Dom pani Marty - Magda Louis

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Prze­szłam przez ciemny sa­lon i za­trzy­ma­łam się przy uchy­lo­nych drzwiach do po­koju, w któ­rym le­żał Ber­nard. Po­ło­ży­łam dłoń na klamce, przy­tu­li­łam głowę do drew­nia­nego skrzy­dła. Serce ty­kało ni­czym zbyt mocno na­krę­cona za­bawka. Sta­łam z za­mknię­tymi oczami, nie li­czy­łam se­kund ani nie na­słu­chi­wa­łam, cze­ka­łam na mo­ment, kiedy za­cznę się uspo­ka­jać. Cza­sami trwało to kilka se­kund, cza­sami tak długo, że re­zy­gno­wa­łam i szłam na górę, nie spraw­dza­jąc, czy jesz­cze żyje.

Drzwi, które pchnę­łam sztyw­nym pal­cem, otwo­rzyły się na oścież. Przy łóżku stała lampa, ma­te­ria­łowy klosz prze­pusz­czał mleczne świa­tło, na­da­jąc mu mię­towy od­cień. Ber­nard le­żał na wznak, cia­sno owi­nięty ko­cem jak spo­wite be­ci­kiem dziecko, któ­remu unie­ru­cha­mia się rączki, żeby nie dra­pało ma­leń­kiego nosa. Po­de­szłam do łóżka, ale nie dość bli­sko, by oce­nić po­nad wszelką wąt­pli­wość, czy klatka pier­siowa Ber­narda wciąż się unosi i opada, czy jest już nie­ru­chomą skarpą. Ba­łam się, że to ja będę tą osobą, która znaj­dzie go mar­twego, i na mnie spad­nie obo­wią­zek za­wia­da­mia­nia, wzy­wa­nia, pod­pi­sy­wa­nia, może na­wet or­ga­ni­zo­wa­nia po­grzebu. W mo­jej kar­to­tece do końca ży­cia po­zo­sta­nie wspo­mnie­nie chwili, gdy umarł Ber­nard. Lu­dzie będą so­bie uży­wać przez wiele lat, opo­wia­da­jąc są­sia­dom i dzie­ciom: Czy to nie iro­nia losu, że to aku­rat Marta zna­la­zła go mar­twego? Jak to się ży­cie dziw­nie ple­cie, wró­cił do domu po śmierć... Cie­kawe, czy ją prze­pro­sił, za­nim umarł.

Sta­łam po­środku mo­jego ga­bi­netu, który przez te wszyst­kie lata peł­nił różne funk­cje i prze­siąkł za­pa­chami róż­nych osób. Lu­dzie wie­szali na opar­ciu fo­tela czę­ści gar­de­roby, pod łóż­kiem znaj­do­wa­łam ka­wałki pla­stiku, które do ni­czego nie pa­so­wały, grze­bie­nie, agrafki, zgnie­cione puszki albo, jak ostat­nio, pre­zer­wa­tywę za­wi­niętą w ka­wa­łek pa­pieru to­a­le­to­wego. Ga­bi­net czę­sto prze­mie­niał się w ma­ga­zyn, w któ­rym ku­rie­rzy zrzu­cali paczki - cze­kały po­tem na roz­pa­ko­wa­nie ca­łymi ty­go­dniami. Ku­po­wa­łam co­raz wię­cej, ale co­raz czę­ściej bra­ko­wało mi en­tu­zja­zmu, żeby swoje za­kupy zo­ba­czyć. Te­raz le­żał tu Ber­nard. Ka­retka szpi­talna przy­wio­zła go siód­mego czerwca, za­raz po dzie­sią­tej rano, a tuż po je­de­na­stej pie­lę­gnia­rze od­je­chali.

Hope we­szła do po­koju, wy­mi­nęła mnie i po­de­szła do łóżka. Spraw­dziła go­dzinę na ze­garku przy­pię­tym do bluzy ni­czym broszka. Do­tknęła po­duszki, wy­rów­nała fałdę na koł­drze i uśmiech­nęła się do swo­jego pa­cjenta.

- Niech pani Marta idzie, ja po­sie­dzę przy pan. Pani Marta ma dość na dziś.

Schy­liła się, żeby pod­nieść z pod­łogi kilka czy­stych wa­ci­ków. Jej ogromny, mię­si­sty ty­łek wy­piął się wy­soko. Po­wą­chała le­żą­cego bez ru­chu Ber­narda i po­gła­dziła jego czoło. Hope od ja­kie­goś czasu fa­scy­no­wała się te­ma­tem sta­wia­nia dia­gnoz za po­mocą wę­chu, po tym jak od­kryła u sie­bie za­lążki ta­kich umie­jęt­no­ści. Prze­ko­ny­wała mnie, że jej nos jest pra­wie tak do­bry jak nos psa, i cier­pli­wie uczyła się roz­po­zna­wać cho­roby po za­pa­chu skóry. Z Joy Milne była w sta­łym kon­tak­cie i ze­szłego lata po­le­ciała do Szko­cji, żeby po­znać oso­bi­ście ko­bietę sta­wia­jącą dia­gnozy po za­pa­chu. Milne była w sta­nie, wą­cha­jąc T-shirt, wy­czuć cho­robę Par­kin­sona, za­nim ta się ujaw­niła.

- Żyje? - za­py­ta­łam, sto­jąc kilka kro­ków od łóżka.

- Pan żyje. - Hope pod­nio­sła głowę. - Pani nie boi się... jesz­cze śmierć nie idzie.

Po­de­szłam bli­żej. Ber­nard miał za­mknięte oczy, ale jego po­wieki lekko drgały. Na śnia­dej, gład­kiej skó­rze po­ja­wiły się czer­wone plamki i fio­le­towe ni­teczki. Nie za­uwa­ży­łam ich wcze­śniej, ale też od bar­dzo dawna nie wi­dzia­łam z bli­ska jego twa­rzy. Wy­chudł, nie wy­glą­dał przez to mło­dziej, prze­ciw­nie, wy­da­wał się prze­mę­czony i nie miało to nic wspól­nego ze śpiączką, w któ­rej za­nu­rzył się jego mózg. Nie­prze­rwany sen trwał już dzie­sięć ty­go­dni i wbrew temu, co wy­ro­ko­wali le­ka­rze, stan Ber­narda się nie po­gar­szał.

- Biedny pan. - Hope obe­szła łóżko i za­pa­liła drugą lampkę. - Będę te­raz czy­tać dla niego. Mam co czy­tać... nie­długo eg­za­min.

Hope koń­czyła stu­dia pie­lę­gniar­skie, na które zło­żyła się jej ro­dzina miesz­ka­jąca w An­glii. Ciotka Do­ris za­pła­ciła za pierw­szy rok, wuj Lo­ve­more za drugi, trzeci rok sfi­nan­so­wała córka ciotki Do­ris, Joyce, która prze­nio­sła się z pań­stwo­wej do pry­wat­nej służby zdro­wia i po kilku ty­go­dniach wy­szła za mąż za wdzięcz­nego pa­cjenta. Tego sa­mego ży­czyła Hope, któ­rej uroda za­czy­nała roz­kwi­tać do­piero te­raz, gdy dziew­czyna skoń­czyła dwa­dzie­ścia pięć lat. Kiedy szła ulicą, za jej tył­kiem po­dusz­kow­cem oglą­dali się pra­wie wszy­scy męż­czyźni. Młodsi gwiz­dali, starsi chrzą­kali. Mło­dym, na myśl, że mo­gliby jej do­tknąć, na­gle za­sy­chało w gar­dle i od­ru­chowo do­ty­kali na­brzmia­łego kro­cza. Hope była dumna ze swo­jego tyłka, no­siła ubra­nia, które pod­kre­ślały to nie­zwy­kłe zja­wi­sko, choć z do­bra­niem dżin­sów od­po­wied­nio sze­ro­kich w bio­drach, a wą­skich w pa­sie miała co­raz więk­szy pro­blem.

W moim domu za­miesz­kała przed dwoma laty, za­raz po za­koń­cze­niu se­me­stru let­niego. Po­zna­łam ją dzięki mo­jej przy­ja­ciółce Ewie, le­karce, która wy­kła­dała na uczelni na kie­runku pie­lę­gniar­stwo. Ewa za­chwy­cała się swo­imi stu­den­tami z róż­nych za­kąt­ków świata, a ci uwiel­biali jej po­czu­cie hu­moru i dy­stans do sie­bie, ale naj­wię­cej kon­tak­tów to­wa­rzy­skich utrzy­my­wała ze stu­dent­kami z Zim­ba­bwe i Ni­ge­rii. Przy­szła na lunch z Hope, przed­sta­wiła ją jako swoją naj­lep­szą stu­dentkę i już we trzy do­szły­śmy do wnio­sku, że mój ogromny dom może po­mie­ścić dwie ko­biety. Hope nie po­je­chała do Zim­ba­bwe na wa­ka­cje, mia­ły­śmy trzy mie­siące, żeby się po­znać i oce­nić, czy chcemy ze sobą miesz­kać na dłu­żej i dzie­lić wszystko to, co się dzieli, ży­jąc pod jed­nym da­chem i go­tu­jąc w jed­nej kuchni. Hope prze­pra­co­wała całe lato w re­stau­ra­cji mo­jej ko­le­żanki. Za­czy­nała o dwu­na­stej w po­łu­dnie, więc wszyst­kie śnia­da­nia ja­dły­śmy ra­zem, cza­sami uda­wało się zjeść wspól­nie nie­dzielny obiad, który przy­go­to­wy­wa­łam spe­cjal­nie dla niej. Uwiel­biła pie­rogi, słod­kie bułki z ro­dzyn­kami i do­brze wy­sma­żone steki.

Hope usia­dła przy łóżku i roz­ło­żyła na ko­la­nach no­tatki opi­sane ty­tu­łem "Sur­gi­cal nur­sing". Sta­łam nie­zde­cy­do­wana, czy mam wyjść czy wy­ko­rzy­stać ten mo­ment, żeby po­roz­ma­wiać z dziew­czyną na te­mat no­wej sy­tu­acji. Przed ty­go­dniem ob­wie­ści­łam jej, że przez ja­kiś czas bę­dziemy mu­siały za­jąć się moim by­łym mę­żem, który za­padł w śpiączkę, nie uści­śla­jąc, co do­kład­nie mam na my­śli. Za­jąć się w sen­sie opieki pie­lę­gniar­skiej? Kro­plówki, pam­persy, od­le­żyny, czy­ta­nie do snu? Tych py­tań Hope nie za­dała, chciała tylko wie­dzieć, ile pań­stwo są po roz­wo­dzie. Dwa­dzie­ścia lat. Dwa­dzie­ścia lat i dwa mie­siące mija wła­śnie te­raz, w czerwcu.

- Nie mu­sisz przy nim sie­dzieć każ­dej nocy... Pie­lę­gniarka bę­dzie rano.

Hope spoj­rzała za­sko­czona.

- Mu­szę, pan nie lubi być sam, w noc nie lubi le­żeć sam.

- Skąd ty mo­żesz wie­dzieć, co on lubi, a czego nie? Nie znasz go.

- Cho­robę znam, wcale nie lubi być sam - od­parła. - Mój wu­jek tak le­żał kilka ty­go­dni... wy­pa­dek miał na mo­toru.

Z po­czątku sta­ra­łam się po­pra­wiać Hope, kiedy nie­gra­ma­tycz­nie skła­dała zda­nia, ale z cza­sem za­nie­cha­łam tej na­uczy­ciel­skiej ma­niery. Nie z po­wodu obo­jęt­no­ści czy braku re­zul­ta­tów - Hope po­słu­gi­wała się pol­sz­czy­zną wciąż bar­dzo za­baw­nie, ale co­raz le­piej - po pro­stu przy­zwy­cza­iłam się do tego, jak mówi, i moje ucho prze­stało sły­szeć błędy gra­ma­tyczne. Prze­krę­ca­nie wy­ra­zów i usta­wia­nie szyku zda­nia na wzór ję­zyka an­giel­skiego już mi nie prze­szka­dzało.

Po­de­szłam do biurka i usia­dłam w fo­telu z dala od czę­ści "am­bu­la­to­ryj­nej" ga­bi­netu. Za­pa­li­łam lampkę sto­jącą na brzegu. Książki za­mó­wione ty­dzień wcze­śniej, uło­żone jedna na dru­giej, wy­su­wały się poza kra­wę­dzie. Nie mia­łam ochoty czy­tać pierw­szego zda­nia, mój umysł chwi­lowo był za­mknięty.

- Prze­cież on może tak le­żeć la­tami... Jak Schu­ma­cher - po­wie­dzia­łam, od­su­wa­jąc stos na śro­dek biurka. Bio­gra­fia Pu­tina spa­dła na blat.

- Ktoś z pani ro­dziny ten Schu­ma­cher? - Hope zmarsz­czyła czoło.

- Ach, nie... sławny kie­rowca For­muły 1, na nar­tach miał wy­pa­dek wiele lat temu, w jed­nej se­kun­dzie skoń­czyła się jego sława i w tej sa­mej chwili za­częła udręka wszyst­kich człon­ków ro­dziny.

Hope wzru­szyła ra­mio­nami.

- Dużo jest taka sy­tu­acja, ale co na to można zro­bić?

- Mo­dlić się, jak kto wie­rzący, żeby się nie przy­tra­fiło. Co noc sie­dzisz przy nim do późna, opie­ku­jesz się, a prze­cież nie mu­sisz. Hope, nie mu­sisz. Od ju­tra za­cznę szu­kać pie­lę­gniarki na cały ze­gar, tak da­lej być nie może...

- Ja je­stem pie­lę­gniarka! - Hope wstała i szyb­kim kro­kiem po­de­szła do mnie. - Mam jesz­cze ostatni se­mestr do dy­plom... Umiem wszystko. Po co wo­łać inną pie­lę­gniarkę? - Przy­klęk­nęła przy moim fo­telu i po­ło­żyła dłoń na moim ko­la­nie. - Nie bierzmy do nas obcy.

Po­gła­ska­łam ją po po­liczku.

- Nie po­ra­dzimy so­bie, zna­czy ty... bo ja w ogóle się na tym nie znam. Nie mo­żesz za­wa­lić stu­diów, twoja ciotka by mi nie da­ro­wała. To może po­trwać, na­wet le­ka­rze nie wie­dzą, ile czasu on bę­dzie w ta­kim sta­nie.

Hope pod­nio­sła wy­pro­sto­wany pa­lec i wska­zała su­fit.

- Bóg wie, tylko on.

- Więc go za­py­taj przy oka­zji, bar­dzo bym chciała wie­dzieć, jak długo po­trwa ten kosz­mar... - po­wie­dzia­łam, ga­sząc lampkę.

Hope obe­szła łóżko, przy­su­nęła krze­sło bli­żej świa­tła i usia­dła. Nie do­cze­ka­łam się żad­nej od­po­wie­dzi. Kiedy chciała po­wie­dzieć coś, o czym wie­działa, że może mi się nie spodo­bać, wy­bie­rała do­stojne mil­cze­nie. Nie zwra­ca­jąc uwagi na mnie, otwo­rzyła swój wielki ze­szyt i za­częła gło­śno czy­tać:

- The care ne­eds of sur­gi­cal pa­tients are core to the role of the nurse and have un­der­gone si­gni­fi­cant spe­cia­li­za­tion, with the in­cre­asing tech­no­lo­gi­cal and cli­ni­cal ad­van­ces in sur­gery...

Wy­szłam na ta­ras. Nie za­pa­li­łam lam­pio­nów, żeby nie zle­ciały się ćmy i osza­lałe in­sekty, które z ciem­no­ści wy­wabi naj­bled­szy na­wet pło­myk czy za­pach. Ze­szłego lata za­rzą­dzi­łam za­ło­że­nie wszę­dzie mo­ski­tier, na­resz­cie można było spać przy otwar­tym oknie, a ko­mary wla­tu­jące drzwiami pa­dały ra­żone pro­mie­niem UV za­raz w holu. To była je­dyna in­we­sty­cja, na którą so­bie po­zwo­li­łam, od­kąd zo­sta­łam tu sama. Po co wy­da­wać pie­nią­dze na fa­na­be­rie pod­sta­rza­łej ko­biety, która już dawno temu po­winna była się wy­pro­wa­dzić do lo­kalu, jaki można obejść w kilka se­kund? Za­pa­trzy­łam się w je­dyne roz­świe­tlone okno domu, który wy­bu­do­wał dla nas Ber­nard. Nad­zo­ro­wał prace oso­bi­ście, wtrą­cał się we wszystko, mie­rzył, oce­niał, tar­go­wał się i cały czas po­wta­rzał ro­bot­ni­kom, że ten dom ma stać dwie­ście lat. Wy­da­wał pie­nią­dze mo­jej matki tak oszczęd­nie, jakby sam na nie za­pra­co­wał, ale przy bu­do­wie domu po­sta­wił na ja­kość, a ja­kość kosz­to­wała ty­siące do­la­rów.

Usi­ło­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, jaki wtedy był ten młody Ber­nard. Do­stał imię po ojcu, ku­ra­to­rze są­do­wym, który nie prze­ka­zał żad­nych wy­bit­nych ge­nów swoim dzie­ciom. Ber­nard oświad­czył mi się w dniu po­grzebu mo­jego ojca, za­raz po sty­pie, kiedy ostatni go­ście po­że­gnali się z po­grą­żo­nymi w żalu cór­kami. Mama nie przy­le­ciała z Ame­ryki, są­sie­dzi byli obu­rzeni, choć mało kto już pa­mię­tał, jak wy­glą­dała Ma­tylda Lan­gie­wicz.

Ber­nard usiadł bli­sko mnie i ujął moją dłoń.

- Będę się tobą opie­ko­wał, za­wsze i na za­wsze.

Sie­dzie­li­śmy na ka­na­pie w ciem­nym sa­lo­nie, tam gdzie zwykł sia­dy­wać oj­ciec we wszyst­kie sa­motne wie­czory przez ostat­nie lata ży­cia. Do­tknę­łam kra­wę­dzi stołu w miej­scu, gdzie wciąż były wi­doczne ślady po zę­bach na­szego psa. Fala do sa­lonu wcho­dziła rzadko, ale kiedy już jej się to udało, wbi­jała ostre ząbki w drew­niane me­ble i progi. Po­tem prze­pra­szała, ucie­kała ze sku­lo­nym ogo­nem do ogrodu, wra­cała po chwili ra­do­sna, pewna, że wszy­scy już za­po­mnieli o znisz­cze­niach. Ber­nard nie lu­bił psów, Fala de­ner­wo­wała go przede wszyst­kim dla­tego, że był to mój pies. Kie­dyś dmuch­nął suce dy­mem z jo­inta w sam nos i od tego mo­mentu ku­liła się i ucie­kała, gdy się do niej zbli­żał. Fala była je­dy­nym świad­kiem chwili, kiedy po­wie­dzia­łam "tak", za­raz po­tem za­częła się bu­rza i trzy­let­nia suka rasy owcza­rek nie­miecki resztę nocy spę­dziła pod sto­łem.

- Weź­miemy ślub, kiedy tylko skoń­czy się ża­łoba. - Ber­nard wy­szedł na chwilę z sa­lonu. Przy­niósł kie­liszki i bu­telkę od­kor­ko­wa­nego wina. - Nie mu­simy na ra­zie ni­komu o tym mó­wić, lu­dzie za­czę­liby ga­dać, że w ta­kim dniu wy­pra­wi­li­śmy za­rę­czyny, ale ja my­ślę, że twój tato tego wła­śnie by chciał...

- Umarli nie chcą ni­czego - po­wie­dzia­łam ci­cho.

- Nie mów tak, dużo roz­ma­wia­łem z twoim tatą, wiem, jak cię ko­chał, i zda­wał so­bie sprawę, jak ja cie­bie ko­cham. Nie mam dla cie­bie pier­ścionka, nie chcę ci da­wać byle czego, a na bry­lant jesz­cze nie uzbie­ra­łem. Ale bę­dzie, obie­cuję.

Obiet­nice Ber­narda, skła­dane spon­ta­nicz­nie, pie­czę­to­wane łzami, te ważne i te błahe, wszyst­kie nie­speł­nione, po­wie­wały jak po­szewki schnące na sznu­rze. By­łam mu wtedy wdzięczna, że usi­łuje prze­bić się przez moją ża­łobę, choć ro­bił to nie­de­li­kat­nie i nie­udol­nie. Li­czą się in­ten­cje, jak w spra­wie o za­bój­stwo.

- Nie śpieszmy się z we­se­lem - stwier­dzi­łam.

- We­sela może w ogóle nie być, je­śli o mnie cho­dzi. Przyjdą, na­żrą się, ob­ga­dają, na ko­niec zro­bią mor­dow­nię na par­kie­cie.

- Nie mogę te­raz ukła­dać li­sty go­ści, dajmy już so­bie spo­kój, to nie jest do­bry mo­ment.

- Ja­sne, cho­dzi mi o to, że­byś miała o czym my­śleć. - Ber­nard po­dał mi kie­li­szek. Usiadł obok mnie przy ni­skiej ła­wie. Na­sze ko­lana się sty­kały.

Wspar­łam skroń na jego ra­mie­niu.

- Mam taką pustkę w gło­wie, jakby był w niej ko­smos. Pla­nety, gwiazdy, wszyst­kie od­da­lone od sie­bie o mi­liardy lat świetl­nych, zu­peł­nie jak moje my­śli. Nic mi się nie chce skleić w jedno, okropny chaos. - Mój wzrok za­trzy­mał się na nie­do­my­tej, pęk­nię­tej na brzegu po­piel­niczce, w któ­rej tato ga­sił pa­pie­rosy. Stary krysz­tał, zwy­kły przed­miot, trwal­szy niż ży­cie czło­wieka.

- Lu­bi­łem two­jego tatę, mie­li­śmy do­bry kon­takt...

Ber­nard wes­tchnął i roz­luź­nił mię­śnie. Ra­mię, które obej­mo­wa­łam, zwi­sało te­raz ni­czym zła­mana ga­łąź. Sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu, żadne z nas nie my­ślało o tym, co się przed chwilą wy­da­rzyło. Ja nie mo­głam wyjść z ka­plicy i odejść od urny, wciąż tam tkwi­łam przy ojcu, obok za­pła­ka­nej Mo­niki, która szar­pała raz mój rę­kaw, to znów rę­kaw ko­szuli swo­jego męża Da­niela, pod­czas gdy Ber­nard się za­sta­na­wiał, czy jego matka ze­chce przy­je­chać na ślub, czy nie wy­my­śli ja­kiejś prze­szkody w ostat­niej chwili, jak miała w zwy­czaju. Nie była do prze­sady za­in­te­re­so­wana wy­da­rze­niami z ży­cia swo­jego star­szego syna. Ber­nard przez ostat­nich kilka lat kon­tak­to­wał się z nią wy­łącz­nie wtedy, kiedy w ka­len­da­rzu po­ja­wiały się świą­teczne daty - Boże Na­ro­dze­nie, Wiel­ka­noc, Dzień Matki, imie­niny Kry­styny. Roz­mowy matki i syna były nie­po­radne, przy czym to on wy­ka­zy­wał wię­cej za­in­te­re­so­wa­nia i tro­ski o nią niż ona o niego. Co u cie­bie, mamo? Co ma być? Li­cho... ani zdro­wia, ani nie ma się z czego ucie­szyć. Zmie­ni­łem pracę, wiesz... będę sprze­da­wał sa­mo­chody w sa­lo­nie. W sa­lo­nie? Ja­kim sa­lo­nie? Sa­mo­cho­do­wym, mamo. Twój brat ma­tury nie zdał, ale to pew­nie już wiesz. Ty też nie masz ma­tury, wy­cho­wa­łam sa­mych głą­bów. Ja ma­turę jesz­cze zro­bię, taki mam plan, mamo. Aku­rat, czyś ty kiedy zro­bił to, co mó­wi­łeś, że zro­bisz? Zresztą po co wam te ma­tury, te stu­dia? Z bra­tem roz­ma­wia­łeś? Skarży się, że do niego nie dzwo­nisz. Nie dzwo­nię, on by mógł za­dzwo­nić choć raz. Wiesz, ciotka Wie­sia była wczo­raj, mó­wiła, że schu­dłam, nie mogę jeść tyle, co kie­dyś, nic mi nie sma­kuje. Spać też nie mogę, ta­bletki biorę, nie są sku­teczne, le­karz mó­wił, że mocne, mnie w każ­dym ra­zie nie po­ma­gają. Wie­sia bie­rze si­gno­pam, może i mnie by le­karz za­pi­sał? Mamo, oj­ciec Marty jest bar­dzo chory, przy­go­to­wu­jemy się na naj­gor­sze... A kto dzi­siaj zdrowy? On chłop jak dąb, wszyst­kich nas prze­żyje. Te leki to pew­nie tylko psy­chia­tra może za­pi­sać... Twój brat ju­tro przyj­dzie trawę ko­sić, to mu po­wiem, żeby za­dzwo­nił, ale le­piej ty za­dzwoń.

Ber­nard za­my­kał się w ła­zience na czas roz­mów z matką, a gdy skoń­czył, na­tych­miast biegł do lo­dówki po piwo. Pił szybko, bez de­lek­to­wa­nia się sma­kiem. Bę­dzie jej mu­siał po­wie­dzieć o za­rę­czy­nach od­po­wied­nio wcze­śniej, matka po­trze­bo­wała mie­sięcy, żeby przy­zwy­czaić się do ja­kiej­kol­wiek no­wej sy­tu­acji i prze­su­nąć choćby o mi­li­metr swoje ry­tu­ały. Lu­biła mnie, nie­świa­doma, że ja wi­nię ją za to, jak wy­cho­wała swoje dzieci, dwóch za­kom­plek­sio­nych i nie­szczę­śli­wych sy­nów, któ­rych nie brała na ko­lana, nie trzy­mała za rękę, nie do­ty­kała od dnia, kiedy prze­stali si­kać w pie­lu­chy, a je­dyny fi­zyczny kon­takt, jaki mieli z matką, spro­wa­dzał się do sy­tu­acji, gdy mu­siała ich przy­trzy­mać na fo­telu den­ty­stycz­nym.

Po­ło­ży­li­śmy się spać kilka mi­nut po pół­nocy. Ber­nard miał ochotę na seks, wier­cił się pod koł­drą i sta­rał się nie pa­trzeć na czarną su­kienkę wi­szącą na drzwiach.

- Nie wiem, czy za­snę - po­wie­dzia­łam. - Do­brze, że ten dzień już się skoń­czył.

- Do­tknij mnie... - Ber­nard za­czął przy­bli­żać moją dłoń do swo­jego uda.

- Nie, nie mogę te­raz, na­wet nie za­czy­naj...

- Tylko mnie do­tknij... to po­trwa chwilę...

Za­mknę­łam oczy i po­zwo­li­łam mu pro­wa­dzić dłoń tam, gdzie chciał.

Wsta­łam, za­nim dom się obu­dził. Ro­biąc kawę, my­śla­łam o tych wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych w po­koju ojca rze­czach, które trzeba bę­dzie uprząt­nąć. Oj­ciec był ko­lek­cjo­ne­rem nie­po­trzeb­nych sprzę­tów, do­ku­men­tów, bu­tów i in­struk­cji ob­sługi, pra­lek, lo­dó­wek, te­le­wi­zo­rów i kal­ku­la­to­rów. Zbie­rał dro­bia­zgi że­la­zne, pla­sti­kowe, drew­niane, ka­wałki nie wia­domo czego, które kie­dyś się ode­rwały od ja­kichś urzą­dzeń czy przed­mio­tów. W ga­rażu cze­kała na nas góra śmieci i resz­tek. Chcia­łam po­sprzą­tać po ojcu jak naj­szyb­ciej, ale Mo­nika uwa­żała, że po­win­ni­śmy tro­chę od­cze­kać po po­grze­bie, za­nim za­cznie się wiel­kie wy­wa­la­nie i wy­wo­że­nie.

Za­sta­łam ją w kuchni sie­dzącą przy stole, owi­niętą ko­cem, który kie­dyś słu­żył jako pod­kładka do pra­so­wa­nia.

- Spa­łaś w nocy? Ja chyba za­snę­łam, nie sły­sza­łam was na dole. Da­niel też padł wcze­śnie. Długo sie­dzie­li­ście? - Ziew­nęła.

Od­po­wie­dzia­łam, że długo, ale nie in­for­mo­wa­łam jej, co się wy­da­rzyło. Nie mia­łam siły, żeby od­two­rzyć roz­mowę na te­mat mo­ich za­rę­czyn. Bo­lała mnie głowa, czu­łam mdło­ści, na­wet za­pach kawy mnie draż­nił. Zro­bi­łam kawę dla Mo­niki, so­bie za­pa­rzy­łam zie­loną her­batę.

- Wszę­dzie pach­nie oj­cem... Ubra­nia taty wi­szą w sza­fie, czapka leży na łóżku, wi­dzia­łaś? Ktoś po­ło­żył na po­duszce czapkę, tę białą z dasz­kiem, jego ulu­bioną. Uwa­żał, że no­sze­nie czapki za­trzyma pro­ces ły­sie­nia. Oj­ciec bał się sta­ro­ści, może wła­śnie dla­tego tak wcze­śnie umarł.

Mo­nika scho­wała gołe nogi pod blat. Miała mlecz­no­białą skórę, która nie wi­działa słońca od kil­ku­na­stu lat. Jej strach przed uda­rem czy ra­kiem skóry dawno już prze­ro­dził się w ob­se­sję. Ze słońca zro­biła so­bie wroga, jed­nego z wielu.

- Prze­stań bre­dzić. Sama po­ło­ży­łam czapkę na łóżku, w domu jest jesz­cze wię­cej taty. Zgnie­cione na pię­tach pan­to­fle, pę­dzel do go­le­nia z szorst­kimi wło­skami, ży­letka, na­po­częty krem, skó­rzany pa­sek do spodni z wy­ro­bio­nymi dziur­kami, które sam wy­bi­jał, kiedy z po­staw­nego męż­czy­zny za­mie­niał się w stra­cha na wró­ble. Miejmy to z głowy, po­tem bę­dzie jesz­cze trud­niej - po­wie­dzia­łam, wsta­jąc z krze­sła.

- Tro­chę za prędko jak dla mnie, ale okej, rób, jak uwa­żasz, w końcu to ty z nim by­łaś naj­bli­żej. - Mo­nika wy­po­wie­działa to zda­nie z nie­chę­cią.

- Miesz­ka­li­śmy ra­zem, trudno nie być bli­sko.

- Nie o miesz­ka­nie tu cho­dzi, tylko o wa­sze re­la­cje, ja w każ­dym ra­zie by­łam poza na­wia­sem i to jest fakt.

Mo­nika miała szcze­gólny dar: wy­czu­wała, kiedy i w któ­rym miej­scu ude­rzyć, żeby naj­bar­dziej bo­lało, i za­da­wała cios. Nie li­czy­łam, że bę­dzie dla mnie wspar­ciem po śmierci ojca, em­pa­tia nie była za­pi­sana w jej pry­wat­nym de­ka­logu, ale zro­biło mi się jesz­cze smut­niej, kiedy za­częła się uża­lać nad sobą jako tą nie­ko­chaną córką nu­mer dwa. Sta­ra­łam się na nią nie pa­trzeć, kiedy mó­wiła o ojcu, który nie miał dla niej i jej syna wiele czasu, ni­gdy nie przy­je­chał do niej na Wi­gi­lię, nie pa­mię­tał daty uro­dzin swo­jej córki, a przede wszyst­kim osten­ta­cyj­nie igno­ro­wał jej męża. Prze­cze­ka­łam długi wy­wód na te­mat więzi, ja­kie po­winny łą­czyć ojca z córką i syna z matką, ja­kie to wszystko ważne i po­trzebne.

- Po­tem na­gle śmierć prze­rywa par­tię, wszystko na sza­chow­nicy za­styga i jest już za późno na nad­ra­bia­nie. To się ty­czy nas wszyst­kich. My­śla­łam, że mama przy­leci na po­grzeb, na­dal je­stem w szoku, że nie przy­le­ciała. Mu­sia­łam za nią oczami świe­cić na po­grze­bie, lu­dzie py­tali, co z nią się stało, czy może też umarła, bo prze­cież gdyby żyła...

- Gdyby przy­le­ciała, nie mo­głaby wró­cić do Ame­ryki, nie ma zie­lo­nej karty, wiesz o tym - prze­rwa­łam jej.

- Wiem, oczy­wi­ście, że wiem, ale prze­cież umarł jej mąż, naj­bliż­sza osoba. Może zresztą czas koń­czyć tę ame­ry­kań­ską przy­godę, która trwa już... ile? Po­nad trzy­na­ście lat.

- Skąd wiesz, kto jest dla na­szej matki naj­bliż­szą osobą? My na pewno nie, a czy oj­ciec? Wąt­pię.

Po­sta­wi­łam ku­bek z na­pi­sem I love NY obok paczki pa­pie­ro­sów. Mo­nika wy­cią­gnęła jed­nego i po­wą­chała. Tę paczkę tato otwo­rzył, ale nie zdą­żył wy­pa­lić wszyst­kich.

- Wczo­raj na­wet nie za­dzwo­niła... - Odło­żyła pa­pie­rosa. - Po­mi­jam aspekt "co lu­dzie po­wie­dzą", ale dla niej sa­mej, dla nas, śmierć ojca to cios. Kom­plet­nie jej nie ro­zu­miem.

Po­de­szłam do okna i opar­łam się o pa­ra­pet.

- Są­dzę... - za­wa­ha­łam się, czy po­wie­dzieć gło­śno to, o czym my­śla­łam przez ostat­nie lata, kiedy Mo­nika na­rze­kała na los ojca i nasz obo­wią­zek do­glą­da­nia go, choć wcale tego od nas nie ocze­ki­wał ani nie po­trze­bo­wał. Śmierć za­brała go na­gle, kiedy był jesz­cze w cał­kiem do­brej for­mie.

Mo­nika piła kawę i ga­piła się bez­myśl­nie w pal­niki ku­chenki. Słaby nie­bie­ski pło­mień wił się pod czaj­ni­kiem.

- Są­dzę, że ro­dzice zu­peł­nie do sie­bie nie pa­so­wali i kiedy nada­rzyła się oka­zja... no wiesz, roz­dzie­lili się... - po­wie­dzia­łam i za­nim za­pro­te­sto­wała, do­koń­czy­łam zda­nie: - oni wie­dzieli od dawna, że to ko­niec, dla­tego nic dra­ma­tycz­nego się nie działo, wy­tłu­ma­czyli się przed sobą. Może spe­cjal­nie oj­ciec po­le­ciał za matką do Ame­ryki, żeby z dala od nas za­koń­czyć swoje mał­żeń­stwo? Oj­ciec po trzech la­tach wró­cił po­go­dzony, że nic z tego nie bę­dzie.

- Co to zna­czy, nie pa­so­wali? - Mo­nika prze­krzy­wiła głowę, pło­my­czek prze­stał ją in­te­re­so­wać. - Pod ja­kim wzglę­dem?

- Nie ma sensu te­raz wy­li­czać, jest tego sporo.

- Ale pro­szę, wy­mień. Czym aż tak się róż­nili? In­te­lek­tu­al­nie? Spo­łecz­nie? Wzro­stem?

Ro­ze­śmia­łam się.

- Ja nie mó­wię, że się róż­nili, tylko że nie pa­so­wali do sie­bie.

- A jaka to róż­nica?

- Za­sad­ni­cza. Mo­żesz mieć z kimś ten sam po­ziom in­te­li­gen­cji i wy­kształ­ce­nia, po­cho­dzić z ro­dziny o ta­kim sa­mym sta­tu­sie, dzie­lić z tą osobą gust czy upodo­ba­nia od­no­śnie do seksu, ale i tak do sie­bie nie pa­su­je­cie - cią­gnę­łam nie­zra­żona gry­ma­sami ma­lu­ją­cymi się co chwila na twa­rzy Mo­niki. - Jedno gra na per­ku­sji, dru­gie na cym­bał­kach, w in­nym tem­pie i w in­nej to­na­cji.

- Do­bra, nie­ważne, co w tej chwili pró­bu­jesz mi wy­ja­śnić, ale je­ste­śmy jej dziećmi, do nas mo­głaby się do­pa­so­wać. Nie są­dzisz?

- Po tylu la­tach nie­obec­no­ści? - Roz­ło­ży­łam ręce. - Nie wi­dzę tego.

Do kuchni wszedł Ber­nard. Trzy­mał w ręce kurtkę ojca. Mo­nika za­pe­rzyła się i za­częła opo­wia­dać, o czym roz­ma­wiamy. Męż­czy­zna po­pa­trzył na mnie nie­uf­nie, szu­kał sie­bie w mo­ich roz­wa­ża­niach o lu­dziach i świe­cie, wszyst­kie moje opi­nie przy­mie­rzał do swo­jej osoby, jakby to był gar­ni­tur. Nie usiadł przy stole. Sta­nął w drzwiach i pry­cha­jąc i cmo­ka­jąc z dez­apro­batą, za­czął się wy­po­wia­dać na te­mat na­szej mamy, któ­rej nie znał, ale która w jego prze­mo­wie była tro­chę mną, skoro do ko­goś miała od­wagę nie pa­so­wać. Za­czął mnie kar­cić, że dzień po po­grze­bie ojca le­d­wie że­śmy z czar­nych ubrań wy­sko­czyli, a młod­sza córka już snuje dziwne opo­wie­ści o mał­żeń­stwie ro­dzi­ców, które mimo roz­łąki prze­trwało. I w ogóle nie nam osą­dzać, dla­czego tak za­de­cy­do­wali, że za urną nie szła wdowa, tylko dwie córki, je­den zięć i je­den na­rze­czony. Mo­nika wy­ło­wiła no­winę z po­toku słów. Wczo­raj­sza ta­jem­nica przy­pad­kowo wy­lała się na ku­chenny blat.

- Je­ste­ście za­rę­czeni?! Od kiedy?! - Wy­cią­gnęła jedną rękę do Ber­narda, drugą do mnie.

Po­de­szłam bli­żej, uści­snę­łam ją, ta­kie od­ru­chy czu­ło­ści nie zda­rzały nam się zbyt czę­sto. Koc zsu­nął jej się z ra­mion.

- Gra­tu­la­cje i niech wam do­brze bę­dzie! Ale nie­spo­dzianka, mu­szę po­wie­dzieć Da­nie­lowi, bo on po­wąt­pie­wał, czy Marta się od­waży.

Ber­nard się skrzy­wił.

- Żeby się tylko nie oka­zało na dzień przed ślu­bem, że my rów­nież do sie­bie nie pa­su­jemy.

Mo­nika schy­liła się, żeby pod­nieść koc.

- Emo­cjo­nal­nie i in­te­lek­tu­al­nie do sie­bie nie pa­su­je­cie, ale nie przej­muj się, Beni, do Marty mało kto pa­suje.

Ber­nard się po­chy­lił, jakby wła­śnie do­stał z pię­ści w brzuch.

- Ty też tak uwa­żasz?

- Uwa­żam, że to nie jest mo­ment na taką roz­mowę, skupmy się na po­rząd­kach - po­wie­dzia­łam i wy­szłam w kuchni.

Ber­nard i Mo­nika po­szli za mną.

Da­niel za­stał nas w po­koju ojca. Miał spuch­nięte oczy, roz­czo­chrane włosy z pa­sem­kami przy­le­pio­nymi do czoła i cho­ciaż uda­wał rześ­kiego, jego wy­gląd opo­wia­dał hi­sto­rię wczo­raj­szego, za­pi­tego do nie­przy­tom­no­ści wie­czoru. Przy­glą­dał się temu, co ro­bimy. Se­gre­go­wa­li­śmy ubra­nia i przed­mioty, prze­kła­da­li­śmy je na osobne sterty, żeby na ko­niec wrzu­cić wszystko do pu­dła prze­zna­czo­nego do wy­wózki.

- Nic so­bie nie zo­sta­wimy? - Mo­nika sie­działa na pod­ło­dze, prze­glą­da­jąc stu­denc­kie no­tatki ojca. - Może cho­ciaż in­deks, Po­li­tech­nika Kra­kow­ska, w końcu to było coś w tam­tych cza­sach. Dzi­siaj stu­dia nic nie zna­czą, ale w la­tach sześć­dzie­sią­tych dy­plom in­ży­niera dla chło­paka ze wsi był osią­gnię­ciem.

Ber­nard za­pro­po­no­wał, że przy­go­tuje, sam opi­sze i schowa na dnie szafy jedno pu­dełko, w któ­rym zło­żymy naj­cen­niej­sze pa­miątki po ojcu.

- Kie­dyś wnuki i pra­wnuki ze­chcą po­oglą­dać pa­miątki, nie wy­rzu­caj­cie tego wszyst­kiego tak po pro­stu... O! Tu mam na przy­kład za­pi­ski... - Ber­nard otwo­rzył czer­wony no­te­sik w pla­sti­ko­wej oprawce.

Wy­rwa­łam no­tes z jego ręki i po­ło­ży­łam wy­soko na półce.

- Je­śli się bę­dziemy tak grze­bać, ty­go­dnia nie star­czy. Nie ma tu nic cen­nego, pa­miątki mó­wisz? Je­den wielki kło­pot dla wszyst­kich. Ob­ra­stamy w nie­po­trzebne rze­czy jak w tłuszcz, cią­gle coś zno­simy do domu, za­gra­camy każdy wolny metr kwa­dra­towy. Po co, ja się py­tam. Żeby na­sze dzieci za­miast nas wspo­mi­nać mu­siały po nas sprzą­tać? Oczy­wi­ście, mo­żemy wszystko zo­sta­wić, tak jak jest, mu­zeum taty urzą­dzić, ale co da­lej? Za­sta­nów­cie się.

Mo­nika spoj­rzała na mnie, po­tem na swo­jego męża, ale na nim nie zro­biło wra­że­nia moje wy­stą­pie­nie.

- Pro­po­nuję się na­pić za spo­kój du­szy te­ścia zbie­ra­cza. Idę po piwo, chce ktoś?

Nikt nie chciał pić o dzie­sią­tej rano. Ener­gicz­nie opróż­nia­łam szafę, ścią­ga­łam ko­szule z wie­sza­ków i rzu­ca­łam na pod­łogę. Ber­nard w mil­cze­niu wrzu­cał ubra­nia do pu­dła. Był na mnie zły, nie za­cho­wy­wa­łam się tego dnia jak na­rze­czona. Da­niel usiadł na wer­salce z bu­telką piwa. Mo­nika po­dała mu błę­kitny swe­ter w biało-szare romby. Przy­ło­żył go do piersi, za­rzu­cił rę­kawy na ra­miona.

- Ja bym so­bie wziął ten swe­te­rek na pa­miątkę... Ame­ry­kań­ski wy­rób, nie zme­chaci się szybko. Pa­suje jak ulał, biorę...

Ber­nard po­pro­sił wzro­kiem, że­bym nie wsz­czy­nała awan­tury, wi­dział, jak mnie mierzi wi­dok Da­niela stro­ją­cego się w ubra­nia ojca. Za­wa­ha­łam się, wzię­łam głę­boki wdech i wró­ci­łam do po­rząd­ko­wa­nia szu­flad. Da­niel, roz­party na wer­salce, do­ra­dzał nam przez chwilę, co po­win­ni­śmy zro­bić z rze­czami po ojcu, po­pi­ja­jąc piwo wiel­kimi ły­kami. Jego krtań pra­co­wała bar­dzo ciężko, bro­niąc go przez za­dła­wie­niem się.

- Gdy­bym tylko był wolny, za­raz bym stąd wy­je­chał. - Za­koń­czył swój wy­wód i po­szedł do kuchni po ko­lejne piwo.

- Da­niel do­sko­nale na­daje się na emi­granta. - Ber­nard wstał z ko­lan i za­czął za­wią­zy­wać worki sznur­kiem. - Jest kon­kret­nie za­pra­wiony w pi­ciu, to się na emi­gra­cji za­wsze przy­daje.

Mo­nika za­sty­gła na mo­ment, nie­pewna, jak za­re­aguje jej mąż, który sta­nął w drzwiach i z pew­no­ścią usły­szał ostat­nią uwagę Ber­narda, ale Da­niel tylko za­śmiał się głup­ko­wato.

- Nie bój żaby, nie zo­sta­wię cię, ni­g­dzie się nie wy­bie­ram - po­wie­dział do Mo­niki i wy­szedł z po­koju.

Sły­sze­li­śmy, jak trza­snęły drzwi ga­ra­żowe.

Po obie­dzie wy­szli­śmy od­po­cząć do sadu. Mo­nika wy­pa­trzyła dużą plamę cie­nia pod drze­wami, roz­ło­żyła koce i koł­dry na tra­wie, rzu­ciła po­duszki i po­ło­żyła się na wznak. Ber­nard usiadł obok Da­niela, któ­remu znów za­schło w gar­dle. Po­pi­jał wódkę z so­kiem po­ma­rań­czo­wym z du­żej krysz­ta­ło­wej szklanki, ostat­niej z kom­pletu ślub­nego ro­dzi­ców. Kiedy by­łam mała, pod nie­obec­ność mamy na­le­wa­łam so­bie do tej szklanki kom­pot i uda­wa­łam, że biorę udział w ele­ganc­kim przy­ję­ciu w am­ba­sa­dzie, gdzieś na Da­le­kim Wscho­dzie, gdzie pa­nują wieczne upały i wiel­błądy pasą się w ogro­dzie jak krowy. Spi­na­łam ręcz­nik na jed­nym ra­mie­niu, dru­gie po­zo­sta­wało od­kryte, chude kostki i nad­garstki opla­ta­łam ko­ra­lami mamy, żeby wy­glą­dać bar­dziej eg­zo­tycz­nie. We włosy wpi­na­łam ga­łązki, ry­so­wa­łam na udzie znak ryby, by­łam tro­chę Li­gią z Quo va­dis, a tro­chę arab­ską księż­niczką, którą po­rwał zły cza­ro­dziej. Pod­czas tej za­bawy stłu­kła się pierw­sza szklanka z ze­stawu, a po­tem, przy róż­nych oka­zjach ko­lejne roz­biły się w drobny mak. Zo­stała już tylko jedna i pił z niej Da­niel.

Te­raz jed­nym ły­kiem do­pił drinka, rzu­cił pu­stą szklankę w trawę, roz­ło­żył się na kocu i mo­men­tal­nie za­snął z głową wtu­loną w su­kienkę żony. Mo­nika gła­skała go po gło­wie.

- Mu­simy przed nocą ode­brać Jaśka. Nie mó­wi­li­śmy mu, że dzia­dek umarł. Czte­ro­la­tek nie zro­zu­mie fe­no­menu śmierci, poza tym, moim zda­niem, nie po­winno się dzieci za­bie­rać na po­grzeby, po co im taka trauma? Pa­mię­tasz, jak mu­sia­ły­śmy nie­bosz­czyka dziadka Lutka ca­ło­wać na po­że­gna­nie? Do dziś czuję na ustach to zimno. Albo bab­cia Ela, taka ma­lutka i czarna w tej wiel­kiej trum­nie... Kosz­mary dzie­ciń­stwa.

- Nie pa­mię­tam. Mia­łam sześć lat - od­par­łam.

- To może ty nie ca­ło­wa­łaś tru­pów, ale ja ow­szem. Dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka, Boże, co oni mieli w gło­wach, żeby dzieci zmu­szać do ta­kich ob­rząd­ków?!

- Ta­kie były czasy - wtrą­cił Ber­nard. - Mo­ich dziad­ków też wy­sta­wili w otwar­tych trum­nach, żeby się wszy­scy mo­gli po­że­gnać, ale nie pa­mię­tam, żeby tak samo że­gnane były bab­cie, bab­cie szły do pia­chu bez ce­re­mo­nii.

- Bab­ciom się za­wsze mniej na­le­żało - po­wie­dzia­łam i spoj­rza­łam z nie­chę­cią na Da­niela.

Za­pa­dał po­woli w głęb­szy sen i po­ję­ki­wał co­raz gło­śniej. Prze­su­nę­łam jego bez­władną rękę, która sty­kała się z moją stopą. To była praw­dziwa trauma dla Jaśka, jego oj­ciec al­ko­ho­lik, co­dzien­nie pi­jany w sztok, a nie śmierć dziadka, który swoją drogę już prze­szedł. Nie po­wie­dzia­łam tego sio­strze, to nie był do­bry mo­ment na ta­kie uwagi.

Nikt w ro­dzi­nie nie roz­ma­wiał z Mo­niką na te­mat al­ko­ho­li­zmu jej męża, który tuż przed swo­imi czter­dzie­stymi uro­dzi­nami za­padł w śpiączkę wą­tro­bową i zmarł. Ro­dzice Da­niela uwa­żali, że to wina jego żony.

- Może nasz chło­pak za­glą­dał cza­sami do kie­liszka, ale nie był żad­nym pi­ja­kiem, bzdury ja­kieś ko­bieto opo­wia­dasz! - krzy­czał w szpi­talu oj­ciec Da­niela. - Przede wszyst­kim, to trzeba po­wie­dzieć so­bie ja­sno, za­czął mieć kło­poty ze zdro­wiem po ślu­bie z tobą, z całą pew­no­ścią wcze­śniej nie pił na­ło­gowo!

Nie mo­głam uwie­rzyć w za­przań­stwo tych lu­dzi. Kil­ku­dniowe ciągi al­ko­ho­lowe, które zda­rzały się Da­nie­lowi pod ko­niec ży­cia co­raz czę­ściej, jego ro­dzice na­zy­wali "nie­wy­cho­dze­niem z domu". Na­wet przed sobą wy­pie­rali się prawdy. Da­niel nie wy­cho­dzi z domu już czwarty dzień, Da­niel ma za­pa­le­nie spo­jó­wek i musi sie­dzieć w ciem­nym po­koju. Da­niel nie kwa­li­fi­kuje się na ża­den od­wyk, co wy, lu­dzie, pró­bu­je­cie nam wmó­wić? Kiedy Da­niel tra­fił do szpi­tala, Mo­nika za­pew­niała wszyst­kich, że to tylko ostra żół­taczka, ła­twa do wy­le­cze­nia, przy ści­słej die­cie szybko ustąpi. Sta­ły­śmy na ko­ry­ta­rzu szpi­tala za­kaź­nego, cze­ka­jąc na dia­gnozę.

- Żół­taczka to nie jest cho­roba sama w so­bie, to jest re­ak­cja or­ga­ni­zmu na za­tru­cie - po­wie­dzia­łam do Mo­niki, która nie re­ago­wała na to, co się wo­kół niej dzieje, bez­myśl­nie pa­trząc w drzwi po­koju le­kar­skiego. Pi­ło­wa­łam da­lej, wście­kła na sio­strę, że na­dal nie chce przy­jąć do wia­do­mo­ści, że jej mąż umiera z po­wodu cho­roby, którą so­bie za­fun­do­wał wiele lat wcze­śniej.

- Da­niel się ni­czym nie za­truł, prze­stać po­wta­rzać w kółko te bzdury o ta­jem­ni­czym wi­ru­sie - po­wie­dzia­łam po­iry­to­wana.

- A ty co, je­steś le­karką? Od kiedy?! - Mo­nika prze­le­wała swoją zło­ści na mnie, ale się nie wy­co­fa­łam.

- Nie trzeba być le­ka­rzem, żeby zo­ba­czyć al­ko­ho­lizm w ro­dzi­nie. Już wiele lat temu ci mó­wi­łam, pa­mię­tasz na­szą awan­turę w Boże Na­ro­dze­nie? Da­niel wy­pił cały al­ko­hol z barku, kiedy już wszy­scy po­szli spać. Ko­niak, na­lewki, wódkę, li­kier ka­wowy... Wszystko, co miało pro­centy. W Wiel­ka­noc to samo, tyle tylko, że już mniej miał do wy­pi­cia, bo scho­wa­łam lep­sze trunki na stry­chu. Ale so­bie do­ku­pił w skle­pie zwy­kłej wódy, po wa­szym wy­jeź­dzie zna­la­złam w szo­pie pu­ste bu­telki po żo­łąd­ko­wej. Mó­wi­łam ci to wszystko, ale nie sły­sza­łaś. Po­tem był chrzest wa­szego Jaśka, pa­mię­tasz, co Da­niel zro­bił? Po­tem ko­mu­nia, którą za­koń­czył na izbie przy­jęć. Tak się spruł, że spadł ze scho­dów!

Twarz Mo­niki tę­żała.

- Bez prze­sady... Prze­cież od­ku­pił wam al­ko­hol po świę­tach. Ze scho­dów po pro­stu spadł, ow­szem, źle po­sta­wił stopę. To był wy­pa­dek.

Ode­szłam kilka kro­ków w głąb ko­ry­ta­rza, go­towa zo­sta­wić ją i pójść so­bie z tego przy­gnę­bia­ją­cego miej­sca, ale po chwili za­wró­ci­łam.

- Za­uwa­ży­łam, ja­kie ma si­niaki na ra­mio­nach, wiel­kie krwa­wo­sine pod­skórne wy­lewy, jak ta­tu­aże. Spy­ta­łam Da­niela, skąd się wzięły te si­niaki, on mi po­wie­dział, że na si­łowni miał spa­ring i tro­chę prze­sa­dził. Mo­nika! Mu­sia­łaś je wi­dzieć! Nie prze­ra­zi­łaś się? Nie ku­siło cię, żeby po­czy­tać w in­ter­ne­cie, co może być przy­czyną ta­kich wy­le­wów pod­skór­nych?

- Prze­stań się nad nim znę­cać, ja nie mogę tego słu­chać w ta­kiej chwili!

- Da­niel ostat­nio przy­tył, z dzie­sięć kilo na moje oko, wi­dzia­łaś, jaki ma bę­ben? Będą mu mu­sieli strzy­kawką wodę z brzu­cha od­sy­sać!

Mo­nika za­tkała dło­nią otwarte usta i ru­szyła w kie­runku wyj­ścia. Szła wolno, nie było sły­chać stu­kotu jej wy­so­kich ob­ca­sów, ale za­trzy­mała się, kiedy za­wo­łał ją po na­zwi­sku or­dy­na­tor od­działu za­kaź­nego, dok­tor Skal­ski. Przez chwilę stała i pa­trzyła na nas, nie­zde­cy­do­wana, czy ucie­kać czy zo­stać. Po­nio­słam rękę, we­zwa­łam Mo­nikę po­na­gla­ją­cym ge­stem. Kiedy po­de­szła bli­żej, za­uwa­ży­łam, jaka jest blada. Ani jedna kro­pla krwi nie do­cie­rała do jej po­licz­ków i po­wiek. Wzię­łam ją za rękę, uści­snę­łam. Le­karz nie za­pro­sił nas do swo­jego ga­bi­netu, sta­nął w sze­ro­kim roz­kroku jak woj­skowy i za­czął mó­wić. Głos miał cie­pły i me­lo­dyjny.

- Droga pani, nie mam do­brych wie­ści. Dla­czego nie przy­je­cha­li­ście wcze­śniej? Może była wtedy szansa, choćby kilka mie­sięcy temu, rok czy dwa lata, to w ogóle ... żyłby da­lej. Lu­dzie po prze­szcze­pie wą­troby żyją wiele lat, i to cał­kiem do­brze, je­śli się pil­nują. Szkoda, na­prawdę szkoda, mał­żo­nek jesz­cze nie ma czwórki z przodu, ale po­wiem pani na po­cie­sze­nie, że to nie jest mój naj­młod­szy pa­cjent. Byli tacy, co le­d­wie trzy­dzie­ści na licz­niku i ko­niec. Każdy or­ga­nizm jest inny, je­den wy­trzyma czter­dzie­ści lat pi­cia, inny dzie­sięć, ale prę­dzej czy póź­niej, droga pani, trzeba ra­chu­nek za­pła­cić.

Mo­nika spoj­rzała w stronę sali, na któ­rej le­żał Da­niel.

- Pa­nie dok­to­rze, mój mąż ma żół­taczkę, tym­cza­sem pan mówi ta­kie rze­czy, jakby miał za­raz umrzeć. Niech mnie pan nie stra­szy.

Or­dy­na­tor Skal­ski uśmiech­nął się i po­ło­żył ciężką rękę na jej ra­mie­niu. Mo­nika od­ru­chowo się ugięła.

- Bóg cza­sami zmie­nia coś na sza­chow­nicy w ostat­niej chwili, ale szcze­rze pani po­wiem... bar­dzo rzadko. Pa­trzę na ten jego kram trzy­dzie­ści lat z górką i nie mam o Wszech­mo­gą­cym naj­lep­szego zda­nia. Cza­sami, hm... na­prawdę mógłby pal­cem ru­szyć, dużo nie po­trzeba, ale... cóż, nie jest ani szczo­dry, ani spe­cjal­nie mi­ło­sierny. W przy­padku pani męża wy­stą­piła już nie­wy­dol­ność or­ga­nów, wą­troba, trzustka, nerki, samo serce do ży­cia nie wy­star­czy... Cho­ciaż mój ulu­biony pie­śniarz, Mi­chał Ba­jor, śpie­wał, że wy­star­czy. Zna pani tę pio­senkę? "Nie chcę wię­cej, twoje serce do ży­cia wy­star­czy..." - za­nu­cił. - Ma pani dzieci?

Mo­nika ski­nęła głową.

- Mamy syna, na­sto­latka.

- Dam pani bajki i moje pio­senki na pły­cie. Od kilku lat pi­szę bajki dla dzieci, ostat­nio za­czą­łem na­gry­wać pio­senki z wła­snymi tek­stami. Lu­dzie mó­wią, że bar­dzo faj­nie mi to wy­cho­dzi. Może syn za duży na bajki, ale dla wnu­ków pani za­de­dy­kuję.

- Ale co z Da­nie­lem? - za­py­ta­łam.

Skal­ski roz­ło­żył ręce.

- Już po­wie­dzia­łem pa­niom wszystko, co le­karz może po­wie­dzieć.

- Nic pan nie po­wie­dział - burk­nę­łam. - Ja­kie ma szanse? Co da­lej? Pod­ję­li­ście le­cze­nie?

Skal­ski przyj­rzał mi się uważ­niej, nie zmie­nił jed­nak swo­jego przy­ja­znego, opa­no­wa­nego tonu. Wło­żył obie dło­nie do kie­szeni far­tu­cha.

- Pan Da­niel nie re­aguje na po­dane leki. Jest w sta­nie kry­tycz­nym.

Mo­nika oparła się o mnie, przez mo­ment czu­łam cały jej cię­żar i ba­łam się, że nie będę w sta­nie jej utrzy­mać na no­gach. Skal­ski wziął ją pod ra­mię i po­pro­wa­dził do dy­żurki pie­lę­gnia­rek. Młoda dziew­czyna pod­nio­sła wzrok znad do­ku­men­tów, które wy­peł­niała. Ze­rwała się z miej­sca, we trójkę po­sa­dzi­li­śmy Mo­nikę na krze­śle. Skal­ski po­pro­sił pie­lę­gniarkę, żeby dała jej pięć mi­li­gra­mów cze­goś na uspo­ko­je­nie, i po­szedł. Zda­wało mi się, że pod­śpie­wy­wał so­bie ja­kąś me­lo­dię, wra­ca­jąc do swo­jego or­dy­na­tor­skiego po­koju.

Da­niel prze­żył swo­jego te­ścia o dzie­sięć lat.

Ścią­gnę­łam oku­lary prze­ciw­sło­neczne i spoj­rza­łam na śpią­cego szwa­gra, któ­rego Mo­nika wciąż pie­ściła.

- Prze­stań go gła­skać, de­ner­wuje mnie to - po­wie­dzia­łam.

- Cie­bie wszystko de­ner­wuje.

- Szturch­nij go, może prze­sta­nie char­czeć.

Mo­nika za­wa­hała się na mo­ment, po chwili ode­rwała dłoń od głowy męża i ujęła go pod pa­chy. Da­niel opadł na wznak, jego krtań za­grała dra­ma­tyczną me­lo­dię ję­ków i spa­zmów, jakby ra­niony dzik ko­nał w le­sie. Pa­trzy­li­śmy na niego. Pod­nio­słam się z koca, po­chy­li­łam nad nim i pal­cami za­ci­snę­łam mu nos. Mi­nęło kilka se­kund, za­nim się za­krztu­sił, co go na­tych­miast wy­bu­dziło. Za­ci­ska­łam palce co­raz moc­niej. Da­niel zła­pał mnie za nad­gar­stek.

- Kurwa! Zwa­rio­wa­łaś?!

- Chcia­łam ci po­móc, my­śla­łam, że coś złego ci się śni - od­par­łam.

Był zdez­o­rien­to­wany, roz­glą­dał się do­okoła, ziew­nął, za­nim uświa­do­mił so­bie, gdzie jest. Mo­nika wy­gła­dziła koc w miej­scu, gdzie przed chwilą le­żała pi­jana głowa Da­niela, on uśmiech­nął się do niej, cmok­nął po­wie­trze i znów uło­żył się bli­sko jej uda. Nie wie­działa, co zro­bić z rę­kami, chciała go do­tknąć, ale bała się mo­jej re­ak­cji. Ber­nard ze­brał pu­ste szklanki z trawy i nie od­zy­wa­jąc się do ni­kogo, po­szedł w stronę domu.

- Może by pizzę za­mó­wić? Je­stem głodna po tym cien­kim ro­sole, za­dzwo­nimy po pizzę? - Dłoń Mo­niki wró­ciła na włosy Da­niela, ale nie gła­dziła ich.

- Z pizzą do­bry po­mysł, jak chce­cie to po­jadę, ja jedna nie pi­łam. - Po­da­łam sio­strze dłoń. Po­cią­gnę­ły­śmy się na­wza­jem, wsta­jąc.

Da­niel roz­ło­żył się na ca­łej sze­ro­ko­ści koca i za­krył oczy ra­mie­niem.

- Zjadł­byś pizzę?

- Nie je­stem głodny - wark­nął.

Mo­nika za­częła go pro­sić, żeby zjadł cho­ciaż jedną małą pizzę z nią na pół, jego ulu­bioną, na ostro, z pep­pe­roni i pie­czar­kami, może być na­wet bar­dzo ostra, wszystko jej jedno, do­sto­suje się.

- Nie sły­sza­łaś? Nie mam ochoty na pizzę!

Kiedy był nie­do­pity, a po­ziom al­ko­holu za­czy­nał na­gle spa­dać, męż­czy­zna wcho­dził w naj­gor­szy stan, a or­ga­nizm już nie że­brał, tylko wręcz żą­dał wię­cej.

- Weź­miemy jedną dużą z szynką i eks­tra se­rem dla nas - cią­gnęła nie­ra­żona Mo­nika. - I jedną dla Da­niela na ostro, z chili.

Da­niel prze­krę­cił się na bok, wstał z po­sła­nia i otrze­pał spodnie na wy­so­ko­ści ko­lan z nie­wi­docz­nego brudu. Był wy­mięty i zły, Mo­nika wie­działa, co bę­dzie da­lej.

- Co wy ma­cie z tym je­dze­niem w wa­szej ro­dzi­nie?! Cały czas by­ście tylko coś wpier­da­lali... Nie wmu­szaj we mnie żar­cia, jak mó­wię "nie", to nie. Nie wy­wie­raj na mnie pre­sji, bo kie­dyś tego nie wy­trzy­mam! Nie mogę znieść tego na­ma­wia­nia do je­dze­nia, jakby nic waż­niej­szego nie ist­niało na tym świe­cie! No kurwa...

- Naj­waż­niej­sza na tym świe­cie jest wóda, wia­domo - po­wie­dzia­łam, pod­no­sząc głos. - Mo­nika chce, że­byś coś zjadł, nie ja­dłeś od rana, nic, tylko wle­wasz w sie­bie hek­to­li­try al­ko­holu i ro­bisz się nie do wy­trzy­ma­nia.

- Weź się, dziew­czyno, ode mnie od... ko­le­guj. O co ci cho­dzi? - Da­niel szu­kał w kie­szeni spodni za­pal­niczki.

Mo­nika po­dała mu pa­pie­rosy.

- O to, że­byś usza­no­wał ża­łobę. Kie­dyś sam do­świad­czysz straty naj­bliż­szych.

- Tego mi ży­czysz? Mo­nia, sły­szysz, co twoja sio­stru­nia bre­dzi?

- Prze­stań­cie się kłó­cić... Da­niel...

- My się nie kłó­cimy, chcę tylko, żeby twój mąż prze­stał się za­cho­wy­wać jak ostatni du­pek.

Da­niel się ro­ze­śmiał.

- Je­steś bez­na­dziejna, do­brze, że Mo­nika nie jest do cie­bie po­dobna. Chce­cie pizzę, to so­bie ją żryj­cie i daj­cie mi spo­kój!

Mach­nę­łam ręką na znak, że się wy­co­fuję, i ru­szy­łam w kie­runku domu. Ber­nard szedł z prze­ciw­nego kie­runku, spo­tka­li­śmy się na ścieżce pro­wa­dzą­cej na ta­ras.

- Gdzie by­łeś? - Zła­pa­łam go za rękę. - Da­niel robi dym. Je­śli nie do­pije, to bę­dzie jesz­cze go­rzej. Nie mam na to siły.

Za­wró­ci­li­śmy. Ber­nard wszedł do domu pierw­szy, otwo­rzył sze­roko drzwi i przy­trzy­mał je. Za­wa­ha­łam się. Na wprost wej­ścia, na wie­szaku wi­siała kurtka ojca, ni­żej pod sie­dzi­skiem stały jego kap­cie i buty. Za­pach domu był mie­sza­niną róż­nych aro­ma­tów, ko­perku, ki­szo­nek, róż, psiej sier­ści, płynu do pod­łóg i cie­płego let­niego po­wie­trza. We­szłam do środka i usia­dłam na scho­dach.

- Nie za­my­kaj drzwi - po­pro­si­łam. - Ta­kie ładne świa­tło...

Ber­nard usiadł obok mnie.

- Wiem, jak ci ciężko.

- Nie wiesz, nikt z was nie bę­dzie wie­dział, do­póki sam się z tym nie zmie­rzy. Cie­bie to omi­nie - po­wie­dzia­łam po­kle­pu­jąc jego dłoń. - Na­wet nie czu­jesz, że masz ojca i matkę, to i nie po­czu­jesz straty.

- Marta... mó­wisz okropne rze­czy, ale nie będę się tym przej­mo­wał. Wi­dzę, w ja­kim je­steś sta­nie. Oczy­wi­ście wy­daje ci się, że twój ból jest naj­więk­szy i nikt przed tobą nie cier­piał, ale to jesz­cze nie po­wód, żeby tak się wy­ży­wać na naj­bliż­szych. Do­ceń to, że je­stem przy to­bie.

- A gdzie niby miał­byś te­raz być? W ki­nie? Tylu was tu jest, plą­cze­cie się po domu jak po mu­zeum, ale nie czu­je­cie nic. Mo­nika ho­łubi pi­ja­nego Da­niela, co już mnie nie tyle iry­tuje, ile wręcz wkur­wia, i nie mogę się opa­no­wać. I nie chcę się opa­no­wać. Idź­cie w cho­lerę! Wszy­scy!

Wsta­łam i po­bie­głam scho­dami na górę do daw­nego po­koju ojca.

ROZ­DZIAŁ 2

Hope upięła lśniący od żelu ko­smyk wło­sów. Białe ko­ra­liki obi­jały się je­den o drugi, gdy tylko po­ru­szyła głową. Ob­ró­ciła się ener­gicz­nie, żeby spraw­dzić, czy "ka­ru­zela" z jej war­ko­czy­ków kręci się swo­bod­nie. Na prawy nad­gar­stek na­ło­żyła ko­lo­rowe bran­so­letki i je­den rze­myk ze złotą mi­nia­turką Afryki, na le­wym za­pięła ze­ga­rek. Ob­ró­ciła się pro­fi­lem i spoj­rzała na swoje od­bi­cie w lu­strze. Ciemne dżinsy ob­ci­skały jej po­śladki, mocne uda z tru­dem mie­ściły się w no­gaw­kach. Po­mię­dzy pa­skiem spodni a brze­giem bia­łej bluzki wi­dać było ka­wa­łe­czek cze­ko­la­do­wej skóry, gład­kiej i su­chej. Hope sta­nęła twa­rzą do lu­stra i unio­sła ra­miona, żeby spraw­dzić, ile brzu­cha od­sła­nia taki ruch. Była za­do­wo­lona, uznała, że jest do­brze. Się­gnęła po fla­ko­nik per­fum, tych naj­droż­szych, spry­skała do­kład­nie wszyst­kie miej­sca, w któ­rych skóra jest naj­de­li­kat­niej­sza - nad­garstki, szyję, zgię­cia łokci i głę­boki de­kolt. Przed wyj­ściem z po­koju za­mknęła szafę i za­su­nęła szu­flady ko­mody, z któ­rych wy­sta­wały czę­ści bie­li­zny.

- O Jezu! Pani Marta... ale mnie wy­stra­szyło.

- Do­kąd się tak szy­ku­jesz? Chyba nie na za­kupy do Li­dla?

Hope wy­sta­wiła ka­wa­łe­czek ję­zyka i przy­gry­zła go zę­bami.

- Mam randkę... idziemy do re­stau­ra­cji na kok­tajle i su­shi.

- Za­nim wyj­dziesz, za­mień dwa słowa z pie­lę­gniarką, oce­nisz, czy się na­daje do opieki nad Ber­nar­dem. Jest na dole.

- Do­brze, mam dużo czas i chyba się prze­biorę w coś inne. Za­raz zejdę...

W kuchni cze­kała na mnie pani Be­ata, którą ro­dziny ob­łoż­nie cho­rych po­le­cali so­bie na­wza­jem jako "anioła śmierci". Od­pro­wa­dziła w nie­pewne za­światy wiele osób, ro­dzi­ców i dziad­ków tych, ale tylko tych, któ­rych było stać na wy­na­ję­cie anioła. W kom­for­cie wła­snego domu, po­śród zna­jo­mych sprzę­tów i cieni, umie­rali spo­koj­nie, odu­rzeni le­kami, cu­dow­nie nie­świa­domi, a pani Be­ata sie­działa przy łóżku pa­cjenta wy­pro­sto­wana i dumna. Nie trzy­mała za rękę. Cza­sami czy­tała książkę, cza­sami roz­wią­zy­wała krzy­żówki, a w po­koju ago­nii ni­gdy nie włą­czała te­le­wi­zora ani nie otwie­rała okien.

Usia­dły­śmy przy stole na­prze­ciwko sie­bie. Pani Be­ata ode­zwała się pierw­sza.

- Za­po­wia­dają okropne upały, ten dom ma grube mury, jest przy­jem­nie chłodno. Ja miesz­kam na czwar­tym pię­trze w bloku. Mąż ku­pił dwa wia­traki, mielą po­wie­trze jak wście­kłe, niby coś to daje, ale i tak jest go­rąco, że czło­wieka za­tyka. Ani od­dy­chać, ani spać.

- Ma być trzy­dzie­ści sześć stopni w przy­szłym ty­go­dniu - po­wie­dzia­łam.

Hope we­szła do kuchni, przy­wi­tała się i po­de­szła do lo­dówki. Wy­jęła dzba­nek wody. Po­sta­wiła na stole wy­so­kie szklanki, z któ­rych kie­dyś Ber­nard pił whi­sky. Pani Be­ata wpa­try­wała się w nią, śle­dziła ruch jej dłoni i za­glą­dała pod skórę.

- Ty pew­nie do upa­łów przy­zwy­cza­jona? Wy tam ma­cie cały czas go­rąc - po­wie­działa gło­śno, wy­plu­wa­jąc z ust słowa tak wy­raź­nie, jakby mó­wiła do głu­chej.

- Śnieg nie pada w każ­dym ra­zie zbyt czę­sto. - Hope mru­gnęła do mnie.

- O! I mó­wisz po pol­sku.

- Miesz­kam pra­wie trzy lata w Pol­sce. - Hope sta­rała się mó­wić gra­ma­tycz­nie, chciała za­im­po­no­wać pani Be­acie. - Będę pie­lę­gniarką.

- O! To nie jest ta­kie pro­ste, trzeba się wiele lat uczyć. - Pani Be­ata każde zda­nie za­czy­nała od prze­cią­gnię­tego na kilka se­kund O!

- Je­stem na stu­diach. - Hope upiła łyk wody. - Już koń­czę.

- O! Na­prawdę? - Skrzy­wiła się z nie­do­wie­rza­niem. - Ale skoro tak, to czy ja je­stem pa­niom tu po­trzebna?

- Nie jest pani po­trzebna, ale pani Marta się uparła. - Hope po­wie­działa to tak szybko i po­praw­nie, jakby wcze­śniej to wła­śnie zda­nie ćwi­czyła.

Pani Be­ata pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na dziew­czynę. Spoj­rze­nie jej zmru­żo­nych oczu mó­wiło wszystko, ale ra­do­sna Hope się nie zo­rien­to­wała. Usia­dła obok mnie, sta­no­wi­ły­śmy te­raz dwu­oso­bową ko­mi­sję re­kry­ta­cyjną.

- Pani Be­ato, szu­kam osoby, która bę­dzie czę­ścią tego do­mo­stwa, która z nami za­mieszka na pe­wien czas. Je­śli za­miesz­kać nie może, trudno, ale chcia­ła­bym, żeby ta po­moc była na pe­łen etat. Dok­tor Wol­ski pa­nią po­le­cił, za­tem ufam, że do­sko­nale się pani na­daje.

- Na­daje? - Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Mia­łam na my­śli pani do­świad­cze­nie i pro­fe­sjo­na­lizm - po­pra­wi­łam się.

Hope nie od­zy­wała się przez długą chwilę, włą­czyła się do roz­mowy do­piero wtedy, kiedy pani Be­ata za­częła sta­wiać swoje twarde wa­runki. So­boty i nie­dziele musi mieć wolne, bę­dzie przy­cho­dzić o dzie­wią­tej rano w dni po­wsze­dnie i zo­sta­nie przy cho­rym do­kład­nie osiem go­dzin. I żeby nie sta­wiać jej w nie­kom­for­to­wej sy­tu­acji i nie pro­sić o do­dat­kowe czyn­no­ści przy cho­rym poza usta­lo­nymi go­dzi­nami. To, co uzgod­nimy z góry, musi obo­wią­zy­wać do sa­mego końca, ta­kie ma za­sady. Nie bę­dzie w domu pa­cjenta nic ja­dła, ale woda, kawa i her­bata po­winny być do­stępne bez ogra­ni­czeń. Do jej obo­wiąz­ków nie na­leży dba­nie o hi­gienę pa­cjenta, o to może za­dbać ja­kaś mniej wy­kwa­li­fi­ko­wana siła ro­bo­cza.

- To co pani bę­dzie ro­bić przez te go­dziny u nas? - Hope zer­kała na mnie. - Pan Ber­nard nie po­trze­buje dużo, tylko żeby czy­sto i nie od­le­żyny.

- Dok­tor Wol­ski z pew­no­ścią pani wy­ja­śnił, na czym po­lega moja praca - zwró­ciła się do mnie, omi­ja­jąc wzro­kiem Hope.

- Oczy­wi­ście, dla­tego pa­nią za­pro­si­łam... - przy­tak­nę­łam.

- Je­stem pie­lę­gniarką spe­cja­li­zu­jącą się w opiece nad pa­cjen­tami pa­lia­tyw­nymi i sama or­ga­ni­zuję ze­spół do kon­kret­nego pa­cjenta. Ro­zu­mie pani? Ze­spół, czyli le­ka­rza, psy­cho­loga, fi­zjo­te­ra­peutę, jest pani in­te­li­gentną ko­bietą, z pew­no­ścią pani ro­zu­mie, że jedna osoba nie wy­star­czy do opieki nad pa­nem Ber­nar­dem. Ja będę ko­or­dy­na­to­rem czyn­no­ści opie­kuń­czych wszyst­kich człon­ków ro­dziny, będę za­rzą­dzać ze­spo­łem pro­fe­sjo­na­li­stów i wami, oczy­wi­ście, je­śli się po­ro­zu­miemy co do ho­no­ra­rium oraz in­nych wa­run­ków.

- Wa­runki tu bar­dzo do­bre... - Hope przy­su­nęła ra­mię bli­żej mo­jego.

Od­dy­cha­łam co­raz głę­biej, z na­dzieją, że pie­lę­gniarka od śmierci to za­uważy i na chwilę prze­sta­nie mó­wić.

- Moja panno, wa­runki fi­nan­sowe mam na my­śli, ale to już z twoją pa­nią będę oma­wiać w cztery oczyń.

Nie mia­łam siły za­re­ago­wać. Cie­płe po­wie­trze pach­niało sko­szo­nymi tra­wami usy­cha­ją­cymi na słońcu. Pani Be­ata wcią­gnęła do płuc ten letni za­pach i na mo­ment za­mknęła oczy. Sie­dzia­łam wci­śnięta w krze­sło siłą wła­snego stra­chu. Ze­spół? Ko­or­dy­na­tor? Za­rzą­dza­nie śmier­cią? Wszystko to u mnie w domu? Za moje pie­nią­dze? Wsta­łam od stołu.

- Prze­pra­szam, mu­szę to jesz­cze raz prze­my­śleć. Nie są­dzi­łam, że będę mu­siała w domu za­ło­żyć kli­nikę, prze­pra­szam... może nie je­stem aż tak in­te­li­gentna...

- Na­prawdę my­ślała pani, że opieka nad czło­wie­kiem w tym sta­nie może się ogra­ni­czyć do wi­zyty pie­lę­gniarki? - Pani Be­ata wstała. - Za­szło nie­po­ro­zu­mie­nie.

Hope ze­rwała się z krze­sła i sta­nęła w drzwiach. Kiedy wcho­dzi­łam po scho­dach, jej głos, miękki i grzeczny, oschle że­gnał anioła śmierci.

Po­szłam na górę, do swo­jej sy­pialni. Za­pa­li­łam lampę nad lu­strem, po­woli zbli­ży­łam twarz do od­bi­cia. Li­nie zmarsz­czek zro­biły się głę­bo­kie jak pęk­nię­cia na spa­lo­nej słoń­cem gle­bie. Mia­łam kie­dyś nie­bie­skie oczy, tak nie­bie­skie, że nie­któ­rzy po­dej­rze­wali, że no­si­łam ko­lo­ry­zu­jące so­czewki. Błę­kit za­czął prze­cho­dzić w sza­rość, kiedy skoń­czy­łam pięć­dzie­siąt lat, białe gałki oczne wy­glą­dały te­raz jak sprane prze­ście­ra­dło. Wy­gła­dzi­łam skórę pod­bródka pod­cią­ga­jąc ją kciu­kami. Czoło wciąż mia­łam gład­kie, roz­pra­so­wane bo­tok­sem, nad­miar skóry pod oczami za­czy­nał się roz­le­wać na po­liczki. Otwo­rzy­łam usta, sześć im­plan­tów pod­trzy­my­wało kon­struk­cję dol­nych zę­bów, dzięki czemu mo­głam wciąż gryźć orze­chy i się nie udła­wić.

Po­bra­li­śmy się z Ber­nar­dem rok po za­koń­cze­niu okresu ża­łoby, wy­pra­wia­jąc we­sele za pie­nią­dze, które zo­stały po sprze­daży mo­jego ro­dzin­nego domu i kup­nie miesz­ka­nia w mie­ście. Po śmierci taty nie chcia­łam już miesz­kać na wsi, nie­śmiało pla­no­wa­łam za­ło­że­nie wła­snej kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej, choć nie mia­łam na to środ­ków ani wspól­nika, któ­remu mo­gła­bym za­ufać. Mama zrze­kła się swo­jej czę­ści ma­jątku po mężu, choć nikt jej tego nie su­ge­ro­wał. Zro­biła to szybko i spraw­nie. Ko­lejna nie­spo­dzianka za­stała nas kilka mie­sięcy póź­niej. Ty­dzień przed moim we­se­lem zja­wił się ame­ry­kań­ski po­sła­niec i przy­wiózł ogromną sumę pie­nię­dzy w go­tówce. Przy­je­chał do domu Mo­niki, za­pro­siw­szy mnie wcze­śniej te­le­fo­nicz­nie na ważne spo­tka­nie. Był to czer­stwy męż­czy­zna, wy­gła­dzony na ostrych kan­tach ame­ry­kań­skim spo­so­bem, ale jego ma­ło­mia­stecz­ko­wość wciąż dźwię­czała w ak­cen­cie, zdra­dzał go rów­nież ubiór. Roz­siadł się w sa­lo­nie i po­pro­sił o mro­żoną her­batę. Mo­nika zna­la­zła w szafce gra­nulki her­baty z cy­tryną, zle­pione w grudki, ale wciąż na­da­jące się do spo­ży­cia. Po­dała na­pój w wy­so­kich szklan­kach wy­pro­du­ko­wa­nych w hu­cie szkła w Kro­śnie. Ze­staw szkla­nek i kie­lisz­ków, który do­stała ode mnie na pre­zent ślubny, był zde­kom­ple­to­wany. Da­niel po­roz­bi­jał wszyst­kie duże szklanki do drin­ków, ale te wy­so­kie z gru­bym dnem ja­kimś cu­dem prze­trwały.

- Przy­wio­złem dziew­czy­nom pre­zent od ma­musi Ma­tyldy. Pro­szę, prze­licz­cie, żeby po­tem nie było re­kla­ma­cji. - Po­sta­wił ma­te­ria­łową torbę na stole. - Przy­pły­ną­łem stat­kiem z Mont­re­alu do Rot­ter­damu, bo tak ła­twiej prze­wieźć taki ka­wał gro­sza. Nie py­tali w por­cie o do­lary, można było wwieźć kon­tra­bandę. Dresz­czyk emo­cji się po­ja­wił, nie za­prze­czam. Szwa­gier przy­je­chał po mnie do Ho­lan­dii i za­brał ra­zem z sa­dzon­kami po­mi­do­rów. Ma tu­nele pod Ra­do­miem, biz­nes mu się kręci co­raz le­piej, może na­wet wejdę z nim w spółkę?

- Mama nas nie uprze­dziła... - Pa­trzy­łam na torbę z lę­kiem, nie mo­głam uwie­rzyć w uczci­wość po­słańca.

- Bo nie wia­domo było, czy się uda to prze­wieźć. A jakby za­brali na pol­skiej gra­nicy? Co wtedy? Ko­mu­ni­ści mogą wszystko.

- Pro­szę pana, w Pol­sce ko­mu­nizm już się skoń­czył - wtrą­ciła Mo­nika.

- Ko­mu­nizm się wtedy w Pol­sce skoń­czy, kiedy oni wszy­scy po­mrą, ci, co ten sys­tem za­kła­dali, bo do­póki żyją, to nie ma pew­no­ści, co od­winą. Mam tu list od wa­szej mamy w spra­wie tych do­la­rów. Pro­szę... - Po­ło­żył na stole po­dłużną ko­pertę błę­kit­nego ko­loru.

Tłu­ma­cze­nie mamy było bar­dzo mętne, miała wów­czas za­le­d­wie pięć­dzie­siąt lat i pro­ces wy­zby­wa­nia się ma­jątku wy­da­wał nam się po­dej­rzany. Mo­nika miała ra­cję, nie zna­ły­śmy jej, wy­je­chała, kiedy by­łam w pierw­szej kla­sie li­ceum, i ni­gdy wię­cej już jej nie wi­dzia­łam. Mo­nika po­le­ciała do USA jesz­cze w cza­sach, kiedy był tam tato, na­to­miast ja nie do­sta­łam wizy i po pierw­szej nie­uda­nej pró­bie nie sta­ra­łam się po­now­nie.

Mama prze­ko­ny­wała w li­ście, że nam się ta suma na­leży, po­nie­waż firmę sprzą­ta­jącą za­kła­dali ra­zem z tatą. Zna­lazł się do­bry ku­piec, po­rządny biz­nes­men z Por­to­ryko, i do­bili targu. Po­daje nam przez pana Bronka sto ty­sięcy do­la­rów do po­działu, z na­dzieją, że ta suma się przyda, i po­win­ny­śmy ją prze­zna­czyć na taki cel, jaki same wy­bie­rzemy.

Bro­nek od­sta­wił pu­stą szklankę na stół i wy­tarł dło­nie w spodnie. Ja­sne dżinsy były prze­tarte na ko­la­nach, jego adi­dasy świe­ciły bielą jak ko­mu­nijne la­kierki.

- Ma­mu­sia was po­zdra­wia ser­decz­nie. Mo­jej żo­nie i córce za­ła­twiła do­brą pracę u bo­ga­tych Ame­ry­ka­nów, mają tam jak w raju. Re­zy­den­cja z bal­ko­nami, ta­ra­sami, ba­se­nem, jest co sprzą­tać, ale są dwie, to im idzie ro­bota. Pani Ma­tylda miała do­brych klien­tów.

Mo­nika sprząt­nęła szklanki, obie chcia­ły­śmy się jak naj­szyb­ciej po­zbyć po­słańca, żeby spo­koj­nie prze­tra­wić to, co się stało, ale Bro­nek jesz­cze przez go­dzinę opo­wia­dał o ży­ciu na Flo­ry­dzie, za­tar­gach z Por­to­ry­kan­kami, sa­mo­cho­dach, któ­rymi han­dlo­wał, aż wresz­cie zmę­czony wła­sną opo­wie­ścią, za­czął się zbie­rać. Uści­snął nam dło­nie na po­że­gna­nie i od­je­chał.

- Je­ste­śmy bo­gate!

Po wyj­ściu Bronka Mo­nika li­czyła stu­do­la­rówki z taką wprawą, jakby całe ży­cie pra­co­wała w banku.

- Po­bu­du­jemy so­bie piękne domy. Da­niel już na­wet wy­brał pro­jekt, nie mie­li­śmy kasy na wy­koń­cze­nie, ale za taką górę pie­nię­dzy można się bę­dzie nie­źle urzą­dzić.

- Je­stem w szoku. Sto ty­sięcy do­la­rów?! - Pa­trzy­łam na sto­sik bank­no­tów. - Trzeba za­dzwo­nić do matki, za­py­tać ją... czy to nie ja­kiś prze­kręt.

- Prze­stań! Jaki prze­kręt? Bierz swoją dolę i za­cznij pla­no­wać, jak ją wy­dać. Pew­nie też na dom, to wa­sze miesz­ka­nie w bloku nie jest zbyt luk­su­sowe.

- Matka lubi szo­ko­wać, trzeba przy­znać. Ale wiesz, co to ozna­cza?

Mo­nika wzru­szyła ra­mio­nami.

- Że nie za­mie­rza wra­cać do Pol­ski? Pew­nie tak, ale po co mia­łaby wra­cać, sama przy­znaj, nie ma do czego.

- Do czego może nie, ale do kogo ma - po­wie­dzia­łam.

Spoj­rza­ły­śmy na sie­bie po­nad kupką do­la­rów i była to dziwna chwila, kiedy każda z nas my­ślała o tym sa­mym, ale nie od­wa­ży­ły­śmy się na­zwać tej trans­ak­cji. Mo­nika po­dzie­liła pie­nią­dze i zgar­nęła swoją część do fo­lio­wej torby, mnie zo­sta­wiła ma­te­ria­łową, w któ­rej do­lary przy­pły­nęły do nas. Znik­nęła na chwilę, żeby odło­żyć skarb w bez­pieczne miej­sce. Kiedy wró­ciła do kuchni, za­stała mnie du­ma­jącą nad le­żą­cymi na stole pie­niędzmi. Bez słowa wrzu­ciła je do torby i wci­snęła mi ją na ko­lana.

- Już so­bie wy­obra­żam minę Da­niela i Benka, jak im po­wiemy... - za­chi­cho­tała.

Nie za­sta­na­wia­łam się długo, to po­sta­no­wie­nie przy­szło na­tu­ral­nie i było tak oczy­wi­ste, że nie mo­głam nie po­wie­dzieć tego sio­strze.

- Te pie­nią­dze mu­szą być tylko moje. Osta­tecz­nie to jest ma­ją­tek po­zy­skany przed ślu­bem.

Mo­nika od­ru­chowo przy­tak­nęła, ale za­raz po­tem za­częła się na głos za­sta­na­wiać, czy to aby jest fair w sto­sunku do Ber­narda.

- Nie wia­domo, jak za­re­aguje, może się ob­razi, może wściek­nie? Ślub wkrótce. Nie bo­isz się, że to wam za­szko­dzi?

- To są moje pie­nią­dze - po­wtó­rzy­łam.

- Niby tak, ale...

- Jak niby? Moje. Poza tym Ber­nard po­zo­staje ra­czej obo­jętny w kwe­stiach fi­nan­so­wych. Pie­nią­dze nie sta­no­wią cen­trum jego świata.

Mo­nika po­krę­ciła głową.

- Do tej pory tak było, jak nie mia­łaś wiele, te­raz sy­tu­acja ule­gła zmia­nie. Cie­kawa je­stem, czy bę­dzie taki obo­jętny, gdy mu po­wiesz, że przy­gar­nę­łaś pięć­dzie­siąt ty­sięcy do­la­rów.

- Nie za­mie­rzam mu mó­wić. Na ra­zie chcę się za­jąć we­se­lem.

Zwi­nę­łam szma­cianą torbę i wło­ży­łam ją pod pa­chę. Mo­nika od­pro­wa­dziła mnie do sa­mo­chodu.

- Mam prośbę, czy mo­gła­byś do czasu we­sela za­cho­wać dla sie­bie tę nie­spo­dziankę?

- Zwa­rio­wa­łaś? Ja mu­szę po­wie­dzieć Da­nie­lowi dzi­siaj! - ob­ru­szyła się.

- Nie mu­sisz, ale po­wiesz, bo ty je­steś żona ule­gła i nie wy­obra­żasz so­bie mieć ni­czego swo­jego, wszystko ma być wspólne.

- Na tym po­lega mał­żeń­stwo. Za ty­dzień się o tym prze­ko­nasz.

- Moje ta­kie nie bę­dzie. Za dużo znam mał­żeństw, które się roz­pa­dły przez na­tręc­two wspól­noty.

- Po­pro­szę Da­niela, żeby się nie wy­ga­dał, ale wiesz jaki on jest...

- Nie­stety wiem.

Po­że­gna­ły­śmy się jak zwy­kle chłodno, nie uma­wia­ły­śmy się na ko­lejne spo­tka­nie. Przez całą drogę do domu za­sta­na­wia­łam się, o co tak na­prawdę cho­dzi na­szej matce, ja­kie inne wy­da­rze­nia oprócz sprze­daży firmy uru­cho­miły jej gen szczo­dro­ści. My­śla­łam, żeby wy­słać jej te­le­gram z po­dzię­ko­wa­niem, ale nie było to moż­liwe, rok wcze­śniej zmie­niła ad­res, o czym nas po­in­for­mo­wała li­stow­nie, nie po­da­jąc no­wego. Na­sza ko­re­spon­den­cja była jed­no­stronna, cza­sami matka dzwo­niła do Mo­niki, rza­dziej do mnie. Mia­łam jej nu­mer te­le­fonu, po­sta­no­wi­łam za­te­le­fo­no­wać, gdy tylko do­trę do domu, ale kiedy za­par­ko­wa­łam auto przed blo­kiem i wy­sia­dłam, wie­dzia­łam, że tego nie zro­bię, cho­ciaż nie bar­dzo wie­dzia­łam dla­czego.

Z Ber­nar­dem trudno się roz­ma­wiało o pie­nią­dzach, po­nie­waż on ni­gdy nie za­znał kom­fortu, któ­rego może do­świad­czyć ktoś, kto ma pełny port­fel. To uczu­cie było mu obce, w do­datku nic nie ro­bił, żeby to zmie­nić, jed­nak nie wy­ni­kało to z prze­ko­na­nia, że po­sia­da­nie ma­jątku za­biera czło­wie­kowi wol­ność, spo­kój i przy­ja­ciół. Wy­niósł z domu ro­dzin­nego prze­świad­cze­nie, że ni­gdy nie uda mu się do ni­czego dojść, ni­czego osią­gnąć ani ni­czego za­trzy­mać. Za­nim do­je­cha­łam na osie­dle, na któ­rym ku­pi­li­śmy małe miesz­ka­nie w sta­rym bu­dow­nic­twie, do Ber­narda do­tarła in­for­ma­cja o pre­zen­cie od mamy. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, ja­kim ka­na­łem. Po ko­la­cji na­tych­miast po­szedł do ła­zienki i prze­sie­dział tam do­brą go­dzinę, mia­łam więc czas, żeby się przy­go­to­wać do tej trud­nej roz­mowy. Wszedł do po­koju, w chwili kiedy włą­czy­łam te­le­wi­zor. Sta­nął przed ekra­nem, za­sła­nia­jąc ob­raz.

- Sły­sza­łem, że przy­tu­li­ły­ście z sio­strą sporo kasy. To ja­kaś ta­jem­nica ro­dzinna? Mia­łaś za­miar mi po­wie­dzieć?

- Oczy­wi­ście. Cze­ka­łam, aż wyj­dziesz z ła­zienki. To miała być nie­spo­dzianka - skła­ma­łam.

- Co chcesz zro­bić z tymi pie­niędzmi? - za­py­tał i nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź, wy­szedł na bal­kon za­pa­lić. Po­szłam za nim.

- Chcę mieć dom i za­ło­żyć kan­ce­la­rię prawną - od­par­łam.

Pa­trzy­li­śmy na po­ło­żony w dole sklep, lu­dzie wcho­dzili do niego i z niego wy­cho­dzili jak mrówki uwi­ja­jące się przy mro­wi­sku. Pod­jeż­dżały ko­lejne sa­mo­chody, smród spa­lin do­cho­dził do na­szego pię­tra.

- Twoje pie­nią­dze, twoje de­cy­zje, ja nic z tego nie chcę - po­wie­dział. Od­su­nął się ode mnie ob­ra­żony i ura­żony fak­tem, że ja mam tak wiele, a on pra­wie nic.

- Tak, to są moje pie­nią­dze, przy­naj­mniej te­raz, póki nie mamy dzieci, po­tem...

- Jak cię za­płod­nię, za­pi­szesz mi pół kró­le­stwa? - prych­nął. - Marta, czy ty się sły­szysz?

- Może źle to za­brzmiało. Cho­dzi mi o to, że chcę się za­bez­pie­czyć. Drugi raz nie do­stanę spadku po ojcu i pre­zentu od mamy. Po­staw się w mo­jej sy­tu­acji, zro­bił­byś do­kład­nie to samo, a już na pewno tak do­ra­dzi­łaby ci matka. Za ty­dzień jest nasz ślub, po roku, po trzech la­tach może się oka­zać, że nam nie wy­szło, wtedy trzeba dzie­lić wszystko na pół, we­dług mnie to nie bę­dzie fair. Na ten ka­wał ma­jątku całe ży­cie ciężko pra­co­wali moi ro­dzice, bo prze­cież na­wet nie ja.

Ber­nard ode­rwał łok­cie od ba­lu­strady i się wy­pro­sto­wał.

- Po co ty w ogóle za mnie wy­cho­dzisz, skoro z góry za­kła­dasz, że się roz­sta­niemy? Do czego ja ci je­stem po­trzebny? Czy ty mnie ko­chasz?

Ber­nard wciąż mnie py­tał, czy go ko­cham. Ta jego iry­tu­jąca nie­pew­ność - sie­bie, mnie, uczuć, ko­lej­nego dnia - wci­skała się po­mię­dzy nas przy każ­dej waż­niej­szej roz­mo­wie. Pada deszcz, ko­chasz mnie? Boli mnie brzuch, ko­chasz mnie? Ju­tro bę­dzie fu­tro, ko­chasz mnie? Za­wsze od­po­wia­da­łam: "tak". Jak au­to­mat, ro­bot, echo. Mia­łam dwa­dzie­ścia sześć lat, po­zo­sta­wało mi tylko wyjść za mąż za ko­goś, kto już tyle cze­kał, że nie wy­pa­dało od­mó­wić. Sta­li­śmy na bal­ko­nie w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, żar z pa­pie­rosa Ber­narda wy­zna­czał trasę jego zde­ner­wo­wa­nej dłoni. Góra, dół, tro­chę w bok, z da­leka od mo­ich pal­ców ści­ska­ją­cych ba­rierkę. Nic nie mó­wił, dła­wił się czarną ener­gią, którą wy­two­rzył.

- Te pie­nią­dze ni­czego nie zmie­niają mię­dzy nami, są obok.

- Wiesz jaki mam sto­su­nek do pie­nię­dzy, mimo wszystko czuję się oszu­kany - oświad­czył i wszedł do miesz­ka­nia. Za­mknął drzwi.

Po­tem był nasz ślub.

Za­sta­na­wia­łam się, jak wy­drą­żyć w skale udane mał­żeń­stwo z Ber­nar­dem, skoro na star­cie, za­kła­da­jąc we­lon, cze­ka­łam na wia­do­mość od in­nego męż­czy­zny. Rzuć mi koło ra­tun­kowe, mó­wi­łam do tego, któ­rego ko­cha­łam, bez­na­dziej­nie się przy tym ob­na­ża­jąc. Dra­ma­tyczna na­sto­latka w środku, młoda ko­bieta w lu­strza­nym od­bi­ciu. Gła­dzi­łam fałdy bia­łej su­kienki i my­śla­łam o Emilu, o tym dniu, kiedy sie­dzia­łam na be­to­no­wym co­kole przed lot­ni­skiem i pła­ka­łam. Po­wie­trze miało za­pach słońca i bruku, było mie­sza­niną smro­dów ulicy i za­pa­chów per­fum śpie­szą­cych na wa­ka­cje tu­ry­stów. Ry­cza­łam jak uczen­nica za­bu­jana w na­uczy­cielu fi­zyki, sól łez ci­snęła mi się do ust, woda z nosa ście­kała po gór­nej war­dze, wy­cie­ra­łam rę­ka­wem bia­łej ko­szuli ten ża­ło­sny po­tok i po­wta­rza­łam: "kurwa mać, kurwa mać", jakby to było ja­kieś mi­ło­sne za­klę­cie. Lu­dzie dys­kret­nie zer­kali w moją stronę, każdy za­wsze cie­kawy, dla­czego dziew­czyna tak otwar­cie pła­cze, na­wet głowy nie spusz­cza. Lot­ni­sko to do­sko­nałe miej­sce do pła­czu, lu­dzie się roz­dzie­lają, prze­ży­wają roz­łąkę i od­kle­jają się od zwy­czaj­no­ści tylko dla­tego, że zna­leźli się w miej­scu od­lo­tów. Jakby to, co dzieje się na lot­ni­sku, miało znacz­nie więk­sze zna­cze­nie od tego, co dzieje się na osie­dlo­wym po­dwórku.

Rzadko jeź­dzi­łam do War­szawy po ukoń­cze­niu stu­diów, a je­śli już, to tylko na ja­kieś wy­jąt­kowe wy­da­rze­nia, na które za­pra­szali mnie zna­jomi z roku. Emil Lo­the był ak­to­rem, po­pu­lar­nym ak­to­rem z do­rob­kiem, ro­lami w za­gra­nicz­nych pro­duk­cjach, na­gro­dami, wy­wia­dami, fo­to­sami, ale za­cho­wy­wał się bar­dziej zwy­czaj­nie niż tłum ga­piów i ludz­kich rze­pów, który go ota­czał. Ża­ło­wa­łam, że nie za­ło­ży­łam czer­wo­nej su­kienki do ko­stek z le­ją­cego ma­te­riału, którą przy­słała mi matka, czu­ła­bym się pew­niej w ame­ry­kań­skim szyku, mia­ła­bym wię­cej swo­body w ra­mio­nach i w oko­li­cach ud. Mia­łam na so­bie czarny kom­bi­ne­zon, bez ozdób i bez kształtu, rzędy bran­so­le­tek z ko­ra­li­ków i wy­soko upięte włosy. Był to czas, kiedy ma­lo­wa­łam po­wieki per­ło­wymi cie­niami i mocno pod­kre­śla­łam kształt ust czer­woną szminką. Pa­trząc na tamtą sie­bie, czuję się za­że­no­wana, bro­niła mnie tylko mło­dość.

Emil wy­pa­trzył mnie w tłu­mie roz­krzy­cza­nych go­ści, któ­rym udało się zdo­być za­pro­sze­nie na tę im­prezę, choć nie wie­dzie­li­śmy do­kład­nie, kto był tam go­spo­da­rzem i do kogo na­le­żała willa. W pu­chate dy­wany wsią­kało piwo i czer­wone wino, lu­dzie do­ga­szali pa­pie­rosy w do­nicz­kach eg­zo­tycz­nych kwia­tów, pa­tery pełne wy­myśl­nie ozdo­bio­nych ka­na­pek roz­no­sił ja­kiś po­nury pan, który nie od­zy­wał się do go­ści, a tylko wska­zy­wał drogę do to­a­lety.

Emil trzy­mał przy mnie wartę przez cały wie­czór. Na­wet gdy opie­rał się o ścianę, ro­bił to tak, żeby mnie chro­nić przed ludźmi na­pie­ra­ją­cymi ze­wsząd w dro­dze po ko­lej­nego drinka. Schle­biało mi jego za­in­te­re­so­wa­nie moją osobą, ale uwa­ża­łam, żeby się nie wy­chy­lić, pil­no­wa­łam ge­stów i słów, nie było to trudne, Emil ze mną po pro­stu roz­ma­wiał. Nie pod­ry­wał, nie uwo­dził, słu­chał, po­tem sam opo­wia­dał, prze­rzu­ca­li­śmy się bły­skot­kami w tej roz­mo­wie. Przy­su­wali się do nas różni lu­dzie, ale szybko od­cho­dzili, nie by­li­śmy nimi za­in­te­re­so­wani. Emil nie chciał tań­czyć, ja nie chcia­łam tra­cić czasu na prze­py­chanki w ki­wa­ją­cym się tłu­mie. Kiedy zro­biło się zbyt gło­śno, za­pro­po­no­wał, że­by­śmy się prze­szli po oko­licy. Wę­dro­wa­li­śmy w ciem­no­ściach tu i ów­dzie roz­pro­szo­nych neo­nami, obej­mu­jąc się tak lekko, żeby tylko zmie­szały się na­sze za­pa­chy. By­łam oszo­ło­miona, bli­skość Emila, jego za­in­te­re­so­wa­nie moją nie­ważną osobą, snu­cie ni­te­czek sym­pa­tii, zbli­ża­nie się, wszystko to mnie roz­bra­jało i chcia­łam wię­cej.

- Nie jest ci zimno? - Emil za­trzy­mał się i do­tknął mo­jego ra­mie­nia.

- Nie wiem - od­par­łam i się ro­ze­śmia­łam. - Nic nie czuję w tej chwili: ani nocy, ani tem­pe­ra­tury, może za dużo wy­pi­łam.

- To do­brze, bo nie mam ma­ry­narki, żeby ci ją na­rzu­cić na ra­miona.

- Jak w fil­mach...

- Tylko w fil­mach. Gram ju­tro w Kra­ko­wie, po­wi­nie­nem tam do­trzeć o przy­zwo­itej go­dzi­nie. - Męż­czy­zna po­dał mi dłoń, że­bym mo­gła wejść na scho­dek. - Szkoda, tak się miło z tobą roz­ma­wia i... prze­bywa. Na­prawdę mu­szę już się po­że­gnać. Za­mó­wię ci tak­sówkę.

- Te­raz je­dziesz do Kra­kowa? Sa­mo­cho­dem?

Emil przy­tak­nął.

- Do­brze się składa. Mo­gła­bym się z tobą za­brać? Z Kra­kowa mam bli­żej do domu.

- Nie miesz­kasz w War­sza­wie? - zdzi­wił się.

- A wy­glą­dam na war­sza­wiankę? Przy­je­cha­łam do sto­licy świę­to­wać z ko­le­gami ze stu­diów, wy­jeż­dżają na kon­trakt do Sta­nów i ja­kimś dziw­nym tra­fem wy­lą­do­wa­li­śmy w tej willi, któ­rej wła­ści­cie­lem jest pew­nie pol­ski Wielki Gatsby.

Emil się uśmiech­nął.

- Znam wła­ści­ciela, mogę za­rę­czyć, że bli­żej mu do He­min­gwaya w ostat­nich dniach ży­cia niż do Ga­stby'ego. Masz ja­kiś ba­gaż oprócz tej to­re­beczki? - Spoj­rzał na moją czarną to­rebkę, którą prze­kła­da­łam z ręki do ręki, a mimo to wciąż mi za­wa­dzała.

- Mam ba­gaż w ho­telu.

Wró­ci­li­śmy do willi i nie że­gna­jąc się z ni­kim, po­je­cha­li­śmy do mia­sta.

Emil cze­kał w re­cep­cji, kiedy pa­ko­wa­łam ko­sme­tyki i pi­żamę do ma­łej torby ze skaju. Mój złoty kol­czyk spadł na dy­wan i do­piero gdy się schy­li­łam, by go pod­nieść, po­czu­łam za­wrót głowy i uświa­do­mi­łam so­bie, jak bar­dzo je­stem pi­jana. Ro­ze­bra­łam się i wzię­łam szybki prysz­nic, ze szcze­gólną sta­ran­no­ścią szo­ru­jąc oko­lice pach i skórę mię­dzy udami. Prze­bra­łam się w czarne dżinsy, tak cia­sne, że by je do­piąć, mu­sia­łam się po­ło­żyć na łóżku. Biały pod­ko­szu­lek z na­dru­kiem firmy Fila nie zmie­ścił się za pas, wy­pu­ści­łam go luźno.

Je­cha­li­śmy szybko, Emil pro­wa­dził pew­nie, jedna dłoń trzy­mała kie­row­nicę, druga ge­sty­ku­lo­wała do wtóru opo­wie­ściom, przez pierw­szą go­dzinę po­dróży nie prze­sta­wał za­ba­wiać mnie roz­mową. Zer­ka­łam na jego pro­fil, nie­do­sko­nały, może na­wet szpetny. Emil miał mocną szczękę i nieco spłasz­czony nos, mógł w każ­dym fil­mie za­grać nie­miec­kiego żoł­nie­rza, groź­nego, ale czu­łego. Przy­po­mi­na­łam so­bie jego role ekra­nowe - cho­ciaż był przed czter­dziestką, ze­brało się ich sporo. Wcie­lał się w po­sta­cie główne, epi­zo­dyczne, twar­dzieli, okrut­ni­ków i ta­jem­ni­czych aman­tów. Ko­biety, które mu part­ne­ro­wały, były piękne i bez wy­razu, tak jak jego pierw­sza żona, ak­torka trze­ciego planu, z którą roz­wiódł się trzy lata wcze­śniej. Bez­dzietne mał­żeń­stwo za­koń­czyło się w ko­lo­ro­wej ga­ze­cie, gdzie po­rzu­cona mał­żonka roz­li­czyła się pu­blicz­nie ze sław­nym mę­żem, wy­po­mi­na­jąc mu nie­wier­ność i brak za­in­te­re­so­wa­nia jej osobą, za­in­te­re­so­wa­nia, na ja­kie so­bie za­słu­żyła swoją bez­względną wier­no­ścią i po­świę­ce­niem. Nie py­ta­łam o nią, ale Emil chciał wie­dzieć, czy je­stem z kimś na stałe. Spo­ty­ka­łam się z Ber­nar­dem, jed­nak w dro­dze do Kra­kowa by­łam wolna i za ni­kim nie tę­sk­ni­łam.

- Na stu­diach za dużo się ba­wi­łam, żeby szu­kać męża jak moje ko­le­żanki, na­to­miast te­raz, po stu­diach, to nie wiem, gdzie mia­ła­bym męża zna­leźć. Na sali są­do­wej?

- Le­piej być dziew­czyną gang­stera niż nud­nego pro­ku­ra­tora. Wła­śnie taki sce­na­riusz czy­tam, ona musi wy­bie­rać. Nie­stety gram rolę nu­dzia­rza, po­wie­dzieli, że na gang­stera mam za ja­sne włosy, a jak mnie ufar­bują, to będę jak Azja w Panu Wo­ło­dy­jow­skim, czyli prze­far­bo­wany Da­niel Ol­brych­ski.

- Nowy film?

- Tak, bę­dziemy krę­cić w So­po­cie, ale nie wiem, kiedy start, po­ja­wiły się kom­pli­ka­cje z pro­du­cen­tami. W każ­dym ra­zie pro­ku­ra­tor Kar­ma­zyn, to ja.

- Pójdę do kina. - Mój wzrok wró­cił na szosę. Ki­lo­me­try ucie­kały za szybko, trzy­ma­łam się w ob­ję­ciach i za­czy­na­łam się de­ner­wo­wać. Emil był ostrożny, nie umia­łam wy­czy­tać z jego za­cho­wa­nia, czy to, co się mię­dzy nami dzieje, to dla niego in­cy­dent, scena prze­ćwi­czona wiele razy z do­brze prze­my­śla­nym za­koń­cze­niem? Ile ta­kich dziew­czyn sie­działo na moim miej­scu? My­śla­łam o tym, nie łu­dzi­łam się, że je­stem kimś wy­jąt­ko­wym, było mi kom­plet­nie obo­jętne z ja­kim nu­me­rem skoń­czę tę przy­godę.

Do­je­cha­li­śmy do Kra­kowa o czwar­tej nad ra­nem. Nie mia­łam po­my­słu, co ze sobą po­cząć, Emil rów­nież nie miał żad­nej pro­po­zy­cji dla nas. Po­pro­si­łam, żeby mnie wy­sa­dził przed dwor­cem ko­le­jo­wym. Nie za­py­tał, na jaki po­ciąg mi śpieszno, na­gle wszystko się urwało, na­sze po­ro­zu­mie­nie ob­cych dusz, sym­pa­tyczna mgiełka za­częła opa­dać. Wy­sie­dli­śmy z auta, Emil po­dał mi torbę, którą od­ru­chowo po­sta­wi­łam na chod­niku. Prze­cią­gnął się, po­pra­wił włosy i się za­wa­hał. Chciał i nie chciał do mnie po­dejść, sta­łam bez ru­chu, nie za­mie­rza­łam mu po­ma­gać.

- Może po­zwo­lisz, że­bym do cie­bie za­dzwo­nił? - Wbił palce we włosy i jesz­cze raz je prze­cze­sał. Ro­bił tak czę­sto na ekra­nie.

Wy­ję­łam z kie­szeni paczkę pa­pie­ro­sów, ode­rwa­łam skra­wek pa­pieru. Emil pod­dał mi dłu­go­pis.

- Pod tym nu­me­rem miesz­kam z tatą, on za­wsze od­biera.

- Jak ma na imię?

- Fran­ci­szek.

- Do­brze, za­tem będę pro­sił Fran­ciszka, żeby za­wo­łał do te­le­fonu Martę.

- Dzię­kuję za pod­wózkę i za ten wie­czór.

Wy­cią­gnę­łam do niego rękę. Emil roz­ło­żył ra­miona.

- Po­że­gnajmy się po­rząd­nie.

To ja zro­bi­łam dwa kroki, wtu­li­łam się w niego, ale moje ra­miona zwi­sały wzdłuż ciała, nie śmia­łam ich pod­nieść. Emil oparł brodę na czubku mo­jej głowy i trzy­mał mnie w uści­sku. Nie pach­niał wodą ko­loń­ską, czu­łam tylko jego wła­sny za­pach. Miał silne ra­miona.

- Cie­kawe, czy jesz­cze się kie­dyś spo­tkamy.

- Nie są­dzę - po­wie­dzia­łam.

- Nie są­dzisz?

Od­su­nę­łam się od niego. Na dwo­rze było już ja­sno, do­tknę­łam jego twa­rzy, a on za­trzy­mał moją dłoń na po­liczku.

W ho­telu, od kel­nera po re­cep­cjo­ni­stę, wszy­scy wi­dzieli nas ra­zem, wcho­dzą­cych po scho­dach na pię­tro. Ca­ło­wa­li­śmy się, przy­sta­wa­li­śmy co kilka stopni, żeby się ob­jąć i pa­trzeć na sie­bie z bli­ska. Nie prze­szka­dzały nam cie­kaw­skie lor­netki ukryte w każ­dym ką­cie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki