Dom nad rzeką Loes - Mateusz Janiszewski

-
Proszę czekać

Do­świad­czy jej do­pie­ro może wie­czo­rem, kil­ka­set ki­lo­me­trów da­lej, po ner­wo­wej po­dró­ży w kie­run­ku Atam­bui, przez krę­te dro­gi wspi­na­ją­ce się na prze­ci­na­ją­cy wy­spę łań­cuch gór. W mie­ście prze­sia­da się na ra­chi­tycz­ny ojek i zo­sta­je od­wie­zio­ny z po­śpie­chem w kie­run­ku gra­ni­cy przez dwóch kil­ku­na­sto­let­nich chłop­ców. Pró­bu­ją mu coś usil­nie wy­tłu­ma­czyć, po­ka­zu­jąc na słoń­ce i ze­ga­rek. Pę­dzą krę­tą dro­gą, spę­ka­nym as­fal­tem, któ­rym sie­dem lat wcze­śniej w dru­gą stro­nę, do Atam­bui ze spa­lo­ne­go Ti­mo­ru Wschod­nie­go, szli pod­pa­la­cze z pro­in­do­ne­zyj­skich mi­li­cji. Szli po­wo­li, ob­ju­cze­ni łu­pa­mi, z rę­ka­mi jesz­cze brud­ny­mi od spa­le­ni­zny, ugi­na­li się pod zra­bo­wa­ny­mi do­bra­mi, wieź­li na pi­ka­pach czę­ści ge­ne­ra­to­rów, dźwi­ga­li na ple­cach zwo­je mie­dzia­ne­go dru­tu, nic nie zo­sta­wi­li przy­pad­ko­wi, me­to­dycz­nie prze­nie­śli na swo­ich ple­cach cały kraj za gra­ni­cę. Za nimi szło po­nad dzie­sięć ty­się­cy lu­dzi - wmó­wio­no im, że ko­niec rzą­dów In­do­ne­zji jest jak ko­niec świa­ta, że po In­do­ne­zyj­czy­kach nie zo­sta­nie nic, czar­na dziu­ra w zie­mi, bia­ła pla­ma na ma­pie. Pod­pa­la­cze speł­ni­li swo­ją obiet­ni­cę, bu­rząc po dro­dze każ­dą szko­łę, pod­pa­la­jąc szpi­ta­le, nisz­cząc za sobą mo­sty. Szli po­wo­li, ale nie mie­li cza­su, żeby po­cze­kać, aż pod­pa­lo­ny przez nich dom nad rze­ką wy­pa­li się do koń­ca. Zo­stał tam jako ślad po nich.

On tym­cza­sem śpie­szył się nie­po­rów­ny­wal­nie bar­dziej. Sku­te­ry wjeż­dża­ły ostry­mi za­ko­sa­mi pod górę, by wresz­cie w akom­pa­nia­men­cie jęku dwu­tak­to­wych sil­ni­ków mi­nąć szczyt wznie­sie­nia i po­mknąć ku za­bu­do­wa­niom nad rze­ką. Wszyst­ko na nic. Gra­ni­ca za­mknię­ta. Szla­ban opusz­czo­ny. Cel­ni­cy ro­ze­szli się już do do­mów, straż­ni­cy od­wie­si­li ka­ra­bi­ny na koł­ki i zdję­li mun­du­ry. Na po­ste­run­ku zo­sta­li tyl­ko po­li­cjan­ci, jed­nak ich za­da­niem jest nie­prze­pusz­cza­nie. Li­tu­ją się nad nim, tym bar­dziej że chłop­cy z Atam­bui już daw­no znik­nę­li, a słoń­ce w jed­nej chwi­li za­szło za gó­ra­mi, któ­re do­pie­ro co sfor­so­wał.

Otwie­ra­ją mu kra­ty celi i po­zwa­la­ją się w niej prze­spać. Kła­dzie się, ale usnąć nie daje mu ja­kieś ze­psu­te urzą­dze­nie, hy­drau­licz­na pom­pa, któ­ra wy­da­je w re­gu­lar­nych od­stę­pach cza­su czka­ją­cy dźwięk co­fa­ją­cej się wody. W koń­cu, zmę­czo­ny ha­ła­sem, ru­sza w po­szu­ki­wa­niu jego źró­dła, tyl­ko po to, by zna­leźć upstrzo­ne­go po­ma­rań­czo­wy­mi pla­ma­mi ge­ko­na wy­li­zu­ją­ce­go so­bie oko.

Toke-toke - mówi za jego ple­ca­mi je­den z po­li­cjan­tów. Przy­no­si szczę­ście.

Wra­ca do swo­jej celi, po­li­cjan­ci wy­łą­cza­ją ge­ne­ra­to­ry, wia­tra­ki prze­sta­ją się krę­cić, nad gło­wą za­le­ga dusz­ne po­wie­trze. Za oknem noc­ne owa­dy. Od­gło­sy nie­któ­rych przy­po­mi­na­ją deszcz, in­nych oma­my pa­ra­fre­ni­ka. Przez ich szum sły­szy, jak mło­dy po­li­cjant gra na roz­stro­jo­nej gi­ta­rze. Wsłu­chu­je się w dźwię­ki przede­sty­lo­wa­ne przez kra­ty, fil­tro­wa­ne przez wcho­dzą­cy nie­mal do wio­ski las, w szum po­bli­skie­go mo­rza i przy­po­mi­na­ją mu się sło­wa Ha­ki­ma Beya: "a prze­cież sta­ra po­ry­so­wa­na pły­ta pusz­cza­na póź­no w nocy ma coś w so­bie - erup­cję ilu­mi­na­cji, któ­ra roz­świe­tla wszyst­kie po­zio­my za­po­śred­ni­cze­nia, sta­jąc się przez to pa­ra­dok­sal­nie obec­na".

I te­raz do­pie­ro może od­czu­wa jed­ność do­świad­cze­nia. Choć czu­je też przy tym wszech­ogar­nia­ją­cy smu­tek.

Nie po to tak dłu­go po­dró­żo­wał, by nic nie ro­zu­mieć. Nie po to prze­le­ciał je­de­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów, prze­wo­żo­ny jak ba­gaż, prze­sy­ła­ny z miej­sca na miej­sce, prze­sia­dał się w miej­scach po­dob­nych jed­no do dru­gie­go i spał w dłu­gich ha­lach lot­ni­sko­wych po­cze­kal­ni. Nie po to wy­lą­do­wał w nocy w Den­pa­sa­rze i do­bił się do okien­ka Nu­san­ta­ry, gdzie do­wie­dział się, że sa­mo­lo­tem do­stać moż­na się do Dili raz w ty­go­dniu, tyl­ko je­śli przed­sta­wi się do­wód za­trud­nie­nia. Dla sprze­daw­cy było to jed­no­znacz­ne z pra­cą w Or­ga­ni­za­cji Na­ro­dów Zjed­no­czo­nych. Je­śli le­cia­ło się do Dili pra­co­wać, to mu­sia­ła być to pra­ca dla ONZ.

Po­je­chał do por­tu pro­mo­we­go, miej­sca z in­nej ścież­ki cza­su. Nikt nie po­tra­fił po­wie­dzieć, kie­dy przy­pły­nie prom, któ­ry przez Bimę, Mau­me­re i La­ma­le­rę do­trze do Ku­pan­gu, sto­li­cy pro­win­cji Nusa Teng­ga­ra Ti­mur. Miał się po­ja­wić wczo­raj, ale go jesz­cze nie było. Mógł przy­pły­nąć za­raz lub za kil­ka dni. Usiadł na brze­gu w tłu­mie lu­dzi ob­ła­do­wa­nych pacz­ka­mi, stu­den­tów wra­ca­ją­cych do domu na Ti­mor Za­chod­ni - wśród sto­sów sze­lesz­czą­cych to­reb, zwią­za­nych sznur­kiem tek­tu­ro­wych pu­deł, dźwię­ków gi­tar i po­wo­li peł­za­ją­ce­go na nad­mor­skim pia­sku ognia.

Sta­tek przy­pły­nął nad ra­nem. Trzesz­czał na fa­lach, skar­żąc się na każ­dy wżer rdzy, któ­ra to­czy­ła jego ka­dłub. Na­rze­ka­jąc na mon­su­no­we fale, któ­re go drę­czy­ły, na set­ki spo­co­nych ciał, któ­re wo­ził z Bali na Flo­res, Lem­ba­tę i da­lej, na Ti­mor - naj­więk­szą wy­spę w ar­chi­pe­la­gu Ma­łych Wysp Sun­daj­skich, a stam­tąd na pół­noc w kie­run­ku Am­bon, pół­noc­nej czę­ści Ce­le­bes i znów na po­łu­dnie.

W cza­sie rej­su prze­szedł przy­śpie­szo­ny kurs me­dycz­ne­go te­tun, gdy ktoś przy­niósł mu w nocy od­wod­nio­ne, za­rzy­ga­ne nie­mow­lę, ko­lej­ną ofia­rę Ne­stlé. "Na­sze od­żyw­ki są tak zdro­we, jak mat­czy­ne mle­ko" - obie­cu­ją na ca­łym świe­cie (tyl­ko nie na bo­ga­tej Pół­no­cy) re­kla­my, w któ­rych blask bi­ją­cy od bia­łe­go prosz­ku roz­świe­tla ciem­ną skó­rę kar­mią­cej z bu­tel­ki mat­ki, ale na pla­ka­cie nikt nie wspo­mi­na, że pro­szek trze­ba roz­ro­bić prze­go­to­wa­ną wodą, a tę na­le­ży naj­pierw zdo­być, po­dob­nie jak opał, gaz i pa­li­wo do pie­cy­ka.

Wci­ska­ją mu w ręce bla­de, spo­co­ne dziec­ko. Nie wie na­wet, jak je trzy­mać, a co do­pie­ro wy­le­czyć. Dziec­ko wy­mio­tu­je bia­łą pia­ną. Do­oko­ła w ciem­no­ści le­d­wie od­ci­na się krąg wpa­trzo­nych w nie­go twa­rzy.

Trzy­mał ste­to­skop na wierz­chu i mó­wił o so­bie dok­ter be­dah, bo oglą­dał za­ro­pia­łe rany i ki­wał mą­drze gło­wą nad po­wy­krzy­wia­ny­mi ar­tre­ty­zmem sta­wa­mi, jak­by był chi­rur­giem z wie­lo­let­nim do­świad­cze­niem. Te­raz nad­szedł czas, by po­ka­zał, ja­ki­mi gra kar­ta­mi. Nie­zbyt do­bry­mi. Ma tyl­ko garść le­ków i mgli­ste po­ję­cie, jak ich uży­wać, strzęp­ki wie­dzy, słu­chaw­ki - przy­najm­niej wie, któ­rą stro­ną wkła­da się je do uszu.

Twa­rze w ciem­no­ściach wpa­tru­ją się w nie­go. Peł­ne ocze­ki­wa­nia, a przez to groź­ne. To już nie jest gra, bo lu­dzie wo­kół nie­go nie my­ślą w ka­te­go­riach gry. Sku­pia­ją się na tym, co tu i te­raz, sku­pia­ją z ca­łych sił, za­wsze są bo­wiem o kil­ka co naj­wy­żej mi­nut od­le­gli od śmier­ci. Obie­cał im, że ten czas się wy­dłu­ży. Sama jego obec­ność to po­wo­do­wa­ła. Dziec­ko nie wie, że to mia­ło wy­star­czyć - jego obec­ność, to, że śmiał się na po­kła­dzie, gry­wał w war­ca­by i uda­wał ko­goś, kim nie był.

To go prze­ra­ża. Upły­nie wie­le lat, nim strzęp­ki wie­dzy zmie­lą się w mły­nach do­świad­cze­nia, za­nim le­karz zro­zu­mie, że nie jest ni­kim wy­jąt­ko­wym. Nic nie stoi mię­dzy nim a śmier­cią. Nie­waż­ne, ile lat by ją zgłę­biał, ilu pa­cjen­tów wy­le­czył, wciąż, być może, jego je­dy­nym za­da­niem jest oma­mić kil­ko­ro lu­dzi, po­móc im za­po­mnieć, że mu­szą umrzeć, od­su­nąć od nich tę myśl.

Nie­mow­lę prze­ży­ło, cho­ciaż nie bar­dzo wie­dział, co robi, i szar­pał się po­twor­nie. Pa­sa­że­ro­wie ode­tchnę­li z ulgą, jak­by na tej roz­pa­da­ją­cej się prze­rdze­wia­łej kon­struk­cji uda­ło im się prze­trwać sztorm.

Po tej nocy za­czął mó­wić w te­tun. Po­trza­ska­nym i pry­mi­tyw­nym, ogra­ni­czo­nym do le­d­wie kil­ku zdań. Nie wie­dział, że już za­wsze po­strze­gać bę­dzie Ti­mor przez pry­zmat pierw­szych słów, któ­re wy­po­wie­dział w tym ję­zy­ku: "Mo­ras sa­ida?". Co cię boli? Na co cho­ru­jesz? Te dwa sło­wa spra­wią, że trud­no bę­dzie mu po­strze­gać wy­spę i jej miesz­kań­ców in­a­czej niż przez pry­zmat nie­do­sko­na­ło­ści. Do­pie­ro pod ko­niec wej­dzie w okres re­kon­wa­le­scen­cji i od­por­ność na tę do­le­gli­wość być może bę­dzie jego naj­więk­szą zdo­by­czą.

Tym­cza­sem jed­nak nic o tym nie wie; pła­wi się w lo­kal­nej glo­rii, na czte­ry dłu­gie dni rej­su sta­je się po­kła­do­wym ce­le­bry­tą, a ko­lej­ka cho­rych ocze­ku­ją­cych jego po­ra­dy tyl­ko utwier­dza go w tym myl­nym prze­ko­na­niu.

W Ku­pan­gu prze­sia­da się z pro­mu do roz­kle­ko­ta­ne­go bemo, okle­jo­ne­go od­le­gły­mi po­wi­do­ka­mi po­pkul­tu­ry - po­wy­ci­na­ny­mi z fo­lii po­do­bi­zna­mi za­chod­nich gwiazd, stwo­rzo­ny­mi przez ich miej­sco­wych wy­znaw­ców: lan­dryn­ko­wa­tą Brit­ney, Ma­don­ną, Mi­cha­elem. Je­dzie tak, ogłu­szo­ny pio­sen­ką Sha­ki­ry wy­śpie­wu­ją­cej z bo­le­sną, choć pod­no­szą­cą sprze­daż, szcze­ro­ścią:

It's al­ri­ght, it's al­ri­ght The pla­net's split in three'Cau­se, I'll keep on sel­ling re­cordsAnd you've got your MTV

Je­dzie przez roz­świe­tlo­ne mia­sto, omy­wa­ny wszech­ogar­nia­ją­cym ba­sem ol­brzy­mich sub­wo­ofe­rów, za­mon­to­wa­nych pod ob­ła­żą­cy­mi ze ska­ju sie­dze­nia­mi, spo­glą­da na de­skę roz­dziel­czą za­sła­ną ar­mią plu­szo­wych mi­siów, wie­zio­ny trium­fal­nie przez na­sto­let­nich kie­row­ców z wło­sa­mi ufar­bo­wa­ny­mi na róż, zie­leń, żółć, na­wo­łu­ją­cych całe mia­sto w ba­ha­sa in­do­ne­sia, że oto wio­zą wiel­kie­go le­ka­rza. To aku­rat może so­bie uro­ił, bo jest już upo­jo­ny, dla­te­go że wszy­scy czę­stu­ją go bru­nat­nym al­ko­ho­lem o cierp­kim sma­ku. Gdy do­jeż­dża ciem­ną dro­gą do wio­ski na obrze­żach mia­sta, jest już pi­ja­ny i do­cho­dzi do sie­bie do­pie­ro po orzesz­ku be­te­lu. Plu­je wszę­dzie czer­wo­ną śli­ną, co wy­wo­łu­je ra­do­sny śmiech upcha­nych w jego dom­ku lu­dzi, czu­je, że trzeź­wie­je, znów się upi­ja wy­de­sty­lo­wa­nym z wina pal­mo­we­go ara­kiem i w koń­cu za­sy­pia, wciąż bacz­nie ob­ser­wo­wa­ny przez ze­bra­nych.

Wsta­je z kry­sta­licz­nie czy­stym umy­słem. Goli się do­kład­nie w asy­ście dzie­ci. Przed nim roz­cią­ga­ją się pola ry­żo­we. Słoń­ce do­pie­ro za­czy­na grzać. Świa­tło jest wy­ra­zi­ste, zie­leń jesz­cze nie­wy­pło­wia­ła. Wi­dzi sta­rusz­ka, któ­ry idzie do pra­cy z mo­ty­ką na ra­mie­niu, i przy­po­mi­na so­bie, że Ka­pu­ściń­ski pi­sał, iż wi­dok rol­ni­ka idą­ce­go rano do pra­cy sca­la świat w ca­łość.

On ta­kiej ca­ło­ści w tej chwi­li nie do­świad­cza.

2006 / 2007

Wil­la rzu­ca­ła się w oczy już z da­le­ka. Zni­ka­ła i po­ja­wia­ła się, w mia­rę jak dro­ga kra­jo­wa nu­mer pierw­szy i ostat­ni wiła się wzdłuż wy­brze­ża. Au­to­bus z Ba­tu­ga­de zbli­żał się do sto­li­cy.

Na gó­rze, przed do­mem, wia­ła przy­jem­na bry­za. W au­to­bu­sie zaś kle­ił się upał, nie milkł zgiełk pro­sia­ków i psów - B1 i B2 biał­ko­wej wi­ta­mi­ny - smęt­nych, spar­szy­wia­łych kun­dli wie­zio­nych na ubój, z przed­nią łapą przy­kle­jo­ną do szyi srebr­ną izo­la­cyj­ną ta­śmą. Za­wsze lewą.

Zwie­rzę­ta prze­wra­ca­ją się, gdy po­jaz­dem szar­pie na bok - to dro­ga od­ry­wa się od opa­da­ją­ce­go do la­zu­ro­we­go mo­rza urwi­ska, ucie­ka od spię­trza­ją­cej się nad nią wy­schnię­tej gó­rzy­stej sa­wan­ny i wrzy­na w przy­tu­lo­ny do wy­brze­ża tro­pi­kal­ny las. Au­to­bus zwal­nia, wy­tra­ca im­pet i za­trzy­mu­je się na po­bo­czu. Wzbi­ty przez nie­go pył osia­da na przy­droż­nym wa­run­gu. Osa­dza się na go­to­wa­nych ry­bach, na pla­sti­ko­wych mi­secz­kach z ostrą pa­stą ai ma­nas. Na ka­tu­pa - zbi­tych kloc­kach za­wi­nię­te­go w li­ście ryżu, roz­go­to­wa­ne­go na bez­war­to­ścio­wy kle­ik. Na twa­rzach wy­sia­da­ją­cych pa­sa­że­rów - kil­ku żoł­nie­rzy, po­dró­żu­ją­cych z In­do­ne­zji stu­den­tów, wie­śnia­ków wio­zą­cych na­rę­cza ryb - na si­za­lo­wych wor­kach peł­nych orzesz­ków be­te­lu, skrzy­niach ze sprzę­tem elek­tro­nicz­nym, na tur­la­ją­cych się po pod­ło­dze owo­cach kulu jaka, na ku­rach ze spę­ta­ny­mi no­ga­mi i sie­dzą­cej mu całą dro­gę na ko­la­nach ko­zie.

Roz­pro­sto­wu­je nogi. Pa­trzy w stro­nę wa­run­gu, ale miej­sca przy ni­skich sto­li­kach są już za­ję­te, zresz­tą nie jest głod­ny, le­d­wie co wy­rzy­gał wy­trzę­sio­ne na gór­skich dróż­kach kwa­śne zie­lo­ne man­go. Spo­glą­da za sie­bie - na tra­sę, któ­rą prze­był - nit­kę wrzy­na­ją­cą się mię­dzy dwa świa­ty. Prze­ciął li­nię Wal­la­ce'a, li­nię We­be­ra, li­nię Ly­dek­ke­ra. Wy­spa jed­nak kpi so­bie z tego, dro­ga sta­je się ko­mu­ni­ka­cyj­nym szy­der­stwem z wy­two­rów bro­da­tych na­ukow­ców o ja­snej ce­rze. Gra­ni­ca roz­dziel­nych kra­in, po­dzie­lo­nej wy­spy, roz­łącz­nych eko­sys­te­mów, geo­gra­ficz­nych dzia­łów prze­sta­je ist­nieć, tak jak­by wi­ją­ca się na­brze­żem tra­sa na po­wrót fa­stry­go­wa­ła i od­bu­do­wy­wa­ła to, co przez wczo­raj­szych sys­te­ma­ty­za­to­rów zo­sta­ło po­dzie­lo­ne. Nie wie też nic o tym po­dzia­le szy­bu­ją­cy nad jego gło­wą ti­mor­ski tre­ron. Ma­je­sta­tycz­nie prze­la­tu­je z jed­nej stro­ny na dru­gą - z Azji do Au­stra­lii, z sa­wan­ny do mon­su­no­we­go lasu, z su­che­go do wil­got­ne­go, jak po­wie­dział­by De­grel­le.

Z miej­sca, gdzie wol­no mu prze­by­wać, do kra­iny za­ka­za­nej.

Wo­dzi przez chwi­lę za nim wzro­kiem, od­pro­wa­dza go spoj­rze­niem, gdy ten wzno­si się na ko­mi­nie cie­płe­go po­wie­trza wzdłuż zbo­cza, i pa­trzy, jak zni­ka za wzno­szą­cy­mi się na wzgó­rzu za­bu­do­wa­nia­mi.

Wzgó­rze za­my­ka się w trój­ką­cie po­mię­dzy przy­czół­kiem prze­rzu­co­ne­go przez rze­kę mo­stu, as­fal­to­wą dro­gą i zbo­czem. Na jego szczy­cie stoi dom.

Mu­ro­wa­ny dom. Błę­kit­ne ścia­ny. Roz­pa­da­ją­cy się płot. Po­szar­pa­ne fi­ran­ki. Po­wy­bi­ja­ne szy­by. Wy­szcze­rzo­ne fra­mu­gi ob­ry­so­wa­ne są ję­zo­ra­mi sa­dzy.

Bu­dy­nek wzno­si się nad lep­kim smro­dem, nad po­roz­ry­wa­nym as­fal­tem, le­wi­tu­je w błę­kit­nej chmur­ce. Trwa, oto­czo­ny man­go­sta­na­mi, drze­wa­mi chle­bow­ca ugi­na­ją­cy­mi się pod owo­ca­mi. Wzgó­rze za­sła­ne jest gni­ją­cy­mi man­go, a wszyst­ko to spra­wia wra­że­nie, jak­by dom do­pie­ro co prze­nie­sio­no z kra­iny do­bro­by­tu, z od­le­głe­go kra­ju, w któ­rym z gło­du nie po­że­ra się owo­ców, za­nim doj­rze­ją.

Przy­cią­ga go. Sła­by po wie­lo­dnio­wej po­dró­ży, robi kil­ka kro­ków pod górę, cięż­ko dy­sząc. Fi­ran­ka ło­po­cze, coś w środ­ku domu prze­my­ka, cień le­d­wie wi­docz­ny w ską­pa­nym w słoń­cu ze­wnętrz­nym świe­cie.

Ktoś kła­dzie mu dłoń na ra­mie­niu.

La­be­le. Lu­lik.

Nie wol­no. Nie po­win­no się. Nie - ro­zu­mie pierw­sze sło­wo.

Ale czym jest lu­lik, nie wie.

Sły­sząc od­głos klak­so­nu, od­wra­ca się w stro­nę chło­pa­ka, któ­ry go za­trzy­mał, i w stro­nę gniew­nie wpa­trzo­nych w nie­go lu­dzi. Wszy­scy pod­nie­śli się od sto­li­ków, po­śpiesz­nie za­bie­ra­jąc ze sobą reszt­ki je­dze­nia. Spo­glą­da­ją na nie­go po­nad ple­ca­mi mło­dzień­ca, spo­glą­da­ją na dom. Nikt się nie od­zy­wa. Nie wie, czy skoń­czy­li już jeść, czy może kie­row­ca ich po­go­nił, by zdą­żyć przed ciem­no­ścią za­pa­da­ją­cą na­gle jak po wy­łą­cze­niu ża­rów­ki. A może to przez jego za­cho­wa­nie? Za­bie­ra­ją go więc stam­tąd, by się do­mem nie in­te­re­so­wał.

Po­usa­de­ne la diak - mówi mło­dzie­niec. I po­wta­rza: - Lu­lik.

Co jest nie­do­bre­go w tej po­usa­dzie jed­nak nie tłu­ma­czy.

Au­to­bus uwo­zi ich po kra­tow­ni­co­wym mo­ście na dru­gi brzeg Loes. Nie po­tra­fi ode­rwać wzro­ku od domu nad rze­ką. Jego syl­wet­ka, kon­tu­ry co­raz bar­dziej się roz­my­wa­ją, dom zni­ka, jak­by nig­dy nie ist­niał. Nic nie ro­zu­mie.

Rano gra­ni­ca otwie­ra się póź­no. Krę­ci się nie­spo­koj­nie w jej po­bli­żu, cho­dzi wzdłuż brze­gu rze­ki, do­cie­ra na pla­żę. Na pia­sku wy­cią­gnię­te z wody outrig­ge­ry for­mu­ją spię­trzo­ną kon­struk­cję, ce­lu­jąc pły­wa­ka­mi w nie­bo. Po­ma­ga ścią­gnąć jed­ne­go z nich do wody. Ry­bak ge­stem za­pra­sza go na po­kład.

Wy­pły­wa­ją da­le­ko w mo­rze. Słoń­ce pali nie­zno­śnie, a kie­dy wresz­cie do­cie­ra­ją na miej­sce, wska­ku­je z ulgą do wody. Rafa za­ro­śnię­ta zło­tym kel­pem drży w pro­mie­niach słoń­ca. Za­nu­rza się głę­biej. Z jam­ki pod ka­mie­niem wy­chy­la się raw­ka bła­zen i na­je­ża na jego wi­dok - ostre szczyp­ce za­kre­śla­ją obron­ne tra­jek­to­rie - ale za­raz zni­ka w swo­jej nor­ce, wy­stra­szo­na cie­niem prze­pły­wa­ją­cej w po­bli­żu na­dym­ki.

W toni obok nie­go za­wi­sa mą­twa; oce­nia go swo­imi ro­zum­ny­mi ocza­mi. Za­czy­na uno­sić się ku nie­mu, by przyj­rzeć się do­kład­niej. Nie wkła­da w to żad­ne­go wy­sił­ku, jej czte­ry ser­ca pom­pu­ją zie­lo­no­błę­kit­ną krew do mą­twiej ko­ści z ara­go­ni­to­we­go fi­li­gra­nu i na­sy­ca­ją za­mknię­tą w niej wodę ga­zem. Na od­wró­co­nym w jego stro­nę boku wy­świe­tla ro­ze­dr­ga­ną psy­cho­de­licz­ną wia­do­mość. Bez od­ze­wu. Dru­ga stro­na po­zo­sta­je bia­ła. Po­de­ner­wo­wa­na jego igno­ran­cją, mą­twa wy­strze­li­wu­je te­le­gra­ficz­nym skró­tem flu­ore­scen­cyj­nych wy­ła­do­wań i od­pły­wa, zo­sta­wia­jąc za sobą chmu­rę atra­men­tu, gdy pró­bu­je jej do­tknąć.

W gło­wie pul­su­je mu oce­an i żeby unik­nąć za­chły­śnię­cia się pod­wod­nym świa­tem, ucie­ka przed mrocz­ka­mi na po­wierzch­nię.

Ry­bak szcze­rzy do nie­go zęby i po­da­je mu rękę, wcią­ga do outrig­ge­ra. Na jego dnie pa­pu­zie ryby tra­cą szyb­ko swo­je tę­czo­we ko­lo­ry, skro­bią po­wie­trze dzio­ba­mi.

Ti­mor - uśmie­cha się ry­bak, po­ka­zu­jąc skry­tą pod wodą rafę.

Ba­rat? - pyta In­do­ne­zyj­czy­ka.

Ti­mor Ti­mur.

Ry­bak pod­pły­wa do brze­gu i tam go wy­sa­dza. Uj­ście gra­nicz­nej rze­ki znaj­du­je się gdzieś na za­cho­dzie. Jest już w Ti­mo­rze Wschod­nim. Zna­lazł się po dru­giej stro­nie, nie po­zo­sta­wia­jąc za sobą żad­ne­go śla­du. Ale to prze­cież nie­moż­li­we.

Na ra­zie wra­ca do In­do­ne­zji - wzdłuż brze­gu aż do pod­sy­cha­ją­ce­go uj­ścia rze­ki. Żoł­nie­rze sto­ją­cy na gra­nicz­nym mo­ście ki­wa­ją na nie­go rę­ka­mi, wy­ma­chu­ją ka­ra­bi­na­mi. Od­ma­chu­je im i igno­ru­jąc ich gniew­ne okrzy­ki, wra­ca po ple­cak po­zo­sta­wio­ny w wię­zie­niu.

I te­raz gra­ni­ca - nie­zgrab­nie wy­dzie­lo­na z ota­cza­ją­cej mia­zgi lasu. Dziu­ra­wa dro­ga, któ­ra pro­wa­dzi za­ko­sa­mi przez ni­ski mo­stek prze­wie­szo­ny nad rzecz­ką, chma­ry dzie­cia­ków za do­la­ra ugi­na­ją się pod to­bo­ła­mi po­dróż­nych.

Po­ste­ru­nek gra­nicz­ny - fa­zo­we przej­ście ze schył­ku w ni­cość.

Miej­sce, któ­re roz­pacz­li­wie pra­gnie się od­na­leźć w po­szar­pa­nej geo­gra­fii za­zę­bia­ją­cych się kra­in.

Tam - ni­skie mu­ro­wa­ne dom­ki, obrze­ża im­pe­rium.

Tu - ba­rak i sto­lik cel­ni­ków roz­ło­żo­ny pod da­chem z bla­chy fa­li­stej. Za nim trze­ba przejść kil­ka­set me­trów, by dojść do ni­cze­go: trzech przy­droż­nych stra­ga­nów z wy­ło­żo­ny­mi kra­ker­sa­mi i wodą w za­fo­lio­wa­nych ku­becz­kach. Mó­wią, że nie bę­dzie już dziś au­to­bu­su, bę­dzie nic, nic nie jest. Na­wet ta ni­cość po­tra­fi się jed­nak zor­ga­ni­zo­wać.

Sły­szy z da­le­ka ryk sil­ni­ków, chmu­ra pyłu wzbi­ja­ją­ce­go się w po­wie­trze dzia­ła na wy­mę­czo­nych upa­łem straż­ni­ków jak bicz - pod­ry­wa­ją się, ob­cią­ga­ją mun­du­ry, po­pra­wia­ją broń, ale i tak nie­wie­le to daje, bo prze­cież wy­glą­da­ją jak ob­dar­tu­sy w po­rów­na­niu z tymi, któ­rzy wy­sy­pu­ją się z bia­łych wo­zów ONZ.

Dzi­siaj kon­tro­la na gra­ni­cy, dziś two­rzy się tkan­kę snów i ra­por­tów mie­sięcz­nych. Li­czy gło­wy, mie­rzy przy­rost miej­sco­wych zdol­no­ści. Dzi­siej­sze ca­pa­ci­ty od­jąć wczo­raj­sze ca­pa­ci­ty - kon­tro­le­rzy mru­czą świę­te sło­wo, któ­re le­gi­ty­mi­zu­je ich po­byt tu­taj. Del­ta. Czy­li zmia­na. Wszyst­ko po to, by stwo­rzyć pa­li­wo dla oen­ze­tow­skiej biu­ro­kra­tycz­nej ma­szy­ny, uspra­wie­dli­wić wy­pła­ca­nie pen­sji, pre­mii za pra­cę w stre­fie dzia­łań wo­jen­nych i zwrot kosz­tów po­dró­ży do tro­pi­kal­nych ra­jów, gdzie moż­na od­re­ago­wać stres zwią­za­ny z eks­po­zy­cją na ludz­kie nie­szczę­ście.

Ka­ta­strem po­stę­pu do­wo­dzi blon­dyn o nor­dyc­kiej uro­dzie. Jego uśmie­szek nie jest pe­łen po­gar­dy - jego uśmiesz­ku tu nie ma, zo­stał pew­nie w Cza­dzie, w Rwan­dzie, roz­pu­ścił się w tych wszyst­kich zbyt go­rą­cych miej­scach, do­kąd wy­ru­szył pe­łen za­pa­łu, po to tyl­ko, by go tam zgu­bić.

Ofi­cer nosi ka­pe­lusz z ron­dem i ma za­ku­ta­ną wo­kół szyi chu­s­tę, więc z po­cząt­ku bie­rze go za Au­stra­lij­czy­ka. Mógł­by przy­po­mi­nać puł­kow­ni­ka Kil­go­re'a z Cza­su apo­ka­lip­sy, gdy­by nie przy­po­mi­nał bar­dziej puł­kow­ni­ka Ni­chol­so­na z Mo­stu na rze­ce Kwai.

Żoł­nierz za­mra­ża go w miej­scu spoj­rze­niem bez­barw­nych oczu. Pa­trzy na nie­go z obrzy­dze­niem, jak na cho­re­go, trę­do­wa­te­go, jak­by cho­ro­wał na ich­tio­zę czy inną po­twor­ność z wy­bla­kłych dzie­więt­na­sto­wiecz­nych mu­la­ży.

Przy­sta­je zdzi­wio­ny wy­ra­zem roz­my­tych tę­czó­wek. Tłu­ma­czy, że jest le­ka­rzem, że je­dzie... wo­lon­ta­riat...

Puł­kow­nik lu­stru­je go z góry na dół: buty ubło­co­ne wczo­raj na polu ry­żo­wym, spodnie po­dar­te, nie­do­pra­ne po kil­ku­dnio­wej po­dró­ży, bia­ła prze­po­co­na ko­szu­la i smu­gi pyłu na twa­rzy.

Who are you with? - ce­dzi żoł­nierz, sta­wia­jąc ak­cent na sło­wie "with".

- Sam - od­po­wia­da.

- Nie. Z kim. Z jaką or­ga­ni­za­cją? ONZ? Oxfam? Plan?

- Sam - po­wta­rza.

Ofi­cer się od­wra­ca. Nie po­świę­ca mu już uwa­gi. Lu­stru­je do­wód­ców ti­mor­skiej pla­ców­ki, rzu­ca krót­kie uwa­gi, któ­re tłu­macz za­stę­pu­je dłu­gi­mi zda­nia­mi.

- Au­to­bus nie przy­je­chał. Czy mo­gli­by­ście mnie pod­rzu­cić? - pyta, ale nikt na nie­go nie pa­trzy, nikt go nie słu­cha. Jest bo­wiem sam. Nikt go nie przy­słał. Nikt za nim nie stoi.

- Dan Mur­phy? - Za­gad­nię­ty żoł­nierz po­wta­rza to na­zwi­sko pod no­sem. Nic mu ono nie mówi, nic to nie mówi ni­ko­mu z ca­łe­go od­dzia­łu. Dan Mur­phy to dla nich ko­lej­ny nikt.

Kto stoi za tobą, a kto przed tobą? Kogo masz obok sie­bie, kogo znasz, kto wy­pła­ca pen­sję?

Bo je­śli je­steś sam, z two­imi wło­sa­mi, two­ją twa­rzą, sło­wiań­skim ak­cen­tem, po­mię­tą ko­szu­lą i brud­ny­mi spodnia­mi, to sam po­zo­sta­niesz.

Radź so­bie. Je­ste­śmy unau­tho­ri­sed do prze­wo­że­nia po­jaz­da­mi UNMIT-u osób nie­na­le­żą­cych do mi­sji.

Zni­ka­ją, zo­sta­wia­jąc go w ku­rzu i pyle. Ba­tu­ga­de znów jest w rę­kach wid­mo­wych cel­ni­ków, wy­bie­la­ją­ce­go słoń­ca i upio­rów prze­szło­ści.