ROZDZIAŁ PIERWSZY
Kołdra rozpieszczała ciepłem niczym wyjęty z piekarnika placek. Bernard Rosiak nie miał najmniejszej ochoty porzucać wygody. Od zawsze uwielbiał się wysypiać, zarówno w czasach, gdy jeszcze chodził do szkoły, jak i w dorosłym życiu. Przez okno wpadały promienie słońca.
To będzie przyjemny dzień - pomyślał.
Mimo to i tak trudno mu było wstać z łóżka, bo całą noc siedział i montował kolejny materiał na swój kanał na YouTube. Bernard się przeciągnął, ziewnął i obrócił na drugi bok.
- Ben! Śniadanie!
Z kuchni dobiegło go wołanie Leny.
Burknął pod nosem z niezadowoleniem, po czym odpędził resztki marzeń sennych.
Zaczął ociężale wstawać. Rozchylił nieco szerzej zaspane powieki i z zamglonymi oczami poszedł do łazienki, żeby chlusnąć sobie wodą prosto w twarz. Nie lubił tego robić, jednak wiedział, że ten codzienny rytuał pomoże mu stanąć w pełni na nogi.
- Zaraz przyjdę! - krzyknął odrobinę za głośno.
Chciał uspokoić Lenę, która najprawdopodobniej szykowała się do ponownego werbalnego wybuchu. Znał ją nie od dziś i wiedział, jaka potrafi być temperamentna.
Kiedy Bernard wszedł do łazienki, poczuł pod stopami chłód kafelków. Jakby stąpał po śniegu.
Cholera by to... zapomniałem włożyć kapcie - pomyślał i spojrzał w lustro.
Gęsta broda i równie gęste włosy, które sterczały teraz jak w szczotce ryżowej, wymagały przystrzyżenia. Zielone, przekrwione oczy sklejone resztkami nocy nie chciały się w pełni otworzyć.
Prawą ręką, tą z wizerunkiem Kurta Barlowa, jego ulubionego antagonisty z Miasteczka Salem Stephena Kinga, odkręcił kran, nabrał wody na dłonie i chlusnął sobie prosto w twarz. Zgodnie z planem. Jęknął w szoku i prychnął niczym narowisty koń. Uczucie było podobne do tego, gdy w dzieciństwie oblewali się wiaderkami z zimną wodą podczas śmigusa-dyngusa. Przypomniało mu się nawet, jak jednego roku biegali z pistoletami na wodę i urządzali bitwy. Po wszystkim byli przemoczeni do samych majtek.
Wytarł się i ruszył do kuchni.
- Cześć, Lena. - Podszedł, aby przywitać się z narzeczoną.
Była już ubrana, a nawet zdążyła zrobić makijaż, jakby nie spała przynajmniej od godziny. Fakt, Lena Garczek była rannym ptaszkiem. Wcześnie się kładła, żeby wstawać skoro świt. W tej kwestii była totalnym zaprzeczeniem Bernarda. Zwykle większą część poranka spędzała na swoich sprawach. Później wychodziła do pracy. Poważna fucha, a przynajmniej tak to zawsze przedstawiała, aby pokazać Bernardowi, że musi się postarać, aby ona nie przyniosła więcej pieniędzy od niego. Lena niekiedy zostawała w domu i działała zdalnie, jednak częściej wolała ruszyć się z mieszkania i wyskoczyć na miasto w drodze powrotnej.
- Cześć - rzuciła krótko i spojrzała na niego krytycznie.
Przyozdobiona piegami twarz była naburmuszona. Brązowe, zmrużone oczy zerknęły na bose stopy Bernarda. Pokręciła głową.
- No? Co tak stoisz? Siadaj. Zaraz ci nałożę parówek. Tu masz keczup i chleb. Chcesz masła?
Bernard przeciągnął się i podrapał po karku.
- Głupie pytanie. Naturalnie! Przecież je uwielbiam! Zresztą przyda mi się dzisiaj więcej energii. Jak pomyślę, co mnie czeeeka...
Ziewnął, otwierając szeroko usta, jakby miał kogoś ugryźć.
- Przepraszam... Jak pomyślę, co mnie czeka, to czuję ból w plecach.
Lena podparła ręce na biodrach, a następnie zmrużyła powieki i wróciła do pilnowania reszty parówek. Po południu wybierali się na urodziny Natalii, koleżanki Leny z liceum. Bernard najchętniej wypisałby się z tej atrakcji, ale chciał czy nie - musiał robić dobrą minę do złej gry. W końcu byli narzeczeństwem.
- Przesadzasz jak zawsze. Będzie super - zapewniła z kpiną w głosie, jakby sama nie do końca w to wierzyła. - Wiem, że nie przepadasz za takimi domowymi imprezami...
- Wyluzuj. Rozmawialiśmy o tym wczoraj - wszedł jej w słowo. - Powiedziałem tylko, że chcę masło.
Przyglądał się narzeczonej. Jego uwagę przykuła zmiana na jej głowie. Była aż nadto widoczna, dlatego postanowił nieco się z nią podroczyć.
- Używałaś jakiejś odżywki do tych kudłów? Ładnie ci się kręcą. Ostatnim razem widziałem cię w kręconych... czekaj no...
Ugryzł suchą kromkę, Lena zaś złapała za talerzyk z masłem. Odrzuciła do tyłu jasne włosy przez lewy bark. Bernard spojrzał na piegowaty dekolt, niemal kompletnie wyeksponowany. Krótko po tym, jak położyła masło, mruknęła:
- Sam masz kudły. Wyobraź sobie, że po prostu je umyłam, ale co ty możesz o tym wiedzieć. Myjesz się przecież raz na ruski rok. Z drugiego końca mieszkania cię czuć! - Uśmiechnęła się do niego z wyraźną satysfakcją, że mu dopiekła.
Bernard jednak nie dał się sprowokować i spokojnie skontrował:
- A, no tak. Zapomniałem, że po kąpieli ci się kręcą. Tak rzadko widzę ten efekt, że...
- Dupek - obruszyła się i nie drążyła dalej tematu.
Stanęła plecami do niego. Zaczęła wyławiać parówki z garnka i kłaść je na talerz, nuciła przy tym jakąś melodię.
Był to jeden z hitów minionego lata - najwidoczniej wpadł jej w ucho. Bernard nie był jednak w stanie rozpoznać, co to za cholerstwo. Nie przywiązywał do tego wagi. Słuchał zupełnie innej muzyki, ostrzejszej i twardszej. Gdy tylko włączył któryś ze swoich ulubionych kawałków, Lena dostawała palpitacji serca.
Kiedy w końcu napełniła talerz, podała go Bernardowi i powiedziała:
- Swoją drogą, mówiłam ci, że widziałam wczoraj tę staruchę, jak wracałam do domu? Jak ona ma? Wicińska? Wilińska?
- Wolińska. Chyba - mruknął Ben.
- O właśnie! Znów miała pretensje, że słyszała u nas telewizor w nocy. Kurczę, Ben... tyle razy prosiłam, żebyś go tak nie rozkręcał.
Bernard pokręcił głową i głośno westchnął.
- Przecież ledwie na...
- To na słuchawkach słuchaj! - krzyknęła narzeczona. - Łatwo się denerwuje kobieta i później, jak mnie spotka, to robi takie wyrzuty, że uszy bolą, a policzki się czerwienią. Drażni mnie to.
Zamknął oczy i potarł czoło lewą dłonią. Czuł potworną irytację.
- Słuchaj... ty chyba żartujesz, że ja mam się podporządkować jakiejś starej wariatce. Jak jej nie pasuje, to niech się wyprowadzi.
- Nie o to chodzi!
- Właśnie że o to. Nie będzie mi mówiła, jak mam żyć. Jak się na nią natkniesz, to odeślij ją do mnie. Powiem jej do słuchu.
- No dobra. Wcinaj, a ja cię zostawię na jakiś czas samego. Mam nadzieję, że dasz sobie radę - powiedziała i wyszła z kuchni.
No dobra, lepsze te parówki niż żarcie z czasów szkoły, ale mogłabyś się nieco wysilić, kobito - pomyślał, gdy zaczął jeść.
Przymknął oczy i żuł wyrób mięsopodobny.
Uciekł myślami do ostatniego razu, gdy byli u Natalii. Musiał gryźć się w język, żeby nie zrobić Lenie obciachu, gdy po raz kolejny słuchał farmazonów, które głosiła jej przyjaciółka.
Chociaż może bardziej chodziło o to, żeby nie musiał później znosić marudzenia narzeczonej? Bo jeśli tego chciała, potrafiła naprawdę zaleźć za skórę. O tym zdążył się już kilkukrotnie przekonać. Co tu dużo mówić, miała charakterek.
Mała i w jego przekonaniu wredna samica weszła ponownie do kuchni i oznajmiła:
- A! Prawie bym zapomniała... Znowu nie spuściłeś po sobie wody wieczorem. Ile razy mam ci powtarzać, że...
Oho, zaczyna się - pomyślał, jednak się nie przejął i odkroił kolejną porcję parówki.
- Już ci to tłumaczyłem, a ty nadal jak katarynka - powiedział spokojnie. - Nie spuszczam na noc, bo robię to, gdy idę się rano załatwić. Oszczędzam wodę.
- Dobra. Tylko że później wali w łazience szczynami, bo oczywiście wasza wielmożna wysokość zostawia otwartą klapę. Naucz się ją opuszczać, to nie będę nic mówiła.
Bernard wzruszył ramionami. Strasznie nie lubił tego typu dyskusji o niczym. Drażniło go, że on zawsze musi wysłuchiwać pretensji, a gdy to on chciał zwrócić uwagę Lenie, ta zaraz obracała kota ogonem, zmieniała temat albo po prostu bagatelizowała problem.
- Wielkie mi halo. - Podrapał się widelcem po plecach. - Otwórz okno i niech się przewietrzy. Zresztą... sama nie jesteś lepsza. Wiesz, ile twoich kłaków wyciągam ze zlewu? Skąd tego tyle masz? Już dawno powinnaś być łysa!
Spojrzała na niego tak, jakby chciała cisnąć w niego piorunem albo zamienić go w kamień.
- A pomyślałeś, że nie mam tyle wzrostu, co ty? Wyrosłeś jak brzoza, a głupiś jak koza! A od moich włosów się odczep. I nie zmieniaj tematu!
Przeszła obok niego i sięgnęła po kubek z czerwonym serduszkiem, który pachniał świeżo mieloną kawą.
Bernard poczuł też pomarańczę, wanilię i kwiat wiśni. Kupił jej te perfumy na ostatnie święta Bożego Narodzenia. Przy jej tempie używania aż był zdziwiony, że jeszcze się nie skończyły.
- Dobra... mniejsza z tym. Tej, Lena...? A masz prezent dla tej swojej psiapsi?
Ostatnie słowo wypowiedział z kpiną. Czasami tak określał Natalię, jakby chciał, żeby brzmiało to jak obelga.
Lena zerknęła z politowaniem w jego kierunku. Zamknęła oczy i głośno westchnęła. Następnie powiedziała:
- Wcześnie ci się przypomniało. Dobrze, że sama sobie to ogarnęłam, bo na ciebie nie mogę liczyć. Wiecznie tylko siedzisz na YouTube. Cholera mnie bierze na to wszystko!
- Lepiej późno niż wcale, co nie? Sama tak często powtarzasz. Chociaż po prawdzie to mam to w głębokim poważaniu. Ja od siebie mogę jej sprezentować zmiotkę i szufelkę. Boże... jak mnie ta laska denerwuje. Aż dziw bierze, że zadajesz się z kimś tak głupim.
Lena pokręciła głową i wymruczała krytyczne epitety pod jego adresem, jednak on zrozumiał jedynie słowo "baran". Już chciał coś na to odpowiedzieć, ale uprzedziła go.
- Weź się od niej odczep, dobra? Bo to zaczyna już być nudne. Wiecznie to samo. To moja koleżanka i koniec tematu! Ja nic nie mówię na to, że zadajesz się z tym dziwolągiem z Chrobrego i z tą no... jak jej tam... Weroniką? A co do prezentu... byłam wczoraj na deptaku. Wyczaiłam taki fajny pawilon obok... niech no sobie przypomnę... ach, wiesz, no... pamiętasz, jak kiedyś byliśmy w tym salonie gier, co tam był? Jak on się nazywał?
Bernard pokręcił głową i upił łyk herbaty. Kusiło go, aby siorbnąć teatralnie, wiedział jednak, że tylko by tym bardziej rozsierdził Lenę.
- Żebym to ja pamiętał... no wiem, o co ci chodzi. No i co z tym prezentem?
Lena się rozpromieniła. Jej myśli wyraźnie pomknęły w kierunku czegoś, co sprawiało jej radość.
- Okazało się, że obok tego salonu gier jest sklep z ubraniami. Kupiłam sukienkę. Natalka wspominała mi ostatnio, że potrzebuje czegoś nowego, bo jedzie na chrzciny do kuzynki.
Bernard otworzył szeroko oczy. Przez chwilę próbował wyobrazić sobie, co by było, gdyby to on kupił jakieś ubranie Siwemu. Nie dość, że zostałby zbesztany i zwyzywany od idioty, to jeszcze wyrzuciłby kasę w błoto, bo kumpel i tak by tego nie wziął.
- I zdecydowałaś się kupić jej coś, w czym ma tam jechać? Znasz w ogóle jej gust? Może się jej przecież nie spodobać - stwierdził chłodno.
Lena energicznie pokręciła głową, po czym roześmiała się w stylu tępej idiotki, jak to czasami określał Bernard.
- Na pewno będzie dobrze. Natalka ma zbliżony gust do mojego i...
Rosiak uderzył otwartą dłonią w blat, czym przerwał Lenie w połowie zdania. Roześmiał się. Kobieta zmierzyła go lodowatym spojrzeniem. Kiedy się uspokoił, spoważniał i powiedział:
- Aaa, ty mówisz poważnie. Czyli worek z pyrami jej dasz? Dobrze się domyślam?
Zmrużyła oczy i ze złością wyszeptała:
- Stąpasz po cienkim lodzie, Ben.
Rosiak zastukał palcami o stół wyraźnie niezmartwiony tym, co powiedziała.
- Mhm, wiem. I co w związku z tym? Już to słyszałem.
Bernard wrócił do jedzenia śniadania, zupełnie jakby niczym się nie przejął. Często się tak przekomarzali i zwykle kończyło się na niczym. Był praktycznie pewien, że tym razem będzie tak samo. Od najmłodszych lat często używał podobnej formy wyrażania myśli. Najpierw wobec rówieśników, a później wobec dorosłych ludzi, z którymi musiał się konfrontować. W pracy jednak Bernard zawsze się powstrzymywał. Robota była ważniejsza od satysfakcji.
Lena dostała rumieńców na policzkach. Słowa narzeczonego ewidentnie ją wkurzyły. Przez chwilę dusiła w sobie złość, by następnie z bezsilnością wypuścić powietrze. Pokręciła głową i rzekła:
- Jesteś... Ach, dobra... szkoda moich nerwów na ciebie. I jak? Dobre te parówki? Nic nie mówisz.
Bernard wpakował ostentacyjnie kolejną porcję i nadal wpatrzony w talerz, odparował:
- Jakby były złe, to na pewno bym ci powiedział. A w ogóle co może być złego w parówkach, poza tym, że... to parówki? Idzie je spieprzyć podczas gotowania?
Lena westchnęła. Upiła łyk kawy.
- No tak, to brzmi logicznie - przyznała z chłodną obojętnością.
- Cieszę się, że to zauważyłaś - stwierdził i pokręcił głową z aprobatą.
Przytaknęła z rozgoryczeniem i dopiła kawę, a Bernard dokończył jedzenie, po czym poszedł do ubikacji.
Siedział na sedesie i przeglądał Internet w telefonie. Zalogował się na konto w social mediach, żeby sprawdzić, czy ktoś zamieścił coś ciekawego. Kilka profili o tematyce urbexowej wrzuciło na Instagram zdjęcia opuszczonych miejsc plus krótkie opisy. Nie było w tym jednak nic ciekawego na tyle, aby zatrzymać się na dłużej.
Bernard wyszedł z łazienki i podreptał na chwilę do kuchni.
- Ben! - rozległo się wołanie Leny z sypialni.
Ruszył w kierunku, skąd dobiegł krzyk.
- Mam nadzieję, że pamiętasz, że masz jechać do swojego taty do sklepu i... - Usłyszał, jeszcze zanim wszedł.
- Tak. Właśnie się ubieram i jadę - powiedział, kiedy wszedł do pokoju.
Wczoraj wieczorem jego ojciec zadzwonił i poprosił go o pomoc w serwisie komputerowym. Naprawiał, co można było naprawić, a gdy się nie dało, to odsyłał z kwitkiem. Zwykle udawało się zrobić to pierwsze.
Lena pokiwała głową i spytała, czy będzie mógł zajść do sklepu po mleko w drodze powrotnej. Skończyło się, a chciała upiec placek na wieczorną imprezę.
Bernard potwierdził, pocałował ją w usta.
Kiedy już wyszedł, sięgnął z kieszeni telefon, scyzoryk, z którym nigdy się nie rozstawał, i kluczyki z breloczkiem w kształcie hełmu Dartha Vadera w wersji mini.
***
Serwis znajdował się na terenie niewielkiego centrum handlowego w północnej części Poznania. Bernard zaparkował samochód na pobliskim parkingu. Otworzył drzwi z napisem: Serwis Komputerowy Robert Rosiak i wszedł do środka.
Ojciec akurat obsługiwał klienta, więc Ben usiadł w niewielkim fotelu i zaczął przeglądać gazety motoryzacyjne. Jako alternatywę miał "Panią Domu".
- No i jak się uruchomi, to wszystko się nie zdąży załączyć, po czym robi się, wie pan... niebieski ekran, kupa jakichś białych linijek kodu i idzie reset. Sam z siebie. Próbowałem już wszystkiego, ale się poddaję. Proszę coś z tym zrobić.
Okrągły na twarzy mężczyzna zdjął okulary z nosa i otarł spocone czoło. Następnie założył je na swoje miejsce, wydął usta i skrzyżował ręce na piersiach.
Głośno westchnął.
- Jak będzie gotowe, to dam znać. Proszę zostawić swój numer. O, tutaj na karteczce.
Rozradowany klient pospiesznie zapisał ciąg cyfr.
- Świetnie. W takim razie do zobaczenia - powiedział, po czym ruszył do wyjścia i wyminął Bernarda, nawet nie uraczył go spojrzeniem.
- RAM? Procesor karty graficznej się przegrzewa? - Ben podszedł do lady i spojrzał na wystawę ze sprzętem. Zastanawiał się, czy coś sobie kupić.
- Możliwe... jednak wolę rzucić okiem, zanim wydam osąd. Klienci często koloryzują i dodają coś, co im się wydaje, a to może zaburzać diagnostykę. Dobry fachowiec nie rzuca słów na wiatr, tylko weryfikuje wszystko, zanim zacznie klepać bzdury. A tak naprawdę to opcji jest tyle, że wiesz... równie dobrze może coś nie grać z dyskiem twardym, sterownikami albo oprogramowaniem.
- Albo wirusy.
- Albo podstępne wirusy - przyznał Robert i westchnął.
Bernard już chciał zmienić temat, jednak ojciec go ubiegł.
- Jak się sprawuje Toyotka? Silnik pracuje równo?
- Oj tak - przytaknął z entuzjazmem. - Pracuje, że aż miło posłuchać. Po tym przeczyszczeniu przepustnicy i wymianie wtyczki do cewki zapłonowej śmiga jak ta lala.
- No i dobrze. Słuchaj, Ben... jest sprawa.
- Kogo trzeba sprzątnąć? - zapytał i mrugnął porozumiewawczo, a Robert parsknął śmiechem.
- Mojego sąsiada. Wisi mi czteropak piwa. Nie no, żartuję... Na szczęście nikogo. Potrzebuję cię do wniesienia paru rzeczy do mieszkania. Mama sobie ubzdurała, żeby wymienić szafki w kuchni. Pamiętasz? Wspominała o tym, jak byliście ostatnio u nas z Leną.
- Tata... To było... kurczę, nie pamiętam. - Bernard się zamyślił.
- Mniejsza z tym. Podskoczyłbyś, żeby mi pomóc? Przewiało mnie coś i jakoś tak mnie plecy bolą.
Bernard przekrzywił głowę w lewą stronę i podparł się dłońmi pod boki.
- Biegałeś z nerkami na wierzchu czy co?
- Nie, ale... zresztą... będziesz w moim wieku, to sam się przekonasz, jak to jest. No rety, no... nie patrz tak. Wiesz, że uwielbiam rosyjską literaturę. Zasiedziałem się na działce w weekend z książką... no i... masz dziadzie złamany lewarek. Musiało mnie przewiać.
Bernard zamknął oczy i ciężko westchnął, czym chciał wyrazić swoje poirytowanie.
- Nie przypominaj mi o rosyjskiej literaturze. Tyle mi czytałeś tego szajsu i uczyłeś na siłę, że jak widzę rosyjski, to mam odruch wymiotny. Do tego wszystkiego ta durna Stecka w szkole... babsko mnie chyba nienawidziło. Wiecznie dostawałem dwóje.
- Najważniejsze, że się dogadasz z ruskiem. A język wroga...
- Wiem, wiem... warto znać. Wróćmy do tych szafek. Serio wezwałeś mnie tylko po to, żeby mi o tym powiedzieć? Mogłeś zadzwonić po prostu.
- A co? Nie chcesz trochę zarobić? - Poprawił okulary na nosie, które lekko się zsunęły.
- Nie no, wiadomo, że...
Drzwi do serwisu zostały otwarte. Bernard od razu usłyszał głośne stukanie obcasów. Odwrócił się i spojrzał za siebie. Do środka weszła długonoga dama w schludnej, zielonej, rozkloszowanej spódniczce i białym tank topie z napisem Badass loves so much. Do tego skórzana ramoneska. Miała krótkie, jasne włosy i całą masę kolczyków w uszach oraz jeden w nosie. Całości dopełniał naszyjnik z czerwonych koralików.
- Dzień dobry - powiedziała wyniośle i ustawiła się za Bernardem w umownej kolejce.
- Proszę, niech pani idzie. Nie jestem klientem. - Ben zrobił jej miejsce.
Kobieta natychmiast to wykorzystała.
- Mam problem z komputerem - zwróciła się do Roberta.
- Co się stało? - spytał starszy Rosiak.
- Sama nie wiem. Nie znam się. Wie pan, ja tylko guziczek wciskam i jest. A teraz jak tak robię, to nic się nie dzieje. Czy byłby pan tak dobry i zechciał zajrzeć?
Uśmiechnęła się, a obaj Rosiakowie mogli zobaczyć jej idealnie równe, białe zęby. Między górnymi jedynkami miała diastemę.
Robert odwzajemnił uśmiech i rzekł:
- Naturalnie. Od tego jestem.
- No i wspaniale. To ja pójdę na małe zakupy po centrum, tutaj obok, i za pół godzinki wrócę.
- Raczej do tego czasu jeszcze nie usuniemy usterki, ale powinniśmy wiedzieć, co jest powodem tego, że komputer nie chce się uruchomić.
- Rozumiem. To do zobaczenia.
Nieznajoma wyszła z lokalu, a jedynym śladem po niej był zapach jej perfum.
- To, co? Pomożesz?
- Jasne, panie Gierek - zażartował Bernard. - Kiedy? Dziś odpada, bo z Leną idziemy do jej koleżanki na urodziny.
Robert Rosiak wzruszył ramionami i cmoknął.
- No to jutro rano. Będziesz zdatny do noszenia ciężarów?
- Dostatecznym ciężarem będzie konieczność pójścia na tę cholerną imprezę.
- Eee, nie będzie chyba tak źle, co nie?
Bernard uciekł myślami do ostatniego razu, jak byli z Leną u Natalii. Nie znosił tych spotkań. Dziewczyna go strasznie irytowała. Do tego wszystkiego miała zły wpływ na Lenę, przez co tamta robiła mu później wyrzuty o byle co.
- Gorzej. Ta Natalia to tak macha ozorem, że nie potrzebowałbyś się latem wachlować. Zamęczyłaby cię na śmierć. Poza tym... jest tępa jak klocek Lego. Stale tylko by gadała o kosmetykach, tipsach, odżywkach do włosów oraz pieprzonych butach i torebkach! I tipsach!
- To ostatnie już mówiłeś. Poza tym... wątpię z tą gadatliwością. Przecież mnie znasz. Też lubię strzępić język.
- Chyba po ćwiartce wódki.
Zaśmiali się obydwaj. Ojciec wskazał palcem komputer blondynki.
- Oj tam. Masz, zerknij do laptopa tej laluni. Ja mam inne zlecenia.
Bernard spojrzał na komputer z naklejką z serduszkiem i małym kotkiem. Wziął urządzenie i poszedł na kanapę, po czym podjął próbę zdiagnozowania problemu.
***
Po robocie u ojca Bernard miał jeszcze jedną sprawę do załatwienia w Swarzędzu. Jakiś czas temu odpadła rączka od szafy w sypialni i Lena wyzywała, że trudno się ją otwiera. Potrzebował kupić nową, ponieważ stara nie dawała się już nijak przykręcić. Zabierał się do tego jak pies do jeża - w końcu uznał, że trzeba to zrobić. Tym bardziej że Lena wierciła mu dziurę w brzuchu od prawie miesiąca. Jeszcze trochę i zrobiłaby się naprawdę marudna, a tego wolał uniknąć.
Kiedy wracał do domu, wpakował się w niemały korek na ulicy Warszawskiej, który ciągnął się aż od cmentarza na Miłostowie do samej katedry - czyli z dobre cztery kilometry. Przeklinał się w myślach, że w porę nie zjechał do Antoninka, aby ominąć to, co praktycznie codziennie się wyrabiało na wlocie do Poznania od strony Swarzędza. Spojrzał na zegarek na desce rozdzielczej.
No tak, to ta godzina... ach, by to cholera - pomyślał i włączył radio.
W samochodzie rozbrzmiała jakaś piosenka, ale nie mógł sobie przypomnieć jej tytułu, bo z reguły nie zaprzątał sobie głowy takimi rzeczami. Ważniejsze było to, że dzięki temu podróż szybciej minie.
Przynajmniej w teorii.
Spojrzał w prawo i zobaczył kobietę, prawdopodobnie starszą od niego o dekadę. Włosy miała spięte w kucyk i była wyraźnie zdenerwowana. Spieszyła się. Stukała paznokciami po kierownicy i bez przerwy wyciągała szyję, aby ocenić, czy daleko z przodu coś zaczęło się przesuwać. W końcu wyczuła, że Bernard jej się przygląda, spojrzała na niego i schowała twarz w dłoniach.
"To czysta masakra... jestem załamana" - zdawała się mówić jej mowa ciała.
Bernard wydął usta, rozłożył ręce, jakby chciał przekazać: "No niestety, siedzimy w tym oboje".
- A teraz zapraszamy na reklamy - rozległo się z głośników, więc Bernard sięgnął do pokrętła i wyłączył radio.
Przeszła mu ochota na słuchanie tej krzykaczki.
Ekran telefonu błysnął i zagrała cicha melodyjka, przywodząca na myśl ćwierkanie mazurka. Sięgnął po urządzenie i je odblokował. Wciąż stał w korku, więc mógł skontrolować, kto raczył go zaniepokoić.
OD: kasia4681@mail.com
DO: mroczne_wedrowki@mail.com
Temat: Opuszczony sierociniec!
Hejka!
Piszę do Was w pewnej sprawie.
Oglądam regularnie Wasze filmy. W mojej okolicy, tutaj, skąd pochodzę, jest bardzo ciekawy obiekt. Stary dwór, gdzie kiedyś był sierociniec. Dziadek mi opowiadał, że jeszcze przed wojną i krótko po niej funkcjonował normalnie. Jeśli bylibyście zainteresowani, aby nakręcić o nim materiał, to pewnie wielu osobom by się spodobała Wasza relacja.
Z pewnych przyczyn wiedza o nim została utajniona przez władzę ludową i obecnie też nikt nie chce udzielać o nim informacji. Tutaj, skąd pochodzę, wiedza ta jest powszechnie znana. W załączniku do tej wiadomości przesyłam obszerny opis budynku wraz z przyległym do niego terenem oraz rys historyczny.
Gdybyście mieli jakieś pytania, to śmiało piszcie. Postaram się odpowiedzieć.
Pozdrawiam
Kasia
Bernard skończył czytać w samą porę, bo akurat samochody zaczęły się powoli przesuwać do przodu.
Teraz kiedy znał już treść wiadomości, chciał jak najszybciej dojechać do domu, żeby móc na spokojnie zapoznać się z załącznikami, w których były zawarte informacje na temat tajemniczego sierocińca. Wszystko to brzmiało naprawdę ciekawie.
Samochody przed nim przesunęły się raptem kilka metrów.
- No to się wpakowałem - jęknął zniecierpliwiony.
***
Siedział na fotelu i co jakiś czas zerkał na zegarek. Wciąż czuł poirytowanie, że jak tylko wszedł do mieszkania, to Lena udzieliła mu reprymendy. Bernard wrócił o takiej godzinie, że zostało za mało czasu, aby mogła upiec ciasto na imprezę.
Trudno, najwyżej kupisz coś po drodze - pomyślał z obojętnością, chociaż kusiło go, żeby powiedzieć to na głos.
Nie bardzo się tym przejął. Zamiast tego powiedział Lenie, żeby poszła ogarnąć, co musi, bo jemu to i tak wszystko zajmie maksymalnie piętnaście minut. Przynajmniej miał czas, by zapoznać się z załącznikiem z maila od widzki. Był tym tak nakręcony, że koniecznie musiał skontaktować się ze swoją urbexową partnerką, Weroniką Podolską. Chciał jednak podejść do sprawy na spokojnie.
Pewnie wrócimy do domu około północy albo później, więc najlepiej będzie, jak jutro do niej przedzwonię - pomyślał i zerknął na zegarek nad blatem.
- Leeenaaa! Długo tam jeszcze będziesz siedzieć?! Piękniejsza nie będziesz! - krzyknął w kierunku drzwi od łazienki.
Zawsze tak mówił, kiedy chciał ją zdenerwować, i zwykle wychodziło, ale chyba tym razem nie usłyszała. Podniósł się z fotela i podszedł bliżej. Odgłos suszarki stał się wyraźniejszy. Zapukał.
- Lena? Halo?
- Jestem, jestem. Suszę włosy. Czego chcesz? - Usłyszał stłumiony głos.
Westchnął.
- Długo jeszcze będziesz tam siedzieć?!
- Pięć minut!
- Mówiłaś to kwadrans temu - mruknął pod nosem z rezygnacją.
Wsadził dłonie do kieszeni i poszedł znów na fotel. Włączył telewizor i zaczął skakać po kanałach. Akurat wtedy przypomniała mu się ta marudna Wolińska i z nieukrywaną satysfakcją zwiększył głośność o jeden stopień. Wzniósł oczy i spojrzał na sufit.
Nieco ponad kwadrans później z łazienki wynurzyła się narzeczona. Włożyła czerwoną, obcisłą sukienkę z niewielkim dekoltem. Do tego białe Converse'y. Umalowała oczy i usta. Całość uzupełniła kolczykami w kształcie kółeczek. Wyglądała jak rasowa kusicielka.
- Na urodziny do koleżanki idziemy czy na jakąś randkę?
- Ja w przeciwieństwie do ciebie lubię dobrze wyglądać. Ty pewnie najchętniej poszedłbyś w tym swoim uniformie do urbexu, co? - zakończyła retorycznym pytaniem Lena.
Bernard jednak zignorował zaczepkę, ponieważ akurat usłyszał coś, co go zainteresowało.
- Przykładem może być, chociażby historia Aleksieja i Nikołaja Iwanowów, braci w wieku dziesięciu i dwunastu lat, którzy zniknęli bez śladu w nocy z trzeciego na czwartego marca tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku. Kilka dni wcześniej Aleksiej skarżył się wychowawcom, że nocami w jego pokoju...
- Wyłącz ten telewizor, bo znowu ta stara raszpla będzie mi truć tyłek - jęknęła Lena. - Głuchy jesteś, że tak go rozkręcasz?
Wzruszył ramionami na znak, że zupełnie nie przejmuje się narzekaniem Leny. Mimo to spełnił jej polecenie. Następnie uśmiechnął się i postanowił ją skomplementować:
- Zawsze dobrze wyglądasz, a w czerwonym to już w ogóle.
Spojrzała na niego, jakby nie do końca uwierzyła w to, co powiedział. Sięgnęła po torebkę, przewiesiła ją przez ramię i spytała:
- Idziemy?
- No coś ty. Teraz moja kolej.
Wparował do łazienki i na szybko się załatwił oraz opłukał twarz. Umył zęby, psiknął się perfumami i niecałe pięć minut później wyszedł.
- O! Widzisz? Tak to się robi!
Lena siedziała w fotelu i bawiła się telefonem. Obok niej stała duża torba z prezentem. Kiedy Bernard wyszedł z łazienki, dziewczyna bez słowa się podniosła, chwyciła pakunek za ucha i ruszyła do drzwi.
- Idziemy? - powtórzyła pytanie, jakby w ogóle nie usłyszała jego uwagi.
Taksówka już na nich czekała. Ben otworzył drzwi i pomógł wsiąść narzeczonej, po czym zajął miejsce z drugiej strony.
- Na Osiedle Orła Białego - powiedziała Lena.
- Po co mówisz "osiedle"? Wiadomo, że nie chodzi o ulicę - mruknął pod nosem Ben i pokręcił głową z politowaniem.
Lena go zignorowała.
- A numer bloku? - spytał taryfiarz, po czym odwrócił się przez prawy bark.
- Czternaście - powiedziała Lena.
Kierowca przypomniał im o zapięciu pasów, a kiedy to zrobili, taksówka ruszyła.
Toczyli zażartą dyskusję z mężczyzną na temat gry reprezentacji w piłce nożnej w meczu z Albanią.
- Powiem wam, że te patałachy to co najwyżej kosić murawę by mogły. O, do tego by się nadawały. Kiedyś to byli zawodnicy. Szarmach, Gadocha, Dejna. Jejku, jak oni grali. Coś pięknego. Pewnie ich nie pamiętacie.
Kiedy kierowca wspomniał nazwiska dawnych zawodników, Lena natychmiast się ożywiła:
- Mój tata interesuje się piłką nożną. Często wspomina tamte czasy i wyraża się ze sporą aprobatą o piłkarzach z tamtych lat. - Poprawiła sukienkę, bo zauważyła, że nieco za dużo odsłania.
Bernard położył dłoń na jej kolanie. Nie zareagowała, tylko spojrzała na niego wymownie.
- I słusznie. Bo te współczesne gwiazdory to tylko w reklamach umieją grać. Aaa, szkoda strzępić ozór na nich. Na jakąś imprezę jedziecie? Koleżanka tak pięknie wygląda, że każdy pewnie się obraca i podziwia.
Lena spłonęła rumieńcem.
- Dziękuję. Tak, na urodziny do mojej przyjaciółki.
Kierowca zagwizdał i spojrzał na nich w lusterku wstecznym.
- Uwielbiam imprezy. U mnie w rodzinie zawsze jak się spotykamy, to jeden element jest nieodzowny. Alkohol.
- U nas tak samo, chociaż raczej lekkie trunki. - Lena zachichotała i wdała się w głębszą dyskusję z taryfiarzem.
Bernard spojrzał za okno. Wydobył scyzoryk z kieszeni i zaczął się nim bawić. Przestał słuchać rozmowy. Wrócił myślami do wiadomości od widzki.
Uzasadnienie na temat braku informacji o budynku sierocińca wydało mu się nietypowe, jednak nie chciał szukać dziury w całym. Temat był zbyt ciekawy, żeby się nim nie zająć. Zastanawiało go jednak, dlaczego utajniono dokumenty.
I dlaczego budynek wciąż istniał? W ruinie, bo ruinie, ale mimo wszystko istniał. Może spadkobiercy nie mogli się dogadać?
Przemknęli przez rondo Starołęka i zbliżali się do Żegrza. Lena przysunęła się do Bernarda i powiedziała mu do ucha.
- Tylko nie zrób mi obciachu u Natki tak jak ostatnio, dobra?
- Co? - Spojrzał na nią, jakby nie do końca przetworzył to, co powiedziała. Przestał na chwilę bawić się korkociągiem w scyzoryku. - Sorry, zamyśliłem się.
Rzuciła mu spojrzenie pełne wymownego ostrzeżenia.
- Ciekawe nad czym. Mówiłam, żebyś nie narobił mi wstydu.
- A czemu miałbym to zrobić? Przecież mnie znasz.
Pokiwała głową i westchnęła. Po chwili rzekła:
- Właśnie dlatego to mówię.
Posłała mu spojrzenie, jakby chciała mu pogrozić, że jeśli złamie zasady, to pożałuje.
Przez chwilę się zastanawiał, co jej na to odpowiedzieć. Ostatecznie pokręcił tylko głową i prychnął jak kot, po czym wrócił do obserwowania miasta za oknem i zabawy scyzorykiem.
***
Bernard wiedział. Po prostu wiedział, że jego obecność na urodzinach Natalii będzie fatalnym pomysłem. Zawsze się tak kończyło. Ostrzegał Lenę, ale nie chciała słuchać. Próbowała wymusić na nim konieczność koegzystowania z jej znajomymi. On uważał, że co najwyżej może spróbować, a nie że cokolwiek musi. A już na pewno nie chciał znosić ludzi banalniejszych od niego.
"Natalka" od początku go wkurzała. Mimo że sprawiała wrażenie ogarniętej, wystarczyło, że wymienili uprzejmości i przyszło co do czego, to Bernard wiedział, jak potoczy się ta znajomość.
Bo wkurzał go już sam fakt jej istnienia. A jak dołożyć do tego jeszcze jej bezdenną głupotę, to mamy gotowy przepis na katastrofę. Zastanawiał się nawet czasami, co też Lena widzi w tej pustej lasce.
Przeszedł przez jezdnię i spojrzał w kierunku przystanku. Zbliżył się, aby sprawdzić, kiedy przyjedzie autobus, i doszedł do wniosku, że spacer dobrze mu zrobi. Lubił spacerować, bo w ten sposób oczyszczał umysł. Zresztą niegdyś bardzo często urządzał sobie takie wyprawy. Zwłaszcza w nocy. W czasach studiów nieraz wracał z drugiej części miasta w towarzystwie kumpla, z którym rozdzielał się gdzieś w pobliżu Mostu Dworcowego i odbijał w kierunku Wildy. Uwielbiał czuć ten niepokój podczas samotnych nocnych spacerów. Czasami mijał się tylko z przypadkowymi przechodniami lub pojedynczymi samochodami.
Ruszył w stronę mostu na ulicy Hetmańskiej i doszedł do wniosku, że skoro przeszedł już taki dystans, to daruje sobie ten autobus. Zresztą i tak dobrze byłoby rozchodzić spożyty alkohol.
Taksówka przemknęła nieopodal i pognała w kierunku południowej części miasta. Z jej wnętrza rozległy się okrzyki kilku podchmielonych panienek. Zdecydowanie przesadziły z procentami.
Z naprzeciwka szła para w średnim wieku. Rozmawiała żywo na jakiś temat, ale gdy zrównała się z Bernardem, umilkła, jakby to, o czym tak dyskutowała, było tajemnicą państwową.
Rosiak zszedł z wiaduktu i dostał się do Drogi Dębińskiej, żeby następnie iść wzdłuż ogródków działkowych. Długa, prosta szosa z szerokim pasem zieleni tuż koło jezdni ciągnęła się aż po horyzont. W oddali majaczyły wieże kościoła franciszkanów przy Placu Bernardyńskim. Bernard nie mógł ich dostrzec, była przecież noc, jednak wiedział, że tam są.
Z oddali zbliżała się jakaś postać. Bernard już z daleka przeczuwał, że może to być ktoś z marginesu społecznego.
Błagał w duchu, by ten ktoś nie zwrócił na niego uwagi.
Kuźwa, nie no... patrzy się na mnie... patrzy jak świnia na pełne koryto - Ben zagryzł zęby.
Głowa menela kołysała się na lewo i prawo. Gdyby nie obwieszony workami rower - ta wędrówka mogłaby się skończyć różnie.
- Uszanowanko, panie kochany. Dobrego wieczorku życzę. Kierowniku kochany, dej pan coś do ćwiarteczki. Suszy mnie jak jasna cholera. - Gruby, przepity bas nieznajomego mężczyzny dudnił jak uderzenie dzwonu.
Rosiak westchnął. Facet śmierdział tak mocno, że Bernard ledwie wytrzymywał tak bliskie spotkanie. Zawsze czuł mentalny opór przed wspieraniem takich wykolejeńców, bo najczęściej przeznaczali zebrane datki na procenty. Bernard był przeciwny pijaństwu. Tym bardziej był negatywnie nastawiony po tym, jak kilka razy dostał słowną wiązankę od przedstawiciela menelskiego światka.
- Kartę tylko mam. Jak masz pan terminal, to spoko - mruknął Bernard na odczepne.
Wepchnął dłonie do kieszeni i już miał iść dalej, kiedy menel z podekscytowaniem rzucił się do swojego dobytku i poprosił Rosiaka o chwilę cierpliwości.
Żul zaczął energicznie przeszukiwać jeden z worków i ku zaskoczeniu Bernarda wydobył terminal płatniczy z urwanym kablem. Z entuzjazmem zabrał się do wystukiwania czegoś na nim, po czym zaklął siarczyście i powiedział:
- By to ciul niemyty... Patrz pan, chujostwo nie działa.
- No kto by pomyślał - podsumował Bernard i ruszył w swoją drogę z uczuciem ulgi, ponieważ fetor mężczyzny powoli zaczął zostawać w tyle.
Usłyszał jeszcze jakieś słowa oburzenia, ale nie przejmował się tym zupełnie. Liczyło się tylko jedno: jak najszybciej uciec od tego epicentrum smrodu.
Z trudem oddychał i gdyby miał jeszcze dłużej rozmawiać z menelem, to pewnie by się porzygał. Mimo że trochę wypił i zmysł węchu miał przytępiony, to odór czuł bardzo wyraźnie.
Dotarł do narożnika Parku Jana Pawła II i skręcił w ulicę Spychalskiego. Po drodze minął lodowisko, krzyż papieski, później pływalnię Chwiałka.
Kiedyś, gdy był jeszcze dzieckiem, wraz z kumplami przechodzili na cwaniaka przez płot i, mimo że wejście kosztowało śmieszne pieniądze, dostawali się na teren pływalni za darmo.
Czteropiętrowy blok, w którym Bernard mieszkał wraz z Leną, znajdował się nieopodal całodobowego parkingu w miejscu dawnego poznańskiego Manhattanu. Za nim rozciągał się stary, zniszczony stadion Warty Poznań.
Rosiak przeszedł przez bramę, wtoczył się do windy, wjechał na trzecie piętro i kiedy w końcu wszedł do mieszkania, poczuł niesamowite zmęczenie. Świeże powietrze, alkohol i zmęczenie robiły swoje.
Od razu poszedł do sypialni. Lata leciały i już nie był tym samym człowiekiem co dekadę temu. Rozebrał się, położył i niemal natychmiast zasnął.