Dom na święta - Courtney Cole

Kup ebooka

42.99 zł
36.08 zł (35,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Roz­dział pierw­szy

Gdy spoj­rzeć z lotu ptaka, dom mojej rodziny i ota­cza­jąca go posia­dłość roz­cią­gają się wśród pokry­tych śnie­giem, wiecz­nie zie­lo­nych drzew i górzy­stych skał.

Każ­dego dnia można tu zoba­czyć niedź­wie­dzia, łosia, jele­nia, kojoty, kró­liki z bia­łymi łap­kami lub pumy wędru­jące po górach. Każ­dej nocy sły­chać krzyki kugu­arów lub pisk sów śnież­nych. Dla kogoś, kto nie jest do tego przy­zwy­cza­jony, może to być prze­ra­ża­jące.

Dla tych z nas, któ­rzy miesz­kają na Ala­sce, to dom.

Tak czy ina­czej zapiera dech w pier­siach.

Zwłasz­cza teraz, kiedy bożo­na­ro­dze­niowe lampki jarzą się na całej powierzchni domu, a gałązki ostro­krzewu zwi­sają z balu­strady na weran­dzie. To przy­jemne schro­nie­nie, takie, za które bogaci myśliwi płacą nam grube pie­nią­dze, żeby­śmy ich przy­jęli.

Chwy­tam radio i wci­skam guzik, upa­ja­jąc się lotem, bo ni­gdy mi się to nie znu­dzi. Ni­gdy.

- Shelly, powiedz Nor­to­nowi, że wylą­du­jemy za dwie minuty. Czas zapiąć pasy bez­pie­czeń­stwa.

- Już zro­bione, kapi­ta­nie! - odpo­wiada.

Nasz samo­lot, w pełni zała­do­wana ces­sna cita­tion lati­tude, gładko scho­dzi do lądo­wi­ska. Pro­wa­dzę nas rękami mistrza. Pod­czas sia­da­nia nie ma naj­drob­niej­szego pod­skoku.

Uśmie­cham się. Umie­jęt­no­ści. Mam je.

Shelly dołą­cza do mnie, kiedy scho­dzimy po scho­dach i cze­kamy, żeby powi­tać naszych pasa­że­rów.

- Witamy w Domu Wiel­kich Nadziei - witam grupę, gdy goście scho­dzą po scho­dach. Cała czwórka wygląda podob­nie, wszy­scy mają na sobie dro­gie dżinsy i parki, buty z naj­wyż­szej półki... wszystko to pasuje do ich nie­sa­mo­wi­cie dro­giego sprzętu, który jest obec­nie scho­wany w dol­nej czę­ści kadłuba samo­lotu. - Mamy nadzieję, że spodoba się wam pobyt.

Hank Nor­ton, dyrek­tor gene­ralny firmy war­tej wiele miliar­dów i lider tego zespołu - potęż­nych dyrek­torów zarzą­dza­ją­cych - cią­gnie mnie za łokieć, gdy zmie­rzamy do domu.

Jeden z jego ludzi przy­spie­sza, aby się z nami zrów­nać.

- To jest twój rodzinny dom, zga­dza się? - pyta, a nos ma czer­wony od zimna. - Czy nie tak powie­dzia­łeś, Hank?

Hank kiwa głową.

- Dokład­nie tak powie­dzia­łem - odwraca się do mnie. - Wcze­śniej opowie­dzia­łem Pau­lowi nieco o histo­rii tego miej­sca. Paul jest moim dyrek­to­rem finan­so­wym i bar­dzo intry­gują go kor­po­ra­cje, które prze­trwały próby czasu.

Uśmie­cham się.

- Nie wiem, czy nazwa­ła­bym to kor­po­ra­cją, ale Wiel­kie Nadzieje z pew­no­ścią są w mojej rodzi­nie od poko­leń. Mój pra­pra­dzia­dek zbu­do­wał je w dzie­więt­na­stym wieku. Na początku był to dom, a kiedy nastała rece­sja, moja rodzina wynaj­mo­wała w nim pokoje. To był pen­sjo­nat, hotel, dom, a obec­nie gosz­czą tu nie­sa­mo­wite osoby, takie jak wy, które polują na swoje kolejne tro­fea.

Pusz­cza do mnie oko.

- Zapew­niam cię, młoda damo, że dam z sie­bie wszystko. W tym roku szu­kam impe­riala, doro­słego osob­nika z cesar­skim poro­żem. Łoś, któ­rego ustrze­li­łem w zeszłym roku, był dobry, ale to tylko royal, czyli szó­stak. Jen­kins mówi, że w zeszłym roku na Ala­sce zdo­był ośmio­punk­to­wego monar­chę. Pobiję to.

Ukry­wam wzdry­gnię­cie na myśl o osza­ła­mia­ją­cym impe­rialu, któ­rego widzia­łam wczo­raj na pokry­tej śnie­giem górze. Był taki maje­sta­tyczny, taki piękny... że robi mi się słabo na myśl o tym, że polo­wano na niego dla sportu. Ale, jak zawsze mawiała moja bab­cia, bierz się do roboty, Piper. To nasza rodzinna firma.

- Jestem pewna, że go znaj­dziesz - zapew­niam go, prze­ły­ka­jąc ślinę, gdy wspi­namy się po sze­ro­kich kamien­nych scho­dach i wycho­dzimy na obu­do­waną werandę. - Widzia­łam takiego nie­dawno.

Pan Nor­ton odwraca się i woła do swo­ich przy­ja­ciół: - Zakle­puję go, chło­paki!

Śmieją się, a pan Nor­ton nuci Roc­king aro­und chri­st­mas tree, gdy wpa­dają do holu domu.

Hank otwiera przede mną drzwi, pewny sie­bie, tak jak super­bo­gaci ludzie być potra­fią, choć tu i ówdzie jego zacho­wa­nie zdra­dza, że nie zawsze był majętny. Na przy­kład zła­pał swoją torbę pod­ręczną, zamiast zosta­wić ją komuś z per­so­nelu.

Z łatwo­ścią roz­ma­wia też z moimi pra­cow­ni­kami, co robi nie­wielu wysoko posta­wio­nych męż­czyzn.

Ellen, nasza gospo­dyni, zabiera ich płasz­cze i pro­po­nuje napoje. Nad nami migo­czą białe bożo­na­ro­dze­niowe lampki zwi­sa­jące leni­wie z kate­dral­nych sufi­tów i odsło­nię­tych belek. W kącie stoi masywny świerk sre­brzy­sty, oświe­tlony na święta. Jego czu­bek zdobi złota błysz­cząca gwiazda, ale pod spodem nie ma pre­zen­tów.

Nie w tym roku. Ciężko prze­ły­kam ślinę.

Pró­buję się wymknąć, odda­jąc męż­czyzn w sprawne ręce Ellen, ale pan Nor­ton mnie łapie.

- Pocze­kaj, młoda damo - woła. - Gdzie twoja bab­cia? Spo­dzie­wa­łem się jej, kiedy wylą­do­wa­li­śmy. Zawsze cze­kała na nas przy wej­ściu z gorącą brandy.

Kiwam głową do Ellen, dając sygnał, żeby poszła po ten wła­śnie tru­nek, a potem odchrzą­kuję, pró­bu­jąc prze­łknąć powstałą w gar­dle gulę.

- Przy­kro mi. Bab­cia zmarła kilka tygo­dni temu. Ale zapew­niam, że wasze wra­że­nia z pobytu będą tak samo nie­za­po­mniane jak zawsze. Pra­cuję tu od dziecka. Znam się na tym.

- Och, natu­ral­nie, prze­cież cię znam - Nor­ton czuje się uspo­ko­jony. - Przez lata obser­wo­wa­łem, jak dora­stasz, cho­ciaż w mojej gło­wie wciąż masz kan­cia­ste kolana i włosy sple­cione w war­ko­czyki. Jak ten czas leci... W gło­wie wciąż mam dwa­dzie­ścia pięć lat - patrzy na mnie, a w jego zamglo­nych oczach widać współ­czu­cie. - Przy­kro mi z powodu Mariny. Była wspa­niałą kobietą.

- Tak, była - zga­dzam się

- Któ­re­goś roku umó­wi­li­śmy się z nią, że sią­dziemy sobie w sto­dole i zoba­czymy, kto wypije wię­cej tequ­ili i nie straci przy­tom­no­ści.

Uśmie­cham się, i to szcze­rze, co zaska­kuje mnie samą, choć żałoba pozba­wia mnie ostat­nio rado­ści i uśmie­chów.

- Cała bab­cia - odpo­wia­dam. - Kto wygrał?

Mój gość marsz­czy brwi.

- Naj­gor­sze, że... po wypi­ciu pię­ciu i pół kie­liszka nic nie pamię­tam! - zanosi się grom­kim śmie­chem, a ja chi­cho­czę.

- Prawdę mówiąc, bab­cia ważyła led­wie z pięć­dzie­siąt kilo. Myślę więc, że mógł pan mieć sporą prze­wagę, panie Nor­ton.

Znowu się śmieje, a ludzie z jego grupy prze­krzy­kują go, wyty­ka­jąc mu, że pró­bo­wał wygrać z takim chu­cher­kiem.

- Już daj­cie spo­kój, to nie było tak - mówi. - Nie była zwy­kłą kobietą. Ta Marina była... cóż, była...

- Kimś wyjąt­ko­wym - koń­czę za niego, pota­ku­jąc głową. - Tak się mówiło. I to prawda.

- Na pewno była z cie­bie dumna. I słusz­nie. Bo muszę przy­znać, że ni­gdy nie widzia­łem lep­szego pilota - chwali mnie Nor­ton. - A ja nie zwy­kłem sza­stać kom­ple­men­tami.

- Zde­cy­do­wa­nie nie - wtrąca się młod­szy męż­czy­zna po lewej. - Mój tata rzadko kogoś chwali, jeśli już w ogóle - w jego oczach dostrze­gam gorycz i zasta­na­wiam się, czy kie­dy­kol­wiek usły­szał od ojca pochwałę.

- Och, non­sens - odpo­wiada lek­ce­wa­żąco pan Nor­ton. - Wychwa­lam kogoś, kiedy na to zasłuży, Josh.

Policzki Josha oblewa głę­boki odcień czer­wieni, a ja ponow­nie pró­buję się wymknąć.

- Marina była z cie­bie taka dumna - nie prze­rywa Hank i znów łapie mnie za ramię. - Pamię­tam, jak kilka lat temu, kiedy tu przy­je­cha­łem, nie było cię, bo poje­cha­łaś szko­lić się na pilota. Mówiła o tobie bez prze­rwy i pro­mie­niała z dumy.

- Naprawdę? - pytam. - Nie­czę­sto pra­wiła kom­ple­menty.

- Pra­wiła, kiedy były uza­sad­nione - popra­wia mnie z uśmie­chem. - Tak jak ja - teraz on pusz­cza do mnie oko, a ja się rumie­nię.

- Dzię­kuję. Cza­sami... czuję, że ją zawio­dłam, decy­du­jąc się na lata­nie.

- Wie­działa, dla­czego tego chcia­łaś, moja droga - mówi teraz ciszej. - Kiedy twoi rodzice zmarli, mocno ją to bolało, ale jestem pewien, że wiesz. Nie mówiła mi zresztą zbyt wiele, lecz kiedy posta­no­wi­łaś zostać pilo­tem, aby ich uho­no­ro­wać... nie mogła być bar­dziej dumna.

Chcia­ła­bym myśleć, że to prawda. Choć w głębi duszy wiem, że to nie było jedyne jej odczu­cie z tym zwią­zane. Moich rodzi­ców zabrała kata­strofa lot­ni­cza, bab­cia bała się więc, że to samo może przy­tra­fić się mnie.

- Ellen zadba o wszystko, czego potrze­bu­je­cie - sta­ram się odejść od wspo­mnień. - Śnia­da­nie, obfite, zosta­nie podane o szó­stej rano, aby zapew­nić wam dobry począ­tek pierw­szego dnia polo­wa­nia.

- Dzięki, kapi­ta­nie - mówi szef grupy, pusz­cza­jąc oko. Wci­ska mi do ręki zwi­tek bank­no­tów. - Życzę ci weso­łych świąt.

- Pro­szę pana, nie trzeba - wzbra­niam się. - Gosz­cze­nie was to naprawdę dla mnie przy­jem­ność.

- Mów mi Hank - odpo­wiada. - I kup sobie coś ład­nego. Zasłu­gu­jesz. Nie pró­buj mi mówić, że twoja bab­cia by tego nie przy­jęła. Prze­cież wła­śnie w ten spo­sób zdo­była pie­nią­dze, żeby odku­pić tego rysia. To długa histo­ria, ale powiedzmy, że... prze­gra­łem zakład.

Pusz­cza oko i podąża za resztą swo­jej grupy do baru z Ellen. Wra­cam na podwó­rze, by pomóc Shelly z baga­żem. Wno­sząc torby, przy­glą­dam się wybla­kłemu kon­tu­rowi wspo­mnia­nego rysia, który wystaje zza rogu chaty.

Hank dał na to pie­nią­dze?

Bab­cia miała pełno tajem­nic... i wąt­pię, czy kie­dy­kol­wiek poznam je wszyst­kie.

Sądząc po gru­bo­ści rulonu pie­nię­dzy w kie­szeni, będę miała bogate święta. Może nawet na miarę pre­zentu od Louisa Vuit­tona. Uśmie­cham się sze­rzej, gdy dołą­czam do Shelly.

- Co cię tak cie­szy? Jeśli sądzisz, że dosta­niesz Josha na tydzień, to się mylisz. Już go zakle­pa­łam.

Wcale nie jestem zain­te­re­so­wana jakimś Joshem. Jak na mój gust ma pre­ten­sje do całego świata. Ale nie zamie­rzam się zwie­rzać Shelly ze swo­ich obser­wa­cji. Prze­ciw­nie, udaję, że podzie­lam jej zachwyt.

- Nie możesz kogoś zakle­pać, jeśli tego nie sły­sza­łam - udaję nie­mal obu­rze­nie. - To się nie liczy!

- Piper Mil­li­cent McCau­ley - recy­tuje poważ­nie moje pełne imię - zakle­pa­łam go. Widzia­łaś kości policz­kowe tego faceta?

Kręcę głową.

- Nie. Chyba ich nie zauwa­ży­łam, bo tak zadzie­rał nosa. Było widać tylko, jaki jest nadą­sany.

- Tro­chę roz­piesz­czony - przy­znaje Shelly - ale można się tego spo­dzie­wać po kimś tak boga­tym. Co ma pora­dzić?

- Znam wielu boga­tych ludzi, któ­rzy nie są tacy - mówię. - Stać cię na kogoś lep­szego.

- Prze­cież nie wyjdę za faceta. Chcę go tylko na ten tydzień. Pod­da­jesz się? - ruda brew unosi się, gdy Shelly czeka na odpo­wiedź.

- Shelly, widzia­łaś, żebym kie­dy­kol­wiek rand­ko­wała z kimś z gości? Śmiało, pocze­kam, aż pomy­ślisz.

Prze­wraca oczami.

- Shel, kiedy mówimy, że zapew­niamy pełną obsługę, nie chcemy być zro­zu­miane opacz­nie - śmieję się, a z ust wydo­bywa mi się na mro­zie chmura pary, kiedy pchamy ciężki wózek do garażu. Wci­skam kod i cze­kam, aż otwo­rzą się drzwi. Wcho­dzimy do hali na cztery samo­chody, cie­pło natych­miast ude­rza mnie w twarz.

- O panie, w ten week­end jest zimno - mówię z roz­tar­gnie­niem, gdy prze­cho­dzimy do tyl­nego wej­ścia, żeby roz­ła­do­wać wózek.

- Tem­pe­ra­tura spad­nie poni­żej zera - odpo­wiada Shelly. - Już ostrze­ga­łam Nor­to­nów.

- Dobrze. Muszą być przy­go­to­wani. Jeśli nie zasto­sują się do naszych rad, hipo­ter­mia może ich dopaść w lesie w ciągu kilku minut. Upew­nij się, że spa­ko­wali pro­wiant... ogrze­wa­cze do ręka­wic i do stóp, flary itp. Kto tego pil­nuje?

- Pete miał to zro­bić, miał im towa­rzy­szyć - mówi - ale oni zmie­nili zda­nie i chcą iść sami. Pan Nor­ton był tu tyle razy, czuje się pew­nie. Zresztą twoja bab­cia powie­dzia­łaby, że sobie pora­dzi.

Ma rację. Bab­cia wie­rzyła w sta­łych bywal­ców, któ­rzy wra­cali rok po roku. Lecz dziś wie­czo­rem czuję, że coś wisi w powie­trzu. Może spra­wia to ogromny żółty księ­życ, który dynda bli­sko linii hory­zontu, a może pra­wie bez­gwiezdne niebo... w każ­dym razie coś wydaje się nie takie jak zwy­kle. I jest to wra­że­nie dość upiorne.

- Nie czu­jesz tego? - pytam. - To jak... elek­trycz­ność w powie­trzu. Coś jest nie tak. Nie wiem... myślę, że może Pete powi­nien jed­nak im towa­rzy­szyć.

Kręci głową.

- To tylko peł­nia księ­życa, dzi­waczko. Siła cią­że­nia albo jakieś inne bzdety. Wię­cej dzieci rodzi się pod­czas pełni księ­życa. I wię­cej sza­leń­ców zostaje zabra­nych na pogo­to­wie.

- Wła­śnie - odpo­wia­dam. - Nie chcemy, aby kto­kol­wiek musiał zostać prze­wie­ziony do szpi­tala heli­kop­te­rem. To nie pomo­głoby nam umoc­nić naszej repu­ta­cji, zwłasz­cza teraz, bez babci.

Shelly odwraca się i lekko ści­ska mnie za ramiona. - Piper, wiem, że się mar­twisz. Ale Wiel­kie Nadzieje mają ugrun­to­waną renomę. Tutejsi klienci widują cię co roku, od dłuż­szego czasu. Ufają ci... - jej zwy­kle bystre oczy miękną. - Świet­nie sobie radzisz nawet bez babci, kocha­nie. Naprawdę.

- Dzię­kuję - mówię cicho. - Cza­sami na­dal jestem w szoku i po pro­stu się zawie­szam. Mar­twię się, że ludzie zauważą i pomy­ślą, że zwy­czaj­nie świ­ruję.

- Nie świ­ru­jesz - zaprze­cza. - Tak ci się tylko wydaje. Jesteś nie­sa­mo­wita w swo­jej pracy i wszy­scy o tym wie­dzą.

- Nie jestem prze­ko­nana. Sły­sza­łam pew­nego dnia, jak Dan mówił Pete'owi, że - jego zda­niem - powin­nam mieć wię­cej czasu, by prze­żyć żałobę.

Shelly prze­wraca oczami.

- Dan zawsze ma świetne rady dla innych. Ale zauważ, że jest przez całe życie zrzę­dli­wym kawa­le­rem, który mieszka w jed­no­po­ko­jo­wym domku w lesie jak Una­bom­ber.

Nie mogę się nie zaśmiać.

- Nawet tro­chę przy­po­mina tego faceta - mówię. Chi­cho­czemy razem. - Ale jest naj­lep­szym mecha­ni­kiem i zna ten teren jak wła­sną kie­szeń. Zniosę więc nawet jego... dzi­wac­twa.

- Jest na to tylko jedno okre­śle­nie - Shelly mówi ści­szo­nym gło­sem. Znowu chi­cho­czemy. - Matu­za­lem. Ma milion lat. Nie wiem, dla­czego twoja bab­cia trzy­mała go tak długo.

- Ma dobre serce - odpo­wia­dam. - Gdzieś tam...

- ...gdzieś głę­boko - Shelly bywa uszczy­pliwa.

- Zawsze był lojalny wobec babci. Ciężko prze­żył jej śmierć, więc wiem, że ma serce.

- Fakt, dla two­jej babci był dobry - przy­znaje Shel. - Myślisz, że kie­dyś się spo­ty­kali?

Ta myśl jest upo­ka­rza­jąca.

- Nie - mówię sztywno. - Fuj.

Shelly wzru­sza ramio­nami.

- Mówię tylko... Myślę, że byli mniej wię­cej w tym samym wieku, cho­ciaż w tym momen­cie trudno to stwier­dzić. A to jest Ala­ska. Może w pew­nym momen­cie po pro­stu poczuli się samotni i...

- Zamknij się. Pra­wie zwy­mio­to­wa­łam.

Chi­cho­cze.

- A poza tym przez całe życie kochała tylko mojego dziadka. Myślę nawet, że był jej pierw­szą miło­ścią. Ni­gdy nie prze­stała go kochać. Nawet po jego śmierci.

Twarz Shelly mięk­nie.

- Naprawdę ich histo­ria była nie­sa­mo­wita. Uwiel­biała go.

- Więc nie było żad­nego Dana Rand­ko­wi­cza - milk­niemy na chwilę, czu­jąc chłód. - Poroz­ma­wiajmy o waż­niej­szych rze­czach. Bie­rzemy butelkę mer­lota i idziemy na pod­da­sze czy bie­rzemy tequ­ilę i sia­damy w jacuzzi? Mam ochotę się dziś upić.

Shelly uśmie­cha się sze­roko.

- Tequ­ili ni­gdy nie odma­wiam. Jak zresztą wiesz. Ale, i nie chcę tutaj wyjść na jakąś roz­wią­złą, Josh wcze­śniej spoj­rzał na mnie - wes­tchnęła szybko - w taki spo­sób... Chyba więc pójdę spraw­dzić, czy nie potrze­buje, żeby mu poście­lić łóżko.

- Jesteś nie­po­prawna - odpo­wia­dam. - Na serio.

- Dzię­kuję! - odpo­wiada, jakby to był kom­ple­ment.

- To roz­piesz­czony bogaty chło­pak - powta­rzam jej. - A jako gość jest poza zasię­giem. Więc ni­gdzie nie pój­dziesz.

Unosi brew.

- Nie?

Kręcę głową.

- Abso­lut­nie nie. Wiem, że w prze­szło­ści nagi­na­łaś zasady, ale teraz, gdy bab­cia ode­szła, muszę udo­wod­nić, że mam zasady, Shel. Musimy podejść do tego poważ­nie. Nie rób niczego nie­pro­fe­sjo­nal­nego. Będziesz musiała się powstrzy­mać.

- Dobra. Po pro­stu pójdę wcze­śnie spać - mówi i wydaje jej się, że jest prze­bie­gła.

- Przy­pil­nuję cię - zapo­wia­dam. - Nie prze­mkniesz się do jego pokoju.

- Dobra - jęczy. - W takim razie tylko pójdę nało­żyć maskę na włosy, ponu­raku.

Znika w domu, a ja zasta­na­wiam się, czy powin­nam wziąć długą gorącą kąpiel i zamiast drinka wypić fili­żankę kakao. Jed­nak widok ognia w kominku zachęca, by się odprę­żyć, toteż wycią­gam zza baru butelkę mer­lota.

Wpa­dam w wysoki fotel z opar­ciem, a żar pło­ną­cych polan jest piesz­czotą dla zmar­z­nię­tych policz­ków. Cza­sami, prze­by­wa­jąc na świe­żym powie­trzu i na śniegu, można prze­mar­z­nąć do szpiku kości. Wtedy bli­skość ognia jest zba­wienna.

Winko oczy­wi­ście też pomaga.

Odkor­ko­wuję z trza­skiem butelkę czer­wo­nego płynu i napeł­niam kie­li­szek po brzegi, nucąc po cichu kolędę.

Nad komin­kiem wisi zdję­cie moich pra­dziad­ków, Sophie i Eber­dale'a, sto­ją­cych na stop­niach naszego domu z moją bab­cią u boku. Na zdję­ciu bab­cia ma naj­wy­żej około osiem­na­stu lat, ale foto­gra­fia jest czarno-biała i chyba rów­nież dla­tego zarówno bab­cia, jak i jej rodzice wyglą­dają jakoś ponuro. Dla­czego stare zdję­cia zawsze two­rzą taki poważny kli­mat? Prze­cież uwiecz­nieni tu boha­te­ro­wie z całą pew­no­ścią też bywali rado­śni, weseli i cza­sem śmiali się tak jak my. Jestem pewna, że czasy były trud­niej­sze, ale cóż z tego. W każ­dych oko­licz­no­ściach życio­wych czło­wiek potrafi dopa­trzeć się powo­dów do śmie­chu i poczuć bez­tro­skę, przy­naj­mniej cza­sami.

Oczy babci - widać to wyraź­nie - sku­piają się ponad foto­gra­fem. Jakby wypa­try­wała cze­goś na hory­zon­cie. Może to patrze­nie w dal ozna­cza cie­ka­wość przy­szło­ści cha­rak­te­ry­styczną dla mło­dych ludzi?

- Tęsk­nię za tobą - mówię jej zrzę­dli­wie. - Nie byłam gotowa, bab­ciu. A poza tym, pro­szę, powiedz, że ni­gdy nie spa­łaś z Danem!

Na tę myśl otrzą­sam się z nie­sma­kiem i wychy­lam kolejny kie­li­szek.

Zegar dziadka ryt­micz­nie odmie­rza minuty, a ja wycią­gam przed sie­bie stopy w cie­płych skar­pet­kach, zamknąw­szy oczy.

Wsłu­chuję się w pło­mie­nie liżące kamień i nim się orien­tuję, zapa­dam w sen.

Rozdział drugi

Roz­dział drugi

Budzą mnie odgłosy grupy Nor­tona szy­ku­ją­cej się do opusz­cze­nia domu.

- Spa­łaś w tym fotelu? - Hank huczy z holu. Pró­buję odwró­cić się w jego stronę, ale mój sztywny kark pro­te­stuje. Pocie­ram go mocno, wbi­ja­jąc kciuki głę­boko w sztywny mię­sień.

- Nie pla­no­wa­łam - wyja­śniam, krę­cąc szyją w tę i z powro­tem, aby ją roz­luź­nić. - Pozwól­cie, że spraw­dzę pro­gnozę przed wyjaz­dem. Prze­pra­szam. Nor­mal­nie już bym się tym wszyst­kim zajęła. Zaspa­łam na tym cho­ler­nym krze­śle.

- Już wsta­łaś - mówi Hank. - Nie przej­muj się tym. Pogoda jest dobra, widzisz?

Wska­zuje na duże okna. Mróz stwo­rzył w nocy skom­pli­ko­wane wzory na szkle, deli­katne dzieła sztuki, jak z krysz­tału.

- Daj­cie mi tylko spraw­dzić - mówię, prze­glą­da­jąc tele­fon. - Za chwilę może się wszystko zmie­nić. Tak bywa.

Tym­cza­sem mój tele­fon nie łączy się z sie­cią.

- Cho­lera - mru­czę pod nosem, potrzą­sa­jąc nim, jakby to miało pomóc.

- Zostaw - powta­rza Hank, rzu­ca­jąc kolejną torbę na stos z ekwi­pun­kiem. - W porządku. I tak wycho­dzimy dzi­siaj tylko na kilka godzin.

Grze­bię w moim bez­u­ży­tecz­nym tele­fo­nie, pró­bu­jąc zna­leźć inną stronę z pro­gnozą pogody. Na­dal brak łącz­no­ści. Nie mogę nawet wysłać ese­mesa do Shelly.

Wstaję, pro­stu­jąc koszulę.

- Daj­cie mi tylko chwilę - pro­szę nie­ustę­pli­wie. Josh pod­nosi na mnie wzrok z miej­sca, w któ­rym sznu­ruje buty.

- Nie wycho­dzimy na długo - mówi. - Serio. Jest za zimno.

- Ala­ska na ogół jest zimna - pusz­czam oko. Cho­lera, Piper. Ugryź się cza­sem w język.

- Tak sły­sza­łem - odpo­wiada nie­zra­żony. Wstaje i odgar­nia włosy, po czym wkłada weł­nianą czapkę. - Jestem gotowy. Do roboty! - oznaj­mia.

Grupa bije się w piersi jak nor­dyccy wojow­nicy.

- Pocze­kaj­cie chwilę - bła­gam, ale mnie igno­rują. - Słońce zacho­dzi teraz około czter­na­stej czter­dzie­ści pięć - mówię. - Pro­szę, wróć­cie wcze­śniej.

- Wró­cimy - zapew­nia mnie Hank. Zni­kają.

- Cho­lera - mówię pod nosem, szu­ka­jąc Shelly. Znaj­duję ją w kuchni, gdzie spo­koj­nie parzy sobie kawę.

- Inter­net nie działa - mówi, gdy wcho­dzę. - A tak w ogóle to dzień dobry. Wyglą­dasz jak pie­kło. Chwi­leczkę... - mie­rzy mnie wzro­kiem od góry do dołu. - Masz na sobie te same ubra­nia co wczo­raj. Czy ty... Piper McCau­ley!

Wpa­truję się w nią.

- Nie, nie spa­łam z gościem, jeśli to ci cho­dzi po gło­wie. Boże, Shelly. Niech to wresz­cie do cie­bie dotrze - nie możemy sypiać z gośćmi.

Roz­luź­nia się.

- Dobrze. Josh już spał zeszłej nocy, więc nie mia­łam szansy zadzia­łać na niego moją magią.

- Jesz­cze raz powta­rzam: Nie możemy sypiać z gośćmi - mówię. - Fan­ta­zjuj, ile chcesz, ale trzy­maj od niego łapy z daleka.

- Dziew­czyna ma prawo sobie poma­rzyć - mówi sztywno. - Nie musisz mnie kry­ty­ko­wać.

Prze­wra­cam oczami.

- Mia­łaś oka­zję spraw­dzić pogodę, zanim stra­ci­li­śmy sygnał?

Kręci głową.

- Nie. Spraw­dzi­łam ostat­niej nocy przed snem i powinno być czy­sto, tem­pe­ra­tura minus sie­dem­na­ście - spo­gląda na mnie. - Dziś rano dys­kret­nie spraw­dzi­łam ich sprzęt. Naprawdę mają wszyst­kie potrzebne rze­czy, Piper. Nic im nie będzie.

- Nie wiem, dla­czego jestem taka nie­spo­kojna - przy­znaję.

- Ponie­waż jesteś per­fek­cjo­nistką - mówi mi Shelly. - Dobra, ponie­waż wyszli na cały dzień, możesz się odprę­żyć, roz­pu­ścić włosy... - patrzy na mnie. - Możesz się zre­lak­so­wać i ucze­sać - dodaje.

Żar­to­bli­wie popy­cham jej ramię, a ona się uśmie­cha.

- Ale naprawdę. Idź wziąć prysz­nic. Chyba wyla­łaś na sie­bie wino. Albo kogoś w nocy zamor­do­wa­łaś.

Zer­kam w dół i rze­czy­wi­ście widzę sze­roką szkar­łatną plamę na koszuli.

- Dzi­siej­szy pora­nek robi się coraz barw­niej­szy!

Shelly się śmieje, ja jed­nak czuję się tro­chę przy­bita. Zauważa to.

- Co jest nie tak? - pyta poważ­nym tonem.

Kręcę głową.

- Ja... nie sądzę, bym dała radę to dalej popro­wa­dzić, Shel.

Pod­nosi głowę.

- Serio?

- Nie jestem bab­cią - odpo­wia­dam. - Ona niczego się nie bała. Pro­wa­dziła to miej­sce sama przez tak długi czas i była nie­zrów­nana. A ja... popatrz tylko: zaspa­łam na krze­śle w wiel­kim pokoju i pozwo­li­łam mojej pierw­szej gru­pie odejść bez spraw­dze­nia pro­gnozy pogody. Jestem bez­na­dziejna.

Shelly wpa­truje się we mnie.

- Im nic nie będzie, Piper. Bar­dziej mar­twię się o cie­bie. Dla­czego jesteś dla sie­bie taka surowa? Wiesz, co robić. Byłaś do tego szko­lona przez całe życie.

- Ni­gdy wcze­śniej nie byłam z tym sama - przy­znaję cicho.

- Nie jesteś sama - mówi Shelly, a jej oczy są nie­ty­powo ponure. - Masz nas. Masz mnie.

- Dzięki, Shel.

- Mówię poważ­nie - upiera się. - Jeste­śmy rodziną. Nie z krwi, ale z wyboru. Myślisz, że pra­cuję tu dla zdro­wia czy dla zale­głej pen­sji? Nie. Zostaję dla cie­bie. Przez pamięć o two­jej babci. Dla wszyst­kich tutaj. Jesteś jedyną rodziną, jaką mam.

- Bab­cia zawsze miała sła­bość do rato­wa­nia innych - uśmie­cham się i trą­cam ją w ramię.

- Kocham cię, Piper - mówi Shelly, wciąż poważ­nie.

- Teraz mnie prze­ra­żasz - odpo­wia­dam. - Ni­gdy nie oka­zu­jesz emo­cji.

- Cóż, twoje potrze­bu­jące ja musi to teraz usły­szeć - śmieje się Shelly. - Wszy­scy cię sza­nu­jemy. Wszy­scy cię kochamy. Nie jesteś sama i świet­nie sobie radzisz.

- Ja też cię kocham - mówię jej i czuję ucisk w gar­dle, kiedy przy­tu­lam ją mocno. Pach­nie cha­nel.

- Śmier­dzisz - marsz­czy nos, gdy się od sie­bie odsu­wamy. - Powin­naś jed­nak wziąć ten prysz­nic.

Ma rację, więc wzdy­cham:

- Dobra. Zro­bię to, zanim zjem.

Jakby bojąc się, że zmie­nię zda­nie, Shelly popy­cha mnie lekko w kie­runku scho­dów.

Dąb mio­dowy domi­nuje we wnę­trzu całego domu, od pod­łogi do sufitu. W każ­dym pokoju, na każ­dym cen­ty­me­trze. Do jego budowy użyto grubo cio­sa­nych bali z drzew, rosną­cych na tej wła­śnie posia­dło­ści i cho­ciaż wygląda na rusty­kalny, ma wszel­kie nowo­cze­sne udo­god­nie­nia dla podróż­nych. Są przy­zwy­cza­jeni do luk­susu, więc im go zapew­niamy.

Przy poko­jach są łazienki, a w nich - wanny z hydro­ma­sa­żem, gra­ni­towe podwójne umy­walki, bate­rie auto­ma­tyczne, tele­wi­zory w lustrach łazien­ko­wych. Kilka lat temu musie­li­śmy zro­bić remont, żeby nadą­żyć za ocze­ki­wa­niami klien­tów. Zamożni podróż­nicy liczą, że będzie dostępny pewien poziom udo­god­nień, nawet jeśli chcą uda­wać, że lubią surowe warunki.

- Słu­chaj - tłu­ma­czyła bab­cia - nasza nazwa to Wiel­kie Nadzieje. Nie możemy nie sta­rać się speł­niać nadziei gości. Bo nie przyjdą, jeśli nie będziemy mogli zaofe­ro­wać im wszyst­kiego, co naj­lep­sze. Mamy dziką przy­rodę i piękną sce­ne­rię. Ale musimy zain­we­sto­wać w dom.

Miała oczy­wi­ście rację i tak też zro­bi­li­śmy. Choć, prawdę mówiąc, kosz­to­wało to wszyst­kich o wiele wię­cej niż same pie­nią­dze.

Zer­kam na zdję­cie moich rodzi­ców wiszące na ścia­nie w kory­ta­rzu.

Byli tacy szczę­śliwi, speł­nieni, łatwo to odgad­nąć, gdy się popa­trzy na ich roz­świe­tlone rado­ścią oczy. Żyli swoim marze­niem. Aż do nie­dawna.

Bab­cia jest teraz z nimi - pomy­śla­łam, otwie­ra­jąc drzwi do sypialni.

Przez pokój do łazienki. Z satys­fak­cją spo­glą­dam na swoje masywne łóżko z bal­da­chi­mem. Mogłam spać wygod­nie zeszłej nocy, ale nie. Musia­łam zasnąć na naj­mniej wygod­nym ni to fotelu, ni to krze­śle. Dla­czego bab­cia nale­gała, żeby zatrzy­mać ten stary mebel? Nie mam poję­cia. Powi­nien zostać wyrzu­cony pod­czas remontu, ale zamiast tego kazała odno­wić rupie­cia.

- Pew­nych rze­czy po pro­stu nie można wyrzu­cić - powie­działa. - Mój ojciec sia­dy­wał na tych krze­słach przy kominku, przed zega­rem dziadka. To wszystko musi zostać, Piper.

Więc kazała odno­wić krze­sła, odno­wić zegar, a komi­nek pozo­stał taki sam jak daw­niej. Jeśli coś zmie­nię, może mnie to potem prze­śla­do­wać.

Prze­bie­ram się i wra­cam do jadalni, gdzie Ellen zosta­wiła mi talerz. Dosko­nale ugo­to­wana kieł­basa z indyka, pie­czone łódeczki ziem­nia­czane skro­pione oliwą tru­flową i świe­żym roz­ma­ry­nem, zapie­kany roga­lik z masłem czosn­ko­wym.

- Zazwy­czaj nie tęsk­nisz za śnia­da­niem - mówi. - Wszystko w porządku?

Przy­ta­kuję.

- Wczo­raj zasnę­łam przed komin­kiem. Nie mia­łam usta­wio­nego budzika.

- Oooch! - kiwa głową. - Pij dużo wody. Weź dwie aspi­ryny. Zjedz tę kieł­basę.

- Nie mam kaca. Wypi­łam tylko jeden kie­li­szek - mówię, ale ona już podaje mi dodat­kową kieł­basę.

- Zjedz cały tłuszcz - radzi. - To pomaga.

Nawet nie zawra­cam sobie głowy próbą ponow­nego tłu­ma­cze­nia jej. Po pro­stu przyj­muję dodat­kowe mięso na śnia­da­nie jako pre­zent.

Ellen zosta­wia mnie i idzie dalej sprzą­tać po śnia­da­niu, a ja zano­szę talerz do jadalni.

Sta­ram się nie myśleć o tym, jak bar­dzo dom opu­sto­szał po odej­ściu babci, ale jej krzyk docho­dzi mnie zewsząd. Wypo­mina mi stare dzwonki, któ­rych zapo­mnia­łam powie­sić na drze­wie, jemiołę, którą upie­rała się wie­szać co roku, a którą zapo­mnia­łam zamó­wić, rów­nież brak pre­zen­tów pod cho­inką.

Bez babci - jakby z domu wyssało ener­gię - gdzieś się zapo­dział duch tego miej­sca. Niosę śnia­da­nie do jej gabi­netu.

Otwie­ram drzwi, w środku ota­cza mnie cisza. Drew­niane półki wypeł­nione ulu­bio­nymi książ­kami i maho­niowe biurko cze­kają na powrót wła­ści­cielki. Sie­działa tu godzi­nami, czy­ta­jąc książki, a na wiel­kim krze­śle wyglą­dała jak Cali­neczka.

Biurko nale­żało do jej ojca, a wcze­śniej do jego ojca, jak pra­wie wszystko inne pod tym dachem. Sia­dam teraz na krze­śle, na bab­ci­nym miej­scu, pod­cią­gam kolana pod brodę.

Ten dom jest teraz mój i nagle odczu­wam jego cię­żar - bez babci mocno mnie przy­gniata. Cała odpo­wie­dzial­ność, każdy obo­wią­zek, każdy rachu­nek, wszystko na liście rze­czy do zro­bie­nia należy do mnie. Spa­dło to wyłącz­nie na moje barki. Na samą myśl mam suche i ści­śnięte gar­dło.

Otwie­ram szu­fladę w środ­ko­wej czę­ści biurka i szu­kam gumy do żucia. Wiem, że bab­cia trzy­mała tu paczkę. Oczyma wyobraźni widzę, jak nie­cier­pli­wie odwija jeden listek ze sre­berka.

Moje palce poty­kają się o kra­wędź mar­mu­ro­wego blatu, paczkę zszy­wek i starą gumkę, ale ocie­rają się rów­nież o kopertę. Zer­kam w dół i widzę moje imię napi­sane ręką babci.

Palce mi się trzęsą, kiedy wycią­gam i roz­kła­dam zło­żone kartki. Czy­tam pospiesz­nie:

Moja naj­droż­sza Piper,

Wiem, że te ostat­nie lata wyda­wały się trudne. Wal­czy­łaś z chę­cią odej­ścia i sta­nia się sobą, a jed­no­cze­śnie chcia­łaś zostać i pomóc mi w pracy.

Zawsze będę wdzięczna, że ze mną zosta­łaś, ale ni­gdy, przeni­gdy nie chcę sta­nąć ci na dro­dze do życia na two­ich warun­kach. Moja słodka, stra­ci­łaś tak wielu bli­skich ci ludzi. Twoi rodzice, dzia­dek, a teraz ja. Oba­wiam się, że zamkniesz się w sobie i ni­gdy wię­cej nie będziesz chciała się do nikogo zbli­żyć.

Prawda jest taka, że życie to cykl naro­dzin i umie­ra­nia, kocha­nia i utraty. Będziesz mocno kochać i poznasz, co to smu­tek i ból. Będziesz bar­dzo pła­kać i gło­śno się śmiać. Jeśli otwo­rzysz się na szczę­ście!

JEŚLI będziesz gotowa zary­zy­ko­wać życie, dać ludziom poznać sie­bie... sta­niesz się bez­bronna.

Nie mogę powie­dzieć ci, co robić, ale ten dom należy do rodziny od poko­leń. To będzie twój dom na zawsze, bez względu na to, jak daleko zaj­dziesz. Mam nadzieję, że pew­nego dnia zało­żysz tu rodzinę i poczu­jesz miłość, którą ja czu­łam przez całe życie.

Nie jesteś sama, kocha­nie. Wiem, że możesz się tak czuć, ale tylko się rozej­rzyj. Jestem tutaj, twoja mama jest tutaj, twój tata, twój dzia­dek. Wszy­scy jeste­śmy tu na różne spo­soby. Ni­gdy nie będziesz sama.

Daję ci ten kom­pas. Jestem pewna, że go pamię­tasz dzięki wielu histo­riom zasły­sza­nym na prze­strzeni lat. Chcę, żebyś go miała, abyś zawsze mogła odna­leźć drogę do domu.

Kocham Cię całym ser­cem.

Bab­cia

Zamy­kam oczy, a łzy spły­wają mi po policz­kach. Przy­ci­skam list do piersi w nadziei, że zaczerpnę z niego tro­chę bab­ci­nej miło­ści. Widzę pudełko, które leży obok listu, i rze­czy­wi­ście, wewnątrz błysz­czy antyczny mosiężny kom­pas. Pod­no­szę go. Wła­ści­wie nie pamię­tam jego histo­rii. Nie poświę­ci­łam temu wystar­cza­jąco dużo uwagi, kiedy byłam młod­sza. Powin­nam była. Babci już tu nie ma, żeby na nowo opo­wia­dać mi swoje histo­rie.

- Tęsk­nię za tobą - szep­czę.

Zawsze wie­działa, co powie­dzieć, co zro­bić. Jeśli coś było nie tak, wie­działa, jak to napra­wić.

- Hm, Piper?

Głos dobie­ga­jący zza drzwi prze­rywa mój płacz. Pod­no­szę głowę i widzę Ellen, która poru­sza się jakimś nie­pew­nym kro­kiem. Wsu­wam kom­pas do kie­szeni.

- Prze­pra­szam, że prze­ry­wam - mówi. - Nic ci nie jest?

Wcho­dzi i siada na krze­śle przed biur­kiem.

- Chyba po pro­stu za nią tęsk­nię - wyznaję.

- Wszy­scy tęsk­nimy - odpo­wiada. - Zasta­na­wia­łam się, kiedy cię to ude­rzy.

- Chyba wła­śnie dzi­siaj ude­rzyło naj­moc­niej - uśmie­cham się słabo. A ona sięga przez biurko i kle­pie mnie po dłoni.

- Wszy­scy jeste­śmy tu dla cie­bie - mówi mi szcze­rze. Ale wierci się i odwraca wzrok. Przy­glą­dam się jej uważ­niej.

- Co? - pytam. - Coś jest nie tak?

- Po pro­stu zasta­na­wia­li­śmy się, czy mogła­byś nam zapła­cić - mówi i jej policzki zalewa rumie­niec.

- Księ­gowy wam nie zapła­cił? - czuję lek­kie zawroty głowy. - Prze­pra­szam, nie mia­łam poję­cia. Myśla­łam, że płaci wszystko regu­lar­nie jak za życia babci, póki sprawy spad­kowe nie zostaną zała­twione do końca.

- A nie są jesz­cze zała­twione? - docieka Ellen.

- W zasa­dzie... To zna­czy... są. Powie­dzia­łam mu tylko, że nie jestem pewna, czy chcę być głów­nym zarządcą tej firmy, i że potrze­buję czasu, aby się nad tym zasta­no­wić. Myśla­łam, że w tym cza­sie zaj­mie się wszyst­kimi finan­sami po sta­remu.

Ellen wygląda na dotkniętą.

- Zamie­rzasz to wszystko sprze­dać?

- Nie - zapew­niam. - Nie wiem tylko, czy dam radę być tak bez­po­śred­nio zaan­ga­żo­wana jak wcze­śniej i jak bab­cia, która stale była na miej­scu i oso­bi­ście doglą­dała inte­resu. Może zechcę na tro­chę wyje­chać. Ale bez względu na wszystko zadbam o was. Nie mar­tw­cie się.

- Nie mar­twimy się - zapew­nia mnie, ale idę o zakład, że to nie­prawda.

- Wcale się nie mar­tw­cie - powta­rzam jej. - Nawet jeśli zde­cy­duję, że nie będę chciała tu miesz­kać, znajdę kogoś na moje miej­sce. Nic się nie zmieni.

Wygląda, jakby jej ulżyło.

- Zasta­na­wiam się, czego jesz­cze nie zro­bił - gło­śno myślę. - Mam nadzieję, że zapła­cił rachunki.

Ellen przy­ci­ska dłoń do piersi.

- Nie martw się - powta­rzam. - Zaraz to zała­twię i zajmę się wszyst­kim.

Chyba docho­dzi do wnio­sku, że powinna wyjść, zanim dowie się cze­goś prze­ra­ża­ją­cego, i nie­mal wybiega, zosta­wia­jąc mnie ze sto­sami kore­spon­den­cji i rachun­kami do przej­rze­nia.

Zaj­muje mi to dużo wię­cej czasu, niż myśla­łam. Na moim tale­rzu ze śnia­da­nia zdą­żył się zeschnąć tłuszcz, kiedy w końcu sia­dam z powro­tem przy biurku.

Potrzeba było dwu­go­dzin­nej roz­mowy tele­fo­nicz­nej z księ­go­wym, godzin poszu­ki­wań i minia­taku serca, żeby dowie­dzieć się, jak sto­imy z rachun­kami, co zro­bić, żeby opła­cić wszyst­kich pra­cow­ni­ków i żeby­śmy wresz­cie byli ze wszyst­kimi spra­wami finan­so­wymi na bie­żąco.

Biorę głę­boki wdech i wypusz­czam powie­trze długo i powoli.

To nie był wesoły dzień.

Kiedy scho­dzę na dół, Ellen, Shelly i Dan nagra­dzają mnie okla­skami, bo już wie­dzą, że zale­głe wypłaty zostały prze­lane.

- Widzę, że chyba coś drgnęło w port­fe­lach - uśmie­cham się. - Powin­ni­ście mi byli powie­dzieć wcze­śniej, że jest pro­blem z kasą.

- To nic takiego - wzru­sza ramio­nami Ellen.

- Mów za sie­bie - wtrąca Shelly. - Ja tam lecia­łam na opa­rach.

- Zawsze mów­cie mi, kiedy jest coś nie tak z pie­niędzmi - przy­ka­zuję. - Serio. Dopiero pró­buję się jakoś odna­leźć w nowej sytu­acji i nowej roli. Robię, co mogę, ale cią­gle sporo spraw mi umyka.

Wszy­scy zgod­nie mnie zapew­niają, że w razie czego będą mi się przy­po­mi­nać, a potem śmieją się, gdy gło­śno bur­czy mi w brzu­chu.

- Musisz coś zjeść - mówi Ellen i bie­rze mój zimny talerz po śnia­da­niu.

- Co dziś wie­czo­rem ser­wu­jemy Nor­to­nom? - pytam. A w duchu zakli­nam: Pro­szę, niech to będzie stek. Pro­szę, niech to będzie stek.

- Pie­czony gra­nik, szpa­ragi, bułki, pie­czone ziem­niaki. Powinni wró­cić lada chwila, prawda?

Zer­kam na zegar. Jest druga trzy­dzie­ści.

- Hm. Powinni już być - wyglą­dam przez okno od strony zachod­niej. Nie­długo zacznie się ściem­niać. I wtedy sły­szę słowa:

- Piper, dziś wie­czo­rem ma być zamieć - mówi Dan. - Wie­dzia­łaś o tym, prawda?

- Co? - pytam cała zesztyw­niała. - Dziś rano nie mia­łam łącz­no­ści z sie­cią, więc nie mogłam spraw­dzić.

- Widocz­ność będzie zerowa - mówi z powagą.

Serce zaczyna mi moc­niej bić.

- Nie jest dobrze.

Popie­lata twarz Dana to potwier­dza. Wła­śnie dzieje się dokład­nie to, czego naj­bar­dziej się oba­wia­łam. Nara­zi­łam grupę wyciecz­kową na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Nie ma czasu na roz­my­śla­nia.

- Shelly, daj mi radio. Ellen, zadzwoń na poste­ru­nek straż­ni­ków, daj im znać, żeby byli w goto­wo­ści - roz­dzie­lam zada­nia. - Dan, może będziemy musieli wyjść na poszu­ki­wa­nia.

Kiwa głową i już idzie po płaszcz.

Shelly wła­śnie prze­wraca wszystko do góry nogami w poszu­ki­wa­niu radia.

Znaj­duje jedno w spi­żarni Butlera i wysyła wezwa­nie gru­pie Nor­tona.

Kiedy to robi, sły­szę sygnały dźwię­kowe docho­dzące z innego miej­sca w domu i podą­żam za nimi.

Znaj­duję radio­te­le­fony Nor­tona, na­dal pod­łą­czone do łado­wa­rek w pomiesz­cze­niu gospo­dar­czym.

- Shel, myśla­łam, że spraw­dzi­łaś ich rze­czy?

- Powie­dzia­łam, że spraw­dzi­łam dys­kret­nie - przy­po­mina mi. - Nie chcia­łam, żeby widzieli, jak w nich grze­bię.

- To część naszej pracy - mówię jej przez zęby. - Do nas należy upew­nie­nie się, że mają cały swój sprzęt ochronny. A teraz są tam bez radia i bez sygnału sieci komór­ko­wej.

Shelly wpa­truje się we mnie sze­roko otwar­tymi oczami.

- Zazwy­czaj nie robię poran­nej odprawy, więc nie pomy­śla­łam. Prze­pra­szam - mówi i jej policzki zalewa rumie­niec.

- To moja wina - odpo­wia­dam. - Powin­nam być przy­go­to­wana. Cho­lera.

- Piper - woła Dan od progu. Jest już przy­go­to­wany na wyj­ście w chłód. - Powin­ni­śmy iść.

Kiwam głową i zabie­ram kurtkę z haczyka przy tyl­nych drzwiach.

- Shel, zostań tutaj na wypa­dek, gdyby wró­cili albo gdyby przy­szła jakaś wia­do­mość...

Kiwa szybko głową i wrę­cza mi ręka­wiczki.

Wsu­wam je poje­dyn­czo i patrzę na Ellen. - Przy­go­tuj grza­niec na póź­niej - mówię jej. - Będziemy go potrze­bo­wać.

Wycho­dzę na mróz i sia­dam za Danem na sku­te­rze śnież­nym. Cho­wam się za jego ramio­nami, żeby unik­nąć lodo­wa­tego wia­tru wie­ją­cego w twarz.

Pada już dość mocno i Dan pro­wa­dzi nas przez śnieg w kie­runku naj­lep­szych miejsc do polo­wań.

Mijamy kilka z nich, nie widząc żywej duszy.

Mój nie­po­kój wzra­sta o kilka stopni z każ­dym kolej­nym pustym miej­scem.

- Z pew­no­ścią nie zapusz­cza­liby się dalej na górę - mówię do sie­bie pod nosem. Wydaje się, jakby Dan mnie usły­szał, bo obraca sku­ter śnieżny.

Jedziemy, aż docie­ramy do gęstych zaro­śli na skraju lasu.

- Idziemy dalej pie­szo - mówi mi nie­po­trzeb­nie Dan. Pod­szy­cie jest zbyt grube na cokol­wiek innego. - Jest dwa­dzie­ścia stopni - mówi. - Musimy ich zna­leźć.

- Wiem - zga­dzam się. - Masz flary?

Kiwa głową.

- Ja też. Kto pierw­szy ich znaj­dzie, wysyła jedną.

Kiwa głową.

Odwra­cam się i wcią­gam powie­trze.

W pobliżu stoi piękna łania karibu, ma sze­roko otwarte łagodne oczy. Leni­wie ryje kopy­tem w śniegu. Unosi głowę, by spo­koj­nie na nas spoj­rzeć.

Zwie­rzęta zazwy­czaj czują burzę i instynk­tow­nie szu­kają schro­nie­nia.

Ta łania jest obo­jętna.

- Jesteś piękna - mru­czę do niej, wyko­rzy­stu­jąc tę krótką chwilę, by doce­nić jej urodę. Jedną z przy­czyn, dla któ­rych nie lubię polo­wań, jest wła­śnie to czy­ste, nie­za­chwiane zaufa­nie w oczach zwie­rzę­cia, gdy mnie obser­wuje. Jeśli taka sarna, łoś czy jeleń podej­dzie z ufno­ścią do Nor­to­nów... Prze­ły­kam tę myśl jak gorzką pigułkę.

Wiatr się wzmaga, a kom­pas w mojej kie­szeni zaczyna dziw­nie brzę­czeć. Prze­stra­szona łania odbiega, ska­cząc po ubi­tym śniegu. Wycią­gam kom­pas i widzę, jak strzałka się kręci. Musi być zepsuta, bo nie prze­staje wiro­wać.

Świet­nie.

Wkła­dam go z powro­tem do kie­szeni i podą­żam w kie­runku, w któ­rym pobie­gła łania, pod­czas gdy Dan wyru­sza w prze­ciwną stronę.

Opady śniegu szybko zamie­niają się w śnie­życę. Wiatr wyje i nie pamię­tam, kiedy ostat­nio pozwo­li­li­śmy, żeby doszło do takiej sytu­acji z naszymi tury­stami. Znów samo­bi­czuję się myślą, że ni­gdy by się to nie wyda­rzyło, gdyby bab­cia żyła.

Wędruję po śniegu, nie zwa­ża­jąc na zimny posmak na ustach. Przed wyjaz­dem nało­ży­łam na nie waze­linę, ale przez mroźny wiatr są już suche.

- Piper! - krzy­czy Dan. Pró­buję zoba­czyć coś przez wiru­jący śnieg, żeby go zlo­ka­li­zo­wać. - Piper! Musisz to zoba­czyć!

- Dan? - wołam. - Krzyk­nij jesz­cze raz! Pójdę za twoim gło­sem!

Krzy­czy znowu, potem znowu, ale śnieg mnie zdez­o­rien­to­wał. Nie widać drogi na górę.

Sta­wiam kolejny krok, potem następny i nagle spa­dam.

Rozdział trzeci

Roz­dział trzeci

Nie wiem, jak długo mnie nie było, gdy ponow­nie otwie­ram oczy.

Wystar­cza­jąco długo, żeby odmro­zić palce u nóg i rąk.

- Dan! - krzy­czę, roz­py­cha­jąc śnieg wokół sie­bie. Jestem w wydrą­żo­nej zaspie i, szcze­rze mówiąc, to naj­więk­sza szansa na prze­ży­cie dla osoby, która jest sama i zagu­biona. Śnieg izo­luje i spra­wia, że jest cie­plej.

Ale wiem, że Dan jest bli­sko i musi zoba­czyć, gdzie jestem.

Prze­dzie­ram się przez śnieg, pró­bu­jąc wspiąć się na górę. Zimno pali mnie w twarz, ale to nie istotne, z całych sił chcę się wdra­pać wyżej, toteż spy­cham śnieg w dół całymi gar­ściami.

- Halo? - woła ktoś.

- Sły­szysz mnie? - krzy­czę. - Jestem tutaj! - odpy­cham śnieg, mając nadzieję, że prze­biję się na tyle, żeby ten ktoś mógł zoba­czyć cho­ciaż moje palce.

- Halo! - woła ponow­nie. - Nie prze­sta­waj krzy­czeć!

Tak robię, a pięć minut póź­niej ktoś chwyta mnie za rękę.

Zostaję wycią­gnięta przez śnieg na brzeg urwi­ska, oto­czona przez męż­czyzn w ekwi­punku myśliw­skim.

Nor­to­no­wie mnie ura­to­wali? Ale wstyd.

Ale to nie Nor­to­no­wie. Zdaję sobie z tego sprawę, gdy patrzą na mnie z góry i nie roz­po­znaję ani jed­nej twa­rzy. Są bro­daci i krzep­kiej postury... nie przy­po­mi­nają ludzi Nor­tona.

Roz­glą­dam się i zamieć uci­chła. Śnieg już nie wiruje.

- Przy­ja­ciele - mówię do nich - gdzie Dan? Musi być bli­sko. Byli­śmy razem.

Męż­czy­zna z przodu dziw­nie mi się przy­gląda.

- Pro­szę pani, tylko pani tu jest. Nie ma tu nikogo innego.

- Dan był ze mną - mówię im sta­now­czo. - Grupa poszu­ki­waw­cza jest w dro­dze. Gdzieś tu są moi klienci.

Patrzą po sobie.

- Panienko, powin­naś pójść z nami i się roz­grzać - mówi dowódca. - Możesz mieć odmro­że­nia. Jestem Dale.

Podaje mi rękę.

- Zabie­rzemy cię w cie­płe miej­sce.

- Miesz­kam w pobliżu - mówię. - Mogę wezwać pod­wózkę, kiedy tam dotrzemy. Macie sygnał?

- Sygnał? - pyta Dale. - Mamy radio, jeśli potrze­bu­jesz. Oczy­wi­ście tylko na falach krót­kich.

- Dla­czego tylko na krót­kich? - pytam, gdy odwra­camy się, by iść.

- Z powodu wojny - mówi powoli. - Radia dale­kiego zasięgu są zaka­zane. Naprawdę musimy cię roz­grzać, nie myślisz jasno. Musisz nam powie­dzieć, co tu robisz sama. To nie jest bez­pieczne.

- Wiem - upie­ram się. - Miesz­kam tu. W Domu Wiel­kich Nadziei. Zna­cie to miej­sce?

Mil­czą, cała czwórka, tylko uważ­nie na mnie patrzą.

- Trzeba się jej przyj­rzeć - mówi do nich Dale i wszy­scy kiwają głową. Cią­gną mnie, gdy scho­dzimy w dół. Zakła­dam jeden z ich obszer­nych płó­cien­nych płasz­czy i zasta­na­wiam się, skąd się wzięli.

- Skąd się tu wzię­li­ście? - pytam.

- Polo­wa­nie - odpo­wiada mi jeden z nich.

- To jest wła­sność pry­watna - mówię. - To zna­czy dzię­kuję, że wycią­gnę­li­ście mnie ze śniegu. Ale więk­szość tej góry należy do Wiel­kich Nadziei.

- Masz szczę­ście, że cię usły­sze­li­śmy - mówi do mnie Dale bez­tro­sko. - Ina­czej mia­ła­byś teraz poważne kło­poty.

Roz­glą­dam się po oko­licy, lecz nie widzę ani śladu Dana. - Nie wyobra­żam sobie, dokąd mógł pójść Dan - mru­czę pod nosem. - Nie zosta­wiłby mnie tak po pro­stu.

- Pro­szę pani, nie widzie­li­śmy nikogo innego.

- To bez sensu - mówię pod nosem.

- Nie, pro­szę pani, na pewno nie - zaprze­cza jeden z męż­czyzn. Spo­glą­dam na niego. Wszy­scy wydają się zdez­o­rien­to­wani.

- Ni­gdy wcze­śniej nie widzie­li­ście kobiety na śniegu? - żar­tuję. Ale poważ­nie kręcą gło­wami.

- Nie - odpo­wia­dają zgod­nie.

- Powinni pano­wie wię­cej wycho­dzić - radzę.

Idziemy dalej i nie­ba­wem wspi­namy się po pola­nie do Domu Wiel­kich Nadziei. Wszy­scy idą w stronę drzwi, a gdy pod­cho­dzimy bli­żej, uświa­da­miam sobie, że wygląda jak dom, ale jest jakby inny.

Zatrzy­muję się. Belki wydają się nowe, nie ma ganku, a ryś nie czai się za rogiem. No i ten znak.

Od frontu wyła­nia się duży drew­niany szyld poma­lo­wany na jasno­nie­bie­sko: "Wiel­kie Nadzieje. Pokoje do wyna­ję­cia".

Pokoje do wyna­ję­cia?

Pomy­śla­ła­bym, że zna­la­złam się w złym miej­scu, ale to jest mój dom, tylko po pro­stu... inny.

- Nie rozu­miem - szep­czę, wpa­tru­jąc się w rzeź­bione drew­niane drzwi. Są takie jak w Wiel­kich Nadzie­jach, a mamy je od ponad stu lat. Teraz wyglą­dają na zupeł­nie nowe.

- Musia­łaś mocno ude­rzyć się w głowę - mówi Dale, chwy­ta­jąc mnie za łokieć. - Zabie­rzemy cię z zimna i damy coś gorą­cego do picia.

Nie spie­ram się i idę za męż­czy­zną. Pro­wa­dzi mnie do mojego domu, który... nie jest moim domem.

Roz­glą­dam się po holu i nie poznaję go. Nad komin­kiem wiszą czarno-białe foto­gra­fie, meble są... sta­ro­modne, ale nowe, a idąca w naszą stronę kobieta w sukience i far­tu­chu to ktoś, kogo ni­gdy w życiu nie spo­tka­łam, mimo że wydaje się dziw­nie zna­joma.

- Dale, co u licha? - wykrzy­kuje i deli­kat­nie mnie obej­muje, kle­piąc dłońmi po policz­kach. - Sły­szysz mnie, kocha­nie? - pyta z nosem przy mojej twa­rzy.

- Tak - odpo­wia­dam. - Jest OK. Tylko mi zimno.

- Wyobra­żam sobie - mówi. - Marina! - woła przez ramię, po czym odwraca się do mnie. - Moja córka jest chyba pra­wie w twoim wieku. Możemy poży­czyć ci kilka jej suchych ubrań, kiedy już cię roz­grze­jemy.

Marina?

Jak w...

Za kobietą poja­wia się moja bab­cia, tylko że to nie może być moja bab­cia, bo ta dziew­czyna jest w moim wieku i... wygląda tak jak na każ­dym zdję­ciu z mło­do­ści babci, które widzia­łam.

Może i mam odmro­że­nia. Chyba raczej mózgu.

- Cześć - mówi do mnie bab­cia mło­dymi ustami i z dwu­dzie­sto­dwu­let­nią gładką buzią. - Nic ci nie jest? Skąd, u licha, się wzię­łaś?

Pod­biega do matki. Mojej pra­babci? To kobieta ze zdję­cia nad komin­kiem. Zdję­cia z poważną miną.

- Jestem Marina - mówi młoda bab­cia, zdej­mu­jąc mój płaszcz. Przy­gląda mu się dziw­nym wzro­kiem, potrzą­sa­jąc nim. - Jak masz na imię?

- Piper - mówię i robi mi się słabo.

- Co tu robisz? - pyta. - Z kim jesteś?

Zarówno kobiety, jak i grupa męż­czyzn cze­kają na moją odpo­wiedź, a ponie­waż fakty są takie, jakie są, raczej nie­wia­ry­godne, posta­na­wiam się nimi nie dzie­lić.

Krótko mówiąc, kła­mię. Nie ma innego wyj­ścia.

- Nie wiem - mówię im. Kłam­stwo w tej kwe­stii nie jest zbyt trudne, bo jestem cał­ko­wi­cie zdez­o­rien­to­wana. Ude­rzy­łam się w głowę czy jestem w szoku? Czy śnię? - Nie pamię­tam.

Jed­no­cze­śnie pod­no­szą głowy, mają sze­roko otwarte oczy.

- Wspo­mnia­łaś o jakimś męż­czyź­nie - przy­po­mina mi Dale. - Ktoś o imie­niu Dan. Pamię­tasz go?

- Myślę, że tak - odpo­wia­dam. - Kiedy po raz pierw­szy otwo­rzy­łam oczy, przy­po­mnia­łam sobie o nim. Ale teraz wszystko wydaje się zama­zane - muszę kła­mać, bo moja dotych­cza­sowa prawda nie ma już sensu. To, co się tutaj dzieje, nie może być praw­dziwe, ale kiedy szczy­pię się w rękę, aby spraw­dzić, czy śnię, czuję ból. Roz­glą­dam się dookoła oszo­ło­miona, a grupa rów­nie zdez­o­rien­to­wa­nych twa­rzy odwza­jem­nia spoj­rze­nie.

- Myślę, że może potrze­bo­wać leka­rza - mówi Dale. - Powin­ni­śmy wysłać wia­do­mość do mia­sta.

- Robi się już ciemno - mówi kobieta, czyli wspa­niała pra­bab­cia. Przy­po­mi­nam sobie z mojej rze­czy­wi­sto­ści, że ma na imię Sophie. - Jutro spraw­dzimy.

- Nic mi nie jest - oświad­czam. - Może po pro­stu śnię? Prawda?

- Pójdę rano - mówi Dale, odwra­ca­jąc się. Oddala się w stronę kuchni. Wiem, bo to jest mój dom. Ale jed­no­cze­śnie nie mój. A Dale to Eber­dale. Nazwi­sko rodowe. Jest moim pra­dziad­kiem.

- Myślę, że powin­naś się poło­żyć - mówi mi Sophie. Ni­gdy nie sły­sza­łam lep­szej pro­po­zy­cji. Ona i bab­cia eskor­tują mnie na górę. Kiedy skrę­camy za róg, zasta­na­wiam się, w któ­rym pokoju mnie umiesz­czą. Prze­cho­dzą obok mojej sypialni i wybie­rają tę obok. O wiele mniej­szy pokój niż mój.

Ale oni nie wie­dzą, że ja to wiem.

Sia­dam na łóżku, a Sophie pochyla się, żeby roz­wią­zać mi buty.

- Są skom­pli­ko­wane - mówi, roz­wią­zu­jąc je i odpi­na­jąc rzepy. Z zain­te­re­so­wa­niem przy­gląda się rze­powi, jakby ni­gdy wcze­śniej niczego takiego nie widziała.

Auto­ma­tycz­nie się­gam po tele­fon, żeby wygo­oglo­wać, kiedy wyna­le­ziono rzep.

Ale nie mam tele­fonu w kie­szeni. Tylko kom­pas mojego dziadka.

- Który to rok? - pytam uprzej­mie, gdy moja bab­cia Marina kła­dzie mi nogi na łóżku.

Ona i Sophie patrzą na mnie z nie­po­ko­jem.

- Tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­sty czwarty - mówi powoli Marina.

- A więc druga wojna świa­towa wciąż trwa - mówię, sia­da­jąc na podusz­kach. Ten pokój ma teraz różową tapetę. Nie jestem jej fanką. Aha, jestem w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym czwar­tym roku. Tro­chę mi się kręci w gło­wie, tak jak wcze­śniej krę­cił się kom­pas.

- Tak, wojna wciąż trwa - mówi Sophie. - Nie wiemy, kiedy to się skoń­czy.

Ja wiem - 8 maja 1945 roku. Ale oczy­wi­ście tego nie mówię. To zruj­no­wa­łoby sen. A to musi być sen. To się nie może dziać naprawdę.

- Mam bar­dzo żywą wyobraź­nię i bar­dzo tęsk­nię za bab­cią - mówię cicho. - Tak, wła­śnie dla­tego to się dzieje.

- Słu­cham? - pyta Sophie.

Prze­ły­kam ślinę.

- Powie­dzia­łam, że myślę, że na pewno poczuję się lepiej, jeśli tro­chę odpocznę.

- Pew­nie masz rację - zga­dza się Sophie. Naciąga na mnie koc. - Odpocz­nij, a ja przyjdę do cie­bie póź­niej.

- Bar­dzo ci dzię­kuję - mówię, a ona się uśmie­cha.

- Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie. Nie przyj­muję tu raczej kobiet, więc faj­nie będzie poga­dać. Oczy­wi­ście kiedy poczu­jesz się lepiej.

Ona i Marina wymy­kają się z pokoju, a ja leżę zupeł­nie nie­ru­chomo.

Może śnię świa­do­mie, a wła­ści­wie wciąż jestem w zaspie śniegu? Może nie żyję. Czyli że tu jest niebo? Wycią­gam kom­pas i patrzę. Wska­zówki są nie­ru­chome, nie dzia­łają. Bez względu na to, w którą stronę kie­ruję kom­pas, pozo­stają nie­ru­chome. Kładę go na szafce noc­nej i wstaję.

Gdy pod­kra­dam się do drzwi i otwie­ram je tylko odro­binę, by wyj­rzeć na zewnątrz, czuję się, jak­bym brała udział w odcinku Nie z tego świata lub Twi­li­ght Zone.

Już ich nie ma.

Idę cichutko, na pal­cach, kory­ta­rzem, pró­bu­jąc się zorien­to­wać.

Zaglą­dam do mojej praw­dzi­wej sypialni, która teraz należy do kogoś innego. Kogoś.

Przy­glą­dam się ścia­nom i ze zdu­mie­niem widzę tapetę w magno­lie, którą pomo­głam zdjąć ze ścian, kiedy byłam dziec­kiem. Tylko że teraz nie jest wybla­kła.

Są bibe­loty i zdję­cia, któ­rych nie roz­po­znaję.

Skra­dam się z powro­tem kory­ta­rzem i zatrzy­muję przy balu­stra­dzie z wido­kiem na wielki pokój poni­żej. Sły­szę głosy.

- Nie rozu­miem, co robi tu dziew­czyna bez opie­kuna - mówi męż­czy­zna.

- Myśli, że tu mieszka - dodaje Dale. - Zna nazwę domu.

- Pew­nie pocho­dzi z mia­sta - zasta­na­wia się Sophie.

- Ale jak się tu dostała? Powinna wie­dzieć, że nie trzeba się tu zapusz­czać o tej porze roku - Marina nie może wyjść ze zdzi­wie­nia.

- To nie ma zna­cze­nia - mówi inny męż­czy­zna. - Jest tu teraz i już. Wyślij wia­do­mość do miej­skiego leka­rza i daj też znać, że mamy tu dziew­czynę, na wypa­dek, gdyby ktoś jej szu­kał.

- A jeśli nam się nie uda? - pyta Marina. - Dzi­siaj może być źle. Wiesz rów­nie dobrze jak ja, że lada dzień będzie zbyt dużo śniegu, żeby dostać się do mia­sta przed dużą odwilżą.

- Nie martw się na zapas - odpo­wiada Sophie. - Jeśli rano będzie dość jasno, wyślemy kogoś do mia­sta. Albert, mógł­byś iść?

- Oczy­wi­ście - odpo­wiada męż­czy­zna.

Ktoś klasz­cze, a Marina mówi: - Nie mogę w to uwie­rzyć. Wresz­cie! Inna dziew­czyna!

Sły­szę, jak zaczy­nają cho­dzić po domu, więc wra­cam do sypialni, w któ­rej mnie zosta­wili. Po cichu wsu­wam się z powro­tem do łóżka.

Patrzę na ścianę pokrytą tapetą w różę, pró­bu­jąc pojąć, co się dzieje.

- Mamo, ten gulasz z łosia pach­nie pysz­nie - głos Mariny, z tego, co sły­szę, docho­dzi z kory­ta­rza.

- Zawsze sma­kuje gościom - odpo­wiada Sophie. Wącham powie­trze i rze­czy­wi­ście coś wspa­niale pach­nie. Natych­miast zaczyna mi bur­czeć w żołądku. Nic dziś nie jadłam poza kieł­basą od Ellen, ale to było rano. I w tam­tym cza­sie.

Ellen.

Dom.

Czuję ucisk w brzu­chu. Cie­kawe, co robią teraz Dan, Ellen, Shelly. Czy myślą, że nie żyję?

Głosy Sophie i Mariny się odda­lają. Odno­szę wra­że­nie, że wraz z nimi zanika mój obraz rze­czy­wi­sto­ści. Wiem, że cokol­wiek się dzieje, nie jest nor­malne. Jutro zoba­czę, z czym przyj­dzie mi się zmie­rzyć. No i będę musiała kła­mać. To dość kło­po­tliwe, bo kła­ma­nie kiep­sko mi wycho­dzi. Bab­cia zawsze wie­działa, kiedy kręcę, choć ni­gdy mi tego nie wypo­mi­nała.

Kiedy godzinę póź­niej Marina przy­cho­dzi zawo­łać mnie na obiad, przy­nosi ze sobą czy­stą sukienkę. Jest zde­cy­do­wa­nie vin­tage, nie­bie­ska jak jajka rudzika, z guzi­kami. Na smu­kłą syl­wetkę, w kształ­cie litery A. Się­ga­łaby mi do kolan.

- Przy­nio­słam ci coś suchego - mówi. - Czas coś zjeść. Jesteś głodna?

- Umie­ram z głodu - mówię szcze­rze, a ona się roz­pro­mie­nia.

- Więc tra­fi­łaś we wła­ściwe miej­sce. Moja matka zawsze robi za dużo jedze­nia, nawet przy racjo­no­wa­niu.

Racjo­no­wa­nie?

- Nie mogę się docze­kać - odpo­wia­dam. Spo­dzie­wam się, że wyj­dzie, żebym mogła się prze­brać, ale nie. Pociąga mnie za łokieć, poma­ga­jąc mi wstać.

- Cie­kawe - mówi, zer­ka­jąc na moje spodnie nar­ciar­skie. - Skąd je masz?

- Ama­zon - odpo­wia­dam bez zasta­no­wie­nia. Patrzy na mnie i widzę, że nie rozu­mie.

- Skąd?

- Yy, to sklep, z któ­rego pocho­dzą. Idaho.

Boże, mam nadzieję, że nie będzie zada­wać zbyt wielu pytań. Nic nie wiem o Idaho.

- Miesz­kasz w Idaho? Co ty tutaj robisz? - pyta Marina, skła­da­jąc golf, który jej wła­śnie poda­łam. - Czy twój mąż wyje­chał na wojnę?

- Jestem... no, jesz­cze nie­za­mężna - odpo­wia­dam. Nie wydaje mi się. Nie noszę obrączki.

- Ja też - mówi, jakby mi się zwie­rzała. - Mam jed­nak przy­stoj­nego narze­czo­nego. Żeby tylko wró­cił.

Wróci, wiem prze­cież.

- Wróci - zapew­niam ją.

Pomaga mi wło­żyć sukienkę. Nawet dobrze na mnie leży, cho­ciaż jest tro­chę cia­sna w klatce pier­sio­wej.

- Jesteś bar­dziej krą­gła niż ja - mówi moja bab­cia Marina, z zazdro­ścią zer­ka­jąc na moje piersi. - Sama mam piersi wiel­ko­ści gęsich jajek.

Rumie­nię się, bo mówi to moja bab­cia.

- Nie chcia­łam cię zawsty­dzić - mówi. - Jestem tu zamknięta, cza­sami zapo­mi­nam o dobrych manie­rach.

- W porządku - zapew­niam ją.

- Moja matka powie­działa, że możesz zostać tak długo, jak potrze­bu­jesz - zapew­nia Marina, trzy­ma­jąc mnie pod łokieć, kiedy scho­dzimy po scho­dach. - Teraz może być trudno dotrzeć do mia­sta. Zoba­czymy. Jeśli tak, zosta­niesz tutaj do czasu, aż będziemy mogli tam poje­chać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki