ROZDZIAŁ 1
Przeszłam przez ciemny salon i zatrzymałam się przy uchylonych drzwiach do pokoju, w którym leżał Bernard. Położyłam dłoń na klamce, przytuliłam głowę do drewnianego skrzydła. Serce tykało niczym zbyt mocno nakręcona zabawka. Stałam z zamkniętymi oczami, nie liczyłam sekund ani nie nasłuchiwałam, czekałam na moment, kiedy zacznę się uspokajać. Czasami trwało to kilka sekund, czasami tak długo, że rezygnowałam i szłam na górę, nie sprawdzając, czy jeszcze żyje.
Drzwi, które pchnęłam sztywnym palcem, otworzyły się na oścież. Przy łóżku stała lampa, materiałowy klosz przepuszczał mleczne światło, nadając mu miętowy odcień. Bernard leżał na wznak, ciasno owinięty kocem jak spowite becikiem dziecko, któremu unieruchamia się rączki, żeby nie drapało maleńkiego nosa. Podeszłam do łóżka, ale nie dość blisko, by ocenić ponad wszelką wątpliwość, czy klatka piersiowa Bernarda wciąż się unosi i opada, czy jest już nieruchomą skarpą. Bałam się, że to ja będę tą osobą, która znajdzie go martwego, i na mnie spadnie obowiązek zawiadamiania, wzywania, podpisywania, może nawet organizowania pogrzebu. W mojej kartotece do końca życia pozostanie wspomnienie chwili, gdy umarł Bernard. Ludzie będą sobie używać przez wiele lat, opowiadając sąsiadom i dzieciom: Czy to nie ironia losu, że to akurat Marta znalazła go martwego? Jak to się życie dziwnie plecie, wrócił do domu po śmierć... Ciekawe, czy ją przeprosił, zanim umarł.
Stałam pośrodku mojego gabinetu, który przez te wszystkie lata pełnił różne funkcje i przesiąkł zapachami różnych osób. Ludzie wieszali na oparciu fotela części garderoby, pod łóżkiem znajdowałam kawałki plastiku, które do niczego nie pasowały, grzebienie, agrafki, zgniecione puszki albo, jak ostatnio, prezerwatywę zawiniętą w kawałek papieru toaletowego. Gabinet często przemieniał się w magazyn, w którym kurierzy zrzucali paczki - czekały potem na rozpakowanie całymi tygodniami. Kupowałam coraz więcej, ale coraz częściej brakowało mi entuzjazmu, żeby swoje zakupy zobaczyć. Teraz leżał tu Bernard. Karetka szpitalna przywiozła go siódmego czerwca, zaraz po dziesiątej rano, a tuż po jedenastej pielęgniarze odjechali.
Hope weszła do pokoju, wyminęła mnie i podeszła do łóżka. Sprawdziła godzinę na zegarku przypiętym do bluzy niczym broszka. Dotknęła poduszki, wyrównała fałdę na kołdrze i uśmiechnęła się do swojego pacjenta.
- Niech pani Marta idzie, ja posiedzę przy pan. Pani Marta ma dość na dziś.
Schyliła się, żeby podnieść z podłogi kilka czystych wacików. Jej ogromny, mięsisty tyłek wypiął się wysoko. Powąchała leżącego bez ruchu Bernarda i pogładziła jego czoło. Hope od jakiegoś czasu fascynowała się tematem stawiania diagnoz za pomocą węchu, po tym jak odkryła u siebie zalążki takich umiejętności. Przekonywała mnie, że jej nos jest prawie tak dobry jak nos psa, i cierpliwie uczyła się rozpoznawać choroby po zapachu skóry. Z Joy Milne była w stałym kontakcie i zeszłego lata poleciała do Szkocji, żeby poznać osobiście kobietę stawiającą diagnozy po zapachu. Milne była w stanie, wąchając T-shirt, wyczuć chorobę Parkinsona, zanim ta się ujawniła.
- Żyje? - zapytałam, stojąc kilka kroków od łóżka.
- Pan żyje. - Hope podniosła głowę. - Pani nie boi się... jeszcze śmierć nie idzie.
Podeszłam bliżej. Bernard miał zamknięte oczy, ale jego powieki lekko drgały. Na śniadej, gładkiej skórze pojawiły się czerwone plamki i fioletowe niteczki. Nie zauważyłam ich wcześniej, ale też od bardzo dawna nie widziałam z bliska jego twarzy. Wychudł, nie wyglądał przez to młodziej, przeciwnie, wydawał się przemęczony i nie miało to nic wspólnego ze śpiączką, w której zanurzył się jego mózg. Nieprzerwany sen trwał już dziesięć tygodni i wbrew temu, co wyrokowali lekarze, stan Bernarda się nie pogarszał.
- Biedny pan. - Hope obeszła łóżko i zapaliła drugą lampkę. - Będę teraz czytać dla niego. Mam co czytać... niedługo egzamin.
Hope kończyła studia pielęgniarskie, na które złożyła się jej rodzina mieszkająca w Anglii. Ciotka Doris zapłaciła za pierwszy rok, wuj Lovemore za drugi, trzeci rok sfinansowała córka ciotki Doris, Joyce, która przeniosła się z państwowej do prywatnej służby zdrowia i po kilku tygodniach wyszła za mąż za wdzięcznego pacjenta. Tego samego życzyła Hope, której uroda zaczynała rozkwitać dopiero teraz, gdy dziewczyna skończyła dwadzieścia pięć lat. Kiedy szła ulicą, za jej tyłkiem poduszkowcem oglądali się prawie wszyscy mężczyźni. Młodsi gwizdali, starsi chrząkali. Młodym, na myśl, że mogliby jej dotknąć, nagle zasychało w gardle i odruchowo dotykali nabrzmiałego krocza. Hope była dumna ze swojego tyłka, nosiła ubrania, które podkreślały to niezwykłe zjawisko, choć z dobraniem dżinsów odpowiednio szerokich w biodrach, a wąskich w pasie miała coraz większy problem.
W moim domu zamieszkała przed dwoma laty, zaraz po zakończeniu semestru letniego. Poznałam ją dzięki mojej przyjaciółce Ewie, lekarce, która wykładała na uczelni na kierunku pielęgniarstwo. Ewa zachwycała się swoimi studentami z różnych zakątków świata, a ci uwielbiali jej poczucie humoru i dystans do siebie, ale najwięcej kontaktów towarzyskich utrzymywała ze studentkami z Zimbabwe i Nigerii. Przyszła na lunch z Hope, przedstawiła ją jako swoją najlepszą studentkę i już we trzy doszłyśmy do wniosku, że mój ogromny dom może pomieścić dwie kobiety. Hope nie pojechała do Zimbabwe na wakacje, miałyśmy trzy miesiące, żeby się poznać i ocenić, czy chcemy ze sobą mieszkać na dłużej i dzielić wszystko to, co się dzieli, żyjąc pod jednym dachem i gotując w jednej kuchni. Hope przepracowała całe lato w restauracji mojej koleżanki. Zaczynała o dwunastej w południe, więc wszystkie śniadania jadłyśmy razem, czasami udawało się zjeść wspólnie niedzielny obiad, który przygotowywałam specjalnie dla niej. Uwielbiła pierogi, słodkie bułki z rodzynkami i dobrze wysmażone steki.
Hope usiadła przy łóżku i rozłożyła na kolanach notatki opisane tytułem "Surgical nursing". Stałam niezdecydowana, czy mam wyjść czy wykorzystać ten moment, żeby porozmawiać z dziewczyną na temat nowej sytuacji. Przed tygodniem obwieściłam jej, że przez jakiś czas będziemy musiały zająć się moim byłym mężem, który zapadł w śpiączkę, nie uściślając, co dokładnie mam na myśli. Zająć się w sensie opieki pielęgniarskiej? Kroplówki, pampersy, odleżyny, czytanie do snu? Tych pytań Hope nie zadała, chciała tylko wiedzieć, ile państwo są po rozwodzie. Dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat i dwa miesiące mija właśnie teraz, w czerwcu.
- Nie musisz przy nim siedzieć każdej nocy... Pielęgniarka będzie rano.
Hope spojrzała zaskoczona.
- Muszę, pan nie lubi być sam, w noc nie lubi leżeć sam.
- Skąd ty możesz wiedzieć, co on lubi, a czego nie? Nie znasz go.
- Chorobę znam, wcale nie lubi być sam - odparła. - Mój wujek tak leżał kilka tygodni... wypadek miał na motoru.
Z początku starałam się poprawiać Hope, kiedy niegramatycznie składała zdania, ale z czasem zaniechałam tej nauczycielskiej maniery. Nie z powodu obojętności czy braku rezultatów - Hope posługiwała się polszczyzną wciąż bardzo zabawnie, ale coraz lepiej - po prostu przyzwyczaiłam się do tego, jak mówi, i moje ucho przestało słyszeć błędy gramatyczne. Przekręcanie wyrazów i ustawianie szyku zdania na wzór języka angielskiego już mi nie przeszkadzało.
Podeszłam do biurka i usiadłam w fotelu z dala od części "ambulatoryjnej" gabinetu. Zapaliłam lampkę stojącą na brzegu. Książki zamówione tydzień wcześniej, ułożone jedna na drugiej, wysuwały się poza krawędzie. Nie miałam ochoty czytać pierwszego zdania, mój umysł chwilowo był zamknięty.
- Przecież on może tak leżeć latami... Jak Schumacher - powiedziałam, odsuwając stos na środek biurka. Biografia Putina spadła na blat.
- Ktoś z pani rodziny ten Schumacher? - Hope zmarszczyła czoło.
- Ach, nie... sławny kierowca Formuły 1, na nartach miał wypadek wiele lat temu, w jednej sekundzie skończyła się jego sława i w tej samej chwili zaczęła udręka wszystkich członków rodziny.
Hope wzruszyła ramionami.
- Dużo jest taka sytuacja, ale co na to można zrobić?
- Modlić się, jak kto wierzący, żeby się nie przytrafiło. Co noc siedzisz przy nim do późna, opiekujesz się, a przecież nie musisz. Hope, nie musisz. Od jutra zacznę szukać pielęgniarki na cały zegar, tak dalej być nie może...
- Ja jestem pielęgniarka! - Hope wstała i szybkim krokiem podeszła do mnie. - Mam jeszcze ostatni semestr do dyplom... Umiem wszystko. Po co wołać inną pielęgniarkę? - Przyklęknęła przy moim fotelu i położyła dłoń na moim kolanie. - Nie bierzmy do nas obcy.
Pogłaskałam ją po policzku.
- Nie poradzimy sobie, znaczy ty... bo ja w ogóle się na tym nie znam. Nie możesz zawalić studiów, twoja ciotka by mi nie darowała. To może potrwać, nawet lekarze nie wiedzą, ile czasu on będzie w takim stanie.
Hope podniosła wyprostowany palec i wskazała sufit.
- Bóg wie, tylko on.
- Więc go zapytaj przy okazji, bardzo bym chciała wiedzieć, jak długo potrwa ten koszmar... - powiedziałam, gasząc lampkę.
Hope obeszła łóżko, przysunęła krzesło bliżej światła i usiadła. Nie doczekałam się żadnej odpowiedzi. Kiedy chciała powiedzieć coś, o czym wiedziała, że może mi się nie spodobać, wybierała dostojne milczenie. Nie zwracając uwagi na mnie, otworzyła swój wielki zeszyt i zaczęła głośno czytać:
- The care needs of surgical patients are core to the role of the nurse and have undergone significant specialization, with the increasing technological and clinical advances in surgery...
Wyszłam na taras. Nie zapaliłam lampionów, żeby nie zleciały się ćmy i oszalałe insekty, które z ciemności wywabi najbledszy nawet płomyk czy zapach. Zeszłego lata zarządziłam założenie wszędzie moskitier, nareszcie można było spać przy otwartym oknie, a komary wlatujące drzwiami padały rażone promieniem UV zaraz w holu. To była jedyna inwestycja, na którą sobie pozwoliłam, odkąd zostałam tu sama. Po co wydawać pieniądze na fanaberie podstarzałej kobiety, która już dawno temu powinna była się wyprowadzić do lokalu, jaki można obejść w kilka sekund? Zapatrzyłam się w jedyne rozświetlone okno domu, który wybudował dla nas Bernard. Nadzorował prace osobiście, wtrącał się we wszystko, mierzył, oceniał, targował się i cały czas powtarzał robotnikom, że ten dom ma stać dwieście lat. Wydawał pieniądze mojej matki tak oszczędnie, jakby sam na nie zapracował, ale przy budowie domu postawił na jakość, a jakość kosztowała tysiące dolarów.
Usiłowałam sobie przypomnieć, jaki wtedy był ten młody Bernard. Dostał imię po ojcu, kuratorze sądowym, który nie przekazał żadnych wybitnych genów swoim dzieciom. Bernard oświadczył mi się w dniu pogrzebu mojego ojca, zaraz po stypie, kiedy ostatni goście pożegnali się z pogrążonymi w żalu córkami. Mama nie przyleciała z Ameryki, sąsiedzi byli oburzeni, choć mało kto już pamiętał, jak wyglądała Matylda Langiewicz.
Bernard usiadł blisko mnie i ujął moją dłoń.
- Będę się tobą opiekował, zawsze i na zawsze.
Siedzieliśmy na kanapie w ciemnym salonie, tam gdzie zwykł siadywać ojciec we wszystkie samotne wieczory przez ostatnie lata życia. Dotknęłam krawędzi stołu w miejscu, gdzie wciąż były widoczne ślady po zębach naszego psa. Fala do salonu wchodziła rzadko, ale kiedy już jej się to udało, wbijała ostre ząbki w drewniane meble i progi. Potem przepraszała, uciekała ze skulonym ogonem do ogrodu, wracała po chwili radosna, pewna, że wszyscy już zapomnieli o zniszczeniach. Bernard nie lubił psów, Fala denerwowała go przede wszystkim dlatego, że był to mój pies. Kiedyś dmuchnął suce dymem z jointa w sam nos i od tego momentu kuliła się i uciekała, gdy się do niej zbliżał. Fala była jedynym świadkiem chwili, kiedy powiedziałam "tak", zaraz potem zaczęła się burza i trzyletnia suka rasy owczarek niemiecki resztę nocy spędziła pod stołem.
- Weźmiemy ślub, kiedy tylko skończy się żałoba. - Bernard wyszedł na chwilę z salonu. Przyniósł kieliszki i butelkę odkorkowanego wina. - Nie musimy na razie nikomu o tym mówić, ludzie zaczęliby gadać, że w takim dniu wyprawiliśmy zaręczyny, ale ja myślę, że twój tato tego właśnie by chciał...
- Umarli nie chcą niczego - powiedziałam cicho.
- Nie mów tak, dużo rozmawiałem z twoim tatą, wiem, jak cię kochał, i zdawał sobie sprawę, jak ja ciebie kocham. Nie mam dla ciebie pierścionka, nie chcę ci dawać byle czego, a na brylant jeszcze nie uzbierałem. Ale będzie, obiecuję.
Obietnice Bernarda, składane spontanicznie, pieczętowane łzami, te ważne i te błahe, wszystkie niespełnione, powiewały jak poszewki schnące na sznurze. Byłam mu wtedy wdzięczna, że usiłuje przebić się przez moją żałobę, choć robił to niedelikatnie i nieudolnie. Liczą się intencje, jak w sprawie o zabójstwo.
- Nie śpieszmy się z weselem - stwierdziłam.
- Wesela może w ogóle nie być, jeśli o mnie chodzi. Przyjdą, nażrą się, obgadają, na koniec zrobią mordownię na parkiecie.
- Nie mogę teraz układać listy gości, dajmy już sobie spokój, to nie jest dobry moment.
- Jasne, chodzi mi o to, żebyś miała o czym myśleć. - Bernard podał mi kieliszek. Usiadł obok mnie przy niskiej ławie. Nasze kolana się stykały.
Wsparłam skroń na jego ramieniu.
- Mam taką pustkę w głowie, jakby był w niej kosmos. Planety, gwiazdy, wszystkie oddalone od siebie o miliardy lat świetlnych, zupełnie jak moje myśli. Nic mi się nie chce skleić w jedno, okropny chaos. - Mój wzrok zatrzymał się na niedomytej, pękniętej na brzegu popielniczce, w której tato gasił papierosy. Stary kryształ, zwykły przedmiot, trwalszy niż życie człowieka.
- Lubiłem twojego tatę, mieliśmy dobry kontakt...
Bernard westchnął i rozluźnił mięśnie. Ramię, które obejmowałam, zwisało teraz niczym złamana gałąź. Siedzieliśmy w milczeniu, żadne z nas nie myślało o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Ja nie mogłam wyjść z kaplicy i odejść od urny, wciąż tam tkwiłam przy ojcu, obok zapłakanej Moniki, która szarpała raz mój rękaw, to znów rękaw koszuli swojego męża Daniela, podczas gdy Bernard się zastanawiał, czy jego matka zechce przyjechać na ślub, czy nie wymyśli jakiejś przeszkody w ostatniej chwili, jak miała w zwyczaju. Nie była do przesady zainteresowana wydarzeniami z życia swojego starszego syna. Bernard przez ostatnich kilka lat kontaktował się z nią wyłącznie wtedy, kiedy w kalendarzu pojawiały się świąteczne daty - Boże Narodzenie, Wielkanoc, Dzień Matki, imieniny Krystyny. Rozmowy matki i syna były nieporadne, przy czym to on wykazywał więcej zainteresowania i troski o nią niż ona o niego. Co u ciebie, mamo? Co ma być? Licho... ani zdrowia, ani nie ma się z czego ucieszyć. Zmieniłem pracę, wiesz... będę sprzedawał samochody w salonie. W salonie? Jakim salonie? Samochodowym, mamo. Twój brat matury nie zdał, ale to pewnie już wiesz. Ty też nie masz matury, wychowałam samych głąbów. Ja maturę jeszcze zrobię, taki mam plan, mamo. Akurat, czyś ty kiedy zrobił to, co mówiłeś, że zrobisz? Zresztą po co wam te matury, te studia? Z bratem rozmawiałeś? Skarży się, że do niego nie dzwonisz. Nie dzwonię, on by mógł zadzwonić choć raz. Wiesz, ciotka Wiesia była wczoraj, mówiła, że schudłam, nie mogę jeść tyle, co kiedyś, nic mi nie smakuje. Spać też nie mogę, tabletki biorę, nie są skuteczne, lekarz mówił, że mocne, mnie w każdym razie nie pomagają. Wiesia bierze signopam, może i mnie by lekarz zapisał? Mamo, ojciec Marty jest bardzo chory, przygotowujemy się na najgorsze... A kto dzisiaj zdrowy? On chłop jak dąb, wszystkich nas przeżyje. Te leki to pewnie tylko psychiatra może zapisać... Twój brat jutro przyjdzie trawę kosić, to mu powiem, żeby zadzwonił, ale lepiej ty zadzwoń.
Bernard zamykał się w łazience na czas rozmów z matką, a gdy skończył, natychmiast biegł do lodówki po piwo. Pił szybko, bez delektowania się smakiem. Będzie jej musiał powiedzieć o zaręczynach odpowiednio wcześniej, matka potrzebowała miesięcy, żeby przyzwyczaić się do jakiejkolwiek nowej sytuacji i przesunąć choćby o milimetr swoje rytuały. Lubiła mnie, nieświadoma, że ja winię ją za to, jak wychowała swoje dzieci, dwóch zakompleksionych i nieszczęśliwych synów, których nie brała na kolana, nie trzymała za rękę, nie dotykała od dnia, kiedy przestali sikać w pieluchy, a jedyny fizyczny kontakt, jaki mieli z matką, sprowadzał się do sytuacji, gdy musiała ich przytrzymać na fotelu dentystycznym.
Położyliśmy się spać kilka minut po północy. Bernard miał ochotę na seks, wiercił się pod kołdrą i starał się nie patrzeć na czarną sukienkę wiszącą na drzwiach.
- Nie wiem, czy zasnę - powiedziałam. - Dobrze, że ten dzień już się skończył.
- Dotknij mnie... - Bernard zaczął przybliżać moją dłoń do swojego uda.
- Nie, nie mogę teraz, nawet nie zaczynaj...
- Tylko mnie dotknij... to potrwa chwilę...
Zamknęłam oczy i pozwoliłam mu prowadzić dłoń tam, gdzie chciał.
Wstałam, zanim dom się obudził. Robiąc kawę, myślałam o tych wszystkich zgromadzonych w pokoju ojca rzeczach, które trzeba będzie uprzątnąć. Ojciec był kolekcjonerem niepotrzebnych sprzętów, dokumentów, butów i instrukcji obsługi, pralek, lodówek, telewizorów i kalkulatorów. Zbierał drobiazgi żelazne, plastikowe, drewniane, kawałki nie wiadomo czego, które kiedyś się oderwały od jakichś urządzeń czy przedmiotów. W garażu czekała na nas góra śmieci i resztek. Chciałam posprzątać po ojcu jak najszybciej, ale Monika uważała, że powinniśmy trochę odczekać po pogrzebie, zanim zacznie się wielkie wywalanie i wywożenie.
Zastałam ją w kuchni siedzącą przy stole, owiniętą kocem, który kiedyś służył jako podkładka do prasowania.
- Spałaś w nocy? Ja chyba zasnęłam, nie słyszałam was na dole. Daniel też padł wcześnie. Długo siedzieliście? - Ziewnęła.
Odpowiedziałam, że długo, ale nie informowałam jej, co się wydarzyło. Nie miałam siły, żeby odtworzyć rozmowę na temat moich zaręczyn. Bolała mnie głowa, czułam mdłości, nawet zapach kawy mnie drażnił. Zrobiłam kawę dla Moniki, sobie zaparzyłam zieloną herbatę.
- Wszędzie pachnie ojcem... Ubrania taty wiszą w szafie, czapka leży na łóżku, widziałaś? Ktoś położył na poduszce czapkę, tę białą z daszkiem, jego ulubioną. Uważał, że noszenie czapki zatrzyma proces łysienia. Ojciec bał się starości, może właśnie dlatego tak wcześnie umarł.
Monika schowała gołe nogi pod blat. Miała mlecznobiałą skórę, która nie widziała słońca od kilkunastu lat. Jej strach przed udarem czy rakiem skóry dawno już przerodził się w obsesję. Ze słońca zrobiła sobie wroga, jednego z wielu.
- Przestań bredzić. Sama położyłam czapkę na łóżku, w domu jest jeszcze więcej taty. Zgniecione na piętach pantofle, pędzel do golenia z szorstkimi włoskami, żyletka, napoczęty krem, skórzany pasek do spodni z wyrobionymi dziurkami, które sam wybijał, kiedy z postawnego mężczyzny zamieniał się w stracha na wróble. Miejmy to z głowy, potem będzie jeszcze trudniej - powiedziałam, wstając z krzesła.
- Trochę za prędko jak dla mnie, ale okej, rób, jak uważasz, w końcu to ty z nim byłaś najbliżej. - Monika wypowiedziała to zdanie z niechęcią.
- Mieszkaliśmy razem, trudno nie być blisko.
- Nie o mieszkanie tu chodzi, tylko o wasze relacje, ja w każdym razie byłam poza nawiasem i to jest fakt.
Monika miała szczególny dar: wyczuwała, kiedy i w którym miejscu uderzyć, żeby najbardziej bolało, i zadawała cios. Nie liczyłam, że będzie dla mnie wsparciem po śmierci ojca, empatia nie była zapisana w jej prywatnym dekalogu, ale zrobiło mi się jeszcze smutniej, kiedy zaczęła się użalać nad sobą jako tą niekochaną córką numer dwa. Starałam się na nią nie patrzeć, kiedy mówiła o ojcu, który nie miał dla niej i jej syna wiele czasu, nigdy nie przyjechał do niej na Wigilię, nie pamiętał daty urodzin swojej córki, a przede wszystkim ostentacyjnie ignorował jej męża. Przeczekałam długi wywód na temat więzi, jakie powinny łączyć ojca z córką i syna z matką, jakie to wszystko ważne i potrzebne.
- Potem nagle śmierć przerywa partię, wszystko na szachownicy zastyga i jest już za późno na nadrabianie. To się tyczy nas wszystkich. Myślałam, że mama przyleci na pogrzeb, nadal jestem w szoku, że nie przyleciała. Musiałam za nią oczami świecić na pogrzebie, ludzie pytali, co z nią się stało, czy może też umarła, bo przecież gdyby żyła...
- Gdyby przyleciała, nie mogłaby wrócić do Ameryki, nie ma zielonej karty, wiesz o tym - przerwałam jej.
- Wiem, oczywiście, że wiem, ale przecież umarł jej mąż, najbliższa osoba. Może zresztą czas kończyć tę amerykańską przygodę, która trwa już... ile? Ponad trzynaście lat.
- Skąd wiesz, kto jest dla naszej matki najbliższą osobą? My na pewno nie, a czy ojciec? Wątpię.
Postawiłam kubek z napisem I love NY obok paczki papierosów. Monika wyciągnęła jednego i powąchała. Tę paczkę tato otworzył, ale nie zdążył wypalić wszystkich.
- Wczoraj nawet nie zadzwoniła... - Odłożyła papierosa. - Pomijam aspekt "co ludzie powiedzą", ale dla niej samej, dla nas, śmierć ojca to cios. Kompletnie jej nie rozumiem.
Podeszłam do okna i oparłam się o parapet.
- Sądzę... - zawahałam się, czy powiedzieć głośno to, o czym myślałam przez ostatnie lata, kiedy Monika narzekała na los ojca i nasz obowiązek doglądania go, choć wcale tego od nas nie oczekiwał ani nie potrzebował. Śmierć zabrała go nagle, kiedy był jeszcze w całkiem dobrej formie.
Monika piła kawę i gapiła się bezmyślnie w palniki kuchenki. Słaby niebieski płomień wił się pod czajnikiem.
- Sądzę, że rodzice zupełnie do siebie nie pasowali i kiedy nadarzyła się okazja... no wiesz, rozdzielili się... - powiedziałam i zanim zaprotestowała, dokończyłam zdanie: - oni wiedzieli od dawna, że to koniec, dlatego nic dramatycznego się nie działo, wytłumaczyli się przed sobą. Może specjalnie ojciec poleciał za matką do Ameryki, żeby z dala od nas zakończyć swoje małżeństwo? Ojciec po trzech latach wrócił pogodzony, że nic z tego nie będzie.
- Co to znaczy, nie pasowali? - Monika przekrzywiła głowę, płomyczek przestał ją interesować. - Pod jakim względem?
- Nie ma sensu teraz wyliczać, jest tego sporo.
- Ale proszę, wymień. Czym aż tak się różnili? Intelektualnie? Społecznie? Wzrostem?
Roześmiałam się.
- Ja nie mówię, że się różnili, tylko że nie pasowali do siebie.
- A jaka to różnica?
- Zasadnicza. Możesz mieć z kimś ten sam poziom inteligencji i wykształcenia, pochodzić z rodziny o takim samym statusie, dzielić z tą osobą gust czy upodobania odnośnie do seksu, ale i tak do siebie nie pasujecie - ciągnęłam niezrażona grymasami malującymi się co chwila na twarzy Moniki. - Jedno gra na perkusji, drugie na cymbałkach, w innym tempie i w innej tonacji.
- Dobra, nieważne, co w tej chwili próbujesz mi wyjaśnić, ale jesteśmy jej dziećmi, do nas mogłaby się dopasować. Nie sądzisz?
- Po tylu latach nieobecności? - Rozłożyłam ręce. - Nie widzę tego.
Do kuchni wszedł Bernard. Trzymał w ręce kurtkę ojca. Monika zaperzyła się i zaczęła opowiadać, o czym rozmawiamy. Mężczyzna popatrzył na mnie nieufnie, szukał siebie w moich rozważaniach o ludziach i świecie, wszystkie moje opinie przymierzał do swojej osoby, jakby to był garnitur. Nie usiadł przy stole. Stanął w drzwiach i prychając i cmokając z dezaprobatą, zaczął się wypowiadać na temat naszej mamy, której nie znał, ale która w jego przemowie była trochę mną, skoro do kogoś miała odwagę nie pasować. Zaczął mnie karcić, że dzień po pogrzebie ojca ledwie żeśmy z czarnych ubrań wyskoczyli, a młodsza córka już snuje dziwne opowieści o małżeństwie rodziców, które mimo rozłąki przetrwało. I w ogóle nie nam osądzać, dlaczego tak zadecydowali, że za urną nie szła wdowa, tylko dwie córki, jeden zięć i jeden narzeczony. Monika wyłowiła nowinę z potoku słów. Wczorajsza tajemnica przypadkowo wylała się na kuchenny blat.
- Jesteście zaręczeni?! Od kiedy?! - Wyciągnęła jedną rękę do Bernarda, drugą do mnie.
Podeszłam bliżej, uścisnęłam ją, takie odruchy czułości nie zdarzały nam się zbyt często. Koc zsunął jej się z ramion.
- Gratulacje i niech wam dobrze będzie! Ale niespodzianka, muszę powiedzieć Danielowi, bo on powątpiewał, czy Marta się odważy.
Bernard się skrzywił.
- Żeby się tylko nie okazało na dzień przed ślubem, że my również do siebie nie pasujemy.
Monika schyliła się, żeby podnieść koc.
- Emocjonalnie i intelektualnie do siebie nie pasujecie, ale nie przejmuj się, Beni, do Marty mało kto pasuje.
Bernard się pochylił, jakby właśnie dostał z pięści w brzuch.
- Ty też tak uważasz?
- Uważam, że to nie jest moment na taką rozmowę, skupmy się na porządkach - powiedziałam i wyszłam w kuchni.
Bernard i Monika poszli za mną.
Daniel zastał nas w pokoju ojca. Miał spuchnięte oczy, rozczochrane włosy z pasemkami przylepionymi do czoła i chociaż udawał rześkiego, jego wygląd opowiadał historię wczorajszego, zapitego do nieprzytomności wieczoru. Przyglądał się temu, co robimy. Segregowaliśmy ubrania i przedmioty, przekładaliśmy je na osobne sterty, żeby na koniec wrzucić wszystko do pudła przeznaczonego do wywózki.
- Nic sobie nie zostawimy? - Monika siedziała na podłodze, przeglądając studenckie notatki ojca. - Może chociaż indeks, Politechnika Krakowska, w końcu to było coś w tamtych czasach. Dzisiaj studia nic nie znaczą, ale w latach sześćdziesiątych dyplom inżyniera dla chłopaka ze wsi był osiągnięciem.
Bernard zaproponował, że przygotuje, sam opisze i schowa na dnie szafy jedno pudełko, w którym złożymy najcenniejsze pamiątki po ojcu.
- Kiedyś wnuki i prawnuki zechcą pooglądać pamiątki, nie wyrzucajcie tego wszystkiego tak po prostu... O! Tu mam na przykład zapiski... - Bernard otworzył czerwony notesik w plastikowej oprawce.
Wyrwałam notes z jego ręki i położyłam wysoko na półce.
- Jeśli się będziemy tak grzebać, tygodnia nie starczy. Nie ma tu nic cennego, pamiątki mówisz? Jeden wielki kłopot dla wszystkich. Obrastamy w niepotrzebne rzeczy jak w tłuszcz, ciągle coś znosimy do domu, zagracamy każdy wolny metr kwadratowy. Po co, ja się pytam. Żeby nasze dzieci zamiast nas wspominać musiały po nas sprzątać? Oczywiście, możemy wszystko zostawić, tak jak jest, muzeum taty urządzić, ale co dalej? Zastanówcie się.
Monika spojrzała na mnie, potem na swojego męża, ale na nim nie zrobiło wrażenia moje wystąpienie.
- Proponuję się napić za spokój duszy teścia zbieracza. Idę po piwo, chce ktoś?
Nikt nie chciał pić o dziesiątej rano. Energicznie opróżniałam szafę, ściągałam koszule z wieszaków i rzucałam na podłogę. Bernard w milczeniu wrzucał ubrania do pudła. Był na mnie zły, nie zachowywałam się tego dnia jak narzeczona. Daniel usiadł na wersalce z butelką piwa. Monika podała mu błękitny sweter w biało-szare romby. Przyłożył go do piersi, zarzucił rękawy na ramiona.
- Ja bym sobie wziął ten sweterek na pamiątkę... Amerykański wyrób, nie zmechaci się szybko. Pasuje jak ulał, biorę...
Bernard poprosił wzrokiem, żebym nie wszczynała awantury, widział, jak mnie mierzi widok Daniela strojącego się w ubrania ojca. Zawahałam się, wzięłam głęboki wdech i wróciłam do porządkowania szuflad. Daniel, rozparty na wersalce, doradzał nam przez chwilę, co powinniśmy zrobić z rzeczami po ojcu, popijając piwo wielkimi łykami. Jego krtań pracowała bardzo ciężko, broniąc go przez zadławieniem się.
- Gdybym tylko był wolny, zaraz bym stąd wyjechał. - Zakończył swój wywód i poszedł do kuchni po kolejne piwo.
- Daniel doskonale nadaje się na emigranta. - Bernard wstał z kolan i zaczął zawiązywać worki sznurkiem. - Jest konkretnie zaprawiony w piciu, to się na emigracji zawsze przydaje.
Monika zastygła na moment, niepewna, jak zareaguje jej mąż, który stanął w drzwiach i z pewnością usłyszał ostatnią uwagę Bernarda, ale Daniel tylko zaśmiał się głupkowato.
- Nie bój żaby, nie zostawię cię, nigdzie się nie wybieram - powiedział do Moniki i wyszedł z pokoju.
Słyszeliśmy, jak trzasnęły drzwi garażowe.
Po obiedzie wyszliśmy odpocząć do sadu. Monika wypatrzyła dużą plamę cienia pod drzewami, rozłożyła koce i kołdry na trawie, rzuciła poduszki i położyła się na wznak. Bernard usiadł obok Daniela, któremu znów zaschło w gardle. Popijał wódkę z sokiem pomarańczowym z dużej kryształowej szklanki, ostatniej z kompletu ślubnego rodziców. Kiedy byłam mała, pod nieobecność mamy nalewałam sobie do tej szklanki kompot i udawałam, że biorę udział w eleganckim przyjęciu w ambasadzie, gdzieś na Dalekim Wschodzie, gdzie panują wieczne upały i wielbłądy pasą się w ogrodzie jak krowy. Spinałam ręcznik na jednym ramieniu, drugie pozostawało odkryte, chude kostki i nadgarstki oplatałam koralami mamy, żeby wyglądać bardziej egzotycznie. We włosy wpinałam gałązki, rysowałam na udzie znak ryby, byłam trochę Ligią z Quo vadis, a trochę arabską księżniczką, którą porwał zły czarodziej. Podczas tej zabawy stłukła się pierwsza szklanka z zestawu, a potem, przy różnych okazjach kolejne rozbiły się w drobny mak. Została już tylko jedna i pił z niej Daniel.
Teraz jednym łykiem dopił drinka, rzucił pustą szklankę w trawę, rozłożył się na kocu i momentalnie zasnął z głową wtuloną w sukienkę żony. Monika głaskała go po głowie.
- Musimy przed nocą odebrać Jaśka. Nie mówiliśmy mu, że dziadek umarł. Czterolatek nie zrozumie fenomenu śmierci, poza tym, moim zdaniem, nie powinno się dzieci zabierać na pogrzeby, po co im taka trauma? Pamiętasz, jak musiałyśmy nieboszczyka dziadka Lutka całować na pożegnanie? Do dziś czuję na ustach to zimno. Albo babcia Ela, taka malutka i czarna w tej wielkiej trumnie... Koszmary dzieciństwa.
- Nie pamiętam. Miałam sześć lat - odparłam.
- To może ty nie całowałaś trupów, ale ja owszem. Dziesięcioletnia dziewczynka, Boże, co oni mieli w głowach, żeby dzieci zmuszać do takich obrządków?!
- Takie były czasy - wtrącił Bernard. - Moich dziadków też wystawili w otwartych trumnach, żeby się wszyscy mogli pożegnać, ale nie pamiętam, żeby tak samo żegnane były babcie, babcie szły do piachu bez ceremonii.
- Babciom się zawsze mniej należało - powiedziałam i spojrzałam z niechęcią na Daniela.
Zapadał powoli w głębszy sen i pojękiwał coraz głośniej. Przesunęłam jego bezwładną rękę, która stykała się z moją stopą. To była prawdziwa trauma dla Jaśka, jego ojciec alkoholik, codziennie pijany w sztok, a nie śmierć dziadka, który swoją drogę już przeszedł. Nie powiedziałam tego siostrze, to nie był dobry moment na takie uwagi.
Nikt w rodzinie nie rozmawiał z Moniką na temat alkoholizmu jej męża, który tuż przed swoimi czterdziestymi urodzinami zapadł w śpiączkę wątrobową i zmarł. Rodzice Daniela uważali, że to wina jego żony.
- Może nasz chłopak zaglądał czasami do kieliszka, ale nie był żadnym pijakiem, bzdury jakieś kobieto opowiadasz! - krzyczał w szpitalu ojciec Daniela. - Przede wszystkim, to trzeba powiedzieć sobie jasno, zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem po ślubie z tobą, z całą pewnością wcześniej nie pił nałogowo!
Nie mogłam uwierzyć w zaprzaństwo tych ludzi. Kilkudniowe ciągi alkoholowe, które zdarzały się Danielowi pod koniec życia coraz częściej, jego rodzice nazywali "niewychodzeniem z domu". Nawet przed sobą wypierali się prawdy. Daniel nie wychodzi z domu już czwarty dzień, Daniel ma zapalenie spojówek i musi siedzieć w ciemnym pokoju. Daniel nie kwalifikuje się na żaden odwyk, co wy, ludzie, próbujecie nam wmówić? Kiedy Daniel trafił do szpitala, Monika zapewniała wszystkich, że to tylko ostra żółtaczka, łatwa do wyleczenia, przy ścisłej diecie szybko ustąpi. Stałyśmy na korytarzu szpitala zakaźnego, czekając na diagnozę.
- Żółtaczka to nie jest choroba sama w sobie, to jest reakcja organizmu na zatrucie - powiedziałam do Moniki, która nie reagowała na to, co się wokół niej dzieje, bezmyślnie patrząc w drzwi pokoju lekarskiego. Piłowałam dalej, wściekła na siostrę, że nadal nie chce przyjąć do wiadomości, że jej mąż umiera z powodu choroby, którą sobie zafundował wiele lat wcześniej.
- Daniel się niczym nie zatruł, przestać powtarzać w kółko te bzdury o tajemniczym wirusie - powiedziałam poirytowana.
- A ty co, jesteś lekarką? Od kiedy?! - Monika przelewała swoją złości na mnie, ale się nie wycofałam.
- Nie trzeba być lekarzem, żeby zobaczyć alkoholizm w rodzinie. Już wiele lat temu ci mówiłam, pamiętasz naszą awanturę w Boże Narodzenie? Daniel wypił cały alkohol z barku, kiedy już wszyscy poszli spać. Koniak, nalewki, wódkę, likier kawowy... Wszystko, co miało procenty. W Wielkanoc to samo, tyle tylko, że już mniej miał do wypicia, bo schowałam lepsze trunki na strychu. Ale sobie dokupił w sklepie zwykłej wódy, po waszym wyjeździe znalazłam w szopie puste butelki po żołądkowej. Mówiłam ci to wszystko, ale nie słyszałaś. Potem był chrzest waszego Jaśka, pamiętasz, co Daniel zrobił? Potem komunia, którą zakończył na izbie przyjęć. Tak się spruł, że spadł ze schodów!
Twarz Moniki tężała.
- Bez przesady... Przecież odkupił wam alkohol po świętach. Ze schodów po prostu spadł, owszem, źle postawił stopę. To był wypadek.
Odeszłam kilka kroków w głąb korytarza, gotowa zostawić ją i pójść sobie z tego przygnębiającego miejsca, ale po chwili zawróciłam.
- Zauważyłam, jakie ma siniaki na ramionach, wielkie krwawosine podskórne wylewy, jak tatuaże. Spytałam Daniela, skąd się wzięły te siniaki, on mi powiedział, że na siłowni miał sparing i trochę przesadził. Monika! Musiałaś je widzieć! Nie przeraziłaś się? Nie kusiło cię, żeby poczytać w internecie, co może być przyczyną takich wylewów podskórnych?
- Przestań się nad nim znęcać, ja nie mogę tego słuchać w takiej chwili!
- Daniel ostatnio przytył, z dziesięć kilo na moje oko, widziałaś, jaki ma bęben? Będą mu musieli strzykawką wodę z brzucha odsysać!
Monika zatkała dłonią otwarte usta i ruszyła w kierunku wyjścia. Szła wolno, nie było słychać stukotu jej wysokich obcasów, ale zatrzymała się, kiedy zawołał ją po nazwisku ordynator oddziału zakaźnego, doktor Skalski. Przez chwilę stała i patrzyła na nas, niezdecydowana, czy uciekać czy zostać. Poniosłam rękę, wezwałam Monikę ponaglającym gestem. Kiedy podeszła bliżej, zauważyłam, jaka jest blada. Ani jedna kropla krwi nie docierała do jej policzków i powiek. Wzięłam ją za rękę, uścisnęłam. Lekarz nie zaprosił nas do swojego gabinetu, stanął w szerokim rozkroku jak wojskowy i zaczął mówić. Głos miał ciepły i melodyjny.
- Droga pani, nie mam dobrych wieści. Dlaczego nie przyjechaliście wcześniej? Może była wtedy szansa, choćby kilka miesięcy temu, rok czy dwa lata, to w ogóle ... żyłby dalej. Ludzie po przeszczepie wątroby żyją wiele lat, i to całkiem dobrze, jeśli się pilnują. Szkoda, naprawdę szkoda, małżonek jeszcze nie ma czwórki z przodu, ale powiem pani na pocieszenie, że to nie jest mój najmłodszy pacjent. Byli tacy, co ledwie trzydzieści na liczniku i koniec. Każdy organizm jest inny, jeden wytrzyma czterdzieści lat picia, inny dziesięć, ale prędzej czy później, droga pani, trzeba rachunek zapłacić.
Monika spojrzała w stronę sali, na której leżał Daniel.
- Panie doktorze, mój mąż ma żółtaczkę, tymczasem pan mówi takie rzeczy, jakby miał zaraz umrzeć. Niech mnie pan nie straszy.
Ordynator Skalski uśmiechnął się i położył ciężką rękę na jej ramieniu. Monika odruchowo się ugięła.
- Bóg czasami zmienia coś na szachownicy w ostatniej chwili, ale szczerze pani powiem... bardzo rzadko. Patrzę na ten jego kram trzydzieści lat z górką i nie mam o Wszechmogącym najlepszego zdania. Czasami, hm... naprawdę mógłby palcem ruszyć, dużo nie potrzeba, ale... cóż, nie jest ani szczodry, ani specjalnie miłosierny. W przypadku pani męża wystąpiła już niewydolność organów, wątroba, trzustka, nerki, samo serce do życia nie wystarczy... Chociaż mój ulubiony pieśniarz, Michał Bajor, śpiewał, że wystarczy. Zna pani tę piosenkę? "Nie chcę więcej, twoje serce do życia wystarczy..." - zanucił. - Ma pani dzieci?
Monika skinęła głową.
- Mamy syna, nastolatka.
- Dam pani bajki i moje piosenki na płycie. Od kilku lat piszę bajki dla dzieci, ostatnio zacząłem nagrywać piosenki z własnymi tekstami. Ludzie mówią, że bardzo fajnie mi to wychodzi. Może syn za duży na bajki, ale dla wnuków pani zadedykuję.
- Ale co z Danielem? - zapytałam.
Skalski rozłożył ręce.
- Już powiedziałem paniom wszystko, co lekarz może powiedzieć.
- Nic pan nie powiedział - burknęłam. - Jakie ma szanse? Co dalej? Podjęliście leczenie?
Skalski przyjrzał mi się uważniej, nie zmienił jednak swojego przyjaznego, opanowanego tonu. Włożył obie dłonie do kieszeni fartucha.
- Pan Daniel nie reaguje na podane leki. Jest w stanie krytycznym.
Monika oparła się o mnie, przez moment czułam cały jej ciężar i bałam się, że nie będę w stanie jej utrzymać na nogach. Skalski wziął ją pod ramię i poprowadził do dyżurki pielęgniarek. Młoda dziewczyna podniosła wzrok znad dokumentów, które wypełniała. Zerwała się z miejsca, we trójkę posadziliśmy Monikę na krześle. Skalski poprosił pielęgniarkę, żeby dała jej pięć miligramów czegoś na uspokojenie, i poszedł. Zdawało mi się, że podśpiewywał sobie jakąś melodię, wracając do swojego ordynatorskiego pokoju.
Daniel przeżył swojego teścia o dziesięć lat.
Ściągnęłam okulary przeciwsłoneczne i spojrzałam na śpiącego szwagra, którego Monika wciąż pieściła.
- Przestań go głaskać, denerwuje mnie to - powiedziałam.
- Ciebie wszystko denerwuje.
- Szturchnij go, może przestanie charczeć.
Monika zawahała się na moment, po chwili oderwała dłoń od głowy męża i ujęła go pod pachy. Daniel opadł na wznak, jego krtań zagrała dramatyczną melodię jęków i spazmów, jakby raniony dzik konał w lesie. Patrzyliśmy na niego. Podniosłam się z koca, pochyliłam nad nim i palcami zacisnęłam mu nos. Minęło kilka sekund, zanim się zakrztusił, co go natychmiast wybudziło. Zaciskałam palce coraz mocniej. Daniel złapał mnie za nadgarstek.
- Kurwa! Zwariowałaś?!
- Chciałam ci pomóc, myślałam, że coś złego ci się śni - odparłam.
Był zdezorientowany, rozglądał się dookoła, ziewnął, zanim uświadomił sobie, gdzie jest. Monika wygładziła koc w miejscu, gdzie przed chwilą leżała pijana głowa Daniela, on uśmiechnął się do niej, cmoknął powietrze i znów ułożył się blisko jej uda. Nie wiedziała, co zrobić z rękami, chciała go dotknąć, ale bała się mojej reakcji. Bernard zebrał puste szklanki z trawy i nie odzywając się do nikogo, poszedł w stronę domu.
- Może by pizzę zamówić? Jestem głodna po tym cienkim rosole, zadzwonimy po pizzę? - Dłoń Moniki wróciła na włosy Daniela, ale nie gładziła ich.
- Z pizzą dobry pomysł, jak chcecie to pojadę, ja jedna nie piłam. - Podałam siostrze dłoń. Pociągnęłyśmy się nawzajem, wstając.
Daniel rozłożył się na całej szerokości koca i zakrył oczy ramieniem.
- Zjadłbyś pizzę?
- Nie jestem głodny - warknął.
Monika zaczęła go prosić, żeby zjadł chociaż jedną małą pizzę z nią na pół, jego ulubioną, na ostro, z pepperoni i pieczarkami, może być nawet bardzo ostra, wszystko jej jedno, dostosuje się.
- Nie słyszałaś? Nie mam ochoty na pizzę!
Kiedy był niedopity, a poziom alkoholu zaczynał nagle spadać, mężczyzna wchodził w najgorszy stan, a organizm już nie żebrał, tylko wręcz żądał więcej.
- Weźmiemy jedną dużą z szynką i ekstra serem dla nas - ciągnęła nierażona Monika. - I jedną dla Daniela na ostro, z chili.
Daniel przekręcił się na bok, wstał z posłania i otrzepał spodnie na wysokości kolan z niewidocznego brudu. Był wymięty i zły, Monika wiedziała, co będzie dalej.
- Co wy macie z tym jedzeniem w waszej rodzinie?! Cały czas byście tylko coś wpierdalali... Nie wmuszaj we mnie żarcia, jak mówię "nie", to nie. Nie wywieraj na mnie presji, bo kiedyś tego nie wytrzymam! Nie mogę znieść tego namawiania do jedzenia, jakby nic ważniejszego nie istniało na tym świecie! No kurwa...
- Najważniejsza na tym świecie jest wóda, wiadomo - powiedziałam, podnosząc głos. - Monika chce, żebyś coś zjadł, nie jadłeś od rana, nic, tylko wlewasz w siebie hektolitry alkoholu i robisz się nie do wytrzymania.
- Weź się, dziewczyno, ode mnie od... koleguj. O co ci chodzi? - Daniel szukał w kieszeni spodni zapalniczki.
Monika podała mu papierosy.
- O to, żebyś uszanował żałobę. Kiedyś sam doświadczysz straty najbliższych.
- Tego mi życzysz? Monia, słyszysz, co twoja siostrunia bredzi?
- Przestańcie się kłócić... Daniel...
- My się nie kłócimy, chcę tylko, żeby twój mąż przestał się zachowywać jak ostatni dupek.
Daniel się roześmiał.
- Jesteś beznadziejna, dobrze, że Monika nie jest do ciebie podobna. Chcecie pizzę, to sobie ją żryjcie i dajcie mi spokój!
Machnęłam ręką na znak, że się wycofuję, i ruszyłam w kierunku domu. Bernard szedł z przeciwnego kierunku, spotkaliśmy się na ścieżce prowadzącej na taras.
- Gdzie byłeś? - Złapałam go za rękę. - Daniel robi dym. Jeśli nie dopije, to będzie jeszcze gorzej. Nie mam na to siły.
Zawróciliśmy. Bernard wszedł do domu pierwszy, otworzył szeroko drzwi i przytrzymał je. Zawahałam się. Na wprost wejścia, na wieszaku wisiała kurtka ojca, niżej pod siedziskiem stały jego kapcie i buty. Zapach domu był mieszaniną różnych aromatów, koperku, kiszonek, róż, psiej sierści, płynu do podłóg i ciepłego letniego powietrza. Weszłam do środka i usiadłam na schodach.
- Nie zamykaj drzwi - poprosiłam. - Takie ładne światło...
Bernard usiadł obok mnie.
- Wiem, jak ci ciężko.
- Nie wiesz, nikt z was nie będzie wiedział, dopóki sam się z tym nie zmierzy. Ciebie to ominie - powiedziałam poklepując jego dłoń. - Nawet nie czujesz, że masz ojca i matkę, to i nie poczujesz straty.
- Marta... mówisz okropne rzeczy, ale nie będę się tym przejmował. Widzę, w jakim jesteś stanie. Oczywiście wydaje ci się, że twój ból jest największy i nikt przed tobą nie cierpiał, ale to jeszcze nie powód, żeby tak się wyżywać na najbliższych. Doceń to, że jestem przy tobie.
- A gdzie niby miałbyś teraz być? W kinie? Tylu was tu jest, plączecie się po domu jak po muzeum, ale nie czujecie nic. Monika hołubi pijanego Daniela, co już mnie nie tyle irytuje, ile wręcz wkurwia, i nie mogę się opanować. I nie chcę się opanować. Idźcie w cholerę! Wszyscy!
Wstałam i pobiegłam schodami na górę do dawnego pokoju ojca.