Dom przy Hope Street - Danielle Steel

Reflow text when sidebars are open.
Jack i Liz Sutherlandowie spotkali się z Amandą Parker o dziesiątej rano w wigilię Bożego Narodzenia. W okręgu Marin na północy San Francisco ranek był słoneczny. Amanda robiła wrażenie przerażonej i zdenerwowanej. Była drobną, delikatną blondynką, ręce drżały jej niemal niedostrzegalnie, kiedy systematycznie darła papierową chusteczkę. Przez ostatni rok Jack i Liz prowadzili jej sprawę rozwodową, tworzyli zgrany zespół, a wspólną kancelarię prawa rodzinnego założyli przed osiemnastu laty, zaraz po ślubie.
Lubili razem pracować i już od dawna wytworzył się między nimi rodzaj wygodnej rutyny. Prowadzenie kancelarii sprawiało im przyjemność, poza tym robili to dobrze. Świetnie się uzupełniali, choć ich styl pracy był diametralnie różny. Niepostrzeżenie i właściwie nieświadomie wykształcili schemat typu dobry gliniarz-zły gliniarz, który okazał się bardzo korzystny zarówno dla nich, jak i dla klientów. Jack zawsze odgrywał rolę bardziej agresywnego, zmierzającego do konfrontacji, prawdziwy lew sali sądowej, walczący o lepsze warunki i większe alimenty, bezlitośnie osaczający przeciwników w rogu, z którego nie mieli wyjścia, jeśli nie przystali na to, czego chciał dla swojego klienta. Liz, łagodniejsza, czuła na niuanse, w razie potrzeby trzymała klientkę za rękę i walczyła o prawa dzieci. Czasami ta różnica stylów prowadziła do sporów między partnerami, jak miało to miejsce w przypadku Amandy. Mimo niecnego postępowania męża wobec Amandy, mimo jego gróźb, nieustannych obelg słownych, a czasem nawet rękoczynów, Liz uważała, że żądania Jacka wobec niego są zbyt wygórowane.
- Oszalałaś? - zapytał ją Jack przed przyjściem Amandy. - Zobacz, co ten facet z nią wyprawia. Utrzymuje trzy kochanki, oszukuje ją od dziesięciu lat, ukrywa swój majątek, ma w nosie własne dzieci, a teraz chce się wycofać z małżeństwa tak, żeby nie kosztowało go to ani grosza. Więc co mamy zrobić, twoim zdaniem? Założyć mu fundusz powierniczy i podziękować za stracony czas i fatygę?
W Jacku odezwała się irlandzka waleczność, a choć to Liz ze swoimi płomiennie rudymi włosami i błyszczącymi zielonymi oczami robiła wrażenie osoby o ognistym temperamencie, była w istocie znacznie bardziej od niego ugodowa. Jack wpatrywał się w nią ciemnymi oczami, wzrokiem niemal złowrogim. Od trzydziestego roku życia miał zupełnie siwe włosy. Bliscy znajomi czasami podkpiwali, mówiąc, że przypominają Katharine Hepburn i Spencera Tracy. Jednak mimo namiętnych sporów, wszyscy, i na sali sądowej, i poza nią, doskonale wiedzieli, że ta para szaleje za sobą. Było to trwałe, kochające się małżeństwo, stanowili rodzinę budzącą powszechną zazdrość, z piątką uwielbianych dzieci, z których czwórka miała płomieniście rude włosy matki, a najmłodszy chłopiec czuprynę ciemną, jak niegdyś Jack.
- Nie twierdzę, że Phillip Parker nie zasługuje na cięgi - tłumaczyła cierpliwie Liz. - Próbuję ci jedynie powiedzieć, że zemści się na niej, jeśli zaczniemy go zbytnio naciskać.
- A ja ci mówię, że tego właśnie mu potrzeba, bo inaczej ciągle będzie nią poniewierał. Trzeba go trafić w takie miejsce, żeby poczuł, i najlepiej zacząć od portfela. Liz, doskonale wiesz, że podobnych wybryków nie można puścić płazem.
- Usuwasz mu ziemię spod nóg i paraliżujesz interesy.
To, co mówiła, nie było pozbawione sensu, ale twarda taktyka Jacka opłaciła się już bardzo licznym klientom. Udawało mu się wywalczyć dla nich takie odszkodowania, o jakich mogłoby marzyć jedynie kilku adwokatów. Znany był z tego, a teraz szczególnie mu zależało, żeby zdobyć jak najwięcej pieniędzy dla Amandy. Phillipowi Parkerowi udało się co prawda ukryć wiele milionów dolarów, miał też doskonale prosperującą firmę komputerową, ale żonie i trójce dzieci dawał akurat tyle pieniędzy, żeby nie umarli z głodu. A od czasu separacji z najwyższym trudem wyciągała od niego tylko tyle, by wyżywić i ubrać dzieci. Sytuacja stała się jeszcze bardziej paradoksalna, kiedy uświadomili sobie, ile wydaje na swoje przyjaciółki, nie wspominając już o tym, że właśnie kupił nowiutkiego porsche'a. Amandy nie stać było na kupienie nawet deskorolki synowi pod choinkę.
- Zaufaj mi, Liz. Ten facet jest brutalem, ale zacznie kwiczeć jak prosiak, kiedy go przyciśniemy w sądzie. Wiem, co robię.
- Jack, jeśli przyciśniesz go za mocno, zrobi jej krzywdę. - Akurat ta sprawa przerażała Liz od chwili, gdy Amanda opowiedziała im, jakie tortury psychiczne cierpiała od dziesięciu lat, i jak dwukrotnie została dotkliwie pobita. Po każdym biciu odchodziła od męża, ale potrafił skłonić ją do powrotu obietnicami, szantażem emocjonalnym, groźbami i prezentami. Liz nie miała najmniejszych wątpliwości, że Amanda boi się go śmiertelnie, przyznawała zresztą, że ma ku temu powody.
- Jeśli będzie trzeba, załatwimy nakaz sądowy - zapewnił żonę Jack na chwilę przed tym, jak do biura wkroczyła Amanda. Zaczął więc wyjaśniać, co zamierza zrobić tego ranka w sądzie. W zasadzie postara się zamrozić wszystkie znane aktywa, paraliżując w ten sposób działalność firmy dopóty, dopóki nie uzyskają od Parkera wszystkich dodatkowych informacji finansowych. Cała trójka zgadzała się co do jednego: Phillip Parker nie będzie tym zachwycony. Amanda słuchała wywodów Jacka z wyraźnym przerażeniem.
- Nie jestem pewna, czy powinniśmy to zrobić - powiedziała miękko, szukając wzrokiem poparcia u Liz.
Jack zawsze trochę ją przerażał, ale Liz uśmiechnęła się do niej zachęcająco, choć sama wcale nie była pewna, czy Jack rzeczywiście wie, co robi. Na ogół miała do niego pełne zaufanie, ale w tym przypadku niepokoiło ją tak ostre podejście do sprawy. Nikt jednak bardziej od Jacka Sutherlanda nie uwielbiał staczać bojów, zwłaszcza zwycięskich, w imieniu pokrzywdzonych. A tym razem bardzo pragnął zwycięstwa swojej klientki. Uważał, że Amanda na to zasługuje, z czym Liz w zupełności się zgadzała, choć nie bardzo podobał jej się sposób, który miał prowadzić do tego zwycięstwa. Liz wyczuwała, że zbytnie naciskanie Phillipa Parkera może być niebezpieczne.
Przez następne pół godziny Jack tłumaczył Amandzie swoją strategię, a o godzinie jedenastej weszli do sali sądowej na rozprawę. Był tam już Phillip Parker ze swoim adwokatem, a jego spojrzenie ostentacyjnie wyrażało wyraźny brak zainteresowania Amandą. Jednak chwilę później, kiedy uznał, że nie jest obserwowany, popatrzył na żonę tak wymownie, że Liz poczuła na plecach dreszcz przerażenia. Sposób bycia Phillipa Parkera miał przypomnieć Amandzie, kto jest panem sytuacji. Spoglądał na nią wzrokiem przerażającym i poniżającym zarazem tylko po to, by po chwili uśmiechnąć się do niej serdecznie, jakby chciał wprowadzić ją w stan skrajnej niepewności. Bardzo to było sprytne, wyraźna informacja posyłana w ułamku sekundy wywierała bowiem na Amandzie zamierzony efekt. Nie ulegało wątpliwości, że jej zdenerwowanie rośnie w błyskawicznym tempie, pochyliła się, by szepnąć coś do Liz w oczekiwaniu na przybycie sądu.
- On mnie zabije, jeśli sędzia zamrozi jego aktywa - powiedziała roztrzęsiona, tak cicho, że tylko Liz mogła ją usłyszeć.
- Fizycznie? - spytała Liz wyraźnym szeptem.
- No nie... chyba nie... ale się wścieknie. Jutro ma przyjechać po dzieci i nie mam pojęcia, co mu powiem.
- Nie możesz z nim rozmawiać - oświadczyła stanowczo Liz. - Czy ktoś inny nie mógłby zawieźć do niego dzieci?
Amanda w milczeniu pokręciła głową. Wyglądała tak bezbronnie, że Liz pochyliła się do męża i szepnęła:
- Nie przeholuj.
Skinął twierdząco, przekładając jakieś papiery, po czym podniósł głowę i uśmiechnął się przelotnie najpierw do Liz, potem do Amandy. Z tego uśmiechu obydwie wywnioskowały, że doskonale wie, co robi. Był jak wojownik gotów do wyruszenia w bój, którego nie zamierza przegrać. I jak zwykle, nie przegrał.
Po wysłuchaniu matactw Phillipa Parkera i jego adwokatów sędzia zgodził się zamrozić aktywa i monitorować działalność firmy przez trzydzieści dni, dopóki Parker nie ujawni informacji niezbędnych prawnikom jego żony do zawarcia układu. Adwokat Parkera gwałtownie protestował, spierając się z sędzią, który jednak nie zgodził się go wysłuchać, a w chwilę później uderzeniem młotka zarządził koniec posiedzenia. Po kilku sekundach Parker wypadł z sali sądowej, obrzuciwszy przedtem złowrogim spojrzeniem swoją już niemal eks-żonę. Patrząc na niego, Jack uśmiechał się promiennie od ucha do ucha, następnie spakował akta do teczki i z miną zwycięzcy popatrzył na żonę.
- Dobra robota - powiedziała spokojnie Liz, dostrzegając kątem oka, że w Amandzie wzbiera panika. Gdy wychodzili z sali sądowej, nie odezwała się słowem do żadnego z nich. Liz patrzyła na nią ze współczuciem.
- Amando, wszystko będzie dobrze. Jack ma rację. Tylko w ten sposób mogliśmy go skłonić do zwrócenia na nas uwagi. - Z punktu widzenia zawodowego i strategicznego Liz uznawała te racje, niepokoiła się jednak o swoją klientkę i za wszelką cenę chciała ją pocieszyć. - Czy możesz się postarać, żeby ktoś był u ciebie, kiedy mąż zjawi się po dzieci?
- Rano przyjedzie moja siostra z dziećmi.
- Amando, to tchórzliwy brutal - uspokajał Jack. - Nic ci nie powie w obecności osób postronnych.
Dotychczas tak rzeczywiście było. Ale tym razem został osaczony. Nigdy wcześniej nie wyraziła zgody, by posunęli się tak daleko, ale od paru miesięcy poddawała się psychoterapii i próbowała okazać się odważniejsza i nie ulegać tak łatwo tyranii Phillipa, słownej, fizycznej czy finansowej. Był to dla niej zasadniczy krok, miała nadzieję, że kiedy przestanie drżeć ze strachu, będzie dumna, iż zdobyła się na taką decyzję. I chociaż Jack chwilami też ją przerażał, miała do niego pełne zaufanie i tym razem postąpiła dokładnie według jego zaleceń. Sama była zdumiona, że sędzia odniósł się do niej tak przychylnie. W drodze powrotnej do kancelarii Jack powiedział, że jest to ważna wskazówka. Sędzia chciał jej pomóc i bronić jej, zamrażając aktywa Phillipa, żeby go zmusić do udzielenia informacji, której domagają się od miesięcy.
- Wiem, że ma pan rację - powiedziała z westchnieniem, patrząc na nich oboje. - Po prostu to mnie przeraża. Wiem, że muszę mu się postawić, ale kiedy on się rozzłości, wstępuje w niego szatan.
- We mnie też - powiedział z uśmiechem Jack, a jego żona śmiała się, kiedy żegnali się z Amandą, życząc jej wesołych świąt.
- W przyszłym roku święta będą znacznie lepsze - obiecała Liz, mając nadzieję, że uda im się do tego przyczynić. Chcieli załatwić dla Amandy takie alimenty, które pozwoliłyby jej i dzieciom na spokojne i wygodne życie. W takim samym komforcie, jeśli nie wyższym, jakim cieszyły się przyjaciółki Phillipa w kupionych przez niego apartamentach. Jednej z nich podarował nawet domek w zimowym kurorcie Aspen, podczas gdy żonie ledwie starczało pieniędzy na zabranie dzieci do kina. Jack nienawidził takich facetów, zwłaszcza gdy za nieodpowiedzialne zachowanie ojca musiały płacić dzieci.
- Masz nasz domowy telefon? - pytała Liz.
Amanda skinęła głową. Wyglądało na to, że zaczyna się odprężać. Przynajmniej na jakiś czas najgorsze ma za sobą, choć decyzja sądu zrobiła na niej wrażenie.
- Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. Gdyby on pojawił się dziś wieczorem, gdyby dzwonił i groził ci, to zadzwoń pod 911, a potem do mnie.
Te słowa Liz zabrzmiały trochę nadopiekuńczo, ale nie zaszkodziło przypomnieć o tym Amandzie. W chwilę później pełna wdzięczności Amanda pożegnała się, a Jack zdjął marynarkę i krawat i uśmiechnął się do żony z wyraźną przyjemnością, jaką daje odprężenie.
- Cudownie jest pokonać tego drania. Dostanie za swoje, kiedy trzaśniemy go alimentami, z których w żaden sposób się nie wyplącze.
- Poza tym, że śmiertelnie ją nastraszy - przypomniała Liz z poważnym wyrazem twarzy.
- Ale przynajmniej, choć wystraszona, będzie miała przyzwoite dochody. Już chociażby dzieciaki na to zasługują. Nie uważasz, że trochę przesadziłaś z tym numerem 911? Daj spokój, Liz, ten facet jest draniem, ale nie szaleńcem.
- Właśnie o to mi chodzi. Jest wystarczającym draniem, żeby dzwonić z pogróżkami czy zjawić się w domu i nastraszyć ją na tyle, że się ze wszystkiego wycofa. Wtedy będziemy musieli prosić sąd o unieważnienie nakazu.
- Skarbie, o tym nawet nie ma mowy. Nie pozwolę jej na to. To ty ją nastraszyłaś tym numerem 911.
- Chciałam jej tylko przypomnieć, że nie jest sama i może liczyć na pomoc. Jack, to zmaltretowana kobieta. Nie myśli racjonalnie, nie stać jej na to, żeby przeciwstawić się byłemu mężowi. To typowa ofiara, o czym doskonale wiesz.
- A ty jesteś pełna współczucia i kocham cię.
Podszedł bliżej i objął ją. Dochodziła już pierwsza, a kancelaria miała być nieczynna od Bożego Narodzenia do Nowego Roku. W domu czekała piątka dzieci, więc oboje wiedzieli, że zajęć im nie zabraknie. Jednak Liz łatwiej od Jacka rozstawała się z pracą. Kiedy była z dziećmi, potrafiła myśleć tylko o nich i to także Jack w niej kochał.
- Jacku Sutherlandzie, kocham cię - powiedziała z uśmiechem, kiedy ją pocałował. Zazwyczaj nie obsypywał jej pieszczotami w biurze, ale w końcu było Boże Narodzenie i przed feriami udało im się zakończyć wszystko, co zamierzali. Również rozprawę Amandy mieli już za sobą.
Liz odłożyła akta, Jack zapakował do teczki kilka nowych spraw i pół godziny później się rozjechali. Liz pojechała do domu przygotowywać wigilię, a Jack udał się do śródmieścia, żeby zrobić jeszcze kilka odłożonych na ostatnią chwilę zakupów. Zawsze kończył kupowanie gwiazdkowych prezentów w ostatniej chwili, w przeciwieństwie do Liz, która wszystkie kupowała już w listopadzie. Była osobą wyjątkowo dobrze zorganizowaną, pamiętała o najdrobniejszych szczegółach i jedynie dzięki temu dawała sobie radę i z dużą rodziną, i z pracą zawodową. Pomagała w tym także Carole, wspaniała gospodyni, która pracowała u nich już od czternastu lat i była bardzo przywiązana do dzieci. Liz nie miała ani cienia wątpliwości, że bez niej nie dałaby sobie rady. Carole była mormonką, zaczęła u nich pracować, kiedy miała dwadzieścia trzy lata. Kochała dzieci Sutherlandów niemal tak samo jak rodzice, szczególnie dotyczyło to dziewięcioletniego Jamiego.
Jack obiecał wrócić do domu o piątej lub wpół do szóstej. Wieczorem miał jeszcze złożyć nowy rower dla Jamiego. Liz wiedziała też, że w domowym gabinecie będzie koło północy nerwowo pakował prezent dla niej. Ale wigilię Bożego Narodzenia obchodziło się u nich uroczyście. Oboje wynieśli z domu określone tradycje, które były im bliskie, a po wielu wspólnych latach stworzyli z nich świąteczny obyczaj pełen ciepła i przytulności, uwielbiany przez dzieci.
Pokonała niewielką odległość, jaka dzieliła kancelarię od domu w Tiburon, i uśmiechając się do siebie, parkowała na podjeździe przy Hope Street. Wszystkie trzy córki właśnie wróciły z zakupów z Carole i wyciągały z samochodu paczki. Megan była smukłą czternastolatką, trzynastoletnia Annie, zbudowana trochę solidniej, bardziej przypominała matkę, a jedenastoletnia Rachel mimo rudych włosów Liz to prawdziwa podobizna Jacka. Trzy siostry zgadzały się zadziwiająco dobrze, teraz były najwyraźniej w doskonałym nastroju i pogodnie droczyły się z Carole. Uśmiechnęły się na widok zbliżającej się matki.
- Co tam knujecie? - Liz otoczyła ramionami Annie i Rachel, lekko zmrużyła oczy, patrząc na Megan. - Meg, czy znowu masz na sobie mój ulubiony czarny sweter? Chyba niepotrzebnie pytam. Jesteś większa ode mnie i strasznie go rozciągasz.
- Mamo, nic na to nie poradzę, że nie masz biustu - odparowała Megan z trochę zażenowanym uśmiechem.
Stale "pożyczały" rzeczy swoje i matki, najczęściej zresztą bez wiedzy czy zgody właścicielek. Właściwie był to jedyny powód sprzeczek między dziewczynkami i trzeba przyznać, niezbyt poważny. Patrząc na swoje córki, Liz czuła się szczęśliwa, mieli z Jackiem wspaniałe dzieci i uwielbiali przebywać w ich towarzystwie.
- Gdzie chłopcy? - spytała Liz, wchodząc do domu. Przy okazji zauważyła, że Annie założyła jej ulubione pantofle. Sprawa wydawała się beznadziejna: choćby kupiła im nie wiadomo ile rzeczy, i tak kończyło się na wspólnocie garderoby.
- Peter wyszedł z Jessiką, a Jamie jest u kolegi - wyjaśniła Carole. Jessica była ostatnią dziewczyną Petera. Mieszkała w pobliżu w Belevedere, a Peter przebywał tam znacznie częściej niż we własnym domu.
- Za pół godziny mam odebrać Jamiego, chyba że pani chce to zrobić - powiedziała Carole.
W wieku dwudziestu trzech lat była ładną, smukłą blondynką, ale z upływem czasu znacznie przytyła, choć jako trzydziestosiedmiolatka nadal była ładna i miała wyjątkowo ciepłe i serdeczne podejście do dzieci. Stała się już pełnoprawnym członkiem rodziny.
- Myślałam, że po południu upiekę ciasteczka - tłumaczyła Liz, odkładając torebkę i zdejmując płaszcz.
Przejrzała pocztę rozłożoną na kuchennym stole, ale nie było tam nic ważnego. Przez okno widać było San Francisco po drugiej stronie zatoki. Dom był przytulny i wygodny, ponadto roztaczały się stąd piękne widoki. Co prawda, było im trochę ciasno, ale bardzo ten dom lubili.
- Czy ktoś chce mi pomagać w pieczeniu? - spytała. Ale mówiła to już właściwie do siebie. Dziewczynki pobiegły do swoich pokojów i najpewniej gadały przez telefon. Czwórka najstarszych dzieci nieustannie przepychała się przy dwóch domowych telefonach.
Liz pracowicie wałkowała ciasto i wycinała ciasteczka świątecznymi foremkami. Carole zeszła na dół, za pół godziny miała jechać po Jamiego. Przy ciasteczkach było jeszcze sporo pracy i Liz spodziewała się, że Jamie będzie chciał jej pomagać. Uwielbiał pracować z nią w kuchni. Kiedy Carole go przywiozła, zapiszczał z zachwytu, widząc, że Liz piecze ciasteczka, umoczył palec w surowym cieście i oblizał go z widoczną przyjemnością.
- Mogę pomóc?
Jamie był ślicznym dzieckiem, miał gęste, ciemne włosy, łagodne brązowe oczy i uśmiech, który zawsze trafiał prosto do serca matki. Podobnie jak reszta rodziny Liz darzyła Jamiego wyjątkowym uczuciem, dla nich wszystkich na zawsze miał pozostać ukochanym dzieckiem.
- Oczywiście. Ale najpierw umyj ręce. Gdzie byłeś?
- U Timmiego - odpowiedział, odchodząc od zlewu z mokrymi rękami. Matka wskazała mu ręcznik.
- I jak było?
- U niego w domu nie ma Bożego Narodzenia - wyjaśniał z powagą, pomagając rozwałkować resztę ciasta.
- Wiem - odparła z uśmiechem Liz. - Oni są Żydami.
- Mają świece. I prezenty przez cały tydzień. Dlaczego my nie możemy być Żydami?
- Chyba mamy pecha. Ale i tak dobrze wychodzisz na tym jednym świątecznym wieczorze. - Uśmiechnęła się do swojego najmłodszego dziecka.
- Prosiłem Mikołaja o rower - oświadczył z nadzieją. - Powiedziałem, że Peter obiecał nauczyć mnie jeździć.
- Wiem, skarbie.
Pomagała mu napisać ten list do Mikołaja. W głębi szuflady przechowywała wszystkie listy swoich dzieci do Mikołaja, były absolutnie wspaniałe, szczególnie te od Jamiego. Chłopiec podniósł główkę do góry z radosnym uśmiechem, przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy.
Jamie był dzieckiem szczególnym, specjalnym darem w życiu Liz. Urodził się przeszło dwa miesiące za wcześnie, doznał urazów podczas porodu i w wyniku podawania tlenu. Mogło to spowodować ślepotę, ale skończyło się na tym, że Jamie był tylko lekko opóźniony w rozwoju, co czyniło go innym, nieco wolniejszym od rówieśników. Mimo to radził sobie nieźle, chodził do specjalnej szkoły. Był dzieckiem odpowiedzialnym, uważnym i kochającym. Nigdy jednak nie dorówna swoim siostrom i bratu. Wszyscy od dawna już się z tym pogodzili. Początkowo był to szok, dojmująca rozpacz, szczególnie dla Liz. Czuła się winna. Pracowała zbyt ciężko, prowadziła trzy kolejne sprawy, bez żadnej przerwy, przez co nabawiła się ciężkiego stresu. Wcześniej miała dużo szczęścia, żadnych problemów przy porodach. Ta ciąża była bardzo trudna, od początku do końca Liz czuła się źle, a dwa i pół miesiąca przed terminem nagle zaczęła rodzić, przy czym lekarze okazali się zupełnie bezradni. Jamie urodził się w dziesięć minut po jej przyjeździe do szpitala, dla niej był to poród łatwy, ale dla Jamiego katastrofalny. Na początku zanosiło się na jeszcze większe nieszczęście, przez wiele tygodni wydawało się, że dziecko nie przeżyje. Kiedy po sześciu tygodniach pobytu w inkubatorze przywieźli go wreszcie do domu, mieli wrażenie, że to cud. I dalej tak pozostało. Traktowali go jak specjalny dar miłości, obdarzony w dodatku szczególnym rodzajem mądrości. Był najłagodniejszym i najlepszym z dzieci, mimo swoich ograniczeń odznaczał się wspaniałym poczuciem humoru. Już dawno nauczyli się go wielbić i doceniać jego możliwości, zamiast ubolewać nad tym, kim nie był i kim nigdy nie będzie. Był dzieckiem tak urodziwym, że ludzie zawsze zwracali na niego uwagę, po czym zaskakiwała ich prostota i bezpośredniość jego wypowiedzi. Czasami dopiero po dłuższej chwili uświadamiali sobie jego odmienność i wtedy litowali się nad nim, co denerwowało rodziców i rodzeństwo. Ilekroć ludzie mówili, jak bardzo im przykro, Liz odpowiadała po prostu:
- Niepotrzebnie. To wspaniały dzieciak, ma serce wielkie jak cały świat i wszyscy go kochają. - A on prawie zawsze czuł się szczęśliwy, co było dla niej wielką pociechą.
- Zapomniałaś o polewie czekoladowej - zauważył przytomnie Jamie. Uwielbiał ciasteczka z czekoladową polewą i Liz często piekła je specjalnie dla niego.
- Myślałam, że na święta damy tylko czerwony i zielony lukier. Co ty na to?
Pomyślał chwilę, po czym skinął aprobująco głową.
- Dobrze. Czy mogę dekorować?
- Oczywiście.
Wskazała mu blachę z ciasteczkami w kształcie świątecznych choinek i szprycę z czerwonym kremem. Zabrał się do wytężonej pracy nad pierwszą blachą, po czym przysunął sobie następną. Pracowali zgodnie, aż udekorowali ciasteczka na wszystkich tacach i Liz wsunęła je do piekarnika. Zorientowała się, że Jamie jest zafrasowany.
- O co chodzi? - zapytała, bo nie ulegało wątpliwości, że coś go trapi. A skoro raz zaprzątnął sobie czymś uwagę, trudno było wybić mu to z głowy.
- A jeśli on go nie przyniesie?
- Kto? - Posługiwali się w rozmowie rodzajem skrótów stenograficznych, doskonale znanych obydwojgu i bardzo wygodnych.
- Mikołaj - wyjaśnił Jamie, patrząc na matkę ze smutkiem.
- Masz na myśli rower? - Skinął twierdząco głową. - Dlaczego miałby nie przynieść? Przez cały rok byłeś bardzo grzeczny, mój skarbie. Idę o zakład, że przyniesie. - Nie chciała zepsuć mu niespodzianki, ale równocześnie pragnęła go upewnić.
- Może myśli, że nie będę umiał jeździć.
- Mikołaj nie jest aż tak nierozgarnięty. Oczywiście, że się nauczysz jeździć. Poza tym powiedziałeś mu przecież, że Peter cię nauczy.
- Myślisz, że mi uwierzył?
- Na pewno. Może teraz pójdziesz się trochę pobawić albo sprawdzić, co robi Carole, a ja cię zawołam, kiedy ciasteczka się upieką. Pierwsze będzie dla ciebie.
Uśmiechnął się na tę myśl i wbiegając po schodach na górę w poszukiwaniu Carole zapomniał o Mikołaju. Uwielbiał, kiedy Carole mu czytała, bo sam jeszcze się nie nauczył.
Liz wyjęła z szafy kilka prezentów, które tam ukryła, i umieściła je pod choinką, a kiedy ciasteczka się upiekły, zawołała Jamiego. Ale doskonale czuł się z Carole i wcale nie miał ochoty schodzić na dół. Liz wyłożyła ciasteczka na półmisek i postawiła je na kuchennym stole, po czym poszła na górę, żeby zapakować oprawne w skórę dzieła Chaucera, które kupiła dla Jacka. Inne prezenty dla niego były już od wielu tygodni zapakowane, ale na tę książkę natrafiła niedawno, buszując po księgarniach.
Reszta popołudnia minęła bardzo szybko. Peter wrócił do domu wcześniej niż ojciec. Wyglądał na uszczęśliwionego i podnieconego, pochłonął garść ciasteczek i zapytał, czy zaraz po kolacji może znowu pójść do Jessiki.
- A może tym razem ona przyszłaby do nas? - spytała Liz dość płaczliwym tonem. Ostatnio prawie nie widywali Petera, który zajmował się sportem, siedział w szkole albo u swojej dziewczyny. Liz miała wrażenie, że odkąd dostał prawo jazdy, przychodził do domu jedynie na noc.
- Rodzice nie pozwolą jej dzisiaj wyjść. W końcu to wigilia Bożego Narodzenia.
- U nas też jest wigilia - przypomniała mu Liz. W tym momencie do kuchni wkroczył Jamie, wziął z tacy ciasteczko i spojrzał na starszego brata wzrokiem pełnym uwielbienia. Peter był jego bohaterem.
- U Timmiego nie ma wigilii. On jest Żydem - oświadczył Jamie rzeczowym tonem.
Peter czułym gestem zmierzwił mu włosy i zjadł kolejną garść ciasteczek.
- Ja je zrobiłem - wyjaśnił Jamie, wskazując na ciasteczka znikające w ustach brata.
- Wspaniałe - wyznał Peter z pełnymi ustami, po czym zwrócił się do matki: - Mamo, Jessica nie będzie mogła dzisiaj wyjść. Dlaczego ja nie mogę pójść do niej? U nas jest nudno.
- Wielkie dzięki. Potrzebny jesteś w domu, musisz zrobić różne rzeczy - oznajmiła stanowczo Liz.
- Musisz mi pomóc przygotować ciasteczka i marchewki dla Mikołaja i renifera - oświadczył z powagą Jamie. Każdego roku robili to razem i Peter wiedział, jak bardzo zawiedziony byłby Jamie, gdyby tym razem mu nie towarzyszył.
- A czy będę mógł wyjść, jak on się już położy? - zapytał Peter i naprawdę trudno było mu odmówić. Był dobrym dzieckiem i dobrym uczniem, właściwie należała mu się nagroda.
- Zgoda - Liz ustąpiła bez trudu. - Ale musisz wcześnie wrócić.
- O jedenastej, obiecuję.
Kiedy stali wszyscy troje w kuchni, wrócił Jack, zmęczony, ale triumfujący. Zakończył właśnie świąteczne zakupy i nie miał wątpliwości, że znalazł idealny prezent dla Liz.
- Cześć, wesołych świąt - powiedział, porwał Jamiego w ramiona i uścisnął mocno, co chłopca bardzo rozbawiło. - Co dzisiaj robiłeś, młody człowieku? Gotów na przyjście Mikołaja?
- Upiekliśmy mu z mamą ciasteczka.
- Pycha. - Jack zjadł jedno, podszedł do Liz, pocałował ją na powitanie, popatrzyli na siebie z wzajemnym uznaniem. - Co mamy na kolację?
- Szynkę.
Carole upiekła szynkę po południu, a Liz zamierzała przygotować ulubione przez całą rodzinę słodkie kartofle z przyprawami i czerwoną fasolę. A w dzień Bożego Narodzenia zawsze jadali indyka ze "specjalnym" nadzieniem przygotowanym przez Jacka. Liz nalała mężowi kieliszek wina i towarzyszyła mu do salonu. Jamie kroczył tuż za nimi. Peter poszedł zatelefonować do Jessiki, że przyjdzie zaraz po kolacji. Do salonu dobiegły z góry piski, kiedy Peter wyjmował słuchawkę z rąk Megan, rozłączając ją z kolejnym adoratorem.
- Hej, wy tam, spokojnie! - zawołał Jack w górę schodów. Usiadł na kanapie obok żony, żeby rozkoszować się atmosferą świąt. Na choince paliły się lampki, a Carole nastawiła płytę z kolędami. Uszczęśliwiony Jamie usiadł przy mamie i podśpiewywał, podczas gdy rodzice pogrążyli się w rozmowie. Po kilku minutach wstał i poszedł na górę poszukać Petera albo Carole.
- Martwi się o rower - szepnęła Liz, a Jack się uśmiechnął.
Obydwoje zdawali sobie sprawę, jak bardzo Jamie będzie uszczęśliwiony, kiedy dostanie ten rower. Od tak dawna o nim marzył, a w tym roku rodzice wreszcie uznali, że dojrzał już do takiego prezentu.
- Całe popołudnie mówił o rowerze, boi się, że Mikołaj mu nie przyniesie.
- Złożymy rower, jak on już zaśnie - szepnął Jack i pochylił się, by pocałować Liz. - Pani mecenas, czy mówiłem pani ostatnio, jaka pani jest piękna?
- Nie, przynajmniej nie w ostatnich dniach. - Uśmiechnęła się do niego.
Choć byli małżeństwem od wielu lat i niemal nieustannie przebywali w towarzystwie dzieci, romans między nimi wcale się nie skończył. Jack był w tym doskonały, zawsze potrafił porwać ją na romantyczny wieczór, na przyjemną kolację, a od czasu do czasu na weekend. Czasami bez szczególnego powodu przysyłał jej kwiaty. Nie lada sztuki wymagało utrzymanie romansowej strony związku, skoro razem pracowali i mieli mnóstwo powodów, by się nie zgadzać czy po prostu znudzić się sobą. Ale jakoś nigdy do tego nie doszło, a Liz zawsze z wdzięcznością przyjmowała romantyczne zabiegi Jacka.
- Kiedy piekliśmy z Jamiem ciastka po południu, myślałam o Amandzie Parker. Mam nadzieję, że ten drań nie narobi jej kłopotów po dzisiejszej rozprawie. Ja mu po prostu nie ufam.
- Musisz się nauczyć zostawiać pracę w biurze - ostudził ją Jack i nalał sobie kolejną lampkę wina. Udawał, że jemu znacznie lepiej wychodziło to zostawianie pracy w biurze.
- Czy to przypadkiem nie twoja teczka leży w przedpokoju wyładowana papierami? A może mi się tylko wydawało?
Jack skwitował te przekomarzania uśmiechem.
- Po prostu noszę ją ze sobą, ale nie myślę o niej. Tak jest znacznie lepiej.
- Na pewno!
Liz wiedziała swoje, bo zbyt dobrze znała męża. Porozmawiali jeszcze chwilę, a potem poszła szykować kolację. Tego wieczoru długo nie wstawali od stołu, rozmawiali z dziećmi, śmieli się co chwila. Mówili o zabawnych epizodach, jakie wydarzyły się w poprzednich latach. Jamie brał żywy udział w rozmowie. Przypomniał, jak to babcia przyjechała na święta i nalegała, żeby wszyscy poszli na pasterkę, a potem zasnęła w kościele, a oni dostali ataku śmiechu, bo chrapała na cały głos. Liz uświadomiła sobie, że bardzo się cieszy z tego, iż matka postanowiła w tym roku spędzić święta u brata. Trudno było wytrzymać z nią w okresie świątecznym, pouczała wszystkich, co i jak mają robić, narzucała własne dziwactwa i przyzwyczajenia, zawsze też dręczyła Liz z powodu Jamiego. Po jego urodzeniu była wstrząśnięta, nazywała to tragedią, co zresztą robiła w dalszym ciągu przy każdej nadarzającej się okazji, kiedy tylko Jamie jej nie słyszał. Uważała, że powinno się go wysłać do szkoły specjalnej, żeby nie stanowił "ciężaru" dla pozostałych dzieci. Liz wściekała się za każdym razem, kiedy to słyszała. Jack radził, żeby po prostu nie zwracała uwagi na gadanie matki. Jamie stanowił ważną część rodziny i za nic na świecie nie odesłaliby go z domu. Reszta dzieci byłaby tym oburzona. Niemniej Liz zawsze wpadała w złość, ilekroć matka wyrażała się negatywnie o Jamiem.
Jak co roku Peter pomógł Jamiemu wystawić mleko i ciasteczka dla Mikołaja, a na renifera czekał talerz marchewek i miseczka soli. Jamie podyktował Peterowi liścik do Mikołaja w sprawie roweru, nalegał również, żeby Mikołaj nie zapomniał o naprawdę wspaniałych prezentach dla Petera i sióstr. "Dziękuję, Mikołaju", podyktował na zakończenie i z zadowoleniem kiwał głową, kiedy Peter odczytał mu głośno cały list.
- Czy powinienem mu powiedzieć, że nic się nie stanie, jak nie przyniesie roweru? - dopytywał się z zaniepokojoną miną. - Nie chciałbym, żeby się głupio czuł, jeśli go nie przyniesie.
- Nie, myślę, że tak jest dobrze. Poza tym byłeś taki grzeczny. Założę się, że przyniesie. - Wszyscy wiedzieli, że Jamie dostanie tak upragniony rower i nie mogli się doczekać świątecznego poranka.
W końcu Liz położyła synka do łóżka. Megan jak zwykle rozmawiała przez telefon, a Rachel i Annie chichotały w swoim pokoju, przymierzając wzajemnie swoje ciuchy. Peter pomógł Jackowi złożyć rower i poszedł do Jessiki. Liz sprzątała w kuchni i szykowała kolację na następny dzień. Carole poszła zanieść coś przyjaciółce, a Liz obiecała jej, że sama posprząta po kolacji. Był to pogodny, szczęśliwy wieczór, przepojony atmosferą świąt, Liz i Jack cieszyli się perspektywą odpoczynku i długiego weekendu. Pracowali ciężko i rozkoszowali się czasem, który mogli spędzać z dziećmi. Właśnie wchodzili powoli po schodach, trzymając się za ręce, kiedy zadzwoniła Amanda Parker. Telefon odebrała Megan. Liz poszła z nią porozmawiać i od razu się zorientowała, że Amanda płacze. Prawie nie mogła mówić.
- Tak mi przykro, że dzwonię w wigilię. Ale przed chwilą zadzwonił Phil i... - Zaczęła szlochać, a Liz próbowała ją uspokoić.
- Co powiedział?
- Powiedział, że jeśli nie każę wam wszystkiego odmrozić, to mnie zabije. Mówi, że nie da mi nawet dziesięciu centów na utrzymanie, że mogę razem z dziećmi zdechnąć z głodu, bo jego to nic nie obchodzi.
- Tak się nie stanie i dobrze o tym wiesz. Musi cię utrzymywać. Po prostu próbuje cię nastraszyć.
Co zresztą nieźle mu się udawało. Liz nie cierpiała takich sytuacji, gdy bezradnie słuchała o obelgach, jakie spadały na lubianą klientkę. Niektóre historie opowiedziane wcześniej przez Amandę przyprawiały ją o dreszcze. Mąż bił Amandę i terroryzował ją do tego stopnia, że przez długie lata nie mogła się zdecydować, by od niego odejść. A teraz musiała się trzymać, znosząc jego groźby, dopóki nie uda się im uzyskać dla niej takich warunków, na jakie zasługiwała. Liz zdawała sobie sprawę, że dla Amandy nie było to łatwe, stanowiła bowiem idealny typ ofiary.
- Nie odbieraj już dzisiaj telefonów - poradziła spokojnym głosem. - Pozamykaj drzwi i siedź z dziećmi w domu, a jeśli usłyszysz na zewnątrz coś podejrzanego, dzwoń na policję. Dobrze? On po prostu próbuje cię nastraszyć. Pamiętaj, że to tchórz, który lubi się znęcać. Jeśli się nie poddasz, zrezygnuje.
Amanda nie wydawała się przekonana.
- Mówi, że mnie zabije.
- Jeśli w dalszym ciągu będzie ci groził, zdobędziemy w przyszłym tygodniu kolejny nakaz sądowy. A jeśli potem się do ciebie zbliży, pójdzie do więzienia.
- Dziękuję - powiedziała Amanda z nieznaczną ulgą w głosie. - Przykro mi, że zawracam wam głowę w wigilię.
- Nie zawracasz nam głowy. Po to jesteśmy. Jak będziesz nas potrzebowała, to zadzwoń.
- Już mi lepiej. Ta rozmowa mi pomogła.
Amanda mówiła to z wdzięcznością, a Liz poczuła przypływ serdecznych uczuć dla swojej klientki, którą czeka tak nieprzyjemne Boże Narodzenie.
- Tak bardzo mi jej żal - powiedziała do Jacka chwilę później, wchodząc do sypialni. Rozmawiała z Amandą przez telefon w korytarzu. - Nie jest przygotowana na kontakty z tym draniem.
- Dlatego właśnie ma nas jako obrońców.
Jack zdążył już zdjąć buty i spacerował po sypialni w skarpetkach, ciesząc się w duchu z prezentu, jaki kupił dla żony. Kiedy jednak spojrzał na Liz, zorientował się, że naprawdę jest zaniepokojona.
- Sądzisz, że odważy się teraz ją skrzywdzić? - spytała.
Phillip Parker krzywdził swą żonę już od wielu lat, ale od jakiegoś czasu żyli w separacji.
- Nie. Myślę, że próbuje ją zastraszyć. O co mu teraz chodzi? O odwołanie dzisiejszego nakazu. Może próbować na różne sposoby, a my i tak niczego nie odwołamy, o czym on doskonale wie.
- Biedna Amanda. To dla niej takie trudne.
- Po prostu musi się uodpornić i przebrnąć przez to do końca. My jej w tym pomożemy, a jemu też przejdzie. Ma wystarczająco dużo, by pójść z nią na korzystną ugodę i ustalić alimenty dla niej i dla dzieci. Jak będzie trzeba, niech trochę zaoszczędzi na jednej ze swoich przyjaciółek.
- Może właśnie tego się obawia.
Liz uśmiechnęła się i popatrzyła z podziwem na męża. Zdejmował koszulę i jak zawsze wydał jej się niewiarygodnie przystojny. W wieku czterdziestu czterech lat w dalszym ciągu miał silne, wysportowane ciało i mimo siwych włosów wyglądał bardzo młodo.
- Dlaczego się uśmiechasz?
- Myślałam o tym, jaki jesteś wspaniały. Wyglądasz lepiej i bardziej pociągająco niż w dniu naszego ślubu.
- Chyba psuje ci się wzrok, moja droga, ale bardzo się z tego cieszę. Ty też wyglądasz pięknie.
Nikt by się nie domyślił, że czterdziestojednoletnia Liz urodziła piątkę dzieci. Jack podszedł i pocałował żonę, po czym oboje zapomnieli o Amandzie Parker i jej problemach. Bez względu na to, jak bardzo ją lubili i jak serdecznie jej współczuli, stanowiła część ich życia zawodowego, o którym teraz należało zapomnieć, aby cieszyć się Bożym Narodzeniem, sobą nawzajem i dziećmi.
Ciąg dalszy w wersji pełnej