Dom soli i łez - Erin A. Craig

Reflow text when sidebars are open.
To była Ava. Przysięgam na trójząb Pontusa.
Hanna postawiła kosz fioletowych jaskrów na bocznym stoliku. Jej pulchne policzki były zarumienione niczym jabłuszka. Tego dnia nawet jej przydzielono trochę dodatkowych zajęć.
- Mówisz, że Verity widzi duchy? Twoich sióstr?
Chodziłam za Hanną po jadalni i opowiadałam o upiornościach, jakie znalazłam w szkicowniku Verity. Dzień balu trojaczek rozpoczął się szaro i pochmurnie. Gęsta mgła pokrywała wyspę. Chociaż było już dobrze po południu, lampy gazowe rozświetlały armię pracowników ogarniających ostatnie kwestie przed przybyciem gości.
- Tak. - Nie chciałam uwierzyć, że to możliwe, ale zszokowała mnie dokładność, z jaką Verity przedstawiła Avę.
- Te mają być dowieszone w holu - poinstruowała Hanna dwóch mężczyzn na drabinie.
Dowieszali do żyrandola krople z fioletowego rżniętego szkła, a wokół nich kręcili się służący, kładący ostatnie nakrycia. Na stole bankietowym ustawiono talerze ze srebrnym rantem, a także dziesiątki kryształowych świeczników. Ku zachwytowi gości, podczas kolacji z upływem czasu na szkło będzie kapał fioletowy wosk ze skręconych świeczek. Odłożyłam koszyk z białymi świecami na krzesło wskazane przez Rolanda.
- Duchy nie istnieją. Twoje siostry spoczywają w pokoju głęboko w Soli. Nie ma ich tu. Verity ma bujną wyobraźnię. Wiesz o tym.
Posmutniałam. Camille zareagowała podobnie, gdy poprzedniego wieczora powiedziałam jej o rysunkach. A potem wykopała mnie z pokoju ze słowami, że musi wypocząć przed przyjęciem. Zatrzasnęła drzwi i nie dała mi nawet świecy, więc musiałam biec ciemnym korytarzem, przekonana, że Elizabeth wyjdzie ze swojego pokoju i mnie złapie.
Hanna poszła do ogrodu zimowego na tyłach domu.
- Dziewczynki powiedziały, że chcą mieć tu co najmniej sto światełek - poinstruowała służących skrytych pod potężnymi palmami i egzotycznymi storczykami. - Starajcie się rozłożyć je równomiernie i, na Pontusa, nie stawiajcie ich zbyt blisko roślin! Ostatnie, czego nam dziś trzeba, to pożar. Odwróciła się do wyjścia i wpadła na mnie. - Nie powinnaś być teraz gdzie indziej? - zapytała zdenerwowana.
- Wiem, że jesteś zajęta, ale proszę, posłuchaj. Verity nie wie, jak wyglądała Ava. Była za młoda, gdy Ava umarła.
Hanna złapała mnie za ramiona i przyciągnęła do siebie, a gdy stanęłyśmy twarzą w twarz, powiedziała:
- Skarbie, wszystkie jesteście do siebie podobne. Czarno-biały obraz którejkolwiek z twoich sióstr można pomylić z tobą. Myślę, że widzisz to, co chcesz zobaczyć.
Poczułam się dotknięta i aż otworzyłam ze zdziwienia usta.
- Czemu miałabym chcieć to zobaczyć? Wyglądały okropnie. - Przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia, gdy przypomniałam sobie nienaturalnie powykręcane ciała. - I Verity nie wiedziała, że Eulalie skręciła kark.
- Spadła z trzydziestu metrów. To chyba oczywiste, że skręciła kark.
Z kuchni dobiegł huk, który Hanna wykorzystała, by odsunąć mnie na bok.
- Annaleigh, skarbie, nie pamiętam, czy powinnam polerować pościel, czy składać srebra. A za chwilę pojawi się Fisher. Ciebie też czeka jeszcze sporo przygotowań na górze. Obiecuję, że później porozmawiamy o Verity. Ale teraz, proszę, nie plącz mi się pod nogami.
Mój umysł, pochłonięty okropnymi rysunkami i duchami, nagle się uspokoił.
- Fisher przyjeżdża? - Uśmiechnęłam się po raz pierwszy tego dnia.
Rozpromieniona Hanna skinęła głową.
- Twój ojciec zaprosił go na bal. Chce go przedstawić kapitanom i lordom. Mój chłopak jest taki dumny. - Machnęła na mnie ręką. - Teraz zmykaj! Niedługo przyjdę zająć się twoimi włosami.
By uniknąć szaleństwa w holu, ruszyłam w górę tylnymi schodami. Były wąskie i kręcone niczym muszla łodzika. Kiedy dochodziłam do drugiego piętra, usłyszałam, jak trojaczki kłócą się o najlepsze lustra i to, kto komu ukradł pomadkę do ust. Gdy Rosalie zawołała służącą, by pomogła w poszukiwaniach grzebieni, uciekłam.
W swoim pokoju otworzyłam komodę, żeby wyciągnąć bieliznę, i zauważyłam wciśniętą w głąb szuflady starą kopertę.
List of Fishera. Napisał go lata temu, już po rozpoczęciu terminowania na Herperusie. Przesunęłam palcami po znajomym piśmie.
Naprawdę nie powinienem do ciebie pisać po tym, jak zrobiłaś taką scenę, gdy lord Thaumas wybrał mnie na następnego Latarnika, ale matka mówi, że należy okazywać szlachetność... Moim zdaniem to głupie. W końcu nie jestem szlachcicem.
Tu panuje spokój, ale Silas budzi mnie o najróżniejszych godzinach w nocy, żebym szorował okna Starej Maude. Nienawidzę tego. Przynajmniej to cię powinno rozbawić. A jeśli nie, to trudno. Napisałem do ciebie, jak kazała mi matka. Więc tak.
Ale odpisz mi, rybko. Tęsknię za domem bardziej, niż się spodziewałem. Zwłaszcza za tobą.
Pozdrawiam
Okropny Zdrajca Znany Wcześniej jako Fisher
- Bierzesz kąpiel czy nie? - Camille wpadła do mojego pokoju. Schowałam szybko list pod wełniane rajstopy. - Czekam całe popołudnie.
Złapałam parę pończoch i przesunęłam dłonią po jedwabiu, jakbym sprawdzała oczka.
- No to idź.
- A ty się kąpałaś?
Odrzuciłam na bok pończochy.
- Nie. Nie jestem nawet pewna, czy mam na to ochotę.
Moja siostra się skrzywiła.
- Chodzi o rysunki Verity? Elizabeth nie utopi cię w wannie, ale ja mogę, jeśli się przez ciebie spóźnię. Właź albo cię tam wrzucę!
- Po prostu idź się wykąpać, Camille.
- Dopilnuję, żebyś wyglądała dziś doskonale. Obie szukamy zalotników. - Złapała mój szlafrok i rzuciła nim we mnie.
- Wydawało mi się, że mówiłaś, że mam po prostu być sobą - stęknęłam poirytowana, wędrując korytarzem.
Camille poszła za mną, jakby zamierzała sprawdzić, czy dotrę na miejsce.
- Sobą w najlepszym, wykąpanym wydaniu - uściśliła.
Z pewną satysfakcją zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem i szybko zasunęłam zasuwkę, by nie mogła wejść do środka i dalej mi rozkazywać. Spojrzałam niepewnie na wannę. To głupie. Od śmierci Elizabeth kąpałam się tu wiele razy.
Odkręciłam mosiężne kurki. Czekałam, aż popłynie z nich woda, a rury zgrzytały i brzękały niczym echo krzyków Eulalie, gdy znalazła ciało Elizabeth.
Dodałam do wody odrobinę mydła, zdjęłam dzienną suknię i spojrzałam na siebie w dużym lustrze. Wzdłuż ramy widać było ciemne kropki, zasłaniające odbicie. Czyżby krople krwi Elizabeth wsiąkły w szkło i poplamiły je na zawsze?
Próbowałam się rozluźnić w gorącej wodzie, ale bez skutku. Wyobraźnia pracowała pełną parą. Odgłosy domu zamieniły się w odgłosy kroków moich skradających się sióstr, czekających też na moją duszę. Kiedy kostka mydła dotknęła mojego uda, prawie krzyknęłam.
- Jesteś śmieszna - skarciłam się, po czym zaczęłam myć włosy.
Mydło pachniało hiacyntami, a jego zapach sprawił, że w końcu zapomniałam o zmartwieniach i zaczęłam się rozluźniać.
Przyjeżdżał Fisher.
Nie widziałam go od lat, od pogrzebu Avy. Podczas żałoby nie wolno nam było opuszczać posiadłości, a Silas nie pozwalał Fisherowi na częste wizyty. Ten chłopak stanowił stały element mojego dzieciństwa: bawił się ze mną w chowanego i pływaliśmy razem na ryby łódką, z której mogliśmy korzystać przy ładnej pogodzie. Teraz miał dwadzieścia jeden lat. Mimo wysiłków nie potrafiłam go sobie wyobrazić jako dorosłego mężczyzny. Fisher był wysokim chudzielcem o złotobrązowej czuprynie i lśniących oczach, zawsze gotowym do psot. Nie mogłam się doczekać, aż znów go zobaczę.
- Wciąż tam siedzisz? Pośpiesz się!
- Muszę tylko wypłukać włosy! - odkrzyknęłam do Camille.
Jęknęła i odeszła spod drzwi.
Zanurzając się w wodzie, uderzyłam potylicą o brzeg wanny. Zaparło mi dech. Poderwałam się, płacząc z bólu, a oczy zaszły mi mgłą. Kiedy odzyskałam wzrok, wrzasnęłam. Woda zrobiła się ciemnofioletowa, prawie czarna. Ostry, gorzki zapach wody morskiej gryzł mnie w nos. Próbowałam wydostać się z wanny. Dno było niepokojąco śliskie. Starałam się wstać, ale poślizgnęłam się i upadłam z hukiem, rozlewając czarną wodę na podłogę. Potarłam biodro, czując, jak tworzy się na nim siniec.
Próbowałam wołać Camille, ale nagle zostałam wciągnięta pod wodę przez niewidoczną siłę. Ciemna, słonawa ciecz wpłynęła mi do ust, gdy próbowałam wołać o pomoc. Poderwałam się, czując w ustach rybny posmak.
Był zaskakująco znajomy. Jedno z ulubionych letnich dań kucharki - czarne risotto, pełne małży, szalotek i krewetek. Ryż miał oryginalny, czarny kolor, który nadawano mu atramentem z mątwy.
Atrament! Wanna była przepełniona atramentem.
Nagle z wody wynurzyła się macka. Owinęła się wokół mojego tułowia i zaczęła zaciskać. Była w czerwone i fioletowe cętki, a we mnie celowały pomarańczowe przyssawki. Drugie ramię zaatakowało moją nogę, okręcając się wokół niej gwałtownie. Szarpałam się i kopałam, ale nie byłam w stanie wyrwać się z objęć potwora. Na powierzchni pojawiła się pękata głowa ośmiornicy i wbiła we mnie inteligentne spojrzenie bursztynowych oczu o wąskich źrenicach. Zaatakowałam ją wolną stopą, modląc się, by mnie wypuściła. Stwór uniósł się, ukazując umięśnione podbrzusze. Dziesiątki przyssawek wskazywały wprost na upiornie ostry czarny dziób. Ośmiornica raz i drugi otworzyła otwór gębowy, jakby zastanawiała się, gdzie zaatakować mnie najpierw.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Światło świecy odbijało się od srebrnej kotwicy wyrytej na naszyjniku mojej siostry. Wisiorek był brzydki, a Eulalie sama na pewno nie wybrałaby niczego podobnego. Uwielbiała proste złote łańcuszki i luksusowe obroże wysadzane brylantami, nie coś... takiego. Pewnie tata to dla niej wybrał. Sięgnęłam do mojego naszyjnika z czarnych pereł, żeby ofiarować jej coś bardziej stylowego, ale żałobnicy zajmujący się trumną zamknęli wieko, nim zdążyłam go rozpiąć.
- My, Ludzie Soli, oddajemy to ciało z powrotem morzu - zaintonował Wielki Żeglarz, gdy drewniana skrzynia wsunęła się głęboko do oczekującej na nią krypty.
Starałam się nie zwracać uwagi na mchy porastające głęboką czeluść, gotową połknąć ją całą. Nie myśleć o tym, że moja siostra, która jeszcze kilka dni temu żyła, była ciepła i oddychała, jest teraz chowana na wieczny odpoczynek. Próbowałam nie wyobrażać sobie, jak cienkie dno trumny puchnie od wilgoci i słonej wody, aż rozpada się na kawałki, a ciało Eulalie opada w głębiny pod naszym rodzinnym mauzoleum.
Zamiast tego próbowałam płakać.
Wiedziałam, że tego będzie się po mnie oczekiwać, tak samo jak zdawałam sobie sprawę, iż łzy raczej się nie pojawią. Później owszem, pewnie wieczorem, gdy będę mijać jej sypialnię i zobaczę czarne całuny zasłaniające ścianę luster. Eulalie miała tak wiele luster.
Eulalie.
Najpiękniejsza z moich sióstr. Jej różane wargi zawsze rozciągały się w uśmiechu. Uwielbiała żartować, a jej zielone oczy często lśniły z radości. O jej uwagę zabiegały tłumy zalotników, i to jeszcze zanim została najstarszą córką Thaumas, która miała odziedziczyć cały majątek ojca.
- Zrodziliśmy się z Soli, żyjemy blisko Soli i do Soli powracamy - rzekł Wielki Żeglarz.
- Do Soli - powtórzyli żałobnicy.
Kiedy tata podszedł na skraj krypty, by położyć tam dwie złote monety - opłatę dla Pontusa za zabranie mojej siostry z powrotem do Głębi - rozejrzałam się ukradkiem po mauzoleum. Przepełniali je goście wystrojeni w najlepsze czarne wełny i krepy; wielu z nich starało się kiedyś o rękę Eulalie. Ucieszyłaby się, widząc tylu młodzieńców ze złamanym sercem tak otwarcie ją opłakujących.
- Annaleigh! - Camille dała mi kuksańca.
- Do Soli - wymruczałam i przycisnęłam chusteczkę do oczu, udając płacz.
W sercu czułam niechęć ojca. Jego oczy były mokre od łez, a wydatny nos lśnił czerwono, gdy Wielki Żeglarz wystąpił naprzód z kielichem z masy perłowej wypełnionym morską wodą. Wsunął go do krypty i polał wodą trumnę Eulalie, czym uroczyście rozpoczął jej rozkład. Gdy oblał świece okalające kamienne wejście do krypty, uroczystość się zakończyła.
Ojciec odwrócił się do zebranych. W jego ciemnych włosach dojrzałam szerokie białe pasmo. Czy znajdowało się tam wczoraj?
- Dziękuję, że przybyliście pożegnać moją córkę Eulalie. - Jego głos, zwykle tak silny i dumny, przyzwyczajony do zwracania się do lordów na dworze, zadrżał niepewnie. - Ja i moja rodzina zapraszamy was do Highmoor, by uczcić jej życie. Będzie jedzenie i napoje, i... - Odchrząknął. Brzmiał teraz raczej niczym jąkający się sekretarz, a nie dziewiętnasty książę Wysp Salann. - Wiem, jak wiele znaczyłaby dla Eulalie wasza obecność.
Zakończył przemówienie skinieniem głowy. Twarz miał bez wyrazu. Pragnęłam podejść do niego i ukoić jego ból, ale Morella, moja macocha, już stanęła u jego boku i ujęła jego dłoń. Pobrali się ledwie kilka miesięcy temu i powinni wciąż przeżywać błogie i upajające chwile nowego, wspólnego życia.
Pogrzeb mojej siostry to pierwsza wyprawa Morelli do mauzoleum Thaumasów. Czy czuła się niepewnie pod czujnym okiem pamiątkowego posągu mojej matki? Rzeźbiarz korzystał przy pracy ze ślubnego portretu mamy i nadał zimnemu szaremu marmurowi jej dziewczęcy blask. Jej ciało powróciło do morza wiele lat temu, ale ja wciąż odwiedzałam jej grobowiec prawie co tydzień, opowiadałam o tym, co się u mnie dzieje, i udawałam, że mama słucha. Jej posąg górował w mauzoleum, wyższy nawet od grobowców moich sióstr. Ten Avy był obramowany jej ulubionymi krzewami róż. Latem obsypywały się ciężkimi różowymi kwiatami, przypominającymi krosty spowodowane zarazą, która zabrała ją w osiemnastym roku życia.
Octavia zmarła rok później. Jej ciało znaleziono u stóp wysokiej drabiny bibliotecznej. Miała nienaturalnie powykręcane kończyny. Jej pomnik zdobiła książka i cytat w języku vaipanianskim, którego sama nigdy się nie nauczyłam.
Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie nieszczęścia, które spotkały moją rodzinę, śmierć Elizabeth wydawała się nieunikniona. Znaleziono ją w wannie, unoszącą się w wodzie niczym drewno na morzu, nasiąkniętą wilgocią i pozbawioną koloru. Z Highmoor plotki rozprzestrzeniły się na okoliczne wyspy, szeptane przez pomywaczki stajennym, przekazywane przez handlarzy ryb ich żonom, które straszyły nimi niegrzeczne dzieci. Niektórzy mówili, że to było samobójstwo. A większość wierzyła, że jesteśmy przeklęte.
Grób Elizabeth zdobił ptak. Rzeźba miała przedstawiać gołębicę, ale złe proporcje sprawiły, że bardziej przypominała mewę. Doskonały hołd dla Elizabeth, która zawsze pragnęła gdzieś odlecieć.
A jak będzie wyglądał grób Eulalie?
Kiedyś było nas dwanaście - Tuzin Thaumasówien. A teraz stałyśmy w szeregu, moje siedem sióstr i ja, i nie mogłam przestać się zastanawiać, czy w tych ponurych podejrzeniach nie ma trochę prawdy. Czy w jakiś sposób rozzłościłyśmy bogów? Czy na naszej rodzinie odznaczyła się ciemność i będzie nas zabierać jedną po drugiej? A może to tylko seria okropnych, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności?
Po uroczystości ludzie zaczęli krążyć wokół nas. Zauważyłam, że gdy szepcą z napięciem kondolencje, starają się do nas nie zbliżać. Czy to dlatego, że chcieli nas uszanować, czy bali się, że coś może się odcisnąć i na nich? Chciałam to uznać za zabobony prostaków, ale gdy podeszła do mnie daleka ciotka z wąskim uśmiechem na wąskich ustach, w jej oczach ujrzałam to samo pytanie. Nie dało się go nie zauważyć.
- Która z was będzie następna?
Czekałam w mauzoleum, aż wszyscy pójdą na stypę, by pożegnać Eulalie w samotności, z dala od wścibskich spojrzeń. Po odprawieniu ceremonii Wielki Żeglarz zabrał kielich, świece, słoną wodę i dwie monety mojego ojca. Nim ruszył dróżką nad brzegiem, prowadzącą do jego samotni na północnym skraju wyspy Selkirk, zatrzymał się przede mną. Obserwowałam młodych służących pracujących przy murowaniu grobu. Układali warstwy cegieł i gruzełkowatej zaprawy, coraz bardziej zasłaniając kłębiącą się poniżej wodę.
Wielki Żeglarz uniósł dłoń, jakby chciał mnie pobłogosławić, ale coś w układzie jego palców się nie zgadzało. Gest wyglądał raczej na ochronny.
Bronił się.
Przede mną.
Teraz, gdy w krypcie nie było ludzi, powietrze się schłodziło i otulało mnie niczym drugi płaszcz. Mdlący, słodki zapach kadzidła wciąż unosił się w pomieszczeniu, ale czuć było też sól. Bez względu na to, gdzie na wyspie się przebywało, zawsze czuło się morze.
Stękając, robotnicy wsunęli ostatnią cegłę na miejsce. Szum morza ucichł.
A potem zostałam sama.
Krypta była w rzeczywistości zwykłą jaskinią, ale kryło się w niej coś wyjątkowego - pod spodem płynęła szeroka rzeka, niosąca do morza słodką wodę i ciała zmarłych Thaumasów. Kolejne pokolenia dodawały od siebie coś do wystroju krypty: rzeźby czy wymyślny mural przedstawiający nocne niebo na sklepieniu. Każde dziecko Thaumasów uczyło się gwiezdnych konstelacji, nim jeszcze opanowało litery. Mój prapradziadek jako pierwszy zaczął stawiać grobowce.
Podczas pogrzebu Elizabeth - jeszcze bardziej ponurej uroczystości niż ta Eulalie, w ciągu której Wielki Żeglarz nie starał się ukryć swojego potępienia dla samobójstwa - liczyłam tablice i posągi w jaskini, by szybciej upłynęła mi uroczystość. Ile jeszcze zostało czasu, nim grobowce zajmą całą powierzchnię tej uświęconej przestrzeni, a dla żywych nie pozostanie ani skrawek miejsca? Nie chciałam, by moją śmierć upamiętniał pomnik. Czy praciocia Clarette spoczywała w większym spokoju, wiedząc, że na jej popiersie będą spoglądały kolejne generacje Thaumasów?
Nie, dziękuję. Po prostu wrzućcie mnie do morza, bym powróciła do Soli.
- Było tu dziś tylu młodych mężczyzn - powiedziałam, klękając przy wciąż wilgotnym murze.
Aż dziw, że w ogóle chciało im się to zamurowywać. Ile czasu upłynie, nim znów rozbije się te kamienie, by otworzyć kryptę dla kolejnej z moich sióstr?
- Bracia Sebastian i Stephan Fitzgeraldowie. Henry. Brygadzista z Vasy. I Edgar.
Dziwnie było prowadzić taką jednostronną rozmowę z Eulalie. Zwykle dominowała nad wszystkim, w czym brała udział. Jej przedziwne opowieści, pełne dowcipu i przesady, zawsze skupiały uwagę słuchających.
- Myślę, że spośród wszystkich żałobników to oni płakali najbardziej. Czy tamtej nocy wymknęłaś się, by spotkać się z jednym z nich?
Zamilkłam, wyobrażając sobie Eulalie wędrującą po klifie, w szarpanej wiatrem koronkowej koszuli nocnej, z bladą skórą lśniącą w poświacie pełni księżyca. Na pewno starała się wyjątkowo dobrze wyglądać na tajemnej schadzce.
Kiedy rybacy znaleźli na skałach poniżej jej roztrzaskane ciało, sądzili, że to wyrzucony na brzeg delfin. Jeśli rzeczywiście istnieje jakieś życie po śmierci, miałam nadzieję, że Eulalie nigdy się o tej pomyłce nie dowie. Jej próżność by tego nie zniosła.
- Potknęłaś się i upadłaś? - Moje słowa odbiły się echem po krypcie. - Ktoś cię popchnął?
Wypowiedziałam te zdania bez zastanowienia. Doskonale wiedziałam, jak zginęły moje pozostałe siostry: Ava chorowała, Octavia wiecznie ulegała wypadkom, nawet Elizabeth... Złapałam gwałtownie powietrze i wbiłam palce w grubą, kłującą wełnę czarnej spódnicy. Była tak przygnębiona po śmierci Octavii. Wszyscy odczuwaliśmy stratę, ale nie tak mocno jak Elizabeth. Ale przy śmierci Eulalie nie było nikogo. Nikt nie widział, co się stało. Tylko jak skończyła.
Na nos spadła mi kropla wody. Następna popłynęła po policzku, gdy do pieczary zaczęły wpływać strumyki wody. Najwyraźniej zaczęło padać. Nawet niebo opłakiwało dziś Eulalie.
- Będę za tobą tęsknić. - Przygryzłam dolną wargę.
Teraz poczułam łzy, które szczypały w oczy, w oczy, aż w końcu zaczęły płynąć po policzkach. Przesunęłam palcem po misternie wykutym w skale E. Pragnęłam powiedzieć jej jeszcze tyle rzeczy, wyrzucić z siebie ból, bezradność, wściekłość. Ale to nie przywróciłoby jej życia.
- Kocham cię, Eulalie - wyszeptałam i uciekłam z jaskini.
Na zewnątrz rozszalał się sztorm. Potężne, spienione fale uderzały o brzeg. Jaskinia znajdowała się na końcu Szpikulca, wybiegającego daleko w morze półwyspu na Solnej. Do domu była co najmniej mila drogi, a nikomu nie przyszło do głowy, by zostawić dla mnie powóz. Odchyliłam czarną woalkę i ruszyłam przed siebie.
- Nie zapomniałaś o czymś? - zapytała nasza niania, Hanna, gdy skierowałam się na dół, by dołączyć do żałobników.
Zatrzymałam się, czując na sobie matczyne spojrzenie starszej kobiety. Po prowrocie musiałam się od razu przebrać. Przemokłam w ulewie i bez względu na to, czy ciążyła na nas klątwa, nie zamierzałam umierać na przeziębienie.
Hanna uniosła długą czarną wstążkę i popatrzyła na mnie wyczekująco. Westchnęłam i wyciągnęłam rękę, by owinęła mi nią nadgarstek, jak już wielokrotnie to czyniła. Gdy w domostwie następował zgon, nosiło się czarną wstążkę, by nie iść w ślady zmarłego. A że nas prześladował wyjątkowy pech, to służący zaczęli obwiązywać czarnymi wstążeczkami szyje kotów, koni i kurczaków.
Służąca zawiązała wstążkę na kokardę, która w każdym innym kolorze byłaby ładna. W mojej garderobie były teraz wyłącznie żałobne ubrania, a każda suknia była ciemniejsza niż poprzednia. Od śmierci mamy przed sześciu laty nie nosiłam nic jaśniejszego niż grafit.
Hanna wybrała błyszczącą satynę, a nie gryzącą krepę z pogrzebu Elizabeth - od niej wokół nadgarstków dostawało się bąbli, które swędziały jeszcze ładnych kilka dni.
Poprawiłam mankiet.
- Prawdę mówiąc, wolałabym zostać z tobą. Nigdy nie wiem, co mam podczas takich uroczystości mówić.
Hanna poklepała mnie po policzku.
- Im szybciej tam pójdziesz, tym szybciej będziesz to miała za sobą. - Jej brązowe oczy lśniły ciepło. - Dopilnuję, żebyś przed snem dostała cynamonowej herbaty.
- Dziękuję, Hanno. - Uścisnęłam jej ramię i opuściłam pokój.
Gdy weszłam do Niebieskiego Pokoju, podeszła do mnie Morella.
- Usiądziesz ze mną? Nikogo tu nie znam. - Pociągnęła mnie w stronę kanapy, nieopodal wysokich, szprosowych okien.
Mimo deszczu rozpościerał się z nich wspaniały widok na klify. Wybór tego pokoju, wychodzącego na miejsce, w którym zginęła Eulalie, wydawał mi się nie na miejscu.
Chciałam dołączyć do sióstr, ale Morella patrzyła na mnie tak błagalnie. W takich chwilach trudno było zapomnieć, że wiekiem była bliższa mnie niż ojcu. Nikt się nie dziwił, że wziął sobie nową żonę. Mama odeszła tak dawno temu, a wszystkie wiedziałyśmy, że wciąż liczył na syna. Spotkał Morellę podczas pobytu w Suseally, na stałym lądzie, i wrócił z wyprawy z nią u boku, kompletnie zakochany.
Honor, Mercy i Verity - trzy Gracje, jak je nazywaliśmy, malutkie, gdy zmarła mama - były zachwycone, że znów mogą traktować kogoś jak matkę. Morella była kiedyś guwernantką i od razu polubiła dziewczynki. Trojaczki - Rosalie, Ligeia i Lenore - i ja cieszyłyśmy się szczęściem ojca, ale Camille pochmurniała za każdym razem, gdy ktoś zakładał, że Morella jest jedną z Tuzina Thaumasówien.
Wpatrywałam się w wiszący po drugiej stronie pokoju olbrzymi obraz. Przedstawiał okręt wciągany w błękitną głębię przez krakena o wściekłych oczach. W Niebieskim Pokoju było wiele skarbów z morza - na jednej półce leżała grupka kłujących jeżowców, na cokole w kącie stała oblepiona pąklami kotwica i mnóstwo znalezisk trzech Gracji ustawionych na każdej płaskiej powierzchni, do której były w stanie dosięgnąć.
- Czy wszystkie uroczystości tak wyglądają? - zapytała Morella, rozścielając suknię na granatowych aksamitnych poduszkach. - Takie poważne i posępne?
Spojrzałam na nią zdziwiona.
- To w końcu pogrzeb.
Wsunęła za ucho kosmyk jasnoblond włosów i uśmiechnęła się nerwowo.
- Oczywiście, po prostu... Czemu woda? Nie rozumiem, czemu jej po prostu nie pochowacie w ziemi, jak to się robi na stałym lądzie?
Spojrzałam na ojca. Na pewno chciałby, abym była miła i wyjaśniła nasze zwyczaje. Starałam się wykrzesać z siebie dla Morelli trochę współczucia.
- Wielki Żeglarz mówi, że Pontus stworzył nasze wyspy i ludzi, którzy na nich żyją. Sól wyrzucana przez przypływy miała zapewnić siłę. Do tego dodał przebiegłość rekina i piękno meduzy oraz dorzucił wierność konika morskiego i ciekawość morświna. Gdy ukształtował już swój twór, wraz z dwoma rękami, dwoma nogami, głową i sercem, wdmuchnął weń trochę własnego życia i tak stworzył pierwszych Ludzi Soli. Więc kiedy umieramy, nie możemy być pochowani w ziemi. Zsuwamy się z powrotem do wody i trafiamy do domu.
To wyjaśnienie wydawało się ją satysfakcjonować.
- Widzisz, taka mowa na pogrzebie byłaby cudowna. A tam kładli tylko nacisk na... śmierć.
Uśmiechnęłam się do niej.
- Cóż, to twój pierwszy. Przyzwyczaisz się.
Morella ujęła moją dłoń i spojrzała na mnie poważnie.
- To okropne, że musiałaś już w tak wielu uczestniczyć. Jesteś zdecydowanie za młoda na tyle bólu i smutku.
Deszcz zaczął mocniej dzwonić o szyby, spowijając Highmoor w szarości. Szalejące fale przewalały potężne głazy u stóp klifów z hukiem i taką łatwością, jakby to były kulki w kieszeni chłopca.
- I co teraz?
Zamrugałam, ponownie skupiając na niej uwagę.
- O co pytasz?
Przygryzła wargę i wyjąkała:
- Teraz, gdy jest już... w Soli... co mamy robić?
- To wszystko. Pożegnaliśmy się. Po stypie wszystko się skończy.
Morella, sfrustrowana, zaczęła się bawić brzegiem sukni.
- Ale to nieprawda. Twój ojciec powiedział, że przez następne tygodnie będziemy chodzić w czerni.
- Tak naprawdę to przez kolejne miesiące. Najpierw czerń przez sześć miesięcy, a przez następne pół roku ciemne szarości.
- Rok? - krzyknęła - Naprawdę mam nosić te ponure barwy przez cały rok?
Słysząc jej słowa, ludzie w pobliżu odwrócili się w naszą stronę. Przynajmniej zarumieniła się ze wstydu.
- Chodzi mi o to, że... Ortun dopiero przywiózł moją wyprawę ślubną. Nie mam nic czarnego. - Na dzisiejszą uroczystość pożyczyła suknię od Camille, ale ta nie leżała na niej dobrze. Wygładziła stanik sukni. - Nie chodzi tylko o ubrania. A co z tobą i Camille? Powinnyście obie obracać się wśród ludzi, spotykać młodzieńców, zakochiwać się.
Przechyliłam głowę, zastanawiając się, czy mówi poważnie.
- Właśnie zmarła moja siostra. Nie mam specjalnej ochoty na tańce.
Grzmot sprawił, że aż podskoczyłyśmy. Morella ścisnęła mnie za rękę. Spojrzałam jej w oczy.
- Przepraszam, Annaleigh, nie potrafię dziś powiedzieć nic sensownego. To znaczy, po wszystkich tych tragediach ta rodzina zasługuje na radość. Nosiliście już tyle żałoby, że starczy wam do końca życia. Czemu dalej się umartwiacie? Mercy, Honor i mała Verity powinny się bawić lalkami w ogrodzie, a nie przyjmować kondolencje i prowadzić rozmowy towarzyskie. A Rosalie i Ligeia... Lenore też. Spójrz na nie.
Trojaczki usiadły na kanapce przeznaczonej najwyżej dla dwóch osób. Oplotły się ramionami i wyglądały niczym gruby pająk, gdy płakały w woalki. Nikt nie miał odwagi podejść do tak skoncentrowanej kupki cierpienia.
- Serce mi pęka, gdy patrzę na ten cały ból.
Wyplątałam dłoń z jej ręki.
- Ale tak się robi, gdy ktoś umrze. Nie możesz zmienić tradycji tylko dlatego, że ci się nie podoba.
- A co, gdyby znalazł się powód do radości? Coś, co powinno się świętować, a nie ukrywać? Czyż radosne wieści nie powinny zwyciężyć?
Podszedł do nas służący z winem. Wzięłam kieliszek, ale Morella tylko z gracją potrząsnęła głową. Szybko odnalazła się w roli pani na Highmoor.
- Tak sądzę - odparłam z wahaniem. - Znów zadudnił grzmot. - Ale nie mamy dziś wiele do świętowania.
- Sądzę, że jednak mamy. - Morella nachyliła się do mnie i wyszeptała: - Nowe życie.
Dyskretnie położyła dłoń na swoim brzuchu.
Z zaskoczenia prawie się zakrztusiłam winem.
- Jesteś w ciąży? - Uśmiechnęła się od ucha do ucha. - Czy ojciec o tym wie?
- Jeszcze nie. Miałam mu powiedzieć, ale przeszkodzili mi rybacy z Eulalie.
- Będzie szczęśliwy. Wiesz, który to miesiąc?
- Myślę, że trzeci. - Przeczesała palcami włosy. - Naprawdę sądzisz, że Ortun będzie zadowolony? Zrobiłabym wszystko, byle tylko znów zaczął się uśmiechać.
Spojrzałam na ojca, otoczonego przez przyjaciół, ale zbyt głęboko pogrążonego we wspomnieniach o Eulalie, by uczestniczyć w rozmowie. Skinęłam głową.
- Jestem tego pewna.
Morella nabrała głęboki wdech powietrza.
- W takim razie dobre wieści nie powinny czekać, prawda?
Nim zdążyłam odpowiedzieć, wstała i podeszła do fortepianu na środku pokoju. Sięgnęła po dzwonek stojący na pokrywie i zadzwoniła nim, tym samym uciszając wszystkich w pokoju.
Zaschło mi w gardle, gdy uświadomiłam sobie, co zamierza zrobić.
- Ortun? - wyrwała mojego ojca z zamyślenia.
Głos miała wysoki i cienki, zupełnie jak dźwięk dzwonka, który trzymała w ręku. Dzwonek należał do mamy. Znalazłyśmy go z Camille lata temu, gdy bawiłyśmy się na strychu w przebierańców. Uwielbiałyśmy jego srebrzyste brzmienie i przyniosłyśmy go mamie, gdy jej głos stał się zbyt słaby, by nieść się po domu. Teraz za każdym razem, gdy słyszałam ten dźwięk, wracały wspomnienia jej ostatniej ciąży z mocą lodowatej fali uderzającej mnie w pierś.
Mój ojciec podszedł do Morelli, a ta podjęła przemowę:
- Ortun i ja chcemy podziękować wam wszystkim za przybycie. Ostatnie kilka dni spowijała ciemność, ale wasza obecność tutaj jest niczym pierwsze ciepłe promienie wschodzącego na niebie słońca.
Słowa, chociaż starannie dobrane, przychodziły jej bez trudu. Zmarszczyłam brwi. Musiała to przećwiczyć.
- Wasze wspomnienia kochanej, pięknej Eulalie wypełniają nasze serca radością, unosząc nas z mroku. I jesteśmy weseli, nawet szczęśliwi, bo oto nadchodzi nowy poranek, a w domu Thaumasów otwiera się nowy rozdział.
Camille, która po drugiej stronie pokoju rozmawiała z jednym z wujów, spojrzała na mnie nerwowo. Nawet trojaczki przestały się trzymać razem. Lenore stanęła obok kanapy, wbijając palce w miękkie oparcie.
Morella ujęła dłoń ojca, a drugą rękę złożyła na płaskim brzuchu, uśmiechając się szeroko na widok zainteresowania.
- I jak poranne słońce rozświetla mrok nocy, tak ciemności smutku rozpierzchną się wraz z przybyciem na świat naszego syna.
Co za kobieta! - krzyknęła Hanna, rozpinając malutkie dżetowe guziczki na plecach mojej sukni.
Pomogła mi ją zdjąć, po czym odgarnęła ciemne, przetykane siwizną, kręcone włosy.
- Żeby wykorzystać dzień Eulalie, by ogłosić tak szokujące wieści. Co za bezczelność!
Camille rzuciła się na moje łóżko, obok Ligei. Wyszywana kanapa zgniotła się pod jej ciężarem.
- Nie znoszę jej! - zawołała i piskliwym głosem przedrzeźniła Morellę: - I tak jak bóg światła, Vaipany, i jego słońce, mój syn będzie lśniącym promieniem porannego słońca, mój syn będzie jak słońce.
Zdusiła chichot w poduszce.
- Mogła lepiej wybrać moment - przyznała Rosalie, opierając się o kolumienkę łóżka i bawiąc się końcem rudawego warkocza. Trojaczki, identyczne pod każdym względem, miały kasztanowy odcień włosów, którego strasznie im zazdrościłam, zupełnie inny niż reszta rodziny. Z moich wszystkich sióstr Eulalie miała najjaśniejsze włosy, prawie blond. Moje były najciemniejsze, w tym samym kolorze, co czarny piasek Sallan, tak charakterystyczny dla plaż archipelagu.
Zdjęłam podwiązki i cichym chrząknięciem przyznałam jej rację. Chociaż cieszyłam się szczęściem taty i Morelli, takie wiadomości naprawdę należało zostawić na inną okazję. Zsuwając bure pończochy, zastanawiałam się, z czego składała się wyprawa ślubna mojej macochy. Czy tata uzupełnił ją białymi jedwabnymi pończochami, wstążkami i koronkami, z nadzieją, że nowa żona położy kres jego nieszczęściu? Przełożyłam przez głowę czarną bawełnianą koszulę nocną, porzucając myśli o atłasowych halkach i ozdobionych klejnotami sukniach.
- Jeśli to rzeczywiście syn, to co to będzie dla nas oznaczało? - zapytała Lenore, siedząca przy oknie. - Czy on zostanie dziedzicem?
Camille się poderwała. Twarz miała opuchniętą od płaczu, ale spojrzenie jej bursztynowych oczu był skupione i pełne złości.
- Ja wszystko dziedziczę. A potem Annaleigh, gdy klątwa mnie pochłonie.
- Nic nikogo nie pochłonie - warknęłam. - To bzdury.
- Madame Morella tak nie uważa - powiedziała Hanna, stając na palcach, by powiesić suknię w szafie. Przygnębiał mnie fakt, że wszystkie miały podobny odcień.
- Że jesteśmy przeklęte? - zapytała Rosalie.
- Że wy, dziewczęta, wszystko odziedziczycie. Słyszałam, jak w rozmowie z waszą ciotką Lysbette chwaliła się, że w jej brzuchu rośnie następny książę.
Camille przewróciła oczami.
- Może i tak podchodzą do sprawy na lądzie, ale nie tutaj. Chciałabym zobaczyć jej minę, gdy ojciec jej to wyjaśni.
Usiadłam na szezlongu i okryłam się narzutką. Nie dość, że nie zdołałam się w pełni rozgrzać po wędrówce w deszczu, to wieści Morelli dodatkowo mnie zmroziły.
Ligeia podrzucała poduszkę.
- Więc twój mąż zostanie dwudziestym księciem Salann?
- Jeśli będę chciała - odparła Camille. - Mogę też zostać księżną z pełnią władzy, a on byłby tylko małżonkiem. Jestem pewna, że Berta nauczyła cię tego wszystkiego wieki temu.
Ligeia wzruszyła ramionami.
- Staram się nie pamiętać wszystkiego, co mówią guwernantki. One są takie ponure. Poza tym urodziłam się jako ósma. Nie podejrzewałam, że mam szansę na jakiekolwiek dziedzictwo.
Jako szósta córka doskonale rozumiałam, co czuła. Urodziłam się w środku, a teraz byłam druga w kolejce. W nocy po śmierci Eulalie nie mogłam spać, czując, jak przygniata mnie ciężar nowych obowiązków. Herb Thaumasów - srebrna ośmiornica o rozrzuconych ramionach, trzymająca w nich trójząb, berło i pióro - widniał w każdym pokoju Highmoor. Ten naprzeciwko mojego łóżka nagle nabrał zupełnie nowego znaczenia. Co będzie, jeśli coś się stanie Camille i nagle wszystko spadnie na mnie? Pożałowałam, że nie spędzałam więcej czasu nad lekcjami historii zamiast przy fortepianie.
Camille nauczyła mnie grać. Dzieliła nas najmniejsza różnica wieku spośród nas wszystkich, poza trojaczkami. Urodziłam się dziesięć miesięcy po niej i byłyśmy najbliższymi przyjaciółkami. Zawsze chciałam podążać jej śladem. Kiedy skończyła sześć lat, mama zaczęła ją uczyć gry na starym pianinie stojącym w jej saloniku. Camile była pojętną uczennicą i przekazywała mi wszystko, czego się nauczyła. Mama pokazała nam wersje na cztery ręce jej ulubionych piosenek i szybko doszła do wniosku, że na tyle opanowałyśmy pianino, iż możemy się przenieść na fortepian w Niebieskim Pokoju.
Dom był pełen muzyki i śmiechu, gdy siostry tańczyły do melodii, które im grałyśmy. Ileż popołudni spędziłam na wyściełanej ławce, przytulona bokiem do Camille, a nasze dłonie przesuwały się sprawnie po klawiszach z kości słoniowej. Wciąż wolałam duet z nią niż zagrać nawet najpiękniejsze solo. Bez Camille u mego boku muzyka wydawała mi się o połowę gorsza.
- Panno Annaleigh?
Wyrwana z zamyślenia spojrzałam na wpatrującą się we mnie Hannę.
- Czy powiedziała, który to miesiąc?
- Morella? Uważa, że trzeci. Może trochę później.
- Później? - Camille zachichotała. - Przecież pobrali się cztery miesiące temu.
Lenore porzuciła okno i przysiadła się do mnie.
- Camille, czemu ona ci tak przeszkadza? Ja się cieszę, że tu jest. Gracje są szczęśliwe, że znów mają matkę.
- Ona nie jest ich matką. Ani naszą. W ogóle się nie umywa.
- Stara się - zauważyła Lenore. - Zapytała, czy może pomóc w planowaniu naszego balu. Możemy wykorzystać go na debiut, skoro nie wolno nam podczas żałoby pokazać się na dworze.
- Nie możecie też wyprawić balu - zauważyła Camille.
- Ale to nasze szesnaste urodziny! - Rosalie usiadła nadąsana. - Czemu przez cały rok nie możemy mieć żadnych przyjemności? Zmęczyła mnie już żałoba.
- A twoje siostry pewnie zmęczyła śmierć, ale tak już jest! - wybuchła Camille, podrywając się z łóżka.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, nim którakolwiek z nas zdążyła ją powstrzymać.
Rozalie zamrugała.
- Co ją ugryzło?
Przygryzłam wargę, czując, że powinnam za nią iść, ale nie miałam już siły na kłótnię, jaka pewnie by się wywiązała.
- Tęskni za Eulalie.
- Wszystkie tęsknimy - skwitowała Rosalie.
Zapadła cisza, a nasze myśli skupiły się znów na Eulalie. Hanna kręciła się po pokoju, zapalając świece i wygaszając gazowe lampy. Kandelabry rzucały drżące cienie w kątach pokoju.
Lenore podkradła mi część narzutki i schowała się pod nią.
- Myślicie, że to bardzo niestosowne, by zrobić tak, jak mówi Morella? Zorganizować bal? Szesnaście lat kończy się tylko raz... To nie nasza wina, że wciąż ktoś umiera.
- Nie sądzę, by było coś złego w tym, że chcecie świętować, ale pomyśl, co czuje Camille. Żadna z nas nie debiutowała. Elizabeth i Eulalie też nie.
- To świętujcie z nami! - zaproponowała Rosalie. - To może być wielkie przyjęcie, na którym pokażemy wszystkim, że dziewczęta Thaumasów nie są przeklęte i że w naszej rodzinie nie dzieje się nic złego.
- I mamy urodziny dopiero za trzy tygodnie. Do tej pory żałoba może trwać, a potem po prostu... się ją przerwie - zaproponowała Ligeia.
- Nie wiem, czemu próbujecie przekonać mnie. To ojciec musi się na zgodzić na ten plan.
- Zgodzi się, jeśli Morella go poprosi. - Rosalie uśmiechnęła się chytrze. - W łóżku.
Trojaczki zaczęły chichotać. Rozległo się pukanie do drzwi i wszystkie ucichłyśmy, pewne, że to ojciec przyszedł skarcić nas za te hałasy. Okazało się jednak, że to Verity. Stała na środku korytarza, w koszuli nocnej o dwa numery na nią za dużej. Włosy miała potargane, a na twarzy ślady łez.
- Verity?
Nic nie powiedziała, tylko uniosła ręce, prosząc, by ją podnieść. Wzięłam ją w ramiona. Pachniała słodkim ciepłem dzieciństwa. Chociaż była spocona od snu, na gołych ramionach miała gęsią skórkę. Wtuliła się w moją szyję, szukając pocieszenia.
- Co się stało, maleńka? - Głaskałam ją po plecach. Jej włosy były miękkie jak u króliczka.
- Mogę tu zostać na noc? Eulalie jest dla mnie niedobra.
Trojaczki wymieniły zaniepokojone spojrzenia.
- Oczywiście, że możesz, ale pamiętasz, o czym rozmawiałyśmy przed pogrzebem? Wiesz, że Eulalie już z nami nie ma? Jest teraz z mamą i Elizabeth w Głębi.
Poczułam, że kiwa głową.
- Ale nadal ściąga ze mnie kołdrę. - Jej cieniutkie rączki obejmowały mnie za szyję. Trzymała się mocniej niż rozgwiazda w czasie przypływu.
- Lenore, sprawdź, co z Mercy i Honor, dobrze?
Lenore pocałowała Verity w głowę, po czym wyszła.
- Jestem pewna, że tylko się z tobą drażniły. To była zabawa.
- Niezbyt miła.
- Nie - zgodziłam się i zaniosłam ją do łóżka. - Możesz tu dziś zostać. Jesteś bezpieczna. Śpij.
Verity jęknęła cicho, ale zamknęła oczy i wtuliła się w pościel.
- My też już powinnyśmy iść - wyszeptała Rosalie, zsuwając się z łóżka. - Ojciec niedługo będzie sprawdzał, czy śpimy.
- Odprowadzić was na drugie piętro? - zapytała Hanna, wręczając Rosalie i Ligei świece.
Rosalie potrząsnęła głową, ale pozwoliła się przytulić, nim wyszła z pokoju.
- Zastanów się nad tym, o czym mówiłyśmy - dodała Ligeia, całując mnie w policzek. - Koniec żałoby zrobiłby dobrze nam wszystkim.
Przytuliła na dobranoc Hannę i wyszła.
Trojaczki nie chciały oddzielnych pokoi, twierdząc, że lepiej im się śpi razem.
Hanna skupiła na mnie swoją uwagę.
- Panienko Annaleigh, ty także idziesz spać?
Spojrzałam na zakopaną pod kołdrą Verity.
- Jeszcze nie. Zbyt wiele myśli kołacze mi się po głowie.
Hanna podeszła do stolika nocnego, a ja przeniosłam się z powrotem na szezlong. W kółko składałam i rozkładałam narzutkę na kolanach. Niania wzięła filiżanki herbaty cynamonowej i usiadła obok mnie. Coś w jej ruchach przypomniało mi wieczór sprzed sześciu lat, zaraz po pogrzebie mamy.
Hanna siedziała wtedy dokładnie tak jak teraz, ale ja zsunęłam się na podłogę, a głowę wtuliłam w jej podołek, podczas gdy ona pocieszała tyle moich sióstr, ile zdołała. Camille siedziała obok mnie, z opuchniętymi od łez oczami. Elizabeth i Eulalie klęczały nieopodal, tuląc łkające trojaczki. Ava i Octavia siedziały po obu stronach Hanny i trzymały w objęciach śpiące Gracje. Nie było z nami tylko Verity, która miała ledwie kilka dni i została z mamką.
Żadna z nas nie chciała być tamtego wieczora sama.
- Piękny pogrzeb - powiedziała Hanna, mieszając herbatę, czym przywołała mnie do teraźniejszości. - Tylu młodych ludzi. Tyle łez. Jestem pewna, że Eulalie byłaby zadowolona.
Pociągnęłam łyk, pozwalając aromatom rozpłynąć się po moim języku, po czym przytaknęłam.
- Niewiele mówisz - odezwała się Hanna, gdy milczenie się przeciągało.
- Wciąż myślę o tym, jaki to dziwny dzień. Wszystko jest dziwne, odkąd... ją znaleźli - zająknęłam się, jakby myśl, którą chciałam wypowiedzieć, była zbyt niezręczna, by ubrać ją w słowa. - Nie sądzisz, że okoliczności jej śmierci są trochę niejasne?
Hanna na mnie spojrzała.
- Śmierć kogoś młodego, zwłaszcza takiego jak Eulalie, pięknej i ze świetlaną przyszłością, zawsze prowokuje pytania.
- To nie to. Rozumiem, co się stało pozostałym. Każda śmierć była okropna i smutna, ale wiem, czemu do nich doszło. Ale Eulalie... Co ona w ogóle tam robiła? Sama w ciemnościach?
- Obie wiemy, że nie zostałaby długo sama.
Pomyślałam o tych wszystkich zapłakanych chłopakach.
- Ale czemu miałaby spotykać się z kimś akurat tam? Nie lubiła chodzić na klify nawet w ciągu dnia. Bała się wysokości. To bez sensu.
Hanna cmoknęła, odstawiła filiżankę i mnie przytuliła. Poczułam zapach jej mleczno-miodowego mydła. Hanna była zbyt praktyczna, by używać perfum i olejków do kąpieli, ale jej ciepły, rozsądny zapach miał na nas wszystkie pocieszający wpływ. Wciągnęłam go w nozdrza, opierając głowę o jej ramię.
Było teraz miększe, a skóra widoczna powyżej kołnierzyka szmizjerki pomarszczyła się i wydawała cienka niczym pergamin. Hanna została nianią w Highmoor po urodzinach Avy, zawsze gotowa opatrywać podrapane kolana i zranione uczucia. Jej syn, Fisher, był trzy lata starszy ode mnie i dorastał razem z nami. Hanna wiązała nam pierwsze gorsety i pomagała upinać włosy, ocierając łzy, gdy nieposłuszne kosmyki nie chciały współpracować. Była przy nas zawsze, gdy potrzebowałyśmy przytulenia czy buziaka na dobranoc.
- Czy szykowałaś ją tamtej nocy do snu? - zapytałam, siadając prościej. Hanna pewnie jako jedna z ostatnich widziała Eulalie żywą. - Nie zauważyłaś niczego podejrzanego?
Potrząsnęła głową.
- Nic sobie nie przypominam. Ale nie siedziałam u niej długo. Mercy bolał brzuch. Przyszła poprosić o herbatę miętową.
- A... później? Pomagałaś przy... jej ciele, prawda?
- Oczywiście. Zajmowałam się wszystkimi twoimi siostrami. I twoją matką.
- Jak wyglądała?
Hanna przełknęła z trudem i wykonała ochronny gest na piersi.
- O takich sprawach nie powinno się rozmawiać.
Skrzywiłam się.
- Wiem, że musiała być... Że to musiało wyglądać strasznie, ale czy coś było... nie tak?
Hanna zmrużyła sceptycznie oczy.
- Spadła z ponad trzydziestu metrów, na skały. Całkiem sporo było nie tak.
- Przepraszam - powiedziałam zawiedziona.
Chciałam zapytać, czy ktoś jeszcze szykował jej ciało przed odesłaniem go w Głębię, ale Hanna miała już dość tego tematu.
- Skarbie, jesteś zmęczona - powiedziała. - Połóż się, a jutro poczujesz się lepiej.
Ucałowała mnie w czoło i wyszła. Drzwi zamknęły się za nią cicho. Sprawdziłam, czy Verity rzeczywiście śpi, po czym podeszłam do okna, czując dziwny niepokój. Z mojej sypialni widać było ogrody z południowej strony domu, trzy piętra niżej. Na środku trawnika stała szeroka marmurowa fontanna w kształcie klipera, a obok rozciągał się ozdobny labirynt z krzewów.
Verity przewróciła się na drugi bok i wymamrotała coś niezrozumiale. Zaczęłam zaciągać ciężkie zasłony, gdy ujrzałam światło. Przestało padać, ale niebo zasnuwały ciemne chmury. Nie było widać gwiazd.
Pomiędzy wystrzyżonymi w kształt skaczących humbaków krzewami migotała latarnia. Gdy światło odsunęło się od drzew, ujrzałam dwie postacie. Mniejsza, niosąca latarnię, odstawiła ją i usiadła na brzegu fontanny. Światło rozświetliło siwy kosmyk we włosach ojca.
Co robił tak późno w ogrodzie, w noc pogrzebu Eulalie? Nas wszystkie wysłał wcześnie spać, nakazując spędzić ten czas na głębokich modłach do Pontusa, podczas których miałyśmy prosić boga morza, by zapewnił naszej siostrze wieczny odpoczynek w Głębi.
Druga postać zsunęła kaptur i zobaczyłam mnóstwo blond loczków. Morella. Poklepała miejsce obok siebie i ojciec usiadł. Po chwili jego ramiona zaczęły drżeć. Płakał.
Morella objęła go i przyciągnęła do siebie. Odwróciłam głowę, gdy wyciągnęła rękę, by pogłaskać go po policzku. Nie musiałam jej słyszeć, by wiedzieć, że wypowiadane słowa koiły uczucia mojego ojca niczym balsam. Może i nie rozumiała naszych wyspiarskich zwyczajów, ale poczułam radość, że jest z nami w Highmoor. Nikt nie powinien mierzyć się z takim bólem sam.
Odwróciłam się od okna, wsunęłam pod kołdrę i przytuliłam do Verity, a jej równy oddech ukołysał mnie do snu.
Kiedy zeszłam na śniadanie, ujrzałam Morellę w niebieskiej atłasowej sukni, z marszczoną organdyną przy łokciach i perłami na szyi. Jej widok olśniewał, jakby była błyszczącym kolibrem w pokoju pełnym zasłoniętych portretów i wieńców.
Podniosła głowę znad kredensu, na którym stały tace z jedzeniem. W Highmoor śniadania odbywały się mało formalnie. Każdy przychodził do jadalni i sam się obsługiwał.
- Dzień dobry, Annaleigh. - Morella sięgnęła po imbirową babeczkę i posmarowała ją masłem. - Dobrze spałaś?
Prawda była taka, że nie. Verity bardzo się kręciła i kopała w nocy. Ja wciąż wracałam myślami do Eulalie i jej spaceru po klifie, nie mogąc zasnąć. Udało mi się to dopiero dobrze po północy.
- Witaj, kochanie - zawołał od drzwi ojciec.
Odwróciłyśmy się. Każda z nas sądziła, że ojciec zwraca się do niej, ale on podszedł do Morelli i ucałował ją na dzień dobry. Miał na sobie ciemny surdut, ale w odcieniu ciemnego grafitu, a nie kruczoczarnym, do którego tak się już przyzwyczaiłam.
- Wyglądasz wspaniale - powiedział, obracając ją wokół jej osi, by popatrzeć na ledwo widoczną wypukłość na brzuchu.
- Myślę, że ciąża mi służy.
Rzeczywiście promieniała radością. Ciąże mamy zawsze wiązały się z okropnymi porannymi mdłościami, więc akuszerki nakazywały leżenie o wiele wcześniej niż u większości ciężarnych. Kiedy byłam już wystarczająco duża, Ava i Octavia dopuściły mnie do pomocy i pokazały najlepsze olejki i napary, które miały złagodzić dolegliwości mamy.
- Też tak myślisz, Annaleigh? - zapytała Morella.
Pewnie przez włączenie mnie do rozmowy próbowała być miła.
Spojrzałam na błękitny atłas. Wyglądała ślicznie, ale to nie był odpowiedni kolor na dzień po pogrzebie pasierbicy.
- Suknie Eulalie są już na ciebie za małe?
- Co? A tak, oczywiście. - Wykorzystała tę chwilę, by z zadowoleniem przesunąć dłonią po brzuchu.
- Prawdę mówiąc - wtrącił się ojciec, sięgając po solone śledzie - mamy coś do omówienia w tej kwestii, ze wszystkimi. Annaleigh, mogłabyś zawołać siostry?
- Teraz? - spojrzałam na jaja, które właśnie sobie nałożyłam. Na pewno wystygną.
- Proszę.
Postawiłam ostentacyjnie mój nie w pełni zapełniony talerz na środku stołu i poszłam na górę. Ja byłam rannym ptaszkiem, ale część moich sióstr nie podzielała mojego zamiłowania do poranków. Mercy i Rosalie były prawie niemożliwe do dobudzenia.
Postanowiłam zacząć od Camille.
Odsłoniła już zasłony, a słabe światło oblewało jej pomalowane na śliwkowo meble. Zaskoczyło mnie, że siostra siedzi przy toaletce i upina włosy. Chociaż na ustach i policzkach nie widziałam żadnego koloru, na blacie leżały słoiczki z kosmetykami i buteleczki z rżniętego szkła z perfumami. Czarna krepowa zasłona, taka sama, jak na moim lustrze, leżała zgnieciona u jej stóp. Zastanawiałam się, kiedy zdążyła ją tam rzucić.
- Już skończyłaś śniadanie? - zapytała.
- Ojciec chce, żebyśmy wszystkie zeszły do jadalni. Ma nam coś do powiedzenia.
Dłoń Camille zamarła nad szkatułką z biżuterią, po czym z niechęcią uniosła czarny dżetowy kolczyk.
- Powiedział co?
Usiadłam obok niej i przesunęłam palcami po moim koku. Nie widziałam swojego odbicia od prawie tygodnia.
- Niebieska suknia Morelli wiele mówi. Eulalie dostałaby szału, gdyby zobaczyła, co się dzieje. Pamiętasz, jak po śmierci Octavii chciała zobaczyć... co to było, chyba obwoźny cyrk? A tata nie pozwolił nam wychodzić z domu? Powiedział - obniżyłam głos - "Ból taki jak nasz nie powinien być wystawiany na widok publiczny". A Octavia nie żyła już od miesięcy!
- Eulalie chodziła naburmuszona przez całe tygodnie.
- A teraz upamiętniamy ją czernią przez ile... pięć dni? Ojciec już jest w szarościach. Tak być nie powinno.
Moja siostra otworzyła słoiczek i przyjrzała się pomadce w kolorze wina.
- Zgadzam się.
- Naprawdę? - zapytałam, patrząc znacząco w lustro.
Zabrałam jej słoiczek, rozlewając trochę pomadki. Gdy spływała po moich palcach, wyglądała jak krew.
Camille poprawiła pukiel włosów.
- Nigdy nie potrafiłam ułożyć fryzury bez lustra.
- Pomogłabym ci. A co, jeśli Eulalie...
Camille przewróciła oczami.
- Duch Eulalie nie zobaczy błyszczącej powierzchni i w niej nie utknie. Ledwie wytrzymywała w domu za życia. Skąd pomysł, że chciałaby tu zostać po śmierci?
Odstawiłam pomadkę. Nie wiedziałam, w co wytrzeć palce.
- Ale masz humorek.
Podała mi chusteczkę.
- Źle spałam. Nie mogłam przestać myśleć o tych głupotach, które wygadywała Ligeia.
Wybrała inny odcień pomadki i rozsmarowała na ustach cieniutką warstwę w brązowym kolorze. Na jej twarzy rysowało się poczucie winy.
- Nigdy nie zdobędę męża, jeśli coś się nie zmieni.
- Nieprawda - zaprotestowałam. - Każdy mężczyzna byłby zaszczycony, gdyby cię miał u swojego boku. Jesteś mądra i równie piękna jak Eulalie.
Camille uśmiechnęła się brzydko.
- Nikt nie jest taki jak Eulalie. Ale jeśli będę się ukrywać w tym ponurym domu, schowana pod warstwami krepy, to nigdy nikogo nie znajdę. Szanuję pamięć Eulalie i wszystkich naszych sióstr, ale jeśli będziemy za każdym razem przechodzić przez wszystkie etapy żałoby, to same umrzemy, nim to się skończy. Jestem gotowa, by zmienić podejście. I twoje spojrzenie zbitego psa tego nie zmieni.
Podniosłam zasłonę z podłogi i zatopiłam w niej palce. Nie byłam zła na Camille. Miała prawo do szczęścia. Wszystkie miałyśmy. Wszystkie marzyłyśmy o czymś więcej. To jasne, że moje siostry wolałyby być na dworze, uczestniczyć w balach i koncertach. Chciały być pannami młodymi, żonami, matkami. Byłabym potworem, gdybym im tego odmawiała. Mimo to ściskałam krepę.
- Ojciec chce, żebyśmy zeszły na dół - zawołała Rosalie, przerywając nam rozważania.
Trojaczki stały w drzwiach i gapiły się do środka. W dziwnym porannym świetle ich odbicie w lustrze wyglądało jak groteskowa zbieranina kończyn i warkoczy. Przez moment wyglądały jak jeden stwór, a nie trzy oddzielne siostry.
Lenore oderwała się od grupy i obraz się rozwiał.
- Zwiążesz mi to? - Wyciągnęła do mnie czarną wstążkę. - Rosalie za mocno zaciska.
Uklękła obok Camille i uniosła ciężki warkocz, ukazując bladą szyję. Trojaczki nosiły wstążki na szyi, jak obroże. Kiedy byłyśmy małe, Octavia uwielbiała opowiadać nam przed snem krwawe, przerażające historie. Wymyślała bajki o pannach, które usychały z tęsknoty za ukochanymi, o duchach i goblinach, zwiastunach i przecherach, z którymi głupi ludzie próbowali się targować. Później, pewna, że wciąż chowamy się z przerażenia pod kołdrami, zakradała się razem z Eulalie do naszych pokoi i ściągała z nas pościel.
Jedną z ich ulubionych opowieści była ta o dziewczynie, która zawsze nosiła zawiązaną na szyi zieloną wstążkę. Nigdy nie widziano jej bez niej, ani w szkole, ani w kościele, miała ją nawet w dniu ślubu. Wszyscy goście uważali, że wyglądała wspaniale, ale nie rozumieli, czemu wybrała tak prostą ozdobę. Podczas miesiąca miodowego jej mąż podarował jej brylantową kolię, która lśniła niczym gwiazdy. Chciał, aby ją założyła i nie miała na sobie nic więcej, gdy wieczorem przyjdzie do łóżka. Odmówiła, a on, odszedł rozzłoszczony. Gdy wrócił później do sypialni, zobaczył ją śpiącą na wielkim łożu, nagą. Miała na sobie tylko kolię i zieloną wstążkę. Przysunął się do niej i delikatnie rozwiązał wstążkę, a w tym momencie jej odcięta głowa odtoczyła się od ciała.
Trojaczki uwielbiały tę upiorną opowieść i w kółko prosiły, żeby im ją opowiedzieć. Kiedy Octavia zmarła, z upiorną satysfakcją zaczęły zakładać na szyje czarne wstążki.
Gdy już zawiązałam kokardę, Lenore ułożyła ją bardziej zawadiacko.
- Gracje są już na dole. Je obudziłyśmy pierwsze.
Camille wstała od lustra. Kiedy podałam jej zasłonę, odrzuciła ją. Zwierciadło zostało bez okrycia.
Mercy, Honor i Verity siedziały przy drugim końcu stołu w jadalni. Starsze dziewczęta zajadały jaja i śledzie. Przed Verity stała miska truskawek ze śmietaną, ale mała tylko bawiła się jedzeniem. Zauważyłam, że siedzi tak daleko od Honor i Mercy, jak tylko się da bez zmiany miejsca. Najwyraźniej nie przebaczyła im jeszcze nocnego żartu. My nawet nie sięgnęłyśmy po talerze. Ojciec usiadł u szczytu stołu i czekał, by coś ogłosić.
Zaczął bez wstępów:
- Po śniadaniu czeka was wspaniała niespodzianka w złotym saloniku.
Złoty salonik był niewielki i elegancki, używany tylko dla ważnych gości z królewskiego dworu lub dla Wielkiego Żeglarza. Wiele lat temu król i jego rodzina przyjechali do nas podczas letniego objazdu, a królowa Adelaide korzystała z niego jako swojego dziennego saloniku. Pochwaliła lśniące adamaszkowe zasłony, a mama przysięgła, że nigdy ich nie zmieni.
- O co chodzi, ojcze? - zapytała Camille.
- Po głębokim zastanowieniu postanowiłem, że pora zakończyć ten rodzinny smutek. Highmoor już zbyt długo pogrążone jest w ciemnościach. Kończę z żałobą.
- Eulalie pochowaliśmy ledwie wczoraj. - Skrzyżowałam ramiona na piersi. - Wczoraj.
Noga mi podskoczyła, gdy ktoś kopnął mnie pod stołem. Nie miałam pewności, ale podejrzewałam Rosalie. Ojciec spojrzał na mnie znacząco.
- Wiem, że to się może wydawać przedwczesne, ale...
- Bardzo przedwczesne - przerwałam i znów zostałam kopnięta. Tym razem byłam przekonana, że to Ligeia.
Ojciec ścisnął szczyt nosa, próbując zahamować migrenę.
- Czy chciałabyś coś powiedzieć, Annaleigh?
- Jak w ogóle możesz coś takiego rozważać? Tak nie wolno.
- Już i tak zbyt wiele życia spędziliśmy w żałobie. Teraz pora na nowe, a nie chcę, aby nasze nowe życie rozpoczynało się w smutku.
- Twoje nowe życie. Twoje i Morelli. Nie podjąbyś takiej decyzji, gdyby nie jej ciąża.
Trojaczki jęknęły zszokowane. W oczach Morelli ujrzałam ból, ale brnęłam dalej. Co tam uczucia, to było zbyt ważne.
- Powiedziała, że to chłopiec, a ty już starasz się poruszyć niebo i ziemię, by ją zadowolić. Zgadzasz się nawet zapomnieć o swojej pierwszej rodzinie. Twojej przeklętej rodzinie - wymsknęło mi się to słowo, czarne i brzydkie.
Verity jęknęła, jakby zbierało się jej na płacz.
- Nie ma żadnej klątwy. - Lenore podbiegła do niej. - Powiedz jej, że nie ma klątwy - warknęła do mnie.
- Nie chcę umierać - zaczęła zawodzić Verity i przewróciła miskę ze śmietaną.
- Nie umrzesz - powiedział ojciec, zaciskając palce na podłokietnikach fotela tak mocno, że dziw, iż drewno nie pękło. - Annaleigh, co to za zachowanie? Natychmiast przeproś.
Podeszłam i uklękłam obok Verity. Przytuliłam ją i zaczęłam głaskać delikatne włosy.
- Przepraszam. Nie chciałam cię zdenerwować. Tak naprawdę to nie jest klątwa.
- Nie mówiłem o Verity - odezwał się zimno ojciec.
Zacisnęłam usta w niemym sprzeciwie. Chociaż kolana mi się trzęsły, zmusiłam się, by nie odwracać od niego wzroku.
- Annaleigh - rzucił ostrzegawczo.
Odliczałam sekundy tykające na małym srebrnym zegarze na kominku. Po dwudziestu Camille odchrząknęła, by zwrócić uwagę ojca.
- Mówiłeś, że w saloniku coś na nas czeka?
Ojciec potarł brodę i nagle wydał mi się znacznie starszy.
- Tak. Właściwie to był pomysł Morelli. Coś dla was wszystkich - westchnął. - By uczcić koniec naszej żałoby, wezwałem krawców, by zaprojektowali wam nowe ubrania, a także modystki i szewców.
Wszystkie siostry zaczęły piszczeć z radości. Rosalie podbiegła do ojca i Morelli, zarzucając im ręce na szyje.
- Dziękuję, dziękuję!
Ucałowałam Verity w czubek głowy i wstałam, by wrócić do swojego pokoju. Nie chciałam nowych ubrań. Nie zamierzałam zapominać o starych zwyczajach i dać się przekupić lśniącymi świecidełkami i jedwabiami.
- Annaleigh! - Głos ojca mnie powstrzymał. - Gdzie idziesz?
- Nie potrzebuję nowych ubrań, więc nie będę wam przeszkadzać.
Potrząsnął głową.
- Wszyscy kończymy z żałobą, ty także. Nie będziesz chodzić w burych tweedach, gdy reszta z nas zaczyna nowe życie.
Nabrałam powietrza, ale nie byłam w stanie powstrzymać ciętej riposty.
- Jestem pewna, że Eulalie też chciałaby zacząć nowe życie.
Podszedł do mnie trzema wielkimi krokami. Mój ojciec nie był brutalny, ale w tej chwili naprawdę się bałam, że mnie uderzy. Złapał mnie za łokieć i zaciągnął do korytarza.
- Ten upór ma się skończyć. Natychmiast.
Sięgając po siły, o których istnieniu nie miałam pojęcia, potrząsnęłam głową i otwarcie mu się sprzeciwiłam.
- Idź, rozpoczynaj nowe życie, skoro tak bardzo tego chcesz. Ale zostaw mnie, bym mogła opłakiwać siostry tak, jak uznam za stosowne.
- Nikt z nas nie zdoła zacząć nowego życia, jeśli ty będziesz krążyć po domu cała w czerni i nie dasz nam zapomnieć!
Odwrócił się do okna, przeklinając pod nosem. Kiedy znów na mnie spojrzał, jego czoło orały zmarszczki.
- Nie chcę się kłócić, Annaleigh. Tęsknię za Eulalie tak bardzo, jak i ty. Za Elizabeth, Octavią i Avą także. A szczególnie za twoją matką. Myślisz, że cieszy mnie, iż połowę rodziny oddałem z powrotem do Soli?
Ojciec opadł na niewielką ławeczkę. Była dla niego za niska i kolana podeszły mu pod brodę. Po chwili skinął, bym do niego dołączyła.
- Wiem, że większość mężczyzn pragnie dorodnych synów, którzy pójdą w ich ślady, przejmą ziemie i nazwiska, ale mnie zawsze rozpierała duma, że mam tyle córek. Wiele moich najlepszych wspomnień dotyczy tego, jak cała wasza jedenastka bawi się w przebieranki z waszą matką, jak wybieracie lalki. Uwielbiałem te czasy. A gdy Cecilia zaszła w ciążę z Verity... To była taka wspaniała niespodzianka. Kiedy odeszła, nie sądziłem, że jeszcze kiedyś poczuję taką radość.
Po nosie spłynęła mu łza. Otarł ją ze wzrokiem wbitym w kafelki u naszych stóp. Niewielkie kawałki oszlifowanego przez morze szkła układały się w mozaikę fal przelewających się przez korytarz.
- Po tylu latach tragedii i smutków mam wreszcie szansę znów zaznać radości. Nie będzie idealna, bo jak by mogła być, gdy odeszło tyle osób, które kochałem, ale chcę się nią nacieszyć, póki jeszcze mogę.
Zupełnie już postrzępiłam wstążkę na nadgarstku. Bawiłam się frędzelkami z wrażeniem déja vu. Czy nie o tym dopiero co rozmawiałam z Camille?
- Myślisz, że ci krawcy mają jakieś jasnoszare jedwabie? - stwierdziłam, ustępując.
- Cecilia uwielbiała cię w zieleni. - Dał mi kuksańca. - To dlatego cały twój pokój jest w jadeitowym kolorze. Mówiła, że twoje oczy kojarzą jej się z morzem tuż przed wielkim sztormem.
- Zobaczę, co mają - odparłam, ujmując rękę, którą mi podał. - Ale na pewno w różu mnie nie zobaczysz.
- Spójrz na ten atłas! To najpiękniejszy odcień różu, jaki kiedykolwiek widziałam! - zawołała Rosalie, podrzucając materiał nad głowę.
Złoty salonik tonął w materiałach i lamówkach. Kuferki z wstążkami i koronkami leżały otwarte niczym skrzynie skarbów, z których wysypuje się zawartość. Wszystkie płaskie powierzchnie były zajęte. Zdążyłam się już potknąć o trzy pudełka z guzikami.
Camille przyłożyła do twarzy próbkę szafranowego koloru.
- Jak ci się podoba ten odcień, Annaleigh?
- Doskonale do ciebie pasuje - odezwała się Morella.
Siedziała pośrodku tego chaosu, na tuftowanym szezlongu, niczym rozpieszczona królowa pszczół. Nie spojrzała na mnie od zajścia w jadalni. Musiałam ją w jakiś sposób przeprosić.
- Coś niebieskiego bardziej podkreślałoby twoje oczy. - Uniosłam błękitną belę. - Widzisz? Podkreśla twoją cerę, wyglądasz znakomicie. Morello, jak sądzisz?
Morella skinęła lekko głową, po czym odwróciła się, by obejrzeć lśniącą wstążkę, którą Mercy wyciągnęła z pudełka.
- Ten szyfon pasuje do pani idealnie - odezwała się krawcowa. - Widziała pani te rysunki? - Kobieta podała Camille kilkanaście wzorów. - Z tego materiału możemy wykonać każdą z tych sukien.
Camille wzięła rysunki i usiadła na pufie zarzuconym lśniącymi pastelowo adamaszkami. Krawcowa uklękła obok niej i zaczęła notować.
Na stojaku obok mnie na wyściełanych wieszakach zawieszono kremowe lny i piękne zielone jedwabie. Wybrałam trzy wzory na długie, powłóczyste suknie, a nawet suknię balową na przyjęcie trojaczek. Mimo moich wątpliwości tiul w kolorze piany morskiej - upstrzony srebrnymi cekinami niczym gwiazdami - sprawił, że nie mogłam się doczekać. To będzie naprawdę cudowna suknia.
Lenore otworzyła ozdobne pudło.
- Och! Spójrzcie na to!
W wyłożonym aksamitem pudełku leżała para pantofelków. Srebrna skóra wyglądała na miękką jak puch i lśniła w świetle popołudnia. Po obu stronach przyszyto jedwabne wstążki, służące do obwiązywania kostek.
Te buciki były przeznaczone do tańca.
Verity złapała jeden i przysunęła go do twarzy, przyglądając się z zachwytem wzorkom z paciorków na czubku.
- Buty elfów!
- Wspaniałe - dodała z podziwem Morella.
Reynold Gerver, szewc, odezwał się:
- Zrobienie jednej pary zajmuje dwa tygodnie. Podeszwy są dodatkowo wyściełane dla większego komfortu. Można w nich tańczyć całą noc, a rano stopy w ogóle nie będą bolały.
Rosalie zabrała Verity but.
- Chcę taką parę na nasz bal.
- Nie, ja je zobaczyłam pierwsza! - zaprotestowała Lenore. - To ja je chcę.
- Każda z nas powinna dostać parę - odezwała się Ligeia.
Przysiadła się do Morelli i dotknęła wstążek.
- Tylko raz kończy się szesnaście lat.
Camille uniosła wzrok znad rysunków.
- A są też w innych kolorach? Bardzo bym chciała parę w kolorze różowego złota, by pasowała do mojej sukni balowej.
Gerver skinął głową.
- Mam tu próbki wszystkich moich skór.
Wyciągnął teczkę spod żółtego materiału. Spojrzał na Morellę.
- Te pantofelki są wyjątkowe... więc kosztują też odpowiednio.
- Odpowiednio? - od drzwi zadudnił głos ojca. - Zostawiam moje dziewczyny na godzinę i już przehulały dom?
Rosalie uniosła lśniący pantofelek.
- Ojcze! Spójrz na to! Te buty byłyby idealne na nasz bal! Możemy je dostać? Proszę!
Ojciec popatrzył po pełnych nadziei twarzach moich sióstr.
- I pewnie każda z was chce parę?
- My też? - zapytała Honor, stając na palcach, by wyjrzeć zza sterty pudeł na kapelusze.
Ojciec miał niewzruszoną minę.
- Muszę je zobaczyć. Jedna z najważniejszych zasad handlu brzmi: "Nigdy nie podejmuj decyzji przed obejrzeniem towaru".
Rosalie przekazała pantofelek Verity i pchnęła ją lekko. Dziewczynka podeszła do ojca z nabożnie wyciągniętym przed siebie butem.
- Ojcze, to są buty elfów.
Tato zaczął obracać pantofelek w rękach z teatralną przesadą.
- Mówisz, że to buty elfów? - Zielone oczy Verity, w tym samym odcieniu, co moje, aż zalśniły. - Wydają się niesamowicie delikatne. Aż za bardzo.
Szewc wystąpił naprzód.
- Ależ skąd. Zapewniam pana, że wytrzymają cały sezon balów. Wykonuję podeszwy z najlepszej skóry w królestwie. Elastycznej, a zarazem wytrzymałej.
Ojciec nie wyglądał na przekonanego.
- Ile za osiem par?
Morella pociągnęła nosem.
- Dziewięć par - poprawił się ojciec. - Dziewięć par gotowych przed końcem miesiąca. Moje córki wyprawiają bal. I będą potrzebowały butów.
Gerver zagwizdał przez zęby.
- To niewiele czasu. Będę potrzebował pomocników...
- Ile?
Gerver zaczął liczyć na palcach, po czym poprawił złote okulary, które zsuwały mu się z nosa.
- Jedna para kosztuje sto siedemdziesiąt pięć złotych floretów. Ale aby zrobić dziewięć par w trzy tygodnie... Musiałbym wziąć co najmniej trzy tysiące.
Radosna atmosfera w pokoju przygasła. Nie było szans, by ojciec zgodził się na taką rozrzutność. Już same suknie będą go kosztowały majątek.
- Jestem pewna, że dziewięć par butów nie doprowadzi nas do bankructwa, Ortunie - powiedziała z promiennym uśmiechem Morella.
Verity stanęła na palcach, wpatrując się w minę ojca. Ten ukląkł przy niej.
- Kochanie, naprawdę myślisz, że te pantofelki są tyle warte?
Dziewczynka popatrzyła na nas, po czym kiwnęła głową.
Ku naszemu zaskoczeniu ojciec uśmiechnął się szeroko.
- W takim razie wybierz swoje. Buty elfów dla wszystkich!
Ostatnim pociągnięciem wioseł, przepłynąwszy wzdłuż wypłowiałego od słońca doku, przybiłam jolką do przystani w Selkirk. Słońce ledwie unosiło się nad horyzontem. Podczas stypy Eulalie Morella wspomniała, że miała powiedzieć ojcu o dziecku, ale przeszkodzili jej rybacy, którzy przynieśli do domu ciało Eulalie. Może coś widzieli, jakiś drobiazg, o którym zapomnieli powiedzieć ojcu, ponieważ uznali śmierć mojej siostry za wypadek.
Umocowałam linę cumującą do knagi i wyszłam na brzeg. Musiałam znaleźć tych rybaków.
Pięć wysp Salann ciągnęło się przez morze Kaleic niczym lśniące perły na naszyjniku.
Selkirk leżała najdalej na północnym wschodzie. Tu mieszkali handlarze ryb, kapitanowie i żeglarze. Na tętniącym życiem nabrzeżu oporządzano codzienne dostawy owoców morza.
Z kamienistych brzegów następnej, Astrei - najgęściej zaludnionej - wyrastały sklepy, targi i tawerny. To było lśniące miasto handlu i bogactwa. Od kiedy ogłoszono bal, trojaczki pływały tam prawie codziennie, by buszować po sklepach w poszukiwaniu drobnych skarbów. Dodatkowa para pończoch, nowy odcień pomadki. Morella zdołała jakoś przekonać ojca, że są to przedmioty niezbędne dla młodych panien, które mają się pokazać w towarzystwie.
My mieszkaliśmy dokładnie pośrodku tego łańcucha, na Solnej.
Vasa ciągnęła się niczym długi, chudy węgorz, a po jej północnej i południowej stronie znajdowały się porty. Ojciec nadzorował potężną stocznię, która zajmowała całą wyspę. Większość floty królewskiej została zbudowana na Vasie. Ktoś na dworze słyszał kiedyś, jak król się przechwalał, że z Salann pochodzą najszybsze statki jego floty, a ojciec potem miesiącami kraśniał z dumy.
Ostatnia wyspa była najmniejsza, ale też najważniejsza. Hesperus był jednym z kluczowych stanowisk obronnych całej Arcannii. Stała na nim latarnia morska, nazywana czule Starą Maude, wyższa niż jakakolwiek inna w kraju. Nie dość, że pomagała statkom zawijać i wypływać z portu, to jeszcze była doskonałym punktem obserwacyjnym, z którego wypatrywaliśmy wrogów.
Kochałam tę latarnię. Była dla mnie niczym drugi dom. Kiedy byłam mała, zgłaszałam się na ochotnika, by myć okna w Highmoor, aż lśniły, i wyobrażałam sobie, że poleruję latarnię. Wspinałam się na najwyższe klify i udawałam, że jestem na szczycie Starej Maude, wypatrując obcych statków - w rzeczywistości byli to rybacy wypływający na połów - i notowałam wszystkie istotne szczegóły w wielkiej księdze, tak jak to robił Silas.
Silas był latarnikiem od niepamiętnych czasów. Dorastał w latarni, gdzie od swojego ojca uczył się obsługi świateł. Kiedy stało się jasne, że Silas nigdy nie będzie miał własnych dzieci, ojciec uznał, że trzeba wyznaczyć mu ucznia, który z czasem go zastąpi. Co wieczór modliłam się do Pontusa, by wybrał mnie.
Wybrano jednak syna Hanny, Fishera. Pracował w dokach, ale ojciec powiedział, że jest przeznaczony do większych rzeczy. W dzieciństwie Camille i ja łaziłyśmy za nim po całej Solnej, podziwiając każdy jego ruch, kompletnie w nim zadurzone. Kiedy wyjechał, by zacząć nauki, przez tydzień wieczorami płakałam w poduszkę.
Patrząc teraz za nabrzeże Selkirk, zdołałam dostrzec błysk latarni i zaczęłam się zastanawiać, co robi Fisher. Pewnie myje okna. Silas miał na tym punkcie obsesję.
Ruszyłam do doków i zatrzymałam się przy pierwszej napotkanej łodzi, by zapytać kapitana, czy wie, kto odnalazł ciało nieopodal Solnej. Odpędził mnie, mówiąc, że kobieta blisko łodzi przynosi pecha. To samo zrobili dwaj inni marynarze, nim trafiłam na takiego, który chciał ze mną rozmawiać.
- Córkę księcia? - zapytał, żując tytoń. Z ust spłynęła mu strużka śliny i poplamiła na żółto jego brodę. - Kilka tygodni temu?
Skinęłam energicznie głową. Bardzo pragnęłam zdobyć te informacje.
- Powinnaś porozmawiać z Billupsem... - Rozejrzał się po nabrzeżu. - Ale jego łódź odpłynęła.
- Wie pan, kiedy wróci? - W związku z wszystkimi przygotowaniami do balu mogłam tu spędzić większość popołudnia i nikt by się tym nie przejął.
- Nie dziś - odparł, psując mi plan. - Ani jutro. Wypłynął na ostatni duży połów przed Sztormami. - Uniósł dłoń na wiatr. - Czujesz ten chłód w powietrzu? To już niedługo.
Uśmiechnęłam się w podziękowaniu, czym próbowałam ukryć rozczarowanie.
- A nie było z nim Ekhera? - zapytał towarzysz marynarza, który usłyszał naszą rozmowę, gdy zwijał olbrzymią szpulę grubej liny.
- Tak? Nie sądziłem, że jeszcze opuszcza doki.
Drugi mężczyzna odchrząknął i we dwóch ustawili szpulę w pionie.
- Jest kilka pirsów dalej, to stary naprawiacz sieci. Na pewno go zauważysz.
Ruszyłam labiryntem łączących się ze sobą doków, rozglądając się za kimś z sieciami. Zobaczyłam go trzy pirsy dalej.
Ekher siedział na ławce, otoczony kłębami niebieskich i granatowych sznurów. Lata życia w dokach sprawiły, że jego skóra pociemniała i stała się szorstka, a zmarszczki głęboko się w nią wryły. Żylastymi palcami trzymał okropnie wykrzywioną igłę, używaną do łączenia sieci. Kiedy tak przesuwał nimi po sznurach, szukając odpowiedniego punktu, uświadomiłam sobie, że ich nie widzi. Był ślepy.
Zatrzymałam się. Musiałam się zastanowić, co mam teraz zrobić. To jasne, że mężczyzna nie jest w stanie podać mi żadnych szczegółów dotyczących odnalezienia Eulalie - to Billups musiał ją zauważyć. Już miałam odejść, gdy Ekher powoli odwrócił się od sieci i skierował na mnie zamglone, niewidzące oczy.
- Dziewczyno, jeśli zamierzasz gapić się cały ranek na starca, to przynajmniej podejdź i dotrzymaj mu towarzystwa. - Wyciągnął rękę i skinął na mnie zakrzywionym palcem.
Powstrzymałam nerwowy chichot i podeszłam do jego ławki.
- Nie wiedziałam, że mnie pan widzi - przeprosiłam, wygładzając lnianą sukienkę.
- Oczywiście, że cię nie widzę. Jestem ślepy - odparł.
Przechyliłam głowę.
- Więc jak...
- Twoje perfumy. Albo mydło. Czy czego tam używają dziewczęta. Wyczułem to na sto kroków.
- Och - jęknęłam z zawodem, zasmucona, że jego odpowiedź jest tak pragmatyczna.
- Czego w ogóle chcesz od starego, ślepego naprawiacza sieci?
- Słyszałam, że był pan z rybakiem, który znalazł ciało...
- W następny wtorek skończę dziewięćdziesiąt osiem lat, dziecko. Napotkałem wiele ciał w życiu. Mów dokładniej.
- Eulalie Thaumas. Córka księcia.
Opuścił igłę.
- Och. Ona. Okropna sprawa.
- Czy pański przyjaciel, Billups, sądzi, że wtedy wydarzyło się coś nietypowego?
- Widok spadających z klifu młodych dam nie jest specjalnie typowy, prawda? O to ci chodzi?
Usiadłam na ławce obok niego.
- Więc uważa pan, że to był wypadek?
Ekher uniósł dwa zakrzywione palce do piersi, jakby odganiał złe duchy.
- A co innego? Na pewno nie skoczyła. Miała medalion.
- Medalion? - powtórzyłam.
Nigdy nie widziałam, by Eulalie nosiła medalion.
Skinął głową.
- Łańcuszek się rozpadł, ale Billups odczytał napis.
Zanim zdążyłam zadać kolejne pytanie, wyprostował się i złapał mnie za rękę. Jego palce wbiły mi się w dłoń, aż krzyknęłam z zaskoczenia i bólu. Nie potrafiłam wyrwać się z jego uścisku.
- Coś się zbliża - odezwał się spanikowany.
Uniosłam drugą dłoń do oczu, by osłonić je przed słońcem. Na nabrzeżu panował typowy gwar. Mewy krzyczały nad głowami, planując, jak by tu ukraść coś z połowu niespodziewających się niczego rybaków. Kapitanowie krzyczeli w dokach, wydając rozkazy, a czasem klnąc, gdy krnąbrni chłopcy ruszali się powoli z powodu bólu głowy, którego na pewno nabawili się podczas szaleństw poprzedniej nocy w tawernach.
- Nic nie widzę.
Zacisnął mocniej palce. Był wyraźnie przerażony.
- Nie czujesz tego?
- Czego?
- Gwiazdy. Spadające gwiazdy.
Z powątpiewaniem spojrzałam na poranne niebo w kolorze bursztynu i brzoskwini. Nie było widać nawet Diademu Versii - najjaśniejszej z konstelacji nazwanej na cześć Królowej Nocy.
- Co się stało z medalionem? - zapytałam, próbując skupić jego uwagę na sprawach bieżących, by zapomniał o niewidocznych gwiazdach. - Czy przynieśliście go wraz z ciałem?
Oburzony zwrócił na mnie niewidzące oczy.
- Nie jestem złodziejem.
Pomyślałam o pogrzebie Eulalie i przypomniałam sobie ten okropny naszyjnik, który miała na sobie. To był pierwszy raz, gdy go widziałam. Czy to był właśnie ten medalion?
Westchnęłam sfrustrowana. Pogrzeb odbył się ponad dwa tygodnie temu. Jej trumna na pewno już się rozpadła, a Eulalie wróciła do Soli wraz z naszyjnikiem.
- Pamięta pan, co było na nim napisane?
Ekher skinął głową.
- Billups przeczytał to na głos. Obu nam zakręciła się łezka w oku. - Odchrząknął, jakby szykował się, by wygłosić wiersz. - Żyłem samotnie w świecie mierności, a moja dusza nie znała smutku ni radości, gdy Eulalie przyfrunęła jak gwiazda na niebie i jako żona uszczęśliwiła mnie.
Szczęka mi opadła.
- Żona? Eulalie nie była żoną.
Ekher wzruszył ramionami, wbijając znów igłę w sznury. Tym razem jednak nie trafił i zakrzywiony metal trafił w opuszek palca. Zdawał się tego nie zauważać. Ciemna krew poplamiła granatową sieć na czarno.
- Skaleczyłeś się.
Jego nastrój nagle znów się zmienił. Starzec potarł zakrwawiony palec i krzyknął:
- Wynoś się stąd, zanim stracę cały palec, ty głupia dziewucho! - Zmarszczył nos i splunął.
Odskoczyłam od niego i pobiegłam przed siebie, ale co chwilę odwracałam się, gdy wykrzykiwał za mną przekleństwa. Nigdy nie widziałam człowieka, któremu tak szybko zmieniał się nastrój. Czy tyle lat na słońcu pomieszało mu w głowie? Kiedy po raz ostatni rzuciłam na niego okiem, wpadłam na kogoś i prawie się przewróciłam.
- Bardzo przepraszam - zawołałam, wyciągając ręce, by złapać równowagę.
Wschodzące słońce było dokładnie za plecami nieznajomego, rzucając poświatę, która kompletnie mnie oślepiła. Przed oczami miałam ciemnoniebieskie i białe plamy.
Niczym gwiazdy tego starca.
- Sądzę, że to twoje? - Nieznajomy podszedł do mnie z wyciągniętą ręką.
Kiedy zasłonił światło, ujrzałam przyjazne spojrzenie niebieskich oczu.
Czułam się przy nim jak krasnoludek - ledwie sięgałam mu do ramion. Przyglądałam się jego postaci chwilę dłużej, niż wypadało. Pomyślałam, że musi być kapitanem. Pod elegancką wełnianą kurtką na pewno miał potężne mięśnie. Nietrudno było wyobrazić sobie, jak naciąga ciężki żagiel na maszt, pociągnięcie za pociągnięciem.
Miał niemodnie długie włosy. Ciemne loki sięgały prawie do brody. Jeden dotykał kącika jego ust, a mnie ogarnęło nagle niesamowite i przerażające pragnienie odgarnięcia go na bok, byle tylko poczuć jego miękkość.
Mężczyzna odchrząknął, a ja zarumieniłam się, przerażona, że w jakiś sposób odgadł moje myśli. Trzymał w palcach monetę, gdy ja gapiłam się na niego, walcząc z gonitwą myśli.
- Upuściłaś ją. - Ujął moją dłoń i położył na niej miedziany pieniążek.
Tak prosty gest, codziennie powtarzany przez kupców i sprzedawców, nie powinien wydawać się tak intymny, ale jego dotyk sprawił, że przeszedł mnie dreszcz emocji. Jego kciuk pogładził wnętrze mojej dłoni, w której aż mnie zamrowiło, gdy oddał mi monetę. Zaparło mi dech, gdy naszła mnie irracjonalna myśl, co czułabym, gdyby te same palce dotknęły mojej szyi, policzków, ust...
- Dziękuję - wydusiłam z trudem. - To bardzo miłe. Większość ludzi by ją zatrzymała.
- Nie mógłbym zatrzymać czegoś, co nie należy do mnie. - Wyczułam, że chce się uśmiechnąć. - Poza tym to tylko miedziany floret. Wolę stracić pieniądze, ale zyskać okazję do rozmowy z piękną dziewczyną, która jest ich właścicielką.
Otworzyłam usta, by coś odpowiedzieć, ale zabrakło mi słów.
Podszedł o krok bliżej, by przepuścić dwóch rybaków z ciężką skrzynią.
- Właściwie to może mogłabyś mi pomóc?
Natychmiast zwiększyłam czujność. Ojciec ostrzegał nas przed złodziejami i kieszonkowcami na wyspach. Może zwrot monety to tylko podstęp, by pozbawić mnie większej sumy.
- Jestem tu nowy i szukam kapitana.
Zmrużyłam oczy, wpatrując się w jego dłonie. Ojciec mówił, że niektórzy są tak wprawieni w swoim fachu, że potrafią skraść pierścionki z palców, a ty nawet nic nie zauważysz.
- To duży port. - Wskazałam otaczające nas statki. - Cumuje tu wielu kapitanów.
Uśmiechnął się szczerze, a na jego twarzy pojawił się wyraz rozczarowania. Pomyślałam, że może jednak ma dobre intencje.
- Oczywiście. Szukam kapitana Coruma. Waltera Coruma.
Wzruszyłam ramionami. Czemu jego wzrok tak mnie wyprowadzał z równowagi? Tyle lat zamknięta w Highmoor nie zdobyłam prawie żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o mężczyzn. Nawet dłuższa rozmowa ze służącym ojca, Rolandem, przyprawiała mnie o rumieńce. Wskazałam targ w głębi portu.
- Tam na pewno ktoś będzie wiedział.
Wzrok mojego rozmówcy przygasł. Był wyraźnie zawiedziony.
- Ale ty nie wiesz?
- Nie jestem z Selkirk.
Odwrócił się, by odejść.
- Masz z nim pływać? - zawołałam zbyt głośno. - Z kapitanem Corumem?
Potrząsnął głową.
- Jest chory. Ma szkarlatynę. Przyjechałem się nim opiekować.
- Czy to znaczy, że jest ciężko chory?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Myślę, że niedługo się dowiem.
Przypomniało mi się, jak wszyscy zebrali się przy łóżku Avy, gdy zachorowała. W pokoju było ciemno, bo zasłony starannie zaciągnięto. Uzdrowiciele twierdzili, że należy wygrzać chorobę, więc panowała tam okropna duchota - ojciec kazał utrzymywać duży ogień w kominku. Mimo to Ava dzwoniła zębami, a ja bałam się, że popękają i wypadną z jej zakrwawionych ust niczym grad.
Obcy nie wyglądał jednak na uzdrowiciela. Był stworzony do pływania na statku, wysoko nad taflą morza, w bocianim gnieździe, w połowie drogi do gwiazd. Oczami wyobraźni widziałam, jak wiatr targa jego ciemnymi włosami, a on spogląda na horyzont w poszukiwaniu przygód.
- Mam nadzieję, że szybko wyzdrowieje. - Wykręcałam palce, nie wiedząc, co zrobić z rękami. - Pomodlę się dziś wieczór do Pontusa o jego zdrowie.
- To bardzo miło z twojej strony... - zawiesił głos, najwyraźniej czekając na moje imię.
- Annaleigh.
Uśmiechnął się. Mnie zaparło dech, a gdzieś głęboko w środku poczułam drżenie.
- Annaleigh - powtórzył, a w jego ustach moje imię brzmiało bujnie i soczyście, niczym wers wiersza czy pieśni.
- Thaumas - dodałam, chociaż nie pytał.
Brzmiałam jak jąkający się głupek i chciałam się zapaść pod ziemię.
Oczy mu zalśniły, jakby rozpoznał moje nazwisko, i zaczęłam się zastanawiać, czy może zna mojego ojca.
- Annaleigh. Thaumas. - Uśmiechnął się szerzej. - Przepięknie. - Zgiął się w głębokim ukłonie, wyciągając rękę niczym pełen galanterii dworzanin. - Mam nadzieję, że nasze drogi jeszcze się spotkają.
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, odwrócił się i był już w połowie pirsu, uchylając się przed następną skrzynią.
- Chwila! - zawołałam, a on zatrzymał się i spojrzał na mnie.
Na jego twarzy rysowała się zaskakująca przyjemność, gdy czekał na moje dalsze słowa.
Chociaż czułam, że się rumienię, podeszłam bliżej.
- Mogę ci pokazać drogę na targ... jeśli masz ochotę.
Spojrzał w stronę straganów, które znajdowały się kilka doków dalej.
- Tamten targ?
Jego lekki ton sugerował, że żartuje, ale mój żołądek skręcił się ze wstydu. Zmusiłam się do uśmiechu.
- Tak, cóż, jestem pewna, że trafisz. - Skinęłam głową. - Do widzenia... - Nie znałam jego imienia, więc pożegnanie zabrzmiało dziwnie. - Sir - dodałam o dwie sekundy za późno.
Twarz mnie paliła, gdy wracałam wolno do swojej jolki. Nagle poczułam, jak ktoś łapie mnie delikatnie za przegub i znów ujrzałam przystojnego obcego. Złapałam go za przedramię, by nie upaść. Teraz wydawał się wyższy, a na jego skroni zauważyłam wąską bliznę w kształcie półksiężyca. Wiedziałam, że się gapię, więc szybko cofnęłam się o dwa kroki, by dzieliła nas przyzwoita odległość.
- Cassius - powiedział. - Mam na imię Cassius.
- Och.
Podał mi ramię.
- Będę bardzo wdzięczny za wskazanie drogi na targ. To mój pierwszy raz na Selkirk i nie chciałbym się zgubić.
- To naprawdę olbrzymi port - powiedziałam, spoglądając na przystań, jakby zrobiła się trzy razy większa.
- Czy w takim razie mi pomożesz, panno Thaumas? - Oczy mu lśniły, a na wargach znów pojawił się uśmiech.
- Myślę, że powinnam.
Poprowadził nas wzdłuż następnego doku; skręciliśmy w lewo, w prawo, a potem znów w lewo, by przeciągnąć drogę.
- Więc jesteś uzdrowicielem? - zapytałam, przeskakując przez zwój liny. - Na nabrzeżu pojawiało coraz więcej rybaków szykujących się do wypłynięcia. - Powiedziałeś, że przyjechałeś zaopiekować się przyjacielem?
- Ojcem - odparł. - I nie, nie jestem uzdrowicielem. To po prostu oddanie rodzinie czy raczej rodzinny obowiązek. - Przysunął się do mnie, by uniknąć zderzenia z wyciąganymi na nabrzeże więcierzami pełnymi homarów. Nachylił się i szepnął mi do ucha: - Widzisz, panno Thaumas, jestem bękartem.
Powiedział to niefrasobliwie, jakby chciał mnie zszokować.
- To nieistotne - odparłam szczerze. - Nie powinno mieć znaczenia, co robili twoi rodzice, a tylko jaką jesteś osobą.
- Jakże szlachetnie z twojej strony. Żałuję, że inni nie podzielają tego zdania.
Skręciliśmy po raz kolejny i w końcu trafiliśmy na targ. Stragany stały pod prowizorycznymi daszkami, które osłaniały świeże ryby przed bezlitosnymi promieniami słońca. Lekki zefirek rozwiewał najgorszy smród, ale wciąż czuło się ostry zapach patroszonych ryb.
- No cóż. - Wskazałam stragany. - To tutaj. Jestem pewna, że wszyscy sprzedawcy wiedzą, gdzie on mieszka. To niewielka społeczność. Wszyscy znają wszystkich.
Kiedy tylko wypowiedziałam te słowa, uświadomiłam sobie, jakie są prawdziwe. Kiedy weszliśmy w tłum, zaczęto się nam przyglądać i natychmiast rozpoznano we mnie córkę księcia. Chociaż większość kupców miała na tyle taktu, by szeptać, osłaniając usta ręką, to i tak słyszałam ich słowa.
- To ta Thaumasówna.
- Jaka szkoda, że...
- ... nie minął nawet miesiąc od śmierci...
- ... przeklęte...
Na wspomnienie klątwy włosy zjeżyły mi się na karku. To była idiotyczna plotka, ale plotki mają to do siebie, że zamieniają się w coś dużego i okropnego. Nie wiedziałam, czy Cassius coś zauważył. Byłam zbyt zawstydzona, by na niego spojrzeć.
- Co ona ma na sobie? To nawet nie jest szare...
- ... niech odejdzie...
- ... przyniesie nam pecha...
- Hej, ty tam! - Jeden głos wybił się nad szepty. - Nie powinno cię tu być!
- Muszę iść. - Wypuściłam ramię Cassiusa. Potrzeba ucieczki przeważyła nad pragnieniem pozostania z nim. - Mam nadzieję, że znajdziesz ojca i że on szybko wyzdrowieje!
- Ale... Annaleigh!
Odwróciłam się na pięcie i nim zdołał mnie zatrzymać, pognałam do jolki. Musiałam wypłynąć na morze, w fale. Chciałam, żeby morska bryza odgoniła ode mnie narastające uczucie paniki, a rytmiczne unoszenie się fal uspokoiło umysł.
Nie byłyśmy przeklęte.
Wskoczyłam do łódki, próbując zapomnieć o szeptach tłumu, ale wciąż słyszałam ich słowa, powtarzające się i coraz głośniejsze, aż grupa handlarzy ryb zamieniła się we wrzeszczący tłum z pochodniami i nożami.
Stanęłam na palcach, wyglądając nad pomostem, czy ktoś poszedł za mną. Miałam cichą nadzieję, że zobaczę Cassiusa, ale ta część portu była cicha. Chłopak został na targu i pewnie właśnie słuchał o siostrach Thaumas. Ogarnął mnie smutek, gdy wyobraziłam sobie, jak jego piękny uśmiech znika na wieść o upiornych śmierciach w Highmoor. Chociaż moją głupotę widział tylko mały krab, maszerujący po deskach, cała się zarumieniłam. Nie znałam Cassiusa, ale nie mogłam znieść myśli, że mógłby wyrobić sobie na mój temat niepochlebną opinię.
- Nie wygłupiaj się. - Odwiązałam linę i odepchnęłam łódź od brzegu. - To był tylko zwykły flirciarz, a ty masz poważniejsze sprawy na głowie.
Kiedy wypłynęłam z portu, zatrzymałam się i pochlapałam rozpaloną twarz wodą. Naprawdę miałam poważniejsze sprawy na głowie. Co oznaczał napis na medaliku Eulalie? Eulalie żoną?
To nie miało sensu. Moja siostra miała wielu zalotników, ale żaden z nich nigdy się nie oświadczył.
A może?
Zmarszczyłam brwi i zabrałam się za wiosłowanie. Eulalie nie powiedziałaby nam o narzeczonym tylko z dwóch powodów: ten ktoś albo nie spodobałby się ojcu... albo samej Eulalie.
W tym momencie zaczęła działać moja wyobraźnia. Ujrzałam ostatnią noc Eulalie. Na pewno spotkała się ze swoim niedoszłym narzeczonym, odrzuciła zaloty, mówiąc, że nie mogą być razem. Kłócili się, napięcie rosło, aż w końcu on zepchnął ją ze skał. Czy rzucił za nią medalion, by zatrzeć ślady swego nieodwzajemnionego uczucia? Wyobraziłam sobie, jak Eulalie spada, na jej twarzy rysuje się zaskoczenie, a po chwili przerażenie na myśl, że nie zdoła się z tego wykaraskać, nie będzie mogła wrócić i wszystkiego naprawić. Czy krzyczała, nim uderzyła o skały?
Fale bijące w bok mojej jolki przywróciły mnie do rzeczywistości. Chociaż były to tylko domysły, wiedziałam, że jestem na właściwym tropie. Śmierć mojej siostry nie była wypadkiem. To nie była żadna klątwa.
Eulalie została zamordowana.
A ja zamierzałam to udowodnić.
Zgrzyt.
Zgrzyt.
Zgrzyyyt.
Trzymałam rękę na gałce od szuflady w biurku Eulalie, gdy usłyszałam uginającą się deskę w korytarzu. Zamarłam, a serce waliło mi jak oszalałe. Byłam pewna, że zaraz ktoś mnie nakryje. Chociaż w domu nie było zasad, które by mówiły, że do pokojów naszych zmarłych sióstr nie wolno wchodzić, nie chciałam, aby ktokolwiek wiedział o moim śledztwie. Natychmiast zalała mnie fala wymówek, które miałyby wyjaśnić, czemu tu weszłam, ale żadna nie brzmiała przekonująco.
Kiedy nikt nie zjawił się w pokoju, by mnie skrzyczeć, podeszłam na palcach do drzwi i wyjrzałam na korytarz.
Pusty.
Odetchnęłam z ulgą, zamknęłam za sobą cicho drzwi i zaczęłam przyglądać się pokojowi Eulalie, rozważając, gdzie szukać dalej.
Kiedy wróciłam z Selkirk, okazało się, że dom praktycznie świeci pustkami. Morella znowu zabrała trojaczki na Astreę, a Gracje miały jeszcze lekcje z Bertą. Z Niebieskiego Pokoju dotarła do mnie seria fałszywych dźwięków - Camille ćwiczyła nową solówkę na fortepianie. Wszyscy byli zajęci, więc był to idealny moment, by zakraść się do pokoju Eulalie i wyszukać coś, co potwierdzi moją teorię o wzgardzonym kochanku.
Odkąd jej nie było, wszystko zrobiło się bardziej uporządkowane. Gdyby żyła, nie byłaby tym zachwycona. Książki leżały w równych stertach na biurku, a nie rozrzucone u stóp szezlonga. Podłogi nie zaścielały ubrania, a większość mebli chowała się pod białymi pokrowcami.
Krążyłam po pokoju, niepewna, czego szukać, aż zauważyłam wysoki cokół przy oknie. Stała na nim przywiędła i potrzebująca natychmiastowej uwagi paproć, zasłaniająca ukrytą szufladkę, o której raz wspominała Ava. Eulalie trzymała w niej swoje najcenniejsze skarby.
Po kilku minutach obmacywania i przyciskania cokołu trafiłam na dźwigienkę i otworzyłam tajemną skrytkę. Wyciągnęłam z niej trzy nieduże tomiki. Liczyłam, że są to pamiętniki opisujące jej dnie i sekrety. Przejrzałam pierwsze kilka stron. Okazało się, że to zakazane przez ojca powieści o treściach zbyt drastycznych dla oczu panien. Odłożyłam je na bok z zaskakującym uczuciem zadowolenia, że jednak zdołała je przeczytać.
Na dnie szuflady znalazłam wstążki do włosów, biżuterię i ładny zegarek kieszonkowy. Otworzyłam kopertę i znalazłam w niej pukiel włosów okręcony miedzianym drucikiem. Trzymając go w palcach, zastanawiałam się nad tym kolorem. Po śmierci naszej matki i sióstr wszystkie dostawałyśmy pukle ich włosów, by schować je w pamiętnikach albo wpleść do żałobnej biżuterii, ale ten pukiel był jasnoblond, prawie biały, zdecydowanie zbyt jasny, by pochodził z głowy jakiegokolwiek Thaumasa. Wsunęłam go do kieszeni, by później się nad tym zastanowić.
Znalazłam jeszcze flakonik perfum i chusteczkę. Brak haftów i koronek sugerował, że nie mogła należeć do Eulalie. Jej zapach drażnił nos, bo czuć ją było wyjątkowo mocnym fajkowym dymem.
- Co ty robisz? - zaskoczył mnie czyjś głos.
Aż podskoczyłam i upuściłam chusteczkę. Spłynęła na podłogę niczym motyl przy pierwszych mrozach. Serce mi waliło, gdy gwałtownie odwróciłam głowę w stronę drzwi, w których stała Verity ze szkicownikiem w ręku. Jej krótkie kasztanowe włosy były ściągnięte z tyłu dużą kokardą, a sukienka ubrudzona pastelami. Westchnęłam z ulgą, szczęśliwa, że to nie ojciec mnie przyłapał.
- Nic. Nie powinnaś być na lekcjach?
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Honor i Mercy pomagają kucharce szykować ptifurki na bal. Berta nie chciała robić lekcji tylko dla mnie. - Verity ruszyła w stronę pokoju trojaczek po drugiej stronie korytarza. - Chciałam sprawdzić, czy Lenore zgodzi się mi pozować.
- Wyszły z Morellą. Ostatnie przymiarki.
Przesunęłam się tak, by zamknąć plecami skrytkę.
Verity zmarszczyła usta i przyjrzała mi się uważnie.
- Nie sądzę, aby Eulalie spodobało się, że weszłaś do jej pokoju.
- Verity, Eulalie już z nami nie ma.
Dziewczynka zamrugała.
- Może pójdziesz do kuchni sprawdzić, czy nie potrzebują więcej pomocy? - zaproponowałam. - Jestem pewna, że kucharka pozwoli ci spróbować lukru.
- Pożyczasz coś?
- Niezupełnie. - Zasłoniłam suknią chusteczkę.
- Przyszłaś tu popłakać?
- Słucham?
Wzruszyła ramionami.
- Ojciec czasem przychodzi do pokoju Avy. Myśli, że nikt o tym nie wie, ale ja słyszę go w nocy.
Pokój Avy był na czwartym piętrze, dokładnie nad pokojem Verity.
Nachyliła się, z ciekawością zaglądając do pokoju, ale nie weszła do środka.
- Nie powiem nikomu, jeśli tak robisz.
- Nie płaczę.
Wyciągnęła rękę, prosząc, bym podeszła. Zostawiłam chusteczkę na podłodze z nadzieją, że jej nie zauważy. Verity przesunęła palcem po moim policzku i spojrzała na mnie z zawodem, gdy okazało się, że jest suchy.
- Wciąż za nią tęsknię.
- To zrozumiałe.
- Ale nikt poza mną. Nikt już jej nie pamięta. Mówią tylko o balu.
Uścisnęłam jej ramię.
- Nie zapomnieliśmy o niej. Musimy żyć dalej, ale to nie znaczy, że o niej zapomnieliśmy czy przestaliśmy ją kochać.
- Ona myśli inaczej.
Zmarszczyłam brwi.
- To znaczy?
- Myśli, że wszyscy są za bardzo zajęci swoim życiem, by ją pamiętać. - Verity spojrzała za siebie w głąb korytarza, jakby bała się, że ktoś podsłucha naszą rozmowę. - Elizabeth też tak mówi. Mówi, że wszystkie wyglądamy teraz inaczej, a ona nie.
- Gdy ją wspominasz?
Verity potrząsnęła głową.
- Kiedy ją widzę.
- We wspomnieniach - naciskałam.
Dziewczynka podała mi swój szkicownik.
Zanim zdążyłam go wziąć, korytarzem przebiegły Rosalie i Ligeia. Trzymały stertę pudełek opisanych nazwami kilku sklepów z Astrei.
- Och, dobrze, że tu jesteście! - zawołała Rosalie, próbując otworzyć drzwi do ich pokoju. - Musimy natychmiast wszystkie zejść na dół!
- Czemu? - zapytała Verity, nagle spięta. Na jej twarzy pokazał się strach. - Czy znów ktoś umarł?
Skrzywiłam się. Jaka sześciolatka martwiła się, że wezwanie oznacza, iż ktoś umarł?
- Oczywiście, że nie! - zawołała Ligeia, odkładając skarby u stóp łóżka. - Już są! Buty elfów! Zatrzymałyśmy się przy warsztacie szewskim, a tam akurat przyszywali ostatnie wstążki!
Oczy Verity rozbłysły i natychmiast zapomniała o szkicowniku.
- Są tutaj?
- Chodź zobaczyć! - Rosalie pognała korytarzem, krzycząc na górę do Camille, by też przyszła.
Najwyraźniej moja starsza siostra wróciła do swojego pokoju po ćwiczeniach. Ligeia pobiegła za Rosalie, a ich kroki zadudniły na tylnych schodach.
- Powinnyśmy iść - powiedziałam.
- Nie zapomnij o chusteczce Eulalie - powiedziała Verity i pobiegła na dół.
Zamrugałam jeszcze raz, po czym odwróciłam się, by podnieść chustkę. Kiedy wyszłam, drzwi zatrzasnęły się za mną tak, jakby ktoś je popchnął.
Znów padało. Zimny deszcz tak ochładzał powietrze, że nie pomagały nawet rozpalone kominki. Krople spływały po szybach, zasłaniając widok na klify i fale. Niebieski Pokój pachniał wilgocią z nutką pleśni. Morella siedziała na kanapie, jak najbliżej kominka, i rozcierała plecy, a na jej twarzy malował się grymas bólu. Współczułam jej. Planowanie i organizowanie tak wielkiego wydarzenia było męczące nawet dla osób w pełni sił. W ciąży musiało być niezmiernie wyczerpujące. A trojaczki najwyraźniej ją wykończyły.
- Lenore, czy mogłabyś znaleźć ojca? Na pewno ucieszy się na widok tych butów. A mnie kostki u nóg okrutnie spuchły od tej pogody.
Sięgnęłam po niewielki puf spod fortepianu.
- Morello, powinnaś unieść nogi. Mamie często puchły stopy podczas ciąż. Starała się jak najczęściej trzymać je w górze. - Ustawiłam stołeczek pod jej nogami. Chciałam jej ulżyć. - Używała też maści z krasnorostów i oleju z siemienia lnianego. Co rano wcierałyśmy ją w jej kostki, zanim się ubrała.
- Krasnorosty i olej lniany - powtórzyła Morella i uśmiechnęła się do mnie w podziękowaniu.
Przyszło mi do głowy, że mogę jej pomóc, a zarazem wynagrodzić mój wybuch w dzień po pogrzebie Eulalie.
- Mogę ci jej trochę przygotować. Powinna pomóc.
- To bardzo miłe z twojej strony... Dostarczono już twoją suknię?
Po raz pierwszy zainteresowała się tym, co zamierzam założyć na bal. Ona też się starała, na swój sposób.
- Jeszcze nie. Camille i ja mamy ostatnią przymiarkę w środę. Może dołączysz do nas, jeśli będziesz się dobrze czuła?
Oczy zalśniły jej radośnie.
- Bardzo chętnie. Mogłybyśmy zjeść obiad w mieście i spędzić miło czas. Przypomnij mi, jakiego jest koloru?
- Morskiej zieleni.
Zamilkła na chwilę.
- Twój ojciec wspominał coś o skrzyneczce z biżuterią Cecilii. Może znajdziemy tam dla ciebie coś odpowiedniego? Pamiętam, że na jednym z portretów ma na sobie zielone turmaliny.
Doskonale wiedziałam, o którym obrazie mówi. Wisiał w gabinecie na czwartym piętrze, w którym mama ustawiła biureczko w słonecznej wnęce. W pogodne dni widać było stamtąd nawet latarnię morską. Ojciec zawiesił tam portret po jej śmierci.
- Byłabym zachwycona, gdybym na bal mogła założyć coś z jej biżuterii. Camille na pewno też.
- I ja! - zawołała Verity, pragnąc się przyłączyć.
- Oczywiście - powiedziała z uśmiechem Morella. - Zobaczymy, co tam jest.
Do pokoju wbiegły zdyszane Mercy i Honor. Aż się lepiły od słodyczy.
- Rosalie powiedziała, że są już buty elfów - powiedziała Mercy, natychmiast dostrzegając pudełka.
Wszyscy zaczęliśmy nazywać je butami elfów. Chociaż wiedziałam, że to tylko skórzane pantofelki, pięknie ufarbowane i skrojone, dodałyśmy im odrobinę magii. Te buty miały być początkiem naszego nowego życia. Gdy je włożymy, już nigdy nie będziemy takie jak dawniej.
Morella klepnęła Mercy po rękach.
- Poczekaj na ojca.
- I na mnie - dodała Camille, wchodząc z ojcem do pokoju.
Wszystkie skupiłyśmy się przy kanapie. Czekałyśmy niecierpliwie.
- A skąd będziemy wiedzieli, które należą do kogo? - zapytał.
- Każda z nas wybrała inny kolor - odparła Honor.
- Poza nami - dodała Rosalie w imieniu wszystkich trojaczek. - Nasze są srebrne.
- Cóż, zobaczymy, czy te buty elfów warte były takiego zamieszania? - Ojciec uniósł wieko pudełka i wszystkie aż jęknęłyśmy na widok zawartości.
Te w kolorze różowego złota należały do Camille. Na różowawej skórze świeciły metalowe kropeczki, które dodawały pantofelkom połysku. Nigdy nie widziałam nic tak niezwykle wyrafinowanego.
Następnie z pudełek wyciągnięto buty trojaczek. Ich skóra lśniła niczym ślubne srebra mamy. Wstążki dobrano w różnych odcieniach fioletu, pasujących do sukni sióstr. Ligeia miała liliowe, Rosalie fioletowe, a Lenore w kolorze tak ciemnego bakłażanu, że zdawały się czarne.
Pantofelki Honor były ciemnogranatowe ze srebrnymi paciorkami. Przypominały nocne niebo.
Mercy wybrała chłodny róż, taki sam jak barwa jej ulubionego kwiatu - róży. Poprosiła nawet krawcowe, by przyszyły jedwabne róże do jej sukni.
Złote pantofelki Morelli lśniły mocniej niż słońce. Rozpromieniła się, gdy ojciec podał jej je z miną tak pełną zachwytu, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
Verity podeszła wolno do ojca, gdy ten sięgnął po najmniejsze pudełko. Oparła się o jego nogę i próbowała zajrzeć do środka, gdy tylko je otworzył. Na widok wnętrza aż klasnęła z radości.
- Jakie piękne są te buty elfów! - zawołał ojciec, wyciągając fioletowe pantofelki usiane złotymi punkcikami.
- Och, Verity! Przepiękne! - wykrzyknęła Camille. - Chyba najładniejsze ze wszystkich.
Verity zdjęła stare buty i nałożyła pantofelki. Natychmiast zakręciła się radośnie, a my zachwycaliśmy się naszą malutką primabaleriną.
- Te muszą być dla Annaleigh - powiedziała Lenore, wyciągając ostatnie pudełko.
W wyściełanym granatowym aksamitem pudełku leżały moje buty. Wybrałam butelkową zieleń, a szewc dodał lśniącą morską pianę i srebrne ozdoby, rozproszone od palców do pięty. Idealnie pasowały do mojej sukni balowej.
Ojciec podał mi je z uśmiechem.
- Nie sądzę, żeby to były buty elfów. Te są odpowiednie dla morskiej księżniczki.
Verity się skrzywiła.
- Tato, syreny nie noszą butów.
- Masz rację! - Musnął palcem jej nos. - Czy wszyscy są zadowoleni?
Wszystkie potwierdziłyśmy, a Morella złapała ojca za rękę.
- Ortunie, gdy nasze dziewczynki założą te buty, nikt nie oderwie od nich wzroku. Nim się obejrzymy, już wyjdą z domu.
Camille zesztywniała.
- Z domu? Co masz na myśli?
Morella zamrugała.
- Oczywiście mówię o tym, że wyjdziecie za mąż i przeniesiecie się do własnych domów jak ja.
Papa się skrzywił.
- To jest mój dom - odparła ostro Camille.
- Dopóki nie wyjdziesz za mąż - dodała Morella, ale na widok kamiennej twarzy mojej siostry zrzedła jej mina. - Czy nie tak, Ortunie? - Spojrzała na ojca, by się upewnić.
- Jako dziedziczka Thaumasów Camille zostanie w Highmoor nawet po ślubie. Kochanie, wiem, że to nie jest przyjemna myśl, ale gdy umrę, to ona odziedziczy majątek.
Morella pociągnęła za jeden ze swoich kolczyków z perłą.
- Tylko dopóki... - zamilkła i zarumieniła się, kładąc dłoń na brzuchu. - Dziewczęta, czy nie powinnyście zająć się swoimi sprawami?
Gracje wstały, ale Camille złapała Mercy za ramię, żeby je zatrzymać.
- To dotyczy też ich. Wszystkie powinnyśmy zostać i usłyszeć tę rozmowę.
Ojciec się zmieszał. Odwrócił się do Morelli, zapewne po to, by ich rozmowa nabrała bardziej prywatnego charakteru.
- Myślałaś, że to najstarszy syn dziedziczy Highmoor?
Morella skinęła głową.
- Taki jest zwyczaj.
- Na stałym lądzie - przyznał ojciec. - Na wyspach majątki są przekazywane najstarszemu dziecku bez względu na płeć. Wiele silnych kobiet władało wyspami Salann. Moja babka odziedziczyła Highmoor, kiedy zmarł jej ojciec. Podwoiła wielkość stoczni na Vasa i potroiła dochody.
Morella zacisnęła usta. Przesunęła wzrokiem, licząc nas wszystkie.
- Więc nasz syn będzie dziewiąty w kolejce do tytułu? Mimo że będzie chłopcem? Nigdy o tym nie wspominałeś.
Ojciec zmarszczył brwi.
- Nie sądziłem, że istnieje taka potrzeba.
W jego głosie słychać było groźbę. Morella natychmiast potrząsnęła głową i zaczęła się wycofywać.
- Nie jestem urażona, Ortunie. To po prostu zaskakujące. Zakładałam, że na Sallan obowiązują te same tradycje, co w reszcie Arcannii, a ziemia i tytuły przekazywane są z ojca na syna. - Jej wymuszony uśmiech zadrżał. - Powinnam wiedzieć, że wy, wyspiarze, jesteście inni.
Ojciec wstał gwałtownie. Był dumny ze swojego żeglarskiego dziedzictwa i bolało go, gdy inni myśleli o nas gorzej, bo mieszkaliśmy z dala od stolicy.
- Teraz ty też jesteś wyspiarką - przypomniał jej, po czym wyszedł, zostawiając nas wśród sterty butów.
Skrzywiłam się, gdy sprzedawczyni pociągnęła za sznurki i gorset wbił mi się w talię. Kobieta odchrząknęła przepraszająco.
- Jeszcze jeden głęboki wdech, proszę pani.
Nowy gorset wciskał mi się w biodra tak bardzo, że twarz wykręcał mi grymas. Sprzedawczyni poprosiła, bym uniosła ręce, i naciągnęła na mnie bladozielony jedwab. Kiedy suknia opadła na moje biodra, Camille wyjrzała zza parawanu i aż klasnęła.
- Och, Annaleigh, wyglądasz cudnie!
- Ty także - wyjąkałam z trudem.
Różowe złoto podkreślało brązowe kosmyki w jej włosach. Jej policzki pięknie się zaróżowiły.
- Nie mogę się doczekać pierwszego tańca.
- Naprawdę myślisz, że kogoś poznasz?
- Ojciec zaprosił wszystkich oficerów marynarki, jakich zna.
Pobladłam.
- I wszystkich książąt.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- I wszystkich książąt.
Ojciec obiecał zaprosić na bal jak najwięcej potencjalnych zalotników. Sama Camille, odkąd ujrzała portret Robina Briorda, młodego księcia Foresii, zaczęła przejawiać zaskakująco duże zainteresowanie tematem tej zalesionej prowincji. Teraz kręciła się po sklepie, na pewno marząc o księciu.
Pomyślałam o przystojnym nieznajomym z Selkirk. Cassius na pewno nosił się niczym wielki pan. Ojciec rozesłał tyle zaproszeń, że może i jego zobaczę na balu. Zaczęłam sobie wyobrażać, jak wirujemy po pokoju rozświetlonym setkami świec, moja dłoń w jego dłoni. Przyciągnie mnie bliżej, a nim ucichnie muzyka, nachyli się, by mnie pocałować...
- Nawet nie wiem, o czym rozmawiać z księciem - wymamrotałam, wracając do rzeczywistości.
- Wszystko się ułoży. Po prostu bądź sobą, a kandydaci stłoczą się w kolejce do ojca, by prosić go o błogosławieństwo.
Kandydaci się stłoczą. Nie wyobrażałam sobie nic bardziej przerażającego.
Najbardziej liczyłam na to, że znajdę kogoś o tym samym odcieniu włosów, co kosmyk z zegarka Eulalie. Nosiłam go ze sobą wszędzie i każdego napotkanego mężczyznę oceniałam pod kątem dopasowania włosów do kosmyka.
Do pomieszczenia weszła Morella i pani Drexel, właścicielka sklepu. Krawcowa uniosła teatralnie dłonie do ust, po czym obróciła mnie w kółko.
- Ależ skarbie! Jeszcze nigdy nie uszyłam takiej sukienki takiej pannie. Wygląda pani niczym fale oceanu w ciepły letni dzień! Nie zdziwiłabym się, gdyby Pontus wyszedł z Głębi, by wziąć panią za żonę.
- To ten wodny, prawda? - zapytała Morella.
Skinęłyśmy z zażenowaniem głowami. Wspomnienie o religii było najszybszym sposobem, żeby w towarzystwie znaleźć kogoś ze stałego lądu. Pozostałe części Arcannii czciły różnych bogów: Vaipany, pana nieba i słońca; Selanda, władcę ziemi; Versię, królową nocy, i Arinę, boginię miłości. Istniały też dziesiątki innych bóstw - zwiastuni i przechery - które władały innymi życiowymi sprawami, ale dla ludzi Soli Pontus, król morza, to jedyny bóg, jakiego potrzebowaliśmy.
- Co pani sądzi o sukni? - pani Drexel taktownie zmieniła temat.
Przyjrzałam się swojemu odbiciu. Na staniku zawiły haft układał się w fale. Nagie ramiona okrywały tylko malutkie marszczone rękawki. Spódnica składała się z kilkunastu warstw delikatnego jedwabiu i tiulu. Zewnętrzne miały różne odcienie jasnej zieleni - miętowy i świeżej trawy - a spod spodu przezierały ciemniejsze szmaragdy i butelkowa zieleń.
- Czuję się niczym nimfa wodna. - Przesunęłam dłonią po metalicznym hafcie i koralikach na wydatnym dekolcie. - Bardzo naga nimfa.
Pociągnęłam za brzeg, próbując podciągnąć sukienkę.
- Czy mogłybyśmy tu coś dodać? Odrobinę jedwabiu albo koronkę? Czuję się tak... obnażona.
Morella odsunęła moją rękę, odsłaniając tym samym moją skórę.
- Och, Annaleigh. Jesteś teraz dorosłą kobietą. Nie możesz się zasłaniać niczym mała dziewczynka. Bo niby jak ten Pontus ma dostrzec twoje największe atuty?
Pani Drexel skrzywiła się na tak nonszalanckie użycie imienia Pontusa, ale mimo to skinęła głową. Szybko rozejrzała się po sklepie, po czym wyszeptała konspiracyjnie:
- Nie powinnam wam tego mówić, ale wczoraj zjawiła się tu pewna klientka. Wyjątkowa. Zobaczyła tę suknię na wieszaku i zażądała, bym zrobiła jej taką samą.
- Kto to był? - Nachyliła się zainteresowana plotkami Morella.
Pani Drexel uśmiechnęła się zadowolona, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo pragnęłyśmy się tego dowiedzieć.
- Och, nie mogę zdradzić. Ale to bardzo droga mi klientka. Naprawdę piękne stworzenie. Prosiła tylko, by jej suknia była w intensywnym różu. Aby trafiała w serca mężczyzn, tych śmiertelnych i... innych.
- Arina! - jęknęła Camille. - Projektuje pani suknie dla bogini piękności?
Rozejrzała się po sklepiku, jakby oczekiwała, że Arina wyskoczy zza wyszywanego parawanu i wszystkie nas przestraszy.
- Naprawdę? - Morella otworzyła z wrażenia usta.
Delikatny uśmiech pani Drexel mówił wszystko, ale kobieta tylko ostentacyjnie wzruszyła ramionami.
- Nie wolno mi nic mówić. - Na dodatek jeszcze puściła do nas oko. - Ale to znaczy, że ta suknia jest absolutnie stylowa. A w porównaniu z niektórymi nawet skromna.
- Myślę, że wyglądasz doskonale. - powiedziała Camille. - Zupełnie jak mama.
- Pamiętam ją. - Pani Drexel uklękła, by zaznaczyć szpilkami odpowiednią długość sukni. - Taka dobra dusza. Była raz u mnie po strój na chrzest jednego ze statków twojego ojca.
- Była czerwona, prawda? Z szeroką szarfą na jednym ramieniu? - Camille pokazała gestem, co ma na myśli. - Byłam z mamą na ostatniej przymiarce! Uwielbiała tamtą suknię.
- To pani była tą małą dziewczynką? Jak ten czas płynie. Założę się, że następnym razem zjawi się tu pani po suknię ślubną.
Camille się zarumieniła.
- Mam taką szczerą nadzieję!
- A masz już narzeczonego? - zapytała z ustami pełnymi szpilek pani Drexel.
- Niezupełnie. Jest jednak ktoś, kogo mam nadzieję poznać na balu.
- Od ładnych kilku tygodni ćwiczy foresiański! - roześmiała się Morella.
Krawcowa się uśmiechnęła.
- Jestem pewna, że będzie pod wrażeniem. Teraz zostaje mi tylko wykończyć te dwie suknie dziś wieczorem i mogę je jutro dostarczyć do Highmoor.
- To byłoby bardzo miłe z pani strony, dziękuję - powiedziała Morella. - Wygląda na to, że nasza lista zadań wciąż się wydłuża. A został nam już tylko jeden dzień.
Zauważyłam go, przechodząc przez ulicę.
Edgar Eulalii.
Stał na chodniku kilka kroków od nas, ubrany od stóp do głów w czerń, i rozmawiał z trzema mężczyznami. Spojrzeliśmy na siebie, a ja skinęłam głową. On pobladł, wybełkotał coś do swoich towarzyszy i ruszył przed siebie.
- Panie Morris! - zawołałam.
Zamarł, a ramiona opadły mu z rezygnacją - został złapany i nie mógł już uciec.
- Panie Morris? - powtórzyłam.
Odwrócił się, a w jego oczach ujrzałam panikę. Obrzucił mnie wzrokiem i zamarł na widok mojego płaszcza.
- Panno Thaumas, dzień dobry. Przepraszam, ale nie spodziewałem się, że będzie pani wyglądać tak... świeżo.
Jego ocena uderzyła mnie jak obuchem. Już się przyzwyczaiłam do szalonej radości przepełniającej Highmoor. Słońce wpadało przez otwarte okna i wszędzie stały świeże kwiaty. Codziennie dostarczano nowe suknie, a nasze szafy lśniły kolorami.
Zniknął wszelki ślad po żałobie. Czarne zasłony ze wszystkich luster zostały zebrane na jedną wielką stertę na północnym trawniku. Krepowe wieńce i wstążki, i wszystkie ciemne ubrania zostały podpalone, a ogień płonął przez trzy noce.
Spojrzałam z zażenowaniem na niebieski płaszcz i potarłam o siebie palce.
- Nastąpiło kilka... zmian w Highmoor.
Spojrzał na moje kolorowe ubrania i odsłoniętą twarz.
- Słyszałem. Przepraszam, ale muszę iść...
- Jak... jak się pan miewa? - zapytałam, nie mogąc pohamować słów. Jego taksujące spojrzenie sprawiło, że zaczęłam się jąkać. - Słyszałam, że to była dobra jesień. Dla rybołówstwa! No wie pan... na wodzie. Dobra jesień dla rybołówstwa.
Edgar zamrugał, a na jego twarzy pojawił się wyraz zdziwienia.
- Prawdę mówiąc, nie łowię ryb. Jestem czeladnikiem u zegarmistrza.
Zarumieniłam się.
- Och, oczywiście. Eulalie nam mówiła...
- Jak się miewa pan Averson? - Camille uratowała mnie z opresji.
Chłopak zmarszczył brwi na widok różowej organzy, po czym odparł:
- Ma się dobrze, dziękuję.
Mimo płaszcza widać było, że przestępuje z nogi na nogę - tak bardzo chciał zakończyć tę rozmowę. Camille zdawała się tego nie zauważać.
- Zeszłej wiosny naprawił nam stojący zegar. Może go pan pamięta?
Edgar poprawił okulary. Na twarzy rysowała mu się konsternacja.
- Tak. Ten z wahadłem w kształcie ośmiornicy Thaumasów i obciążnikami rzeźbionymi w macki?
Skinęła głową.
- Właśnie. Gdy mijają godziny, ramiona opuszczają się w stronę ofiary.
Chłopak zaczął wykręcać sobie palce, aż zbielały mu knykcie. Camille uśmiechnęła się, najwyraźniej kończąc z grzecznościami.
- Szukałam tylko siostry. Czeka na nas macocha.
- Oczywiście, oczywiście. - Zaczął się cofać, zanim jeszcze uchylił na pożegnanie kapelusza. A gdy to zrobił, słońce rozświetliło jego czuprynę.
Miał bardzo blade blond włosy.
- Poczekaj! - zawołałam za nim, ale niewiele brakowało, a Edgar rzuciłby się biegiem, byle się od nas oddalić. Znikał teraz w tłumie.
Camille wzięła mnie pod rękę i pociągnęła w stronę herbaciarni.
- Cóż za dziwny młody człowiek.
Serce zabiło mi z nadzieją.
- Też tak sądzisz?
- Wyglądał, jakby nie mógł się doczekać, kiedy od nas ucieknie. - Jej śmiech rozbrzmiał na targu. - Ale oczywiście nie wszyscy lubią rozmowy o jesiennych połowach tak jak ty.
Gramoliłam się po schodach, wykończona długim popołudniem na Astrei. Po obiedzie chciałam pognać wprost do domu i zapytać ojca, czy Edgar poprosił go o rękę Eulalie, ale Morella miała inne plany. Ciągała nas od sklepu do sklepu i przeglądała towary niczym sroka szukająca skarbu.
Chciałam odnieść zakupy do pokoju, po czym udać się na poszukiwanie ojca, ale gdy szłam korytarzem, zauważyłam parę wydobywającą się z łazienki. Pachniała lawendą i kapryfolium, a był to tak charakterystyczny zapach, że natychmiast naszły mnie wspomnienia o Elizabeth. Zamawiała w Astrei specjalnie dla niej robione mydło o tym zapachu. Nie czułam go od dnia, w którym znaleziono jej ciało. Najwyraźniej jedna z Gracji znalazła butelkę i postanowiła je wypróbować.
No i oczywiście mokre ślady na dywanie prowadziły w stronę ich pokoi.
Westchnęłam i podążyłam za nimi. Mijały sypialnie Honor i Mercy i urywały się tuż przed drzwiami do pokoju Verity.
Dziewczynka leżała podparta na podłodze, z blokiem rysunkowym przed nosem i rozsypanymi wokół pastelami.
- Ciesz się, że to ja cię przyłapałam, a nie ojciec.
Verity, siadając, upuściła niebieską pastelę.
- O co ci chodzi?
- Nie wytarłaś się dobrze i zostawiłaś w korytarzu mokre plamy, a wiesz, jak ojciec kocha ten dywan.
Kupił go z mamą na bazarze podczas ich miesiąca miodowego. Mawiał, że odwrócił się na moment, a kupiec wykorzystał okazję i zaczął pokazywać mamie ręcznie tkane wyroby. Chciała kupić coś do saloniku, ale jej arpegiański był tak słaby, że gdy dostarczono dywan do Highmoor, okazało się, że ma piętnaście metrów. Mama uwielbiała opisywać minę ojca, gdy w nieskończoność rozkręcała zwinięty chodnik.
- Kąpię się wieczorem. Przez całe popołudnie byłam w swoim pokoju. Widzisz? - Verity uniosła ręce, suche i wysmarowane na kolorowo.
- W takim razie kto to zrobił? Mercy albo Honor? Z łazienki jeszcze paruje.
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Są w ogrodzie i przywiązują wstążki do krzewów różanych.
Spojrzałam znów w korytarz. Ślady nadal były widoczne. Gdy przyjrzałam się im bliżej, stwierdziłam, że nie mogą należeć do Verity, bo są za duże.
- Czy były tu trojaczki?
- Nie.
- Cóż, ktoś zostawił mokre ślady, które prowadzą prosto do twojego pokoju.
Verity zamknęła szkicownik.
- Nie do mojego. - Wskazała na drzwi naprzeciwko jej sypialni. Elizabeth.
- Wiem, że zwędziłaś jej mydło. Cała łazienka pachnie kapryfolium.
- To nie ja.
- Więc kto?
Znów spojrzała wymownie na pokój Elizabeth.
- Nikogo tam nie ma.
- Tego nie wiesz.
Usiadłam obok niej na podłodze.
- Co masz na myśli? Kto miałby być w jej pokoju?
Verity przyglądała mi się dłuższą chwilę. Widziałam, że się nad czymś zastanawia. W końcu znów otworzyła swój szkicownik i zaczęła przerzucać kartki, aż trafiła na właściwy obrazek.
Był to portret Elizabeth. Zauważyłam datę w rogu. Verity namalowała go niedawno.
- Znów masz koszmary? Śniłaś o Elizabeth?
Verity często cierpiała z powodu strasznych snów. Krzyczała tak głośno, że nawet ojciec przybiegał ze swojego gabinetu we wschodnim skrzydle. Pytaliśmy ją o nie, ale nigdy nie pamiętała, o czym były.
- To nie sen - wyszeptała.
Przeszedł mnie dreszcz.
- Tu nikogo nie ma. Chodź, zobacz.
Verity potrząsnęła głową, aż podskoczyły jej rude sprężynki.
Podniosłam się sfrustrowana z podłogi, szeleszcząc suknią.
- W takim razie ja sprawdzę.
Śladów stóp już prawie nie było widać. Gdybym weszła na górę minutę później, na pewno bym ich nie zauważyła. Zacisnęłam palce na klamce - wypolerowanym koniku morskim z ciemnego orzecha - a za mną coś zaszeleściło. Verity zatrzymała się na progu i patrzyła na mnie błagalnie.
- Nie wchodź tam.
Coś w sposobie, w jaki jej malutkie palce wbijały się we framugę, sprawiło, że ścisnęło mnie w piersi. Włosy na karku stanęły mi dęba w reakcji obronnej na nieznane niebezpieczeństwo. To było idiotyczne, ale nie mogłam się otrząsnąć z przerażenia, które ujrzałam w oczach Verity.
Z determinacją otworzyłam drzwi, ale nie wchodziłam do środka. W środku panowała duchota. Pachniało kurzem. Po pogrzebie Elizabeth służące schowały pościel i przykryły meble cienkimi, zwiewnymi pokrowcami. Nigdy więcej nie przyszły tu sprzątać.
Rozejrzałam się po pokoju, po czym odwróciłam się do Verity.
- Nikogo tu nie ma.
Dziewczynka spojrzała w sufit.
- Czasem odwiedza Octavię.
Pokój Octavii, równie nietknięty jak ten, znajdował się na czwartym piętrze, pomiędzy sypialnią ojca a salonikiem Morelli. Od upiornej atmosfery, którą tworzyła Verity, przeszedł mnie dreszcz.
- Ale kto, Verity? Wypowiedz imię, a sama zobaczysz, jak absurdalnie to wszystko brzmi.
Urażona dziewczynka zmarszczyła brwi.
- Elizabeth.
- Elizabeth nie żyje. Octavia nie żyje. Nie mogą się odwiedzać, bo nie żyją, a martwi się nie odwiedzają.
- Mylisz się! - Verity pobiegła do swojego pokoju, złapała szkicownik i podała mi go przez próg, nie wychodząc na korytarz.
Zaczęłam przeglądać strony, szukając czegoś, co mogłoby potwierdzić jej teorię.
- Na co mam patrzeć?
Znalazłam ilustrację namalowaną szarymi i czarnymi pastelami. Przedstawiała Verity chowającą się pod poduszkami i półprzezroczystą Eulalie, która zrywała z niej kołdrę. Miała nienaturalnie odchyloną do tyłu głowę. Nie wiedziałam, czy śmiała się maniakalnie, czy raczej był to wynik upadku z klifu. Przerażona, nabrałam gwałtownie powietrza.
- To ty narysowałaś?
Dziewczynka skinęła głową. Przyjrzałam się mojej młodszej siostrze.
- Czy widziałaś Eulalie, gdy rybacy ją przynieśli?
- Nie. - Przerzuciła kartkę.
Blada jak ściana Elizabeth unosiła się w czerwonej plamie atramentu, zaskakując Verity w szlafroku, gotową do wieczornej kąpieli.
Przerzuciła kolejną kartkę.
Octavia, skulona w bibliotecznym fotelu, zdawała się nie wiedzieć, że połowę twarzy ma zmasakrowaną, a jej złamana ręka nie potrafiła utrzymać prosto książki. Verity też tam była. Jej malutka, przerażona postać wyglądała zza drzwi.
Kolejna kartka.
Wzięłam od małej szkicownik. Wpatrywałam się w Avę. W Highmoor wisiał tylko jeden jej portret. Była na nim dzieckiem - dziewięć lat, krótkie włoski i piegi. Tutaj... wyglądała zupełnie inaczej.
- Jesteś za młoda, by pamiętać Avę - wyszeptałam, nie mogąc oderwać wzroku od zaropiałych dymienic i czarnych plam na skórze na szyi. Najbardziej zatrważający był jej uśmiech. Taki delikatny i miły, zupełnie jak przed zarazą. Kiedy Ava zachorowała, Verity miała tylko dwa lata. Nie mogła wiedzieć, jak wyglądała jej starsza siostra.
Przerzuciłam kolejną stronę i ujrzałam ilustrację przedstawiającą wszystkie moje cztery zmarłe siostry wpatrujące się w śpiącą Verity, zwisając z pętli na linach. Z obrzydzenia upuściłam szkicownik, a po podłodze rozsypały się dziesiątki rysunków. Były na wszystkich. Kartki zasłały korytarz niczym upiorne konfetti. Na obrazkach dziewczęta robiły różne zwykłe rzeczy, takie, jak za życia, ale na każdej ilustracji były bezsprzecznie i upiornie martwe.
- Kiedy je rysowałaś?
Verity wzruszyła ramionami.
- Za każdym razem, gdy je widziałam.
- Czemu? - Zebrałam się na odwagę i zajrzałam znów do teoretycznie pustego pokoju. - Czy Elizabeth jest tu teraz?
Verity rozejrzała się po pokoju, po czym spojrzała na mnie.
- Widzisz ją?
Dostałam gęsiej skórki.
- Nigdy żadnej nie widziałam.
Verity zabrała szkicownik i cofnęła się głębiej do pokoju.
- No to teraz będziesz wiedziała, żeby się rozglądać.