Dom nad rzeką Loes - Mateusz Janiszewski

Reflow text when sidebars are open.
Doświadczy jej dopiero może wieczorem, kilkaset kilometrów dalej, po nerwowej podróży w kierunku Atambui, przez kręte drogi wspinające się na przecinający wyspę łańcuch gór. W mieście przesiada się na rachityczny ojek i zostaje odwieziony z pośpiechem w kierunku granicy przez dwóch kilkunastoletnich chłopców. Próbują mu coś usilnie wytłumaczyć, pokazując na słońce i zegarek. Pędzą krętą drogą, spękanym asfaltem, którym siedem lat wcześniej w drugą stronę, do Atambui ze spalonego Timoru Wschodniego, szli podpalacze z proindonezyjskich milicji. Szli powoli, objuczeni łupami, z rękami jeszcze brudnymi od spalenizny, uginali się pod zrabowanymi dobrami, wieźli na pikapach części generatorów, dźwigali na plecach zwoje miedzianego drutu, nic nie zostawili przypadkowi, metodycznie przenieśli na swoich plecach cały kraj za granicę. Za nimi szło ponad dziesięć tysięcy ludzi - wmówiono im, że koniec rządów Indonezji jest jak koniec świata, że po Indonezyjczykach nie zostanie nic, czarna dziura w ziemi, biała plama na mapie. Podpalacze spełnili swoją obietnicę, burząc po drodze każdą szkołę, podpalając szpitale, niszcząc za sobą mosty. Szli powoli, ale nie mieli czasu, żeby poczekać, aż podpalony przez nich dom nad rzeką wypali się do końca. Został tam jako ślad po nich.
On tymczasem śpieszył się nieporównywalnie bardziej. Skutery wjeżdżały ostrymi zakosami pod górę, by wreszcie w akompaniamencie jęku dwutaktowych silników minąć szczyt wzniesienia i pomknąć ku zabudowaniom nad rzeką. Wszystko na nic. Granica zamknięta. Szlaban opuszczony. Celnicy rozeszli się już do domów, strażnicy odwiesili karabiny na kołki i zdjęli mundury. Na posterunku zostali tylko policjanci, jednak ich zadaniem jest nieprzepuszczanie. Litują się nad nim, tym bardziej że chłopcy z Atambui już dawno zniknęli, a słońce w jednej chwili zaszło za górami, które dopiero co sforsował.
Otwierają mu kraty celi i pozwalają się w niej przespać. Kładzie się, ale usnąć nie daje mu jakieś zepsute urządzenie, hydrauliczna pompa, która wydaje w regularnych odstępach czasu czkający dźwięk cofającej się wody. W końcu, zmęczony hałasem, rusza w poszukiwaniu jego źródła, tylko po to, by znaleźć upstrzonego pomarańczowymi plamami gekona wylizującego sobie oko.
- Toke-toke - mówi za jego plecami jeden z policjantów. Przynosi szczęście.
Wraca do swojej celi, policjanci wyłączają generatory, wiatraki przestają się kręcić, nad głową zalega duszne powietrze. Za oknem nocne owady. Odgłosy niektórych przypominają deszcz, innych omamy parafrenika. Przez ich szum słyszy, jak młody policjant gra na rozstrojonej gitarze. Wsłuchuje się w dźwięki przedestylowane przez kraty, filtrowane przez wchodzący niemal do wioski las, w szum pobliskiego morza i przypominają mu się słowa Hakima Beya: "a przecież stara porysowana płyta puszczana późno w nocy ma coś w sobie - erupcję iluminacji, która rozświetla wszystkie poziomy zapośredniczenia, stając się przez to paradoksalnie obecna".
I teraz dopiero może odczuwa jedność doświadczenia. Choć czuje też przy tym wszechogarniający smutek.
Nie po to tak długo podróżował, by nic nie rozumieć. Nie po to przeleciał jedenaście tysięcy kilometrów, przewożony jak bagaż, przesyłany z miejsca na miejsce, przesiadał się w miejscach podobnych jedno do drugiego i spał w długich halach lotniskowych poczekalni. Nie po to wylądował w nocy w Denpasarze i dobił się do okienka Nusantary, gdzie dowiedział się, że samolotem dostać można się do Dili raz w tygodniu, tylko jeśli przedstawi się dowód zatrudnienia. Dla sprzedawcy było to jednoznaczne z pracą w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jeśli leciało się do Dili pracować, to musiała być to praca dla ONZ.
Pojechał do portu promowego, miejsca z innej ścieżki czasu. Nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy przypłynie prom, który przez Bimę, Maumere i Lamalerę dotrze do Kupangu, stolicy prowincji Nusa Tenggara Timur. Miał się pojawić wczoraj, ale go jeszcze nie było. Mógł przypłynąć zaraz lub za kilka dni. Usiadł na brzegu w tłumie ludzi obładowanych paczkami, studentów wracających do domu na Timor Zachodni - wśród stosów szeleszczących toreb, związanych sznurkiem tekturowych pudeł, dźwięków gitar i powoli pełzającego na nadmorskim piasku ognia.
Statek przypłynął nad ranem. Trzeszczał na falach, skarżąc się na każdy wżer rdzy, która toczyła jego kadłub. Narzekając na monsunowe fale, które go dręczyły, na setki spoconych ciał, które woził z Bali na Flores, Lembatę i dalej, na Timor - największą wyspę w archipelagu Małych Wysp Sundajskich, a stamtąd na północ w kierunku Ambon, północnej części Celebes i znów na południe.
W czasie rejsu przeszedł przyśpieszony kurs medycznego tetun, gdy ktoś przyniósł mu w nocy odwodnione, zarzygane niemowlę, kolejną ofiarę Nestlé. "Nasze odżywki są tak zdrowe, jak matczyne mleko" - obiecują na całym świecie (tylko nie na bogatej Północy) reklamy, w których blask bijący od białego proszku rozświetla ciemną skórę karmiącej z butelki matki, ale na plakacie nikt nie wspomina, że proszek trzeba rozrobić przegotowaną wodą, a tę należy najpierw zdobyć, podobnie jak opał, gaz i paliwo do piecyka.
Wciskają mu w ręce blade, spocone dziecko. Nie wie nawet, jak je trzymać, a co dopiero wyleczyć. Dziecko wymiotuje białą pianą. Dookoła w ciemności ledwie odcina się krąg wpatrzonych w niego twarzy.
Trzymał stetoskop na wierzchu i mówił o sobie dokter bedah, bo oglądał zaropiałe rany i kiwał mądrze głową nad powykrzywianymi artretyzmem stawami, jakby był chirurgiem z wieloletnim doświadczeniem. Teraz nadszedł czas, by pokazał, jakimi gra kartami. Niezbyt dobrymi. Ma tylko garść leków i mgliste pojęcie, jak ich używać, strzępki wiedzy, słuchawki - przynajmniej wie, którą stroną wkłada się je do uszu.
Twarze w ciemnościach wpatrują się w niego. Pełne oczekiwania, a przez to groźne. To już nie jest gra, bo ludzie wokół niego nie myślą w kategoriach gry. Skupiają się na tym, co tu i teraz, skupiają z całych sił, zawsze są bowiem o kilka co najwyżej minut odlegli od śmierci. Obiecał im, że ten czas się wydłuży. Sama jego obecność to powodowała. Dziecko nie wie, że to miało wystarczyć - jego obecność, to, że śmiał się na pokładzie, grywał w warcaby i udawał kogoś, kim nie był.
To go przeraża. Upłynie wiele lat, nim strzępki wiedzy zmielą się w młynach doświadczenia, zanim lekarz zrozumie, że nie jest nikim wyjątkowym. Nic nie stoi między nim a śmiercią. Nieważne, ile lat by ją zgłębiał, ilu pacjentów wyleczył, wciąż, być może, jego jedynym zadaniem jest omamić kilkoro ludzi, pomóc im zapomnieć, że muszą umrzeć, odsunąć od nich tę myśl.
Niemowlę przeżyło, chociaż nie bardzo wiedział, co robi, i szarpał się potwornie. Pasażerowie odetchnęli z ulgą, jakby na tej rozpadającej się przerdzewiałej konstrukcji udało im się przetrwać sztorm.
Po tej nocy zaczął mówić w tetun. Potrzaskanym i prymitywnym, ograniczonym do ledwie kilku zdań. Nie wiedział, że już zawsze postrzegać będzie Timor przez pryzmat pierwszych słów, które wypowiedział w tym języku: "Moras saida?". Co cię boli? Na co chorujesz? Te dwa słowa sprawią, że trudno będzie mu postrzegać wyspę i jej mieszkańców inaczej niż przez pryzmat niedoskonałości. Dopiero pod koniec wejdzie w okres rekonwalescencji i odporność na tę dolegliwość być może będzie jego największą zdobyczą.
Tymczasem jednak nic o tym nie wie; pławi się w lokalnej glorii, na cztery długie dni rejsu staje się pokładowym celebrytą, a kolejka chorych oczekujących jego porady tylko utwierdza go w tym mylnym przekonaniu.
W Kupangu przesiada się z promu do rozklekotanego bemo, oklejonego odległymi powidokami popkultury - powycinanymi z folii podobiznami zachodnich gwiazd, stworzonymi przez ich miejscowych wyznawców: landrynkowatą Britney, Madonną, Michaelem. Jedzie tak, ogłuszony piosenką Shakiry wyśpiewującej z bolesną, choć podnoszącą sprzedaż, szczerością:
It's alright, it's alright The planet's split in three'Cause, I'll keep on selling recordsAnd you've got your MTV
Jedzie przez rozświetlone miasto, omywany wszechogarniającym basem olbrzymich subwooferów, zamontowanych pod obłażącymi ze skaju siedzeniami, spogląda na deskę rozdzielczą zasłaną armią pluszowych misiów, wieziony triumfalnie przez nastoletnich kierowców z włosami ufarbowanymi na róż, zieleń, żółć, nawołujących całe miasto w bahasa indonesia, że oto wiozą wielkiego lekarza. To akurat może sobie uroił, bo jest już upojony, dlatego że wszyscy częstują go brunatnym alkoholem o cierpkim smaku. Gdy dojeżdża ciemną drogą do wioski na obrzeżach miasta, jest już pijany i dochodzi do siebie dopiero po orzeszku betelu. Pluje wszędzie czerwoną śliną, co wywołuje radosny śmiech upchanych w jego domku ludzi, czuje, że trzeźwieje, znów się upija wydestylowanym z wina palmowego arakiem i w końcu zasypia, wciąż bacznie obserwowany przez zebranych.
Wstaje z krystalicznie czystym umysłem. Goli się dokładnie w asyście dzieci. Przed nim rozciągają się pola ryżowe. Słońce dopiero zaczyna grzać. Światło jest wyraziste, zieleń jeszcze niewypłowiała. Widzi staruszka, który idzie do pracy z motyką na ramieniu, i przypomina sobie, że Kapuściński pisał, iż widok rolnika idącego rano do pracy scala świat w całość.
On takiej całości w tej chwili nie doświadcza.
Willa rzucała się w oczy już z daleka. Znikała i pojawiała się, w miarę jak droga krajowa numer pierwszy i ostatni wiła się wzdłuż wybrzeża. Autobus z Batugade zbliżał się do stolicy.
Na górze, przed domem, wiała przyjemna bryza. W autobusie zaś kleił się upał, nie milkł zgiełk prosiaków i psów - B1 i B2 białkowej witaminy - smętnych, sparszywiałych kundli wiezionych na ubój, z przednią łapą przyklejoną do szyi srebrną izolacyjną taśmą. Zawsze lewą.
Zwierzęta przewracają się, gdy pojazdem szarpie na bok - to droga odrywa się od opadającego do lazurowego morza urwiska, ucieka od spiętrzającej się nad nią wyschniętej górzystej sawanny i wrzyna w przytulony do wybrzeża tropikalny las. Autobus zwalnia, wytraca impet i zatrzymuje się na poboczu. Wzbity przez niego pył osiada na przydrożnym warungu. Osadza się na gotowanych rybach, na plastikowych miseczkach z ostrą pastą ai manas. Na katupa - zbitych klockach zawiniętego w liście ryżu, rozgotowanego na bezwartościowy kleik. Na twarzach wysiadających pasażerów - kilku żołnierzy, podróżujących z Indonezji studentów, wieśniaków wiozących naręcza ryb - na sizalowych workach pełnych orzeszków betelu, skrzyniach ze sprzętem elektronicznym, na turlających się po podłodze owocach kulu jaka, na kurach ze spętanymi nogami i siedzącej mu całą drogę na kolanach kozie.
Rozprostowuje nogi. Patrzy w stronę warungu, ale miejsca przy niskich stolikach są już zajęte, zresztą nie jest głodny, ledwie co wyrzygał wytrzęsione na górskich dróżkach kwaśne zielone mango. Spogląda za siebie - na trasę, którą przebył - nitkę wrzynającą się między dwa światy. Przeciął linię Wallace'a, linię Webera, linię Lydekkera. Wyspa jednak kpi sobie z tego, droga staje się komunikacyjnym szyderstwem z wytworów brodatych naukowców o jasnej cerze. Granica rozdzielnych krain, podzielonej wyspy, rozłącznych ekosystemów, geograficznych działów przestaje istnieć, tak jakby wijąca się nabrzeżem trasa na powrót fastrygowała i odbudowywała to, co przez wczorajszych systematyzatorów zostało podzielone. Nie wie też nic o tym podziale szybujący nad jego głową timorski treron. Majestatycznie przelatuje z jednej strony na drugą - z Azji do Australii, z sawanny do monsunowego lasu, z suchego do wilgotnego, jak powiedziałby Degrelle.
Z miejsca, gdzie wolno mu przebywać, do krainy zakazanej.
Wodzi przez chwilę za nim wzrokiem, odprowadza go spojrzeniem, gdy ten wznosi się na kominie ciepłego powietrza wzdłuż zbocza, i patrzy, jak znika za wznoszącymi się na wzgórzu zabudowaniami.
Wzgórze zamyka się w trójkącie pomiędzy przyczółkiem przerzuconego przez rzekę mostu, asfaltową drogą i zboczem. Na jego szczycie stoi dom.
Murowany dom. Błękitne ściany. Rozpadający się płot. Poszarpane firanki. Powybijane szyby. Wyszczerzone framugi obrysowane są jęzorami sadzy.
Budynek wznosi się nad lepkim smrodem, nad porozrywanym asfaltem, lewituje w błękitnej chmurce. Trwa, otoczony mangostanami, drzewami chlebowca uginającymi się pod owocami. Wzgórze zasłane jest gnijącymi mango, a wszystko to sprawia wrażenie, jakby dom dopiero co przeniesiono z krainy dobrobytu, z odległego kraju, w którym z głodu nie pożera się owoców, zanim dojrzeją.
Przyciąga go. Słaby po wielodniowej podróży, robi kilka kroków pod górę, ciężko dysząc. Firanka łopocze, coś w środku domu przemyka, cień ledwie widoczny w skąpanym w słońcu zewnętrznym świecie.
Ktoś kładzie mu dłoń na ramieniu.
- Labele. Lulik.
Nie wolno. Nie powinno się. Nie - rozumie pierwsze słowo.
Ale czym jest lulik, nie wie.
Słysząc odgłos klaksonu, odwraca się w stronę chłopaka, który go zatrzymał, i w stronę gniewnie wpatrzonych w niego ludzi. Wszyscy podnieśli się od stolików, pośpiesznie zabierając ze sobą resztki jedzenia. Spoglądają na niego ponad plecami młodzieńca, spoglądają na dom. Nikt się nie odzywa. Nie wie, czy skończyli już jeść, czy może kierowca ich pogonił, by zdążyć przed ciemnością zapadającą nagle jak po wyłączeniu żarówki. A może to przez jego zachowanie? Zabierają go więc stamtąd, by się domem nie interesował.
- Pousadene la diak - mówi młodzieniec. I powtarza: - Lulik.
Co jest niedobrego w tej pousadzie jednak nie tłumaczy.
Autobus uwozi ich po kratownicowym moście na drugi brzeg Loes. Nie potrafi oderwać wzroku od domu nad rzeką. Jego sylwetka, kontury coraz bardziej się rozmywają, dom znika, jakby nigdy nie istniał. Nic nie rozumie.
Rano granica otwiera się późno. Kręci się niespokojnie w jej pobliżu, chodzi wzdłuż brzegu rzeki, dociera na plażę. Na piasku wyciągnięte z wody outriggery formują spiętrzoną konstrukcję, celując pływakami w niebo. Pomaga ściągnąć jednego z nich do wody. Rybak gestem zaprasza go na pokład.
Wypływają daleko w morze. Słońce pali nieznośnie, a kiedy wreszcie docierają na miejsce, wskakuje z ulgą do wody. Rafa zarośnięta złotym kelpem drży w promieniach słońca. Zanurza się głębiej. Z jamki pod kamieniem wychyla się rawka błazen i najeża na jego widok - ostre szczypce zakreślają obronne trajektorie - ale zaraz znika w swojej norce, wystraszona cieniem przepływającej w pobliżu nadymki.
W toni obok niego zawisa mątwa; ocenia go swoimi rozumnymi oczami. Zaczyna unosić się ku niemu, by przyjrzeć się dokładniej. Nie wkłada w to żadnego wysiłku, jej cztery serca pompują zielonobłękitną krew do mątwiej kości z aragonitowego filigranu i nasycają zamkniętą w niej wodę gazem. Na odwróconym w jego stronę boku wyświetla rozedrganą psychodeliczną wiadomość. Bez odzewu. Druga strona pozostaje biała. Podenerwowana jego ignorancją, mątwa wystrzeliwuje telegraficznym skrótem fluorescencyjnych wyładowań i odpływa, zostawiając za sobą chmurę atramentu, gdy próbuje jej dotknąć.
W głowie pulsuje mu ocean i żeby uniknąć zachłyśnięcia się podwodnym światem, ucieka przed mroczkami na powierzchnię.
Rybak szczerzy do niego zęby i podaje mu rękę, wciąga do outriggera. Na jego dnie papuzie ryby tracą szybko swoje tęczowe kolory, skrobią powietrze dziobami.
- Timor - uśmiecha się rybak, pokazując skrytą pod wodą rafę.
- Barat? - pyta Indonezyjczyka.
- Timor Timur.
Rybak podpływa do brzegu i tam go wysadza. Ujście granicznej rzeki znajduje się gdzieś na zachodzie. Jest już w Timorze Wschodnim. Znalazł się po drugiej stronie, nie pozostawiając za sobą żadnego śladu. Ale to przecież niemożliwe.
Na razie wraca do Indonezji - wzdłuż brzegu aż do podsychającego ujścia rzeki. Żołnierze stojący na granicznym moście kiwają na niego rękami, wymachują karabinami. Odmachuje im i ignorując ich gniewne okrzyki, wraca po plecak pozostawiony w więzieniu.
I teraz granica - niezgrabnie wydzielona z otaczającej miazgi lasu. Dziurawa droga, która prowadzi zakosami przez niski mostek przewieszony nad rzeczką, chmary dzieciaków za dolara uginają się pod tobołami podróżnych.
Posterunek graniczny - fazowe przejście ze schyłku w nicość.
Miejsce, które rozpaczliwie pragnie się odnaleźć w poszarpanej geografii zazębiających się krain.
Tam - niskie murowane domki, obrzeża imperium.
Tu - barak i stolik celników rozłożony pod dachem z blachy falistej. Za nim trzeba przejść kilkaset metrów, by dojść do niczego: trzech przydrożnych straganów z wyłożonymi krakersami i wodą w zafoliowanych kubeczkach. Mówią, że nie będzie już dziś autobusu, będzie nic, nic nie jest. Nawet ta nicość potrafi się jednak zorganizować.
Słyszy z daleka ryk silników, chmura pyłu wzbijającego się w powietrze działa na wymęczonych upałem strażników jak bicz - podrywają się, obciągają mundury, poprawiają broń, ale i tak niewiele to daje, bo przecież wyglądają jak obdartusy w porównaniu z tymi, którzy wysypują się z białych wozów ONZ.
Dzisiaj kontrola na granicy, dziś tworzy się tkankę snów i raportów miesięcznych. Liczy głowy, mierzy przyrost miejscowych zdolności. Dzisiejsze capacity odjąć wczorajsze capacity - kontrolerzy mruczą święte słowo, które legitymizuje ich pobyt tutaj. Delta. Czyli zmiana. Wszystko po to, by stworzyć paliwo dla oenzetowskiej biurokratycznej maszyny, usprawiedliwić wypłacanie pensji, premii za pracę w strefie działań wojennych i zwrot kosztów podróży do tropikalnych rajów, gdzie można odreagować stres związany z ekspozycją na ludzkie nieszczęście.
Katastrem postępu dowodzi blondyn o nordyckiej urodzie. Jego uśmieszek nie jest pełen pogardy - jego uśmieszku tu nie ma, został pewnie w Czadzie, w Rwandzie, rozpuścił się w tych wszystkich zbyt gorących miejscach, dokąd wyruszył pełen zapału, po to tylko, by go tam zgubić.
Oficer nosi kapelusz z rondem i ma zakutaną wokół szyi chustę, więc z początku bierze go za Australijczyka. Mógłby przypominać pułkownika Kilgore'a z Czasu apokalipsy, gdyby nie przypominał bardziej pułkownika Nicholsona z Mostu na rzece Kwai.
Żołnierz zamraża go w miejscu spojrzeniem bezbarwnych oczu. Patrzy na niego z obrzydzeniem, jak na chorego, trędowatego, jakby chorował na ichtiozę czy inną potworność z wyblakłych dziewiętnastowiecznych mulaży.
Przystaje zdziwiony wyrazem rozmytych tęczówek. Tłumaczy, że jest lekarzem, że jedzie... wolontariat...
Pułkownik lustruje go z góry na dół: buty ubłocone wczoraj na polu ryżowym, spodnie podarte, niedoprane po kilkudniowej podróży, biała przepocona koszula i smugi pyłu na twarzy.
- Who are you with? - cedzi żołnierz, stawiając akcent na słowie "with".
- Sam - odpowiada.
- Nie. Z kim. Z jaką organizacją? ONZ? Oxfam? Plan?
- Sam - powtarza.
Oficer się odwraca. Nie poświęca mu już uwagi. Lustruje dowódców timorskiej placówki, rzuca krótkie uwagi, które tłumacz zastępuje długimi zdaniami.
- Autobus nie przyjechał. Czy moglibyście mnie podrzucić? - pyta, ale nikt na niego nie patrzy, nikt go nie słucha. Jest bowiem sam. Nikt go nie przysłał. Nikt za nim nie stoi.
- Dan Murphy? - Zagadnięty żołnierz powtarza to nazwisko pod nosem. Nic mu ono nie mówi, nic to nie mówi nikomu z całego oddziału. Dan Murphy to dla nich kolejny nikt.
Kto stoi za tobą, a kto przed tobą? Kogo masz obok siebie, kogo znasz, kto wypłaca pensję?
Bo jeśli jesteś sam, z twoimi włosami, twoją twarzą, słowiańskim akcentem, pomiętą koszulą i brudnymi spodniami, to sam pozostaniesz.
Radź sobie. Jesteśmy unauthorised do przewożenia pojazdami UNMIT-u osób nienależących do misji.
Znikają, zostawiając go w kurzu i pyle. Batugade znów jest w rękach widmowych celników, wybielającego słońca i upiorów przeszłości.