- Tam będzie mój pokój - stwierdził niezrażony tym Chłopak, wskazując spiczastą mansardę, i zaczął szarpać się z zardzewiałą klamką.
- Nie chcę cię martwić, Marcinie, ale mamy mieszkać pod jedynką, a numery liczy się od dołu - powiedziała Dorosła, szukając dzwonka wśród pnączy dzikiego wina.
Dom zaskrzypiał złośliwie, i to nie tylko dlatego, że dzwonek od niepamiętnych czasów był jedynie ozdobą.
Nie docenił jednak przeciwnika. Zanim się spostrzegł, Chłopak wyciągnął z kieszeni scyzoryk, podważył nim drewniany skobel i drzwi stanęły otworem. Pierwszy wpadł do środka pies, za nim wtargnął Chłopak, a za nimi weszli Dorośli. Cała Ulica aż jęknęła.
Jednak Numer 8 był gotów walczyć do upadłego. Drzwi zgrzytnęły z siłą syreny alarmowej, schody zaskrzypiały, jakby miały się za chwilę zawalić. A na głowy wchodzących posypały się pajęczyny, kawałki tynku i kłaki rudego próchna. W mgnieniu oka całą klatkę schodową wypełnił tuman kurzu, wywołując u nieproszonych gości atak gwałtownego kaszlu.
- Wyjdźmy stąd, bo się tu podusimy - jęknęła Dorosła.
- Ta rudera zaraz się zawali. Uciekajmy! Szybko! - zachrypiał Dorosły.
A Dom aż zatrząsł się z radości, czym doprowadził do furii psa, który zaczął wściekle ujadać, sadząc po korytarzu wielkimi susami. Na półpiętrze zrobiło się prawdziwe piekło. I o to chodziło! Numer 8 triumfował. Ale na tym nie koniec. Miał jeszcze w odwodzie tajną broń, którą postanowił wprowadzić do walki właśnie teraz, by ostatecznie przypieczętować swoje zwycięstwo.
Nim czwórka intruzów zdołała zrobić krok do tyłu, z hukiem otwarły się drzwi na pierwszym piętrze.
- Czy to najazd Hunów? - rozległ się niewiarygodnie skrzekliwy głos. - Czego tu szukają?! Nie mają tu nic do roboty! To spokojny dom i tu mieszkają spokojni ludzie! Bo wezwę policję, wojsko i straż pożarną! I siostrzeńca - on służy w Marynarce Wojennej. Tak jak jego ojciec i dziad, i pradziad! Wszyscy u nas służyli. Niech się wynoszą, bo wezwę Marynarkę Wojenną! I jak prześwięcę miotłą...
W miarę trwania tej skrzekliwej przemowy wszystko potulnie cichło i nieruchomiało. Pierwszy oniemiał pies, potem Dom, który chciał, by każde słowo dotarło do właściwych uszu i odniosło właściwy skutek. Zamilkli też Dorośli i Chłopak. A kurz bezszelestnie opadał na wszystko i wszystkich. Kiedy wreszcie osiadła ostatnia drobinka, cała czwórka ze zdumieniem odkryła, że skrzekliwy głos należy do drobniutkiej staruszeczki, która stoi na półpiętrze w kwiecistym szlafroku z bojowo wzniesioną do góry drewnianą chochlą.
- Bardzo panią przepraszamy, ale dzwonek był zepsuty... - skorzystała z chwili ciszy Dorosła.
Chochla pojednawczo opadła w dół.
- Cezar, do nogi! - zawołał Chłopak, ale pies udał, że nie słyszy. Jednym susem wpadł na półpiętro, po czym łapczywie zaczął obwąchiwać drewnianą chochlę, kwiecisty szlafrok i...
I to był błąd. Zza kwiecistej poły wyłoniła się nagle ruda łapa. Najpierw jedna, potem druga. A każda dokładnie wycelowana w czubek wścibskiego psiego nosa. Pac-pac - posypały się kolejne razy, a pies aż usiadł ze zdziwienia z bardzo głupią miną.
Pierwszy nie wytrzymał Chłopak i zaczął chichotać. W jego ślady poszła Dorosła, a po chwili do jej chichotu dołączył basowy śmiech Dorosłego i skrzekliwy śmieszek staruszki. W końcu nie wytrzymał nawet sam Dom. Ten pies miał naprawdę strasznie głupią minę! Wszystko wokoło ryknęło zdrowym śmiechem. Przez dłuższą chwilę cała piątka aż trzymała się za brzuchy, a Dom konwulsyjnie podrygiwał.
- Gnieciuch, zostaw! Chodź tu, gałganie, nie strasz pieska! - Staruszka pierwsza się opanowała i chwyciła za grzbiet rudego kocura, biorąc go na ręce. Rudzielec wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie i patrzył na wszystkich z góry.
- Czy on też służył w Marynarce? - zapytał Chłopak, krztusząc się ze śmiechu.
- Nie, to kot cywilny - odparła staruszka i nagle spoważniała, uważając najwyraźniej temat za zakończony.
Spojrzała pytająco na czwórkę intruzów. Nie musiała długo czekać. Dorosła pośpieszyła z wyjaśnieniami, że właśnie przyjechali do Miasta z innego miasta, bo mąż (czyli Dorosły) dostał tutaj pracę jako urbanista i przydzielono im mieszkanie w domu pod numerem ósmym. Dorosły przeprosił za nagłe wtargnięcie i nieumyślny hałas. Pies wolał się już nie odzywać i trzymał się w bezpiecznej odległości od kwiecistego szlafroka.
Staruszka jakby się trochę udobruchała.
- Jestem babcia Anzelma - powiedziała wreszcie pojednawczo.
Dom spojrzał na nią z wyrzutem - przecież tak bardzo na nią liczył! A ona go zdradziła. Jak mogła! Weszła w przymierze z wrogiem! Chociaż może... Urbanista... Babcia Anzelma podobno zna się na ludziach.
- Ja chcę mieszkać na mansardzie! - przerwał te gorzkie rozważania Chłopak, a jego upór, nie wiedzieć dlaczego, zaczął się Domowi nawet podobać. Ten Chłopak miał charakter!
- Ależ, Marcinie, ile razy mam ci tłumaczyć, że mieszkamy pod jedynką! - ofuknął go Dorosły, ale babcia Anzelma tylko się uśmiechnęła.
- Czyli wszystko się zgadza. To bardzo stary dom, starszy nawet ode mnie. I nikt nie pamięta, dlaczego numerację tutaj zawsze liczyło się od góry - powiedziała, a Dom przytaknął głębokim stęknięciem.
- Hura! - wrzasnął Chłopak i, nie czekając na zaproszenie, puścił się biegiem na górę, sadząc po dwa stopnie. A pies popędził za nim wielkimi susami.
Nim schody zdążyły jęknąć, już stali na najwyższym piętrze przed drzwiami z żelazną jedynką, które - o dziwo! - nie były zamknięte. Zaskrzypiały wesoło, kiedy pies połaskotał je swoim czarnym nosem, i nagle same uchyliły się, zapraszając ich do środka. Pies chwilę zawahał się na progu, jakby węsząc podstęp, ale Chłopak bez namysłu wbiegł do mieszkania. Mroczny korytarz długo podwajał echem jego niecierpliwe kroki, a zaciekawione tumany kurzu wznosiły się z podłogi jak najwyżej, żeby z bliska przyjrzeć się nagłemu gościowi, który ośmielił się zakłócić spokój dostojnych murów. Oględziny wypadły najwidoczniej zadowalająco, bo po chwili uspokojony kurz majestatycznie opadł z powrotem na podłogę.
- Tu jest fantastycznie! - Aż na samym dole dał się słyszeć okrzyk Chłopaka, który stanął na progu mansardy patrzącej w niebo trzema trójkątnymi okienkami. - Na całym świecie nie ma drugiego takiego domu! - powiedział na powitanie Dorosłych, którzy zasapani właśnie wdrapali się na najwyższe piętro.
Dom aż urósł z zadowolenia i spojrzał z wyższością na inne domy. Wszyscy powinni to usłyszeć! Mądry Chłopak! Poczciwa babcia Anzelma - zna się na ludziach jak nikt inny!
Okiennice otwarły się na oścież, wpuszczając do środka snop światła i ukazując zdumionym oczom gości coraz to nowe niespodzianki - owalne okienko w dachu, belkowany ukośny sufit, duże jasne pokoje i malutką spiżarenkę, drewniane szafy w ścianach zamykane na skobel i kamienny zlew ukryty w jednej z nich... Ochom i achom nie było końca. A Dom poskrzypywał z radości, że wreszcie znalazł się ktoś, kto umie docenić jego wydeptane schody, łysiejący dach, trzeszczące podłogi, wyrzeźbione przez korniki drewniane sufity i przyprószone siwizną mury.
- To jest twój nowy dom, Marcinie - powiedział Dorosły, a Dorosła przytuliła Chłopaka do siebie.
Pies szczeknął na zgodę, a Dom przekornie skrzypnął okiennicą:
- Od biedy może być...
I tak oto Dom Numer 8 stał się Domem Marcina.