PROLOG
Yorkshire, grudzień 1980 roku
Siedzę przy biurku, stojącym przy oknie, i wyglądam na zewnątrz, na
szerokie nagie połacie wysokich torfowisk, po których hula
lodowaty wiatr grudniowy. Na niebie pełno szarych, wściekle skłębionych
chmur. Podobno w święta ma spaść śnieg, ale nie wiadomo, czy te
przepowiednie się sprawdzą. Tu, w Yorkshire, nigdy nie wiadomo, co
się zdarzy. Żyje się nadzieją, że wszystko będzie lepiej, i czasem ta
nadzieja wystawiana bywa na ciężką próbę - zwłaszcza na wiosnę, kiedy
zima nie chce odejść jak uciążliwy gość, który zatrzymuje się jeszcze
w hallu, zamiast wynieść się wreszcie za drzwi. Powietrze przeszywają
przeraźliwe wrzaski głodnych ptaków, zimny deszcz zacina w twarz
wędrowca, gdy ten ciepło opatulony podąża błotnistą drogą, niosąc
w sobie niczym cenny skarb wspomnienie słońca i ciepła.
Teraz, w grudniu, mamy jeszcze przynajmniej przed sobą Boże
Narodzenie. Nie, żeby święta miały dla mnie tak wielkie znaczenie,
ale stanowią one jednak świetlisty punkt w okresie ciemności.
Dawniej bardzo lubiłam święta. Ale wtedy dom był jeszcze pełen ludzi,
pełen głosów i śmiechów, choć także sporów. Ozdabiało się go cały,
tygodniami piekło się i gotowało, odbywały się przyjęcia
i świąteczne kolacje. Nikt nie potrafił tak dobrze zorganizować świąt jak moja
matka. Myślę, że właśnie po jej śmierci Boże Narodzenie przestało
sprawiać mi radość.
Laura, poczciwa stara Laura, ostatnia moja towarzyszka, stara się
urządzić mi święta jak najpiękniej. Niedawno słyszałam, jak znosiła
ze strychu pudełka z ozdobami świątecznymi. Na dole rozbrzmiewają
z gramofonu stosowne pieśni, a Laura trudzi się, próbując zawiesić
nad kominkami girlandy z jedliny. Przynajmniej ma zajęcie.
To wzruszające, jak jest przywiązana do mnie i do domu, ale
często działa mi nerwy, gdy drepcze za mną jak piesek i spogląda
na mnie tymi dziecięcymi, wylęknionymi oczami. Laura skończyła
pięćdziesiąt cztery lata, lecz w dalszym ciągu ma wyraz twarzy
wystraszonej dziewczynki. I to się już nie zmieni. Podczas wojny, kiedy
przeżyła zbyt wiele okropności, była jeszcze młoda, a o psychoterapii
w leczeniu traumatycznych przeżyć prawie nic wtedy nie
wiedziano. Lekarze mieli nadzieję, że wszystko ułoży się samo, lecz
czasami wcale tak nie było.
Na tym polegało również nieszczęście mojego brata George'a.
Podobnie jak Laura nie potrafił uporać się sam z tymi okropnymi
przeżyciami. Zdarzają się tacy ludzie. Nie umieją wygrzebać się ze
spustoszeń, jakie los wyrządza w ich psychice.
Na dworze powoli się ściemnia. Nagle pojawiło się parę
wirujących płatków śniegu. Z radością wyglądam wieczoru. Będę siedzieć
przy kominku i popijać starą whisky, Laura będzie siedzieć obok
mnie i robić na drutach, i mam nadzieję, że nie będzie się za dużo
odzywać. Jest osobą miłą, ale niezbyt bystrą i dowcipną. Ilekroć
zaczyna mówić o polityce albo o jakimś filmie obejrzanym w telewizji,
siedzę jak na szpilkach. Wszystko w niej jest zawsze takie przeciętne,
zresztą Laura potrafi tylko w kółko opowiadać o tym, co inni
przewałkowali już dziesiątki razy. A z drugiej strony nie robi nic, żeby
podciągnąć się umysłowo. Nigdy nie przeczyta porządnej książki, tylko
ciągle te romanse z serii "Miles & Boone". Wzdycha wtedy z rozkoszy
i całkowicie identyfikuje się z przedstawioną na okładce prześliczną
bohaterką w różowych fatałaszkach, która spoczywa w ramionach
silnego mężczyzny o ciemnych lokach i podaje mu do pocałunku
nabrzmiałe usta. Laura jest wtedy zawsze taka przejęta, że z jej twarzy
znika nawet na krótko wyraz strachu i przerażenia.
Potem naleję sobie może nawet jeszcze jedną whisky, choć ona
pewnie znowu spojrzy na mnie z dezaprobatą i powie, że nadmiar
alkoholu szkodzi. Dobry Boże, jestem starą kobietą! Co to ma za
znaczenie, czy i ile piję?
Poza tym mam powód do świętowania, ale Laurze o tym nie
powiem, bo zacznie lamentować. Dopiero co napisałam słowo KONIEC
pod tekstem mojej powieści, więc czuję się jakby wyzwolona od
ciężkiego brzemienia. Nie wiem, ile czasu mi zostało, zresztą
nieznośna była dla mnie myśl, że mogę nigdy nie skończyć. Ale dokonałam
tego, zatem mogę spokojnie oprzeć się w fotelu i czekać.
Spisałam dzieje swojego życia. Czterysta stron maszynopisu. Całe
moje życie przelane na papier. No cóż - prawie całe życie.
Ostatnie trzydzieści lat pominęłam milczeniem. Niewiele się już
wydarzyło, kogo by zresztą interesowały kłopoty i zmartwienia wyznaczające
rytm codziennego życia starej kobiety? Nie, żebym zamierzała
kiedykolwiek pokazać komuś ten tekst! Ale opisywanie własnej starości
nawet dla mnie samej nie byłoby przyjemne. Uczciwie musiałabym
wspomnieć o reumatyzmie, coraz słabszym wzroku, gośćcu
wykrzywiającym moje palce, które z wolna przypominają już szpony, a na
takie wyznania nie miałam ochoty. Z niczym nie należy przesadzać,
także ze szczerością.
W swoich wyznaniach zachowałam zresztą wystarczającą
uczciwość. Nigdzie nie twierdziłam, że byłam szczególnie piękna,
szczególnie szlachetna czy szczególnie dzielna. Naturalnie parę razy bardzo
mnie korciło. Byłoby to całkiem łatwe. Tu i ówdzie kilka drobnych
poprawek, kilka zgrabnie ukrytych faktów. Pewnie nałożyłabym
coś w rodzaju werbalnej nasadki zmiękczającej, uzyskując w ten
sposób rozmyte kontury. Gdybym nie powiedziała o pewnych
sprawach albo powiedziała o nich inaczej, od razu powstałby
upiększony obraz. I siłą rzeczy powstałaby inna historia. Naturalnie można
kłamać i podbarwić własną historię, lecz wtedy nasuwa się pytanie,
po co w ogóle pisać.
Można też trzymać się prawdy. Prawda bywa okrutna,
a czasem bolesna, ale przynajmniej jest prawdą. Dzięki niej cała sprawa
ma jakiś sens. Pamiętałam o tym podczas zapisywania każdej
strony. Zastanawiam się wprawdzie, czy to, że pisałam o sobie, Frances
Gray, nie w pierwszej osobie, tylko w trzeciej, wiązało się z tym, iż
nieświadomie miałam nadzieję, że w ten sposób mogę jednak
wygładzić to i owo. Pisanie w pierwszej osobie zmusza znacznie
bardziej do uczciwych analiz niż używanie formy "ona". Ale jeśli taki
był istotnie mój ukryty, niehonorowy motyw, to mogę powiedzieć,
iż nie uległam pokusie upiększania brzydoty. Zapewniam, że
obchodziłam się bezlitośnie z fikcyjną Frances w trzeciej osobie. I daje mi
to przyjemne poczucie własnej odwagi i siły.
Dobrze ukryję swoje zapiski. Choć Laura bardzo mnie kocha, po
mojej śmierci natychmiast zniszczyłaby wszystko; tak się boi, że ktoś
mógłby się dowiedzieć o pewnych sprawach. Nie potrafi być inna,
ale kto tak naprawdę potrafi? Najbardziej sensowne byłoby
z pewnością spalenie tego wszystkiego, bo w końcu na jedno wychodzi,
czy tych kilkaset zapisanych stron będzie sobie gnić w jakiejś
kryjówce, czy też w ogóle przestanie istnieć. Dla mnie zresztą pisanie
spełniło swój cel: pisanie zmusza do precyzji. Mgliste wspomnienia
przybierają ostre kontury i wyraźne barwy. Naprawdę musiałam
sobie przypominać. I dzięki temu się pogodziłam. Pogodziłam się
ze sobą, ze swoim życiem, z losem. Wybaczyłam ludziom, a przede
wszystkim wybaczyłam samej sobie. To było dla mnie ważne -
i udało się. A mimo to...
Nie mogę tak po prostu powierzyć tego wszystkiego płomieniom.
Włożyłam w to zbyt wiele pracy, zbyt wiele czasu. Nie zdobędę się
na to. Przeczuwam, że to błąd, ale popełniłam w życiu tyle błędów,
że jeden więcej nie ma już znaczenia.
W międzyczasie ściemniło się zupełnie; od dawna pali się
lampka na moim biurku. Na dole Laura, przygotowując kolację, puszcza
po raz setny te same kolędy. Ucieszy się, gdy po tak długim czasie
znów będę jeść z apetytem. Kiedy człowiek nie rzuca się na jedzenie,
Laura zawsze z miejsca uważa, że źle gotuje. W miesiącach pisania
żyłam jednak w zbyt wielkim napięciu, żeby odczuwać prawdziwy
głód. A człowiek pokroju Laury, której fantazja porusza się
w obrębie dość ciasnych granic, nie potrafi sobie wyobrazić czegoś takiego.
Dlatego w pewnym momencie przestałam jej to wyjaśniać. Po
kolacji będzie rozpromieniona i uzna, że wreszcie znowu utrafiła w mój
smak. I będzie z tego powodu niezmiernie szczęśliwa.
Laura jest niemal chorobliwie uzależniona od opinii innych
ludzi, a najbardziej od mojej. Często zastanawiam się, na kogo będzie
patrzeć tym swoim dopraszającym się miłości spojrzeniem,
kiedy mnie zabraknie. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby Laura wtedy
nagle osiągnęła suwerenność i niezależność. Ona potrzebuje
osoby, o której względy będzie mogła zabiegać, której będzie chciała
we wszystkim dogodzić. W pewnym sensie potrzebuje nawet kogoś,
kto wywiera na nią presję, w przeciwnym razie zadręcza się i czuje
zagubiona na tym świecie.
Znajdzie się coś dla niej. Znajdzie się ktoś dla niej. Coś lub
ktoś. Sprawy się rozwiną. Jak zresztą już wspomniałam: tu,
w Yorkshire, nigdy nie wiadomo, co się zdarzy...
Frances Gray
Niedziela, 22 grudnia 1996 roku
Ta podróż od początku stała pod nieszczęśliwą gwiazdą.
Ralph od samego rana był małomówny i zamknięty w sobie,
lecz jego nastrój stał się jeszcze bardziej posępny, kiedy na lotnisku,
śpiesząc się, zwrócili uwagę na zdjęcie Barbary na stronie tytułowej
jakiegoś szmatławca, umieszczonego na obrotowym stojaku przed
kioskiem z gazetami. Ralph zatrzymał się i przez chwilę wpatrywał
w pisemko, a następnie wyciągnął portmonetkę.
- Daj spokój! - zdenerwowała się Barbara. Popatrzyła na
zegarek. - Lada chwila odlatuje nasz samolot!
- Mamy jeszcze dość czasu - odparł. Wziął czasopismo i podał
monetę sprzedawcy za kontuarem. - Uważam, że to bardzo dobre
zdjęcie. Nie powinniśmy go ignorować.
Zdjęcie rzeczywiście było dobre: Barbara miała na sobie czarny
kostium, w którym wyglądała zarówno seksownie, jak i poważnie,
głowę miała podniesioną wysoko, a usta lekko otwarte.
Rozpuszczone jasne włosy rozwiane na wietrze. Nad zdjęciem widniał napis
grubymi czerwonymi literami: ZWYCIĘŻCZYNI.
- Gazeta jest wczorajsza - wyjaśniła Barbara, rzuciwszy okiem
na datę. - Zdjęcie zostało zrobione w piątek w sądzie, po
zakończeniu procesu Kornbluma. Nie wiem, dlaczego ta sprawa wzbudziła
taką sensację!
Brzmiało to tak, jakby się usprawiedliwiała. Zdenerwowało ją to.
Dlaczego ma się tłumaczyć przed Ralphem z tego, że wygrała proces
i że prasa tak żywo interesuje się sprawą? Dlatego, że Ralph czuje
się zażenowany, gdy jego żona bywa przedmiotem sensacyjnych
doniesień w prasie bulwarowej, że spektakularne rozprawy są tak czy
owak poniżej jego poziomu, że uważa obrońców w procesach
karnych za prawników drugiej kategorii? Ralph ściśle rozróżniał
adwokatów i obrońców w sprawach karnych. On był oczywiście
adwokatem. Pracował w renomowanej frankfurckiej kancelarii i zajmował
się głównie wielkimi procesami w branży ubezpieczeniowej, którymi
nie interesował się prawie nikt oprócz samych uczestników.
Barbara broniła sprawców ciężkich przestępstw i odnosiła tyle sukcesów,
że wciąż proponowano jej nowe sprawy, które opinia publiczna
śledziła miesiącami z zapartym tchem. Ralph zarabiał więcej
pieniędzy, Barbara była ulubienicą dziennikarzy. Każdemu z nich dwojga
przeszkadzało to, co wyróżnia drugie.
Gdy w końcu siedzieli już w samolocie - w ostatniej chwili
stawili się przy swojej bramce - i stewardesy zaczęły rozdawać napoje,
Barbara zadała sobie pytanie, które zadawała sobie już nieraz
w minionych miesiącach, kiedy w ich małżeństwie pojawił się ten ton
wiecznego rozdrażnienia i ta permanentna agresja. Na pewno
nastąpiło to niepostrzeżenie, gdyż nie mogła sobie przypomnieć żadnej
konkretnej daty. Ona sama z pewnością nie dostrzegła pierwszych
znaków ostrzegawczych. Pamiętała, że Ralph już od dłuższego
czasu mówił o problemach.
Jej wzrok padł znowu na gazetę leżącą na kolanach Ralpha.
ZWYCIĘŻCZYNI! Tego rodzaju prasa zawsze przesadzała, lecz
faktem było, że Barbara rzeczywiście wygrała sprawę i wyciągnęła
Petera Kornbluma z naprawdę poważnej opresji.
Kornblum, burmistrz pewnego miasteczka, nie był wprawdzie
grubą rybą, lecz niewątpliwie człowiekiem ambitnym, dbającym
o swój wizerunek, toteż starał się być stale obecny przynajmniej na
łamach prasy lokalnej. Kiedy niespodziewanie posądzono go
o zabicie siekierą swej dziewiętnastoletniej kochanki i porąbanie zwłok,
stał się w jednej chwili osobą powszechnie znaną. Przy tej okazji
także pani Kornblum dowiedziała się, że jej mąż utrzymywał intymne
stosunki z dziewczyną ze środowiska prostytutek, co poważnie
zachwiało jej poukładanym dotychczas światem. Peter Kornblum
przeobraził się w biednego robaczka błagającego o łaskę i zrozumienie,
a poza tym żarliwie zapewniającego o swej niewinności. Jak
później wyznał Barbarze, zasięgnął rady najbardziej zaufanych kolegów
w partii, kogo wybrać na swego obrońcę. Wybór padł jednogłośnie
na Barbarę Amberg. "Ona każdego wyciągnie!"
Oczywiście wcale tak nie było. Miała jednak na swoim koncie
szereg sukcesów.
- Jak sądzisz: to jego sprawka? - spytał Ralph, pokazując
palcem małe zdjęcie Petera Kornbluma na dole strony.
Barbara pokręciła głową.
- Nigdy w życiu. W ogóle to do niego nie pasuje. Mimo to jego
kariera polityczna legła w gruzach. Żona wniosła pozew
rozwodowy. On jest skończony. - Wzięła gazetę i wsunęła ją do siatki z tyłu
fotela znajdującego się przed nią. - Zapomnij teraz o tym -
powiedziała - przecież wyjeżdżamy. A za dwa dni święta.
Uśmiechnął się z przymusem. Po raz pierwszy Barbara zaczęła
poważnie wątpić, czy dobrym pomysłem było porywanie męża
w samotne miejsce, aby ratować ich małżeństwo.
Od szesnastu lat zawsze to samo. Ilekroć Laura Selley opuszczała
Westhill House na kilka dni czy tygodni i wynajmowała dom ludziom,
którzy płacili za to, żeby móc się tym przechwalać i zachowywać jak
gospodarze, tuż przed wyjazdem udawała się na żmudne
i deprymujące, bo jak zwykle bezowocne, poszukiwanie czegoś, o czym koniec
końców nie wiedziała na pewno, czy w ogóle istnieje. Czyżby ścigała
wytwór swej wyobraźni? Czy już dawno nie przeszukała każdego
zakątka tego starego wiejskiego domu? Czyż nie szukała ciągle w tych
samych miejscach, dobrze wiedząc, że w międzyczasie to nie
mogło się tam raczej pojawić?
Zasapana wygramoliła się ze ściennej szafy, do której weszła
mimo bólu w kościach, żeby po raz setny wywrócić wszystko
wewnątrz do góry nogami. Z siedemdziesiątką na karku nie zaliczała
się już do najmłodszych, w dodatku od lat dręczyły ją silne bóle
reumatyczne, które szczególnie zimą bywały często nie do zniesienia.
Zimne ostre wiatry przewalające się przez doliny Yorkshire na pewno
nie poprawiały jej samopoczucia. Dobrze jej zrobi spędzenie świąt
i sylwestra u siostry w łagodnym klimacie południowo-wschodniej
Anglii. Byle tylko w międzyczasie obcy ludzie...
Stojąc przed szafą, wyprostowała się powoli, z cichym jękiem
przyciskając dłonią krzyże. Jej wzrok powędrował za okno, omiótł
pagórki Wensleydale, które latem jako pastwiska były zielone
i błyszczące, a teraz wydawały się łyse i szare. Nagie konary drzew wyginały
się na wietrze. Niskie skłębione chmury pędziły po niebie.
W powietrzu wirowały pojedyncze płatki śniegu. Tego ranka w radiu
mówiono, że tu, w północnej Anglii, w święta może spaść śnieg.
Zobaczymy, pomyślała Laura, pożyjemy - zobaczymy. Tak czy
owak zima będzie długa. Tu, na północy, zimy zawsze bywają
długie. Powinnam sprzedać dom i przenieść się do jakiegoś ciepłego
kraju.
Od czasu do czasu nosiła się z tą myślą, lecz równocześnie
dobrze wiedziała, że nigdy tego nie zrobi. Westhill House był jedyną
ojczyzną, jaką kiedykolwiek miała, jej ostoją, jej wyspą w świecie.
Była przywiązana do tego domu, do tej krainy, choć nienawidziła
samotności, chłodu i wspomnień, które towarzyszyły jej w tym
więzieniu. Nie było innego miejsca, w którym potrafiłaby żyć.
- Gdzie mogłabym jeszcze poszukać? - zastanawiała się na głos.
W domu było mnóstwo szaf ściennych, alkierzyków i rozmaitych
zakamarków. Laura znała wszystkie i grzebała w nich już nieraz, lecz
nigdy nie znalazła niczego ważnego. Przypuszczalnie nie było tam
nic do znalezienia. Przypuszczalnie w ten sposób doprowadzała się
tylko do szaleństwa.
Opuściła pokój i zeszła po stromych schodach na parter, weszła
do kuchni. Pod blachą buzował ogień, czuć było zapach
świątecznych ciastek, które upiekła przed południem i zamierzała wziąć do
siostry. Mimo że od prawie czterdziestu lat w pomieszczeniu stała
kuchenka elektryczna, Laura używała najchętniej żelaznej
kolubryny z przełomu wieków, na której dawniej gotowano dla całej wielkiej
rodziny. Uparcie trzymała się starych rzeczy, tak bojaźliwie, jakby
bała się, że straci część samej siebie, jeśli rozstanie się z czymś, co
należało kiedyś do jej życia. Wszystko, co nowe, traktowała
z wrogością. Uważała, że świat idzie nadzwyczaj ryzykowną drogą,
i każdą myśl o tym starała się stłumić jak najprędzej.
Nastawiła wodę, bo poczuła nieodpartą potrzebę wypicia
filiżanki gorącej herbaty. Potem musiała się spakować i powlec pościel dla
gości, którzy mieli się zjawić następnego dnia. Małżeństwo
z Niemiec. Nigdy dotąd nie miała tutaj Niemców. Dla niej byli oni
nadal wrogami z dwóch wojen światowych, ale z drugiej strony Peter
też był Niemcem. O nim jednak także nie chciała myśleć, naprawdę
wolałaby przyjmować tutaj Francuzów lub Skandynawów. Bardzo
jednak potrzebowała pieniędzy, a poza tymi Niemcami nie było
nikogo, kto chciałby wynająć Westhill House na święta.
Laura dawała regularnie ogłoszenia w katalogu z ofertami
domów do wynajęcia dla wczasowiczów. Ze swej skromnej renty nie
byłaby w stanie pokryć kosztów ciągłych koniecznych napraw,
a stary budynek musiałby stopniowo popaść w ruinę. Wynajmowanie
stanowiło jedyną możliwość dodatkowego zarobku, choć Laura po
prostu nienawidziła wpuszczania do domu obcych. Teraz na
przykład należało pilnie zadbać o nowe pokrycie dachu, najpóźniej
przed następną zimą. Znalezienie gości było jednak trudne. Ktoś,
kto jechał na północ, wybierał Krainę Jezior albo udawał się od
razu do Szkocji. Yorkshire, kraina gór i torfowisk, zimnych wiatrów,
masywnych domów zbudowanych z wapienia, nie przyciągało zbyt
wielu turystów. Na myśl o Yorkshire ludzie wyobrażali sobie
kopalnie ołowiu i węgla, osmalone kominy i posępne osiedla robotnicze
w zamglonych dolinach.
Czy ktoś wiedział cokolwiek o przyjemnych, pogodnych dniach
wiosennych, kiedy kraj zalewały jaskrawożółte narcyzy? Kto znał
jasne szaroniebieskie mgiełki snujące się nad horyzontem w gorące
letnie tygodnie? Czy ktoś wąchał kiedykolwiek aromatyczny zapach,
który wiatr przynosił jesienią w doliny? Jak zawsze, kiedy Laura
myślała o tym wszystkim, miłość do tej krainy wzbierała w niej niczym
nagły bolesny skurcz i odbierała jej na chwilę oddech, a ona
uświadamiała sobie wtedy znowu, że nigdy stąd nie wyjedzie. Że będzie
znosić długie zimy. Samotność. Żyć wspomnieniami. Nie opuszcza
się kogoś, kogo się kocha, takie było jej niezłomne przekonanie, choć
można się ciągle na niego denerwować. Pewnego dnia można razem
z nim zginąć, ale się nie wyjeżdża.
Rozległ się gwizd czajnika. Laura zalała wrzątkiem liście
herbaty. Już ten aromatyczny zapach podziałał kojąco na jej nerwy; po
pierwszym łyku, wiedziała to z doświadczenia, będzie nowym
człowiekiem.
"Laura i jej filiżanka herbaty", drwiła zawsze Frances, "jako
jedyne w świecie lekarstwo na bóle brzucha, kurcze mięśni łydek,
koszmary senne i depresje. Dla niej inne lekarstwa mogłyby nie istnieć".
Frances też lubiła herbatę, lecz nigdy nie potrafiła z jej pomocą
łagodzić problemów. Wolała mocniejsze rzeczy.
"Szklaneczka dobrej szkockiej z lodem", mawiała, "a świat
wraca do normy!".
W piciu potrafiła przetrzymać każdego mężczyznę. Wydawało
się, że ma wątrobę z gumy, zupełnie niewrażliwą na ból.
Laura zaciągnęła grube wzorzyste zasłony, zabraniając w ten
sposób wstępu zapadającym ciemnościom i wiatrowi wyjącemu za oknem.
Na myśl o Frances ogarnęła ją z powrotem nerwowość. Ponownie
nasunęło się dręczące wyobrażenie, że zjawią się obcy i przez dwa tygodnie
dzień w dzień będą mogli szperać w jej domu. Ludzie byli ciekawscy.
Lubili odkrywać rzeczy związane z innymi. Laura wiedziała o tym, bo
i ona czasami zaglądała do cudzych szuflad. Kiedyś listonosz zostawił
u niej omyłkowo list do Leighów z dworu w Daleview. Przez pół dnia
krążyła wokół listu, w końcu nie wytrzymała i otworzyła go nad parą.
Była gorzko rozczarowana, gdy okazało się, że zawiera tylko
zaproszenie na święto powitania wiosny od jakiejś rodziny z Hawes.
Laura przeszła z filiżanką w ręku do jadalni, sprawdziła
w kredensach, czy porcelana i kieliszki do wina są ustawione jak należy.
Białe lniane obrusy leżały uprasowane i złożone równo kant przy
kancie na odpowiedniej półce w komodzie. Srebrne sztućce,
podzielone na łyżki, noże i widelce, umieszczono według wielkości
w wyłożonych aksamitem przegródkach. Laura z zadowoleniem
pokiwała głową. Niemcy nie powinni mieć powodu do marszczenia swych
delikatnych nosów.
Także tutaj zasunęła zasłony i ruszyła do wyjścia. Przez cały czas
miała jednak wzrok spuszczony, bacząc na to, żeby ani przez
chwilę nie wodzić już oczyma po pokoju. Ale gdy wychodziła, jej wzrok
zatrzymał się na gzymsie kominka i zobaczyła stojącą na rogu dużą
fotografię w pozłacanej ramce. Nie mogła się powstrzymać,
musiała się zbliżyć. Czarno-białe zdjęcie przedstawiało siedemnastoletnią
Frances Gray. Dziewczyna miała na sobie strój marynarski, który
sprawiał bardzo obyczajne wrażenie, gładkie czarne włosy
sczesane na boki. Była osobą w typie wybitnie celtyckim, świadczyła o tym
blada cera i jasnoniebieskie oczy. Na zdjęciu uśmiechała się dosyć
wyniośle: ten uśmiech służył jej nieodmiennie do onieśmielania
innych, nie rozstawała się z nim nawet w najcięższych czasach, gdy
ludzie mówili, że doprawdy nie ma już chyba rzeczy, do której
mogłaby się z dumą odwołać. W rzeczywistości chodziło jedynie o to, że
nigdy nie okazała słabości. Jej dzielność doceniło niewielu bliźnich.
Większość ludzi uważała, że spokojnie mogłaby być trochę
skromniejsza i trzymać się raczej w cieniu.
Frances i skromność! Laura omal nie wybuchnęła śmiechem.
Popatrzyła na młodą dziewczynę na zdjęciu i powiedziała na głos:
- Powinnaś była mi powiedzieć! Po prostu powinnaś była mi
powiedzieć, gdzie to ukryłaś!
Ale Frances uśmiechała się tylko i zachowywała milczenie.
Samolot wylądował w Londynie około siedemnastej. Barbara i Ralph
zamierzali spędzić noc w hotelu, a następnego ranka wyruszyć do
Yorkshire wynajętym wozem. Barbara sądziła, że przyjemnie
byłoby pospacerować wieczorem po przystrojonym już świątecznie
mieście, a później pójść na kolację do jakiejś przytulnej restauracji.
Kiedy jednak wysiedli z samolotu, lało jak z cebra, a wieczorem
nastąpiło jeszcze pogorszenie pogody. W takiej sytuacji nawet Regent
Street ze swymi neonami i wielką choinką nie zachęcała do
dłuższego zatrzymania się.
Zupełnie przemoczeni uciekli w końcu do taksówki i kazali się
zawieźć do Covent Garden. Udało im się zdobyć ostatni wolny
stolik u Maxwella. Było głośno i tłoczno, ale przynajmniej także ciepło
i sucho. Ralph odgarnął z twarzy mokre włosy i marszcząc czoło,
przeglądał menu.
- Wybierz sobie coś naprawdę dobrego - powiedziała
Barbara. - Przez następne dwa tygodnie będziesz zdany na moją kuchnię,
a wiesz, co to znaczy.
Ralph roześmiał się, ale nie wyglądał na wesołego.
- W Yorkshire też będą restauracje - zauważył.
- Z tego co zrozumiałam z opisu domu, wylądujemy mniej
więcej pośrodku zupełnego pustkowia - wyjaśniła Barbara. - W pobliżu
jest wprawdzie jakaś wioska, ale... - Nie dokończyła zdania, tylko
wzruszyła ramionami.
Przez chwilę milczeli oboje, po czym Ralph zapytał cicho:
- Uważasz, że to wszystko naprawdę ma sens?
- To ty zawsze zachwycałeś się Anglią! Ty zawsze mówiłeś, że
kiedyś chciałbyś pojechać do Yorkshire! To ty...
- Oczywiście, wcale nie o to chodzi - przerwał jej Ralph -
tylko o nas. W tym stanie rzeczy... czy koniecznie musimy się tam
zagrzebywać we dwoje na dwa tygodnie? Kisić się we własnym sosie
i mierzyć ze wszystkim, co...
- Tak jest! Problem polega przecież na tym, że nigdy nie mamy
czasu dla siebie. Że oprócz "dzień dobry" i "dobry wieczór" nie mamy
sobie prawie nic do powiedzenia. Że każde z nas żyje tylko własną
pracą i nie ma pojęcia, co przeżywa drugie!
- Dobrze wiesz, że chciałem inaczej.
- Owszem - odrzekła z goryczą Barbara - wiem o tym. Moim
kosztem.
Oboje zamilkli, a po chwili Ralph zaczął znowu:
- Równie dobrze mogliśmy jednak porozmawiać w domu.
Teraz, przez święta.
- Kiedy? Dobrze wiesz, jak mieliśmy rozplanowane całe
święta!
Wiedział. W Wigilię mieli być u rodziców Barbary. W pierwszy
dzień świąt u jego matki. W drugi dzień u brata Barbary.
A następnego dnia, dwudziestego siódmego grudnia, wypadały jego, Ralpha,
czterdzieste urodziny. I znowu rodzina. Ta podróż była zresztą
prezentem urodzinowym od Barbary. I dlatego też nie mógł odmówić.
Wszystko już zaplanowała, zorganizowała, opłaciła. Odbyła
rozmowy ze wszystkimi członkami rodziny, udobruchała ich, wyjaśniła
sytuację. Nie powiedziała prawdy, to oczywiste! "Wiecie, Ralph i ja,
otóż nasze małżeństwo może się lada chwila rozlecieć i dlatego..."
Nie, Ralph potrafił sobie wyobrazić, jak tego dokonała: jak złożyła
wszystko na karb jego marzeń i własnego życzenia, aby te marzenia
się spełniły. "Ralph zawsze marzył o czymś takim. Samotny domek
na wsi w północnej Anglii. W Yorkshire, krainie sióstr Brontë. Jego
czterdzieste urodziny to przecież godna okazja, nie uważacie?
Musicie to zrozumieć. W przyszłym roku znów będziemy świętować Boże
Narodzenie razem!".
Jeśli dla nas dwojga będzie jeszcze jakiś przyszły rok,
pomyślał Ralph.
Oni sami w osobliwy sposób zamienili się rolami. Barbara przez
długi czas nie zauważała, że coś się między nimi psuje, i bojkotowała
każdą jego próbę zdefiniowania i wyartykułowania problemu. Albo
nie miała czasu bądź ochoty i była zbyt zmęczona, albo była
przekonana, że w ogóle nie ma problemu. Wydawało się, iż nie dostrzega,
że widują się praktycznie tylko w biegu.
W trakcie mijającego roku najwidoczniej zdała sobie jednak
sprawę, że istnieją pewne poważne trudności, i teraz
postanowiła sama je usunąć. Przyzwyczajona do chwytania byka za rogi
i pokonywania przeciwności zabukowała wyjazd do odległego zakątka
Yorkshire, gdzie przez dwa tygodnie nie powinni im przeszkadzać
przyjaciele i krewni, a poza tym będą wolni od obowiązków
zawodowych. Tak czy inaczej udało jej się zupełnie zawojować Ralpha,
co było absolutnie typowe dla niej - a jego tylko irytowało. Odebrał
to w ten sposób, że dała poniekąd sygnał startowy. Cel: uratowanie
naszego małżeństwa. Czas: dwa tygodnie.
Czuł się niczym kandydat w quizie telewizyjnym. "Ma pan
dokładnie sześćdziesiąt sekund!". Ostatnimi laty, kiedy ogarniała go
coraz większa frustracja, miał wrażenie, że został pozostawiony
samemu sobie, i czuł, że zaczyna mu brakować tchu. Może też po
prostu przestał wierzyć w to, że cokolwiek może się zmienić. Teraz to
on nie chciał już mówić. Nie chciał prosić o coś, czego i tak by mu
nie dała.
Barbara zaczęła studiować menu. Jej ciche pomruki
zdradzały, że koncentruje się na tym. Zawsze robiła wszystko
maksymalnie skoncentrowana. Kiedy pracowała, obok niej mogła wybuchnąć
bomba, a ona nie zauważyłaby tego.
On wiedział, że od pewnego czasu za bardzo skłonny jest do
litowania się nad sobą, lecz tak naprawdę nawet nie próbował z tym
walczyć. Czasami dobrze mu robiło głaskanie własnej duszy
i zapewnianie siebie o tym, że jest mu dosyć źle.
Barbara podniosła wzrok znad menu.
- Znalazłeś już coś? - zapytała w końcu.
Ralph wzdrygnął się.
- Och, przepraszam. Zamyśliłem się.
- Jest tu przekąska dla dwóch osób. Pomyślałam, że
moglibyśmy się nią podzielić.
- W porządku.
- Naprawdę? Nie musisz, jeśli nie chcesz. Znajdę też coś
innego.
- Barbaro, absolutnie byłbym w stanie powiedzieć, gdybym nie
chciał - skontrował dość gwałtownie. - Jest okay!
- Z tego powodu nie musisz od razu tak na mnie wsiadać.
Czasem mam wrażenie, że umyślnie pozwalasz mi postawić na swoim,
żeby móc później twierdzić, że nie liczyłam się z twoim zdaniem.
- To absurd!
Wpatrywali się w siebie przez chwilę. Było jak zawsze:
o wiele za często tłumiona agresja wyładowywała się na jakiejś zupełnie
nieważnej sprawie i groziła eskalacją konfliktu: niewinna sytuacja
mogła prędko przerodzić się w wielką kłótnię.
- W każdym razie ja nie wezmę tej przystawki dla dwojga osób
- oświadczyła Barbara. - Znajdę sobie coś innego.
Wiedziała, że zachowuje się dziecinnie. I chciała się tak
zachowywać.
- Przypuszczalnie masz rację - odpowiedział. - Dlaczego mamy
dzielić się przystawką, skoro w życiu nie dzielimy się niczym.
- Co za głębokie spostrzeżenie! I jakie dowcipne!
- Jak więc mam reagować na twoje dziwne humory?
- W ogóle nie musisz reagować. Po prostu mnie nie słuchaj!
- Sądziłem, że musimy wyjechać na dwa tygodnie właśnie po
to, żebym cię słuchał - odparł chłodno.
Barbara nic nie odpowiedziała, tylko ponownie wsadziła nos
w menu. Ale tym razem nie udało jej się skoncentrować, ledwo
docierało do niej, co czyta. Ralph widział to po gniewnych błyskach
jej oczu. On sam stracił apetyt. Kiedy obok nich pojawił się kelner,
wyciągnął ołówek i spojrzał na nich wyczekująco, Ralph tylko
westchnął.
- Jeszcześmy się nie zdecydowali - oświadczył.
Poniedziałek, 23 grudnia 1996 roku
Była gotowa do drogi. Dwie spakowane walizki stały na dole w hallu
tuż przy drzwiach. Oprócz tego torba podróżna i plastikowa
reklamówka. W reklamówce był prowiant na drogę. Ostatnimi laty Laura
nauczyła się z konieczności oszczędzać na wszystkim, a restauracja
w pociągu była na pewno za droga. Zrobiła więc sobie kanapki
i napełniła gorącą herbatą dwa duże termosy. Ostatecznie miała przed
sobą długą nocną podróż. Za to jutro będzie u siostry w Kent
i dostanie prawdziwy, ciepły posiłek. To znaczy, dostanie, jeśli
Marjorie będzie miała nastrój do gotowania. Bo przeważnie była w zbyt
złym humorze, żeby zajmować się kuchnią, a wtedy można było się
cieszyć, jeśli przynajmniej przygrzała konserwę. Marjorie zawsze
znajdowała powód, żeby dawać się ponieść ponurym nastrojom: a to
pogoda, a to rosnące koszty utrzymania, a to skandale w rodzinie
królewskiej. Deprymowała otoczenie swymi czarnymi
przepowiedniami i wciąż zapewniała, że ona na szczęście jest już w tak
zaawansowanym wieku, iż będą jej oszczędzone wszystkie te tragedie, jakie
czekają ziemię i ludzkość. W swym pesymizmie, z jakim odnosiła
się do wszystkiego, co wiązało się z postępem i rozwojem, podobna
była do Laury, ale jej zachowaniem kierował nie strach, tylko
agresja. Marjorie nie dbała w ogóle o względy innych ludzi, natomiast
Laura nie robiła nic innego od rana do nocy.
Pewnie znów będzie smętnie u Marjorie, pomyślała Laura.
Gdyby co jakiś czas nie musiała opuszczać domu, żeby wynajmować go
wczasowiczom, jeździłaby do niej najwyżej sporadycznie na jakiś
weekend. Dla przyzwoitości, bo Marjorie była bądź co bądź jedyną jej
żyjącą krewną. Może też od czasu do czasu napisałaby do niej list.
Im mniej dzieliło Laurę od momentu wyjazdu, tym gorzej się
czuła. O piątej zjawi się Fernand Leigh z Dalview, żeby ją odwieźć na
dworzec w Northallerton. Właściwie prosiła o to Lilian, jego żonę,
ale to on zadzwonił poprzedniego wieczoru i powiedział, że się tym
zajmie. Pewnie Lilian znów nie może opuszczać domu.
Miała nadzieję, że goście z Niemiec przyjadą wcześniej niż
Fernand. W piśmie potwierdzającym ich rezerwację Laura wyraźnie
podkreśliła, że to ważne dla niej, aby zjawili się najpóźniej o wpół
do piątej. Ta Barbara taka i taka (mimo najlepszych chęci Laura nie
potrafiła zapamiętać niemieckiego nazwiska) odpisała, że na
pewno da się to zrobić.
Laura nie miała już nic do roboty. Z kubkiem herbaty w ręku
wędrowała po pokojach. Za oknami padał śnieg. Podkręciła
ogrzewanie w piwnicy i w domu czuć już było rozkoszne ciepło.
Przyjemnie tutaj będzie tym obcym, którzy ją wypędzali, którzy...
Przestań! - rozkazała sobie. Nie bądź niesprawiedliwa! Nikt cię
nie wypędza. Nikt nie zdoła nigdy tego dokonać.
Pieściła oczami każdy przedmiot i starała się zapamiętać jego
obraz. Od czasu do czasu jej wzrok zatrzymywał się na jakiejś
szufladzie albo na luźnej desce w podłodze. Podchodziła wtedy szybko,
badała miejsce, które przyciągnęło jej uwagę, nie znajdowała nic
podejrzanego i odwracała się.
Przestań szukać, napomniała siebie surowo, jeszcze oszalejesz,
gdy będziesz ciągle myśleć tylko otym!
Spojrzała na zegarek. Wpół do trzeciej. Mimo to nie rozjaśniło
się tak do końca, a już niedługo grudniowy dzień ustąpi z powrotem
miejsca ciemności. Gdyby przynajmniej nie musiała wyjeżdżać!
Podeszła do jednego z okien wychodzących na podwórze przed
domem i zaczęła wypatrywać, czy ktoś nie nadjeżdża drogą. Jak
dotąd ani śladu gości.
W miarę posuwania się na północ deszcz przechodził w śnieg
z deszczem. Barbara i Ralph prowadzili na zmianę. Oboje przyzwyczaili
się szybko do ruchu lewostronnego. Przy dużym nasileniu ruchu
wokół Londynu mieli jeszcze pewne trudności, ale A 1, Autostrada
Północna, którą jechali teraz z południa Anglii na północ, nie
stwarzała im żadnych kłopotów. Padający śnieg był jednak coraz gęstszy
i coraz bardziej nieprzyjemny. Wycieraczki śmigały tam i z powrotem i Barbara, która siedziała akurat za kierownicą, stwierdziła, że
widoczność pogarsza się coraz bardziej.
- Mam nadzieję, że wkrótce będziemy na miejscu -
powiedziała.
- Chcesz, żebym cię zmienił? - spytał Ralph.
Przez cały czas w milczeniu wyglądał przez okno.
- Poprowadzę jeszcze kawałek, ale potem ucieszyłabym się,
gdybyś mnie zmienił. Ta jazda zaczyna być jednak męcząca.
Barbara oderwała na chwilę wzrok od jezdni i popatrzyła na
Ralpha. Obserwowała go ukradkiem już od wczesnego ranka.
Zachowywała się naprawdę idiotycznie! Przecież znała tego mężczyznę
od piętnastu lat, od jedenastu lat była jego żoną. A teraz posyłała
mu takie same spojrzenia jak w wieku kilkunastu lat, gdy oglądała
się za przystojnymi chłopcami, którzy byli dla niej nieosiągalni. Ale
choć podobne zachowanie wydawało się niestosowne do jej wieku,
a w dodatku mogło się odnosić do każdego, tylko nie do Ralpha, to
nie potrafiła go zmienić. Tego dnia Ralph wyglądał zupełnie inaczej i było to kolejnym alarmującym znakiem, że spędzali ze sobą
zbyt mało czasu i że za bardzo oddalili się od siebie. Znała go tylko
w garniturze i krawacie, znała jedynie wziętego adwokata pod
czterdziestkę wychodzącego do pracy, do swej kancelarii, z nieobecnym
wzrokiem, bo myślą był już przy aktach procesowych, którymi się
akurat zajmował. Po prostu ścięło ją z nóg, gdy zobaczyła go nagle
w dżinsach i swetrze, z niedbale zaczesanymi ciemnymi włosami,
także teraz nieobecnego duchem, ale zatopionego w kontemplacji
krajobrazu, który śmigał za oknem, miękkiego i odprężonego.
- Właściwie wyglądasz dosyć młodo jak na faceta, który za
kilka dni skończy czterdziestkę - zauważyła.
Ralph zmarszczył czoło.
- Czy to komplement?
- A co innego miałoby być?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Spójrz, przy tej gospodzie możesz zjechać.
Zamienimy się miejscami.
Zrobiła, jak powiedział, i zjechała na parking przed barem
należącym do sieci Happy Eater. Ralph wysiadł i obszedł auto, a w tym
czasie Barbara przesunęła się na jego poprzednie miejsce. Kiedy
Ralph wsiadł z drugiej strony, jego włosy były białe od śniegu.
- Nieźle zaczęło sypać - powiedział. - Musimy się przyłożyć,
żeby nam ubywało drogi. Jeśli śnieżyca się nasili, utkniemy jeszcze
gdzieś w jakiejś zaspie.
- Zawsze myślałam, że w Anglii śnieg prawie nie pada!
- Stosunkowo rzadko na południu. Ale w północnej Anglii
i w Szkocji zdarzały się już naprawdę wielkie opady śniegu,
przypominające klęskę żywiołową. - Ralph wyprowadził samochód
z powrotem na szosę. - Ale tym razem tak nie będzie - dodał
uspokajającym tonem.
Około wpół do czwartej dotarli do Leyburn, gdzie zapytali
policjanta o drogę do Leigh's Dale.
- Cały czas A 684 - wyjaśnił. - Wensley, Aysgarth, Worton.
W Worton proszę skręcić w kierunku Askrigg. Leigh's Dale
znajduje się jeszcze kawałek dalej na północ, w kierunku torfowisk
Whitaside.
Kiedy zjechali z głównej drogi przecinającej Wensleydale,
coraz mocniej opanowywało ich uczucie, że zagłębiają się w odcięte od
świata pustkowie. Po obu stronach szosy ciągnęły się pagórkowate,
przykryte już warstewką śniegu, poprzecinane niskimi murkami łąki.
Drzewa sterczały w niebo niczym czarne kikuty. Tu i ówdzie
w obniżeniu terenu kuliły się brązowe mury zabudowań lub jakiś inny
dom wznosił się na szczycie wzgórza na przekór zimnemu
wiatrowi. W zamieci śnieżnej ziemia zlewała się na horyzoncie z niebem
w szare piekło. Nad rozległym pustkowiem krzyczały czarne ptaki.
Kiedy pojawiła się zwietrzała tablica z napisem "Leigh's Dale, 1 mila",
Barbara wydała głośne westchnienie ulgi.
- Wreszcie! Myślałam już, że tutaj nic nie ma!
Jak się okazało, Leigh's Dale składało się z najwyżej tuzina
domów, stojących w szeregu wzdłuż wąskiej drogi, a oprócz tego były
kościół i cmentarz. Na zewnątrz nie było nikogo, tylko na skraju
szosy parkowało parę samochodów. W niektórych oknach paliły się
w każdym razie kolorowe żarówki, a na dwojgu drzwi wisiały
bożonarodzeniowe wieńce z dużymi czerwonymi wstążkami.
- Ten dom z przodu wygląda na sklep - powiedział Ralph.
- Tam z pewnością mogliby nam wyjaśnić, jak dojechać do
Westhill House. Poza tym powinniśmy zrobić małe zapasy. Pani Selley
na pewno nie czeka na nas z kolacją, a jestem głodny!
- Dobry pomysł - zgodziła się Barbara. - Kupimy teraz to, co
najniezbędniejsze, a jutro zaopatrzymy się porządnie na święta.
Zaparkuj od razu za tą wytworną bryką!
- To bentley - stwierdził z uznaniem Ralph. - Wygląda na to,
że w okolicy mieszkają dość bogaci ludzie.
Wystarczyło, że przeszli kilka kroków od auta do drzwi sklepu,
a oboje wyglądali niczym śnieżne bałwany. W międzyczasie szare jak
antracyt niebo rozprysło się na miliony grubych płatków śniegu.
Starsza kobieta, która stała tuż obok drzwi i wyglądała na
zewnątrz, obserwując zadymkę, skinęła życzliwie wchodzącym
i powiedziała:
- Mnóstwo tego jeszcze nasypie! Mówiłam już w zeszłym
tygodniu, ale nikt mi nie wierzył. Przez święta napada mnóstwo śniegu,
mówiłam, ale moje wnuki stwierdziły, że nie mogę przecież tego
wiedzieć! - Prychnęła pogardliwie. - Młodzi ludzie nie mają
o niczym pojęcia! Siadają przed telewizorem i słuchają prognozy pogody,
a potem trzymają się tego, bez względu na to, jak często ci tam się
mylą. Wiecie państwo, tutejszą pogodę to ja mam we krwi. Poznaję
ją po kolorze nieba. Wdycham zapachy bijące od ziemi. I wiem, co
będzie. - Z dumą pokiwała głową. - Moja matka też tak potrafiła.
Przepowiedziała wielkie opady śniegu w 1947 roku. Było go wtedy
na ponad dwa metry. Niektóre domy to nawet pod nim zniknęły.
A tym razem będzie niewiele lepiej. - Po tej pesymistycznej
prognozie uśmiechnęła się i ciągnęła dalej: - Co mogę dla państwa zrobić?
Państwo nie stąd, prawda?
- Nie. Jestem Barbara Amberg, a to mój mąż Ralph. Chcemy
się dostać do Westhill House.
- Och... do domu sióstr! Jestem Cynthia Moore, właścicielka
tego sklepu.
- Sióstr? - zapytała Barbara. - Myślałam, że panna Selley
mieszka tam sama.
- Ach, to tylko dawna nazwa. Przyjęła się w czasie, gdy z całej
rodziny w Westhill pozostały tylko dwie siostry, które nadal tam
mieszkały. Obie już nie żyją, ale wszyscy w dalszym ciągu
nazywają dom domem sióstr. - Uśmiechnęła się znowu, lecz zaraz zniżyła
głos, jakby zadawała nieprzyzwoite pytanie: - Mimo że mówi pani
bardzo dobrze po angielsku, wydaje mi się, że...
- Przyjechaliśmy z Niemiec - oświadczył Ralph.
- Z Niemiec? I zapuścili się państwo aż tutaj? Serdecznie
witamy w Leigh's Dale! Westhill Farm spodoba się państwu, mimo że
mówienie o farmie jest już właściwie nieuzasadnione. Naturalnie
Laura sama nie była w stanie hodować nadal owiec i koni. Jest
trochę stuknięta, ale to dobry człowiek!
- Stuknięta? - zdziwiła się Barbara.
- No cóż. Stara panna. Trochę dziwaczka, czasami zachowuje się
odrobinę histerycznie. Od trzynastego albo czternastego roku życia
zna tylko Westhill i Leigh's Dale, jeśli nie liczyć rzadkich wyjazdów
do siostry w Kent. A i wtedy obie tylko siedzą w mieszkaniu,
Marjorie zrzędzi bez przerwy, no to Laura może trochę zdziwaczała.
- Bylibyśmy pani bardzo wdzięczni, gdyby zechciała nam pani
opisać drogę do Westhill - wtrącił Ralph, wykorzystując krótką
przerwę, jaką zrobiła Cynthia. Miał wrażenie, że przymierza się właśnie
do opowiedzenia im historii całego życia Laury, a tym akurat nie był
wcale zainteresowany. - Poza tym chcielibyśmy kupić parę
produktów żywnościowych.
- Ma się rozumieć - zgodziła się z zapałem Cynthia. - Proszę sobie
wybrać, czego państwo potrzebują. Później pokażę państwu drogę!
Sklep ciągnął się w głąb dalej, niż wydawało się z zewnątrz.
Długie rzędy regałów dzieliły pomieszczenie na kilka korytarzy. Kiedy
Barbara skręciła w drugi korytarz, omal nie zderzyła się z wysokim
mężczyzną, który wyrósł przed nią jak spod ziemi, trzymając
w rękach stos konserw. Miał na sobie ciemnozieloną sztormówkę i buty
z cholewami.
Barbara zatrzymała się raptownie, wskutek czego wpadł na nią
Ralph, który szedł tuż za nią. Przez chwilę wszyscy troje patrzyli na
siebie zaskoczeni, albowiem zarówno mężczyzna, jak i oni sądzili,
że poza nimi nie ma w sklepie nikogo.
- Przepraszam - odezwał się w końcu nieznajomy.
- Nic się nie stało - odparła Barbara.
Mężczyzna przyjrzał się jej uważnie. Oczy miał ciemne, a wzrok
przenikliwy. Barbara odwzajemniła to spojrzenie, lecz czuła się
nieswojo, wiedziała, że pierwsza spojrzy w bok, jeśli on się teraz nie
odwróci.
Na szczęście cofnął się i odwrócił.
- Lil! - Jeszcze przed chwilą uprzejmy ton zupełnie zniknął z jego
głosu, który brzmiał teraz twardo i szorstko. - Przyjdziesz wreszcie?
Brzmiało to zresztą bardziej jak rozkaz niż pytanie. Chwilę
później zjawiła się młoda kobieta, niepozorna z wyglądu i nieśmiała.
Uśmiechnęła się z wahaniem do przybyszów, zaraz jednak speszona
wbiła wzrok w podłogę. Mężczyzna wyciągnął jedną rękę spod stosu
konserw, który zachwiał się niebezpiecznie, i ścisnął mocno kobietę
za przedramię. Kobiecie wyrwał się stłumiony okrzyk bólu.
- Jak długo mam czekać? Nie mam czasu. Muszę jeszcze
odwieźć Laurę Selley na pociąg.
- Jesteśmy wczasowiczami, którzy będą mieszkać u panny
Selley - wtrąciła Barbara.
- Och... naprawdę? - Tym razem nie obdarzył jej takim
głębokim spojrzeniem jak poprzednio, tylko popatrzył na nią przelotnie,
bez zainteresowania. - W takim razie w najbliższym czasie
będziemy sąsiadami. Leigh. Fernand Leigh.
- Barbara Amberg. Mój mąż.
Ralph potraktował Fernanda zdawkowym skinieniem głowy.
Ten przypomniał sobie o kobiecie, którą w dalszym ciągu ściskał za
nadgarstek tak mocno, że pobielały mu kostki palców.
- Moja żona Lilian - przedstawił.
Lilian przez cały czas wpatrywała się w podłogę, teraz na chwilę
podniosła wzrok. Barbara osłupiała, usłyszała też, jak Ralph za nią
oddycha głośno. W mętnym świetle słabej ze starości lampy pod
sufitem oboje ujrzeli teraz coś, co nie rzuciło im się w oczy w pierwszej
chwili, w momencie przelotnego powitania: lewe oko Lilian szpeciły
powoli ustępujące resztki brzydkiego, niebieskozielonego krwiaka.
Dolna warga była napuchnięta, w kąciku ust pozostało trochę
zeskorupiałej krwi.
- Cieszę się, że państwa poznałem - rzekł Fernand Leigh.
- Może się jeszcze kiedyś zobaczymy!
Skinął im na pożegnanie i ruszył do kasy, ciągnąc za sobą Lilian.
Barbara i Ralph popatrzyli na siebie.
- Przypuszczalnie tłumaczyłby się, że żona spadła ze schodów
- odezwał się Ralph. - Sądzę jednak raczej...
Nie dokończył zdania, ale Barbara wiedziała, co miał na myśli.
Pokiwała głową.
- Widziałam zbyt wiele takich twarzy - stwierdziła. - I mam tu
na myśli nie tylko ślady krwi i siniaki. Wiele mówi wyraz oczu
kobiety. I w jaki sposób się uśmiecha. Jak pochyla głowę. Jak na
ciebie patrzy, jakby musiała przepraszać za to, że w ogóle żyje. Ta
kobieta jest wrakiem, Ralph. A przypuszczalnie nie była nim, zanim
go poznała.
Ralph wyjrzał przez okno.
- To do niego należy ten bentley. Właśnie wsiadają.
Niepostrzeżenie podeszła do nich Cynthia.
- Do niego należy praktycznie cała ziemia w okolicy -
powiedziała - łącznie z wszystkimi domami w tej miejscowości. Leighowie byli
w dawnych czasach prawdziwymi panami feudalnymi. Jedyną
autonomiczną posiadłością była Westhill Farm, która należała do Grayów.
Dosyć ich to drażniło. W międzyczasie Fernand wykupił sporą część
ziemi należącej do Westhill. Wiele osób zastanawia się jednak, za co.
Podobno pije za dużo i robi długi. A w dodatku nagle musiał
zafundować sobie to auto! Gdzieś musi mieć jeszcze rezerwy.
- A co z jego żoną? - zapytała Barbara. - Wyglądała okropnie!
- To naprawdę duży problem - westchnęła Cynthia. - Bo wiecie
państwo, Fernand Leigh nie jest właściwie złym człowiekiem. Nie
wiem, jak się układa między nim a Lil, ale on najwidoczniej
regularnie traci panowanie nad sobą. A ona często bywa poturbowana
jeszcze gorzej niż dzisiaj.
- I nikt nic nie robi w tej sprawie? - spytał z niedowierzaniem Ralph.
- Faceta można by przecież łatwo wsadzić za uszkodzenie ciała!
- Wtedy musiałaby się włączyć Lil. W przeciwnym razie
pogrążyłoby ją to jeszcze bardziej - oświadczyła Cynthia. - Do tej pory
zawsze go kryła. Jest niezwykle pomysłowa, gdy chodzi
o wynajdywanie wytłumaczeń dla swych licznych obrażeń.
- Często się tak zdarza - przyznała Barbara. - Takim facetom
jak ten Leigh trudno się dobrać do skóry, dopóki ich żony boją się
przeciwko nim zeznawać.
- To naprawdę nie jest zły człowiek - upierała się Cynthia.
- Miał trudne dzieciństwo. Jego ojciec też pił, a jego matka,
emigrantka z Francji, stąd zresztą jego francuskie imię, z biegiem lat
posępniała coraz bardziej, bo nigdy nie przestała tęsknić za krajem.
Fernand był między nimi bez szans, jakby mielony przez dwa
kamienie młyńskie.
- Mówiąc szczerze, takie wytłumaczenie czyjejś skłonności do
używania przemocy już od lat nie robi na mnie specjalnego
wrażenia - rzekł Ralph. - Człowiek rodzi się z wolną wolą. Obojętne, co
działo się w jego życiu wcześniej, od pewnego momentu sam ponosi
odpowiedzialność za to, co zrobi z resztą życia.
Cynthia pokiwała głową.
- W gruncie rzeczy ma pan rację, ale... No cóż, a więc - starała się
szybko zmienić temat - mają państwo już wszystko, co potrzebne?
- Na razie tak - odpowiedziała Barbara. - Na pewno zajrzymy
znowu jutro i zrobimy właściwe zakupy na święta.
Cynthia wyjrzała z powątpiewającą miną na dwór, gdzie wiatr,
wyjąc, miotał na wszystkie strony płatki śniegu.
- Mam nadzieję, że jutro dostaną się jeszcze państwo tutaj. Kiedy
mocno posypie, pomagają co prawda żołnierze z garnizonu
w Catterick i odśnieżają swoimi czołgami główną szosę, ale o boczne drogi
nikt się nie troszczy. A Westhill leży spory kawałek z boku!
- Ach, nie będzie tak źle! - stwierdziła niefrasobliwie Barbara.
- W bagażniku mamy też łańcuchy przeciwślizgowe. Jakoś damy
sobie radę. Czy zechciałaby pani teraz opisać nam drogę...?
Kiedy przez dom przetoczył się głuchy stukot mosiężnej kołatki,
Laura wzdrygnęła się, choć w każdej chwili liczyła się z przybyciem
gości. Wydała cichy okrzyk, a odrobina herbaty, jaka została
w filiżance, wychlapała się jej na rękę. Co znowu działo się z jej nerwami?
Wydawały się zupełnie zszargane tylko dlatego, że leżała jej na
wątrobie zbliżająca się podróż i konfrontacja ze światem czyhającym
za bezpiecznymi murami Westhill. Odstawiła filiżankę i pośpieszyła
do hallu, przechodząc przed lustrem, poprawiła włosy,
wyprostowała się i otworzyła drzwi.
Zawieja niemal wyrwała jej drzwi z ręki, a w twarz uderzyła ją
fala śniegowych płatków. Było już prawie ciemno, toteż Laura ledwo
widziała niewiele więcej niż zarysy stojących przed nią dwóch
postaci.
- Dzień dobry, jestem Laura Selley - powiedziała. Musiała
głośno mówić, żeby przekrzyczeć wiatr. - Proszę do środka!
Barbara zrozumiała, dlaczego Cynthia określiła Laurę jako
"dziwaczkę". Starsza pani była niewątpliwie miła, ale dosyć
roztargniona i nerwowa. Najpierw zaprowadziła przybyłych do kuchni
i zaproponowała im herbatę, ale ledwo usiedli z filiżankami w ręku,
przypomniała sobie, że na początek musi im koniecznie pokazać cały
dom, bo lada chwila przyjedzie auto, którym zostanie odwieziona
na dworzec. Odstawili więc filiżanki i ruszyli za Laurą. Na parterze
oprócz przestronnej kuchni znajdowały się jeszcze salon i jadalnia.
W jadalni wzrok Barbary zatrzymał się natychmiast na zdjęciu
wiszącym nad kominkiem.
- Kto to jest?
- Frances Gray. Wszystko tutaj należało do Grayów.
- A pani to od nich kupiła? - spytał Ralph, zastanawiając się,
skąd ta prosta z wyglądu kobieta mogła mieć tyle pieniędzy.
- Ja to odziedziczyłam - odpowiedziała z dumą Laura. - Po
Frances. Ona była ostatnia w rodzinie. Nie ma żadnych potomków.
- Czy nie dokucza tutaj często samotność? - spytała Barbara.
Wyobrażenie, że miałaby żyć tutaj sama rok po roku, wydawało
jej się dość przygnębiające.
Laura pokręciła głową.
- Mnie nie. Mieszkam tutaj od ponad pięćdziesięciu lat.
Uznała pewnie, że takie wyjaśnienie powinno wystarczyć.
Po pomalowanych na biało schodach weszli na pierwsze piętro.
Były tam dwie duże i trzy małe sypialnie oraz staroświecka łazienka,
a w niej wanna stojąca na czterech ozdobnie wygiętych nóżkach.
- Pościeliłam państwu łóżko w jednej z trzech dużych
sypialni - oświadczyła Laura. - Pomyślałam, że tam będą państwo mieli
najwięcej miejsca.
Barbara i Ralph wymienili krótkie spojrzenie. Porozumieli się
bez słów, postanowili nie wspominać w jej obecności, że od kilku lat
mają osobne sypialnie.
Laura wyczuła jednak, że na chwilę zrobiło im się nieswojo,
i właściwie zinterpretowała ten moment dzięki swej intuicji.
- Oczywiście mają też państwo do dyspozycji każdą z trzech
małych sypialni - dodała z zakłopotaniem. - Tylko mój pokój
powinien...
- Ma się rozumieć - potwierdził prędko Ralph.
Kiedy zstępowali po schodach, Barbara nie oparła się
ciekawości i zapytała:
- Była pani przyjaciółką Frances Gray?
Ralph ledwo zauważalnie pokręcił głową. Znał Barbarę i jej
zwyczaj wypytywania obcych ludzi bez owijania w bawełnę; nie
potrafił tego zrozumieć. Jednak Laura chętnie udzieliła
odpowiedzi.
- Tak, można to chyba tak nazwać. Właściwie byłam gospodynią,
ale trafiłam tu już jako dziecko i Westhill House stał się po prostu
moim domem rodzinnym. Frances i ja miałyśmy tylko siebie.
- Mieszkały panie tutaj zupełnie same?
Po twarzy Laury przemknął cień.
- Kiedy Adeline umarła i Victoria Leigh wyjechała... to
owszem!
- Victoria Leigh?
- Siostra Frances.
- Czy ona była jakoś związana z tymi Leighami z... jakże to się
nazywa?... z Daleview?
- Barbaro! - napomniał ją cicho Ralph.
- Była żoną ojca Fernanda Leigha. Ale się rozwiedli.
- Czy on znęcał się nad nią?
- Barbaro! - powiedział Ralph już ostrzejszym tonem.
Barbara wiedziała, co pomyślał: Zachowujesz się
skandalicznie!
Laura wydawała się trochę zaskoczona tym pytaniem.
- Nie. Dlaczego?
- Spotkaliśmy Fernanda Leigha i jego żonę w Leigh's Dale
- wyjaśniła Barbara - i pani Leigh wyglądała na dosyć mocno
poturbowaną.
- No cóż - twarz Laury przybrała zamyślony i nieco smutny
wyraz - do czegoś takiego potrzeba zawsze dwojga, nieprawdaż?
Czasem zadaję sobie pytanie, czy ktoś staje się ofiarą przez zrządzenie
losu, czy sam się do tego przyczynia.
W czasie gdy Barbara, dość zaskoczona, starała się przetrawić tę
odpowiedź - nie spodziewała się, że Laura zechce naświetlić
sprawę w tak skomplikowanych psychologicznych aspektach - Ralph
wyszedł, żeby przynieść bagaż z samochodu. W drzwiach omal się
nie zderzył z Fernandem Leighem, który wynurzył się ze śnieżnej
zadymki jako duża ciemna sylwetka. Mężczyźni wymienili chłodne
pozdrowienia. Fernand cofnął się o krok, żeby wypuścić Ralpha, po
czym wszedł do środka w obłoku śniegu i chłodu. Od razu wydawał
się wypełniać sobą całe pomieszczenie. Mimo że był niewiele wyższy
od Ralpha, w jego zachowaniu i charakterze przebijała taka
dominacja, że wszystko wokół niego stawało się na pozór mniejsze.
- Panno Selley - powiedział - musimy ruszać. Pogoda pogarsza
się z każdą minutą. Prawdopodobnie wsiądzie pani do ostatniego
pociągu, jaki w najbliższych dniach w ogóle zdoła wyjechać.
- Dobry Boże, nie myślałam, że może być aż tak źle - wybąkała
Laura i zaczęła gorączkowo biegać po pokoju, szukając rękawiczek,
szalika i czapki.
- Chyba nas tu całkiem nie zasypie? - spytała Barbara.
Fernand odwrócił się do niej. W słabym świetle padającym
z wąskiego korytarza bardziej czuła jego spojrzenie, niż widziała
jego samego.
- Nie liczyłbym za bardzo na to - odpowiedział. - Niewykluczone,
że utkniecie tu od jutra na dobre.
- Dosyć nieprzyjemna perspektywa!
Wzruszył ramionami.
- Nie sądzę, żeby pogoda stosowała się do tego, co dla pani jest
przyjemne, a co nie.
- Sama też bym na to wpadła - odparła sztywno Barbara.
Roześmiał się i niespodziewanie uderzył w zgodny ton:
- Oczywiście. Przepraszam za tę głupią uwagę.
I już się od niej odwrócił, i sięgnął po czekające przy drzwiach
obie walizki oraz torbę podróżną Laury.
- Gotowa, panno Selley?
- Gotowa - odpowiedziała Laura.
Naciągnęła na głowę czapkę - niewątpliwie zrobioną przez nią
samą na drutach i trochę za małą - a następnie wzięła plastikową
reklamówkę z prowiantem i damską torebkę, która wyglądała jak
okrągła brązowa pralinka. Odetchnęła głęboko. Dopiero
w ostatniej chwili pomyślała o tym, żeby pożegnać się z Barbarą. Następnie
opuściła dom z miną bojaźliwego żołnierza, który musi wyruszyć na
niebezpieczną bitwę i prawie nie ma żadnej nadziei na to, że
wyjdzie z niej zwycięsko.
Młody człowiek siedzący naprzeciwko Laury przy oknie
pochrapywał cicho. Opierał się policzkiem o zagłówek, usta miał lekko
otwarte. Wyglądał jak niemowlę, miękkie i różowiutkie. Wydawało
się, że śni jakiś przyjemny sen, gdyż na jego twarzy malowało się
odprężenie i spokój.
Zasnęła także studentka przy drzwiach przedziału. Ściśle
biorąc, Laura tylko przypuszczała, że w przypadku młodej kobiety
chodzi o studentkę. Po prostu na taką wyglądała: dżinsy
i bawełniana bluzka, inteligentna twarz, okulary w niklowanej oprawce,
krótkie, trochę rozczochrane włosy. Przed zaśnięciem cały czas czytała
książkę, o ile Laura zdołała stwierdzić, było to coś z dziedziny
matematyki.
Pociąg dudnił wśród nocy i Laura nie mogła zasnąć.
W przedziale paliło się jedynie słabe światło; za szybą widać było płatki
śniegu. Fernand odwiózł ją na dworzec swoim jeepem, innym autem by
nie dojechał. W Yorku musiała się przesiąść i długo czekać, bo cały
rozkład jazdy był już postawiony na głowie. Ze wszystkich stron
docierały do niej alarmujące informacje o pogodzie. Ludzie liczyli się
już chyba z tym, że w północnej Anglii i Szkocji opady śniegu mogą
spowodować prawdziwą klęskę żywiołową.
Zasypie tych dwoje na amen i będą mieli mnóstwo czasu, żeby
szperać w mieszkaniu, pomyślała ponuro Laura. Żałowała już, że
w ogóle wybrała się w tę podróż, najchętniej wysiadłaby na następnej
stacji i natychmiast wróciła pociągiem jadącym w przeciwnym
kierunku. Ale pominąwszy to, że swoim pojawieniem się w domu
złamałaby warunki umowy i sprawiła niemały kłopot, wydawało się rzeczą
wysoce wątpliwą, czy w ogóle zdołałaby dotrzeć do Westhill.
"Od tej pory nic już nie pojedzie", powiedział Fernand na
dworcu w Northallerton, po czym dodał, spoglądając w niebo na
szalejącą zawieruchę: "Niech pani trzyma za mnie kciuki, żeby udało mi
się jeszcze dotrzeć do domu!".
Myślała o Barbarze. Ta kobieta wydawała jej się podejrzana.
Nie, żeby niesympatyczna, ale też nie można było powiedzieć, że
niegroźna. Świadomie dążąca do celu i bezpośrednia w sposobie
zadawania pytań. Co dziwne, Laura nie uważała jej wcale za
ciekawską; nadmierna ciekawość miała według niej nieprzyjemny posmak,
a w Barbarze nie było nic nieprzyjemnego. Nadmiernej ciekawości
towarzyszy zwykle żądza sensacji, a u Barbary nie wyczuwało się nic
takiego. Sprawiała wrażenie człowieka opętanego autentyczną pasją,
zainteresowanego wszystkim, co dzieje się wokół niego, i każdym,
kto staje na jego drodze. To zainteresowanie kazało także
poznawać tło, wcześniejsze dzieje jakiejś sprawy, nie bacząc na ryzyko, że
w ten sposób sensacja zostanie oswojona i straci swój dramatyczny
wymiar. Barbara nie zaglądała przez dziurkę od klucza, tylko
wchodziła prosto do pokoju i pytała o to, co chciała wiedzieć.
Jak Frances, pomyślała Laura i w następnej chwili pojęła, że
właśnie to skierowało jej sympatię ku Barbarze, a równocześnie
wzbudziło w niej strach i nieufność:
Barbara była taka sama jak Frances Gray.
Wtorek, 24 grudnia 1996 roku
Barbara nie wiedziała, co ją zbudziło: wyjąca zawieja czy
przerażenie własnym postępkiem, które musiało przeniknąć w głąb jej snu,
bo kiedy usiadła w łóżku, jej twarz płonęła wstydem. Na zewnątrz
szalała burza śnieżna. Wydawało się, że śnieżyca chce ruszyć
z posad cały świat, miotała się wokół domu jak zawzięty wróg, łomotała
szybami w oknach, wypełniała stare wysokie kominki straszliwymi
odgłosami. To, co rozgrywało się na zewnątrz, miało w sobie coś
z piekła, lecz w tym momencie wydawało się Barbarze tylko
w połowie tak groźne jak to, co działo się w jej wnętrzu. Nie potrafiła sobie
przypomnieć, kiedy ostatnio miała erotyczny sen.
- To absolutnie śmieszne - powiedziała na głos w ciemności,
po czym padła na brzuch, wciskając twarz w poduszki i czekając,
kiedy uspokoi się to łagodne, w dziwny sposób bolesne kołatanie
w jej ciele.
Właśnie pozwoliła Fernandowi Leighowi, by ściągnął jej rajstopy
na tylnym siedzeniu auta, kiedy na szczęście się obudziła, pamiętała
też, że wprost szalała z podniecenia. Jeśli jęczała we śnie lub może
nawet wypowiadała obsceniczne słowa, pozostanie to, dzięki Bogu,
jej tajemnicą, bo była w pokoju sama. Ralph zostawił do jej
dyspozycji duże pomieszczenie, które Laura przygotowała pierwotnie dla
obojga, i przeniósł się z kołdrą i poduszką do jednego z małych
pokoi. Załatwili to sprawnie, bez zbędnych słów.
"Przypuszczalnie tak wolisz", powiedział jedynie Ralph, a ona
odparła: "Po prostu będzie tak, jak jesteśmy przyzwyczajeni".
Ponownie usiadła na łóżku i szukając wyłącznika nocnej lampki,
zastanawiała się, czy był to sen kobiety, która już nazbyt długo
obywała się bez życia seksualnego. Rok? A może nawet dłużej? Nigdy
nie miała wrażenia, że czegoś jej brakuje. Zresztą z powodu ciągłych
stresów zawodowych łóżko i tak wydawało jej się jedynie miejscem,
w którym wykorzystywała do ostatniej sekundy krótkie godziny snu,
na jakie mogła sobie pozwolić. Nie przyszłoby jej do głowy marnować
choćby jednego z tych cennych momentów na coś innego. Prawie
co wieczór miała dodatkowe spotkania zawodowe lub zobowiązania
towarzyskie, toteż do domu przychodziła zazwyczaj dopiero wtedy,
gdy Ralph już spał. Za to on wstawał rano wcześniej i nie było go już
w domu, kiedy ona zaspana człapała do łazienki. W końcu uzgodnili,
że będą spać w oddzielnych pokojach, bo lepiej dało się to pogodzić
z ich różnymi porami snu.
Znalazła wyłącznik, ale światło się nie zaświeciło. Miała nadzieję,
że to awaria lampki, a nie na przykład brak prądu w całym domu.
Wstała z łóżka i niepewnym krokiem - bardzo wolno i potykając
się w obcym pokoju - podeszła do drzwi, gdzie znajdował się jeszcze
jeden wyłącznik. Również tutaj nic. Tak samo było na korytarzu.
- O cholera - mruknęła. Podeszła do drzwi sypialni Ralpha
i zapukała cicho. - Ralph! - szepnęła.
- Wejdź. - Jego głos brzmiał wyraźnie i czysto jak głos człowieka
rozbudzonego. - I tak nie mogę spać. Zawieja jest zbyt głośna.
Barbara weszła do środka. Usłyszała kliknięcie, po czym
zdziwiony głos Ralpha:
- Nie ma światła!
- To właśnie chciałam ci powiedzieć! - Barbara, marznąc,
przestępowała z nogi na nogę, podłoga była lodowata. - Nigdzie
nie ma!
- Na dole też?
- Tam nie próbowałam. Co to jest, jak sądzisz?
- Może tylko wyskoczył bezpiecznik. Zajmę się tym jutro
rano.
- A może zawieja uszkodziła linię elektryczną. Wtedy nie
moglibyśmy nic zrobić.
- Coś takiego na pewno szybko naprawiają.
Oczy obojga przyzwyczajały się stopniowo do ciemności, od
biedy widzieli się nawet nawzajem. Ralph zauważył, że Barbara
dygocze.
- Wracaj szybko do łóżka - powiedział - bo się przeziębisz. Albo...
- zawahał się chwilę - albo chodź do mnie. Tylko już tak nie stój!
Pamiętając o swoim śnie, Barbara miała odczucie, że w żadnym
wypadku nie powinna zbliżać się do Ralpha.
- Już znikam - powiedziała. - Miejmy nadzieję, że ta przeklęta
śnieżyca osłabnie do rana. Dostanę szału!
Po ciemku odnalazła drogę do swego pokoju i z powrotem do
łóżka, ale nie mogła już zasnąć, tylko przewracała się niespokojnie
z boku na bok. Dopiero we wczesnych godzinach rannych zapadła
w płytki sen.
Obudziło ją szarpanie za ramię. Stał nad nią Ralph. Był już
ubrany, lecz jeszcze nieogolony, wyglądał na dosyć skonsternowanego.
- Barbaro, wstawaj! Musisz to zobaczyć!
- Co takiego?
- Podejdź do okna!
Przezwyciężyła jakoś senność i postąpiła zgodnie z jego
życzeniem. W następnej chwili nie mogła się jednak powstrzymać
i wydała cichy okrzyk.
- Na miłość boską! To niemożliwe!
Świat za oknem tonął w śniegu. Jak okiem sięgnąć, śnieg, nic,
tylko śnieg. Nie było różnicy między łąkami, drogami, podjazdem
przed domem, ogrodem. Wszystko zniknęło przykryte grubą
warstwą śniegu. Drzewa wzdłuż podjazdu wydawały się dziwnie małe,
bo ich pnie ledwie do połowy wystawały ze śniegu, a gałęzie prawie
załamywały się pod białym ciężarem. Wichura powaliła dwa
drzewa, ich olbrzymie korzenie sterczały w górę, będąc świadectwem
siły żywiołu, który nawiedził okolicę w nocy. Wiatr ustał, ale śnieg
padał bez przerwy. Nad samotnym domem zaległa głęboka,
tajemnicza cisza.
- Po prostu nie mogę w to uwierzyć! - zawołała Barbara zupełnie
wytrącona z równowagi. - Czegoś takiego jeszcze nie widziałam!
- Nie mamy prądu w całym domu - zakomunikował Ralph.
- Na dole też. Bezpieczniki są w porządku. A więc śnieżyca
uszkodziła przypuszczalnie linię energetyczną.
- Ale coś takiego na pewno szybko naprawią, prawda? Moim
zdaniem okolica jest trochę opuszczona, ale przecież nie całkiem
odcięta od cywilizacji!
- Pytanie tylko, czy komuś uda się w ogóle przedrzeć tak
daleko przez śnieg, żeby móc coś naprawić. Obawiam się, że nie pomogą
nawet łańcuchy przeciwślizgowe.
- A propos łańcuchów przeciwślizgowych - podjęła Barbara.
Wyglądała przez okno, jakby czegoś szukając. - A gdzie jest auto?
Stało przecież przed drzwiami!
- I nadal tam stoi - odparł Ralph. W jego głosie słychać było
rozbawienie z domieszką paniki. - Pod śniegiem!
- W takim razie nie możemy nawet pojechać do Leighów!
- Nie. Nie ma szans. Moim zdaniem śnieg sięga już na ponad
metr i ciągle go przybywa. Nie damy rady.
Barbara skuliła się z zimna i skrzyżowała ramiona. Miała na
sobie tylko majteczki oraz T-shirt i dopiero w tym momencie
uświadomiła sobie, że w pokoju jest dosyć zimno.
- Czy ja jestem z samego rana taka wymarznięta - zapytała
- czy wczoraj rzeczywiście było cieplej?
- Wczoraj wieczorem rzeczywiście było cieplej - potwierdził
z przygnębieniem Ralph - bo działało jeszcze ogrzewanie.
- Co? - Wytrzeszczyła na niego oczy.
Pokiwał głową.
- Byłem w piwnicy. Bez prądu pompa nie działa. A agregatu
awaryjnego nie ma.
- W takim razie nie mamy też ciepłej wody! Nie możemy
uruchomić kuchenki. Ani...
- Poza tym nie działa telefon. Po prostu nie ma połączenia.
Barbara podeszła powoli z powrotem do łóżka, usiadła na nim
i podparła dłońmi głowę.
- Niech to wszyscy diabli! - zaklęła z pasją.
Ralph próbował się uśmiechnąć, żeby jej dodać otuchy.
- To nie koniec świata, Barbaro. Chodzi mi o to, że nie
siedzimy przecież gdzieś na śnieżnej pustyni, bez dachu nad głową, albo
w aucie znikającym z wolna pod masami śniegu. Mamy solidny,
suchy dom wyposażony w kilka kominków, w których możemy
rozpalić ogień. Przez kilka dni będziemy odcięci od świata, ale
przecież śnieg nie będzie padał wiecznie i sytuacja się unormuje. No bo
pomyśl - dodał, ponieważ miał przeczucie, że może to zabrzmieć
pocieszająco. - Nie jesteśmy przecież jedynymi ludźmi, których to
spotkało. Wszyscy dookoła mają taki sam problem i oni też sobie
z nim poradzą.
Barbara wstała i zdecydowanym ruchem sięgnęła po szlafrok.
- Przede wszystkim muszę się napić mocnej kawy - powiedziała.
- Wcześniej nie potrafię myśleć. Idziesz ze mną do kuchni?
Przytrzymał ją za ramię.
- Jak chcesz...?
- Ten stary żelazny piec. Tak czy inaczej muszę go uruchomić.
Choćbym miała rozpalić ognisko pośrodku salonu, muszę się teraz
napić kawy!
W salonie przy kominku leżały jeszcze trzy szczapy, ułożone
jedna na drugiej w mosiężnym koszu. Przypuszczalnie było to całe
drewno, jakie znajdowało się w domu, lecz Ralph oświadczył, że jest
przekonany, iż w pobliżu musi być większy zapas.
- Za domem znajduje się szopa, zauważyłem ją jeszcze
wczoraj wieczór - wyjaśnił. - Panna Selley na pewno trzyma tam zapas
drewna. Muszę się jakoś tam dostać. Ciekawe, czy jest tutaj łopata
do odgarniania śniegu!
Zszedł do piwnicy, żeby się rozejrzeć, a tymczasem Barbara
usiłowała uruchomić stary żelazny piecyk. Szybko stwierdziła, że samo
drewno nie chce się palić. W jadalni leżało czasopismo z programem
telewizyjnym, i tak zresztą niepotrzebne ze względu na brak
prądu. Wyrwała kilka kartek i zmiąwszy je, wcisnęła między szczapy.
Wkrótce zapłonął ogień i mogła nastawić wodę na kawę. Czuła się
jak osadniczka w niecywilizowanym kraju. W jednej z szafek znalazła
dzbanek na kawę i papierowe filtry. Postawiła na blaszanej płycie
patelnię i usmażyła dwa jaja sadzone, a następnie wzięła dwie kromki
z opakowania krojonego chleba. W kuchni zrobiło się trochę cieplej,
świeża kawa roztaczała ożywiający aromat.
- Śniadanie gotowe - powiedziała Barbara, kiedy Ralph wrócił.
Miał brudną plamę na policzku i pajęczynę we włosach. Kichnął.
- Ta piwnica jest totalnie zakurzona i brudna. Ale jest
przynajmniej kilka łopat do odgarniania śniegu, więc będę mógł się
przekopać do szopy. - Podszedł do piecyka, otworzył drzwiczki
i trzymał zgrabiałe dłonie przed ogniem. - Tam, na dole, jest zimno jak
w grobie. Nawiasem mówiąc, przyjemnie tutaj pachnie!
- Kawa i jaja sadzone. Przynajmniej nie musimy rezygnować
z ciepłego jedzenia.
Siadając przy stole, zauważył ostrożnie:
- Powinniśmy oszczędnie gospodarować zapasami. Możliwe,
że będą nam musiały wystarczyć na jakiś czas.
- Nie sądzisz, że moglibyśmy dotrzeć pieszo do Leigh's Dale
i zrobić zakupy?
- Wykluczone. Śnieg sięga mi do bioder, a jestem dosyć
wysoki. Zajęłoby nam to zbyt wiele czasu, bo po każdym kroku
musielibyśmy praktycznie odkopywać się ze śniegu na nowo. Poza tym
prawdopodobnie zgubilibyśmy kierunek. Nie widać przecież żadnej
drogi, której moglibyśmy się trzymać, a my w ogóle nie
orientujemy się w okolicy.
- W takim razie czekają nas sute święta - stwierdziła
przybita Barbara. - Wiesz co, po śniadaniu zrobimy inwentaryzację, żeby
wiedzieć, co mamy, okay?
Inwentaryzacja wypadła deprymująco. Pozostały im cztery jaja
i sześć kromek chleba. Napoczęta kostka masła, mniejszy od pięści
kawałek miejscowego sera. Do tego mały słoik marmolady
pomarańczowej, opakowanie mielonej kawy, puszka mleka
skondensowanego, torebka soli oraz torebka cukru. Poprzedniego wieczoru jedli
spaghetti, została połowa, a ponadto resztka sosu. Jedno i drugie
mogli odgrzać, ale raczej by się tym nie najedli.
- Trzeba było posłuchać Cynthii Moore! - powiedziała Barbara.
- Od razu nam radziła, żebyśmy wzięli więcej zapasów.
- Zajrzyjmy jeszcze do spiżarni - zaproponował Ralph. - Może
Laura Selley trzyma tam kilka puszek konserw. Przecież później
możemy jej odkupić.
Najwidoczniej jednak Laura Selley nie miała wysokiego
mniemania o magazynowaniu zapasów, a z pewnością zwłaszcza konserwy
były w jej oczach, jak przypuszczała Barbara, nowomodnym
wynalazkiem, więc odnosiła się do nich nieufnie. W sąsiadującej z kuchnią
spiżarni też nie znaleźli nic do jedzenia z wyjątkiem czterech małych
ziemniaków i kilku robaczywych jabłek. Jedynym produktem
występującym w nadmiarze była herbata. W słoikach, puszkach,
woreczkach. Herbata czarna, zielona, herbatki owocowe i lecznicze na
różne dolegliwości. Wszelkie egzotyczne gatunki, jakie tylko można
sobie wyobrazić. W tę niewiarygodną kolekcję na pewno
zainwestowano sporą sumkę. Prawdopodobnie herbata była jedynym
luksusem, na jaki pozwalała sobie Laura Selley.
- W każdym razie nie umrzemy z pragnienia - stwierdził Ralph.
- Możemy pić herbatę do upadłego. Poza tym sytuacja wygląda
jednak niewesoło.
- Nawet lodówka zieje pustką! - zawołała z oburzeniem
Barbara. - Wiesz, sądzę, że ta kobieta należy do gatunku starych skąpców,
którzy w ostatnich dniach lub tygodniach przed wyjazdem żywią się
wyłącznie resztkami potraw sprzed wielu dni, byle tylko nie
kupować nic nowego, z czego na końcu musiałoby jednak coś pozostać!
A jeżeli rzeczywiście coś pozostaje, to zawijają te resztki w papier
i jedzą w pociągu, bo tam nie pozwalają sobie nawet na małe
ciastko w wagonie restauracyjnym!
Utrafiła dość dokładnie w sedno, pomyślał Ralph, odniósł
jednak wrażenie, że Laura Selley faktycznie ma mało pieniędzy
i utrzymanie Westhill właściwie przekracza jej możliwości.
- Popatrz, to wszystko, co znalazłam w jej rozmrażającej się
powoli lodówce - ciągnęła Barbara z wściekłością. Wyjęła szklaną
litrową butelkę, w jednej czwartej napełnioną mlekiem. - Czy to nie
fantastyczne? Dzięki temu oprócz odrobiny naszego
skondensowanego mleka do kawy i jej zapomnianych herbat mamy więc
przynajmniej trochę świeżego mleka!
- Barbaro! - napomniał ją Ralph. Nagle jakby całkiem uszło
z niego powietrze. - To my jesteśmy głupcami, nie ona.
Powinniśmy byli zrobić wczoraj porządne zakupy. Poza tym takie gderanie
nie ma teraz sensu.
- Na jak długo wystarczy to, co mamy?
Wzruszył ramionami.
- To się okaże. Najpierw muszę się postarać o trochę drewna.
Ty się ubierz, a potem pozbieraj wszystkie świece, jakie znajdziesz
w domu. Pamiętaj, że o piątej robi się ciemno.
Barbara szybko stwierdziła, że świec w domu jest więcej niż
dosyć. Osadzone były w niezliczonych świecznikach, które stały we
wszystkich pomieszczeniach. Barbara zaniosła kilka z nich do
jadalni i umieściła je na stole oraz na gzymsie kominka. Jadalnia była
mniejsza od salonu i zapewne szybciej się ogrzewa, dlatego uznała,
że w następnych dniach powinni najwięcej przebywać właśnie w tym
pomieszczeniu i oczywiście w kuchni. Przez przeszklone drzwi do
ogrodu widziała Ralpha, który odgarniał łopatą swego rodzaju
korytarz prowadzący do szopy. Rzuciwszy okiem na jego twarz, tę
szczupłą, zawsze trochę zbyt bladą twarz intelektualisty, zauważyła, że jest
wykrzywiona z wysiłku. Okropnie się męczył, bo był zupełnie
nieprzyzwyczajony do pracy fizycznej. Barbara postanowiła wyjść i mu
pomóc; w przeciwnym razie gotów jeszcze dostać zawału.
W południe dotarli do szopy. Oboje byli kompletnie
wypompowani, u kresu sił. Barbara czuła, jak pot spływa jej po plecach.
Ponieważ śnieg nadal padał, włosy miała całkiem mokre, w dodatku
śnieg z cudowną obojętnością bez przerwy niszczył efekt ich
żmudnej pracy.
- Rozumiesz teraz - mówił Ralph, oddychając ciężko - że
nigdy nie dotarlibyśmy do Leigh's Dale na piechotę?
Barbara oparła się zdyszana na swojej łopacie.
- Czyżbym mówiła jeszcze potem coś w tym stylu?
Słaniając się na nogach, zrobiła ostatni krok w kierunku drzwi
szopy i otworzyła je. Z wdzięcznością przyjęła do wiadomości to, że
nie są zamknięte na klucz. Na pewno nie miałaby już siły na
żmudne poszukiwanie klucza.
- Chodź - powiedziała. - Przeniesiemy drewno do domu. Przez
resztę dnia nie kiwnę już palcem!
Wewnątrz szopy czekała ich jednak nieprzyjemna
niespodzianka. Drewno wprawdzie tam było - ale najwidoczniej nie znalazł się
jeszcze nikt, kto by porąbał złożone na stos, przepołowione pnie na
szczapy mieszczące się w kominku. Ralph jęknął cicho i popatrzył
na pniak do rąbania, w którym tkwiła wielka siekiera.
- Tego jeszcze nigdy nie robiłem. Naprawdę nie wiem, jak...
- I nie będziesz tego robił - podchwyciła szybko Barbara. - Nie
masz pojęcia, jak to się robi, a gdybyś się przy tym zranił, nie
moglibyśmy nawet wezwać lekarza. Słyszałam kiedyś o mężczyźnie, który
wbił sobie w nogę siekierę, a potem nie mógł wyjąć.
Spojrzał na nią z rozdrażnieniem.
- Możesz mi więc zdradzić, co dalej. Czy ty zamierzasz rąbać
drewno?
- Nie. Nie potrafię tego tak samo jak ty. Ale nie chcę też, żebyś
ty to robił. Dom był ogrzewany przez wiele tygodni. Pomieszczenia
na parterze są co prawda wychłodzone, ale to jeszcze nie lodownia.
Jeśli będziemy się ciepło ubierać i owijać w koce, na pewno nie
zamarzniemy.
- Barbaro, to wszystko tutaj może potrwać nawet tydzień,
a wtedy szybko robi się bardzo nieprzyjemnie. Abstrahując od tego, bez
ognia nie możemy nawet zagotować kawy lub herbaty, a nie mamy
nic innego do picia. Nie możemy nawet wykorzystać jaj ani
ziemniaków. Nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować.
Przyciągnął najmniejszy z przepołowionych pni, wyszarpnął
siekierę z pniaka i położył na nim kloc. Barbara cofnęła się kilka kroków.
Ledwo mogła na to patrzeć. Ralph był znakomitym prawnikiem, ale
człowiekiem okropnie niepraktycznym, nie potrafił nawet wbić
gwoździa w ścianę. Kiedy tak stał tutaj, w tej mrocznej szopie, z toporem
w ręku i z wyrazem absolutnej determinacji na twarzy, wyglądał tak
niedorzecznie, że można było tylko zamknąć oczy.
Zamachnął się - zbyt nieśmiało, pomyślała Barbara, zbyt słabo
- więc wstrzymała oddech. Rozległ się głośny trzask, a gdy ponownie
spojrzała w tamtą stronę, kloc, który ślizgając się po ziemi, przeleciał
przez całą szopę, leżał nietknięty w kącie, a siekiera tkwiła znowu
w pniaku. Ralph próbował właśnie z zawziętą miną wyciągnąć ją z niego.
- Słuchaj, może powinniśmy... - zaczęła Barbara, ale gdy Ralph
odwrócił się gwałtownie, w jego oczach płonęła taka złość, że
zamilkła.
- Bądź tak miła i zostaw mnie samego! Sądzisz, że
potrzebuję widzów tego żałosnego spektaklu, jaki tutaj daję? Pewnie wydaję
ci się bardzo śmieszny, prawda? Może trzeba było wybrać sobie na
męża mężczyznę, a nie wymoczka nadającego się tylko do pracy
przy biurku!
- Jedyną rzeczą, jaka mnie w tej chwili u ciebie śmieszy, są twoje
teksty! Naprawdę sądzisz, że mężczyzna jest dla mnie męski wtedy,
gdy potrafi porąbać głupi kawałek drewna?
Jego twarz, przed momentem jeszcze zaróżowiona z zimna,
stała się trupio blada.
- Przy okazji - powiedział cicho, ale ostrym tonem - mogłabyś
mi zdradzić, co twoim zdaniem powinien mieć w sobie mężczyzna,
żeby był męski. Wtedy ewentualnie miałbym u ciebie szansę...
Urwał.
- Na co? - zapytała Barbara.
- Na to, że kiedyś odnajdziesz znowu drogę do mojego łóżka.
A teraz znikaj, zostaw mnie samego!
Czytała kiedyś, że mężczyźni w każdej sytuacji myślą o seksie,
ale nie mogła tego pojąć.
- Naprawdę uważasz, że to właściwy moment, żeby...
- Dla ciebie to właściwy moment, żebyś zostawiła mnie
w spokoju i znalazła sobie jakieś zajęcie - ofuknął ją.
Odwróciła się bez słowa i wypadła z szopy, zamykając za sobą
drzwi z taką siłą, że z dachu zsunęła się śniegowa czapa. Niech więc
sobie robi, co chce! Niech sobie odrąbie nogę, wywichnie ramię albo
dostanie udaru serca! Te wielkie opady śniegu zdarzyły się nie z jej
winy, więc nie pozwoli, żeby wyładowywał na niej zły humor z tego
powodu. Po prostu nie mógł panować między nimi pokój - chyba że
schodzili sobie z drogi. Przypuszczalnie ostatnią rzeczą, jakiej
mogliby sobie teraz życzyć, było to, że zostaną zasypani i na dobre i na
złe będą musieli wytrzymać ze sobą pod jednym dachem -
w dodatku marznąc i coraz bardziej głodni.
Przystanęła na moment wśród śnieżycy na wąskiej ścieżce, którą
odgarnęli wspólnymi siłami. Wciąż jeszcze było jej ciepło - od
pracy i z wściekłości. Spojrzała w górę, na dom. Ciemne bryły wapienia
o nieregularnych kształtach tworzyły masywne ściany. Białe
drewniane okna szczeblinowe sprawiały przyjemne, swojskie wrażenie.
Między dwoma oknami pierwszego piętra Barbara odkryła
pozostałości drewnianej kraty, przypuszczalnie na dzikie wino.
W przeszłości dom, a przynajmniej jego tylna strona, musiał być nim
zarośnięty po sam dach. Na tyłach znajdował się też duży ogród. Barbara
przypomniała sobie, że poprzedniego dnia tuż przed zapadnięciem
ciemności widziała kamienny murek, który teraz całkowicie
zniknął pod śniegiem.
Nagle przed jej oczami pojawiła się wizja: obraz ciepłego
letniego wieczoru, dzieci bawiących się w ogrodzie między drzewami
owocowymi, młodej kobiety siedzącej na murku z zamkniętymi oczami,
zanurzającej palce w mchu, który rósł między kamieniami,
i czującej na twarzy ciepły powiew wiatru. Dom pełen był głosów i życia,
a nie milczenia i samotności starej kobiety, zbyt skąpej, żeby
zostawić przy wyjeździe jakiekolwiek zapasy, na którą nikt nie czekał,
gdy powróci. Dom miał swoją historię i Barbara była przekonana,
że często wyglądał przyjemniej niż dzisiaj.
- A może czasem także gorzej - mruknęła do siebie.
Obraz letniego wieczoru zniknął. Znów padał śnieg, a nad
nieskończonymi śnieżnymi połaciami nisko zwisały ciężkie ciemne
chmury. Dwudziesty czwarty grudnia. Tymczasem oni tkwili tutaj,
nie mieli prawie nic do jedzenia, a Ralph przechodził kryzys, bo nie
potrafił rąbać drewna i przypuszczalnie czuł się zdyskwalifikowany
jako mężczyzna. Wyglądał na bardzo udręczonego.
Gwałtownie pokręciła głową, jakby nie mogła się otrząsnąć
z tego obrazu męża.
Wesołych świąt, pomyślała.
Środa, 25 grudnia 1996 roku
"...a liczne miejscowości i pojedyncze gospodarstwa są zupełnie
odcięte od świata" - przeczytał na koniec obojętnym tonem
prezenter wiadomości. Laura, która siedziała przy stole nad talerzem
z nietkniętą jajecznicą, wstała i wyłączyła radio w momencie, gdy
rozległy się pierwsze dźwięki "Cichej nocy". Nie była w nastroju do
świętowania. Za bardzo się martwiła.
Wyjątkowo raz była wdzięczna siostrze Marjorie za to, że jest
taka prozaiczna. Prawie nic w małym mieszkaniu nie wskazywało
na to, że jest właśnie dwudziesty piąty grudnia. Na parapecie
stała wypalona do połowy zielona świeca w kształcie choinki, obok na
tekturowym talerzyku leżały ciastka upieczone i przywiezione przez
Laurę. Poza tym nie było żadnych świątecznych dekoracji.
"To tylko kosztuje - zwykła mawiać Marjorie - a po co mam się
trudzić, robić kule, układać gałązki i urządzać tutaj cały ten kram?
Chyba tylko po to, żeby parę tygodni później musieć wszystko
rozbierać i usuwać. A świat od tego wcale nie będzie lepszy!".
W poprzednich latach Laura zawsze się gryzła z powodu takiego
nastawienia swojej siostry, nie znajdywała jednak nigdy
przekonującego kontrargumentu. Realistycznie patrząc, Marjorie miała
rację: dekoracje świąteczne były drogie i wymagały wiele trudu, a nic
nie zmieniały w deprymującym stanie ogólnym świata. Dodawały
jednak na jakiś czas trochę blasku i ciepła, a tego, zdaniem Laury,
każdy potrzebował od czasu do czasu, by czerpać siłę do zmagań
z codziennością.
Wiedziała, że Marjorie miała taki szorstki, cierpki charakter już
od najwcześniejszej młodości, później doszło jeszcze ciągłe
zrzędzenie. Była młodszą z sióstr, lecz zawsze wydawała się starsza niż
nieśmiała Laura o dużych oczach. Po śmierci ojca, którego pielęgnowała
do samego końca, sama się przy tym wykańczając - a to należało jej
poczytać za wielką zasługę, myślała często Laura - zniechęciła
każdego mężczyznę, jaki odważył się do niej zbliżyć, nie było ich zresztą
zbyt wielu. Potem przeprowadziła się do tego okropnego bloku pod
Chatham, w którym mieszkała już od trzydziestu lat i który był tak
posępny, że wpędziłby z czasem w depresję nawet
najradośniejszego człowieka. Laura nigdy nie zrozumiała jej decyzji o przeniesieniu
się do tego okropnego szarego betonowego pudła. W Kent było tyle
ślicznych wiosek, w których Marjorie mogła wynająć mały domek
i zapewnić sobie choć trochę wygody. Ponieważ jednak we wszelkich
jej rozważaniach liczyły się zawsze tylko względy praktyczne, wybrała
ten silos mieszkalny, szpecący okolicę niczym brzydki wrzód,
przede wszystkim dlatego, że miała stamtąd tylko kilka minut drogi do
firmy, w której do niedawna pracowała, małej fabryki produkującej
tekturowe talerzyki i kubki oraz papierowe serwetki.
Mieszkanie składało się z trzech pokoi, kuchni i łazienki, był też
mały balkon, który wychodził jednak na północną stronę i nigdy nie
oglądał słońca. Laury nie dziwiło więc, że Marjorie staje się coraz
bardziej zgryźliwa. Większość ludzi spotykanych na klatce
schodowej wyglądała na zrzędy i ponuraków.
Tym razem jednak Laura była zbyt zajęta własnymi troskami
i kłopotami, ażeby rozmyślać tak często o losie Marjorie. Od
poprzedniego dnia śledziła w napięciu wszystkie audycje informacyjne
w radiu i telewizji. Wszędzie głównym tematem były wielkie opady
śniegu w północnej Anglii. Telewizja pokazywała zdjęcia zrobione
z helikopterów: można było odnieść wrażenie, że to rejony w pobliżu
bieguna północnego. Nieskończone śnieżne przestrzenie, a pośród
nich pojedyncze czarne punkty - domy albo wioski.
Laura, która oglądała te zdjęcia w napięciu i z biciem serca,
zastanawiała się, skąd bierze się to narastające w niej ciągłe poczucie
zagrożenia. Czuła się jak ktoś, kto w chwili niebezpieczeństwa
zostawił to, co ma najdroższego. Westhill. Ale co miałoby się
przytrafić budynkowi? Od ponad stu lat stał w jednym miejscu i przetrwał
wszystkie mniejsze i większe katastrofy, jakie nawiedziły okolicę.
Może jednak Laura nie dostrzegała zagrożenia dla domu. Może
chodziło o ludzi, którzy przebywali w nim teraz. Ta młoda kobieta
o chłodnym, badawczym spojrzeniu...
Laura westchnęła głęboko. Usiłowała przypomnieć sobie, kiedy
ostatnio tam, na północy, przytrafiła się równie sroga zima. Było kilka
takich. Najgorszą przeżyli wkrótce po wojnie, w 1947 roku. Adeline,
stara gospodyni, była już wtedy ciężko chora i musiała regularnie zażywać
leki przeciwbólowe. Frances bała się, że wyczerpie się zapas
preparatów zawierających morfinę, zanim śniegi stopnieją i znów będzie mógł
dotrzeć do nich lekarz. Jednak w porę przestało padać i pługi śnieżne
oczyściły w końcu dojazd do farmy. Wtedy to po raz pierwszy i ostatni
Laura widziała Frances zdenerwowaną: istny kłębek nerwów.
- Moim zdaniem dzieci są obecnie za bardzo rozpieszczone
- zauważyła kwaśno Marjorie, która niepostrzeżenie weszła do
kuchni.
Miała na sobie stary, wyświechtany niebieski szlafrok, który
należał jeszcze do jej matki, a na nogach wytarte futrzane pantofle. Nie
zdążyła się uczesać do tej pory. Wyglądała na więcej niż sześćdziesiąt
siedem lat. Zwłaszcza skóra wokół ust była obwisła i zwiędła.
Laura, pogrążona we wspomnieniach, wzdrygnęła się.
- Co mówisz?
- Chłopiec z mieszkania nade mną dostał pewnie na Gwiazdkę
rower - wyjaśniła Marjorie. - Jeździ na nim przed domem. Rower
z wszelkimi szykanami. Dla młodych ludzi wszystko musi być teraz
w najlepszym gatunku. Tymczasem ojciec jest bezrobotny i cała
rodzina żyje na koszt opieki społecznej!
Podeszła do okna i popatrzyła w dół, aby przyjrzeć się po raz
drugi dowodowi niesłychanego zuchwalstwa. Z niezadowoleniem
stwierdziła, że chudy, a poza tym zawsze bardzo poważny chłopiec
rzeczywiście wygląda na uszczęśliwionego.
- Chyba jest poważny kłopot z tym śniegiem w Yorkshire -
zauważyła z przygnębieniem Laura.
- Tutaj śnieg pada rzadko - odparła Marjorie. W dalszym ciągu
wyglądała przez okno. - Wkrótce będzie padał deszcz.
- Może więc pójdziemy wcześniej na spacer? Żeby się trochę
ruszyć z domu.
- Ty możesz wyjść, jeśli chcesz. Ja nie mam ochoty. - Marjorie
odwróciła się od okna, podeszła do stołu i usiadła ciężko na swoim
miejscu, po czym bez żadnych wstępów zaczęła znowu mówić: - No,
ci ludzie, którym wynajmujesz, postawią ci pewnie dom na głowie.
Mam nadzieję, że dobrze zamknęłaś swoje listy miłosne!
Zaśmiała się złośliwie, wiedząc, że Laura nigdy w życiu nie
dostała listu miłosnego.
Laura pobladła.
- Myślisz, że naprawdę szperają w całym domu?
Marjorie sięgnęła po dzbanek z herbatą, nalała sobie i skrzywiła
się, zauważywszy, że jest zimna.
- Nie mam pojęcia. Ale co innego mieliby robić?
- To dziwne - zauważyła Barbara. Siedziała w salonie przy małym
sekretarzyku; na kolanach trzymała stos papierów, które wyjęła
właśnie z szuflady. Ze zmarszczonym czołem studiowała różne
pisma. - Od 1986 roku Laura Selley sprzedała po kawałku dosyć dużo
ziemi należącej do Westhill Farm temu niesympatycznemu
Fernandowi Leighowi. W dodatku - co dziwi mnie najbardziej - za wręcz
śmiesznie małe pieniądze!
Ralph wszedł akurat do pokoju, miał czerwone z zimna policzki
i brudne ubranie. Wyglądał na zupełnie skonanego.
- Uważasz, że to ładnie szperać w dokumentach, które cię
w ogóle nie dotyczą? - zapytał. - Sądzę, że powinnaś...
- Potrzebujemy papieru - przerwała mu Barbara - bo bez
niego nie rozpalimy ognia. Szukałam wszędzie, Ralph. Udało mi się
znaleźć słownie jedną starą gazetę. Z gazety telewizyjnej nic już nie
zostało, a książek, rzecz jasna, nie możemy wziąć na podpałkę.
Myślałam, że może w sekretarzyku znajdę coś, co dałoby się spalić. Ale
oczywiście nie te umowy sprzedaży!
Wsunęła z powrotem papiery do szuflady i wstała. W tym
pomieszczeniu było zimno jak w psiarni. Barbara miała na sobie dwa
grube swetry założone jeden na drugi, na nogach skarpety z owczej
wełny, a mimo to marzła. Poza tym czuła dojmujący głód.
Poprzedniego dnia, w Wigilię, zjedli resztę spaghetti, po łyżce dla każdego,
co wystarczyło tylko do zaspokojenia na chwilę największego
głodu. Jedyną radosną niespodzianką wieczoru było odkrycie pełnej do
połowy butelki brandy, która stała w najodleglejszym kącie
kredensu w jadalni i stanowiła pewnie cały skromny zapas trunków Laury
Selley, najwidoczniej zdeklarowanej przeciwniczki alkoholu. Brandy
napełniła trochę ciepłem ich ciała i nadała wieczorowi przynajmniej
w małej części świąteczną oprawę.
Następnego dnia każde dostało na śniadanie kromkę chleba,
podzielili się ugotowanym na twardo jajkiem i zjedli trochę sera.
Postanowili w ciągu dnia nic nie jeść, wieczorem ugotować cztery
ziemniaki, a do tego pozwolić sobie jeszcze raz na kawałek sera. Ale
Barbara już teraz czuła się osłabiona z głodu.
Ralph ściągnął rękawiczki.
- Narąbałem jeszcze trochę drewna - oświadczył. - Powoli
dochodzę do wprawy. Nawiasem mówiąc, śnieg znowu pada!
Barbara wyjrzała przez okno, za którym wirowały płatki śniegu.
- O, nie! W ogóle nie zauważyłam!
Kiedy wstali o dziewiątej rano - żadne z nich nie paliło się do
opuszczenia łóżka i zjedzenia skąpego śniadania - na zewnątrz
ukazał się ich oczom porywająco piękny widok. Na niebie nie było ani
jednej chmurki, jawiło się w zimnym, arktycznym błękicie, wysoko
sklepione i rozległe niczym ogromna kula z barwionego szkła.
Poranne słońce oświetlało niezmierzone, jak się wydawało, śnieżne
przestrzenie, które migotały i skrzyły się w jego blasku,
rozsiewając różową poświatę. Ralph i Barbara zapomnieli na wiele minut
o swych burczących żołądkach. W milczeniu wyglądali przez okno,
wzruszeni i na chwilę wynagrodzeni za wszelkie trudy.
- Zajrzę jeszcze na strych - powiedział Ralph. - Może znajdę
trochę wełny drzewnej. Bardzo by się nam przydała.
- Wygląda na to, że to niesamowita pedantka - rzekła Barbara.
- Taka, która na pewno regularnie robi porządki. Na strychu były
tylko cztery tekturowe pudełka i dokładnie jedna gazeta.
Chciałabym, żeby w moim gabinecie panował kiedyś taki porządek jak
tutaj w rupieciarni!
- Mieliśmy już ogromnego pecha - mruknął Ralph. - Mój Boże,
jak ja tęsknię za działającym ogrzewaniem!
- Chciałeś właśnie trochę odpocząć - przypomniała mu
Barbara. - Dlaczego nie poszukasz sobie jakiejś książki i nie położysz się
w łóżku? I tak w tej chwili niewiele więcej możemy zrobić.
Ralph skinął głową i odwrócił się do drzwi.
- Obiecaj mi, że nie będziesz grzebać w zbyt wielu szufladach.
To po prostu nie uchodzi.
- Tu i tak nie ma nic specjalnie interesującego - oświadczyła
Barbara, opuszczając klapę sekretarzyka. Według niej Ralph żywił
w każdej kwestii zbyt wiele skrupułów, lecz nie miała ochoty robić
z tego tematu zasadniczej debaty. Generalnie nie miała już ochoty
rozmawiać z nim o ich wzajemnych relacjach, choć przecież po to
właśnie zdecydowali się na tę podróż.
Było już ciemno, kiedy Barbara wyruszyła w drogę do szopy.
Potrzebowała znowu drewna do kuchni, żeby ugotować na kolację te cztery
śmieszne ziemniaki. Z tego, które Ralph przyniósł w południe, nic
nie zostało. Barbara zużyła je, paląc przez całe popołudnie
w kominku w jadalni. Usiadła blisko płomieni, trochę czytała, pozwoliła
sobie też na małą brandy. W pomieszczeniu zrobiło się całkiem
ciepło, więc w połączeniu z widokiem szybujących płatków śniegu za
oknem i powoli zapadającego zmierzchu miejsce naprawdę stało się
przytulne. Po jakimś czasie Barbara poszła na górę, żeby zobaczyć,
co z Ralphem. Zastała go w łóżku: spał głębokim snem. W świetle
świecy przyglądała się przez chwilę jego dobrze znanej twarzy.
Oddychał głęboko i równomiernie, miał w sobie coś wzruszającego, jak
ścięte drzewo, i wydawał się dziwnie bezbronny. Barbara oparła się
pokusie, żeby pochylić się nad nim i pogłaskać go po włosach. Ten
gest mógłby go jednak zbudzić; wystarczy, że pozwoli mu później
wstać na kolację.
Po cichu wyszła z pokoju. Na dole włożyła buty i płaszcz, żeby
przygotować się na drogę do szopy. Dom skrzypiał i jęczał, bo wraz
z zapadnięciem ciemności zadymka znowu przybrała na sile,
uderzając z wyciem w okna i mury. Barbara znalazła w piwnicy
latarnię zbudowaną na wzór staroświeckiej latarni olejnej. Umocowała
w środku świecę i miała nadzieję, że zawieja jej nie zgasi. Na wszelki
wypadek wsunęła do kieszeni płaszcza pudełko zapałek.
Zawieja wyrwała jej najpierw drzwi, potem omal nie wyrwała
jej z ręki latarni. Zacinający śnieg walił jej w twarz grubymi
puszystymi płatkami. Wprawdzie była jeszcze ścieżka, którą odgarnęli
razem z Ralphem w jakże wielkim trudzie, ale nawet na niej Barbara
zapadała się niemal po kolana. Spuściwszy głowę, przedzierała się
powoli do przodu. Latarnia kołysała się dziko na wszystkie strony,
płomień świecy migotał i zaraz zgasł, lecz Barbara nie zauważyła
tego, ponieważ oczy i tak miała zamknięte i posuwała się do przodu
po omacku. Dotarła do drzwi szopy, otworzyła je, a kiedy znalazła
się w końcu pod osłoną murów, odetchnęła głęboko. Na jej płaszczu
było pełno śniegu, we włosach pewnie też. Wyciągnęła z kieszeni
zapałki i zapaliła ponownie latarnię. Na kamiennych murach
zatańczyły upiorne cienie, jakaś wystraszona mysz przemknęła po podłodze
i zniknęła za stosem narzędzi ogrodniczych. Wzrok Barbary padł
na stojący w kącie duży wiklinowy kosz. Uznała, że dobrym
pomysłem byłoby wykorzystanie go do transportu drewna, bo w ten
sposób będzie mogła przenieść do domu o wiele więcej bierwion.
Odstawiła latarnię i zaczęła układać drewno w koszu. Bierwiona były
różnej wielkości i miały pełno drzazg, ale Ralph naharował się
pewnie jak wół, gdyż faktycznie powstał całkiem spory zapas. Barbara
załadowała do kosza, ile tylko się zmieściło, po czym rozejrzała się
za jakimś przykryciem, kocem albo plandeką, w przeciwnym razie
drewno zamokłoby błyskawicznie i tylko gorzej się paliło.
W najodleglejszym kącie pomieszczenia odkryła stary wełniany pled
złożony w kostkę na regale.
Barbara ruszyła ostrożnie w jego kierunku, balansując między
kłodami drewna, różnymi rupieciami i narzędziami do prac
w ogrodzie. Szopa była jedynym miejscem, którego nie obejmowało
zamiłowanie do porządku Laury Selley. Przypuszczalnie prawie
w ogóle tu nie wchodziła. Drobna staruszka z pewnością nigdy sama nie
rąbała drewna do swoich kominków, prawdopodobnie utrzymanie
wielkiego ogrodu również przekraczało jej siły. Może robił to za nią,
za drobną opłatą, jakiś młody człowiek z Leigh's Dale.
Zahaczyła nogą o gwóźdź wystający ze ściany, usłyszała, jak drze
się materiał, z którego uszyte były jej dżinsy. Zaklęła cicho, zrobiła
krok w bok - i jej lewa stopa ugrzęzła w podłodze. Barbara straciła
równowagę i poleciała do przodu, uderzając przy tym podbródkiem
w kant stołu i rozdrapując sobie policzek o mosiężne pręty
bezużytecznej już klatki dla chomika, która stała akurat na tym stole. Ze
strachu i bólu krzyknęła głośno. Odczekała chwilę, po czym uniosła
dłoń i ostrożnie obmacała szczękę. Najprawdopodobniej nie
straciła zęba, niczego też sobie nie złamała, ale na pewno zostanie jej
widoczny ślad w postaci krwiaka.
- Cholera! - zaklęła, lecz zaraz się pozbierała, odwróciła
i przyjrzała bliżej dziurze w podłożu, która spowodowała jej upadek.
Jak się okazało, jedna z długich desek złamała się w połowie.
Drewno było już dosyć spróchniałe, ale to nie wszystko: akurat
w tym miejscu dwie deski nie leżały jak reszta podłogi na twardej
glinie, tylko zakrywały prawie dziesięciocentymetrowe zagłębienie.
To dlatego nie mogły udźwignąć ciężaru Barbary. A nikt nie wpadł
tam wcześniej pewnie z tego powodu, że drewno dopiero od
niedawna było takie wilgotne i nadgniłe i że bardzo rzadko ktokolwiek
wchodził do tej szopy, a jeszcze rzadziej ktoś, kto by szperał w głębi
pomieszczenia.
- Naturalnie to ja muszę być znowu tym biednym głupcem,
któremu przytrafi się to w pierwszej kolejności - mruknęła do siebie.
Zastanawiając się, czy ta jama w gliniastym podłożu
powstała sama, czy ktoś ją utworzył celowo, wsadziła dłoń w głąb otworu.
Ponieważ zostawiła latarnię blisko wejścia do szopy, w tylnej
części ledwo było coś widać. Ku zaskoczeniu Barbary jej palce
natrafiły na jakiś przedmiot. Coś twardego, zimnego... Wyciągnęła to coś:
trzymała w ręku stalową kasetkę. Kiedy ją otworzyła, ujrzała gruby
plik kartek: biały papier maszynowy gęsto pokryty drukowanymi
literami.
Musiało być tego blisko czterysta stron.
Kiedy przyszedł Ralph, siedziała przy stole kuchennym i czytała. Nie
słyszała go, więc się przestraszyła, gdy nagle się pojawił.
- A, to ty - powiedziała. Wstała, podeszła do pieca i uniosła
pokrywkę stojącego na nim garnka. - Ziemniaki są prawie ugotowane.
Jeszcze pięć minut.
Popatrzył na nią i zmarszczył czoło.
- Co ty zrobiłaś ze swoją twarzą?
Chwyciła się za podbródek, lecz Ralph pokręcił głową.
- Wyżej. Na prawym policzku!
Skaleczyła się mocniej, niż sądziła. Wyczuła placami
skrzepniętą krew.
- Och - powiedziała.
Ralph przejechał dłonią po zmierzwionych włosach. Cień, jaki
dawał niegolony siwy zarost, stał się jeszcze intensywniejszy.
Wyglądało na to, że sen go nie odświeżył. Wydawał się zmęczony i był
ewidentnie w złym humorze.
- Poszłam po drewno do szopy i tam się przewróciłam -
wyjaśniła Barbara. - Najpóźniej jutro moja broda powinna się mienić
wszystkimi kolorami tęczy. Będę wyglądać jak biedna pani Leigh!
Ralph usiadł przy stole i popatrzył zdezorientowany na stos
kartek.
- Co to jest?
- To jest właśnie to, o co się potknęłam, Ralph, to absolutnie
fascynujące. Nadzwyczaj interesujące. Maszynopis. Był ukryty
w kasetce w szopie pod dwiema deskami w podłodze. Autobiograficzna
powieść Frances Gray. Kobiety, do której ten dom...
- Wiem. Co to znaczy: autobiograficzna powieść? Czyli dziennik?
- Nie. To jest naprawdę napisane w formie powieści. Ale to
zarazem dzieje życia Frances Gray lub przynajmniej ich część. Ona
pisze o sobie w trzeciej osobie.
- Zaczęłaś już czytać?
- Owszem. Po trochu w różnych miejscach. Ale teraz chcę
przeczytać porządnie, od początku do końca.
- Nie możesz tego zrobić! Ten... maszynopis, czy jak to
nazwiesz... nie jest przecież twoją własnością!
- Ralph, kobieta, która to napisała, nie żyje. A ona nie
zniszczyła tego przed śmiercią. To przecież...
- Ale przypuszczalnie ukryła rzecz bardzo starannie. Naprawdę
uważam, że nie masz prawa tego czytać.
Barbara również usiadła przy stole i porządnie złożyła
rozsypane na blacie kartki.
- Przeczytam to - powiedziała - bez względu na to, czy mnie
za to potępisz czy nie. Przeczytam to, ponieważ znalazłam te kartki
i ponieważ ogromnie mnie to wszystko interesuje. Nie oczekiwałam
od ciebie, że to zrozumiesz. Ty nie interesujesz się otaczającymi cię
ludźmi i dlatego nie czujesz potrzeby dowiedzenia się czegoś
o historii tego starego domu.
Roześmiał się krótkim ironicznym śmiechem.
- Och, oto znów mamy przed sobą znakomitą obrończynię
w sprawach karnych w swej najlepszej formie! Przechodzenie za
każdym razem od obrony bezprawnego czynu do kontrataku to
przecież twoja dewiza. Twój ograniczony, a w dodatku pozbawiony
temperamentu mąż oczywiście nie interesuje się otaczającymi go
ludźmi. W przeciwieństwie do swej otwartej, zaangażowanej żony.
Czy wiesz, Barbaro, jak można by nazwać twoje zachowanie?
Ciekawskim i niedyskretnym. To określenia, które ci się na pewno nie
spodobają, ale oddają dokładnie twój charakter!
Jego głos miał ostre brzmienie. To co mówił, było zbyt mocne,
wiedział o tym, ale chciał Barbarę zranić, i uległ temu pragnieniu
po raz pierwszy, odkąd się znali, zamiast zachować się jak zwykle
grzecznie i kulturalnie, odbierając w ten sposób ostrze swoim
słowom. W minionych dwóch dniach głód i walka z przeciwnościami
wymęczyły go i sprawiły, że złagodniał, teraz natomiast ogarnęła go
wściekłość na całą tę paskudną sytuację, w jakiej się znalazł, i poczuł
gwałtowną agresję wobec Barbary. Nie była ona winna zaistniałej
sytuacji tak samo jak on, ale potrzebował wentyla, zarówno za te dwa
dni, jak - i to głównie - za minione lata, w których zbyt wiele rzeczy
nie zostało wypowiedzianych, w których jak mu się wydawało, zbyt
wiele jego życzeń i potrzeb zostało zepchniętych na dalszy plan.
Historia z odnalezionymi zapiskami doprowadziła go do wściekłości,
a zdenerwowała go do tego stopnia dlatego, że było to zachowanie
absolutnie typowe dla Barbary. W jej nieposkromionym
interesowaniu się każdym i wszystkim tkwiło źródło braku zainteresowania
nim samym i ważnymi dla niego sprawami. Skoro świat był
tak kolorowy, ciekawy i oferował tyle ludzkich losów i historii - to
dlaczego miałaby jeszcze dostrzegać mężczyznę obok siebie?
Wzdrygnęła się, słuchając jego słów, lecz szybko się opanowała.
- Niezupełnie rozumiem, dlaczego musisz strzelać taką ostrą
amunicją. Jeśli określasz siebie jako człowieka ograniczonego,
a w dodatku pozbawionego temperamentu, to jest to twój problem.
Ja ciebie nigdy tak nie odbierałam.
- Prawdopodobnie w ogóle mnie już nie odbierasz od lat.
Gdybyś była uczciwa, musiałabyś przyznać, że stanowię najmniej
ciekawą część twego życia. Prawdopodobnie nawet ci specjalnie nie
przeszkadzam. Po prostu jestem ci stosunkowo obojętny.
- Zanim zaczniesz znowu użalać się nad sobą, może
powinieneś wziąć pod uwagę, że to ja zorganizowałam ten wyjazd, żebyśmy
mieli wreszcie czas porozmawiać ze sobą. Czy tak wygląda brak
zainteresowania?
Ruchem głowy wskazał stos kartek.
- Myślę, że chcesz czytać, a nie rozmawiać - przypomniał
namolnie.
- Niech to szlag! - Jej oczy zabłysły gniewnie. - Ralph,
przestań zachowywać się jak dziecko! Jeśli chcesz porozmawiać, to
rozmawiajmy. Jedno nie ma z drugim nic wspólnego!
- Moim zdaniem jednak ma. Wszystko zawsze się z czymś
łączy - powiedział, nagle wyczerpany, mimo wielu godzin snu. -
Barbaro, to, czy ty ten dziennik...
- To nie jest dziennik!
- Czy to przeczytasz czy nie, jest koniec końców obojętne.
Uważam, że to niewłaściwe, ale jesteś panią samej siebie i musisz
wiedzieć, co robisz. W całej tej historii denerwuje mnie tylko to,
że po raz kolejny unaocznia szczególny rys twojego charakteru, to:
"Cześć, jestem Barbara, gdzie tu można odkryć i przeżyć coś
nowego, podniecającego, fascynującego?". Adwokatka prominentów
mająca nosa do spektakularnych procesów. Lwica salonowa zawsze
w supermodnych ciuchach, fruwająca z jednej premiery filmowej
na następną ceremonię rozdania nagród, po czym na wernisaż,
a stamtąd do najbliższej modnej restauracji. Kobieta, która
zaprzyjaźniona jest z najlepszymi niemieckimi dziennikarzami i zawsze
chce mieć tylko informacje z pierwszej ręki. I która czasem
zupełnie zapomina o tym, że są w życiu ważniejsze sprawy.
- Ralph, ja...
- Czy wiesz, że tak, jak siedzisz tutaj dziś wieczór, podobasz mi
się sto razy bardziej niż w efektownej kreacji, kiedy wybierasz się
na jakieś wydarzenie towarzyskie? Wichura rozczochrała ci włosy,
a oprócz zadrapania na policzku masz plamę sadzy na nosie, poza
tym... Nie! - Wziął do ręki jej dłoń, którą zamierzała właśnie mimo
woli potrzeć nos, i ją przytrzymał. - Zostaw, jak jest. Obawiam się,
że niezbyt często będzie mi dane oglądać taki widok.
- Ja też nie będę musiała grzebać w opalanych drewnem
piecykach przez resztę życia, żeby z praktycznie nieistniejących
produktów wyczarować w miarę strawne jedzenie... Och, psiakrew!
Ziemniaki!
Zerwała się na równe nogi, ściągnęła garnek z blachy piecyka,
uniosła pokrywkę i zajrzała do środka.
- Chyba się trochę rozgotowały - orzekła.
Poczuła, że wzrok Ralpha spoczywa na niej, więc szybko
spojrzała na niego. Z jego oczu zniknął wszelki gniew.
- Ach, Ralph! - powiedziała. - Myślałeś, że wszystko się ułoży
zupełnie inaczej, prawda?
- Byłaś inna, kiedyśmy się poznali.
- Byłam...
- ...nawet w połowie nie byłaś taka piękna jak dzisiaj. Nawet
w połowie taka szczupła. Ale miałaś w sobie dużo ciepła, które
ulotniło się gdzieś w międzyczasie.
- Nie chcę rozmawiać o tym, co było wtedy - stwierdziła
krótko. Kiedy zaczynał o tym mówić, zaraz bolała ją głowa.
- Ja też nie chcę rozmawiać o tym, co było wtedy - oświadczył
Ralph. - To tylko... Czasami czuję, że zostałem sam ze swoimi
pragnieniami. Czasami marzę o kobiecie, która jest w domu, kiedy
wracam z pracy. Która chce wiedzieć, jaki miałem dzień, i która mnie
wysłucha, kiedy będę narzekał na stres, albo od czasu do czasu
powie mi, że jej zdaniem jestem fantastyczny, gdy przedstawię jej
jakiś szczególnie skomplikowany przypadek, który rozwiązałem, bo
przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł. - Przerwał na chwilę. - To
samo zresztą ja chciałbym dać tobie - ciągnął dalej. W każdym razie
mam nadzieję, że to naprawdę to, czego chcę. Że za moją frustracją
nie kryje się w rzeczywistości to, że nie potrafię się uporać z twoją
popularnością i sukcesami.
Właśnie to ciągłe dążenie do uczciwości wobec samego siebie
Barbara zawsze ceniła u niego najbardziej. Nigdy nie próbował
chować się przed prawdą.
- Po prostu masz trochę mniej sukcesów niż ja - powiedziała
- ale zajmujesz się też innymi rzeczami. Sam wiesz, jakie masz
poważanie!
- A ty jesteś znana i lubiana.
Barbara usiadła z powrotem przy stole, rozgotowane ziemniaki
zostawiła w garnku na blasze.
- Ralph, taką specjalizację wybrałam po studiach. Ty równie
dobrze mogłeś podjąć taką samą decyzję, dlatego nie jestem
lepsza od ciebie. Każde z nas kierowało się własnymi upodobaniami.
I ty znacznie częściej atakowałeś mnie za mój wybór niż ja ciebie za
twoją decyzję. Ściśle biorąc, ani razu nie zaatakowałam cię z tego
powodu.
- A ja zawsze uważałem, że jako prawniczka jesteś za dobra, aby
dać się wykorzystywać w nagłówkach taniej prasy bulwarowej.
- To tylko jeden aspekt sprawy, w dodatku nie najważniejszy.
Ważne jest tylko to, że praca daje mi tyle satysfakcji. Lubię ludzi.
Lubię z nimi rozmawiać. Zaglądać w otchłanie ich losów. Potrzebuję
tego. Na przykład sprawa Kornbluma, którą wygrałam w zeszłym
tygodniu. Oczywiście, że mam ambicję wygrywania procesów, taki jest
każdy adwokat, ty też. Ale największym napędem dla mnie podczas
całej historii jest ustalenie, z jakiego pokroju człowiekiem mam do
czynienia. Jak wygląda i jak wyglądało jego życie? Co doprowadziło do
tego, że znalazł się w sytuacji, w której potrzebował mnie, adwokata?
Kornblum nigdy nie zrobił kariery poza miasteczkiem, w którym był
burmistrzem. Tam był dobrym chłopcem, który coś osiągnął. Ludzie
byli z niego bardzo dumni. Ale on sam miał ogromne problemy. Chciał
się wspinać dalej, wyżej - choć wiedział, że do tego brakuje mu
formatu. Zawsze byłby kimś znacznym tylko w skali lokalnej, spędzałby
wieczory na spotkaniach bractwa kurkowego, hodowców królików,
gwardii księcia karnawału. Potrzebował głosów tych ludzi, ale
nienawidził ich. To, że zdarzyła mu się przygoda z prostytutką
z frankfurckiej dzielnicy czerwonych latarni, nie miało moim zdaniem
najmniejszego związku z jakimiś życzeniami seksualnymi. Ta dziewczyna była
dla niego wentylem. Ubierała jego życie, które on uważał za żałosne,
w podniecającą szatę zewnętrzną. Dodawała mu sił, by mógł
codziennie schlebiać na nowo dobrym obywatelom. Dawała mu pewność, że
jest kimś innym, że tylko prowadzi grę. - Barbara zrobiła przerwę.
Jej blade policzki nabrały kolorów. - Rozumiesz?
Z jednej strony rozumiał, z drugiej jednak nie. Cokolwiek
znaczyło dla niej to zanurzanie się w cudzych losach, nie pojmował,
dlaczego miałoby to stanowić przeciwieństwo tego wszystkiego, czego
pragnął dla siebie.
- Uważam, że za dużo wkładasz w tę historię własnych
interpretacji - powiedział. - W przypadku Kornbluma masz do czynienia ze
zwykłym drobnomieszczaninem odznaczającym się przypuszczalnie
paroma perwersyjnymi upodobaniami, których żona nie chce lub nie
potrafi zaspokajać. Idzie więc do dziwki, ale ma pecha, bo ta pewnej
nocy zostaje porąbana na kawałki przez jakiegoś klienta i na niego
pada podejrzenie, przez co on sam trafia później na nagłówki gazet.
Jego kariera polityczna i małżeństwo są zrujnowane. To wszystko.
- Kryją się za tym dzieje całego życia.
Wytrzeszczył na nią oczy, po czym nagle oświadczył:
- Chciałbym mieć dzieci, dopóki nie jest za późno.
Gestem bezradności i rezygnacji przejechała rękami po twarzy.
- Wiem - powiedziała, wzdychając.
Czwartek, 26 grudnia 1996 roku
Laura obudziła się o szóstej rano i natychmiast uzmysłowiła sobie,
że nie zdoła już zasnąć. Deszcz młócił głośno o szyby okna w jej
pokoju. Laura zastanowiła się przez moment, czy wstać i zrobić sobie
herbaty, bo to przywróciłoby jej na trochę spokój duchowy, lecz
zaraz pomyślała, że mogłaby wtedy obudzić Marjorie. Nie miała jednak
ochoty oglądać już teraz niezadowolonej miny siostry i wysłuchiwać
jej ciągłego zrzędzenia. Pozostanie więc w łóżku. Wzdychając,
obróciła się na drugi bok.
Przypomniała sobie, że śniła jej się Frances, choć nie
potrafiłaby już powiedzieć, o co chodziło w tym śnie. Pozostało - jak
zawsze, kiedy chodziło o Frances - niewyraźne uczucie smutku
i złości. Laura nie potrafiła myśleć o Frances bez rozdrażnienia. Bez
rozdrażnienia i tęsknoty. Nigdy nie przestanie myśleć o tym, żeby
wróciły tamte wspólnie spędzone lata, i nigdy nie pozbędzie się tego
tlącego się w jej wnętrzu gniewu, kiedy wspominała swoje skazane
na niepowodzenie starania o względy Frances i jej chłodną reakcję
na nie. Zabiegała o uznanie, sympatię, miłość i wszystkiego
dostawała po trochu, ale zawsze o tę odrobinę za mało, która sprawiała
ból. Frances zbliżała się do niej, by niespodziewanie zatrzymywać
się w pewnej odległości i nie ruszyć się już dalej do przodu. Nie
dopuszczała do tego, by powstała między nimi prawdziwa przyjaźń.
A już na pewno nie chciała przejąć wobec niej roli matki, choć
Laura pragnęła tego z całego serca. Ostatecznie była pracodawczynią,
a Laura pracownicą.
W pewnym momencie Laura pojęła, że nie zdoła już tego
zmienić, tym bardziej więc walczyła o status osoby niezastąpionej, żeby
Frances nigdy nie miała powodu do odprawienia jej. I Frances
faktycznie nigdy jej nie odprawiła, ale też nigdy nie padły z jej ust
słowa w rodzaju: "Nikt, Lauro, nie potrafi tego lepiej od ciebie". Laura
mogła stawać na głowie - i tak nie dostawała tego, na czym jej tak
bardzo zależało.
Nagle przypomniała sobie pewne zdarzenie, które miało
miejsce pod koniec lat siedemdziesiątych. Listopad w Westhill, dzień
był cichy, zimny i mglisty. Właśnie zabrała się do pracy w ogrodzie,
usunęła obumarłe pędy i gałązki na krzakach róż, obłożyła rośliny
jedliną, żeby zabezpieczyć je przed zbliżającymi się nocnymi
przymrozkami. Widziała własny oddech, ale było jej ciepło od pracy,
policzki jej płonęły. Kochała ogród, otaczała go opieką i pielęgnowała
niestrudzenie, i wiedziała, że może być dumna z rezultatów.
Tego dnia tak była pogrążona w pracy, że w ogóle nie
zauważyła zbliżającej się Frances. Przestraszyła się więc, gdy usłyszała za
plecami jej głos.
- Nawet w listopadzie ogród jest piękny - powiedziała Frances,
wodząc dokoła przenikliwym orlim spojrzeniem jasnoniebieskich
oczu. - Bardzo zadbany!
Laura wyprostowała się i stłumiła jęk wywołany rwącym
bólem w krzyżach.
- No cóż - odparła skromnie, podczas gdy jej policzki
pokraśniały z dumy i szczęścia.
- Ale nigdy już nie będzie taki jak wtedy, kiedy żyła moja matka
- ciągnęła Frances. - Miała nieprawdopodobne podejście do roślin.
Nawet z nimi rozmawiała... z tym swoim okropnym dublińskim
akcentem, którego nikt z nas nie rozumiał. Czasami wydawało się, że
musi tylko przekonać jakiś kwiat, a ten zaraz zaczynał kwitnąć. Jej
ogród był sławny w całej okolicy.
Radość zgasła. Rozsypała się, jakby ktoś podeptał ją butami.
Pozostała w sercu głęboka rana.
Dlaczego nigdy nie potrafisz być naprawdę miła? - krzyknęłaby
najchętniej Laura. Dlaczego nigdy nie mogę ci dogodzić? Dlaczego
nie widzisz nawet tego, kiedy zadajesz mi ból?
Mruknęła coś i szybko się odwróciła, żeby Frances nie zobaczyła
łez, które stanęły jej w oczach. Ukrywanie zmartwienia przed Frances
nie było trudne. Rzadko zauważała, kiedy komuś wiodło się źle.
Tylko dlaczego ta rana tak piecze do dzisiaj! Laura wstała,
sięgnęła po szlafrok i podeszła do okna. Na dole paliły się latarnie
uliczne. W ich świetle widziała deszcz, który szumiał za oknem. Podłoga
była zimna, więc podkurczyła palce u nóg.
Nagle przypomniała sobie, że tego samego dnia przyszła Lilian
Leigh z Daleview. Po prostu wparowała do kuchni, gdzie Frances
i Laura siedziały przy kolacji. Frances nigdy nie zamykała drzwi
domu, co Laura uważała za lekkomyślność. Lilian była blada jak
ściana. Przyciskała do ust poplamioną krwią chusteczkę i zanosiła się
histerycznym płaczem. Miała pękniętą wargę i straciła ząb. Jak się
okazało, była to sprawka Fernanda, któremu Lilian sprzeciwiła się
w jakiejś błahej kwestii.
- Za każdym razem to samo - szlochała. - Za każdym razem.
Kiedy nie wszystko idzie tak, jak on chce. Wtedy zupełnie traci
panowanie nad sobą!
- To dlaczego, na miłość boską, godzi się pani na to? - spytała
osłupiała Frances, a tymczasem Laura wzięła czystą serwetkę
i zmoczywszy ją, obmywała ranę Lilian.
- A jak mam się bronić? - łkała Lilian. - Jest dziesięć razy
silniejszy ode mnie!
- No cóż, w ostateczności pozostaje przynajmniej to jedno
rozwiązanie, że rozwiedzie się pani i odejdzie od niego - rzekła Frances
- a przy tej okazji oczywiście uderzy go porządnie po kieszeni.
- Nie mogę odejść od niego - wyszeptała Lilian.
- Dlaczego?
- Bo go kocham.
Frances zamurowało, tymczasem Laura pomyślała, że ona sama
potrafi to zrozumieć. Dla Frances takie sprawy były jasne i proste.
Ona nigdy nie potrafiłaby wniknąć w tak skomplikowany splot
psychiczny jak stosunek zależności. I zawsze odnosiłaby się do niego
jedynie z pogardą.
Laura była wstrząśnięta, słysząc o Fernandzie takie okropności.
Widziała, jak dorastał, gotowała mu ulubione potrawy, kiedy
przychodził z wizytą, i pakowała mu ciasto, kiedy po feriach musiał
wracać do internatu. Lubiła go, był częścią jej małego świata, który tak
bardzo starała się zawsze zachować w spokoju. Jako dorosły Fernand
był tak atrakcyjnym mężczyzną, że Laura czasami czuła budzące się
w niej odruchy, których natychmiast sobie zabraniała. Była kobietą
o osiemnaście lat starszą, a poza tym niepozorną, szarą myszką. Dla
Fernanda nie była niczym więcej jak sympatyczną, przyszywaną ciotką
Laurą, która w dalszym ciągu gotowała mu ulubione potrawy. Pewnie
nigdy nie znaczyła dla niego nic więcej. A on nie mógł być dla niej
nikim innym, jak miłym chłopcem, miłym mężczyzną z sąsiedztwa.
Tamtego dnia pokazał swą inną twarz, o której Laura nie
miała pojęcia. Wydawało się, jakby zatruty kolec przebił idyllę - albo
obraz idylli, którego Laura trzymała się tak uparcie.
Do dzisiaj, pomyślała teraz, do dzisiaj...
Kiedy tak stała przy oknie i patrzyła na deszcz, poczuła, jak
w górę jej ciała wspina się lodowaty chłód. Jednak zrobi sobie teraz
herbaty, bez względu na to, czy Marjorie się obudzi czy nie.
Wspaniałej gorącej herbaty. To jedyna obrona przed dreszczami, które
wypełzły z jej wspomnień.
O wpół do siódmej rano Barbarę zbudził głód. Dręczące poczucie
pustki w brzuchu prześladowało ją nawet we śnie. Śniło jej się, że
zabłądziła w jakimś wymarłym wielkim mieście, błąkała się między
niekończącymi się rzędami domów, ale nigdzie nie odkryła światła
za czarnymi, martwymi szybami, nie widziała żadnych ludzi ani nie
słyszała żadnych głosów. Wysoko w górze, między dachami
drapaczy chmur, wypatrzyła wąski skrawek nieba, szarego,
nieruchomego, nieprzystępnego nieba. Męczyło ją bolesne poczucie
samotności, ale mocniej doskwierał jej głód. Samotność miała w sobie coś
abstrakcyjnego, głód był uchwytny i realny. Jej żołądek kurczył się
gwałtownie co chwila, a pomiędzy tymi atakami ogarniała ją panika,
bo bała się, że już nigdy nie dostanie nic do jedzenia.
Kiedy się przebudziła, przez sekundę myślała z ulgą, że tylko jej
się śniło, lecz po chwili poczuła znowu ból żołądka i wiedziała, że
przynajmniej fragmenty snu zgadzają się całkowicie
z rzeczywistością. Zamiast w opuszczonym mieście utknęła na śnieżnej pustyni, ale
miała przynajmniej Ralpha przy sobie, nie była więc całkiem sama.
Mimo oszczędnego gospodarowania ich zapasy jednak drastycznie
się kurczyły i jeśli wkrótce nic się nie zmieni w ich sytuacji, znajdą
się w poważnych tarapatach. Pomyślała o czekającym ją śniadaniu
- kawa, po kromce chleba dla każdego, jajko na twardo do podziału
na dwoje - i westchnęła. Za oknem słychać było wycie wichury,
widziała też, jak pada śnieg. Koniuszek nosa miała lodowaty;
w międzyczasie temperatury we wszystkich pomieszczeniach z wyjątkiem
kuchni i jadalni wyraźnie spadły. Mury dawno oddały ciepło
zmagazynowane w ciągu minionych tygodni. Wkrótce będzie musiała
przykrywać się pięcioma kocami jeden na drugi, żeby móc zasnąć.
Pomyślała, co ją czeka tego drugiego dnia świąt: skąpe
śniadanie, które na pewno nie uśmierzy burczenia w żołądku, rozpalenie
w kominku i podtrzymywanie ognia, odgarnianie śniegu, wciąż na
nowo odgarnianie śniegu, żeby nie zasypało z powrotem ścieżki do
szopy. Przyniesienie drewna z szopy do domu. Ugotowanie kolacji,
która nie wystarczy nawet na przekąskę. Zmywanie w zimnej
wodzie, stojąc przy tym w jeszcze zimniejszej łazience...
Postanowiła zostać jak najdłużej w łóżku.
Po omacku znalazła leżące na nocnym stoliku zapałki i zapaliła
wszystkie osiem świec w dużym miedzianym świeczniku, który
zabrała na górę. Obok świecznika leżał stos kartek z szopy. Nie
zdążyła zabrać się do czytania; razem z Ralphem przegadali pół nocy
i w końcu oboje byli kompletnie wyczerpani. Kiedy potem zerknęła
w lustro, patrzyła na nią stamtąd wydłużona blada twarz o bardzo
dużych, czerwonych ze zmęczenia oczach. Padła na łóżko i w następnej sekundzie zasnęła.
Nie miała takich skrupułów jak Ralph, ale gdy wzięła do ręki
plik kartek z samego wierzchu, ogarnęło ją jednak na moment
dziwne uczucie. Oto trzymała w rękach coś bardzo osobistego. Możliwe,
że Frances Gray będzie niekiedy w swoich opisach bardzo
szczera. Z drugiej strony ona sama, Barbara, była w tym wypadku
osobą zupełnie neutralną. Gdyby Frances była jej matką lub babką,
powstrzymałoby ją od czytania to, że może dowiedziałaby się przy
okazji rzeczy, których nie chce się wiedzieć o bliskich osobach. A tak
wydawało jej się, że zajmuje się relacją o życiu klientki, że studiuje
akta procesu.
Zaczęła czytać prolog, który Frances Gray napisała w grudniu
1980 roku, poprzedzając nim swoje zapiski.
"Siedzę przy biurku, stojącym przy oknie, i wyglądam na
zewnątrz, na szerokie nagie połacie wysokich torfowisk, po których
hula lodowaty grudniowy wiatr. Na niebie pełno szarych, wściekle
skłębionych chmur. Podobno w święta ma spaść śnieg, ale nie
wiadomo, czy te przepowiednie się sprawdzą. Tu, w Yorkshire, nigdy
nie wiadomo, co się zdarzy. Żyje się nadzieją...".
Kiedy skończyła prolog, przeskoczyła do roku 1907, do młodej,
czternastoletniej Frances Gray, dziewczyny, która nosiła w sobie
zwątpienie i wściekłość.