MALWINA
Z czułością patrzyła, jak chłopcy śpią w swoich łóżeczkach ustawionych pod oknem. Kochała ich najbardziej na świecie, ale nie mogła zrezygnować z wyjazdu. Zostaną pod najlepszą opieką, zresztą to tylko cztery dni. Mimo tego, co podpowiadał rozum, rozdzierający żal dręczył ją od początku miesiąca. Im bliżej wyjazdu, tym bardziej się niecierpliwiła, a jednocześnie wolała zostać. Patrycja ją przejrzała.
Tym, co naprawdę ją dręczyło, nie podzieliła się nawet z Patrykiem. Mąż potraktował wycieczkę jak zwykły babski wyjazd, potrzebny, by się zrelaksować i odpocząć od rutyny. Z entuzjazmem przyjął jej decyzję. Uważał, że to nagroda za niedogodności ciąży, przedłużający się poród i pierwsze miesiące niemal zamknięcia w czterech ścianach i skupienia na dzieciach. Według niego potrzebowała wolnego. Nie rozumiał, że chodziło o coś zupełnie innego. I dobrze. Lepiej, żeby niektóre szczegóły z jej przeszłości zostały przemilczane. Dlatego potrzebowała tego wyjazdu raz w roku, na kilka dni, by pobyć z dziewczynami, z którymi miała podobne doświadczenia, z którymi rozumiały się i dzieliły mroczny sekret. Nie dało się go zapomnieć ani zignorować. Pozostawało udawanie, że nic się nie wydarzyło.
Umykały przeszłości. Bezustannie szukały słońca i jasnych stron. Ich śmiech brzmiał głośniej niż innych, a oczy lśniły niegasnącym blaskiem. Łapczywie korzystały z szans dawanych przez los, jakby to miało je uchronić przed wspomnieniami. Ona i tak miała łatwiej.
Była tylko świadkiem, nikim więcej, towarzyszką trzymającą za dłoń, by dodać otuchy w tym trudnym momencie i potem. Przeszły przez to razem, ale każda odegrała inną rolę w kameralnym dramacie, powracającym i sprawiającym ból, nawet po tak długim czasie.
- Nie rozumiem tylko, dlaczego zawsze jeździcie w jedno miejsce. Z tego, co mówiłaś, nie ma tam nic ciekawego, tylko leśna głusza i żadnych wygód. Dlaczego nie Chorwacja, Hiszpania, Włochy, choćby Praga albo jakiś modny ośrodek na Mazurach? Jest tyle możliwości. - Tymi słowami Patryk ją zaskoczył. Po upewnieniu się, że chłopcy mocno śpią, sięgała właśnie do szafy w przedpokoju i wyciągała wiekową walizkę na kółkach.
- Właśnie dlatego. Przed narodzinami chłopców dwa razy do roku wspólnie jeździliśmy w nowe miejsca. Z tobą zawsze mogę liczyć na ogrom emocji, a tam wypoczywam. Tak naprawdę. Cisza, spokój, dzika natura.
- Dasz mi dokładny adres? No wiesz, gdyby coś się wydarzyło. Cieszę się, że jedziesz, ale trochę martwi mnie, że to tak daleko i że będziesz tam zupełnie odcięta od cywilizacji.
- Oczywiście - zapewniła go, nie mając najmniejszego zamiaru tego zrobić.
To go nie dotyczyło. Podanie namiarów byłoby jak zdrada. Odkąd tam jeździły, nigdy nie spotkały nad jeziorem żywego ducha. Mogły biegać nago, robić nieodpowiedzialne i zawstydzające rzeczy, mogły wszystko i nikt ich nie oceniał. Prawdziwa wolność.
Przymknęła oczy i wciągnęła powietrze, wyobrażając sobie znajomy zapach igliwia i żywicy z nutą błotnistej wilgoci i torfu.
- Halo! Ziemia do Malwiny!
- Co mówiłeś?
- Nic ważnego. Zdrzemnij się, bo widzę, że padasz na nos.
- Nie jestem śpiąca. Zresztą mam sporo do zrobienia. Pojedziesz po zakupy? Zapomniałam kilku rzeczy. Pieluchy się kończą, moment, gdzieś tu mam listę.
Pożegnała go, ciesząc się z chwili samotności. Chłopcy, którzy kojarzyli się jej z dopiero co wyklutymi pisklakami, spali spokojnie. Przyszło jej do głowy, że nie mają pojęcia, ile zła kryje się na świecie. Chciała ich chronić przed tą wiedzą najdłużej, jak to będzie możliwe.
Żywiła wiele wątpliwości, gdy wychodziła za mąż. Podobnie jak Patrycja. Jednak ona zdecydowała się na dzieci. Inaczej niż przyjaciółka. Wybrały różne drogi. Ciekawiło ją, jak potoczą się losy ich beniaminka, Ewy. Najmłodsza z nich, najbardziej radosna, zwariowana, spontaniczna, jakby przeszłość ledwie ją liznęła, a ona otrząsnęła się jak kot i ruszyła na poszukiwanie szczęścia. Chroniły ją, żeby móc pobierać z jej niewyczerpanego źródła pozytywną energię.
Malwina uśmiechnęła się pod nosem, składając dziecięce kaftaniki. W mieszkaniu panował rozgardiasz. Powinna się sprężyć, bo zaraz chłopcy się obudzą. Przypomniała sobie, że nie miała nic w ustach od czasu śniadania zjedzonego w pośpiechu, a zegar wskazywał piątą po południu. Dobrze, że Patryk zjadł w pracy.
Czuła się obolała po długim spacerze, odwiedzinach u przyjaciółki, zakupach w kilku sklepach, połączonych z wyczerpującym manewrowaniem wózkiem przez wąskie uliczki. Wstała, odgięła się do tyłu, co przyniosło jej chwilową ulgę.
Po porodzie szybko doszła do siebie, szybko też przestała karmić piersią, ale brakowało jej bardziej zorganizowanej aktywności fizycznej, która weszła jej w nawyk. Nawet w ciąży ćwiczyła, chociaż w ograniczonym zakresie. Teraz nie było mowy o tym, żeby biegała nad rzeką albo poszła na siłownię. Nie żałowała, bo zdecydowanie odnalazła się w roli mamy i najszczęśliwsza czuła się właśnie z chłopcami, ale ciało miało inne zdanie na ten temat i boleśnie przypominało jej o tym przy każdym gwałtowniejszym ruchu.
Do niedawna myślała, że macierzyństwo tuż po trzydziestce to idealny moment. Teraz doszła do wniosku, że nic by się nie stało, gdyby dzieci pojawiły się odrobinę wcześniej. Nie nadążała za nimi. Interesowało ich dosłownie wszystko, a że raczkowali jak małe wyścigówki i nieźle im szło stawanie, Malwina trwała w stanie ciągłej czujności.
Pochowała złożone pranie do komody i zajrzała do synków. Rozczuliła się na widok ich twarzyczek pogrążonych we śnie. Łukasz wyciągał rękę zaciśniętą w pięść, jakby nawoływał do rewolucji, a Tymon marszczył czoło, biedząc się nad sennym zagadnieniem. Poprawiła letnie kołderki, które dostała w prezencie od Patrycji i Ewy.
Podeszła do okna i odchyliła firankę. Patryk nadal nie wracał. W sklepie musiała być gigantyczna kolejka. Gdy już miała wejść do kuchni, by przygotować szybki obiad, zatrzymał ją dźwięk domofonu.
- No nie, obudzi ich... - jęknęła, dopadając słuchawki jak kot swojej ofiary.
Otworzyła bez pytania, złoszcząc się, że mąż zapomniał kluczy, bo nikogo więcej się nie spodziewała. Przekręciła zamek i skierowała się do kuchni. Jednak zamiast otwieranych drzwi usłyszała pukanie.
- Goście? Kurier? Niczego nie zamawiałam, może Patryk zapomniał mnie uprzedzić, że mam coś odebrać. Nie, pewnie jakaś oferta sprzedaży - marudziła pod nosem, wracając do przedpokoju.
Otworzyła poirytowana, gotowa spławić natręta, ale nie zdążyła wypowiedzieć nawet jednego słowa.
- Dlaczego u was nie ma windy? Byłoby ci o wiele łatwiej. Udało się wdrapać, jestem. Cześć, córeczko. - Do wąskiego przedpokoju wepchnęła się zarumieniona kobieta obładowana torbami i walizką. - No dalej, nie pomożesz mi?
- Mama?! Poczekaj, daj mi to. - Malwina odebrała część bagażu. - Wprowadzasz się?
- Nie, ale przyjechałam na dłużej, żeby wam pomóc przy dzieciach - odparła zadowolona z siebie, krytycznie rozglądając się po ciasnym i ciemnym przedpokoju.
- Tak bez uprzedzenia?
- No wiesz co? - Bożena wzięła się pod boki.
Jej letnia sukienka w fantazyjne esy-floresy poruszyła się pod wpływem strumienia powietrza dochodzącego z klatki schodowej. Malwina zamknęła drzwi wejściowe.
- Czy muszę się umawiać, żeby zobaczyć się z moimi cudownymi wnukami? Wiesz, jak na nich czekałam, a wam przyda się ktoś jeszcze. Posprzątam, zostanę z nimi, gdy zajdzie potrzeba. Będziecie mieć chwilę dla siebie. Może nawet się gdzieś wybierzecie? Do kina na przykład.
- Nie uprzedziłaś, mamo. Patryk też nic nie wie. Takie rzeczy powinno się ustalać. - Malwina uparcie obstawała przy swoim, chociaż spodziewała się, że przyjdzie jej za to zapłacić.
- Czyli nie chcecie mnie tutaj?
- Ależ nie... dobrze cię widzieć. - Uścisnęła kobietę ze wszystkich sił. Skapitulowała. Potem zastanowi się, co z tym zrobić. - Kawy, herbaty? Dopiero będę robić obiad.
- Trochę późno na obiad, ale nie jestem zaskoczona. Dlatego zajrzyj do środka. - Wręczyła córce pakunek pełen słoików. - Szybko umyję ręce i zaraz będziemy jadły.
- Gołąbki? Mamo, nie trzeba było... - Malwina głośnym szeptem rzuciła w stronę łazienki, z której dochodził szum wody. Kobieta nie odpowiedziała zza przymkniętych drzwi.
Wreszcie wrócił Patryk.
- A co tu się dzieje?! - krzyknął, potykając się o nieskładnie rozrzucone tobołki.
- Ciii, pobudzisz chłopców. Niespodzianka. Mama przyjechała - dodała ze sztucznym entuzjazmem, unosząc torbę pełną zapasów. - Masz ochotę na gołąbki?
- Mama? - upewnił się bezgłośnie. Malwina tylko kiwnęła głową potakująco. - Na długo? - zapytał szeptem.
- Nie mam pojęcia. Rozpakuj zakupy, ja coś szybko podgrzeję.
Patryk nie był zachwycony niespodzianką, podobnie jak ona. Ostentacyjnie przewrócił oczami, ale zaraz zmienił wyraz twarzy, gdy teściowa wyszła z łazienki, i przywitał się z nią wylewnie.
Przywiezione zapasy jedzenia wiele ułatwiły i po chwili mogli zasiąść do stołu i delikatnie wypytać Bożenę, co zamierza. Niestety ich plany pokrzyżowało obudzenie się dzieci.
- Ja się nimi zajmę! - Kobieta poderwała się i wybiegła z pokoju. - Moje kochane maleństwa, babcia się stęskniła - zaświergotała wysokim tonem, słyszalnym w każdym pomieszczeniu niewielkiego mieszkania.
- I co robimy? - Malwina prawie zderzyła się czołem z głową męża, gdy oboje pochylili się ku sobie. Zyskali chwilę, by coś postanowić.
- Nie mam pojęcia. Przecież niebawem wyjeżdżasz.
- No właśnie, musimy ustalić wersję, mówimy o tym czy nie?
- I tak się dowie. - Gorączkowo szukali najlepszej strategii.
- Racja. Kurczę, nie mam pojęcia, co będzie lepsze. Ale po bagażach widzę, że mama przygotowała się na dłuższy pobyt, może tydzień.
- O nie! Zostanę sam z teściową! - Patryk udał przerażenie.
- Pewnie nigdzie nie pojadę. Jak się dowie, że chcę was zostawić, to będzie lament.
- Dlaczego? Przecież wyjazd to nic złego.
- Nie znasz mojej mamy. Jest słodka, miła, serdeczna, ale dla innych, ja zawsze uchodziłam za zakałę rodziny... - Malwina przygryzła wargę, szukając odpowiednich słów. - Uzna mnie za wyrodną matkę, niegodną swego potomstwa.
- Niemożliwe. - Patryk zaśmiał się nerwowo. - Działamy spokojnie i niczego nie zmieniamy. Jakoś przeżyję.
- Jesteś taki dzielny - zażartowała, całując go w policzek. Wstała, by zobaczyć, co się dzieje u synów pozostawionych pod opieką babci.
Wieczór przyniósł rozmowę, której się spodziewała, ale wolałaby jej uniknąć.
- A co to za walizki? - zapytała Bożena, gdy karmiły chłopców.
Malwina przygarnęła do serca bardziej marudzącego Tymona, a babcia skupiła się na Łukaszu. Wymianie zdań towarzyszyło łapczywe cmokanie.
- Wybieraliście się gdzieś?
Malwina w popłochu rzuciła spojrzenie w stronę przedpokoju, jakby zastanawiając się nad ucieczką.
- Nie, to znaczy tak. Wyjeżdżam za kilka dni. - Odstawiła pustą butelkę i wytarła śliniakiem rumianą buzię chłopca. - Dlatego to szczęśliwy zbieg okoliczności, że akurat teraz postanowiłaś nas odwiedzić - podjęła próbę złagodzenia tej informacji.
- Ty? Dokąd się wybierasz? - W głosie Bożeny pojawiła się niebezpieczna nuta, podejrzliwość podszyta niedowierzaniem i oburzeniem.
- Na umówione spotkanie, czterodniowe. Patryk przejdzie próbę ognia i sam zostanie z chłopcami.
- Chyba żartujesz. Oni potrzebują matki. Są tacy malutcy.
- Oj, mamo. Chłopcy są coraz więksi. I mają też ojca, który świetnie sobie radzi. - Malwina twardo obstawała przy swoim.
- Co to za ważne spotkanie? Idziesz do szpitala? Czy to coś związanego z pracą? Musisz wyjeżdżać? Nie da się tego jakoś inaczej załatwić? Bodaj przez Internet. Tak się to chyba teraz robi? Sąsiadka codziennie z synem rozmawia, a on za pracą do Holandii wyjechał.
- Mamo, Malwina potrzebuje chwili dla siebie, odpoczynku. Wykorzysta długi weekend. - Do akcji bohatersko wkroczył Patryk i stanął w obronie żony.
Wokół pasa miał krzywo przewiązany fartuszek z falbanką i kieszonką pośrodku. Wycierał ręce kraciastą kuchenną ścierką. Właśnie skończył zmywanie naczyń. Spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Czy ja, według mamy, nie jestem w stanie zająć się własnymi synami? - Podparł się pod boki i zrobił groźną minę.
Malwina musiała się powstrzymać, by nie wybuchnąć śmiechem. Uwielbiała go takiego. Potrafił rozbroić każdą trudną sytuację.
- Nie, nigdy bym nawet nie pomyślała, że mógłbyś sobie nie poradzić. Zięć trafił mi się bardzo zaradny i godny zaufania, wszystkim to powtarzam! - Wstała i oddała mu dziecko. Wzięła butelkę, gotowa zanieść ją do kuchni.
- Proszę to zostawić, zajmę się sprzątaniem. Już prawie ogarnąłęm po kolacji - oświadczył Patryk.
Malwina tuliła drugiego synka i przyglądała się słownej potyczce z niemałą przyjemnością. Na lojalność męża zawsze mogła liczyć i teraz miała tego dowód.
* * *
Gdy wieczorem chłopcy już spali, a Malwina pościeliła łóżko dla mamy, ta krygując się, zwróciła się do zięcia po pomoc.
- Tak, wiem, jutro idziesz do pracy, na pewno jesteś zmęczony, ale skończyła mi się maść na moje biedne pięty. Zobacz, jak one pękają. - Uniosła stopę, na ile pozwoliły jej bolące biodra. - Ale jeśli nie możesz, to sama wyjdę. Dokuczają mi i na pewno nie zasnę, gdy ich nie posmaruję.
- Oczywiście, że pójdę. Na szczęście blisko znajduje się całodobowa apteka. Jaka to ma być maść? - Patryk nawet nie podjął próby wymigania się.
Malwina nie musiała zgadywać, jak bardzo jej mężowi nie chciało się wychodzić o tej porze. Oboje mieli za sobą ciężki dzień. Marzyli tylko o jednym - by zasnąć, nim chłopcy zażądają swojej nocnej przekąski. Zdarzało się im to często i naprzemiennie. Bardzo współczuła Patrykowi, ale ten bez zwłoki wciągnął buty i wyszedł.
- Mamo, to naprawdę nie mogło poczekać?
- Nie, bo chciałam sama z tobą porozmawiać. Nie, nie przerywaj mi. - Ostrzegawczo uniosła rękę. - Masz dobrego męża, ale nie potrafisz tego docenić. To, że pozwala ci na wyjazdy...
- Pozwala? Mamo, razem to ustaliliśmy, po wielu rozmowach, to nasza wspólna decyzja... - Oburzona Malwina próbowała się bronić.
- Prosiłam, nie przerywaj - krótko ucięła tłumaczenia córki Bożena. - To, że na tak wiele się godzi, nie oznacza, że musisz to wykorzystywać. Mój Boże, jesteś bezduszna. Nie dziwię się, że nie miałaś pokarmu.
- Mamo! - To stwierdzenie zabolało Malwinę, i to bardzo.
- Tak, tak, wiem, co mówię. Skoro potrafisz bez mrugnięcia okiem opuścić swoich mężczyzn, to oznacza, że nie zależy ci na nich, jak powinno. Psychika ma ogromny wpływ na twój organizm. Jeśli nie chciałaś ich mieć blisko przy sobie, jeśli cię denerwują albo nudzą, to nic dziwnego, że nagle przestałaś ich karmić piersią.
- Ależ to nie tak! Wiesz, że poród był trudny, nie obeszło się bez problemów. Chłopcy są zaopiekowani, robię wszystko, jak należy, konsultowałam z położną, z lekarzem, dostosowywałam się. I przecież karmiłam ich piersią, może nie tak długo, jak piszą w zaleceniach... - Walczyła ze sobą, żeby się nie rozpłakać z wściekłości, że dała się wmanewrować w tłumaczenia. Nie spodziewała się ze strony matki tak bolesnego ciosu. - Zresztą to nieważne. Zrobiłam, co w mojej mocy, żeby zapewnić chłopcom to, co najlepsze, ale pewnych ograniczeń nie przeskoczę. Kocham ich. Są dla mnie wszystkim, a ty jesteś niesprawiedliwa.
- Ja nie miałam takiego problemu. Ale też przez myśl mi nie przeszło, żeby cię zostawić, gdy byłaś jeszcze w pieluchach.
- Czasy się zmieniły. - Malwina nie dodała, że nie zaznała zbyt wiele matczynej miłości. Jako dziecko była traktowana dość oschle.
- Oni cię potrzebują. Zachowuj się odpowiedzialnie. Nie wychowałam cię na egoistkę. - Bożena podniosła głos. Coraz trudniej było jej kontrolować emocje. - Nie możesz jechać. Nie teraz. Choćby nie wiem, co było tak ważnego. Rozumiem, żeby wyjść na kilka godzin. Po to przyjechałam, żebyście mogli odetchnąć, iść do restauracji, na spacer, do teatru... ale nie, że sama sobie jedziesz, nie wiadomo gdzie i z kim! To nie wypada. - Bożena podniosła się i zaczęła chodzić po pokoju, energia ją roznosiła.
- Jestem dorosła i takie rzeczy ustalam wspólnie z mężem. Proszę, nie obraź się, ale i tak wyjadę. Możesz zostać i pomóc Patrykowi albo wrócić do siebie. Poza tym to nie twoja sprawa. - Malwina zdobyła się na stanowczość i obronę decyzji, jaką podjęła z Patrykiem, chociaż w środku aż kipiała. Wystarczyło jej, że sama boryka się z wątpliwościami, to teraz jeszcze mama, nieproszona, dolewała oliwy do ognia.
- Co się z tobą dzieje? Nie poznaję cię. I powiedz mi wreszcie, co jest ważniejsze od chłopców. Z kim zamierzasz się spotkać?
- Z Patrycją i Ewą - wypaliła zdecydowanie za szybko. Łatwiej było przemilczeć ten drobny szczegół. Mogła opowiedzieć kilka farmazonów o babskim wypadzie z koleżankami z pracy albo innymi mamami. To byłoby dla Bożeny łatwiejsze do przełknięcia.
Usta kobiety zamieniły się w wąską bezbarwną kreskę, a żyłka na skroni niebezpiecznie napęczniała pod cienką skórą. Malwina się wystraszyła.
- Powspominamy dawne czasy, zrobimy ognisko. To nic wielkiego, cztery dni szybko miną, dla mnie to odskocznia... - Łudziła się, że uda się jej zatrzeć fatalne wrażenie, jakie niechcący wywołała swoim wyznaniem, i ostudzić temperaturę rozmowy.
- Nigdy nie rozumiałam tej waszej przyjaźni. - Zamiast buzującej emocjami matki, jaką znała Malwina, na środku pokoju stanęła zimna, nieruchoma figura cedząca słowa.
- A ja nie rozumiałam twojej niechęci do dziewczyn. - Malwina zacisnęła pięści. Policzki ją paliły, a oczy piekły, jakby miała się za chwilę rozpłakać.
- Co tu rozumieć? To patologia. - Bożena otrząsnęła się z obrzydzeniem.
- O nie! Mamo, jak możesz? Miały ciężko, rodziny się nie wybiera, ale wyszły na ludzi, poradziły sobie.
- Nie wiedziałam, że jeszcze macie kontakt.
- No właśnie bardzo rzadki i dlatego tak mi zależy na spotkaniu. - Podjęła ostatni wysiłek, by udobruchać mamę. Na nic więcej nie liczyła.
- Naprawdę? Wolisz te dwie od swojej rodziny? Dlaczego nie za rok, jak chłopcy będą więksi? Dlaczego akurat teraz? - Bożena nie odpuszczała, chociaż zdążyła się uspokoić.
- Tak jak powiedział Patryk, żebym mogła wyjść z domu, odpocząć, odetchnąć. On przejmie obowiązki, nic złego się nie stanie. - Uciekła wzrokiem.
Wyczerpana, miała dosyć bezsensownego tłumaczenia się. Matka traktowała ją jak przestępczynię. Obie zamilkły, gdy z przedpokoju dobiegł je chrobot klucza w drzwiach.
- Zastanów się jeszcze dobrze nad swoim postępowaniem, żebyś kiedyś nie żałowała - zdążyła złowieszczo wysyczeć Bożena.
- Och... - Tylko tyle wydusiła z siebie rozdrażniona Malwina, nim dołączył do nich Patryk.
- Proszę, o to chodziło? - Podał teściowej tubkę kremu i zakomunikował: - A teraz idę do łazienki. Nie wiem jak wy, ale ja zaraz zasnę na stojąco.
- Dokładnie o to, bardzo ci dziękuję. Przepraszam, że tak późno goniłam cię do apteki - zaświergotała Bożena, jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło. Po złości na nieusłuchaną córkę nie został ślad.
- A teraz muszę was wyprosić, bo padnę. Podróż mnie wyczerpała. Spokojnej nocy.
Posłusznie wyszli, a Bożena zamknęła się w salonie, który zamienił się w sypialnię dla gościa.
Chociaż Malwina wiedziała, że nie może się poddać woli matki i zrezygnować z wyjazdu bez konkretnego, racjonalnego powodu, to ziarenko niepokoju zaczęło wypuszczać korzenie. A jeśli rzeczywiście podczas jej nieobecności coś się wydarzy? Nie, nie może jechać, nie powinna, nie teraz. Tylko co to zmieni, gdy zrobi tak, jak jej matka chce? Czy dobrze się będzie wtedy czuła?
Nie. Zdecydowała. Jutro zacznie się pakować.
Z mocnym postanowieniem wzięła szybki prysznic i położyła się w sypialni przy chrapiącym Patryku. Mimo zmęczenia czekała ją bezsenna noc, pełna rozmyślań nad tym, czy aby na pewno dobrze robi, czy może jednak to mama ma rację.