Dom nad brzegiem oceanu - Urszula Jaksik

Kup ebooka

39.90 zł
29.85 zł (29,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Ka­rol roz­siadł się w fo­telu. Ste­war­desa po­dała na­poje. Wra­cał do War­szawy. Czuł się zmę­czony i prze­grany. Bo­lały go mię­śnie i mocno da­wała mu się we znaki nie­prze­spana noc. Naj­chęt­niej za­padłby w głę­boki sen, by za­po­mnieć o wszyst­kim, lecz wie­dział, że w sa­mo­lo­cie ni­gdy mu się to nie uda­wało. Nie chciał ana­li­zo­wać tego, co prze­ży­wał przez mi­niony week­end. Są­cząc drinka, się­gnął po cza­so­pi­smo le­żące na sto­liku.

- No i jaka zło­śli­wość losu! - zi­ry­to­wał się. Otwo­rzył je na zu­peł­nie przy­pad­ko­wej stro­nie i prze­le­ciaw­szy wzro­kiem, na­tknął się na tekst o Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia, je­dyny te­mat, w który nie miał ochoty wni­kać.

Wra­cał z Afryki, roz­cza­ro­wany do gra­nic moż­li­wo­ści. Zu­lu­ski cza­row­nik w Su­azi, po ca­ło­noc­nym ry­tu­al­nym tańcu, bar­dzo eks­pre­syj­nym, wi­do­wi­sko­wym, na­ka­zał mu ucie­kać, po­że­gnać się z do­tych­cza­so­wym ży­ciem i zmie­nić toż­sa­mość. Miał spa­lić wszyst­kie swoje ubra­nia, uni­kać miejsc, w któ­rych do­tąd by­wał, po­rzu­cić wszystko, z czym się czuł zwią­zany: dom, ro­dzinę, a zwłasz­cza swoje imię. Po­wi­nien nie­zwłocz­nie za­trzeć wszel­kie ślady łą­czące go z czło­wie­kiem, Ka­ro­lem Ko­strzew­skim. Je­śli tego nie zrobi - umrze, bo jego cia­łem za­wład­nęła ZŁA MOC.

Nie po to po­le­ciał do dżun­gli, by ja­kiś pry­mi­tywny gość stra­szył go, że umrze. O tym już dawno wie­dział. Po­trze­bo­wał jego nad­przy­ro­dzo­nej mocy, by zwy­cię­żyć to cho­ler­stwo, które za­tru­wało mu ży­cie. Jaki był na­iwny! Jesz­cze ja­kieś trzy lata temu nie przy­szłoby mu do głowy ko­rzy­stać z ta­kich usług, ale te­raz... Przy­mknął oczy i na­tych­miast za­wład­nęły nim prze­ży­cia sprzed kil­ku­na­stu go­dzin.

O świ­cie ka­płan zło­żył ofiarę z byka, czar­nej świni i dzie­się­ciu kur­cza­ków. Z mięsa ofiar­nego przy­go­to­wy­wano przez resztę dnia po­karmy dla bo­gów. Miało być ich tyle, ilu bo­gów zo­sta­nie przy­wo­ła­nych. Jego da­nina była hojna, więc za­pro­szono wielu.

Wła­ściwa część ob­rzędu roz­po­częła się po za­cho­dzie słońca. Roz­pa­lono dwa duże ogni­ska. Iskry wy­soko strze­lały w górę. Za­częto wa­lić w bębny, które wzy­wały bó­stwa na ce­re­mo­nię. Na ten sy­gnał po­ja­wili się pierwsi tan­ce­rze, na­si­lały się ryt­miczne ude­rze­nia w bębny. Krąg tań­czą­cych stale się po­więk­szał. Z róż­nych stron do­cho­dziły ko­lejne grupki lu­dzi. Bose stopy wznie­cały ru­dawy pył, który uno­sił się i przy­kle­jał do spo­co­nych ciał. Jak mu wy­ja­śniono, pie­śni i tańce wy­ko­ny­wane przez uczest­ni­ków ilu­stro­wały epi­zody z ży­cia bo­gów. Po go­dzi­nie tan­ce­rze przy­spie­szyli, wi­ro­wali wo­kół ognisk, wy­da­jąc z sie­bie gar­dłowe, ryt­miczne głosy. Na­gle z tej plą­ta­niny spo­co­nych ciał, dymu wy­ło­nił się sza­man i zbli­żył do niego. Ukryty za strasz­liwą ma­ską, na­masz­czał go pal­cami ocie­ka­ją­cymi krwią kur­czaka, tań­czył wo­kół niego, chu­chał słod­ka­wym dy­mem w twarz.

Ka­rol przez otwory w ma­sce wi­dział prze­krwione oczy uzdro­wi­ciela. Bar­dzo chciał pod­dać się temu po­ru­sza­ją­cemu się w głę­bo­kim tran­sie czło­wie­kowi, sta­rał się uwie­rzyć, że rze­czy­wi­ście łą­czył się on z ja­kąś Mocą, która go ule­czy. Nie­stety, nie po­tra­fił. Prze­ciw­nie, z co­raz więk­szym dy­stan­sem oglą­dał spek­takl przy­go­to­wany na jego cześć.

Po wy­ko­na­niu tańca od­sy­ła­ją­cego bo­gów wszy­scy uczest­nicy za­sie­dli do uczty. I wtedy sza­man wrę­czył mu zioła. Tłu­macz po­in­for­mo­wał, że trzeba je po odro­bi­nie do­da­wać do każ­dego po­karmu i za­koń­czyć spo­ży­wa­nie przed peł­nią księ­życa. Cza­row­nik, ma­cha­jąc rę­kami, pod­ska­ku­jąc wy­soko w górę, a mo­men­tami wy­jąc jak dzi­kie zwie­rzę, prze­ko­ny­wał go o ko­niecz­no­ści ucieczki od do­tych­cza­so­wego ży­cia. Na ko­niec dał mu ta­li­zman, wo­re­czek z czer­wo­nej szmatki, a w nim ma­giczny ka­myk owi­nięty pa­pie­rem, na któ­rym umiesz­czono ja­kieś ta­jemne znaki. "To silny amu­let, po­może ci prze­trwać drogę, którą mu­sisz ucie­kać" - prze­ka­zał mu słowa sza­mana tłu­macz. Do­dał też, że nie może się z nim roz­sta­wać i stale musi go no­sić w pra­wej kie­szeni spodni. W końcu cza­row­nik ści­snął mu dłońmi głowę, w se­kundę póź­niej od­sko­czył od niego jak po­pa­rzony i gwał­tow­nie po­trzą­sa­jąc dłońmi, wy­co­fał się ty­łem i znik­nął w ciem­no­ściach.

Wie­dział, że nie po­wi­nien tego po­trak­to­wać do­słow­nie. Ale ta idea zmiany imie­nia, toż­sa­mo­ści, ucieczki nie była mu obca. Już gdzieś czy­tał na ten te­mat i chyba nie do­ty­czyło to Afryki. Musi do­trzeć do tych wia­do­mo­ści, roz­szy­fro­wać je.

Po­pa­trzył z nie­chę­cią na cza­so­pi­smo. Czy los musi być aż tak zło­śliwy? Za dużo tych przy­pad­ków. Jesz­cze raz zer­k­nął na zna­le­ziony frag­ment:

Naj­kró­cej na Ziemi, bo prze­cięt­nie 36 lat, żyją miesz­kańcy Zim­ba­bwe. Czter­dziestki nie­dane jest do­żyć rów­nież więk­szo­ści oby­wa­teli Su­azi i Sierra Le­one. Wskaź­niki te w ostat­nim cza­sie po­gor­szyły się dra­ma­tycz­nie. Przy­czy­nił się do tego stan go­spo­darki pań­stwa, a także wielka liczba za­ka­żeń HIV.

I da­lej:

Naj­dłu­żej żyją Ja­poń­czycy i miesz­kańcy Księ­stwa Mo­nako (82 lata) oraz Au­stra­lij­czycy, Is­land­czycy, Włosi, Szwe­dzi i Szwaj­ca­rzy (81 lat). Po­lacy (75)...

- No pro­szę, nasz kraj ma się do­brze, tylko ja nie­długo ze­psuję sta­ty­stykę - żach­nął się i za­mknął cza­so­pi­smo.

Wró­cił do kwe­stii imie­nia. Chyba nie za bar­dzo za­sta­na­wiamy się nad tym, ja­kie imię da­jemy swoim dzie­ciom. A może tylko on nie przy­wią­zy­wał do tego wagi? To Mag­da­lena wy­bie­rała imiona dla ich dzieci. Ak­cep­to­wał je bez za­strze­żeń, bo... wła­ści­wie nie wie­dział dla­czego. Sara, Piotr - po pro­stu ład­nie brzmią. Nie są dzie­dzi­czone po przod­kach ani w jego ro­dzi­nie... chyba w ro­dzi­nie Magdy rów­nież nie. Cie­kawe: dla­czego wy­brała ta­kie? Musi ją o to za­py­tać. W więk­szo­ści przy­pad­ków to kwe­stia mody albo ja­kiejś fa­scy­na­cji któ­re­goś z ro­dzi­ców. Z pew­no­ścią im da­lej od cy­wi­li­za­cji, tym więk­szą wagę przy­wią­zy­wano do nada­wa­nego imie­nia, to istotna część czło­wieka. Ktoś bez imie­nia to po pro­stu Nikt. Za to z na­zwi­skiem jest chyba do­kład­nie na od­wrót - za­sta­na­wiał się. W kra­jach wy­soko roz­wi­nię­tych to ono miało za­sad­ni­cze zna­cze­nie.

Lu­bił swoje, Ko­strzew­ski, ta­kie pol­skie, mocne, trudne dla ob­co­kra­jow­ców. Współ­czuł tym, któ­rzy mu­szą pod­pi­sy­wać się Kot, Ba­ran, czy Ogó­rek. Miałby zmie­nić swoje na­zwi­sko? Ab­sur­dalna myśl. Całe do­tych­cza­sowe ży­cie wal­czył o to, by wła­śnie ono coś zna­czyło, było sym­bo­lem suk­cesu, otwie­rało drzwi, sta­no­wiło jego wi­zy­tówkę. Prze­był już nie­zły ka­wa­łek ży­cio­wej drogi i cho­ciaż pro­gnozy nie były dla niego ko­rzystne, nie po­tra­fiłby prze­kre­ślić wszyst­kiego, co do tej pory osią­gnął. To jakby uni­ce­stwił sa­mego sie­bie.

Ka­rol! Dla­czego do­stał wła­śnie to imię? Ni­gdy się już nie do­wie. Wie tylko, że był je­dy­nym chłop­cem no­szą­cym to imię w szkole i na po­dwórku. Pa­mięta, po­nie­waż po fil­mie Och, Ka­rol! wszy­scy na to zwró­cili uwagę.

No do­brze, mała sy­mu­la­cja zda­rzeń. Od ju­tra znika. Wy­jeż­dża... do ma­łego mia­steczka w gó­rach. Wy­naj­muje po­kój u ja­kiejś bied­nej gaź­dziny. Mel­duje się jako Bo­gu­mił Ja­kok­tochce. Za­pusz­cza brodę i wąsy, ubiera się jak tra­per. Unika gar­ni­tu­rów, kra­wa­tów. Nie ma ko­mórki, lap­topa, czyta ga­zety, ale nie te, co zwy­kle, ja­kieś lo­kalne. Ni­kogo nie zna i nikt go nie roz­po­znaje.

Po ty­go­dniu wszy­scy go szu­kają. Nie sko­rzy­sta już z konta w banku. Po mie­siącu nie ma już dla niego miej­sca w fir­mie. Któ­ryś z mło­dych przej­mie kon­takty, po­pro­wa­dzi roz­mowy i... świet­nie so­bie po­ra­dzi, nie­stety.

A ro­dzina? Nie wpły­wają pie­nią­dze na konto, Mag­da­lena musi po­my­śleć o pracy, Sara lą­duje w ho­spi­cjum. Po roku bę­dzie dla wszyst­kich wspo­mnie­niem.

Czy w za­mian śmierć o nim za­po­mni? Bzdura! Zmę­czył się tą wi­zją.

Przede wszyst­kim śmierć nie by­łaby taka głu­pia i nie da­łaby się oszu­kać. Nie ta­kie mó­zgi pró­bo­wały z nią wy­grać, jesz­cze ni­komu się to nie udało, no, co naj­wy­żej prze­su­nęli tro­chę datę. I na tym wła­śnie mu­siał się sku­pić, o to po­wal­czyć. Ma­rzył o dzie­się­ciu la­tach. Po­trze­bo­wał ich dla Pio­tru­sia. Tyle chciałby mu dać, doj­rzał wresz­cie do roli ojca. Cho­lera! Wła­śnie te­raz mógłby być oj­cem, o ja­kim ma­rzą mali chłopcy. Ja­kiego on sam ni­gdy nie miał.

Walka, sta­wia­nie czoła wy­zwa­niom to było jego po­wo­ła­nie, jego na­tura. Z ko­stu­chą też wy­ne­go­cjuje naj­lep­sze wa­runki, nie po­da­ruje jej ani jed­nej mi­nuty swo­jego ży­cia. Nie­stety, te wy­jazdy do sza­ma­nów to tylko strata czasu, a nie ma go za wiele. Pró­bo­wał. Po­niósł klę­skę na tym polu, ale to tylko prze­grana bi­twa, wojna da­lej trwa.

Pod­cią­gnął się w fo­telu, za­ło­żył nogę na nogę, do­pił drinka. Do­piero te­raz za­uwa­żył uśmiech­niętą twarz Zbyszka. Oj, nie­do­brze z nim, zu­peł­nie stra­cił czuj­ność. A dzi­siaj w biz­nes kla­sie był wy­jąt­kowy luz. Od­wza­jem­nił uśmiech. Znali się od kilku lat, od kilku starć przy sto­łach ne­go­cja­cyj­nych, taka czy­sto służ­bowa zna­jo­mość, ale fa­cet był okej. Ski­nął mu głową, tam­ten wstał i prze­siadł się.

- Oj, Ka­rol. Ob­ser­wuję cię od Frank­furtu, dał­bym zło­tego du­kata za twoje my­śli.

- Nie warto, stary.

- Ja­koś ci nie wie­rzę. - Ro­ze­śmiał się szcze­rze. - Tro­chę cię znam, wy­raź­nie pod­ją­łeś ja­kąś de­cy­zję.

- Zmyłka. Wra­cam z week­endu. Nie­wiel­kie sa­fari.

- Se­rio? Tylko po­lo­wanko?

- I to bez­kr­wawe, jak wiesz.

- Po­patrz, dał­bym głowę, że coś mocno kom­bi­nu­jesz. Chyba się sta­rzeję. - Co faj­nego czy­tasz? - szybko zmie­nił te­mat. Kon­ty­nu­acja po­przed­niego nie miała sensu, za do­brze znał Ka­rola i jemu po­dob­nych. Ni­czego już z niego nie wy­ci­śnie. Szkoda, był pe­wien, że Ko­strzew­ski nie lata do Afryki dla re­laksu. Zer­k­nął na cza­so­pi­smo. "New­sweek".

- Nic cie­ka­wego, mo­żesz po­pa­trzeć. - Ka­rol wrzu­cił mu go na ko­lana.

Po­de­szła ste­war­desa, ode­brała im pu­ste szklanki.

- Pro­szę się przy­go­to­wać, za­piąć pasy, pod nami War­szawa.

Roz­dział 2

Ry­szard zła­pał ko­bietę w ostat­nim mo­men­cie. Za­chwiała się i po­le­cia­łaby w stronę me­ta­lo­wego sto­jaka na kro­plówki, gdyby jej mocno nie przy­trzy­mał. Na szczę­ście nie osu­nęła się, nie ze­mdlała. Stali tak przez mo­ment mocno ob­jęci. Na pa­pie­rowo białą twarz po­woli po­wra­cały ko­lory, wzrok ko­biety sta­wał się przy­tom­niej­szy. Ski­nęła mu głową. Roz­luź­nił uścisk, w końcu opu­ścił ra­miona. Wska­zał jej krze­sło pod ścianą i od­wró­cił się w stronę drzwi, by we­zwać pie­lę­gniarkę.

W drzwiach sali stała sio­stra Jola. Pa­trzyła na niego wście­kłym wzro­kiem, a po chwili bez słowa od­wró­ciła się i wy­bie­gła. Ry­szard po­czuł się przez mo­ment kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wany. Na­gle uświa­do­mił so­bie, co się stało. Wła­śnie zo­stał po­są­dzony o in­te­re­sowne przy­tu­la­nie tej ko­biety. Ab­surd! Jolka po­su­nęła się za da­leko. Miał tego ser­decz­nie do­syć, jej za­zdrość sta­wała się pa­to­lo­giczna. Chyba czas za­koń­czyć ten ro­mans, ro­bił się mę­czący. Jesz­cze dziś się z nią roz­mówi.

Kilka mi­nut temu zmarła pię­cio­let­nia Oli­wia. Rak mó­zgu roz­wi­nął się bły­ska­wicz­nie. Gdy dziew­czynka do nich do­tarła, miała już prze­rzuty do in­nych na­rzą­dów. Oni, le­ka­rze, nie mo­gli już nic zro­bić. Ko­bieta, którą przed chwilą uchro­nił od upadku, to matka ma­łej. Sa­mot­nie wy­cho­wu­jąca, sa­mot­nie sie­dząca od kilku dni przy łóżku, sa­mot­nie cier­piąca. Co­raz czę­ściej był świad­kiem ta­kich scen. Sa­mot­ność sta­wała się zja­wi­skiem po­wszech­nym. Było to szcze­gól­nie przy­kre w ta­kim miej­scu jak to. Bar­dzo jej współ­czuł. Na szczę­ście była ładną, zgrabną ko­bietą. Miała dwa­dzie­ścia dzie­więć lat i duże szanse, że jesz­cze ułoży so­bie ży­cie, uro­dzi ko­lejne dziecko. Musi tylko prze­trwać ten czas ża­łoby - szkoda, że sa­mot­nie.

Za­pi­sał na kar­cie pa­cjentki czas zgonu i wró­cił do dy­żurki le­kar­skiej. Nie po­tra­fił zo­bo­jęt­nieć, to ko­lejna śmierć w tym ty­go­dniu. Prze­gry­wali, a dzieci od­cho­dziły. Naj­gor­sze było po­czu­cie bez­rad­no­ści. Do­brze, że bra­ko­wało czasu na roz­tkli­wia­nie się, bo na­stępni pa­cjenci już cze­kali i li­czyli na to, że za­ra­dzi ich nie­szczę­ściu. I mieli do tego prawo. Na dzi­siaj już skoń­czył pracę. Chciał stąd wyjść, jak naj­szyb­ciej.

Ta śmierć go nie za­sko­czyła, wie­dział, że mała nie miała naj­mniej­szych szans, ale gdzieś w naj­głęb­szym za­ka­marku du­szy li­czył na cud. Za­wsze tak było, wbrew wie­dzy i do­świad­cze­niu. Spa­ko­wał do torby swój lap­top. Prze­bie­ra­jąc się, ukła­dał pro­gram na resztę dnia. Wpad­nie na salę gim­na­styczną, po­biega i po­wrzuca piłkę do ko­sza, aż wy­poci z sie­bie tę bez­rad­ność i wście­kłość i po­czuje pod prysz­ni­cem zmę­cze­nie i spo­kój.

Przy­po­mniał so­bie o Jolce. Czas na po­ważną roz­mowę. Ich ro­mans trwał ja­kieś pół roku. Było im świet­nie, do­póki do­trzy­my­wali umowy i wspól­nie usta­lo­nych re­guł: a więc po pierw­sze, żad­nego afi­szo­wa­nia się. Zda­wali so­bie sprawę, że utrzy­ma­nie stu­pro­cen­to­wej ta­jem­nicy w szpi­talu nie było moż­liwe, za dużo oczu - ale bar­dzo dbali o to, by w pracy za­cho­wy­wać dy­stans. To głów­nie jej za­le­żało na dys­kre­cji.

Po dru­gie żad­nych zo­bo­wią­zań. Jolka miała syna i nie­ure­gu­lo­waną do końca sy­tu­ację mał­żeń­ską. Roz­stała się z mę­żem, za­miesz­kała u matki, ale ofi­cjal­nie byli jesz­cze mał­żeń­stwem.

No i żad­nych wspól­nych pla­nów, wy­bie­ga­nia w przy­szłość. Spo­ty­kali się wtedy, gdy oboje tego po­trze­bo­wali. Oczy­wi­ście seks był ważny, ale nie tylko. Głów­nie cho­dziło o wspólne prze­by­wa­nie, roz­mowę, przy­tu­le­nie. Wy­jeż­dżali do mo­teli, poza mia­sto, po­nie­waż bar­dzo im bra­ko­wało zmiany śro­do­wi­ska. Co­dzienne prze­by­wa­nie w bli­skim kon­tak­cie z bó­lem, cier­pie­niem, śmier­cią wy­ma­gało od­re­ago­wa­nia. Gdy czasu było mało, wpa­dali do jego ka­wa­lerki.

Ostat­nio jed­nak Jolka prze­kra­czała te wspólne usta­le­nia. Chciała znacz­nie czę­ściej się spo­ty­kać, bez prze­rwy pi­sała do niego SMS-y lub dzwo­niła. Dą­sała się, gdy na­tych­miast nie od­dzwa­niał. Ona chciała "po pro­stu usły­szeć jego głos" i jesz­cze, by mó­wił jej, jak bar­dzo jest ważna w jego ży­ciu, że ją ko­cha. Draż­niło go to. Czuł, że wy­mu­sza to na nim, że jest to co­raz mniej spon­ta­niczne. I za­częły się te nie­uza­sad­nione po­są­dze­nia o zdradę. Wszę­dzie wie­trzyła ry­walki. Dzi­siaj prze­kro­czyła gra­nicę jego ak­cep­ta­cji. Nie było sensu cią­gnąć tego da­lej.

Wy­cho­dząc, wstą­pił do po­koju pie­lę­gnia­rek, ale Jolki już nie za­stał. Trudno, pewno znowu była ob­ra­żona i cze­kała na jego tłu­ma­cze­nie się. Miał tego ser­decz­nie do­syć! Dla­czego ko­biety lu­biły kom­pli­ko­wać to, co było prze­cież do­bre i spraw­dzone?

Na ko­ry­ta­rzu wpadł na Da­niela, który też już skoń­czył na dzi­siaj. Ra­zem do­tarli na par­king.

- O, masz ko­bietę przy sa­mo­cho­dzie. - Da­niel pierw­szy ją za­uwa­żył. - Je­ste­ście ra­zem?

- Nie, skądże. Jej ku­zyn cho­ruje, kon­sul­to­wa­łem jego przy­pa­dek. Mu­siało się coś stać, bo nie uma­wia­li­śmy się - okła­my­wał go.

- Współ­czuję. Nie lu­bię roz­mów o cho­ro­bach, po pracy. To do ju­tra.

- Do ju­tra.

Na szczę­ście Da­niel znacz­nie bli­żej za­par­ko­wał swój sa­mo­chód. Ry­szard zwol­nił, by dać so­bie wię­cej czasu. Jolka stała oparta o ka­ro­se­rię sa­mo­chodu. Wy­glą­dała bar­dzo atrak­cyj­nie w mi­ni­su­kience, roz­pię­tym let­nim płasz­czyku i wy­so­kich szpil­kach. Miała śliczne, zgrabne nogi. Gdy tylko pod­szedł do niej, usły­szał:

- No i co mi po­wiesz, jak tym ra­zem bę­dziesz się tłu­ma­czył?

- Nie będę się tłu­ma­czył, bo nie mam z czego - od­pa­ro­wał. Ale już miękł na jej wi­dok i miał ochotę o wszyst­kim za­po­mnieć. Kiedy był tak bli­sko niej, pro­blemy od­pły­wały, tra­ciły zna­cze­nie, dzia­łała ma­gia ciała.

- No tak, nie masz z czego? Bie­da­czek! To prze­cież nie twoja wina, że ręce ci la­tają, gdy tylko ja­kaś la­ska sta­nie obok cie­bie - prych­nęła po­gar­dli­wie.

- Prze­sa­dzi­łaś! - za­wie­sił głos. - Mam ci jed­nak coś do po­wie­dze­nia. - Pa­trzył w jej iro­nicz­nie zmru­żone, wy­peł­nione zło­ścią oczy, które bar­dzo uła­twiały mu za­da­nie, i kon­ty­nu­ował. - Koń­czymy z tym wszyst­kim. Po­szu­kaj so­bie ko­goś, kto wy­trzyma te twoje hu­morki i gierki. Ja mam tego ser­decz­nie do­syć!

- I tego się po to­bie spo­dzie­wa­łam! - od­gry­zła się. - Dok­to­rek się znu­dził. Pół roku to norma, prawda? A miało być ina­czej, tak uczci­wie, przy­jaź­nie i szcze­rze! - pra­wie krzy­czała. - Do­brze, po­szu­kam so­bie in­nego. Bez pro­blemu. Nie je­steś ni­kim wy­jąt­ko­wym, oka­za­łeś się tu­zin­ko­wym fiu­tem! Cześć!

Od­wró­ciła się do niego ple­cami i za­częła nie­spiesz­nie się od­da­lać. Zdu­miony pa­trzył, jak zgrab­nie mi­nęła ko­lejny sa­mo­chód i za chwilę zni­kła za za­krę­tem. Był to­tal­nie za­sko­czony prze­bie­giem roz­mowy. To nie tak miało być. Jesz­cze dwa dni temu ko­chali się na­mięt­nie, a ona szep­tała mu do ucha tyle czu­łych, mi­łych słó­wek. Ko­biety - kto je roz­gry­zie?

Wsiadł do sa­mo­chodu i nie bar­dzo wie­dział, co ma da­lej ro­bić. "Tu­zin­kowy fiut!" - tyle dla niej zna­czył? Był na­prawdę wy­trą­cony z rów­no­wagi. Za kogo ona się uwa­żała? Że niby taka wy­jąt­kowa? Ni­gdy nie była kimś waż­nym, ale nie trak­to­wał jej jak dupy do łóżka. Na­ra­stało w nim po­czu­cie krzywdy. Nie zro­bił nic złego, ciężko pra­co­wał i chciał tylko odro­biny czu­ło­ści i zro­zu­mie­nia. Oboje tego chcieli. Był na­prawdę okej, to nie fair z jej strony. W su­mie do­brze, że tak to się skoń­czyło, po­wi­nien być za­do­wo­lony, ale nie od­czu­wał ulgi. Za­dzwo­niła ko­mórka. Czyżby się roz­my­śliła?

- Dzień do­bry, pa­nie dok­to­rze. Prze­pra­szam, że nie­po­koję, ale u Sary po­ja­wiła się nie­ty­powa wy­sypka i tem­pe­ra­tura trzy­dzie­ści sie­dem i osiem. Czy znaj­dzie pan chwilę, by wpaść do nas?

- Dzień do­bry, pani Mag­da­leno. Przy­jadę oczy­wi­ście, tylko nie wiem, o któ­rej, może wie­czo­rem? - za­sta­na­wiał się. - Albo nie, wpadnę do was od razu, póź­niej mogę nie mieć czasu. Będę za ja­kieś pięt­na­ście mi­nut.

- Dzię­kuję, cze­kamy na pana.

- Do zo­ba­cze­nia.

No, te­raz przy­naj­mniej wie­dział, co ma da­lej ro­bić. Bar­dzo po­lu­bił pa­nią Ko­strzew­ską i jej ciężko chorą có­reczkę. To był zu­peł­nie inny świat i inna ko­bieta. Kon­takt z ta­kim bez­gra­nicz­nym od­da­niem, po­świę­ce­niem, mi­ło­ścią przy­wra­cał mu wiarę w ko­bietę, matkę... Wes­tchnął. A Jolka? To też ko­bieta i matka, ale jakże inne emo­cje w nim wzbu­dzała. Draż­niła go i po­cią­gała. Dra­pieżna i nie­prze­wi­dy­walna, bu­dziła w nim my­śli­wego. Tak - uśmiech­nął się. - Na wi­dok ta­kiego ciała krew w ży­łach... Znów wes­tchnął. Nie czas na ta­kie dy­wa­ga­cje. Włą­czył sil­nik i wy­je­chał na ulicę.

***

Jola stała w bra­mie ka­mie­nicy na­prze­ciw szpi­tala. Wi­działa, jak Ry­szard ode­brał te­le­fon, uśmiech­nął się i szybko od­je­chał w kie­runku prze­ciw­nym, niż miesz­kał. Nie my­liła się, in­stynkt traf­nie jej pod­po­wia­dał - miał ko­goś! Do­brze zro­biła, że pierw­sza go rzu­ciła. Tyle przy­naj­mniej miała sa­tys­fak­cji. Fa­ceci już tacy są - jak tylko ko­bieta się za­an­ga­żuje w zwią­zek, na­tych­miast zwi­jają ża­gle. Od ja­kie­goś czasu spo­dzie­wała się ta­kiego wła­śnie za­koń­cze­nia. Ry­szard wy­raź­nie ostygł w ad­o­ro­wa­niu jej, stale cho­dził roz­draż­niony. Prze­stał do niej wy­dzwa­niać, aran­żo­wać "nie­spo­dzie­wane" spo­tka­nia. To ra­czej ona za­bie­gała. Do­brze, skoro tak chce, niech bę­dzie ko­niec. Tylko żad­nych przy­ja­ciel­skich roz­mów, zero kon­tak­tów. Bę­dzie dla mnie po­wie­trzem! - obie­cy­wała so­bie. Sy­tu­ację tro­chę utrud­niał fakt, że pra­co­wali w jed­nym szpi­talu, ale nie da mu tej sa­tys­fak­cji, nie po­każe, jak bar­dzo ją zra­nił. Obo­jęt­ność! - to naj­bar­dziej go za­boli. Wie­działa coś o tym, Wi­tek był w tym mi­strzem...

Dok­tor Ry­szard to ści­sła czo­łówka w szpi­tal­nym ran­kingu, bar­dzo atrak­cyjny ka­wa­ler. Szkoda, że na po­czątku upie­rała się, by za­cho­wać ich zwią­zek w ta­jem­nicy. Jak on sza­lał za nią! Te­raz pewno nikt nie uwie­rzy, że to ona go rzu­ciła. Trudno, musi jej wy­star­czyć, że on sam był tego świa­dom. Cie­kawe, kim była jej na­stęp­czyni. Oby nie któ­raś ze szpi­tala. Nic nie za­uwa­żyła, cho­ciaż była bar­dzo czujna. Wi­dać dok­to­rek umiał być dys­kretny! Ży­czyła mu, by tra­fił wresz­cie na taką, która usi­dli go na do­bre. Niech prze­sta­nie być cho­ler­nym mo­tyl­kiem... Czas na mał­żeń­skie kaj­danki - po­my­ślała mści­wie. Mał­żeń­stwo to już zu­peł­nie inna bajka, wie­działa coś o tym...

Musi się dzi­siaj upić. Na trzeźwo nie prze­łknie tego wszyst­kiego. Drań! Jak to mó­wiła Agnieszka? - "W ki­bitki ta­kiego i na Sy­bir!". Gdzie są ci wierni, od­po­wie­dzialni męż­czyźni? - Wes­tchnęła. - A jed­nak szkoda. Ta­kie cia­cho! Faj­nie było mieć go u boku, gdy scho­dzili na drinka do ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji... Nie, prze­ciw­nie, bar­dzo do­brze, że tak szybko się ewa­ku­owała, nie­wiele bra­ko­wało, by dziś znowu mu ule­gła. Te jego cho­ler­nie błę­kitne oczy... On i tak spad­nie na cztery łapy, chęt­nych, by go po­cie­szyć, nie za­brak­nie. Nie utrzy­ma­łaby go dłu­żej, był zbyt atrak­cyj­nym sam­cem.

I co da­lej? Ko­lejny fa­cet? Wo­kół niej same ta­kie samce - sin­gle co­raz młod­sze rocz­niki albo żo­naci, ża­den wy­bór. Każdy na­stępny i tak bę­dzie tylko za­miast... Jej fa­ce­tem był Wi­tek, to jego chciała. Był jej pierw­szą mi­ło­ścią i naj­więk­szą po­rażką ży­cia. Uro­dziła mu syna, stwo­rzyła cie­pły dom, a on ją po­rzu­cił dla młod­szej. I po co tyle sta­rań? W czym była gor­sza? Prze­cież trzy­dzie­ści pięć lat to nie sta­rość... Bar­dzo go ko­chała, a on zi­dio­ciał na punk­cie tej dwu­dzie­sto­pię­cio­latki, świata poza nią nie wi­dzi. Na­wet dla Szy­mu­sia co­raz mniej ma czasu, bo tamta nie­dawno uro­dziła mu bliź­niaki. Drugi raz nie po­zwoli się po­rzu­cić. Pierw­sza zada cios. Tak jak dzi­siaj. Do­syć! Ko­niec z tym wszyst­kim, fa­ceci to... Pod­nio­sła wy­soko głowę i wy­stu­ku­jąc ob­ca­sami rytm, z pa­sją wy­plu­wała z sie­bie wszyst­kie ob­raź­liwe słowa, ja­kie tylko mo­gła so­bie przy­po­mnieć. Za­dzwoni wie­czo­rem do Bo­żeny, też sa­mot­nej, stale po­szu­ku­ją­cej tej praw­dzi­wej mi­ło­ści. Ona do­sko­nale ją zro­zu­mie, już nie raz się wza­jem­nie wspie­rały.

Roz­dział 3

- Mamo, mamo znowu mi się to śniło, boję się! - Pio­truś wbiegł do jej po­koju i wtu­lił się w nią.

- To tylko zły sen, sy­neczku - uspo­ka­jała go zmę­czo­nym gło­sem. Przy­tu­liła mocno i ko­ły­sała w ra­mio­nach. Po­wieki chłopca z wolna opa­dały, gę­ste rzęsy rzu­cały cień na za­ró­żo­wione po­liczki, a jego ciałko wiot­czało. Po chwili usły­szała równy od­dech. Od­gar­nęła mu z czoła nie­sforny lo­czek. Wes­tchnęła. Sy­nek był ta­kim nie­skom­pli­ko­wa­nym dziec­kiem, da­wał tylko ra­dość. Rósł, roz­wi­jał się pra­wi­dłowo, bez jej wiel­kiego za­an­ga­żo­wa­nia. Czyżby ma­cie­rzyń­stwo mo­gło być ta­kie pro­ste? Nie, z pew­no­ścią ta­kie nie było, to jej wina, tak się uło­żyło jej ży­cie, że całą uwagę sku­piała na córce. Czuła, że tak trzeba, póź­niej mu wszystko wy­na­gro­dzi.

Z tru­dem wstała i za­nio­sła synka do jego po­koju, okryła go koł­derką i po­pa­trzyła na ry­sunki przy­kle­jone nad tap­cza­ni­kiem.

Pio­truś od za­wsze lu­bił ry­so­wać i wy­ka­zy­wał w tym nie­mały ta­lent. W przed­szkolu już to za­uwa­żono. Nie­po­ko­iło ją tylko jedno - od ja­kie­goś czasu na każ­dym ry­sunku, nie­za­leż­nie od te­matu, umiesz­czał ra­kietę ko­smiczną. Nie­sa­mo­wity, ciemny twór na tle ko­lo­ro­wych ob­raz­ków. Upie­rał się, że jego roc­ket (uczył się w przed­szkolu ję­zyka an­giel­skiego) musi tam być, bo jest te­raz naj­waż­niej­sza. To ra­kieta z jego snów, a wła­ści­wie kosz­ma­rów.

W tym po­wta­rza­ją­cym się od czasu do czasu śnie błą­dził po uli­cach mia­steczka, w któ­rym ni­gdy nie był, i szu­kał ra­kiety. Do­ku­czało mu wy­jąt­kowe zimno i bał się, bo obok niego nie było in­nych lu­dzi. Wszyst­kie domy miały za­mknięte drzwi i ciemne okna, jakby nikt w nich nie miesz­kał. Za­glą­dał w ja­kieś bramy i na opusz­czone po­dwórka. Wie­dział, że ona gdzieś stoi, czeka na niego, musi ją tylko od­na­leźć. Nie­stety, miał co­raz mniej czasu. Spie­szył się, by po­le­cieć do nieba, tam gdzie mieszka Bóg, o któ­rym opo­wia­dała sio­stra Lu­dwika w przed­szkolu. To on jest naj­po­tęż­niej­szy na świe­cie i ma naj­więk­szą moc. Więk­szą na­wet niż Su­per­man.

Chce mu opo­wie­dzieć o tym, jak bar­dzo Sara jest chora. Do­staje tyle za­strzy­ków i w ogóle nie może cho­dzić, a ostat­nio już na­wet sie­dzieć nie po­trafi. I wtedy ten Bóg wy­le­czy swoją mocą Sarę. Wy­star­czy tylko bar­dzo po­pro­sić, tak mó­wiła sio­stra Lu­dwika.

Po­dzi­wiała fan­ta­zję synka i cie­szyła się, że sze­ścio­la­tek po­tra­fił so­bie ja­koś ra­dzić z tą bar­dzo trudną, nie­ty­pową sy­tu­acją w ich domu. Pio­truś czę­sto za­ska­ki­wał ją swo­imi doj­rza­łymi, mą­drymi za­cho­wa­niami. Był nad wiek po­ważny, a jed­no­cze­śnie spra­wiał, że ich dom tęt­nił ży­ciem - głów­nie dzięki niemu at­mos­fera w miesz­ka­niu była jak w in­nych ro­dzi­nach. Wy­bu­chy śmie­chu, gło­śna mu­zyka i ten jego gło­sik stale o coś py­ta­jący, opo­wia­da­jący, wy­kłó­ca­jący się. Wszystko za­mie­rało, gdy on za­sy­piał.

Spoj­rzała na ze­gar wi­szący na ścia­nie, za dzie­sięć mi­nut musi pod­łą­czyć Sa­rze kro­plówkę. Od kilku lat w każ­dym po­miesz­cze­niu ich miesz­ka­nia wi­siały duże ze­gary, na­wet w ła­zience. Od­mie­rzały czas od za­biegu do za­biegu. Dzie­liły jej ży­cie na re­gu­larne ka­wałki, na­rzu­cały ry­go­ry­stycz­nie swój rytm.

Czas Sary był po­li­czony. Le­ka­rze nie da­wali już żad­nej na­dziei. Cho­roba nic so­bie nie ro­biła z tych wszyst­kich za­bie­gów, le­karstw, mo­dlitw. Je­dyne, co jesz­cze można było ro­bić, to dbać o to, by jak naj­mniej cier­piała.

Ci­cho za­brzę­czał te­le­fon.

- Ma­dziu, chyba cię nie obu­dzi­łam?

- Nie, skądże - za­prze­czyła. - Cie­szę się, że dzwo­nisz. - Bar­dzo lu­biła Ma­riannę, swoją przy­ja­ciółkę i są­siadkę.

- Prze­pra­szam, że o tej po­rze, ale późno wró­ci­łam dzi­siaj z pracy i do­piero te­raz przy­go­to­wuję się na ju­tro. Za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć, że dzie­ciaki jadą na ba­sen. Pio­truś coś wspo­mniał, że zgu­bił gdzieś swoje klapki, jak nie znaj­dziesz, to po­szu­kam ja­kieś od Mo­niki.

- Do­brze, mu­szę spraw­dzić.

- Wiesz, dzi­siaj z przed­szkola ode­brał dzie­ciaki Zby­szek, bo mój szef znowu w ostat­niej chwili przy­po­mniał so­bie, że na ju­tro musi mieć wzory za­pro­szeń. Da­łam mu ja­kieś dzie­sięć dni temu kilka pro­po­zy­cji, dzi­siaj oka­zało się, że żadna mu nie od­po­wiada. On wprost uwiel­bia pracę na wa­riac­kich pa­pie­rach, a póź­niej ma wiele po­wo­dów, by się wy­ży­wać na lu­dziach.

- To musi być de­ner­wu­jące. Współ­czuję ci. Szkoda, że on nie ma gro­madki dzieci na gło­wie, mu­siałby być le­piej zor­ga­ni­zo­wany.

- Całe szczę­ście dla tych dzieci. - Ma­rianna ro­ze­śmiała się. Ostat­nio jego ulu­bio­nymi słów­kami są: dys­po­zy­cyj­ność i kre­atyw­ność.

- Po­dzi­wiam cię - wes­tchnęła Mag­da­lena. - Ja przy ta­kim sze­fie bez prze­rwy bym pa­ni­ko­wała.

- Co ty opo­wia­dasz? To cie­bie wszy­scy po­dzi­wiają. Przy two­ich pro­ble­mach na­sze to pi­kuś. Jak się dzi­siaj Sara czuje?

- Le­piej, wszystko się chwi­lowo uspo­ko­iło. Wczo­raj źle to wy­glą­dało, ale ten dok­tor Ry­szard jest po pro­stu cu­downy, przy­je­chał na­tych­miast. A tyle złego mówi się o na­szej służ­bie zdro­wia. Wiesz, sama jego obec­ność do­brze wpływa na Sarę i na mnie też. Czuję się przy nim o wiele spo­koj­niej­sza. Wy­obraź so­bie, był z nami do czwar­tej nad ra­nem, a po­tem mu­siał iść nor­mal­nie do pracy, do szpi­tala.

- Sie­dział do rana? Ko­chana, my­ślę, że ta­kich le­ka­rzy jest nie­wielu - pod­kre­śliła Ma­rianna.

- Tak - zgo­dziła się Magda - ale do­brze, że w ogóle są. Mu­szę koń­czyć, ko­chana, Sara czeka. Wpad­niesz ju­tro na kawę?

- Chęt­nie, chyba że mój szef znowu coś wy­my­śli. Uca­łuj ode mnie małą.

- Dzięki, no to do ju­tra.

Mag­da­lena od dwóch mie­sięcy ani na mo­ment nie opu­ściła tego miesz­ka­nia. Agata, przy­ja­ciółka jesz­cze z ławy szkol­nej, ro­biła jej wszyst­kie za­kupy, pła­ciła ra­chunki, a Ma­rianna, są­siadka miesz­ka­jąca pię­tro ni­żej, matka sze­ścio­let­niej Mo­niki, zaj­mo­wała się Pio­tru­siem. Od­pro­wa­dzała co­dzien­nie dzieci do przed­szkola, za­bie­rała na spa­cery, do kina czy McDo­nalda. Bez ich po­mocy Magda nie po­ra­dzi­łaby so­bie.

Po­dzi­wiała je. Oby­dwie miały mę­żów i dzieci, pra­co­wały za­wo­dowo, były bar­dzo ak­tywne. Ra­dziły so­bie z masą pro­ble­mów, za­wrot­nym tem­pem ży­cia, a przy tym po­tra­fiły być uśmiech­nięte i za­do­wo­lone. Gi­ganty. Ją co­raz czę­ściej gnę­biły my­śli, że im nie do­rów­nuje, stoi na bocz­nym to­rze, pod­czas gdy ży­cie pę­dzi eks­pre­sem. Bała się my­śleć o tym, co zrobi po­tem, gdy Sary już nie bę­dzie... Za­sta­na­wiała się też, gdzie by­łaby, co ro­bi­łaby, gdyby Sara się nie uro­dziła? Po co to teo­re­ty­zo­wa­nie, na naj­waż­niej­sze py­ta­nia i tak nie ma od­po­wie­dzi, tego na­uczyło ją ży­cie.

No a Ka­rol? Co ro­bił jej mąż, oj­ciec Sary?! On przy­sy­łał pie­nią­dze. Spore kwoty wpły­wały na jej konto, wy­star­czały na wszystko. Cał­ko­wi­cie po­świę­cił się pracy. Wy­pro­wa­dził się do War­szawy, miał służ­bowe miesz­ka­nie, czę­sto by­wał za gra­nicą. Był przy­kła­dem no­wo­cze­snego po­dej­ścia do ży­cia, ro­bił bły­ska­wiczną ka­rierę, od­no­sił suk­ces za suk­ce­sem. Chło­piec z pla­katu: zdolny, bły­sko­tliwy, pra­co­ho­lik! Prze­paść mię­dzy nimi była już nie do po­ko­na­nia. Żyli w róż­nych świa­tach. Prze­rwała te my­śli, wstała i po­szła do po­koju córki.

- Moja ma­leńka, czas na ko­la­cję. - Uśmiech­nęła się do có­reczki. - Co oglą­dasz?

Oczy dziew­czynki oży­wiły się.

- Ta­jem­nice au­stra­lij­skiej rafy ko­ra­lo­wej. Coś pięk­nego. Ta­tuś ku­pił nam dużo ta­kich fil­mów przy­rod­ni­czych. A wiesz, że parę lat temu sam nur­ko­wał, jak był w Au­stra­lii?

- Wiem, có­reczko. Wasz ta­tuś zwie­dził już ka­wał świata.

- Jest taki od­ważny, ni­czego się nie boi. Pływa i nur­kuje, jeź­dzi na ko­niach i szyb­kimi sa­mo­cho­dami... A ty, ma­mu­siu, mu­sisz cią­gle być tu w domu, z nami.

- Nie, ko­cha­nie, nie mu­szę. Ja bar­dzo chcę być ra­zem z wami. Wy je­ste­ście ca­łym moim świa­tem, naj­lep­szym, nie pra­gnę in­nego. Już ci to tłu­ma­czy­łam. Każdy czło­wiek jest inny, ja nie mam w so­bie du­szy po­dróż­nika, ja lu­bię dom i bar­dzo ko­cham swoje dzieci.

- Ta­tuś nas tak nie ko­cha...

- Ko­cha, oczy­wi­ście, że ko­cha, tylko ina­czej, bo jest in­nym czło­wie­kiem.

Mag­da­lena spraw­dziła pam­persa, po­pra­wiła prze­ście­ra­dełko i uło­żyła dziecko wy­god­niej. Na ko­niec pod­łą­czyła kro­plówkę. Usia­dła na krze­śle, wzięła dłoń Sary w obie ręce i de­li­kat­nie ją ma­su­jąc, za­częła nu­cić jej ulu­bioną pio­senkę o kró­liczku, który wę­dro­wał po le­sie i łą­kach w po­szu­ki­wa­niu przy­ja­ciół, by wy­brać się z nimi w da­leką po­dróż sta­tecz­kiem. Sara lu­biła słu­chać wie­czo­rem tych pro­stych dzie­cię­cych pio­se­nek, ko­ły­sa­nek. Od­prę­żała się i za­sy­piała. Magda nu­ciła co­raz ci­szej. Za dwa­dzie­ścia mi­nut odłą­czy kro­plówkę i bę­dzie mo­gła się po­ło­żyć. Przy­po­mniała so­bie o te­le­fo­nie Ma­rianny. Od­szu­kała w szafce klapki Pio­tru­sia, przy­go­to­wała mu wszystko na ju­trzej­szy ba­sen. Za­pa­rzyła so­bie her­batę i usia­dła w fo­telu. Lu­biła ten nocny czas. Dzieci spały, wszystko było zro­bione. Wie­żo­wiec kładł się do snu. Ci­chły roz­mowy za ścianą, ga­sły świa­tła w oknach na­prze­ciwko.

Po­my­ślała o Ka­rolu. Cie­kawe, jak on spę­dza tę noc. Z pew­no­ścią jesz­cze nie śpi, pro­wa­dzi ta­kie ak­tywne, atrak­cyjne ży­cie. Wró­cił nie­dawno z Afryki, prze­słał Pio­tru­siowi dużo zdjęć. Bar­dzo ko­chał swo­jego syna. Tak, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że mi­łość oj­cow­ską obu­dził w nim Pio­truś, a nie Sara. Nie po­tra­fiła się z tym po­go­dzić. Mo­men­tami żal, który się w niej gro­ma­dził przez lata, dła­wił ją tak mocno, że miała ochotę krzy­czeć z ca­łych sił. Ale nie mo­gła, bo za­kłó­ci­łaby spo­kój in­nym.

Ja­kiś rok temu za­pro­po­no­wał, że za­bie­rze syna do sie­bie, do War­szawy, żeby ją od­cią­żyć w obo­wiąz­kach.

- Po­zwól mi go za­brać stąd. On nie może stale prze­by­wać w tym domu smutku i śmierci. Ma prawo być dziec­kiem ra­do­snym, we­so­łym, bez­tro­skim. Jest za po­ważny na swój wiek, za smutny. Nie wi­dzisz tego?

- Nie! Nie wi­dzę, bo tak nie jest. Cho­dzi do przed­szkola, ma przy­ja­ciół. Ma wy­star­cza­jącą ilość roz­ry­wek. Czę­sto wy­cho­dzi z Agatą lub Ma­rianną. Roz­wija się pra­wi­dłowo. A że ma nie­ty­pową sy­tu­ację w domu? No cóż, bra­kuje w nim ojca, który po­świę­ciłby mu swój czas. Nie, nie bę­dziesz wy­bie­rał so­bie dzieci. Masz dwoje! Pa­mię­tasz o tym? Jak za­ra­dzisz smut­kowi Sary? Ile ona ma po­wo­dów do ra­do­ści? - Wie­działa, że jej słowa cięły jak brzy­twa.

- Sa­rze nie mogę po­móc, ale Pio­tru­siowi tak. Nie je­stem Pa­nem Bo­giem, nie mam ta­kiej mocy - bro­nił się.

- Ona po­trze­buje two­jej mi­ło­ści, two­jej obec­no­ści! Do tego nie po­trzeba bo­skiej mocy. - Jak za­wsze, gdy mó­wiło się o dzie­ciach, jej dzie­ciach, Magda szybko wpa­dała w agre­sywny, za­czepny ton. Ude­rzała cel­nie. W naj­czul­sze miej­sce, w jego po­czu­cie winy.

Wy­co­fał się, dał za wy­graną. Nie po­ko­nał twier­dzy, w któ­rej za­mknęła się ra­zem z dziećmi. Pró­bo­wał jesz­cze in­ter­we­nio­wać po­przez le­ka­rza, przy­pad­kiem usły­szała frag­ment tej roz­mowy:

- Pro­szę tego nie ro­bić - tłu­ma­czył dok­tor. - Chłopcu tu jest do­brze. Jest bar­dzo sil­nie zwią­zany z matką i sio­strą. To bar­dzo in­te­li­gentne i wraż­liwe dziecko. Za­bie­ra­jąc go te­raz, zrobi pan krzywdę nie tylko jemu, ale także im. A poza tym pana żona musi mieć ja­kąś nić łą­czącą ją z tym świa­tem. Pio­truś nią jest. Pro­szę mi wie­rzyć, on na­prawdę jest jej ra­tun­kiem. To już nie po­trwa długo. Sara od­cho­dzi. Me­dy­cyna jest bez­silna, nie­stety. Pro­szę być te­raz bli­sko, będą pana bar­dzo po­trze­bo­wali.

Dla­czego obcy męż­czy­zna to ro­zu­miał, a jej mąż nie? W ostat­nich dwóch mie­sią­cach Ka­rol od­wie­dził ich je­dy­nie raz. Uciekł po trzech go­dzi­nach. Tak, uciekł! Na­wet się nie po­że­gnał, bo Sa­rze gwał­tow­nie się po­gor­szyło i przy­je­chało po­go­to­wie. Nie mógł po­móc, to fakt. Ale tłu­ma­cze­nia, że "nie po­tra­fił pa­trzeć na cier­pie­nia swo­jego dziecka, że wszyst­kim tylko prze­szka­dzał", nie przy­jęła. Po pro­stu wy­ko­rzy­stał za­mie­sza­nie i znik­nął, bo tak było naj­pro­ściej. Miała ser­decz­nie do­syć tych wszyst­kich roz­mów, za­wie­dzio­nych na­dziei, wza­jem­nego oskar­ża­nia się. Na szczę­ście okresy buntu, zło­ści, ataki nie­na­wi­ści do męża miała już za sobą. Za­ak­cep­to­wała to, czego nie mo­gła zmie­nić, do­sto­so­wała się i tyle...

Sta­rała się jak naj­mniej o tym my­śleć. Wie­działa, że póź­niej bę­dzie miała dużo czasu, by to ana­li­zo­wać i po­dej­mo­wać de­cy­zje. Póź­niej roz­pa­trzy: czy w ogóle można czymś wy­tłu­ma­czyć taką po­stawę? Wy­ba­czyć taką zdradę? Póź­niej zde­cy­duje, czy mogą jesz­cze być ro­dziną.

Roz­dział 4

Jolka była kon­se­kwentna, mu­siał to przy­znać. Nie ro­zu­miał tego, ale sza­no­wał. Uni­kała go, mak­sy­mal­nie ogra­ni­cza­jąc dy­żury na sa­lach cho­rych, które mu bez­po­śred­nio pod­le­gały. Gdy spo­ty­kali się na ko­ry­ta­rzu, mi­jała go osten­ta­cyj­nie, jak po­wie­trze, nie re­agu­jąc na jego po­zdro­wie­nia. Bar­dzo go to draż­niło, bo nie czuł się winny, nie zro­bił nic złego. Z pew­no­ścią była bar­dzo zgrabną, ładną ko­bietą, ale w końcu nie je­dyną. Sku­pił się na pracy, pro­ble­mów nie bra­ko­wało. Od dawna uzna­wał, że praca jest naj­waż­niej­sza. W prze­ci­wień­stwie do ko­biet ni­gdy go nie za­wio­dła i nada­wała sens jego ży­ciu.

Prze­glą­dał wy­niki ba­dań pa­cjenta, gdy za­dzwo­nił te­le­fon. Uśmiech­nął się, sły­sząc w słu­chawce głos dziadka Einara. Mu­siał sku­pić uwagę, by zro­zu­mieć, co do niego mó­wił. Sta­ru­szek upar­cie trzy­mał się ję­zyka is­landz­kiego, cho­ciaż do­sko­nale wła­dał an­giel­skim. Za­mie­rzał w ten spo­sób wy­mu­sić na wnuku po­słu­gi­wa­nie się nim. Chciał znacz­nie wię­cej, ale tego Ry­szard nie mógł mu obie­cać.

Dzia­dek ostat­nio tro­chę nie­do­ma­gał i za­brał się do po­rząd­ko­wa­nia spraw ro­dzin­nych. Uznał Ry­szarda za je­dy­nego spad­ko­biercę i ro­bił wszystko, by za­chę­cić go do osie­dle­nia na Is­lan­dii, pod­su­wał mu na­wet ko­lejne kan­dy­datki na żonę, oczy­wi­ście ro­do­wite Is­landki, chciał do­cze­kać się pra­wnuka, dzie­dzica.

Jesz­cze kilka lat temu Ry­szard był pewny, że nie sko­rzy­sta z za­pro­sze­nia. Lu­bił jeź­dzić tam na święta, wy­dłu­żone week­endy, ale nie wy­obra­żał so­bie spę­dze­nia w Rey­kja­viku ca­łego roku, kilku lat, ca­łego ży­cia. Co on by tam ro­bił? To mia­sto, w któ­rym mieszka dwie piąte Is­land­czy­ków, można obejść w go­dzinę. Reszta kraju to pust­ko­wie, farmy od­da­lone jedna od dru­giej o dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów.

Z cza­sem za­czął cie­szyć się taką al­ter­na­tywą. Za­wsze to ja­kieś za­bez­pie­cze­nie, nie czuł się tak przy­party do muru jak jego ko­le­dzy w szpi­talu. Sy­tu­acja w Pol­sce sta­wała się, ła­god­nie mó­wiąc, co­raz trud­niej­sza, kry­zys nie omi­jał służby zdro­wia. Roz­po­częły się strajki gło­dowe, ma­ni­fe­sta­cje pie­lę­gnia­rek, walka o kon­trakty. Sporo ko­le­gów wy­je­chało z Pol­ski.

Dzi­siaj dzia­dek po­in­for­mo­wał go, że prze­słał mu ja­kieś do­ku­menty ro­dzinne.

- Ja­kie do­ku­menty, dziadku? Czego do­ty­czą? - do­cie­kał.

- Ważne, bar­dzo ważne! Ku­rier do­star­czy ci je ju­tro. Chciał­bym, byś je do­kład­nie prze­czy­tał i wszyst­kie jak naj­szyb­ciej ode­słał z po­wro­tem.

- Mam ci je ode­słać? Coś pod­pi­sać? - Ry­szard był co­raz bar­dziej za­in­try­go­wany.

- Nie mu­sisz nic pod­pi­sy­wać, ale za­dzwoń do mnie, jak już się z nimi do­kład­nie za­po­znasz.

- W po­rządku, dziadku, zro­bię, jak so­bie ży­czysz. A jak twoje zdro­wie, do­brze się czu­jesz?

- Do­brze, do­brze, nie martw się. Szkoda tylko, że nie ma cię tu­taj ze mną.

- Może wpadnę za ja­kiś mie­siąc lub dwa. Za­dzwo­nię.

- No, to cze­kam na twój te­le­fon.

Dzia­dek Einar Ola­fs­son był jego naj­bliż­szym krew­nym. Za­wsze bar­dzo go sza­no­wał i lu­bił. Jak więk­szość ro­do­wi­tych Is­land­czy­ków, był męż­czy­zną ma­ło­mów­nym, nie­zbyt wy­lew­nym w oka­zy­wa­niu uczuć, ale bar­dzo spra­wie­dli­wym i mą­drym. On sam, bę­dąc dziec­kiem, lu­bił przy­tu­lać się do babci, ale z pro­ble­mami bie­gał do dziadka. Z dal­szą ro­dziną utrzy­my­wał bar­dzo luźne kon­takty. Jego ro­dzice byli je­dy­na­kami. Nie czuł się jed­nak osa­mot­niony. Miał za­ufane grono przy­ja­ciół tu w Pol­sce i tam na wy­spie.

Bar­dzo wcze­śnie się usa­mo­dziel­nił, ży­cie to na nim wy­mu­siło. Zdał ma­turę i trudny eg­za­min na me­dy­cynę. Miał otrzy­mać in­deks aka­de­mii me­dycz­nej. Był wielką dumą ro­dzi­ców - pierw­szy w ro­dzi­nie stu­dent i to me­dy­cyny. I mama, i oj­ciec po­cho­dzili z pro­stych ro­dzin. Dzia­dek Einar był ry­ba­kiem, oj­ciec tech­ni­kiem me­ta­lur­giem. Całe ży­cie pra­co­wał w hu­cie, przy pro­duk­cji sil­ni­ków okrę­to­wych.

Mama pie­lę­gniarka, pra­co­wała w przy­za­kła­do­wej przy­chodni. Ry­szard w młod­szych kla­sach za­raz po lek­cjach przy­cho­dził do po­radni, czę­sto wła­śnie tam, w pu­stym ga­bi­ne­cie le­kar­skim od­ra­biał lek­cje. Tam też się ba­wił w le­ka­rza. Ro­dzice żar­to­wali, że prze­siąkł at­mos­ferą i zła­pał bak­cyla me­dycz­nego. Może i jest w tym sporo prawdy, bo de­cy­zję, że chce zo­stać le­ka­rzem, pod­jął bar­dzo wcze­śnie.

Był na obo­zie wio­ślar­skim, od­po­czy­wał po tru­dach eg­za­mi­na­cyj­nych. Opa­lony, ro­ze­śmiany, za­do­wo­lony z sie­bie na­sto­la­tek. I wtedy, gdy się tego naj­mniej spo­dzie­wał, otrzy­mał od losu po­tężny cios. Tam wła­śnie do­pa­dła go wia­do­mość o ich wy­padku.

Ja­kiś TIR nie wy­ro­bił się na za­krę­cie i wje­chał nie­spo­dzie­wa­nie na ich pas ru­chu. Ro­dzice zgi­nęli na miej­scu, w jed­nej se­kun­dzie. W sło­neczne po­po­łu­dnie, przy do­sko­na­łej wi­docz­no­ści i su­chej na­wierzchni. Kie­rowca TIR-a był trzeźwy, nie po­tra­fił wy­ja­śnić, jak to się stało. Ksiądz po­wie­dział: "prze­zna­cze­nie, wola Boża".

Kilka razy, w trud­nych mo­men­tach, chciał zre­zy­gno­wać ze stu­diów. W końcu miał dwa­dzie­ścia lat, nikt go nie pil­no­wał. Po­sia­dał miesz­ka­nie i rentę po ro­dzi­cach. Jadł to, co so­bie ku­pił i ugo­to­wał, mu­siał prać, pra­so­wać, myć okna i stu­dio­wać. Miał do­syć. Jed­nak po kilku dniach spę­dzo­nych w domu, ba­lo­wa­niu z ró­wie­śni­kami, ży­cie gwał­tow­nie tra­ciło smak, ro­biło się nudne. Wra­cał na uczel­nię, czuł, że tam jest jego miej­sce. Bar­dzo po­ma­gały mu wa­ka­cyjne wy­pady na Is­lan­dię - dzika, nie­ujarz­miona przy­roda, praca fi­zyczna na far­mie, dłu­gie roz­mowy z dziad­kiem o sen­sie ży­cia, prze­zna­cze­niu, roli przy­padku. Po­wra­cał wzmoc­niony fi­zycz­nie i psy­chicz­nie, na­ła­do­wany do­brą ener­gią.

W końcu na­rzu­cił so­bie ostrą dys­cy­plinę, zro­bił to dla ro­dzi­ców, by mo­gli być z niego dumni tam, gdzie są. Po­sta­no­wił też udo­wod­nić tym wszyst­kim, któ­rzy w niego wąt­pili, że źle go oce­niali, że się my­lili. I udało mu się, cho­ciaż prze­żył kilka bar­dzo bo­le­snych po­ra­żek.

Naj­bar­dziej roz­cza­ro­wały go ko­biety. Na po­czątku ufał im jak matce. Sam spon­ta­niczny, szczery, uczciwy w za­mia­rach tra­fiał na prze­bie­głe, in­te­re­sowne osóbki. Im ład­niej­sze, tym spryt­niej­sze. Nie do końca zda­wał so­bie sprawę, że jego atrak­cyj­ność pod­no­siło sa­mo­dzielne miesz­ka­nie i pie­nią­dze gwa­ran­tu­jące mu swo­bodne ży­cie. Może by się w tym za­tra­cił, gdyby nie prak­tyki w kli­nice. Ob­ser­wu­jąc swo­ich ma­łych pa­cjen­tów, zro­zu­miał, że ży­cie to nie za­bawa, lecz nie­ustanna walka o prze­trwa­nie. W ob­li­czu ich cier­pie­nia po­kor­niał, uznał, że czas naj­wyż­szy prze­stać się uża­lać nad swoim sie­roc­twem. W końcu me­todą prób i błę­dów usta­lił swoje prio­ry­tety, wła­sny sys­tem war­to­ści. Na­brał dy­stansu do lu­dzi i wy­da­rzeń. Miał za­wód, który stał się jego pa­sją. Po­ma­gał lu­dziom, ra­tu­jąc im zdro­wie i ży­cie. To bar­dzo wiele.

Miał też kilku przy­ja­ciół, z któ­rymi spę­dzał wolne chwile, na któ­rych po­moc mógł za­wsze li­czyć. Znali się z cza­sów li­ceum, ra­zem zda­wali ma­turę. Ich przy­jaźń prze­trwała, cho­ciaż każdy tra­fił na inną uczel­nię. Lu­bili pie­sze wę­drówki po gó­rach i jazdę na nar­tach. Ostat­nio spo­ty­kali się zde­cy­do­wa­nie rza­dziej. I Ma­ciek, i Adam za­ło­żyli już ro­dziny, zo­stali oj­cami. Był mile wi­dziany w ich do­mach.

Do­brze było spę­dzić po­po­łu­dnie z Mać­kiem. Rok temu uro­dziła mu się có­reczka Zo­sia. Miesz­kał z żoną Ka­sią w du­żym miesz­ka­niu po dziad­kach. Po­ma­gał im w jego re­mon­cie, pięk­nie je so­bie urzą­dzili. Lu­bił też gril­lo­wać w ogro­dzie u Adama, który za­miesz­kał z żoną Sa­biną i dwu­let­nim Mak­sem w domku ro­dzi­ców Sa­biny. Mło­dzi urzą­dzili się na pię­trze, zo­sta­wia­jąc star­szym par­ter. Lu­bił brać dzie­ciaki kum­pli na ręce, roz­piesz­czać je pre­zen­tami i sło­dy­czami. Był ich uko­cha­nym wuj­kiem. W opi­nii przy­ja­ciół byłby do­brym oj­cem, ale do tego po­trze­bo­wał od­po­wied­niej ko­biety. Wie­rzył, że ją znaj­dzie, na­ka­zał so­bie cier­pli­wość. Ostatni zwią­zek to ten burz­liwy, krótki ro­mans z Jolką. Bar­dzo go roz­cza­ro­wał, cho­ciaż od po­czątku wie­dział, że nie po­łą­czyła ich mi­łość, ale my­ślał, że jest im do­brze ra­zem.

Ko­lejny te­le­fon przy­wró­cił go rze­czy­wi­sto­ści. Wzy­wano go na górę, mały Se­ba­stian od­cho­dził. To naj­trud­niej­sze mo­menty w jego pracy, ale taką wy­brał spe­cja­li­za­cję - on­ko­log dzie­cięcy.

***

Ry­szard wy­łą­czył sil­nik sa­mo­chodu. Wes­tchnął ciężko, był bar­dzo zmę­czony. Miał za sobą pra­co­wity dzień w po­radni i nocny dy­żur w szpi­talu. Słońce prze­ni­kało przez szybę, zmu­sza­jąc go do zmru­że­nia oczu. Stadko wró­bli pod­ska­ki­wało na traw­niku, gło­śno świer­go­cąc, ży­wo­płot za­zie­le­nił się mło­dziut­kimi list­kami. Nie do wiary, kiedy ta wio­sna tak się roz­pa­no­szyła? Jesz­cze tak nie­dawno było szaro i chłodno. Przy­dałby się wy­pad za mia­sto. Po­wi­nien po­my­śleć o ja­kimś dniu wol­nym, ostat­nio za dużo pra­co­wał. Le­ka­rzy było co­raz mniej, a cho­rych przy­by­wało. Te­raz ma­rzył tylko o prysz­nicu i po­ścieli. Mi­nęło kilka se­kund, za­nim zmo­bi­li­zo­wał się i od­piął pasy.

Wi­dok wła­snej ka­wa­lerki na­wet jego sa­mego prze­ra­ził. Od ze­rwa­nia z Jolką zni­kła mo­ty­wa­cja do ja­kich­kol­wiek po­rząd­ków. Musi się w końcu zmie­rzyć z tym ba­ła­ga­nem. Po­tem. Wziął cie­pły prysz­nic, który go od­prę­żył i spra­wił, że le­dwo do­tarł do łóżka.

Dzwo­nek do drzwi wy­rwał go z ja­kiejś głę­bo­kiej, ciem­nej ja­skini. Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, gdzie jest i co robi. Opusz­czone, ciemne ża­lu­zje nie po­ma­gały mu w tym. Ale ten ktoś za drzwiami miał czas i cier­pli­wość.

Był to za­po­wie­dziany przez dziadka Einara ku­rier. Z uśmie­chem za­żą­dał pod­pisu i wrę­czył mu nie­wielką paczkę.

- To ostat­nia dzi­siaj - do­dał ura­do­wany.

- Ta­kiemu to do­brze - burk­nął Ry­szard, ale chło­paka już nie było, pę­dził scho­dami w dół po dwa stop­nie.

Spoj­rzał na ze­ga­rek, do­cho­dziła trzy­na­sta. Rzu­cił paczkę na fo­tel i dał nura pod koł­drę. Trzy go­dziny snu, to sta­now­czo za mało.

Póź­nym po­po­łu­dniem za­pa­rzył so­bie moc­nej kawy i ro­ze­rwał opa­ko­wa­nie paczki. Na stół wy­sy­pały się ja­kieś stare fo­to­gra­fie, po­żół­kły ze­szyt w tek­tu­ro­wej okładce i list.

- Co tym ra­zem sta­ru­szek wy­my­ślił? - za­sta­na­wiał się za­in­try­go­wany. Fo­to­gra­fie były czarno-białe, nie­wiel­kiego for­matu, obrze­żone cha­rak­te­ry­stycz­nymi ząb­kami. Pa­mię­tał ta­kie z cza­sów dzie­ciń­stwa. Zo­rien­to­wał się, że zro­biono je na Is­lan­dii. To chyba bu­dy­nek szkoły w Rey­kja­viku, a przed nim ja­cyś mło­dzi lu­dzie, dziew­czyny i chłopcy, bar­dzo roz­ba­wieni. Gdy się do­kład­nie przyj­rzał, roz­po­znał swo­jego ojca. Był na wszyst­kich zdję­ciach w gru­bym swe­trze z owczej wełny, w cha­rak­te­ry­styczne nor­we­skie wzory. Obok niego stała dziew­czyna z dłu­gim ja­snym war­ko­czem.

Się­gnął po list. Roz­po­znał cha­rak­te­ry­styczne pi­smo dziadka. Pi­sał po an­giel­sku, wi­dać za­le­żało mu, by wnuk do­brze go zro­zu­miał. Mimo to Ry­szard prze­czy­tał tekst dwa razy, po­nie­waż treść wy­da­wała mu się nie­praw­do­po­dobna.

Stary Einar za­czął od tego, że od­wie­dziła go Si­grid, żona Ar­niego, ry­baka z Akra­nes. Dzia­dek znał jej męża od chło­pię­cych lat, po­nie­waż był sy­nem Jons­sona, z któ­rym ło­wił przez wiele lat na jed­nym ku­trze. Si­grid, jej mąż Arni i Her­mann, oj­ciec Ry­szarda, byli ró­wie­śni­kami i cho­dzili do tej sa­mej szkoły. Dzia­dek pa­mię­tał ją z tam­tych cza­sów, bo by­wała w ich domu.

Ko­bieta wy­py­ty­wała dziadka o jego wnuka Ry­szarda, głów­nie in­te­re­so­wało ją, ja­kie ma za­miary w sto­sunku do jej córki Jo­hanny.

Twier­dziła, że pi­sze­cie do sie­bie te in­ter­ne­towe li­sty, a jak od­wie­dzi­łeś ostat­nio Rey­kja­vik, to by­li­ście w ki­nie i na tań­cach, i kilka razy na ba­se­nie.

Po­wie­dzia­łem jej, że skoro pi­sze­cie, to wi­docz­nie się lu­bi­cie i ja, Einar Ola­fs­son, nie mam nic prze­ciwko temu. Już się, wnuku, za­czą­łem cie­szyć, bo wiedz, że ro­dzina Jons­sona jest bar­dzo po­rządną ro­dziną, a Jo­hanna by­łaby dla cie­bie do­brą par­tią. Jest na­uczy­cielką w gim­na­zjum. Ale Si­grid wrza­snęła na mnie:

- Nie ży­czę so­bie tej zna­jo­mo­ści, Eina­rze Ola­fs­so­nie! Moja Jo­hanna ma już na­rze­czo­nego, to Karl Han­sen, ze sta­rej, tra­dy­cyj­nej is­landz­kiej ro­dziny.

- Ty, Si­grid, za­po­mi­nasz, że w dzi­siej­szych cza­sach mło­dzi sami de­cy­dują, z kim za­łożą ro­dzinę. A mój wnuk Ry­szard jest le­ka­rzem, wiel­kim spe­cja­li­stą i lep­szego męża dla swo­jej córki i tak nie znaj­dziesz. Po­win­naś być za­do­wo­lona, że ją chce.

- Nie ob­raź się, Eina­rze, ale w wa­szych ży­łach pły­nie dużo ob­cej krwi. Nic nie wiem o Po­la­kach, ale nie chcia­ła­bym szu­kać wnu­ków za mo­rzem. Po­patrz na sie­bie. Miesz­kasz tu­taj sam jak pa­lec, od­kąd twoja Mar­gre­the umarła. - Si­grid była na­prawdę zła.

- Słu­chaj, ko­bieto! - pod­nio­słem głos, bo od­wy­kłem od skrze­cze­nia bab. - To mło­dzi zde­cy­dują i Bóg, czy są so­bie prze­zna­czeni czy nie. Czy twoja Jo­hanna wie, że do mnie przy­szłaś z taką sprawą?

- Nie wie i nie może się ni­gdy do­wie­dzieć! - I roz­pła­kała się, jak to baba.

Te­raz do­piero roz­po­częła swoją opo­wieść. Na do­wód tego, że mówi prawdę, przy­nio­sła swój pa­mięt­nik, który pi­sała w cza­sach, gdy cho­dziła do szkoły, i zdję­cia.

Twój oj­ciec, Ry­szar­dzie, bar­dzo jej się po­do­bał w ostat­niej kla­sie. Lu­bili cho­dzić do kina i dys­ku­to­wać o fil­mach. W ostatni dzień szkoły, gdy ode­brali świa­dec­twa, całą gro­madą po­szli się za­ba­wić. Dużo wy­pili i jak się już pewno do­my­ślasz, skoń­czyło się na­mięt­nie.

Nie­stety, mój syn, a twój oj­ciec po­je­chał od­wie­dzić kraj swo­jej matki, Pol­skę. Obie­ca­li­śmy mu tę po­dróż, je­żeli skoń­czy szkołę z do­brą lo­katą. Ja­kiś da­leki ku­zyn Mar­gre­the przy­słał mu za­pro­sze­nie. Gdy­bym mógł prze­wi­dzieć, że mój syn ni­gdy już nie wróci na Is­lan­dię... No, da­lej już sam wiesz. Spo­tkał twoją matkę i za­ko­chał się na za­bój. Przy­je­cha­li­ście do Rey­kja­viku do­piero, gdy ty skoń­czy­łeś sie­dem lat. Nie dało się wcze­śniej, po­nie­waż Pol­ska to był kraj za­mknięty. Nie chcieli dać pasz­por­tów ca­łej ro­dzi­nie.

Tym­cza­sem Si­grid zo­rien­to­wała się, że jest w ciąży. Od Mar­gre­the do­wie­działa się, że Her­mann nie wróci po wa­ka­cjach na Is­lan­dię. Zde­cy­do­wał się zmie­nić oj­czy­znę, za­ko­chał się i za­mie­rzał się że­nić. Wy­szła więc za Ar­niego, który ma­rzył o niej od dawna. Ni­gdy nie po­wie­działa mu, że Jo­hanna nie jest jego córką, a on ni­gdy o to nie za­py­tał. Uro­dziła mu jesz­cze trzech sy­nów. Arni oka­zał się bar­dzo do­brym mę­żem i oj­cem. Dzi­siaj jest po­waż­nie chory na serce. Miał roz­le­gły za­wał, ostat­nio prze­szedł ope­ra­cję za­ło­że­nia baj­pa­sów. Si­grid boi się, że on nie prze­żyłby wia­do­mo­ści, że Jo­hanna nie jest jego córką, i tego, że wiele lat temu zdra­dziła go z jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Gdyby nie po­dej­rze­nia Si­grid, że mię­dzy tobą a Jo­hanną ro­dzi się po­ważne uczu­cie, to za­bra­łaby ta­jem­nicę do grobu. A tak musi mi za­ufać, że prze­każę ci wia­do­mość, ale obaj za­cho­wamy ją dla sie­bie.

Tak więc, Ry­szar­dzie, Jo­hanna jest twoją przy­rod­nią sio­strą i moją wnuczką. Tylko ko­biety po­tra­fią tak na­mie­szać w ży­ciu. Do tej pory nie wiem, czy się cie­szyć czy zło­ścić. Przez mo­ment by­łem szczę­śliwy, my­śla­łem, że zna­la­złeś ko­bietę od nas, że oże­nisz się i za­miesz­ka­cie w na­szym domu na skale. Z dru­giej strony mam wnuczkę, tylko co mi z tego, gdy ona ni­gdy się o tym nie do­wie?

Ry­szard za­my­ślił się. Miał sio­strę, nie był je­dy­na­kiem. Przez tyle lat ża­ło­wał, że nie ma ro­dzeń­stwa, że po na­głej śmierci ro­dzi­ców zo­stał zu­peł­nie sam. Czy jego oj­ciec wie­dział, że ma córkę? Nie, z pew­no­ścią nie. Ta Si­grid do­cho­wała ta­jem­nicy, nie do­wie­dział się o tym rów­nież jej mąż ani nikt z jej oto­cze­nia. Nie wie­działa też Jo­hanna.

Ry­szard bar­dzo lu­bił Jo­hannę. Po­znali się dwa lata temu w pu­bie. Świet­nie się ro­zu­mieli, mieli po­dobne po­czu­cie hu­moru, lu­bili sporty, nie nu­dzili się w swoim to­wa­rzy­stwie. Te­raz zro­zu­miał dla­czego. W ich ży­łach pły­nęła ta sama krew. Jak to moż­liwe, że dziew­czyna po­znana przy­pad­kiem, w piąt­kowy wie­czór, stała się jego sio­strą? Los może pła­tać aż ta­kie fi­gle?

Wstał i po­szedł do kuchni. Otwo­rzył lo­dówkę. Błą­dził wzro­kiem po pół­kach, za­nim zo­rien­to­wał się, co wła­ści­wie robi. No tak, po­wi­nien coś zjeść, tylko nie zro­bił za­ku­pów. Nie miał wy­boru, musi być ja­jecz­nica. Się­gnął po pa­tel­nię i za­brał się do ro­boty.

Jo­hanna. Miał do niej pewną sła­bość, kilka razy się na­wet ca­ło­wali, ale na szczę­ście nic wię­cej. No, gdyby miesz­kał w Rey­kja­viku, to może by­liby ra­zem, ale kiedy wra­cał do Pol­ski, to ta bli­skość się ja­koś roz­my­wała. Po­dej­rze­wał jed­nak, że sama Jo­hanna mo­gła ina­czej to wszystko wi­dzieć. Jej ma­ile były bar­dzo cie­płe i ser­deczne, szcze­gól­nie po jego ostat­niej wi­zy­cie w Is­lan­dii.

Spa­cery nad za­toką. Jo­hanna za­cho­wała dłu­gie ja­sne włosy, które na co dzień spla­tała w tra­dy­cyjny gruby war­kocz, cho­ciaż więk­szość is­landz­kich dziew­czyn trzy­mała się ra­czej mody eu­ro­pej­skiej. Tam na ska­łach po­zwa­lała, by wiatr roz­wie­wał je, otu­lał jej twarz. Pa­mięta, że gdy le­żał na tra­wie i po­cią­gnął ją na sie­bie, to ka­skada z tych wło­sów utwo­rzyła nad nim za­słonę. Wtedy ca­ło­wali się bar­dzo na­mięt­nie, było tak in­tym­nie, że gdyby nie za­błą­kani tu­ry­ści... Wstrzy­mał na chwilę po­wie­trze, by z ulgą gło­śno je wy­pu­ścić. Co za szczę­ście. To by było! Z sio­strą! Kosz­mar!

Czaj­nik za­gwiz­dał, jajka ścięły się w sa­dzone, bo za­po­mniał je za­mie­szać. Przy­krę­cił gaz, by się nie spa­liły.

Cie­kawe, czy matka Jo­hanny mó­wiła prawdę o jej na­rze­czo­nym? Przy­po­mniał so­bie, że Jo­hanna rze­czy­wi­ście pi­sała, że była w ki­nie z Kar­lem, ale ja­koś go to nie za­in­te­re­so­wało, pewno dla­tego, że na­le­żał do ich paczki, a ona ni­gdy nie wspo­mniała, że ta zna­jo­mość to coś wy­jąt­ko­wego. A te­raz oka­zuje się, że jest jego sio­strą. Okej, nie ma nic prze­ciwko temu. Szkoda tylko, że nie może jej o tym po­wie­dzieć. No i jest pro­blem. Nie chciałby jej ura­zić. Musi coś wy­my­ślić, żeby nie cier­piała.

Na szczę­ście dziadka Einara może za­pew­nić, że do ni­czego nie­wła­ści­wego mię­dzy nimi nie do­szło. Lu­bił Jo­hannę i ży­czył jej jak naj­le­piej, ale nie pla­no­wał z nią związku. No to się po­ro­biło.

Ry­szard zjadł ko­la­cję i do póź­nej nocy czy­tał dzien­nik Si­grid. Ta­kie tam dziew­czyń­skie wy­nu­rze­nia, pełne ma­rzeń, spoj­rzeń, spa­ce­rów i dys­ku­sji na te­mat fil­mów. Oni rów­nież za­chwy­cali się Ca­sa­blancą. Si­grid po­świę­ciła kilka stron w dzien­niku Bo­gar­towi i In­grid Berg­man.

Koń­cowe strony były pełne roz­pa­czy. Her­mann wy­je­chał do Pol­ski, a ona zo­rien­to­wała się, że jest w ciąży. Ostatni za­pis do­ty­czył wia­do­mo­ści, że uko­chany nie wraca do kraju, żeni się z Po­lką.

Sie­dział wpa­trzony w po­żół­kły ze­szyt. Niby nic, kilka za­pi­sa­nych kar­tek, a mo­gły zmie­nić ży­cie kilku osób. Jak w fil­mie. On sam do­wie­dział się, że jego oj­ciec był wraż­li­wym mło­dzień­cem, tak­tow­nie ob­cho­dził się z dziew­czyną. Ile cie­płych słów, de­li­kat­nych po­ca­łun­ków, przy­tu­leń. Si­grid i Her­mann bar­dzo dbali, by ich zwią­zek był dla in­nych ta­jem­nicą, w to­wa­rzy­stwie trzy­mali się z da­leka od sie­bie. Chyba nikt się nie do­my­ślał, że łą­czy ich coś wię­cej niż ko­le­żeń­stwo. Na­wet jego szkolny przy­ja­ciel Arni nie był wta­jem­ni­czony. A może wła­śnie ze względu na niego?

"No tak, ale to jest jej wer­sja wy­da­rzeń" - za­sta­na­wiał się Ry­szard. Oj­ciec mógł to wi­dzieć ina­czej, prze­cież mie­siąc póź­niej był tak za­ko­chany w Po­lce, że rzu­cił dla niej wszystko. Hi­sto­ria nie­stety lubi się po­wta­rzać. A je­śli z Jo­hanną jest po­dob­nie? Może się za­an­ga­żo­wała i też za­pi­suje każde jego cie­plej­sze słowo, gest, spoj­rze­nie. A jemu tak na­prawdę do­brze było w jej to­wa­rzy­stwie, ale za­bra­kło tego cze­goś, tej che­mii. Nie czuł się z nią zwią­zany. Nie snuli wspól­nych pla­nów, ni­czego jej nie obie­cy­wał.

Z dzien­nika Si­grid też nie wy­ni­kało, by jego oj­ciec coś ta­kiego zro­bił. A z pew­no­ścią za­pi­sa­łaby to, skoro no­to­wała różne inne dro­bia­zgi. Dziwne jest też to, że naj­waż­niej­sza noc zo­stała po­trak­to­wana w za­pi­skach bar­dzo skąpo: "Wró­ci­łam nad ra­nem już nie ta sama. Je­stem ko­bietą. Otwo­rzyły się przede mną nie­znane drzwi i we­szłam do no­wego po­koju. Wszystko niby zna­jome, ale wy­gląda ina­czej. Ostrzej­sze ko­lory, nowe za­pa­chy. Dzie­ciń­stwo zo­stało za drzwiami, nie ma już po­wrotu".

Żad­nych szcze­gó­łów, szkoda - uśmiech­nął się. Chciałby wie­dzieć, jak oj­ciec so­bie z tym po­ra­dził. Dziś do­wie­dział się, że wiele cech odzie­dzi­czył wła­śnie po nim.

Jego pierw­szy raz był inny. Miał dzie­więt­na­ście lat, prze­ży­wał dra­mat po tra­gicz­nej śmierci ro­dzi­ców. A Kry­styna, star­sza o dwa lata, do­świad­czona, wpro­wa­dziła go we wszyst­kie taj­niki seksu.

Bar­dzo mu po­mo­gła prze­trwać ten trudny czas, ale mu­sieli się w końcu roz­stać. Była zbyt roz­ryw­kową dziew­czyną - to przez nią omal nie wy­le­ciał ze stu­diów, ale w porę się opa­mię­tał. Kilka razy wra­cali do sie­bie i za­wsze źle się to koń­czyło. Wi­dać sama "che­mia", na­wet bar­dzo silna, też nie gwa­ran­to­wała uda­nego związku. Po­trzebny był ten ma­giczny miks, o któ­rym wszy­scy ma­rzą.

Ry­szard prze­cią­gnął się w fo­telu, spoj­rzał na ze­gar, do­cho­dziła pół­noc. Czas do łóżka, Ju­tro musi być przy­tomny w pracy. A ba­ła­gan jaki był, taki zo­stał.