9.
- Czy ja dobrze rozumiem? - mój głos drżał ze zdenerwowania. - Był pan u mnie dwa tygodnie temu i wiedząc o tym, że Jaszczuk jest mordercą, nic mi pan nie powiedział?! - zakończyłem niemal krzycząc.
- Proszę się uspokoić. - Policjant wyglądał na zaskoczonego. - Proszę usiąść. To nie jest dokładnie tak, jak pan mówi...
- Jak to uspokoić?! Co niedokładnie?! Do cholery, wielkie dzięki! A może się go pan boi nawet przesłuchać i dlatego nie pojawił się pan...
- Nie ma pewności, że Jaszczuk miał coś wspólnego ze śmiercią tamtej dziewczyny - przerwał mi ostro. - I proszę się uspokoić, bo w ogóle przestanę z panem rozmawiać. Niech pan nie zapomina, że jest pan u mnie w domu.
Byłem wściekły, ale zrozumiałem, że jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, to rzeczywiście muszę trochę spasować. Postanowiłem jednak bardziej zaufać komendantowi, niż pijanemu listonoszowi, który po czwartym piwie zarzekał się, że Jaszczuk z zimną krwią zadźgał swoją byłą narzeczoną i złapali go chwilę później z zakrwawionym nożem w kieszeni. Usiadłem więc i możliwie najspokojniej powiedziałem:
- No więc, słucham...
Kościuk sięgnął po paczkę papierosów.
- Zapali pan?
- Nie, dziękuję. Powie mi pan wreszcie, o co w tym wszystkim chodzi?
- Rozumie pan, że ta rozmowa musi pozostać między nami.
Nie rozumiałem, ale kiwnąłem głową, byle tylko szybciej zaczął.
- Facet jakieś trzydzieści lat temu miał postawiony zarzut. - Policjant z wyraźną przyjemnością zaciągnął się dymem. - Tyle, że nic mu nie udowodnili.
- Podobno siedział w więzieniu za morderstwo - powiedziałem.
- Jaszczuk był tymczasowo aresztowany, ale nigdy nie został skazany. Wie pan jak to jest, ludzie różne rzeczy gadają po wioskach, szczególnie o obcych. Facet sprowadził się do Wyrębów przed dwudziestoma laty, a fama po jakimś czasie przywlokła się za nim. Zresztą, jego samego raczej to specjalnie nie obchodzi. Mieszka na odludziu, z nikim się nie kontaktuje, raz w tygodniu zjawia się w sklepie, czasem odwiedza lekarza. Wszyscy ze strachu rozstępują się przed nim, a potem pokazują go palcami. Matki straszą Jaszczukiem dzieci i w zasadzie trudno się dziwić, bo do wizerunku posępnego bandyty pasuje jak ulał - Kościuk uśmiechnął się, zadowolony ze swojego żartu.
Mnie wcale nie było do śmiechu.
- No, ale przecież skoro go tymczasowo posadzili, to musiały być przynajmniej jakieś poszlaki... - dociekałem.
- Wie pan, to były trochę inne czasy. Ludzie byli zbulwersowani, że młoda dziewczyna nagle umiera i to w takich okolicznościach... Nie mogli uwierzyć, że to był przypadek. Chcieli mieć kozła ofiarnego, to sobie znaleźli. A milicja go zamknęła, może nawet chroniąc przed linczem.
- W jakich okolicznościach? - czujnie wychwyciłem wątek.
Popatrzył na mnie, jakby znów zaczynał mieć mnie dosyć.
- Z tego, co nam wiadomo, Jaszczuk w młodości był zaręczony. W ostatniej chwili zdecydował się jednak pójść do seminarium i zostawił dziewczynę na lodzie. Mniej więcej po roku wyszła za mąż i dokładnie w dniu ślubu, w czasie wesela, zmarła. Paskudna historia - westchnął.
- No, a Jaszczuk? Co on ma z tym wspólnego?
- Chodzi o to, że znaleźli ich razem. Wesele było w domu młodej. On pojawił się tam bez zaproszenia. Prawdopodobnie jakoś udało mu się odciągnąć ją na bok. W śledztwie twierdził, że chciał tylko z nią porozmawiać.
- O czym?
- Tego już nie chciał powiedzieć. W każdym razie - ciągnął policjant - cały czas twierdził, że rozmawiali, kiedy ona zasłabła. Sam wezwał pomoc, ale było za późno. Dziewczyna zmarła, a Jaszczuk został ciężko pobity przez gości weselnych.
- A sekcja zwłok?
- Nie było śladów przemocy. Sekcja wykazała - przynajmniej taka jest oficjalna wersja - że dziewczynie pękły wrzody, czego skutkiem był krwotok wewnętrzny, który okazał się śmiertelny.
- Oficjalna wersja?
- Problem polega na tym, że ojciec pańskiego nowego sąsiada był prominentnym członkiem partii. Miał bardzo duże wpływy. A wie pan, ile one znaczyły i... - przerwał na chwilę - znaczą również i dziś.
- A gdzie to się wszystko działo? Wspomniał pan, że facet jest tutaj obcy...
- To, o czym panu opowiedziałem, zdarzyło się gdzieś na Podlasiu... Nie pamiętam w tej chwili nazwy miejscowości. Po wypuszczeniu z aresztu Jaszczuk zniknął na dłuższy czas. Potem, w latach siedemdziesiątych, pojawił się tutaj. Kupił dom i nie mamy z nim żadnych problemów...
- A ludzie stamtąd? Nie znaleźli go?
- Wiedzą, gdzie mieszka, ale tamte dziesięć lat nieobecności zrobiło swoje. Emocje opadły i dali mu spokój, choć na początku miał kilka niezbyt przyjemnych wizyt.
- Zadam panu ostatnie pytanie - powiedziałem. - Z czego Jaszczuk się utrzymuje?
- Dom pewnie kupił za pieniądze ojca, a teraz jest na rencie. Podobno dość ciężko choruje na serce... Coś się stało?
- Nie - skłamałem.
Zdaje się, że prawie podskoczyłem na krześle. Szczerze mówiąc, byłem już niemal pewien, że nie poznam osobiście pana Jaszczuka. Przynajmniej nie w tym życiu.
Podziękowałem policjantowi za to, że poświęcił mi czas, przeprosiłem za swoje zachowanie i powiedziałem, że mnie nieco uspokoił. Wspomniałem również, że przydałoby się sprawdzić, co się dzieje z moim sąsiadem, bo nie widziałem go prawie od dwóch tygodni.
- Dopiero teraz mi pan o tym mówi?
Tym razem to ja go zaskoczyłem.
- Nie pytał pan, a zresztą... To może nawet lepiej, że go nie było...
Policjant odprowadził mnie do auta. Kiedy już mieliśmy się pożegnać, spytałem jeszcze:
- O wszystkich swoich podopiecznych ma pan tak dokładne wiadomości?
Roześmiał się.
- Oczywiście, że nie. Ten przypadek w swoim czasie był dość głośny, więc wypadało się z nim bliżej zapoznać, skoro główny bohater mieszka w mojej gminie.
- To dobrze, bo już się zacząłem obawiać... - pozwoliłem sobie na żart.
- Pan akurat nie ma czego - odpowiedział. - Nie sądzę, żeby doktor prawa sprawiał nam jakieś kłopoty.
Popatrzyłem na niego zaskoczony.
- Do widzenia, panie Leśniewski - uśmiechnął się pod nosem, zadowolony z efektu, jaki udało mu się osiągnąć, po czym zostawił mnie przy samochodzie.
* * *
Jedno było pewne - faktycznie byłem trochę spokojniejszy. W zasadzie obawy dotyczące Jaszczuka stały się historią. Facet, który nigdy nie wyjeżdża, nagle znika na dwa tygodnie. Udało mi się przekonać samego siebie, że mój sąsiad leży teraz grzecznie w swoim łóżku i czeka na pogrzeb. Myśl, że spędzę kolejną noc w sąsiedztwie na wpół rozłożonych zwłok, nie należała do przyjemnych; byłem natomiast pewien, że to ostatnia taka noc. Widziałem, jak zareagował Kościuk. Gdyby był jeszcze na służbie, to z całą pewnością zaraz pojawiłby się w Wyrębach, aby sprawdzić, czy Jaszczuk nie zmarł przypadkiem w swoim domu. Podejrzewałem jednak, że on także zdawał sobie sprawę, że nie ma zbytniego pośpiechu. Jeśli mój sąsiad żył, to wyjechał i nie ma go w pobliżu. Natomiast, jeśli zdarzyło mu się wyzionąć ducha, to prawdopodobnie swoją sztuczkę odstawił w domu i do następnego dnia nigdzie się nie wybierze.
Było już prawie ciemno, kiedy wjechałem na podwórze. Zaniosłem do domu zakupy, które zrobiłem po drodze i z ulgą otworzyłem czerwone wino, ciesząc się, że kłopoty mam już za sobą.
- Zdrowie sąsiada! - uśmiechając się, wzniosłem kieliszek w kierunku okna.
Z wyszczerzonymi idiotycznie zębami spędziłem w tej pozycji dłuższą chwilę. Przez zapadający mrok przebijał słaby blask świecy, stojącej w oknie Jaszczukowego domu.