Dom parowy. Podróż po północnych Indiach. Część druga - Juliusz Verne

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Nasze sanitarium

 

"Niezmierzone dzieła stworzenia!". To wspaniałe wyrażenie, którego mineralog Haüy1 użył dla określenia Andów amerykańskich, czyż nie jest jeszcze bardziej trafne w odniesieniu do pasma Himalajów, którego człowiek nie jest jeszcze w stanie zmierzyć z matematyczną dokładnością?

Takiego uczucia doznałem na widok tej niezrównanej krainy, w której pułkownik Munro, kapitan Banks i ja mieliśmy pozostać przez kilka tygodni.

- Te góry są nie tylko niezmierzone - powiedział nam inżynier - ale też ich szczyty należy uznać za nieosiągalne, gdyż organizm ludzki nie może funkcjonować na takich wysokościach, gdzie powietrze nie jest dość gęste, aby nadawało się do oddychania2!

Zapora ze skał pierwotnych3, granitów, gnejsów, łupków mikowych, długa na dwa tysiące pięćset kilometrów, wznosząca się od siedemdziesiątego drugiego do dziewięćdziesiątego piątego południka, zajmuje dwie prezydencje, Agry i Kalkuty, dwa królestwa, Bhutan i Nepal - pasmo, którego średnia wysokość, większa o jedną trzecią od wierzchołka Mont Blanc, zawiera trzy odrębne strefy. Pierwsza, sięgająca do pięciu tysięcy stóp, bardziej umiarkowana od leżącej niżej równiny, daje plony zboża w zimie, plony ryżu w lecie; druga, od pięciu do dziewięciu tysięcy stóp, gdzie śniegi topnieją z nadejściem wiosny; trzecia, od dziewięciu do dwudziestu pięciu tysięcy, jest pokryta grubymi lodowcami, które nawet w ciepłym okresie opierają się promieniom słonecznym. Przez owo ogromne nabrzmienie globu wiedzie jedenaście przełęczy, z których kilka przebija góry o wysokości dwudziestu tysięcy stóp; one to, nieustannie zagrożone przez lawiny, poryte potokami, zajmowane przez lodowce, nie pozwalają przedostawać się z Indii do Tybetu, chyba że za cenę ogromnych trudności - powyżej zaś tego grzbietu szczyty uwypuklają się w wielkie kopuły albo są ścięte jak Góra Stołowa4 na Przylądku Dobrej Nadziei5; z nich siedem bądź osiem ostrych wierchów, w tym kilka wulkanicznych6, góruje nad źródłami Kogry7, Jamuny i Gangesu; Doukia8 i Kanczendzonga9 wznoszą się powyżej siedmiu tysięcy metrów, Gyachung Kang10 do ośmiu tysięcy, Dhaulagiri11 do ośmiu tysięcy pięciuset, Tchamoulari12 ośmiu tysięcy siedmiuset, góra Everest13 wypiętrza na dziewięć tysięcy metrów swój szczyt, z wysokości którego oko obserwatora widziałoby obszar o wielkości całej Francji - nagromadzenie gór wreszcie, które choćby położyć Alpy na Alpach, Pireneje na Andach, nie przewyższyłyby one tych w drabinie szczytów ziemskich. Takie jest owo kolosalne wzniesienie, na którego najwyższych wierzchołkach nie stanie może nigdy noga najśmielszego wspinacza, i które nosi nazwę pasma Himalajów!

Pierwsze stopnie tych gigantycznych propylejów14 są gęsto i powszechnie zalesione. Występują tam jeszcze przedstawiciele bogatej rodziny palm, która w strefie wyższej ustępuje miejsca rozległym kniejom dębów, cyprysów15 i sosen, wielkim gąszczom bambusów i roślin zielnych.

Banks, który podał nam te szczegóły, powiedział jeszcze, że choć dolna linia śniegów schodzi do czterech tysięcy metrów na stokach indyjskich, to wznosi się do sześciu tysięcy na stokach tybetańskich. Wynika to stąd, że chmury, niesione wiatrami południowymi, są zatrzymywane przez ogromną zaporę. To dlatego po jej drugiej stronie można zakładać wioski aż do wysokości piętnastu tysięcy stóp, pośród pól jęczmienia i wspaniałych hal. Jeśli wierzyć miejscowym, wystarczy jedna noc, aby te pastwiska pokrył plon traw!

W strefie pośredniej pawie, kuropatwy, bażanty, dropie16, przepiórki, reprezentują lud skrzydlaty. Pełno tam kóz, mnożą się barany. W strefie górnej spotyka się tylko dziki, kozice, dzikie koty, jedynie zaś orły17 szybują nad rzadką roślinnością, złożoną wyłącznie ze skromnych okazów flory arktycznej.

Ale to nie na nie nastawiał się kapitan Hod. Po co ów nimrod miałby przybyć w obszary himalajskie, gdyby przeznaczone mu było tylko polowania na zwierzęta domowe? Na szczęście dla niego wielkich drapieżników, godnych jego Enfielda i kul eksplodujących, nie powinno zabraknąć.

Istotnie, u stóp pierwszych zboczy łańcucha ciągnie się strefa dolna, którą Hindusi zwą pasem Teraj18. To długa, pochyła równina szerokości siedmiu, ośmiu kilometrów, wilgotna, ciepła, o posępnej roślinności, pokryta gęstymi lasami, w których dzika zwierzyna chętne szuka ostoi. Oto eden myśliwego kochającego mocne wrażenia walki, nad którym nasze obozowisko wznosiło się najwyżej tysiąc pięćset metrów. Łatwo więc dawało się schodzić na chroniony taras, który sam się bronił.

Było zatem prawdopodobne, że kapitan Hod chętniej będzie odwiedzał dolne stopnie Himalajów niż strefy wyższe. Tam jednak, nawet według największego humorysty wśród podróżników Victora Jacquemonta19, pozostały jeszcze do dokonania ważne odkrycia geograficzne.

- A zatem ten ogromny łańcuch jest słabo znany? - zapytałem Banksa.

- Bardzo słabo - odparł inżynier. - Himalaje to jakby mała planeta, przyklejona do naszego globu i strzegąca swych tajemnic.

- Są jednak odwiedzane - stwierdziłem - i badane, na ile to tylko możliwe!

- Och! Podróżników himalajskich nie brakuje! - przyznał Banks. - Bracia Gerard20, Webb21, oficerowie Kirkpatrick22 i Fraser23, Hogdson24, Herbert25, Lloyd26, Hooker, Cunningham27, Strabing28, Skinner29, Johnson30, Moorcroft31, Thomson32, Griffith33, Vigne34, Hügel35, misjonarze Huc36 i Gabet37, a ostatnio bracia Schlagintweit, pułkownik Waugh38, porucznicy Reuillier i Montgomerie39 po znacznych pracach poznali w dużej mierze układ orograficzny40 tego wzniesienia. Niemniej, moi przyjaciele, dużo jeszcze pozostaje do wykonania. Dokładna wysokość głównych szczytów podlega niezliczonym poprawkom. I tak Dhaulagiri była kiedyś królową całego pasma; potem, po nowych pomiarach, musiała ustąpić miejsca Kanczendzondze, która została teraz zdetronizowana przez Mount Everest. Ten dotąd góruje nad wszystkimi swoimi rywalami. Jednakże według Chińczyków Kunlun41 - do którego co prawda nie zastosowano jeszcze dokładnych metod geometrów europejskich - przewyższa odrobinę Mont Everest, i twierdzą oni, że już nie w Himalajach należy szukać najwyższego punktu naszego globu. W rzeczywistości jednak owe pomiary będzie można uznać za matematycznie dokładne dopiero po dokonaniu ich przy pomocy barometru i przy całej ścisłości wymaganej przy dokładnym ich przeprowadzeniu. A jak je wykonać bez wniesienia barometru na najwyższy punkt tych niemal nieosiągalnych szczytów? Tego przecież jeszcze nie dokonano.

- Dokona się - odparł kapitan Hod - jak dokona się kiedyś podróży na biegun południowy i biegun północny!

- Oczywiście!

- Podróży w największe głębiny oceanu!

- Bez żadnej wątpliwości!

- Podróży do wnętrza Ziemi!

- Brawo, Hod!

- Jak dokona się wszystkiego! - dodałem.

- Nawet podróży do każdej z planet Układu Słonecznego!42 - stwierdził kapitan Hod, którego nic nie mogło powstrzymać.

- Nie, kapitanie - odparłem. - Człowiek, prosty mieszkaniec Ziemi, nie zdoła pokonać jej ograniczeń! Choć jednak jest przywiązany do jej skórki, może przeniknąć wszystkie jej tajemnice.

- Może i musi! - ciągnął Banks. - Wszystko, co możliwe, powinno być i zostanie spełnione. Potem, kiedy człowiek pozna już wszystko na globie, który zamieszkuje...

- Zginie wraz ze sferoidą43, która nie będzie już miała dla niego sekretów - powiedział kapitan Hod.

- Ależ nie! - sprzeciwił się Banks. - Będzie się wtedy cieszył panowaniem nad nią i czerpaniem najlepszej części. Skoro jednak, drogi Hod, jesteśmy w krainie himalajskiej, wskażę ci, spośród innych, jedno ciekawe odkrycie, które na pewno cię zainteresuje.

- Jakie to, Banks?

- W opowieści o swoich podróżach misjonarz Huc wspomniał dziwne drzewo, zwane w Tybecie "drzewem dziesięciu tysięcy obrazów"44. Według indyjskiej legendy Tsongkhapa45, reformator religii buddyjskiej, został zmieniony w drzewo, jakiś tysiąc lat po tym, jak spotkało to Filemona, Baucis46, Dafne47, owe ciekawe istoty roślinne mitologicznej flory. Włosy Tsongkhapy zostały listowiem tego świętego drzewa, a na tych liściach misjonarz widział - jak zapewnia, na własne oczy - litery tybetańskie, wyraźnie utworzone przez zarysy ich nerwów.

- Drzewo rodzące drukowane liście! - zawołałem.

- I na których widnieją sentencje najczystszej moralności - odparł inżynier.

- Trzeba by to sprawdzić - powiedziałem ze śmiechem.

- Sprawdźmy więc, przyjaciele - rzucił Banks. - Jeśli te drzewa rosną w południowej części Tybetu48, powinny występować także w strefie wyższej, na południowych stokach Himalajów. Podczas swoich wędrówek szukajmy więc... jak mam to powiedzieć?... owego "sentencjonowca"...

- Skądże! - odparł kapitan Hod. - Jestem tu, aby polować, a niczego nie uzyskam, zajmując się wspinaczką!

- Och, drogi Hod! - zauważył Banks. - Tak odważny wspinacz jak ty nie chce spróbować wejść na to pasmo?

- Nigdy! - zawołał kapitan.

- Czemuż to?

- Wyrzekłem się wspinaczek!

- A od kiedy?

- Od dnia, w którym, dwadzieścia razy naraziwszy życie - odparł kapitan Hod - zdołałem osiągnąć szczyt Vrigel w królestwie Bhutanu. Zapewniano mnie, że istota ludzka nigdy nie postawiła stopy na wierzchołku tej góry! Powodowała mną więc miłość własna! Wreszcie, po tysiącu niebezpieczeństw, udało mi się, i co zobaczyłem? Słowa te wyryte na skale: "Durand, dentiste, 14, rue Caumartin, Paris!"49. Odtąd już się nie wspinam...!

Zacny kapitan! Trzeba jednak przyznać, że opowiadając o swym niepowodzeniu, Hod zrobił tak zabawną minę, że nie sposób było nie zaśmiać się z całego serca!

Mówiłem wiele razy o sanitariach na półwyspie. Miejsca te, leżące w górach, są w lecie tłumnie odwiedzane przez rentierów50, urzędników, kupców z Indii, których wyniszcza gorąca kanikuła na równinie.

Na pierwszym miejscu trzeba wymienić Simlę, leżącą na trzydziestym pierwszym równoleżniku i na zachód od siedemdziesiątego piątego południka51. To cząstka Szwajcarii, z jej potokami, strumieniami, chatami wygodnie rozstawionymi w cieniu cedrów52 i sosen, dwa tysiące metrów nad poziomem morza.

Po Simli przywołam Dardżyling z białymi domami, nad którymi góruje Kanczendzonga, pięćset kilometrów na północ od Kalkuty, na dwóch tysiącach trzystu metrach wysokości, blisko osiemdziesiątego siódmego stopnia długości geograficznej i dwudziestego siódmego szerokości53 - zachwycające położenie w najpiękniejszych krainach świata.

Jeszcze inne sanitaria założono także w różnych miejscach pasma himalajskiego.

A teraz do tych miejscowości odświeżających i zdrowych, nieodzownych w palącym klimacie Indii, należałoby dodać nasz Steam House. Ten jednak należy do nas. Zapewnia wszelkie wygody najbardziej luksusowych domostw półwyspu. W tej strefie błogosławionej oprócz wygód wymaganych przez nowoczesne życie znaleźliśmy spokój, jakiego próżno by szukać w Simli czy Dardżylingu, gdzie pełno Anglohindusów.

Miejsce zostało wybrane rozważnie. Droga przecinająca dolną część góry rozdziela się na tej wysokości, aby połączyć kilka osad rozrzuconych na wschodzie i na zachodzie. Najbliższa z tych wsi leżała pięć mil od Steam House'u. Zamieszkiwał ją gościnny lud górali, hodowców kóz i owiec, uprawiających bogate pola pszenicy i jęczmienia.

 

Dzięki pomocy naszej służby pod kierunkiem Banksa wystarczyło kilka godzin, aby urządzić obozowisko, w którym mieliśmy pozostać sześć lub siedem tygodni.

Jedno ze zboczy, oderwane od kapryśnych małych pasm tworzących przypory54 ogromnego zespołu Himalajów, zapewniło nam łagodnie pofałdowany płaskowyż o długości około mili i szerokości połowy mili. Pokrywająca go zieleń to gęsty plusz z krótkich traw, ściśniętych, można by rzec włochatych, nakrapiany fiołkami. Kępy drzewiastych rododendronów, wielkich jak małe dęby, naturalne koszyki kamelii55 setkami wiązek stanowiły czarujący widok. Przyroda nie potrzebuje robotników z Isfahanu56 czy Smyrny, aby stworzyć ten kobierzec z wysokiej wełny roślinnej. Kilka tysięcy ziaren przyniesionych wiatrem z południa na ten żyzny taras, odrobina wody, trochę słońca wystarczyły do powstania owej miękkiej i niezużywającej się tkaniny.

Tuzin kęp wspaniałych drzew wyrastał na tym płaskowyżu. Można by rzec, że oderwały się jak harcownicy od ogromnego lasu pokrywającego zbocza, wspinającego się na sąsiednie pasma do wysokości sześciuset metrów. Cedry, dęby, pandany57 o długich liściach, buki, klony mieszały się z bananowcami, bambusami, magnoliami, szarańczynami58, figowcami japońskimi59. Kilka z tych olbrzymów wyciągało swe najdalsze gałęzie powyżej stu stóp od ziemi. Wydawały się zasadzone w tym miejscu, aby dać cień jakiejś leśnej chacie. Steam House, po przybyciu, uzupełnił ten krajobraz. Zaokrąglone dachy jego dwóch pagód pasowały doskonale do wszystkich tych różnorodnych koron, konarów sztywno wzniesionych lub giętkich, liści małych i kruchych jak skrzydła motyle bądź szerokich i długich jak polinezyjskie pagaje60. Cały pociąg ginął pod masywem zieleni i kwiatów. Nic nie zdradzało ruchomości domu; wyglądał na stały, przykuty do ziemi, zbudowany tak, żeby się nie oddalać.

Z tyłu potok, którego srebrzystą wstążkę można było śledzić wzrokiem do wielu tysięcy stóp wysokości, na prawo od płaskowyżu spływał po zboczu i wpadał w naturalny basen ocieniony kępą pięknych drzew.

Z tego basenu nadmiar wód wyciekał strumykiem poprzez prerię, kończąc się szumiącą kaskadą spadającą w przepaść, której głębokość umykała wzrokowi.

Oto jak Steam House był ustawiony ku jak największej wygodzie życia i doskonałej radości dla oczu.

Gdyby ktoś udał się na przedni skraj płaskowyżu, zobaczyłby inne, mniej znaczne występy cokołu Himalajów, schodzącego gigantycznymi stopniami aż do równiny. Oddalenie jest dostateczne, aby wzrok mógł je ogarnąć w całości.

Z prawej strony pierwszy dom Steam House'u jest ustawiony ukośnie, w ten sposób, żeby widoczność południowego horyzontu była zapewniona zarówno z balkonu werandy, jak i z bocznych okien salonu, jadalni i kabin po lewej stronie. Wielkie cedry wznoszą się wyżej i odcinają się ostro czernią od dalekiego tła wielkiego łańcucha pokrytego wiecznym śniegiem.

Z lewej drugi dom opiera się o ogromną granitową skałę ozłoconą słońcem. Skała ta, zarówno przez dziwaczny kształt, jak i zimny kolor, przypomina owe gigantyczne kamienne plum-puddings61, o których mówił pan Russell-Killough62 w opowieści o podróży przez Indie południowe. Z tego domostwa, przeznaczonego dla sierżanta Mac Neila i jego towarzyszy ze służby, widać tylko bok. Stoi dwadzieścia kroków od głównego, jako dobudówka do ważniejszej pagody. Na końcu jednego z wieńczących ją dachów strużka sinego dymu ulatuje z laboratorium kulinarnego pana Parazarda. Dalej na lewo kępa drzew, trochę oderwana od lasu, wznosi się na przyporze zachodniej, tworzącej boczną kulisę tego krajobrazu.

W głębi między dwoma domami rysuje się gigantyczny mastodont63. To nasz Stalowy Olbrzym. Ustawiono go pod altaną z wielkich pandanów. Można by rzec, że swą wzniesioną trąbą "skubie" górne gałęzie. Tkwi jednak nieruchomo. Odpoczywa, choć nie odczuwa żadnej potrzeby odpoczynku. Teraz ten niewzruszony strażnik Steam House'u, jak ogromne zwierzę przedpotopowe, broni dostępu do niego na początku drogi, którą dostała się cała ta ruchoma wioska.

Jednakże, choć nasz słoń jest taki kolosalny, to gdy się pomyśli o łańcuchu wznoszącym się sześć tysięcy metrów ponad płaskowyż, ów sztuczny olbrzym, którego ręka Banksa upodobniła do fauny indyjskiej, wydaje się niczym.

- Mucha na fasadzie katedry! - powiedział kapitan Hod nie bez pewnej pogardy.

Nic bardziej prawdziwego. Z tyłu znajdował się blok granitu, z którego wycięto by łatwo tysiąc słoni wielkości naszego, a ów blok to tylko stopień, jeden ze stu w schodach wznoszących się aż na grzbiet łańcucha zwieńczonego ostrym szczytem Dhaulagiri.

Często niebo tego płaskowyżu obniża się przed okiem obserwatora. Nie tylko wysokie szczyty, ale i średnie wzniesienia pasma znikają w jednej chwili. To gęste chmury płynące w środkowej strefie Himalajów zasłaniają całą ich górną część. Krajobraz się kurczy, a potem, wskutek zjawiska optycznego, można by rzec, że domy, drzewa, sąsiednie pasma, a nawet sam Stalowy Olbrzym, odzyskują swoją rzeczywistą wielkość.

Zdarza się też, że nad płaskowyżem, pchane jakimiś wilgotnymi wiatrami, przesuwają się obłoki mało jeszcze wzniesione. Oko widzi tylko skłębione morze chmur, a słońce wywołuje na ich powierzchni zdumiewające gry świateł. W górze, tak samo jak w dole, horyzont znika, i wydaje się, że zostaliśmy przeniesieni w jakiś obszar powietrzny poza granicami ziemi.

Wiatr się jednak zmienia, bryza z północy wpada szczelinami łańcucha gór, zmiata całą tę mgłę, morze oparów skrapla się niemal natychmiast, równina wznosi na południowym horyzoncie, delikatne występy Himalajów rysują się znowu na czystym tle nieba, kadr obrazu odzyskuje swą zwykłą wielkość, a wzrok, którego nic już nie ogranicza, ogarnia wszystkie szczegóły panoramicznego widoku na horyzoncie liczącym sześćdziesiąt mil.

 

 

 

 

1 René Just Haüy (1743-1822) - francuski mineralog, ksiądz, twórca krystalografii symetrycznej, autor wielu dzieł naukowych.

2 Wraz ze wzrostem wysokości spada ciśnienie powietrza, proporcjonalnie spada odczuwalna zawartość tlenu w powietrzu (nominalna jest taka sama bez względu na wysokość); przebywanie ludzi na wysokości powyżej 5 tys. m n.p.m. wymaga aklimatyzacji, powyżej 8 tys. bez zbiornika z tlenem przeciętny człowiek można przebywać tylko kilka minut.

3 Skały pierwotne - skały krystaliczne pochodzące z najstarszych epok geologicznych.

4 Góra Stołowa - góra o płaskim wierzchołku o wymiarach ok. 3 km na 3 km i o wysokości 1086 m, wyrastająca stromo z brzegu morskiego na Przylądku Dobrej Nadziei, w RPA.

5 Przylądek Dobrej Nadziei - przylądek położony na południowym krańcu Afryki, odkryty w 1486 roku przez portugalskiego żeglarza Bartolomeo Diaza, który nazwał go Przylądkiem Burz; nazwa została zmieniona na Przylądek Dobrej Nadziei, kiedy Vasco da Gama odkrył w 1498 roku drogę do Indii wiodącą dokoła Afryki.

6 Himalaje nie są górami pochodzenia wulkanicznego, powstały wskutek przesuwania się na północ płyty indyjskiej, która napierając na płytę eurazjatycką wypiętrza skały, obie płyty są tej samej gęstości, ich zderzenie nie prowadzi więc do powstawania wulkanów.

7 Kogra - u J. Verne'a: Cogra, być może chodzi o rzekę okresową Ghaggar, utożsamianą ze świętą rzeką Saraswati, płynie przez Pakistan i Indie, wypływa ze wzgórz Siwalik, ginie na pustyni Thar w Radżastanie.

8 Doukia - góra w Sikkimie we wschodnich Himalajach, o wysokości 7070 m n.p.m., wspominana w dawnej literaturze.

9 Kanczendzonga - druga pod względem wysokości góra w Himalajach (8586 m n.p.m.), leży na granicy Sikkimu i Nepalu, uważana za świętą, zdobyta w roku 1955.

10 Gyachung Kang - u J. Verne'a: Dhiodounga; góra Himalajach, na granicy Nepalu i Chin, najwyższa na świecie po ośmiotysięcznikach (7952 m), zdobyta w roku 1964.

11 Dhaulagiri - góra na południe od Himalajów, 8167 m n.p.m., dobrze widoczna z równin, stąd przeszacowywano jej wysokość.

12 Tchamoulari - wymieniana w dawnej literaturze góra w Himalajach, na granicy Bhutanu, miała osiągać 8575 m, jako druga pod względem wysokości na świecie, w literaturze współczesnej taki szczyt nie jest wspominany.

13 Everest (Czomolungma, Sagarmatha) - góra w Himalajach, na granicy Nepalu i Tybetu, o wysokości 8848 m, najwyższa góra świata, zdobyta po raz pierwszy w roku 1953 przez Nowozelandczyka Edmunda Hillary'ego i Szerpę Tenzinga Norgaya.

14 Propyleje - portyk, monumentalna brama, najbardziej znane są wielkie propyleje wiodące na Akropol w Atenach; tutaj zapewne Himalaje mają być bramą do Tybetu.

15 Cyprysy (Cupressus) - rodzaj drzew iglastych, obejmuje wiele gatunków występujących w Azji, Europie, Ameryce Środkowej i Afryce Północnej, w Himalajach rosną gatunki Cupressus torulosa, Cupressus gigantea, Cupressus austrotibetica i Cupressus cashmeriana.

16 Dropie - dropie indyjskie (Ardeotis nigriceps), gatunek dużych (do ok. 120 cm długości) ptaków z rodziny dropi, żyjących na terenach trawiastych, obecnie niemal wytępionych.

17 W Himalajach występuje orzeł przedni (Aquila chrysactos daphanea), na wysokościach 3000-5500 metrów, duży ptak drapieżny polujący na inne ptaki i drobne ssaki; na podnóżach Himalajów żyje też orlik malajski (Ictinaetus malaiensis), wbrew nazwie dużych rozmiarów, o czarnym upierzeniu.

18 Teraj - u J. Verne'a: Tarryani; bagnista nizina u podnóża Himalajów na wysokości ok. 200 metrów, wzdłuż granicy Indii i Nepalu, w dużej mierze porośnięta dżunglą, także stepami, ostoja wielu dzikich zwierząt, rzadko zaludniona.

19 Victor Jacquemont (1801-1832) - francuski przyrodnik i podróżnik, odbył wyprawy badawcze po Ameryce oraz Indiach i Himalajach (1829-1832), zebrał ogromną kolekcję roślin, zwierząt i minerałów dla Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu; poczucie humoru wykazywał głównie, brylując w paryskich salonach.

20 Alexander Gerard (1792-1839) - szkocki wojskowy i odkrywca, od roku 1808 w armii Bengalu, prowadził badania topograficzne m.in. w Himalajach, Tybecie, pierwszy badacz geologii Himalajów, odbył wiele wypraw, dokonywał wspinaczek na liczne przełęcze i szczyty, niektórych z bratem, Jamesem Gerardem, autor licznych prac naukowych; James Gilbert Gerard (1795-1835) - szkocki lekarz i badacz, chirurg wojskowy w Bengalu, towarzyszył bratu Alexandrowi w kilku wyprawach w Himalaje, także Alexandrowi Burnesowi w Hindukuszu; Patrick Gerard (1794-1848) - szkocki geograf, w wojsku w Bengalu osiągnął stopień kapitana, autor prac o klimacie Indii i Himalajów.

21 William Spencer Webb (1784-1865) - angielski wojskowy, na zlecenie Kompanii Wschodnioindyjskiej odbył w roku 1807 z kapitanem Feliksem Raperem wyprawę w Himalaje w poszukiwaniu źródła Gangesu, w latach 1816-1820 prowadził samotnie badania topograficzne, m.in. trafnie ustalił wysokość Dhaulagiri (pomylił się tylko o 23 m), jako pierwszego ośmiotysięcznika.

22 William Kirkpatrick (1754-1812) - u J. Verne'a: Kirkpatrik, angielski orientalista, służył w wojsku w Indiach, od roku 1811 generał, w roku 1793 poprowadził wyprawę do Nepalu, pierwszy wspiął się powyżej granicy wiecznych śniegów, przełożył wiele dzieł z języka perskiego i innych wschodnich.

23 John Baillie Fraser ( 1783-1856) - szkocki malarz i podróżnik, w latach 1814-1816 badał nieznane tereny Himalajów, w roku 1820 wydał książkę o wyprawach w dolinach Satledżu i Gangesu, później wiele lat spędził w Persji.

24 John Anthony Hogdson (1777-1848) - angielski oficer w armii Bengalu, w latach 1821-1823 i 1826-1829 główny geodeta Indii, prowadził wiele pomiarów Himalajów; albo Brian Hodgson (1800-1894), przyrodnik, agent brytyjski w Nepalu, autor pracy geograficznej o Himalajach, które uważał za szereg oddzielnych pasm górskich.

25 James Dowling Herbert (1791-1835) - angielski oficer w armii Bengalu, w latach 1823-1829 geodeta geologiczny Himalajów, autor pierwszej pracy o geologii całych Himalajów.

26 George Aylmer Lloyd (1789-1865) - angielski wojskowy, jako kapitan wysłany w roku 1826 do Sikkimu, zbadał go w roku 1829 wraz z Herbertem, uważany za odkrywcę Darjeelingu, dosłużył się stopnia generała.

27 Sir Alexander Cunningham (1814-1893) - angielski archeolog i inżynier wojskowy, w roku 1846, po pierwszej wojnie angielsko-sikhijskiej, wytyczał granicę między Ladakhem i Tybetem, od roku 1861 generał, w latach 1861-1885 prowadził badania archeologiczne w Indiach.

28 Strabing - być może pomyłka J. Verne'a, może chodzić o braci Strachey, Henry'ego (1816-1912) i Richarda (1817-1908), badaczy geologii południowego Tybetu.

29 Thomas Skinner (1800-1843) - angielski wojskowy, w roku 1828 odbył wyprawę w zachodnie Himalaje, w okolice źródeł Jamuny, później walczył w Afganistanie, dosłużył się stopnia podpułkownika.

30 William Henry Johnson (?-1883) - angielski geodeta urodzony w Indiach, badacz Kaszmiru i zachodnich Himalajów podczas wyprawy w latach 1855-1856, od 1866 gubernator Ladakhu.

31 William Moorcroft (1767-1825) - angielski weterynarz, zarządca koni Kompanii Wschodnioindyjskiej, odbył wiele podróży, w roku 1812 po Tybecie, w latach 1820-19825 po Ladakhu, zachodnich Himalajach, Karakorum.

32 Thomas Thomson (1817-1878) - angielski przyrodnik, lekarz w Kompanii Wschodnioindyjskiej, badacz roślinności Indii i Himalajów, w roku 1847 w komisji Cunninghama wytyczającej granice Kaszmiru i Tybetu, odbył wiele podróży.

33 William Griffith (1810-1845) - angielski przyrodnik, od roku 1832 lekarz w Kompanii Wschodnioindyjskiej, prowadził badania botaniczne, w roku 1837 w Bhutanie, Himalajach wokół Shimli, później w Assamie, dolinie Indusu, Birmie, dyrektor Ogrodów Botanicznych w Kalkucie.

34 Godfrey Thomas Vigne (1801-1863) - angielski podróżnik po Kaszmirze, pierwszy opisał Nangę Parbat, później odbył wiele podróży po Ameryce.

35 Karl Alexander Hügel (1795-1870) - austriacki wojskowy i naukowiec, walczył w wojnach napoleońskich, badacz Pendżabu i Kaszmiru, później dyplomata austriacki, zapalony botanik, autor książki Kaschmir und das Reich der Siek.

36 Evariste Régis Huc (1813-1860) - francuski zakonnik lazarysta, w latach 1840-1844 misjonarz w Chinach, w 1844-1846 odbył z Gabetem podróż do Lhasy, wygnany stamtąd wrócił do Chin, autor książki Souvenirs d'un voyage dans la Tartarie, le Thibet, et la Chine pendant les années 1844, 1845 et 1846, przełożonej na wiele języków.

37 Joseph Gabet (1808-1853) - francuski zakonnik lazarysta, od roku 1834 misjonarz w Chinach, w latach 1844-1846 odbył z Hucem podróż do Lhasy, wygnany stamtąd wrócił do Chin, od roku 1848 misjonarz w Brazylii, gdzie zmarł.

38 Andrew Scott Waugh (1810-1878) - u J. Verne'a: Wangh; angielski wojskowy i geodeta, od roku 1861 generał, od roku 1832 prace dla Great Trigonomeric Study in India, od roku 1843 Naczelny Geodeta Indii, nadzorował pomiary Mount Everestu, badacz Kaszmiru i Dżammu.

39 Thomas George Montgomerie (1830-1878) - u J. Verne'a: Montgomery; angielski wojskowy, porucznik Korpusu Inżynierskiego, prowadził badania w Kaszmirze, w roku 1856 jako pierwszy badał K2, później w Baltistanie, pracował dla maharadży Kaszmiru, uzyskał stopień pułkownika.

40 Orograficzny - odnoszący się do orografii, działu geografii, zajmującego się charakterystyką rzeźby powierzchni Ziemi.

41 Kunlun - u J. Verne'a: Kouin-Lun; pasmo górskie w zachodnich Chinach, o długości ok. 2500 km, ograniczające od północy Wyżynę Tybetańską, najwyższy szczyt: Liushi (7167 m), w mitologii chińskiej uważane za siedzibę bogów.

42 J. Verne nawiązuje tu do swoich książek, w których opisał wszystkie te dokonania: podróż na biegun południowy (Sfinks lodowy), biegun północny (Przygody kapitana Hatterasa), w głębiny oceanu (Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi), do wnętrza Ziemi (Podróż do wnętrza Ziemi), przez Układ Słoneczny (Hector Servadac).

43 Sferoida - bryła odpowiadająca kształtowi Ziemi, powierzchnia ekwipotencjalna bryły wirującej ze stałą prędkością.

44 Drzewo dziesięciu tysięcy obrazów - drzewo sandałowe rosnące na terenie klasztoru Kumbum w obecnej prowincji Qinghai w Chinach, wyrosłe rzekomo z pępowiny Tsongkhapy, osłonięte czteropiętrową świątynią ze złotym dachem.

45 Tsongkhapa Losang Drakpa (1357-1419) - u J. Verne'a: Tong Kabac; w relacji Huca mowa w istocie o Tsong-Kabie, tybetańskim reformatorze buddyjskim, założycielu szkoły Gelug, jednym z odnowicieli lamaizmu.

46 Filemon i Baucis - w mitologii greckiej frygijscy małżonkowie, jako jedyni przyjęli gościnnie wędrujących po Frygii Zeusa i Hermesa, ocaleni przez bogów po zatopieniu kraju, zostali kapłanami, po długim życiu na własną prośbę zamienieni w drzewa: Filemon w dąb, Baucis w splecioną z nim lipę.

47 Dafne - w mitologii greckiej nimfa, córka Penejosa, w której zakochał się Apollo, uciekając przed jego zalotami, ubłagała Artemidę, aby zamieniła ją w wawrzyn (drzewo laurowe).

48 Klasztor Kumbum znajduje się na północnym skraju Tybetu.

49 Durand, dentiste, 14, rue Caumartin, Paris! (fr.) - Durand, dentysta, ulica Caumartin 14, Paryż.

50 Rentier - osoba niepracująca, utrzymująca się z dochodów z posiadanych papierów wartościowych, procentów od kapitału albo renty.

51 Simla - dawna nazwa Shimli, stolicy stanu Himaćczal Pradesz, leżącej w Himalajach Małych, do zajęcia tego obszaru przez Brytyjczyków mała wioska, w której z powodu zdrowego klimatu zaczęli się osiedlać angielscy oficerowie i urzędnicy, od roku 1863 ogłoszona letnią stolicą Indii; wznosi się na siedmiu wzgórzach na średniej wysokości 2200 m n.p.m., wiele zabytków w stylu europejskim, duży ośrodek turystyczny, ok. 170 tys. mieszkańców; dokładne położenie geograficzne Shimli to 31° 6' 12'' N, 77° 10' 20'' E.

52 W Himalajach rośnie jeden z trzech gatunków cedrów, cedr himalajski (Cedrus deodara), rosnący na wysokościach 1500-3000 m n.p.m., wysokość do 50 m, dostarcza cennego drewna, w religii hinduistycznej uważany za drzewo święte.

53 Dardżyling - u J. Verne'a: Dorjiling; miasto w stanie Bengal Zachodni, w Małych Himalajach, na wysokości ok. 2000 m n.p.m.; do XIX wieku wioska w Sikkimie, wiele zabytków, ośrodek turystyczny, słynie z herbaty pochodzącej z pobliskich wzgórz, ok. 130 tys. mieszkańców; dokładne położenie geograficzne Dardżylingu to 27° 3' N, 88° 16' E.

54 Przypory - w architekturze, głównie gotyckiej, pionowe wzmocnienia ścian nośnych w postaci ukośnych lub uskokowych filarów przyściennych, znajdujących się na zewnątrz budowli, przenoszące ciężar sklepienia na podłoże.

55 Kamelie (Camellia) - rodzaj roślin z rodziny herbatowatych, ok. 200-300 gatunków rosnących głównie w Azji Wschodniej i Południowo-Zachodniej, na południe i wschód od Himalajów, często uprawianych ze względu na piękne kwiaty i herbatę z liści.

56 Isfahan - miasto w Iranie, ważny ośrodek Medów i Persów, od roku 1598 stolica Persji, od dawna znany ośrodek rzemiosła, zwłaszcza tkactwa i wyrobu dywanów; wiele zabytków, ok. 1,8 mln mieszkańców.

57 Pandan (Pandanus furcatus) - drzewo z rodziny pandanowatych, nieduże (do 17 m wysokości), rodzime w Himalajach, rośnie na wilgotnych stokach do wysokości 1500 m n.p.m., liście osiągają 5 m długości i służą do wyrobu mat i toreb, duże owoce (15-25 cm długości).

58 Szarańczyn (Ceratonia siliqua) - drzewo z rodziny bobowatych, rodzime na Bliskim Wschodzie, w Azji Mniejszej i krainach śródziemnomorskich, nie rośnie w Himalajach; jego owoce to strąki nazywane chlebem świętojańskim.

59 Figowiec japoński - francuska nazwa (figuier du Japon) krzewu lub małego drzewa Ficus erecta, osiągającego 7 m wysokości; występuje w południowych Chinach, Japonii, Korei i Wietnamie, raczej nie w Himalajach.

60 Pagaje - krótkie wiosła o jednym piórze, trzymane oburącz, jak np. w kanadyjkach, używane w łodziach polinezyjskich.

61 Plum-puddings (ang.) - tradycyjne bożonarodzeniowe ciasto brytyjskie i irlandzkie, przygotowywane z suszonych owoców zlepianych jajkami i łojem, nasączanych alkoholem, ma charakterystyczny kształt wyciągniętej w górę półkuli.

62 Henry Patrick Russell-Killough (1834-1909) - irlandzki podróżnik i alpinista, w latach 1859-1862 odbył wielką, trwającą rok podróż przez Syberię, Chiny, Mongolię, Australię, Nowa Zelandię i Indie, potem badacz Pirenejów, dokonał jako pierwszy wejść na wiele ich szczytów, autor książki 16 000 lieues a travers l'Asie et l'Océanie. Voyage exécuté pendant les années 1858-1861.

63 Mastodont - stosowana dawniej nazwa wszystkich wymarłych trąbowców oprócz słoni, w tym mamutów amerykańskich i eurazjatyckich.

Rozdział II

Mathias Van Guitt

 

Następnego dnia, dwudziestego szóstego czerwca, dobrze znany głos obudził mnie o świcie. Natychmiast wstałem. Kapitan Hod i jego ordynans Fox rozmawiali z ożywieniem w jadalni Steam House'u. Od razu do nich dołączyłem.

W tej samej chwili Banks opuścił swój pokój i kapitan zwrócił się do niego swym dźwięcznym głosem:

- No jak, druhu Banks - powiedział mu - oto wreszcie dotarliśmy do dobrego portu! Tym razem ostatecznie. Nie chodzi już o kilka godzin postoju, ale o pobyt trwający kilka miesięcy.

- Tak, drogi Hod - odparł inżynier - i możesz całkowicie swobodnie urządzać swoje łowy. Gwizd Stalowego Olbrzyma nie przywoła cię już do obozowiska.

- Słyszałeś, Fox?

- Tak, panie kapitanie - rzucił ordynans.

- Niebiosa mi pomogły! - zawołał Hod. - Ale nie opuszczę sanitarium Steam House'u, zanim z mojej ręki nie padnie pięćdziesiąty! Pięćdziesiąty, Fox! Wydaje mi się, że będzie on szczególnie trudny do wytropienia!

- Wszakże zostanie wytropiony - odparł Fox.

- Skąd ta myśl, kapitanie Hod? - zapytałem.

- Och! Maucler, to przeczucie... przeczucie myśliwego, nic więcej.

- A zatem - zapytał Banks - dzisiaj opuścisz obozowisko i wyruszysz na łowy?

- Dzisiaj - potwierdził kapitan Hod. - Zaczniemy od rozpoznania terenu, zbadania dolnej strefy, schodząc aż do lasów Teraju. Byleby tylko tygrysy nie porzuciły tych okolic!

- Czyżbyś sądził...?

- Ach! Ten mój pech!

- Pech...! W Himalajach...! - odparł inżynier. - To niemożliwe!

- Zresztą zobaczymy! Pójdziesz z nami, Maucler? - zapytał kapitan Hod, zwracając się do mnie.

- Tak, oczywiście.

- A ty, Banks?

- Ja też - odrzekł inżynier - i myślę, że Munro dołączy do ciebie, jak i ja... amator!

- Och! - rzucił kapitan Hod. - Amatorzy, zgoda! Ale amatorzy dobrze uzbrojeni! Nie ma mowy o spacerze z laseczką w ręku! Poniżyłoby to dziką zwierzynę w Teraju!

- Umówione! - stwierdził inżynier.

- Ale, Fox - zwrócił się kapitan do swojego ordynansa - tym razem żadnych pomyłek! Jesteśmy w krainie tygrysów! Cztery karabiny Enfielda dla pułkownika, Banksa, Mauclera i dla mnie, dwie strzelby z kulami wybuchowymi dla ciebie i Gumiego.

 

- Proszę być spokojnym, panie kapitanie - odparł Fox. - Zwierzyna nie będzie się miała na co skarżyć!

Dzień ten miał być zatem poświęcony na rozpoznanie owego lasu Teraju, który porasta dolną strefę Himalajów, poniżej naszego sanitarium. Tak więc o jedenastej, po śniadaniu, sir Edward Munro, Banks, Hod, Fox, Gumi i ja, wszyscy dobrze uzbrojeni, ruszyliśmy w dół drogi prowadzącej na równinę, zostawiwszy w obozowisku dwa psy, z którymi nie mielibyśmy co zrobić podczas tej wycieczki.

Sierżant Mac Neil pozostał w Steam Housie ze Storrem, Kaluthem i kucharzem, aby dokończyć prace przy urządzaniu obozu. Po dwóch miesiącach podróży Stalowy Olbrzym musiał być, z zewnątrz i wewnątrz, obejrzany, zbadany, naprawiony. Zadanie to wymagało długiego czasu, dokładności, delikatności, nie pozwalając palaczowi i mechanikowi na bezczynność, zwykłą u kornaków.

O jedenastej opuściliśmy sanitarium i po kilku minutach, gdy pokonaliśmy pierwszy zakręt drogi, Steam House zniknął za gęstą ścianą drzew.

Nie padało już. Pod wpływem świeżego wiatru północno-wschodniego chmury, bardziej "rozchełstane", płynęły w górnych warstwach atmosfery, mknąc szybko. Niebo było szare, temperatura dogodna dla piechurów; brakowało wszakże owej gry światła i cienia, która jest urokiem wielkich lasów.

Zejście prostą drogą długości dwóch tysięcy metrów zajęłoby od dwudziestu pięciu do trzydziestu minut, gdyby szlaku nie wydłużały liczne zakosy, które zmniejszały stromość zboczy. Potrzeba więc było co najmniej półtorej godziny na osiągnięcie górnej granicy lasów Teraju, wzniesionej do pięciuset lub sześciuset stóp nad równiną. Szliśmy w dobrym humorze.

- Uwaga! - powiedział kapitan Hod. - Wchodzimy do krainy tygrysów, lwów, panter, gepardów i innych dobroczynnych zwierząt obszaru himalajskiego! Dobrze jest zabijać dzikie zwierzęta, ale lepiej nie być zabitym przez nie! Nie oddalajmy się więc od siebie i uważajmy!

Takie zalecenie w ustach zapalonego myśliwego miało duże znaczenie. Każdy więc się z nim liczył. Karabiny i strzelby były naładowane, panewki sprawdzone, psy64 trzymane na smyczy. Byliśmy gotowi na wszystko.

Dodam, że należało się strzec nie tylko drapieżników, ale także węży, gdyż najgroźniejsze z nich występują w lasach Indii. Belongi65, węże zielone66, węże-bicze67 i wiele innych są wyjątkowo jadowite. Liczba ofiar, które umierają corocznie od ukąszeń tych gadów, jest pięć lub sześć razy większa niż zwierząt domowych czy ludzi ginących od kłów dzikich zwierząt.

Tak więc w tej części Teraju trzeba mieć oko na wszystko; patrzeć, gdzie stawia się nogę lub o co opiera się rękę, nastawiać ucha na najmniejsze odgłosy dobiegające z traw lub rozchodzące się w krzakach jest konieczną rozwagą.

 

O wpół do pierwszej weszliśmy pod osłonę wielkich drzew rosnących na skraju lasu. Ich wysokie konary wyciągały się nad kilkoma szerokimi alejami, którymi Stalowy Olbrzym, wraz z ciągniętym zwykle przezeń pociągiem, przejechałby z łatwością. Bo też ta część kniei była od dawna nawiedzana przez wozy z drewnem pozyskiwanym przez górali. Widziało się tu koleiny świeżo wytłoczone w miękkiej glinie. Te główne przesieki biegły w stronę pasma gór, a wzdłuż największej długości Teraju łączyły polany zagrożone tu i tam siekierą drwala; z każdej strony odchodziły wszakże tylko wąskie ścieżki, ginące w nieprzebytym, wysokopiennym gąszczu.

Szliśmy więc tymi przesiekami, bardziej jak geometrzy niż myśliwi, aby rozpoznać ich ogólny kierunek. Wielkie ślady niedawno odciśnięte w ziemi dowodziły jednak, że drapieżników nie brakuje w Teraju.

Nagle, w chwili kiedy mijaliśmy zakręt drogi odchylonej w prawo przed podnóże zbocza, okrzyk kapitana Hoda idącego z przodu kazał nam się zatrzymać.

Dwadzieścia kroków dalej, na narożniku polany okolonej wielkimi pandanami wznosiła się budowla o co najmniej dziwnym wyglądzie. Nie był to dom: nie miała ani komina, ani okien. Nie była to ambona myśliwska: nie miała strzelnic ani otworów. Raczej już grobowiec indyjski, zagubiony w największej głębi tego lasu.

Istotnie, wyobraźmy sobie rodzaj długiego sześcianu zbudowanego z pni ustawionych pionowo, mocno wbitych w ziemię, połączonych w górnej części grubym sznurem z gałęzi. Jako dach - inne pnie poprzeczne, silnie zaklinowane na wierzchu budowli. Najwidoczniej budowniczy tej kryjówki chciał nadać jej możliwość opierania się z pięciu stron. Mierzyła około sześciu stóp wysokości, przy dwunastu długości i pięciu szerokości. Nigdzie nie było widać żadnego otworu, chyba że na ścianie przedniej zasłonięto go grubymi dylami, których zaokrąglone czubki przewyższały trochę całą budowlę.

Nad dachem widniały długie giętkie żerdzie, dziwnie ułożone i wzajemnie połączone. Na końcu poziomej dźwigni podtrzymującej to urządzenie zwisał luźny węzeł, czy raczej pętla utworzona przez grubą plecionkę z lian.

- Och! Co to? - krzyknąłem.

- To - odparł Banks, przyjrzawszy się dobrze - to po prostu pułapka na myszy, ale pomyślcie, przyjaciele, na jaką zwierzynę jest przeznaczona!

- Pułapka na tygrysy?! - zawołał kapitan Hod.

- Tak - potwierdził Banks - pułapka na tygrysy, której drzwiczki, zamknięte dylem trzymanym przez tę pętlę z lian, opadają, kiedy jakieś zwierzę dotknie wewnątrz huśtawkę.

- Po raz pierwszy - powiedział Hod - widzę w lasach Indii tego rodzaju pułapkę. To w istocie sidła! Nie są godne myśliwego!

- Ani tygrysa - dodał Fox.

- Na pewno - przyznał Banks - ale gdy chodzi o wygubienie tych groźnych zwierząt, a nie o polowanie na nie dla przyjemności, najlepsza jest pułapka, która zwabia ich najwięcej. A ta wydaje mi się sprytnie pomyślana, aby ściągnąć i zatrzymać te drapieżniki, tak przecież nieufne i silne!

- Dodam - odezwał się teraz pułkownik Munro - że ponieważ huśtawka podtrzymująca drzwiczki opadła, jakieś zwierzę się pewnie złapało.

- Przekonamy się! - zawołał kapitan Hod - A jeśli mysz w niej żyje jeszcze...!

Kapitan, dołączywszy czyn do słów, szczęknął zamkiem swojego karabinu. Wszyscy poszli jego śladem i byli gotowi do dania ognia.

Ani trochę nie mogliśmy wątpić, że ta budowla jest pułapką w rodzaju takich, jakie spotyka się często w puszczach Malezji. Choć jednak nie była dziełem Hindusa, to spełniała wszystkie warunki, aby owo urządzenie niszczące było bardzo praktyczne: jest ogromnie czułe i tak mocne, że oprze się wszystkiemu.

Po tych środkach ostrożności kapitan Hod, Fox i Gumi podeszli do pułapki, którą chcieli najpierw okrążyć. Żadna szpara między pionowymi palami nie pozwalała zajrzeć do środka.

Słuchali uważnie. Żaden odgłos nie zdradzał obecności żywej istoty w tym drewnianym sześcianie, tak cichym jak grób.

Kapitan Hod i jego towarzysze wrócili do przedniej ściany. Upewnili się, że ruchomy dyl opadł w dwóch szerokich rowkach, ustawionych pionowo. Wystarczyło więc go podnieść, aby dostać się do wnętrza pułapki.

- Nic nie słychać! - powiedział kapitan Hod, który przyłożył ucho do dźwigarów. - Żadnego odgłosu! Pułapka jest pusta!

- Nieważne, bądźcie ostrożni! - nakazał pułkownik Munro.

I usiadł na pniu drzewa na lewo od polany. Zająłem miejsce obok niego.

- Chodźmy, Gumi! - powiedział kapitan Hod.

Gumi, zwinny, dobrze zbudowany przy niskim wzroście, zręczny jak małpa, giętki niby lampart, prawdziwy cyrkowiec indyjski, pojął, o co chodzi kapitanowi. Gibkość wyznaczała go w sposób naturalny do oczekiwanego odeń działania. Wskoczył jednym susem na dach pułapki, i natychmiast sięgnął siłą przegubu po jedną z żerdzi tworzących górne urządzenie. Potem podciągnął się na dźwigni aż do pętli z lian, i ciężarem ciała pochylił dźwignię aż do górnego końca dyla, który zamykał otwór.

Pętla weszła teraz w podporę urządzoną w górnej części dylu. Pozostało tylko poruszyć huśtawkę, obciążając drugi koniec dźwigni.

Teraz jednak trzeba było odwołać się do wspólnych sił całej naszej gromadki. Pułkownik Munro, Banks, Fox i ja poszliśmy więc za pułapkę dokonać tego poruszenia.

Gumi pozostał na budowli, aby uwolnić dźwignię, gdyby jakaś przeszkoda nie pozwoliła jej działać swobodnie.

- Przyjaciele - zawołał do nas kapitan Hod - jeśli muszę dołączać do was, to przyjdę, ale jeśli możecie pozwolić mi na to, wolę pozostać obok pułapki. Dzięki temu, jeśli wyskoczy tygrys, po wyjściu powitam go kulą!

- I policzysz go jako czterdziestego drugiego? - zapytałem kapitana.

- Czemu nie? - odparł Hod. - Jeśli padnie od mojej strzelby, to będąc już na swobodzie...!

- Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu... - powiedział inżynier - dopóki nie legnie na ziemi!

- Zwłaszcza że ten niedźwiedź może być tygrysem! - dodał pułkownik Munro.

- Razem, przyjaciele - zawołał Banks - razem!

Dyl był masywny. Ciężko ślizgał się w rowkach. Zdołaliśmy go jednak poruszyć. Zadygotał chwilę i zatrzymał się zawieszony stopę nad ziemią.

Kapitan Hod, pochylony, z karabinem przy policzku, wypatrywał, czy jakaś ogromna łapa lub rozdziawiona paszcza nie pokaże się w otworze pułapki. Nic się ciągle nie pojawiało.

 

- Jeszcze jeden wysiłek, przyjaciele! - zawołał Banks.

I dzięki Gumiemu, który kilka razy szarpnął koniec dźwigni, dyl zaczął się powoli podnosić. Wkrótce otwór był dostateczny, aby mogło nim przejść nawet wielkie zwierzę.

Nie pojawiło się żadne.

Było jednak mimo wszystko możliwe, że na odgłosy brzmiące wokół pułapki więzień cofnął się w najdalszy kąt swej celi. Może nawet czekał na dogodną chwilę, aby wyskoczyć nagle, przewrócić wszystkich przeszkadzających mu w ucieczce i zniknąć w głębi puszczy.

Było to bardzo podniecające.

Zobaczyłem teraz kapitana Hoda robiącego kilka kroków z palcem na spuście karabinu, ustawiającego się tak, aby zajrzeć w głąb pułapki.

Dyl był całkowicie już podniesiony, a przez otwór wpadało obficie światło.

W tejże chwili za ścianą rozległ się lekki szmer, potem głośne warczenie, czy raczej potężne ziewanie, które wydało mi się bardzo podejrzane.

Wyraźnie było tam śpiące dotychczas zwierzę, które nagle obudziliśmy.

Kapitan Hod podszedł jeszcze i wymierzył karabin w masę, której ruch dostrzegł w półmroku.

Nagle wewnątrz coś się poruszyło. Zabrzmiał krzyk przerażenia, a natychmiast po nim te słowa, wypowiedziane po angielsku:

- Nie strzelać, na Boga! Nie strzelać!

Z pułapki wyskoczył jakiś człowiek.

Tak się zdumieliśmy, że nasze ręce puściły dźwignię, a dyl opadł ciężko z głośnym hukiem przed otworem, który znowu zatkał.

Tymczasem osoba, która pojawiła się tak niespodziewanie, podeszła do kapitana Hoda, mającego karabin wymierzony w jej pierś, i tonem dość pretensjonalnym, któremu towarzyszył przesadny gest, powiedziała:

- Proszę opuścić broń. To nie z tygrysem z Teraju ma pan do czynienia!

Kapitan Hod po pewnym wahaniu ustawił swój karabin w sposób mniej zagrażający.

- Z kim mamy zaszczyt rozmawiać? - zapytał Banks, podchodząc do tego osobnika.

 

- Z przyrodnikiem Mathiasem Van Guittem, zwykłym dostawcą gruboskórych, niesporczaków68, stopochodnych69, trąbowców70, drapieżników i innych ssaków dla firmy Charles Rice71 w Londynie i dla firmy Hagenbeck72 w Hamburgu!

Potem zatoczył ręką obejmujące nas koło:

- A panowie...?

- Pułkownik Munro i jego towarzysze podróży - odparł Banks, wskazując na nas.

- Na spacerze po puszczach Himalajów! - powiedział dostawca. - Czarująca wycieczka, zaiste! Jestem na panów usługi, panowie, na usługi!

Kim był ten dziwak, którego spotkaliśmy? Czy nie należało sądzić, że jego rozum ucierpiał podczas uwięzienia w pułapce na tygrysy? To szaleniec, czy człowiek przy zdrowych zmysłach? A wreszcie: do jakiego rodzaju dwurękich73 należał ten osobnik?

Mieliśmy się tego dowiedzieć i wkrótce lepiej poznać ową szczególną osobę, nazywającą się przyrodnikiem i będącą nim rzeczywiście.

Imć pan Mathias Van Guitt, dostawca menażerii, nosił okulary i miał pięćdziesiąt lat. Jego gładka twarz, mrugające oczy, wietrzący nos, bezustanna ruchliwość całej osoby, przesadne gesty podkreślające każde wyrażenie padające z jego wielkich ust składały się na dobrze znany typ starego komedianta z prowincji. Któż nie spotkał w świecie jednego z tych dawnych aktorów, których całe życie, ograniczone do horyzontu rampy i prospektów74, upływa między jedną a drugą kulisą teatru melodramatycznego? Niestrudzone gaduły, uprzykrzeni gestykulatorzy, zaślepieni pozerzy chodzący z wysoko podniesioną głową, odrzucający ją do tyłu, całkowicie pustą na starość, gdyż nienapełnioną nigdy w wieku dojrzałym. Niewątpliwie w tym Mathiasie Van Guitcie tkwił stary aktor.

Słyszałem kilka razy pocieszną anegdotę o nieszczęsnym śpiewaku, który uważał, że powinien podkreślić specjalnym gestem każde słowo swojej roli.

Dlatego w operze Masaniello75, kiedy śpiewał pełnym głosem: Si d'un p?cheur Napolitain...76, jego prawe ramię, wyciągnięte w stronę sali, drżało gorączkowo, jakby trzymało na końcu linki szczupaka, który złapał się na haczyk. Potem: Le Ciel voulait faire un monarque77 - podczas tych słów jedną rękę podniósł prosto w zenit78, wskazując niebo, a drugą zatoczył krąg wokół swej głowy, dumnie trzymanej, wyobrażając koronę królewską.

Rebelle aux arr?ts du destin79 - całe jego ciało oparło się gwałtownie naporowi, który chciał odrzucić go do tyłu; Il dirait en guidant sa barque80 - i wtedy obie jego ręce, zamaszyście odprowadzane z lewa na prawo i z prawo na lewo, jakby wiosłował, świadczyły o zręczności w kierowaniu łodzią.

Otóż postępowanie takie, znane owemu śpiewakowi, było bardzo bliskie postępowaniu dostawcy Mathiasa Van Guitta. Stosował w swoim języku tylko wyszukane określenia, i musiał być wielce uprzykrzający dla rozmówcy, który nie był w stanie wydostać się poza promień jego gestów.

Jak się dowiedzieliśmy później z jego własnych ust, Mathias Van Guitt był dawnym profesorem historii naturalnej w Muzeum w Rotterdamie81, która to działalność nie była udana. Jest pewne, że ten zacny człowiek był pośmiewiskiem i że jeśli uczniowie przybywali tłumnie na jego wykłady, to dla uciechy, a nie nabywania wiedzy. W końcu okoliczności tak się ułożyły, że profesor niemający sukcesów w zoologii teoretycznej, pojechał do Indii zajmować się zoologią praktyczną. W niej szło mu lepiej, więc został mającym powodzenie dostawcą ważnych firm z Hamburga i Londynu, które zaopatrywały przeważnie publiczne i prywatne menażerie obu światów.

I jeśli Mathias Van Guitt znalazł się teraz w Teraju, to dlatego, że sprowadziło go poważne zamówienie z Europy na zwierzęta. Stąd też jego obóz znajdował się najwyżej dwie mile od pułapki, z której został wyciągnięty.

Jak jednak dostawca znalazł się w tej pułapce? O to Banks zapytał go najpierw, i otrzymał taką odpowiedź zaopatrzoną w wielką różnorodność gestów:

- To było wczoraj. Słońce zakreśliło już półkole swego codziennego obrotu. Wpadłem wtedy na myśl, aby odwiedzić jedną z pułapek na tygrysy zbudowanych moją ręką. Opuściłem więc swój kraal82, który byłby wielce zaszczycony wizytą panów, i przybyłem na tę polanę. Byłem sam, moi ludzie zajmowali się pilnymi pracami, i nie chciałem ich odrywać. Postąpiłem nierozważnie. Kiedy znalazłem się przed pułapką, stwierdziłem przede wszystkim, że zapadnia utworzona przez ruchomy dyl jest podniesiona. Stąd wywnioskowałem, nie bez pewnej logiki, że żadne zwierzę się nie złapało. Chciałem jednak sprawdzić, czy przynęta jest nadal na miejscu i czy huśtawka działa jak należy. Dlatego też zręcznym ruchem czołgającym wślizgnąłem się wąskim otworem.

Ręka Mathiasa Van Guitta oddała eleganckim falowaniem ruch węża, który się wije wśród gęstych traw.

- Po dotarciu w głąb pułapki - ciągnął dostawca - obejrzałem ćwierć tuszy kozy, której wyziewy powinny przyciągnąć gospodarzy tego zakątka lasu. Przynęta była nienaruszona. Wychodziłem, kiedy niechcący trąciłem ramieniem zapadkę huśtawki, urządzenie się napięło, zapadnia runęła i zostałem zamknięty we własnej pułapce, bez żadnej możliwości wyjścia.

Tu Mathias Van Guitt przerwał na chwilę, abyśmy lepiej pojęli całą powagę jego położenia.

- Jednakże, panowie - podjął - nie będę ukrywał, że dostrzegłem najpierw komiczną stronę tej sprawy. Byłem uwięziony, zgoda! Żaden dozorca więzienny nie otworzy drzwi mojej celi, tak jest! Sądziłem jednak, że moi ludzie, widząc, że nie wracam do kraalu, zaniepokoją się moją przedłużającą się nieobecnością i udadzą na poszukiwania, które prędzej czy później skończą się powodzeniem. Było to tylko kwestią czasu.

Co bowiem robić w legowisku, jeśli nie myśleć83 - jak powiedział francuski bajkopisarz. Myślałem więc, a godziny upływały, w niczym nie zmieniając mego położenia. Nadszedł wieczór, głód dał się odczuć. Stwierdziłem więc, że najlepsze, co zrobię, to oszukam go przez sen. Zmieniłem się zatem w filozofa i zasnąłem głęboko. Noc była spokojna pośród wielkiego milczenia puszczy. Nic nie zakłócało mojego snu, i może nadal bym spał, gdyby nie obudził mnie niezwykły odgłos. Zapadnia pułapki się podniosła, dzień wpadł strumieniami w moje mroczne ustronie, pozostawało mi tylko wyskoczyć na zewnątrz...! Jakież było moje strapienie, kiedy ujrzałem narzędzie śmierci zwrócone w moją pierś! Jeszcze chwila, a padłbym trafiony! Godzina mojego uwolnienia byłaby ostatnią w mym życiu...! Ale pan kapitan raczył rozpoznać we mnie istotę swojego gatunku... i pozostaje mi tylko podziękować panom, że zwrócili mi wolność.

Taka była opowieść dostawcy. Należy przyznać, że nie bez trudu zdołaliśmy opanować śmiech, który wywoływał swoim tonem i gestami.

- A zatem - zapytał go Banks - pański obóz znajduje się w tej części Teraju?

- Tak, proszę pana - odparł Mathias Van Guitt. - Jak miałem przyjemność panom oznajmić, mój kraal jest tylko dwie mile stąd, i gdyby zechcieli panowie zaszczycić go swoją obecnością, byłbym szczęśliwy, mogąc panów gościć.

- Oczywiście, panie Van Guitt - powiedział pułkownik Munro - złożymy panu wizytę!

- Jesteśmy myśliwymi - dodał kapitan Hod - i założenie tu kraalu nas ciekawi.

- Myśliwi! - zawołał Mathias Van Guitt. - Myśliwi!

I nie zdołał powstrzymać miny wyrażającej, że dla synów Nimroda nie żywi zbyt wielkiego szacunku.

- Pan poluje na dzikie zwierzęta... aby je zabijać, bez wątpienia? - zwrócił się do kapitana.

- Wyłącznie, aby je zabijać - odparł Hod.

- A ja wyłącznie, aby je łapać! - stwierdził dostawca, robiąc piękny, pełen dumy gest.

- Cóż, panie Van Guitt, nie będziemy konkurentami! - odciął się kapitan Hod.

Dostawca schylił głowę. Jednakże, choć byliśmy myśliwymi, nie cofnął swojego zaproszenia.

- Zechcą panowie pójść ze mną! - powiedział, kłaniając się z wdziękiem.

W tej jednak chwili liczne głosy rozległy się w lesie, i pół tuzina Hindusów pojawiło się na zakręcie wielkiej alei wychodzącej z polany.

- Och! To moi ludzie - powiedział Mathias Van Guitt.

Potem podszedł do nas i przytykając palec do ust, wysuwając też trochę wargi, dodał:

- Ani słowa o mojej przygodzie! Personel mojego kraalu nie powinien wiedzieć, że dałem się złapać do własnej pułapki jak jakieś zwierzę! Mogłoby to osłabić stopień poważania, które muszę zachowywać w ich oczach!

Znak zgody z naszej strony uspokoił dostawcę.

- Panie - powiedział jeden z Hindusów, którego niewzruszona i inteligentna mina zwróciła moją uwagę - panie, szukamy pana ponad godzinę, nie mając...

- Byłem z tymi panami, którzy zechcieli towarzyszyć mi aż do kraalu - odparł Van Guitt. - Zanim jednak opuścimy polanę, trzeba jak należy zastawić tę pułapkę.

Na polecenie dostawcy Hindusi przystąpili do ustawienia zapadni.

W tym czasie Mathias Van Guitt zaprosił nas do obejrzenia wnętrza pułapki. Kapitan Hod wślizgnął się w ślad za nim, a potem ja.

Miejsca było trochę za mało na gesty naszego gospodarza, który zachowywał się, jakby znajdował się w salonie.

- Moje uznanie - powiedział kapitan Hod po obejrzeniu urządzenia. - Jest to bardzo dobrze pomyślane!

- Może być pan pewny, panie kapitanie - odparł Mathias Van Guitt. - Ten rodzaj pułapki jest o wiele lepszy od dawnych dołów zaopatrzonych w pale z twardego drewna i od giętkich drzew pochylonych w łuk, przytrzymywanych luźnym węzłem. W przypadku pierwszej zwierzę się nadziewa, w drugiej się dusi. To bez znaczenia, kiedy chodzi o wyniszczenie dzikich zwierząt! Mnie jednak, jak panom powiedziałem, potrzebne są żywe, nietknięte, bez żadnych uszkodzeń!

- Rzeczywiście - potwierdził kapitan Hod - nie postępujemy w ten sam sposób.

- Mój jest może lepszy! - odpowiedział dostawca. - Gdyby spytać zwierzęta...

- Nie zapytam ich! - odparł kapitan.

Zdecydowanie kapitan Hod i Mathias Van Guitt ledwo się znosili.

- Jednakże - zapytałem dostawcę - kiedy zwierzęta znajdą się już w pułapce, jak je pan z niej wydobywa?

- Do zapadni przysuwana jest klatka na kółkach - wyjaśnił Mathias Van Guitt. - Więźniowie wskakują do niej, a mi pozostaje tylko przewieźć je do kraalu spokojnym i powolnym krokiem moich udomowionych bawołów.

Nie dokończył tego zdania, kiedy z tyłu rozległy się krzyki.

W pierwszym odruchu kapitan Hod i ja wyskoczyliśmy z pułapki.

Co się stało?

Wąż-bicz najgroźniejszego rodzaju został przecięty na pół pałką trzymaną przez jednego z Hindusów w chwili, kiedy jadowity gad miał się rzucić na pułkownika.

 

Był to ten sam Hindus, o którym już wspomniałem. Jego szybkie działanie na pewno uratowało sir Edwarda Munro od natychmiastowej śmierci, jak sami to zobaczyliśmy.

Istotnie, słyszane przez nas krzyki wydał jeden z tubylców z obsługi kraalu, leżący na ziemi w ostatnich drgawkach agonii.

Nieszczęsnym trafem głowa węża, gładko odcięta, wylądowała na jego piersi, zacisnęła kły i nieszczęśnik, zatruty łatwo wnikającym jadem, oddychał jeszcze tylko minutę84, a my nie mieliśmy żadnej możliwości przyjścia mu z pomocą.

Najpierw zatrzymał nas ten okropny widok, ale potem rzuciliśmy się do pułkownika Munro.

- Nic ci się nie stało? - zapytał Banks, szybko chwytając go za rękę.

- Nie, Banks, możesz się uspokoić - odparł sir Edward Munro.

Potem wyprostował się i podszedł do Hindusa, któremu zawdzięczał życie.

- Dziękuję, przyjacielu - powiedział mu.

Hindus gestem wyraził, że żadne podziękowanie nie są potrzebne.

- Jak się nazywasz? - zapytał go pułkownik Munro.

- Kalagani - odparł Hindus.

 

 

 

 

64 Kilka akapitów wcześniej autor wspomina, że psy zostawiono w obozowisku.

65 Belong - u J. Verne'a: belongas; nie ma takiego węża, być może zniekształcone słowo bhujanga, w języku hindi mające znaczenie wąż, kobra; spośród kilku gatunków kobr występujących w Indiach najbardziej jadowite to kobra środkowoazjatycka (Naja oxiana) i kobra indyjska (Naja naja).

66 Węże zielone - w Indiach występują zielone węże gatunku Ahaetulla nasuta, osiągające do 1,5 m długości, są jednak niezbyt jadowite, polują z zasadzki na żaby i jaszczurki; może też chodzić o węże z gatunku Trimeresurus albolabris, po angielsku nazywane green tree pit viper, o długości 60-80 cm.

67 Wąż-bicz - popularna angielska nazwa (whip snake) efy piaskowej (Echis carinatus), bardzo jadowitego węża z rodziny żmijowatych; osiąga długość 70-90 cm; bardzo agresywny, poluje na jaszczurki i drobne ssaki, ukąszenie powoduje w Indiach najwięcej ofiar wśród ludzi.

68 Niesporczaki (Tardigrada) - typ bezkręgowców, liczący ponad 1000 gatunków, największe osiągają rozmiary 1,2 mm, żyją w środowiskach wodnych i wilgotnych całego świata, są zdolne przetrwać najbardziej niekorzystne warunki; trudno przyjąć, że Van Guitt dostarczał je do cyrków i menażerii.

69 Stopochodne - zwierzęta, które chodząc, opierają na ziemi całą podeszwę stóp, zalicza się do nich człekokształtne i niedźwiedzie, a także szopy, oposy, króliki, pandy i liczne inne, głównie małe zwierzęta; tu chodzi zapewne o niedźwiedzie.

70 Trąbowce (Proboscidea) - rząd ssaków, do którego ze zwierząt żyjących obecnie należą słonie.

71 Charles Rice (1841-1879) - właściciel angielskiej firmy handlującej zwierzętami, współpracownik Carla Hagenbecka, od roku 1869 mąż jego siostry Augusty Karoliny.

72 Hagenbeck - firma zajmująca się handlem dzikimi zwierzętami, założona w roku 1848 w Hamburgu przez handlarza rybami Clausa Hagenbecka (1810-1887), rozwinięta przez jego syna Carla Hagenbecka (1844-1913); sprowadzała zwierzęta z całego świata, sprzedawała do cyrków i menażerii, urządzała pokazy, zakładała nowoczesne ogrody zoologiczne.

73 Dwurękie (Bimane) - grupa zwierząt wydzielona w roku 1779 przez Johanna Blumenbacha i obejmująca ludzi w przeciwieństwie do pozostałych naczelnych; podział ten został zarzucony po połowie XIX wieku.

74 Prospekt - rodzaj dekoracji teatralnej, malowana zasłona wisząca w głębi sceny i tworząca jej tło, wraz z rampą (zagłębieniem przed kurtyną) wyznaczała przód i tył sceny, podobnie jak kulisy jej boki.

75 Masaniello - inna nazwa opery Niema z Portici Daniela Aubera, libretto Eugene Scribe i Germain Delavigne, premiera w Paryżu w roku 1828, w Polsce w 1831, jej treść dotyczy powstania w Neapolu w roku 1647, którego jednym z przywódców był rybak Masaniello.

76 Si d'un p?cheur Napolitain... (fr.) - Kiedy rybaka neapolitańskiego..., początek arii Masaniella ze sceny V aktu I.

77 Le Ciel voulait faire un monarque (fr.) - Niebo zechciało uczynić władcą, dalszy ciąg arii Masaniella ze sceny V aktu I.

78 Zenit - w astronomii punkt na niebie usytuowany dokładnie ponad pozycją obserwatora; jedno z dwóch miejsc przecięcia lokalnej osi pionu ze sferą niebieską; drugim, przeciwległym do zenitu, jest nadir.

79 Rebelle aux arr?ts du destin (fr.) - Zbuntowany wobec losu takiego, dalszy ciąg arii Masaniella ze sceny V aktu I.

80 Il dirait en guidant sa barque (fr.) - Rzekł, kierując swą łódką, dalszy ciąg arii Masaniella ze sceny V aktu I.

81 Nie wiadomo, o jakie muzeum chodzi, najważniejsze (Boijmans Van Beuningen), utworzone w roku 1849, jest muzeum sztuk pięknych, muzeum historii naturalnej (Natuurhistorisch Museum Rotterdam) powstało dopiero w roku 1927.

82 Kraal - w Afryce Południowej chata lub wioska otoczona ogrodzeniem, zagroda dla bydła, w Indiach i na Cejlonie zagroda dla bydła.

83 Co bowiem robić w legowisku, jeśli nie myśleć - drugi werset bajki Le Li?vre et les Grenouilles Jeana de La Fontaine'a (1621-1695); jej polski przekład Adama Mickiewicza (Zając i żaba) jest tłumaczeniem swobodnym i brak w nim odpowiednika tego wersu.

84 J. Verne przesadził z szybkością działania jadu efy piaskowej; pełna dawka (12 mg) jest śmiertelna (zgon powoduje 5 mg), pierwsze objawy (ból i opuchlizna) pojawiają się w kilka minut po ukąszeniu, ale śmierć następuje po upływie 5-6 godzin, nawet kilku dni.