Dom nad lazurowym urwiskiem - Frederick D'Onaglia

-
Proszę czekać

1

Fala gwałtownie uderzyła o skały, wyrywając Laurę z głębokiego snu. Powoli docierały do niej znajome odgłosy. Śpiew cykady na tarasie, echo przypływu rozbijającego się o stromy brzeg. Leżała jeszcze chwilę, zanim otworzyła oczy, przejęta myślą o tym, co czekało ją tego popołudnia. Miała stawić się na spotkanie z mecenasem Dubré-Lacaze'em, do którego wezwano ją w dziwnej sprawie. Dwa tygodnie wcześniej dostała pismo od notariusza zajmującego się spadkiem po Marcelu Soubeyranie. W liście proszono ją o obecność podczas odczytywania testamentu. Nic więcej na ten temat nie wiedziała. Jaką niespodziankę przygotował jej zmarły? Nie znała go i nie łączyły jej z nim żadne więzy pokrewieństwa. Był sąsiadem, cichym i rzadko widywanym. Mówiono, że był stary i schorowany. Umarł miesiąc temu.

Odrzuciła kołdrę, wyprostowała się i spojrzała w bok. Maya gramoliła się z dywanika pod łóżkiem, rozespana i żądna pieszczot. Szczupła, płowa suczka rasy golden retriever uniosła pysk w stronę pani i oparła go na łóżku, głośno sapiąc. Laura uśmiechnęła się pobłażliwie do psiaka. Uwielbiała patrzyć, jak Maya budzi się, pomarszczona jak mały szczeniak. Pochyliła się i pocałowała ją za uchem w miejscu, gdzie sierść jest jeszcze ciepła i szczególnie miękka. Maya skorzystała z okazji, żeby spróbować wdrapać się na łóżko. Jedna łapa. Potem, niezdarnie, druga.

- Hola, hola! - skarciła ją Laura. - Myślisz, że nie wiem, o co ci chodzi?

Maya spojrzała na nią błagalnie.

- No, dobrze. Wskakuj.

Suczka przytuliła się do niej z rozkoszą. Pozwolono jej wejść na zakazane terytorium! Laura głaskała jej długą, miękką jak jedwab sierść. Trzy lata temu Maya była jeszcze małą, włochatą kulką, która mieściła się w dłoniach. Laura właśnie przeprowadziła się z dziećmi do domu swojego ojca. Dom leżał na uboczu i Laura dla własnego poczucia bezpieczeństwa zapragnęła mieć psa. Maya dostała imię na cześć wyżła, którego znali kiedyś w Omanie. Sébastien, mąż Laury, poszukiwał w tamtym regionie nowych pól naftowych. Wyjeżdżał na całe tygodnie na pustynię Rub al-Chali, zostawiając rodzinę samą sobie, a dzieci zaprzyjaźniły się z suką sąsiada. Pewnego wieczoru Sébastien oznajmił, że czeka go nowy wyjazd, do Republiki Południowej Afryki.

Nikomu się to nie uśmiechało. Dzieciom ściskało się serce na myśl, że już nie zobaczą Mayi.

- Nie pojedziemy z tobą - oświadczyła lakonicznie Laura, gdy została sam na sam z mężem. - Tym razem nie.

Sébastien spojrzał na nią z niedowierzaniem. Wielu kolegów zabiegało o tę posadę, dla inżyniera był to prawdziwy awans. Gdyby poszukiwania się powiodły, czekała na niego żyła złota. Żona dobrze o tym wiedziała. Nadarzała się okazja, żeby otworzyć własne biuro projektów, byłby wtedy u szczytu kariery. Ujął ją za ramiona i spojrzał na nią z niemal komiczną powagą, udając, że nic nie rozumie.

- Jak to, nie tym razem?

- Dzieci potrzebują spokoju. Nie możesz wiecznie przerzucać ich z jednego kraju do drugiego. Nie mają czasu poznać przyjaciół, przyzwyczaić się, nigdy cię nie widują. Ja zresztą też.

Po jej słowach zapadła cisza. Sébastien odwrócił wzrok. To nie były wyrzuty, tylko stwierdzenie faktu. Nieodwołalne. Laura podjęła decyzję.

- Wrócimy do Francji i zamieszkamy na Przylądku Admirała, w domu mojego ojca.

Od dawna o tym myślała. Teraz skorzystała z okazji. Sébastien na tyle dobrze ją znał, żeby pojąć, że nie zmieni zdania. Była spokojna i zdecydowana.

- Rozumiem - powiedział w końcu.

Poprosił ją, żeby się jeszcze zastanowiła, ale zrobił to tylko dla formalności, żeby nie przyznać, że miała rację. Jego zawód wymagał koczowniczego trybu życia, z biegiem lat jego małżeństwo stało się po prostu fikcją. Nadszedł czas, żeby to sobie uświadomić i podjąć odpowiednie kroki. Z perspektywy czasu Laura przekonała się, że dokonała słusznego wyboru. W drodze wzajemnego porozumienia uzyskali separację, ale nie podjęli jeszcze ostatecznej decyzji o rozwodzie. Jedno albo drugie zawsze znajdowało jakiś pretekst, żeby opóźnić ten moment.

Maya wyciągnęła się na łóżku na całej długości, zmuszając Laurę do wstania.

- Idziemy popływać.

Jeżeli było jakieś słowo, na które Maya reagowała, było nim słowo "pływać". Postawiła uszy i przyglądała się Laurze z lekko przechyloną głową, po czym i także wyskoczyła z łóżka. Błyskawicznie znalazła się pod drzwiami, wiercąc się ze zniecierpliwienia, potem zawróciła i z pantoflem w pysku paradowała dumnie przed swoją panią, machając zamaszyście ogonem. Maya uwielbiała być w centrum zainteresowania.

- Cicho... Obudzisz dzieci.

Laura otworzyła okiennice. Oślepiło ją światło dnia. Zamrugała, marszcząc usiany piegami nos. W wieku czterdziestu trzech lat zachowała zabawną twarz nastolatki. I gdyby nie drobne kurze łapki, które rozchodziły się promieniście wokół jej oczu, rozświetlając uśmiech, trudno byłoby określić jej wiek. Prawie się nie malowała, czesała się w koński ogon i pływała godzinę dziennie.

Wciągnęła słone morskie powietrze i poczuła nieprzepartą ochotę wykąpania się. Objęła horyzont spojrzeniem lśniącym jak przejrzyste fale leżącej w dole zatoki. O tak wczesnej godzinie niebo i morze zlewały się w jedną szarą, delikatnie opalizującą poświatę. Laura nie mogła nasycić się tym widokiem. U jej stóp zawieszone nad skarpą aloesy, bugenwille, drzewka oliwkowe i figowce tworzyły roślinny dywan, tkwiący korzeniami z załomach skalnych, w uskokach klifu, w najbardziej nieprawdopodobnych zakątkach. Nic nie napawało jej większą radością, niż gdy leżąc na hamaku w cieniu wiklinowego ogrodzenia, wsłuchiwała się w odgłosy tego rajskiego ogrodu.

- Chodźmy!

Szczęśliwa, że może dzielić tę chwilę z psem, włożyła kostium kąpielowy, którego biel kontrastowała z jej bursztynową skórą. W zimie - bo Laura pływała o każdej porze roku - zakładała kombinezon izotermiczny, mniej atrakcyjny, choć ciała pozazdrościłaby jej niejedna kobieta w jej wieku. Do uprawiania codziennych ćwiczeń motywowała ją nie tyle dbałość o figurę, co fakt, że zapewniały jej one dobre samopoczucie. Maya pływała razem z nią, tak jak inne psy biegają za swoim panem.

Razem przemierzyły cały taras. Przy domku, rozbudowanym od czasów, gdy go postawiono, rozciągał się położony na cyplu ogród, otoczony kamiennym murkiem. Murek, ukryty pod krzewami oleandrów, ogradzał teren i służył za barierę w miejscu, gdzie urwisko opadało stromo ku morzu. Laura uniosła zasuwkę furtki i zeszła ostrożnie schodami wykutymi w skale. Trzydzieści metrów niżej leżała piaszczysta plaża, muskana przez fale. Żelazny uchwyt służył za poręcz. To jej ojciec go zamontował. Gdy razem ze swoją żoną i córeczką przybył na Przylądek Admirała, starannie zabezpieczył przejście.

Ilekroć Laura schodziła tą drogą, wracały wspomnienia o matce i jej przestrogach, gdy widziała, jak dziewczynka podąża w ślad za ojcem. Ile mogła mieć wtedy lat? Pięć, nie więcej. Nie pamiętała twarzy matki, tylko strach, jaki odczuwała w jej obecności, strach przed jej napadami gniewu. Rodzice bez przerwy się kłócili. Któregoś ranka Gilbert, ojciec Laury, obudził ją i mocno przytulił.

- Bardzo cię kocham, moja księżniczko - powiedział cichym głosem.

Jej tata był najprzystojniejszy ze wszystkich. Dawał jej największe poczucie bezpieczeństwa. Potrafił zabawić i pocieszyć. Ale tamtego dnia, po tych słowach i uścisku niemal bolesnym, zostawił ją na dłuższą chwilę. Do Laury nie dobiegał z domu najmniejszy dźwięk. Potem ojciec pojawił się z powrotem jak gdyby nigdy nic i wziął ją na ręce. Spędzili cały dzień na jego łodzi. Wieczorem Laura zrozumiała, że mama nie będzie czekać na nich w domu. Wyjechała. Zostawiła ich. Może się to wydawać dziwne, ale wtedy bardziej martwiła się smutkiem ojca niż własnym. Nie musiał nic mówić, fizycznie czuła jego ból. Dorastała przy nim, nigdy nie pytając o kobietę, której już z nimi nie było, a której nieobecność zdawała się wnosić upragniony spokój po ciągłych napadach furii. Gilbert zawsze był przy niej, wychowując ją najlepiej, jak umiał. To po nim odziedziczyła zamiłowanie do aktywności fizycznej, ale także do rysowania, bo miał rękę do rysunku i cieszył się, dostrzegając u córki nawet większy talent. Wierzył w nią i był z niej dumny. Nie mieli przed sobą żadnych tajemnic i nigdy się nie kłócili. Dawał jej wolność, z której ona rozważnie korzystała. Wiedli proste, spokojne życie.

A potem nadeszła ta noc, której wszystko się zmieniło...

Laura schodziła po schodach ze swojej calanque[1]. W przeciwieństwie do innych przybrzeżnych dolin o imponujących spadzistych urwiskach i postrzępionej rzeźbie Przylądek Admirała był wąski i ciasny, co chroniło zatokę przed napływem spacerowiczów. Ponadto obecność dwóch domów i starannie utrzymanych ogrodów na obu zboczach, nadawała jej prywatny charakter. Pływający po morzu turyści, zniechęceni słabą żeglownością zatoki, woleli zostawać na szerokich wodach i fotografować wybrzeże z daleka. Legenda głosi, że nazwa Przylądka Admirała pochodzi od pewnego starego korsarza, Fargasa, który wstąpił na służbę do króla Ludwika XIV w czasie wojny dewolucyjnej z Hiszpanią, za co przyznano mu tytuł admirała. Korsarz zacumował swój statek z zatoce, aby zaskoczyć okręt nieprzyjaciela i posłać go na dno.

Laura, z psem przy nodze, dotarła do plaży. Jak co dzień miała zamiar popłynąć aż do skraju mielizny, tam, gdzie turkusowe wody przybrzeża przechodziły w głęboki śródziemnomorski błękit. Stara sosna alepska, która rosła na szczycie urwiska, przecząc wszelkim prawom grawitacji, służyła jej za punkt orientacyjny. Drzewo, częściowo okaleczone i ogołocone z gałęzi, przeżyło uderzenie pioruna. Cykady obrały je sobie za dom, a jego umęczona sylwetka zdawała się przewodzić ich śpiewom niczym dyrygent przy pulpicie. Laura uważała je za domowego wartownika, za totem ożywiany duchem miejsca. Podniosła leżący na plaży kawałek drewna.

- A to dla kogo? - zapytała.

Suka zwykła pływać za nią z patykiem w zębach. W końcu nazwa rasy ("złoty aportet") zobowiązuje.

- Przynieś!

Maya rzuciła się między grzywy fal, potem okrążyła swoją panią, gdy ta była już zanurzona po szyję. Rozgrzawszy się najpierw paroma wymachami, Laura ruszyła. Płynęła coraz energiczniejszym kraulem. W regularnych odstępach czasu unosiła głowę nad powierzchnię wody, aby nabrać powietrza. Gdy zwolniła tempo, w niewielkiej odległości od sosny, znajdowała się poniżej domu należącego do Joëla Bossisa.

Joël był kimś więcej niż tylko sąsiadem. Od czasu gdy pewnej burzowej nocy Gilbert zaginął, Joël stał się dla niej drugim ojcem. Laura miała wtedy dopiero siedemnaście lat. Z niewyjaśnionych przyczyn tamtego wieczoru jej ojciec wypłynął na morze i przepadł bez wieści. Joël Bossis i zaprzyjaźnieni rybacy przez wiele dni przeczesywali okoliczne wody, ale nie odnaleźli wraku "Lauramor". Morze nie wyrzuciło żadnych zwłok, żadnych szczątków. Laura nie żywiła cienia nadziei, że kiedyś ujrzy jeszcze ukochanego ojca. Nigdy by jej nie zostawił. Ale jedno pytanie nie dawało jej spokoju. Dlaczego ryzykował, wypływając na morze w burzową noc? Nikt nie wiedział. Joël też nie mógł tego zrozumieć. Przygarnął ją jak własną córkę, w imię pamięci o Gilbercie i więzów przyjaźni, które łączyły obu wspólników: założyli razem warsztat szkutniczy i zajmowali się naprawą łodzi.

Mijały lata. Laura wyjechała na studia do Akademii Sztuk Pięknych w Aix-en-Provence, gdzie na drugim roku jako specjalizację wybrała grafikę. Potem poznała Sébastiena i wyszła za niego za mąż. Jeździła za mężem po całym świecie, aby w końcu wrócić w rodzinne strony. Joël ucieszył się z powrotu "przybranej córki". Oczywiście ubolewał z powodu okoliczności, w jakich to nastąpiło. Wielokrotnie przekonywał Laurę, aby wróciła do męża, ale zrezygnował, widząc, że ani ona, ani dzieci nie cierpiały z powodu tej sytuacji.

Przepłynęła jeszcze kilka metrów, po czym wspięła się na skałę, aby nabrać sił. Pies dołączył do niej, parskając.

- To najpiękniejsze miejsce na ziemi - powiedziała, siadając ze skrzyżowanymi nogami. - Prawda, psinko?

Maya wypuściła patyk z pyska i położyła się na boku. Zwierzę wyglądało na wyczerpane. Laura omiotła horyzont wzrokiem. Siedziała dokładnie w tym miejscu, gdzie szelf kontynentalny zanurza się w głębiny podwodnego świata. Ten wodny bezmiar krył w sobie grób jej ojca. Wciąż o tym myślała. Odwróciła wzrok, aby spojrzeć na zatokę, na nadbrzeżną dolinę o stromych ścianach, na jej olśniewająco białe wapienne skały, które tak często szkicowała. Ileż to godzin spędziła, ucząc się, od najwcześniejszych lat, malować ten przedziwny świat i jego odbicia zmieniające się w zwierciadle wód? Ojciec nauczył ją dostrzegać fałdy i załamania, zauważać najdrobniejsze zmiany, jakim skalna sceneria ulegała pod wpływem światła dnia.

Po powrocie w rodzinne strony Laura, wierna pamięci o ojcu, starała się uchronić zatokę przed wszystkim, co mogłoby ją wynaturzyć. Apetyty deweloperów na Lazurowym Wybrzeżu były nieposkromione. Joël wspierał ją w tej walce i ku ich ogromnej satysfakcji marzenie miało się spełnić w ciągu kilku miesięcy. Po latach starań władze państwowe postanowiły oddać sprawiedliwość obrońcom środowiska. Miał powstać Park Narodowy Calanques, w skrócie PNC. Nie tworzono go po to, aby nieliczne uprzywilejowane osoby mogły żyć w ciszy i spokoju. Miał zapewnić przetrwanie ekosystemu, zachwianego przez obecność człowieka, oraz uratować bezcenne dziedzictwo historyczne. Gdyż calanques to nie tylko widoki z pocztówek. Jako pozostałości epoki lodowcowej kryły miejscami prawdziwe skarby, sięgające początków ludzkości. Sale w Jaskini Cosquera, do której wejście zalała woda, zawierały dzieła sztuki naskalnej datowane na dwadzieścia siedem tysięcy lat przed naszą erą! Laura wyobrażała sobie czasami, że mieszka nad jednym z tych podwodnych muzeów, którego ściany zachowały ślady prehistorycznego artysty.

Jej uwaga skupiła się wkrótce na domu leżącym po drugiej stronie zatoki. W połowie wysokości otaczał go żywopłot z wawrzynu. Trzy lata wcześniej, gdy się tu na nowo wprowadzała, opadły ją wątpliwości. Czy nie szukała schronienia w przeszłości? Czy, co gorsza, nie zamykała dzieci we własnej historii, obciążając je ciężarem wspomnień, w których mieszało się to, co w jej życiu było najlepsze i najgorsze? Przylądek Admirała prześladowały przecież nigdy nierozwiązane tajemnice, odejście matki, zaginięcie ojca... Ale Laura nie chciała już podążać za człowiekiem, który w życiu kierował się tylko pracą. Tutaj była u siebie, na swoim miejscu, a dzieci nigdy nie miały jej za złe tego wyboru. One także musiały gdzieś się zatrzymać i zapuścić korzenie.

Krawędź urwiska upstrzona była makią[2], rozciągającą się daleko poniżej, gęstą i pachnącą, pełną kolczastych krzewów. Ten zdziczały teren należał do Marcela Soubeyrana, który zawezwał ją zza grobu, aby uczestniczyła w odczytaniu jego testamentu. Czyżby nie mając dziedzica, chciał przekazać jej część swojego majątku? Niemożliwe. Im bardziej o tym myślała, tym mniej rozumiała pobudki, jakie nim kierowały. Widziała go tylko dwa razy w życiu i zachowała w pamięci obraz sąsiada pilnie strzegącego granic swojej posiadłości, małomównego i szczerze mówiąc, niemiłego. Stał wyżej od nich, mieszkających w dolinie, i to w każdym znaczeniu tego słowa, był wyniosły i pełen pogardy. Pochodzili z innych światów. Toteż gdy Laura dostała wezwanie od mecenasa Dubré-Lacaze'a, opowiedziała o tym Joëlowi.

- Dziwna sprawa - mruknął, zapoznawszy się z treścią listu.

Nic więcej nie powiedział i przyznał, że jest równie zaskoczony jak Laura, iż ktoś taki mógłby umieścić ją w swoim testamencie. Rano Laura zadzwoniła do biura notarialnego. Udało jej się porozmawiać z notariuszem, który nie powiedział nic ważnego. Nie mógł. Musiała poczekać. Tego popołudnia ostatnia wola Soubeyrana miała zostać ujawniona, kładąc kres dwóm tygodniom pytań i niepewności. Na razie wszystko, co wiedziała, to tyle że Marcel Soubeyran odziedziczył kamieniołom, którego kamienie posłużyły niegdyś do budowy doków w Aleksandrii, Egipcie i cokołu Statuy Wolności w Nowym Jorku.

Fala silniejsza od innych uderzyła o skałę i ochlapała Laurę.

- Wracamy, psinko?

Maya, która odzyskała już siły, zerwała się na równe nogi i wskoczyła do wody za patykiem rzuconym jej przez panią. Laura też się zanurzyła. Orzeźwiająca woda omywała jej skórę.

Weszła do domu, susząc sobie włosy. Na piętrze dzieci jeszcze spały, co dawało jej trochę czasu na pracę. Wzięła prysznic, założyła koszulkę i krótkie spodenki i poszła do salonu. Stara część domu, wiejskiej chaty, której jedyny luksus stanowił rozległy widok na Morze Śródziemne, została zbudowana przed pierwszą wojną światową. Dziadek Laury, nauczyciel z Marsylii, zauroczony tym miejscem, położonym w pobliżu Cassis, zbudował chatę pośrodku urwiska. Potem jego syn, Gilbert, urządził ją tak, aby móc zamieszkać w niej na stałe i otworzyć na nabrzeżu warsztat szkutniczy.

Laura nalała sobie filiżankę czarnej kawy i usiadła przy desce do rysowania. Jej stół umieszczony był naprzeciwko drzwi balkonowych wychodzących na taras. Jako ilustratorka cieszyła się pewną renomą pośród wydawców książek dla dzieci. Była znakomitą kolorystką, miała cały zestaw gwaszów, których odcienie mieszała w pojemniku własnej produkcji. Pędzle stały starannie ułożone w bambusowym naczyniu, które przywiozła kiedyś z Indonezji. To był jedyny zawód, jaki dawał się pogodzić z wyjazdami, które narzucał im Sébastien. Wystarczał jej stół, papier, ołówki i farby. Aby udokumentować swoje rysunki, zamówiła małą biblioteczkę, gdzie w drewnianych przegródkach przechowywała zdjęcia, które sama robiła albo wycinała z gazet. Praca ta przynosiła jej skromne, ale wystarczające dochody, pozwalające zachować niezależność; jej mąż pokrywał koszty edukacji dzieci, nie mówiąc o podróżach i prezentach, jakimi je obdarowywał. Pod tym względem Sébastien zawsze wywiązywał się ze swoich obowiązków. Ale stół do rysunków musiał współegzystować z codziennymi obowiązkami i domowym zgiełkiem.

Laura nauczyła się dostosowywać swój czas pracy do wymogów życia rodzinnego. Kiedy nie nastawiała prania w pralce albo nie robiła zakupów, rysowała. Ostatnio dostała zlecenie na wykonanie ilustrowanego albumu, opowiadającego o małych, dziesięcioletnich dzieciach, żyjących przed dwudziestoma sześcioma wiekami, w czasach założycieli Marsylii, Mas Salii, "siedzibie Salluwiów[3]", jak podają niektóre źródła. Aby zilustrować ich przygody, Laura musiała sięgnąć po kroniki Pompejusza Trogusa, pisarza galloromańskiego. Pisze on, że Protis, Fokajczyk[4], który chciał rozwinąć działalność handlową w tej części wybrzeża, przybił do zatoki Lacydon w dniu, w którym król Nanus z plemienia Salluwiów zamierzał wydać za mąż swoją córkę Gyptis za jednego z dwudziestu pięciu pretendentów. Ceremonia odbyła się w grocie przy fontannie Ivoire, niedaleko dzisiejszej Marsylii. Według tradycji Gyptis miała wręczyć jednemu z zalotników kielich z wodą, który przypieczętowałby ich małżeństwo. Piękna nimfa wybrała zaproszonego na tę uroczystość Protisa. Młodzi małżonkowie otrzymali w posagu zatokę Lacydon, która później stała się marsylskim Starym Portem.

Laura szkicowała właśnie kontur twarzy pięknej Gyptis, gdy po schodach zszedł Enzo. Odłożyła pióro. Jej dzień się zaczynał.

Koniec wersji demonstracyjnej.