pode­szła do mnie Morella.

- Usią­dziesz ze mną? Nikogo tu nie znam. - Pocią­gnęła mnie w stronę kanapy, nie­opo­dal wyso­kich, szpro­so­wych okien.

Mimo desz­czu roz­po­ście­rał się z nich wspa­niały widok na klify. Wybór tego pokoju, wycho­dzą­cego na miej­sce, w któ­rym zgi­nęła Eula­lie, wyda­wał mi się nie­tak­towny.

Chcia­łam dołą­czyć do sióstr, ale Morella patrzyła na mnie tak bła­gal­nie. W takich chwi­lach trudno było zapo­mnieć, że wie­kiem była bliż­sza mnie niż ojcu. Nikt się nie dzi­wił, że wziął sobie nową żonę. Mama ode­szła tak dawno temu, a wszyst­kie wie­dzia­ły­śmy, że wciąż liczył na syna. Spo­tkał Morellę pod­czas pobytu w Suse­ally, na sta­łym lądzie, i wró­cił z wyprawy z nią u boku, kom­plet­nie zako­chany.

Honor, Mercy i Verity - trzy Gra­cje, jak je nazy­wa­li­śmy, malut­kie, gdy zmarła mama - były zachwy­cone, że znów mogą trak­to­wać kogoś jak matkę. Morella była kie­dyś guwer­nantką i od razu polu­biła dziew­czynki. Tro­jaczki - Rosa­lie, Ligeia i Lenore - i ja cie­szy­ły­śmy się szczę­ściem ojca, ale Camille pochmur­niała za każ­dym razem, gdy ktoś zakła­dał, że Morella jest jedną z Tuzina Thau­ma­só­wien.

Wpa­try­wa­łam się w wiszący po dru­giej stro­nie pokoju olbrzymi obraz. Przed­sta­wiał okręt wcią­gany w błę­kitną głę­bię przez kra­kena o wście­kłych oczach. W Nie­bie­skim Pokoju było wiele skar­bów z morza - na jed­nej półce leżała grupka kłu­ją­cych jeżow­ców, na cokole w kącie stała oble­piona pąklami kotwica i mnó­stwo zna­le­zisk trzech Gra­cji usta­wio­nych na każ­dej pła­skiej powierzchni, do któ­rej były w sta­nie dosię­gnąć.

- Czy wszyst­kie uro­czy­sto­ści tak wyglą­dają? - zapy­tała Morella, roz­ście­la­jąc suk­nię na gra­na­to­wych aksa­mit­nych podusz­kach. - Tak poważ­nie i posęp­nie?

Spoj­rza­łam na nią zdzi­wiona.

- To w końcu pogrzeb.

Wsu­nęła za ucho kosmyk jasno­blond wło­sów i uśmiech­nęła się ner­wowo.

- Oczy­wi­ście, po pro­stu... Czemu woda? Nie rozu­miem, czemu jej po pro­stu nie pocho­wa­cie w ziemi, jak to się robi na sta­łym lądzie?

Spoj­rza­łam na ojca. Na pewno chciałby, abym była miła i wyja­śniła nasze zwy­czaje. Sta­ra­łam się wykrze­sać z sie­bie tro­chę współ­czu­cia dla Morelli.

- Wielki Żeglarz mówi, że Pon­tus stwo­rzył nasze wyspy i ludzi, któ­rzy na nich żyją. Sól wyrzu­cana przez przy­pływy miała zapew­nić siłę. Do tego dodał prze­bie­głość rekina i piękno meduzy oraz dorzu­cił wier­ność konika mor­skiego i cie­ka­wość mor­świna. Gdy ukształ­to­wał już swój twór, wraz z dwiema rękami, dwiema nogami, głową i ser­cem, wdmuch­nął weń tro­chę wła­snego życia, i tak stwo­rzył pierw­szych Ludzi Soli. Więc kiedy umie­ramy, nie możemy być pocho­wani w ziemi. Zsu­wamy się z powro­tem do wody i tra­fiamy do domu.

To wyja­śnie­nie wyda­wało się ją satys­fak­cjo­no­wać.

- Widzisz, taka mowa na pogrze­bie byłaby cudowna. A tam kła­dli tylko nacisk na... śmierć.

Uśmiech­nę­łam się do niej.

- Cóż, to twój pierw­szy. Przy­zwy­cza­isz się.

Morella ujęła moją dłoń i spoj­rzała na mnie poważ­nie.

- To okropne, że musia­łaś już w tak wielu uczest­ni­czyć. Jesteś zde­cy­do­wa­nie za młoda na tyle bólu i smutku.

Deszcz zaczął moc­niej dzwo­nić o szyby, spo­wi­ja­jąc High­moor w sza­ro­ści. Sza­le­jące fale prze­wa­lały potężne głazy u stóp kli­fów z hukiem i taką łatwo­ścią, jakby to były kulki w kie­szeni chłopca.

- I co teraz?

Zamru­ga­łam, ponow­nie sku­pia­jąc uwagę na niej.

- O co pytasz?

Przy­gry­zła wargę i wyją­kała:

- Teraz, gdy jest już... w Soli... co mamy robić?

- To wszystko. Poże­gna­li­śmy się. Po sty­pie wszystko się skoń­czy.

Morella, sfru­stro­wana, zaczęła się bawić brze­giem sukni.

- Ale to nie­prawda. Twój ojciec powie­dział, że przez następne tygo­dnie będziemy cho­dzić w czerni.

- Tak naprawdę to przez kolejne mie­siące. Naj­pierw czerń przez sześć mie­sięcy, a przez następne pół roku ciemne sza­ro­ści.

- Rok? - krzyk­nęła - Naprawdę mam nosić te ponure barwy przez cały rok?

Sły­sząc jej słowa, ludzie w pobliżu odwró­cili się w naszą stronę. Przy­naj­mniej zaru­mie­niła się ze wstydu.

- Cho­dzi mi o to, że... Ortun dopiero przy­wiózł moją wyprawę ślubną. Nie mam nic czar­nego. - Na dzi­siej­szą uro­czy­stość poży­czyła suk­nię od Camille, ale ta nie leżała na niej dobrze. Wygła­dziła sta­nik sukni. - Nie cho­dzi tylko o ubra­nia. A co z tobą i Camille? Powin­ny­ście obie obra­cać się wśród ludzi, spo­ty­kać mło­dzień­ców, zako­chi­wać się.

Prze­chy­li­łam głowę, zasta­na­wia­jąc się, czy mówi poważ­nie.

- Wła­śnie zmarła moja sio­stra. Nie mam spe­cjal­nej ochoty na tańce.

Grzmot spra­wił, że aż pod­sko­czy­ły­śmy. Morella ści­snęła mnie za rękę. Spoj­rza­łam jej w oczy.

- Prze­pra­szam, Anna­le­igh, nie potra­fię dziś powie­dzieć nic sen­sow­nego. To zna­czy, po wszyst­kich tych tra­ge­diach ta rodzina zasłu­guje na radość. Nosi­li­ście już tyle żałoby, że star­czy wam do końca życia. Czemu dalej się umar­twia­cie? Mercy, Honor i mała Verity powinny się bawić lal­kami w ogro­dzie, a nie przyj­mo­wać kon­do­len­cje i pro­wa­dzić roz­mowy towa­rzy­skie. A Rosa­lie i Ligeia... Lenore też. Spójrz na nie.

Tro­jaczki usia­dły na kanapce prze­zna­czo­nej naj­wy­żej dla dwóch osób. Oplo­tły się ramio­nami i wyglą­dały niczym gruby pająk, gdy pła­kały w woalki. Nikt nie miał odwagi podejść do tak skon­cen­tro­wa­nej kupki cier­pie­nia.

- Serce mi pęka, gdy patrzę na ten cały ból.

Wyplą­ta­łam dłoń z jej ręki.

- Ale tak się robi, gdy ktoś umrze. Nie możesz zmie­nić tra­dy­cji tylko dla­tego, że ci się nie podoba.

- A co, gdyby zna­lazł się powód do rado­ści? Coś, co powinno się świę­to­wać, a nie ukry­wać? Czyż rado­sne wie­ści nie powinny zwy­cię­żyć?

Pod­szedł do nas słu­żący z winem. Wzię­łam kie­li­szek, ale Morella tylko z gra­cją pokrę­ciła głową. Szybko odna­la­zła się w roli pani na High­moor.

- Tak sądzę - odpar­łam z waha­niem. - Znów zadud­nił grzmot. - Ale nie mamy dziś wiele do świę­to­wa­nia.

- Myślę, że jed­nak mamy. - Morella nachy­liła się do mnie i wyszep­tała: - Nowe życie.

Dys­kret­nie poło­żyła dłoń na swoim brzu­chu.

Z zasko­cze­nia pra­wie się zakrztu­si­łam winem.

- Jesteś w ciąży? - Uśmiech­nęła się od ucha do ucha. - Czy ojciec o tym wie?

- Jesz­cze nie. Mia­łam mu powie­dzieć, ale prze­szko­dzili mi rybacy z Eula­lie.

- Będzie szczę­śliwy. Wiesz, który to mie­siąc?

- Myślę, że trzeci. - Prze­cze­sała pal­cami włosy. - Naprawdę sądzisz, że Ortun będzie zado­wo­lony? Zro­bi­ła­bym wszystko, byle tylko znów zaczął się uśmie­chać.

Spoj­rza­łam na ojca, oto­czo­nego przez przy­ja­ciół, ale zbyt głę­boko pogrą­żo­nego we wspo­mnie­niach o Eula­lie, by uczest­ni­czyć w roz­mo­wie. Ski­nę­łam głową.

- Jestem tego pewna.

Morella wcią­gnęła głę­boko powie­trze.

- W takim razie dobre wie­ści nie powinny cze­kać, prawda?

Nim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć, wstała i pode­szła do for­te­pianu na środku pokoju. Się­gnęła po dzwo­nek sto­jący na pokry­wie i zadzwo­niła nim, tym samym uci­sza­jąc wszyst­kich w pokoju.

Zaschło mi w gar­dle, gdy uświa­do­mi­łam sobie, co zamie­rza zro­bić.

- Ortun? - wyrwała mojego ojca z zamy­śle­nia.

Głos miała wysoki i cienki, zupeł­nie jak dźwięk dzwonka, który trzy­mała w ręku. Dzwo­nek nale­żał do mamy. Zna­la­zły­śmy go z Camille lata temu, gdy bawi­ły­śmy się na stry­chu w prze­bie­rań­ców. Uwiel­bia­ły­śmy jego sre­brzy­ste brzmie­nie i przy­nio­sły­śmy go mamie, gdy jej głos stał się zbyt słaby, by nieść się po domu. Teraz za każ­dym razem, gdy sły­sza­łam ten dźwięk, wspo­mnie­nia jej ostat­niej ciąży wra­cały z mocą lodo­wa­tej fali ude­rza­ją­cej mnie w pierś.

Mój ojciec pod­szedł do Morelli, a ta pod­jęła prze­mowę:

- Ortun i ja chcemy podzię­ko­wać wam wszyst­kim za przy­by­cie. Ostat­nie kilka dni spo­wi­jała ciem­ność, ale wasza obec­ność tutaj jest niczym pierw­sze cie­płe pro­mie­nie wscho­dzą­cego na nie­bie słońca.

Słowa, cho­ciaż sta­ran­nie dobrane, przy­cho­dziły jej bez trudu. Zmarsz­czy­łam brwi. Musiała to prze­ćwi­czyć.

- Wasze wspo­mnie­nia kocha­nej, pięk­nej Eula­lie wypeł­niają nasze serca rado­ścią, uno­sząc nas z mroku. I jeste­śmy weseli, nawet szczę­śliwi, bo oto nad­cho­dzi nowy pora­nek, a w domu Thau­ma­sów otwiera się nowy roz­dział.

Camille, która po dru­giej stro­nie pokoju roz­ma­wiała z jed­nym z wujów, spoj­rzała na mnie ner­wowo. Nawet tro­jaczki prze­stały się trzy­mać razem. Lenore sta­nęła obok kanapy, wbi­ja­jąc palce w mięk­kie opar­cie.

Morella ujęła dłoń ojca, a drugą rękę zło­żyła na pła­skim brzu­chu, uśmie­cha­jąc się sze­roko na widok zain­te­re­so­wa­nia.

- I jak poranne słońce roz­świe­tla mrok nocy, tak ciem­no­ści smutku roz­pierzchną się wraz z przy­by­ciem na świat naszego syna.

Rozdział 3

Co za kobieta! - krzyk­nęła Hanna, roz­pi­na­jąc malut­kie dże­towe guziczki na ple­cach mojej sukni.

Pomo­gła mi ją zdjąć, po czym odgar­nęła ciemne, prze­ty­kane siwi­zną, krę­cone włosy.

- Żeby wyko­rzy­stać dzień Eula­lie, by ogło­sić tak szo­ku­jące wie­ści. Co za bez­czel­ność!

Camille rzu­ciła się na moje łóżko, obok Ligei. Wyszy­wana kanapa ugięła się pod jej cię­ża­rem.

- Nie zno­szę jej! - zawo­łała i piskli­wym gło­sem prze­drzeź­niła Morellę: - I tak jak bóg świa­tła, Vaipany, i jego słońce, mój syn będzie lśnią­cym pro­mie­niem poran­nego słońca, mój syn będzie jak słońce.

Zdu­siła chi­chot w poduszce.

- Mogła lepiej wybrać moment - przy­znała Rosa­lie, opie­ra­jąc się o kolu­mienkę łóżka i bawiąc się koń­cem ruda­wego war­ko­cza. Tro­jaczki, iden­tyczne pod każ­dym wzglę­dem, miały kasz­ta­nowy odcień wło­sów, któ­rego strasz­nie im zazdro­ści­łam, zupeł­nie inny niż reszta rodziny. Z moich wszyst­kich sióstr Eula­lie miała naj­ja­śniej­sze włosy, pra­wie blond. Moje były naj­ciem­niej­sze, w tym samym kolo­rze, co czarny pia­sek Sal­lan, tak cha­rak­te­ry­styczny dla plaż archi­pe­lagu.

Zdję­łam pod­wiązki i cichym chrząk­nię­ciem przy­zna­łam jej rację. Cho­ciaż cie­szy­łam się szczę­ściem taty i Morelli, takie wia­do­mo­ści naprawdę nale­żało zosta­wić na inną oka­zję. Zsu­wa­jąc bure poń­czo­chy, zasta­na­wia­łam się, z czego skła­dała się wyprawa ślubna mojej maco­chy. Czy tata uzu­peł­nił ją bia­łymi jedwab­nymi poń­czo­chami, wstąż­kami i koron­kami, z nadzieją, że nowa żona położy kres jego nie­szczę­ściu? Nacią­gnę­łam przez głowę czarną baweł­nianą koszulę nocną i porzu­ci­łam myśli o atła­so­wych hal­kach i ozdo­bio­nych klej­no­tami suk­niach.

- Jeśli to rze­czy­wi­ście syn, to co to będzie dla nas ozna­czało? - zapy­tała Lenore, sie­dząca przy oknie. - Czy on zosta­nie dzie­dzi­cem?

Camille się pode­rwała. Twarz miała opuch­niętą od pła­czu, ale spoj­rze­nie jej bursz­ty­no­wych oczu był sku­pione i pełne zło­ści.

- Ja wszystko dzie­dzi­czę. A potem Anna­le­igh, jeśli klą­twa mnie pochło­nie.

- Nic nikogo nie pochło­nie - wark­nę­łam. - To bzdury.

- Madame Morella tak nie uważa - powie­działa Hanna, sta­jąc na pal­cach, by powie­sić suk­nię w sza­fie. Przy­gnę­biał mnie fakt, że wszyst­kie miały podobny odcień.

- Że jeste­śmy prze­klęte? - zapy­tała Rosa­lie.

- Że wy, dziew­częta, wszystko odzie­dzi­czy­cie. Sły­sza­łam, jak w roz­mo­wie z waszą ciotką Lys­bette chwa­liła się, że w jej brzu­chu rośnie następny książę.

Camille prze­wró­ciła oczami.

- Może i tak pod­cho­dzą do sprawy na lądzie, ale nie tutaj. Chcia­ła­bym zoba­czyć jej minę, gdy ojciec jej to wyja­śni.

Usia­dłam na szez­longu i okry­łam się narzutką. Nie dość, że nie zdo­ła­łam się w pełni roz­grzać po wędrówce w desz­czu, to wie­ści Morelli dodat­kowo mnie zmro­ziły.

Ligeia pod­rzu­cała poduszkę.

- Więc twój mąż zosta­nie dwu­dzie­stym księ­ciem Salann?

- Jeśli będę chciała - odparła Camille. - Mogę też zostać księżną z peł­nią wła­dzy, a on byłby tylko mał­żon­kiem. Jestem pewna, że Berta nauczyła cię tego wszyst­kiego wieki temu.

Ligeia wzru­szyła ramio­nami.

- Sta­ram się nie pamię­tać wszyst­kiego, co mówią guwer­nantki. One są takie ponure. Poza tym uro­dzi­łam się jako ósma. Nie podej­rze­wa­łam, że mam szansę na jakie­kol­wiek dzie­dzic­two.

Jako szó­sta córka dosko­nale rozu­mia­łam, co czuła. Uro­dzi­łam się w środku, a teraz byłam druga w kolejce. W nocy po śmierci Eula­lie nie mogłam spać, czu­jąc, jak przy­gniata mnie cię­żar nowych obo­wiąz­ków. Herb Thau­ma­sów - srebrna ośmior­nica o roz­rzu­co­nych ramio­nach, trzy­ma­jąca w nich trój­ząb, berło i pióro - wid­niał w każ­dym pokoju High­moor. Ten naprze­ciwko mojego łóżka nagle nabrał zupeł­nie nowego zna­cze­nia. Co będzie, jeśli coś się sta­nie Camille i nagle wszystko spad­nie na mnie? Poża­ło­wa­łam, że nie spę­dza­łam wię­cej czasu nad lek­cjami histo­rii zamiast przy for­te­pia­nie.

Camille nauczyła mnie grać. Dzie­liła nas naj­mniej­sza róż­nica wieku spo­śród nas wszyst­kich, poza tro­jacz­kami. Uro­dzi­łam się dzie­sięć mie­sięcy po niej i były­śmy naj­bliż­szymi przy­ja­ciół­kami. Zawsze chcia­łam podą­żać jej śla­dem. Kiedy skoń­czyła sześć lat, mama zaczęła ją uczyć gry na sta­rym pia­ni­nie sto­ją­cym w jej salo­niku. Camile była pojętną uczen­nicą i prze­ka­zy­wała mi wszystko, czego się nauczyła. Mama poka­zała nam wer­sje na cztery ręce jej ulu­bio­nych pio­se­nek i szybko doszła do wnio­sku, że na tyle opa­no­wa­ły­śmy pia­nino, że możemy się prze­nieść na for­te­pian w Nie­bie­skim Pokoju.

Dom był pełen muzyki i śmie­chu, gdy sio­stry tań­czyły do melo­dii, które im gra­ły­śmy. Ileż popo­łu­dni spę­dzi­łam na wyście­ła­nej ławce, przy­tu­lona bokiem do Camille, a nasze dło­nie prze­su­wały się spraw­nie po kla­wi­szach z kości sło­nio­wej. Wciąż wola­łam duet z nią niż zagrać nawet naj­pięk­niej­sze solo. Bez Camille u mego boku muzyka wyda­wała mi się o połowę gor­sza.

- Panno Anna­le­igh?

Wyrwana z zamy­śle­nia spoj­rza­łam na wpa­tru­jącą się we mnie Hannę.

- Czy powie­działa, który to mie­siąc?

- Morella? Uważa, że trzeci. Może tro­chę póź­niej.

- Póź­niej? - Camille zachi­cho­tała. - Prze­cież pobrali się cztery mie­siące temu.

Lenore porzu­ciła okno i przy­sia­dła się do mnie.

- Camille, czemu ona ci tak prze­szka­dza? Ja się cie­szę, że tu jest. Gra­cje są szczę­śliwe, że znów mają matkę.

- Ona nie jest ich matką. Ani naszą. W ogóle się nie umywa.

- Stara się - zauwa­żyła Lenore. - Zapy­tała, czy może pomóc w pla­no­wa­niu naszego balu. Możemy wyko­rzy­stać go na debiut, skoro nie wolno nam pod­czas żałoby poka­zać się na dwo­rze.

- Nie może­cie też wypra­wić balu - zauwa­żyła Camille.

- Ale to nasze szes­na­ste uro­dziny! - Rosa­lie usia­dła nadą­sana. - Czemu przez cały rok nie możemy mieć żad­nych przy­jem­no­ści? Zmę­czyła mnie już żałoba.

- A twoje sio­stry pew­nie zmę­czyła śmierć, ale tak już jest! - wybu­chła Camille, pod­ry­wa­jąc się z łóżka.

Zatrza­snęła za sobą drzwi, nim któ­ra­kol­wiek z nas zdą­żyła ją powstrzy­mać.

Roza­lie zamru­gała.

- Co jej się stało?

Przy­gry­złam wargę, czu­jąc, że powin­nam za nią iść, ale nie mia­łam już siły na kłót­nię, która pew­nie by się wywią­zała.

- Tęskni za Eula­lie.

- Wszyst­kie tęsk­nimy - skwi­to­wała Rosa­lie.

Zapa­dła cisza, a nasze myśli sku­piły się znów na Eula­lie. Hanna krę­ciła się po pokoju, zapa­la­jąc świece i wyga­sza­jąc gazowe lampy. Kan­de­la­bry rzu­cały drżące cie­nie w kątach pokoju.

Lenore pod­kra­dła mi część narzutki i scho­wała się pod nią.

- Myśli­cie, że to bar­dzo nie­sto­sowne, by zro­bić tak, jak mówi Morella? Zor­ga­ni­zo­wać bal? Szes­na­ście lat koń­czy się tylko raz... To nie nasza wina, że wciąż ktoś umiera.

- Nie sądzę, by było coś złego w tym, że chce­cie świę­to­wać, ale pomyśl, co czuje Camille. Żadna z nas nie debiu­to­wała. Eli­za­beth i Eula­lie też nie.

- To świę­tuj­cie z nami! - zapro­po­no­wała Rosa­lie. - To może być wiel­kie przy­ję­cie, na któ­rym poka­żemy wszyst­kim, że dziew­częta Thau­ma­sów nie są prze­klęte i że w naszej rodzi­nie nie dzieje się nic złego.

- I mamy uro­dziny dopiero za trzy tygo­dnie. Do tej pory żałoba może trwać, a potem po pro­stu... się ją prze­rwie - zapro­po­no­wała Ligeia.

- Nie wiem, czemu pró­bu­je­cie prze­ko­nać mnie. To ojciec musi się na zgo­dzić na ten plan.

- Zgo­dzi się, jeśli Morella go poprosi. - Rosa­lie uśmiech­nęła się chy­trze. - W łóżku.

Tro­jaczki zaczęły chi­cho­tać. Roz­le­gło się puka­nie do drzwi i wszyst­kie uci­chły­śmy, pewne, że to ojciec przy­szedł skar­cić nas za te hałasy. Oka­zało się jed­nak, że to Verity. Stała na środku kory­ta­rza, w koszuli noc­nej o dwa numery na nią za dużej. Włosy miała potar­gane, a na twa­rzy ślady łez.

- Verity?

Nic nie powie­działa, tylko unio­sła ręce, pro­sząc, by ją pod­nieść. Wzię­łam ją w ramiona. Pach­niała słod­kim cie­płem dzie­ciń­stwa. Cho­ciaż była spo­cona od snu, na gołych ramio­nach miała gęsią skórkę. Wtu­liła się w moją szyję, szu­ka­jąc pocie­sze­nia.

- Co się stało, maleńka? - Gła­ska­łam ją po ple­cach. Jej włosy były mięk­kie jak u kró­liczka.

- Mogę tu zostać na noc? Eula­lie jest dla mnie nie­do­bra.

Tro­jaczki wymie­niły zanie­po­ko­jone spoj­rze­nia.

- Oczy­wi­ście, że możesz, ale pamię­tasz, o czym roz­ma­wia­ły­śmy przed pogrze­bem? Wiesz, że Eula­lie już z nami nie ma? Jest teraz z mamą i Eli­za­beth w Głębi.

Poczu­łam, że kiwa głową.

- Ale na­dal ściąga ze mnie koł­drę. - Jej cie­niut­kie rączki obej­mo­wały mnie za szyję. Trzy­mała się moc­niej niż roz­gwiazda w cza­sie przy­pływu.

- Lenore, sprawdź, co z Mercy i Honor, dobrze?

Lenore poca­ło­wała Verity w głowę, po czym wyszła.

- Jestem pewna, że tylko się z tobą draż­niły. To była zabawa.

- Nie­zbyt miła.

- Nie - zgo­dzi­łam się i zanio­słam ją do łóżka. - Możesz tu dziś zostać. Jesteś bez­pieczna. Śpij.

Verity jęk­nęła cicho, ale zamknęła oczy i wtu­liła się w pościel.

- My też już powin­ny­śmy iść - wyszep­tała Rosa­lie, zsu­wa­jąc się z łóżka. - Ojciec nie­długo będzie spraw­dzał, czy śpimy.

- Odpro­wa­dzić was na dru­gie pię­tro? - zapy­tała Hanna, wrę­cza­jąc Rosa­lie i Ligei świece.

Rosa­lie pokrę­ciła głową, ale pozwo­liła się przy­tu­lić, nim wyszła z pokoju.

- Zasta­nów się nad tym, o czym mówi­ły­śmy - dodała Ligeia, cału­jąc mnie w poli­czek. - Koniec żałoby zro­biłby dobrze nam wszyst­kim.

Przy­tu­liła na dobra­noc Hannę i wyszła.

Tro­jaczki nie chciały oddziel­nych pokoi, twier­dziły, że lepiej im się śpi razem.

Hanna sku­piła swoją uwagę na mnie.

- Panienko Anna­le­igh, ty także idziesz spać?

Spoj­rza­łam na zako­paną pod koł­drą Verity.

- Jesz­cze nie. Zbyt wiele myśli koła­cze mi się po gło­wie.

Hanna pode­szła do sto­lika noc­nego, a ja prze­nio­słam się z powro­tem na szez­long. W kółko skła­da­łam i roz­kła­da­łam narzutkę na kola­nach. Nia­nia wzięła fili­żanki her­baty cyna­mo­no­wej i usia­dła obok mnie. Coś w jej ruchach przy­po­mniało mi wie­czór sprzed sze­ściu lat, zaraz po pogrze­bie mamy.

Hanna sie­działa wtedy dokład­nie tak jak teraz, ale ja zsu­nę­łam się na pod­łogę, a głowę wtu­li­łam w jej podo­łek, pod­czas gdy ona pocie­szała tyle moich sióstr, ile zdo­łała. Camille sie­działa obok mnie, z opuch­nię­tymi od łez oczami. Eli­za­beth i Eula­lie klę­czały nie­opo­dal, tuląc łka­jące tro­jaczki. Ava i Octa­via sie­działy po obu stro­nach Hanny i trzy­mały w obję­ciach śpiące Gra­cje. Nie było z nami tylko Verity, która miała led­wie kilka dni i została z mamką.

Żadna z nas nie chciała być tam­tego wie­czora sama.

- Piękny pogrzeb - powie­działa Hanna, mie­sza­jąc her­batę, czym przy­wo­łała mnie do teraź­niej­szo­ści. - Tylu mło­dych ludzi. Tyle łez. Jestem pewna, że Eula­lie byłaby zado­wo­lona.

Pocią­gnę­łam łyk, pozwa­la­jąc aro­ma­tom roz­pły­nąć się po moim języku, po czym przy­tak­nę­łam.

- Nie­wiele mówisz - ode­zwała się Hanna, gdy mil­cze­nie się prze­cią­gało.

- Wciąż myślę o tym, jaki to dziwny dzień. Wszystko jest dziwne, odkąd... ją zna­leźli - zająk­nę­łam się, jakby myśl, którą chcia­łam wypo­wie­dzieć, była zbyt nie­zręczna, by ubrać ją w słowa. - Nie sądzisz, że oko­licz­no­ści jej śmierci są tro­chę nie­ja­sne?

Hanna spoj­rzała na mnie.

- Śmierć kogoś mło­dego, zwłasz­cza takiego jak Eula­lie, pięk­nej i ze świe­tlaną przy­szło­ścią, zawsze pro­wo­kuje pyta­nia.

- To nie to. Rozu­miem, co się stało pozo­sta­łym. Każda śmierć była okropna i smutna, ale wiem, czemu do nich doszło. Ale Eula­lie... Co ona w ogóle tam robiła? Sama w ciem­no­ściach?

- Obie wiemy, że nie zosta­łaby długo sama.

Pomy­śla­łam o tych wszyst­kich zapła­ka­nych chło­pa­kach.

- Ale czemu mia­łaby spo­ty­kać się z kimś aku­rat tam? Nie lubiła cho­dzić na klify nawet w ciągu dnia. Bała się wyso­ko­ści. To bez sensu.

Hanna cmok­nęła, odsta­wiła fili­żankę i mnie przy­tu­liła. Poczu­łam zapach jej mleczno-mio­do­wego mydła. Hanna była zbyt prak­tyczna, by uży­wać per­fum i olej­ków do kąpieli, ale jej cie­pły, roz­sądny zapach miał na nas wszyst­kie pocie­sza­jący wpływ. Wcią­gnę­łam go w noz­drza, opie­ra­jąc głowę o jej ramię.

Było teraz mięk­sze, a skóra widoczna powy­żej koł­nie­rzyka szmi­zjerki pomarsz­czyła się i wyda­wała cienka niczym per­ga­min. Hanna została nia­nią w High­moor po uro­dzi­nach Avy, zawsze gotowa opa­try­wać podra­pane kolana i zra­nione uczu­cia. Jej syn, Fisher, był trzy lata star­szy ode mnie i dora­stał razem z nami. Hanna wią­zała nam pierw­sze gor­sety i poma­gała upi­nać włosy, ocie­ra­jąc łzy, gdy nie­po­słuszne kosmyki nie chciały współ­pra­co­wać. Była przy nas zawsze, gdy potrze­bo­wa­ły­śmy przy­tu­le­nia czy buziaka na dobra­noc.

- Czy szy­ko­wa­łaś ją tam­tej nocy do snu? - zapy­ta­łam, sia­da­jąc pro­sto. Hanna pew­nie jako jedna z ostat­nich widziała Eula­lie żywą. - Nie zauwa­ży­łaś niczego podej­rza­nego?

Pokrę­ciła głową.

- Nic sobie nie przy­po­mi­nam. Ale nie sie­dzia­łam u niej długo. Mercy bolał brzuch. Przy­szła popro­sić o her­batę mię­tową.

- A... póź­niej? Poma­ga­łaś przy... jej ciele, prawda?

- Oczy­wi­ście. Zaj­mo­wa­łam się wszyst­kimi two­imi sio­strami. I twoją matką.

- Jak wyglą­dała?

Hanna prze­łknęła ślinę z tru­dem i wyko­nała ochronny gest na piersi.

- O takich spra­wach nie powinno się roz­ma­wiać.

Skrzy­wi­łam się.

- Wiem, że musiała być... Że to musiało wyglą­dać strasz­nie, ale czy coś było... nie tak?

Hanna zmru­żyła scep­tycz­nie oczy.

- Spa­dła z ponad trzy­dzie­stu metrów, na skały. Cał­kiem sporo było nie tak.

- Prze­pra­szam - powie­dzia­łam zawie­dziona.

Chcia­łam zapy­tać, czy ktoś jesz­cze szy­ko­wał jej ciało przed ode­sła­niem go w Głę­bię, ale Hanna miała już dość tego tematu.

- Skar­bie, jesteś zmę­czona - powie­działa. - Połóż się, a jutro poczu­jesz się lepiej.

Uca­ło­wała mnie w czoło i wyszła. Drzwi zamknęły się za nią cicho. Spraw­dzi­łam, czy Verity rze­czy­wi­ście śpi, po czym pode­szłam do okna, czu­jąc dziwny nie­po­kój. Z mojej sypialni widać było ogrody z połu­dnio­wej strony domu, trzy pię­tra niżej. Na środku traw­nika stała sze­roka mar­mu­rowa fon­tanna w kształ­cie kli­pera, a obok roz­cią­gał się ozdobny labi­rynt z krze­wów.

Verity prze­wró­ciła się na drugi bok i wymam­ro­tała coś nie­zro­zu­miale. Zaczę­łam zacią­gać cięż­kie zasłony, gdy ujrza­łam świa­tło. Prze­stało padać, ale niebo zasnu­wały ciemne chmury. Nie było widać gwiazd.

Pomię­dzy wystrzy­żo­nymi w kształt ska­czą­cych hum­ba­ków krze­wami migo­tała latar­nia. Gdy świa­tło odsu­nęło się od drzew, ujrza­łam dwie posta­cie. Mniej­sza, nio­sąca latar­nię, odsta­wiła ją i usia­dła na brzegu fon­tanny. Świa­tło padło na siwy kosmyk we wło­sach ojca.

Co robił tak późno w ogro­dzie, w noc pogrzebu Eula­lie? Nas wszyst­kie wysłał wcze­śnie spać i naka­zał spę­dzić ten czas na głę­bo­kich modłach do Pon­tusa, pod­czas któ­rych mia­ły­śmy pro­sić boga morza, by zapew­nił naszej sio­strze wieczny odpo­czy­nek w Głębi.

Druga postać zsu­nęła kap­tur i zoba­czy­łam mnó­stwo blond locz­ków. Morella. Pokle­pała miej­sce obok sie­bie i ojciec usiadł. Po chwili jego ramiona zaczęły drżeć. Pła­kał.

Morella objęła go i przy­cią­gnęła do sie­bie. Odwró­ci­łam głowę, gdy wycią­gnęła rękę, by pogła­skać go po policzku. Nie musia­łam jej sły­szeć, by wie­dzieć, że wypo­wia­dane słowa koiły uczu­cia mojego ojca niczym bal­sam. Może i nie rozu­miała naszych wyspiar­skich zwy­cza­jów, ale poczu­łam radość, że jest z nami w High­moor. Nikt nie powi­nien mie­rzyć się z takim bólem sam.

Odwró­ci­łam się od okna, wsu­nę­łam pod koł­drę i przy­tu­li­łam do Verity, a jej równy oddech uko­ły­sał mnie do snu.

Rozdział 4

Kiedy zeszłam na śnia­da­nie, ujrza­łam Morellę w nie­bie­skiej atła­so­wej sukni, z marsz­czoną organ­dyną przy łok­ciach i per­łami na szyi. Jej widok olśnie­wał, jakby była błysz­czą­cym koli­brem w pokoju peł­nym zasło­nię­tych por­tre­tów i wień­ców.

Pod­nio­sła głowę znad kre­densu, na któ­rym stały tace z jedze­niem. W High­moor śnia­da­nia odby­wały się mało for­mal­nie. Każdy przy­cho­dził do jadalni i sam się obsłu­gi­wał.

- Dzień dobry, Anna­le­igh. - Morella się­gnęła po imbi­rową babeczkę i posma­ro­wała ją masłem. - Dobrze spa­łaś?

Prawda była taka, że nie. Verity bar­dzo się krę­ciła i kopała w nocy. Ja wciąż wra­ca­łam myślami do Eula­lie i jej spa­ceru po kli­fie, nie mogąc zasnąć. Udało mi się to dopiero dobrze po pół­nocy.

- Witaj, kocha­nie - zawo­łał od drzwi ojciec.

Odwró­ci­ły­śmy się. Każda z nas sądziła, że ojciec zwraca się do niej, ale on pod­szedł do Morelli i uca­ło­wał ją na dzień dobry. Miał na sobie ciemny sur­dut, ale w odcie­niu głę­bo­kiej sza­ro­ści, a nie kru­czo­czar­nym, do któ­rego tak się już przy­zwy­cza­iłam.

- Wyglą­dasz wspa­niale - powie­dział, obra­ca­jąc ją wokół jej osi, by popa­trzeć na ledwo widoczną wypu­kłość na brzu­chu.

- Myślę, że ciąża mi służy.

Rze­czy­wi­ście pro­mie­niała rado­ścią. Ciąże mamy zawsze wią­zały się z okrop­nymi poran­nymi mdło­ściami, więc aku­szerki naka­zy­wały leże­nie o wiele wcze­śniej niż u więk­szo­ści cię­żar­nych. Kiedy byłam już wystar­cza­jąco duża, Ava i Octa­via dopu­ściły mnie do pomocy i poka­zały naj­lep­sze olejki i napary, które miały zła­go­dzić dole­gli­wo­ści mamy.

- Też tak myślisz, Anna­le­igh? - zapy­tała Morella.

Pew­nie przez włą­cze­nie mnie do roz­mowy pró­bo­wała być miła.

Spoj­rza­łam na błę­kitny atłas. Wyglą­dała ślicz­nie, ale to nie był odpo­wiedni kolor na dzień po pogrze­bie pasier­bicy.

- Suk­nie Eula­lie są już na cie­bie za małe?

- Co? A tak, oczy­wi­ście. - Wyko­rzy­stała tę chwilę, by z zado­wo­le­niem prze­su­nąć dło­nią po brzu­chu.

- Prawdę mówiąc - wtrą­cił się ojciec, się­ga­jąc po solone śle­dzie - mamy coś do omó­wie­nia w tej kwe­stii, ze wszyst­kimi. Anna­le­igh, mogła­byś zawo­łać sio­stry?

- Teraz? - spoj­rza­łam na jaja, które wła­śnie sobie nało­ży­łam. Na pewno wysty­gną.

- Pro­szę.

Posta­wi­łam osten­ta­cyj­nie mój nie do końca zapeł­niony talerz na środku stołu i poszłam na górę. Ja byłam ran­nym ptasz­kiem, ale część moich sióstr nie podzie­lała zami­ło­wa­nia do wcze­snych godzin. Mercy i Rosa­lie były pra­wie nie­moż­liwe do dobu­dze­nia.

Posta­no­wi­łam zacząć od Camille.

Odsło­niła już zasłony, a słabe świa­tło oble­wało jej poma­lo­wane na śliw­kowo meble. Zasko­czyło mnie, że sio­stra sie­dzi przy toa­letce i upina włosy. Cho­ciaż na ustach i policz­kach nie widzia­łam żad­nego koloru, na bla­cie leżały sło­iczki z kosme­ty­kami i bute­leczki z rżnię­tego szkła z per­fu­mami. Czarna kre­powa zasłona, taka sama, jak na moim lustrze, leżała zgnie­ciona u jej stóp. Zasta­na­wia­łam się, kiedy zdą­żyła ją tam rzu­cić.

- Już skoń­czy­łaś śnia­da­nie? - zapy­tała.

- Ojciec chce, żeby­śmy wszyst­kie zeszły do jadalni. Ma nam coś do powie­dze­nia.

Dłoń Camille zamarła nad szka­tułką z biżu­te­rią, po czym z nie­chę­cią unio­sła czarny dże­towy kol­czyk.

- Powie­dział co?

Usia­dłam obok niej i prze­su­nę­łam pal­cami po moim koku. Nie widzia­łam swo­jego odbi­cia od pra­wie tygo­dnia.

- Nie­bie­ska suk­nia Morelli wiele mówi. Eula­lie dosta­łaby szału, gdyby zoba­czyła, co się dzieje. Pamię­tasz, jak po śmierci Octa­vii chciała zoba­czyć... co to było, chyba obwoźny cyrk? A tata nie pozwo­lił nam wycho­dzić z domu? Powie­dział - obni­ży­łam głos - "Ból taki jak nasz nie powi­nien być wysta­wiany na widok publiczny". A Octa­via nie żyła już od mie­sięcy!

- Eula­lie cho­dziła nabur­mu­szona przez całe tygo­dnie.

- A teraz upa­mięt­niamy ją czer­nią przez ile... pięć dni? Ojciec już jest w sza­ro­ściach. Tak być nie powinno.

Moja sio­stra otwo­rzyła sło­iczek i przyj­rzała się pomadce w kolo­rze wina.

- Zga­dzam się.

- Naprawdę? - zapy­ta­łam, patrząc zna­cząco w lustro.

Zabra­łam jej sło­iczek, roz­le­wa­jąc tro­chę pomadki. Gdy spły­wała po moich pal­cach, wyglą­dała jak krew.

Camille popra­wiła pukiel wło­sów.

- Ni­gdy nie potra­fi­łam uło­żyć fry­zury bez lustra.

- Pomo­gła­bym ci. A co, jeśli Eula­lie...

Camille prze­wró­ciła oczami.

- Duch Eula­lie nie zoba­czy błysz­czą­cej powierzchni i w niej nie utknie. Led­wie wytrzy­my­wała w domu za życia. Skąd pomysł, że chcia­łaby tu zostać po śmierci?

Odsta­wi­łam pomadkę. Nie wie­dzia­łam, w co wytrzeć palce.

- Ale masz humo­rek.

Podała mi chu­s­teczkę.

- Źle spa­łam. Nie mogłam prze­stać myśleć o tych głu­po­tach, które wyga­dy­wała Ligeia.

Wybrała inny odcień pomadki i roz­sma­ro­wała na ustach cie­niutką war­stwę w brą­zo­wym kolo­rze. Na jej twa­rzy ryso­wało się poczu­cie winy.

- Ni­gdy nie zdo­będę męża, jeśli coś się nie zmieni.

- Nie­prawda - zapro­te­sto­wa­łam. - Każdy męż­czy­zna byłby zaszczy­cony, gdyby cię miał u swo­jego boku. Jesteś mądra i rów­nie piękna jak Eula­lie.

Camille uśmiech­nęła się krzywo.

- Nikt nie jest taki jak Eula­lie. Ale jeśli będę się ukry­wać w tym ponu­rym domu, scho­wana pod war­stwami krepy, to ni­gdy nikogo nie znajdę. Sza­nuję pamięć Eula­lie i wszyst­kich naszych sióstr, ale jeśli będziemy za każ­dym razem prze­cho­dzić przez wszyst­kie etapy żałoby, to same umrzemy, nim to się skoń­czy. Jestem gotowa, by zmie­nić podej­ście. I twoje spoj­rze­nie zbi­tego psa tego nie zmieni.

Pod­nio­słam zasłonę z pod­łogi i zato­pi­łam w niej palce. Nie byłam zła na Camille. Miała prawo do szczę­ścia. Wszyst­kie mia­ły­śmy. Wszyst­kie marzy­ły­śmy o czymś wię­cej. To jasne, że moje sio­stry wola­łyby być na dwo­rze, uczest­ni­czyć w balach i kon­cer­tach. Chciały być pan­nami mło­dymi, żonami, mat­kami. Była­bym potwo­rem, gdy­bym im tego odma­wiała. Mimo to ści­ska­łam krepę.

- Ojciec chce, żeby­śmy zeszły na dół - zawo­łała Rosa­lie, prze­ry­wa­jąc nam roz­wa­ża­nia.

Tro­jaczki stały w drzwiach i gapiły się do środka. W dziw­nym poran­nym świe­tle ich odbi­cie w lustrze przy­po­mi­nało gro­te­skową zbie­ra­ninę koń­czyn i war­ko­czy. Przez moment wyglą­dały jak jeden stwór, a nie trzy oddzielne sio­stry.

Lenore ode­rwała się od grupy i obraz się roz­wiał.

- Zwią­żesz mi to? - Wycią­gnęła do mnie czarną wstążkę. - Rosa­lie za mocno zaci­ska.

Uklę­kła obok Camille i unio­sła ciężki war­kocz, uka­zu­jąc blady kark. Tro­jaczki nosiły wstążki na szyi, jak obroże. Kiedy były­śmy małe, Octa­via uwiel­biała opo­wia­dać nam przed snem krwawe, prze­ra­ża­jące histo­rie. Wymy­ślała bajki o pan­nach, które usy­chały z tęsk­noty za uko­cha­nymi, o duchach i gobli­nach, zwia­stu­nach i prze­che­rach, z któ­rymi głupi ludzie pró­bo­wali się tar­go­wać. Póź­niej, pewna, że wciąż cho­wamy się z prze­ra­że­nia pod koł­drami, zakra­dała się razem z Eula­lie do naszych pokoi i ścią­gała z nas pościel.

Jedną z ich ulu­bio­nych opo­wie­ści była ta o dziew­czy­nie, która zawsze nosiła zawią­zaną na szyi zie­loną wstążkę. Ni­gdy nie widziano jej bez niej, ani w szkole, ani w kościele, miała ją nawet w dniu ślubu. Wszy­scy goście uwa­żali, że wyglą­dała wspa­niale, ale nie rozu­mieli, czemu wybrała tak pro­stą ozdobę. Pod­czas mie­siąca mio­do­wego jej mąż poda­ro­wał jej bry­lan­tową kolię, która lśniła niczym gwiazdy. Chciał, aby ją zało­żyła i nie miała na sobie nic wię­cej, gdy wie­czo­rem przyj­dzie do łóżka. Odmó­wiła, a on, odszedł roz­złosz­czony. Gdy wró­cił póź­niej do sypialni, zoba­czył ją śpiącą na wiel­kim łożu, nagą. Miała na sobie tylko kolię i zie­loną wstążkę. Przy­su­nął się do niej i deli­kat­nie roz­wią­zał tasiemkę, a w tym momen­cie jej odcięta głowa odto­czyła się od ciała.

Tro­jaczki uwiel­biały tę upiorną opo­wieść i w kółko pro­siły, żeby im ją opo­wie­dzieć. Kiedy Octa­via zmarła, z upiorną satys­fak­cją zaczęły zakła­dać na szyje czarne wstążki.

Gdy już zawią­za­łam kokardę, Lenore uło­żyła ją bar­dziej zawa­diacko.

- Gra­cje są już na dole. Je obu­dzi­ły­śmy pierw­sze.

Camille wstała od lustra. Kiedy poda­łam jej zasłonę, odrzu­ciła ją. Zwier­cia­dło zostało bez okry­cia.

Mercy, Honor i Verity sie­działy przy dru­gim końcu stołu w jadalni. Star­sze dziew­częta zaja­dały jaja i śle­dzie. Przed Verity stała miska tru­ska­wek ze śmie­taną, ale mała tylko bawiła się jedze­niem. Zauwa­ży­łam, że sie­dzi tak daleko od Honor i Mercy, jak tylko się da bez zmiany miej­sca. Naj­wy­raź­niej nie prze­ba­czyła im jesz­cze noc­nego żartu. My nawet nie się­gnę­ły­śmy po tale­rze. Ojciec usiadł u szczytu stołu i cze­kał, by coś ogło­sić.

Zaczął bez wstę­pów:

- Po śnia­da­niu czeka was wspa­niała nie­spo­dzianka w zło­tym salo­niku.

Złoty salo­nik był nie­wielki i ele­gancki, uży­wany tylko dla waż­nych gości z kró­lew­skiego dworu lub dla Wiel­kiego Żegla­rza. Wiele lat temu król i jego rodzina przy­je­chali do nas pod­czas let­niego objazdu, a kró­lowa Ade­la­ide korzy­stała z niego jako swo­jego dzien­nego salo­niku. Pochwa­liła lśniące ada­masz­kowe zasłony, a mama przy­się­gła, że ni­gdy ich nie zmieni.

- O co cho­dzi, ojcze? - zapy­tała Camille.

- Po głę­bo­kim namy­śle posta­no­wi­łem, że pora zakoń­czyć ten rodzinny smu­tek. High­moor już zbyt długo pogrą­żone jest w ciem­no­ściach. Koń­czę z żałobą.

- Eula­lie pocho­wa­li­śmy led­wie wczo­raj. - Skrzy­żo­wa­łam ramiona na piersi. - Wczo­raj.

Noga mi pod­sko­czyła, gdy ktoś kop­nął mnie pod sto­łem. Nie mia­łam pew­no­ści, ale podej­rze­wa­łam Rosa­lie. Ojciec spoj­rzał na mnie zna­cząco.

- Wiem, że to się może wyda­wać przed­wcze­sne, ale...

- Bar­dzo przed­wcze­sne - prze­rwa­łam i znów zosta­łam kop­nięta. Tym razem byłam prze­ko­nana, że to Ligeia.

Ojciec ści­snął szczyt nosa, pró­bu­jąc zaha­mo­wać migrenę.

- Czy chcia­ła­byś coś powie­dzieć, Anna­le­igh?

- Jak w ogóle możesz coś takiego roz­wa­żać? Tak nie wolno.

- Już i tak zbyt wiele życia spę­dzi­li­śmy w żało­bie. Teraz pora na nowe, a nie chcę, aby nasze nowe życie roz­po­czy­nało się w smutku.

- Twoje nowe życie. Twoje i Morelli. Nie pod­ją­byś takiej decy­zji, gdyby nie jej ciąża.

Tro­jaczki jęk­nęły zszo­ko­wane. W oczach Morelli ujrza­łam ból, ale brnę­łam dalej. Co tam uczu­cia, to było zbyt ważne.

- Powie­działa, że to chło­piec, a ty już sta­rasz się poru­szyć niebo i zie­mię, by ją zado­wo­lić. Zga­dzasz się nawet zapo­mnieć o swo­jej pierw­szej rodzi­nie. Two­jej prze­klę­tej rodzi­nie - wymsknęło mi się to słowo, czarne i brzyd­kie.

Verity jęk­nęła, jakby zbie­rało się jej na płacz.

- Nie ma żad­nej klą­twy. - Lenore pod­bie­gła do niej. - Powiedz jej, że nie ma klą­twy - wark­nęła do mnie.

- Nie chcę umie­rać - zaczęła zawo­dzić Verity i prze­wró­ciła miskę ze śmie­taną.

- Nie umrzesz - powie­dział ojciec, zaci­ska­jąc palce na pod­ło­kiet­ni­kach fotela tak mocno, że dziw, że drewno nie pękło. - Anna­le­igh, co to za zacho­wa­nie? Natych­miast prze­proś.

Pode­szłam i uklę­kłam obok Verity. Przy­tu­li­łam ją i zaczę­łam gła­skać deli­katne włosy.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam cię zde­ner­wo­wać. Tak naprawdę to nie jest klą­twa.

- Nie mówi­łem o Verity - ode­zwał się zimno ojciec.

Zaci­snę­łam usta w nie­mym sprze­ci­wie. Cho­ciaż kolana mi się trzę­sły, zmu­si­łam się, by nie odwra­cać od niego wzroku.

- Anna­le­igh - rzu­cił ostrze­gaw­czo.

Odli­cza­łam sekundy tyka­jące na małym srebr­nym zega­rze na kominku. Po dwu­dzie­stu Camille odchrząk­nęła, by zwró­cić uwagę ojca.

- Mówi­łeś, że w salo­niku coś na nas czeka?

Ojciec potarł brodę i nagle wydał mi się znacz­nie star­szy.

- Tak. Wła­ści­wie to był pomysł Morelli. Coś dla was wszyst­kich - wes­tchnął. - By uczcić koniec naszej żałoby, wezwa­łem kraw­ców, by zapro­jek­to­wali wam nowe ubra­nia, a także modystki i szew­ców.

Wszyst­kie sio­stry zaczęły pisz­czeć z rado­ści. Rosa­lie pod­bie­gła do ojca i Morelli i zarzu­ciła im ręce na szyje.

- Dzię­kuję, dzię­kuję!

Uca­ło­wa­łam Verity w czu­bek głowy i wsta­łam, by wró­cić do swo­jego pokoju. Nie chcia­łam nowych ubrań. Nie zamie­rza­łam zapo­mi­nać o sta­rych zwy­cza­jach i dać się prze­ku­pić lśnią­cymi świe­ci­deł­kami i jedwa­biami.

- Anna­le­igh! - Głos ojca mnie powstrzy­mał. - Gdzie idziesz?

- Nie potrze­buję nowych ubrań, więc nie będę wam prze­szka­dzać.

Pokrę­cił głową.

- Wszy­scy koń­czymy z żałobą, ty także. Nie będziesz cho­dzić w burych twe­edach, gdy reszta z nas zaczyna nowe życie.

Nabra­łam powie­trza, ale nie byłam w sta­nie powstrzy­mać cię­tej ripo­sty.

- Jestem pewna, że Eula­lie też chcia­łaby zacząć nowe życie.

Pod­szedł do mnie trzema wiel­kimi kro­kami. Mój ojciec nie był bru­talny, ale w tej chwili naprawdę się bałam, że mnie ude­rzy. Zła­pał mnie za łokieć i zacią­gnął do kory­ta­rza.

- Ten upór ma się skoń­czyć. Natych­miast.

Się­ga­jąc po siły, o któ­rych ist­nie­niu nie mia­łam poję­cia, pokrę­ci­łam głową i otwar­cie mu się sprze­ci­wi­łam.

- Idź, roz­po­czy­naj nowe życie, skoro tak bar­dzo tego chcesz. Ale zostaw mnie, bym mogła opła­ki­wać sio­stry tak, jak uznam za sto­sowne.

- Nikt z nas nie zdoła zacząć nowego życia, jeśli ty będziesz krą­żyć po domu cała w czerni i nie dasz nam zapo­mnieć!

Odwró­cił się do okna, prze­kli­na­jąc pod nosem. Kiedy znów na mnie spoj­rzał, jego czoło orały zmarszczki.

- Nie chcę się kłó­cić, Anna­le­igh. Tęsk­nię za Eula­lie tak bar­dzo, jak i ty. Za Eli­za­beth, Octa­vią i Avą także. A szcze­gól­nie za twoją matką. Myślisz, że cie­szy mnie to, że połowę rodziny odda­łem z powro­tem do Soli?

Ojciec opadł na nie­wielką ławeczkę. Była dla niego za niska i kolana pode­szły mu pod brodę. Po chwili ski­nął, bym do niego dołą­czyła.

- Wiem, że więk­szość męż­czyzn pra­gnie dorod­nych synów, któ­rzy pójdą w ich ślady, przejmą zie­mie i nazwi­ska, ale mnie zawsze roz­pie­rała duma, że mam tyle córek. Wiele moich naj­lep­szych wspo­mnień doty­czy tego, jak cała wasza jede­nastka bawi się w prze­bie­ranki z waszą matką, jak wybie­ra­cie lalki. Uwiel­bia­łem te czasy. A gdy Ceci­lia zaszła w ciążę z Verity... To była taka wspa­niała nie­spo­dzianka. Kiedy ode­szła, nie sądzi­łem, że jesz­cze kie­dyś poczuję taką radość.

Po nosie spły­nęła mu łza. Otarł ją ze wzro­kiem wbi­tym w kafelki u naszych stóp. Nie­wiel­kie kawałki oszli­fo­wa­nego przez morze szkła ukła­dały się w mozaikę fal prze­le­wa­ją­cych się przez kory­tarz.

- Po tylu latach tra­ge­dii i smut­ków mam wresz­cie szansę znów zaznać rado­ści. Nie będzie ide­alna, bo jak by mogła być, gdy ode­szło tyle osób, które kocha­łem, ale chcę się nią nacie­szyć, póki jesz­cze mogę.

Zupeł­nie już postrzę­pi­łam wstążkę na nad­garstku. Bawi­łam się frę­dzel­kami z wra­że­niem déja vu. Czy nie o tym dopiero co roz­ma­wia­łam z Camille?

- Myślisz, że ci krawcy mają jakieś jasno­szare jedwa­bie? - zapy­ta­łam, ustę­pu­jąc.

- Ceci­lia uwiel­biała cię w zie­leni. - Dał mi kuk­sańca. - To dla­tego cały twój pokój jest w jade­ito­wym kolo­rze. Mówiła, że twoje oczy koja­rzą jej się z morzem tuż przed wiel­kim sztor­mem.

- Zoba­czę, co mają - odpar­łam, ujmu­jąc rękę, którą mi podał. - Ale na pewno w różu mnie nie zoba­czysz.

- Spójrz na ten atłas! To naj­pięk­niej­szy odcień różu, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łam! - zawo­łała Rosa­lie, pod­rzu­ca­jąc mate­riał nad głowę.

Złoty salo­nik tonął w mate­ria­łach i lamów­kach. Kuferki z wstąż­kami i koron­kami leżały otwarte niczym skrzy­nie skar­bów, z któ­rych wysy­puje się zawar­tość. Wszyst­kie pła­skie powierzch­nie były zajęte. Zdą­ży­łam się już potknąć o trzy pudełka z guzi­kami.

Camille przy­ło­żyła do twa­rzy próbkę sza­fra­no­wego koloru.

- Jak ci się podoba ten odcień, Anna­le­igh?

- Dosko­nale do cie­bie pasuje - ode­zwała się Morella.

Sie­działa pośrodku tego cha­osu, na tufto­wa­nym szez­longu, niczym roz­piesz­czona kró­lowa psz­czół. Nie spoj­rzała na mnie od zaj­ścia w jadalni. Musia­łam ją w jakiś spo­sób prze­pro­sić.

- Coś nie­bie­skiego bar­dziej pod­kre­śla­łoby twoje oczy. - Unio­słam błę­kitną belę. - Widzisz? Uwy­dat­nia twoją cerę, wyglą­dasz zna­ko­mi­cie. Morello, jak sądzisz?

Morella ski­nęła lekko głową, po czym odwró­ciła się, by obej­rzeć lśniącą wstążkę, którą Mercy wycią­gnęła z pudełka.

- Ten szy­fon pasuje do pani ide­al­nie - ode­zwała się kraw­cowa. - Widziała pani te rysunki? - Kobieta podała Camille kil­ka­na­ście wzo­rów. - Z tego mate­riału możemy wyko­nać każdą z tych sukien.

Camille wzięła rysunki i usia­dła na pufie zarzu­co­nym lśnią­cymi paste­lowo ada­masz­kami. Kraw­cowa uklę­kła obok niej i zaczęła noto­wać.

Na sto­jaku obok mnie na wyście­ła­nych wie­sza­kach zawie­szono kre­mowe lny i piękne zie­lone jedwa­bie. Wybra­łam trzy wzory na dłu­gie, powłó­czy­ste suk­nie, a nawet suk­nię balową na przy­ję­cie tro­ja­czek. Mimo moich wąt­pli­wo­ści tiul w kolo­rze piany mor­skiej - upstrzony srebr­nymi ceki­nami niczym gwiaz­dami - spra­wił, że nie mogłam się docze­kać. To będzie naprawdę cudowna suk­nia.

Lenore otwo­rzyła ozdobne pudło.

- Och! Spójrz­cie na to!

W wyło­żo­nym aksa­mi­tem pudełku leżała para pan­to­fel­ków. Srebrna skóra wyglą­dała na miękką jak puch i lśniła w świe­tle popo­łu­dnia. Po obu stro­nach przy­szyto jedwabne wstążki, słu­żące do obwią­zy­wa­nia kostek.

Te buciki były prze­zna­czone do tańca.

Verity zła­pała jeden i przy­su­nęła go do twa­rzy, przy­glą­da­jąc się z zachwy­tem wzor­kom z pacior­ków na czubku.

- Buty elfów!

- Wspa­niałe - dodała z podzi­wem Morella.

Rey­nold Gerver, szewc, ode­zwał się:

- Zro­bie­nie jed­nej pary zaj­muje dwa tygo­dnie. Pode­szwy są dodat­kowo wyście­łane dla więk­szego kom­fortu. Można w nich tań­czyć całą noc, a rano stopy w ogóle nie będą bolały.

Rosa­lie zabrała Verity but.

- Chcę taką parę na nasz bal.

- Nie, ja je zoba­czy­łam pierw­sza! - zapro­te­sto­wała Lenore. - To ja je chcę.

- Każda z nas powinna dostać parę - ode­zwała się Ligeia.

Przy­sia­dła się do Morelli i dotknęła wstą­żek.

- Tylko raz koń­czy się szes­na­ście lat.

Camille unio­sła wzrok znad rysun­ków.

- A są też w innych kolo­rach? Bar­dzo bym chciała parę w kolo­rze różo­wego złota, by paso­wała do mojej sukni balo­wej.

Gerver ski­nął głową.

- Mam tu próbki wszyst­kich moich skór.

Wycią­gnął teczkę spod żół­tego mate­riału. Spoj­rzał na Morellę.

- Te pan­to­felki są wyjąt­kowe... więc kosz­tują też odpo­wied­nio.

- Odpo­wied­nio? - od drzwi zadud­nił głos ojca. - Zosta­wiam moje dziew­czyny na godzinę i już prze­hu­lały dom?

Rosa­lie unio­sła lśniący pan­to­fe­lek.

- Ojcze! Spójrz na to! Te buty byłyby ide­alne na nasz bal! Możemy je dostać? Pro­szę!

Ojciec popa­trzył po peł­nych nadziei twa­rzach moich sióstr.

- I pew­nie każda z was chce parę?

- My też? - zapy­tała Honor, sta­jąc na pal­cach, by wyj­rzeć zza sterty pudeł na kape­lu­sze.

Ojciec miał nie­wzru­szoną minę.

- Muszę je zoba­czyć. Jedna z naj­waż­niej­szych zasad han­dlu brzmi: "Ni­gdy nie podej­muj decy­zji przed obej­rze­niem towaru".

Rosa­lie prze­ka­zała pan­to­fe­lek Verity i pchnęła ją lekko. Dziew­czynka pode­szła do ojca z naboż­nie wycią­gnię­tym przed sie­bie butem.

- Ojcze, to są buty elfów.

Tato zaczął obra­cać pan­to­fe­lek w rękach z teatralną prze­sadą.

- Mówisz, że to buty elfów? - Zie­lone oczy Verity, w tym samym odcie­niu, co moje, aż zalśniły. - Wydają się nie­sa­mo­wi­cie deli­katne. Aż za bar­dzo.

Szewc wystą­pił naprzód.

- Ależ skąd. Zapew­niam pana, że wytrzy­mają cały sezon balów. Wyko­nuję pode­szwy z naj­lep­szej skóry w kró­le­stwie. Ela­stycz­nej, a zara­zem wytrzy­ma­łej.

Ojciec nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego.

- Ile za osiem par?

Morella pocią­gnęła nosem.

- Dzie­więć par - popra­wił się ojciec. - Dzie­więć par goto­wych przed koń­cem mie­siąca. Moje córki wypra­wiają bal. I będą potrze­bo­wały butów.

Gerver zagwiz­dał przez zęby.

- To nie­wiele czasu. Będę potrze­bo­wał pomoc­ni­ków...

- Ile?

Gerver zaczął liczyć na pal­cach, po czym popra­wił złote oku­lary, które zsu­wały mu się z nosa.

- Jedna para kosz­tuje sto sie­dem­dzie­siąt pięć zło­tych flo­re­tów. Ale aby zro­bić dzie­więć par w trzy tygo­dnie... Musiał­bym wziąć co naj­mniej trzy tysiące.

Rado­sna atmos­fera w pokoju przy­ga­sła. Nie było szans, by ojciec zgo­dził się na taką roz­rzut­ność. Już same suk­nie będą go kosz­to­wały mają­tek.

- Jestem pewna, że dzie­więć par butów nie dopro­wa­dzi nas do ban­kruc­twa, Ortu­nie - powie­działa z pro­mien­nym uśmie­chem Morella.

Verity sta­nęła na pal­cach, wpa­tru­jąc się w minę ojca. Ten ukląkł przy niej.

- Kocha­nie, naprawdę myślisz, że te pan­to­felki są tyle warte?

Dziew­czynka popa­trzyła na nas, po czym kiw­nęła głową.

Ku naszemu zasko­cze­niu ojciec uśmiech­nął się sze­roko.

- W takim razie wybierz swoje. Buty elfów dla wszyst­kich!