1
Mama nie zawsze była taka, chociaż rozumiem, dlaczego bez wehikułu czasu trudno byłoby wam w to uwierzyć. Po prostu wyciągacie wnioski z tego, co macie przed oczami. Tak jak ci ludzie, którzy podczas spaceru po plaży podnoszą wzrok i zauważają Strażnicę. Wysoka, krzywa budowla balansuje na skraju klifu, a ich pierwsza myśl brzmi: "A niech mnie, ten dom lada chwila się przewróci!". Przysięgam, mają właśnie te słowa wypisane na twarzach. Ogarnia ich blady strach, że nasze ściany powleczone kremowym tynkiem kamyczkowym i poplamiony dach kryty łupkiem nagle się zawalą i wylądują na piasku poniżej, niczym dom Dorotki miażdżący Złą Czarownicę ze Wschodu. Tymczasem w rzeczywistości musi upłynąć znacznie więcej czasu, zanim coś w końcu runie, prawda?
- Noah! Odpowiedz mi! Jakie chcesz płatki: Rice Krispies czy Cheerios?
Żeby porozumieć się z Noahem, pytania należy wykrzykiwać - i to co najmniej cztery razy, zanim w końcu wyłoni się z wnętrza swojej głowy niczym jeż obudzony z zimowego snu, mrugający w blasku słońca. "Ktoś czegoś ode mnie chciał?"
"Znowu odpłynął", mawia tata, gdy Noah gapi się przed siebie szklanym wzrokiem, jakby przyklejonym do ekranu telefonu. Tyle że Noah nie potrzebuje telefonu, aby wprowadzić się w ten stan.
- Co takiego? - W końcu podnosi na mnie wzrok.
Oczy ma przekrwione i podpuchnięte. Słyszałam, jak zeszłej nocy znowu zakradł się na dół.
- Krispies czy Cheerios? - Niecierpliwie potrząsam pudełkami.
Nie wiem nawet, dlaczego daję mu wybór.
Noah mamrocze: "Krispies" takim tonem, jakby to było oczywiste, chociaż w zeszłym tygodniu tolerował wyłącznie Cheerios. Wpatruje się we mnie, gdy wsypuję płatki do miski i dodaję chlust mleka.
- Słyszałaś dziś w no...? - pyta ostrożnie.
- Nie! - ucinam, zanim uda mu się dokończyć pytanie, i na dokładkę przewracam oczami.
- Naprawdę nic nie słyszałaś? - Noah odchyla się na krześle z niedowierzaniem i przeczesuje gęste rude włosy obiema dłońmi, tak że stają mu na baczność.
- Aha, właśnie to oznacza słowo "nie" - odpowiadam, ignorując nieprzyjemne wiercenie w brzuchu.
"To, co słyszałam - upominam się chłodno w myślach - to hałasy typowe dla każdego starego nadmorskiego domu: skrzek mew, szum kaloryferów, fale rozbijające się o skały, skrzypiące belki".
- Człowiek słyszy to, co chce usłyszeć - oświadczam dorosłym, melodyjnym tonem, którego ostatnio często używam. - Tak samo, jak dopasowuje horoskop do własnego życia. - Przelotnie myślę o Ashy (chociaż naprawdę staram się tego nie robić), która codziennie sprawdza swój.
- Ja tego nie zmyśliłem. - Noah robi nadąsaną minę, ściąga brwi i wydyma dolną wargę.
Lekceważąco wzruszam ramionami i odwracam się, żeby schować mleko do lodówki. Uznałam, że nie będę go zachęcać do ekspresji. To eleganckie sformułowanie z broszurki, którą znalazłam w szkolnej bibliotece. No dobrze, to była broszurka na temat zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych oraz fobii i tego typu rzeczy, ale rezultat powinien być ten sam. Jeśli Noah nie będzie miał się z kim dzielić swoimi fantazjami, miejmy nadzieję, że przestanie zmyślać.
- O rany, Noah, znowu zrobiłeś w nocy nalot na lodówkę? - jęczę, gdy widzę puste półki. - Dopiero co byłam na zakupach!
- To nie ja! - protestuje Noah, po czym oboje zerkamy na sufit, bo słyszymy znajome skrzypienie.
Dom informuje nas w ten sposób: "Wreszcie się obudziła". Odwracam się z powrotem do zagraconego kuchennego blatu, nastawiam wodę na herbatę i wsadzam chleb do tostera. Ładuję zmywarkę i pakuję lunch dla siebie i brata.
- Jedz! - przypominam Noahowi i w pośpiechu wychodzę z kuchni z kubkiem herbaty z mlekiem i tostem grubo posmarowanym masłem. - Nie chcesz się spóźnić do szkoły! - wołam jeszcze przez ramię, bo jest to coś, co na moim miejscu powiedziałaby mama.
To znaczy ta dawna mama. Ta, którą moglibyście poznać wyłączcie dzięki wehikułowi czasu.
Pokonuję ciemny, wąski przedpokój, wyłożony płytkami, i zwalniam, dopiero gdy docieram do zegara po ileś-tam-prapradziadku. To wszystko zaczęło się po tym, jak tata wstał i wyszedł, a więc cztery miesiące i dwa dni temu. (Mogę wam podać również liczbę godzin, jeśli to was interesuje). Teraz to ja martwię się o nasz dom. Naprawdę się martwię. Tak jak kiedyś tata. Zawsze mawiał, że stare domostwa mają głos, a ja słyszę skrzypienie i jęki Strażnicy, gdy tylko się poruszę. Jakby każdy mój krok na chwiejnych schodach lub nierównych deskach podłogowych na piętrze zadawał jej ból.
Dom nosi nazwę Strażnica, bo nasz przodek, który go zbudował, Tom Walker, zapalał nocami latarnię, aby ostrzegać statki przed skałami. Ale ja lubię myśleć, że nazywa się tak dlatego, bo strzeże nas. Muszę więc zdecydowanie, definitywnie, bezapelacyjnie (i jakie tam jeszcze inne trudne słowa przychodzą wam do głowy) mu się odwdzięczyć i się nim zaopiekować. Wspinam się ostrożnie, jakby jeden fałszywy krok miał sprawić, że dopadną mnie potwory. Wybieram najsolidniejsze fragmenty stopni, przenoszę większość ciężaru ciała na podrapaną drewnianą poręcz. Ręce mnie od tego bolą i przypominam sobie, jak byłam mała, a tata nosił mnie na barana w trakcie spacerów. Starałam się z całych sił, żeby być jak najlżejsza, bo bałam się, że uzna mnie za zbyt dużą, aby mnie dźwigał.
Z łazienki na górze dobiegają zwyczajowe stłumione zwierzęce odgłosy. To tam mama na ogół płacze. Chyba się jej wydaje, że jeśli odkręci kran, żadne z nas nie usłyszy jej szlochu. Zatrzymuję się pod drzwiami i niepewnie wyciągam dłoń, ale w końcu ruszam dalej. Do sypialni mamy, w której wciąż panuje noc, śmierdzi nadmiarem snu i nieświeżym oddechem. Stęchlizną, jak w sklepach z używanymi rzeczami.
Robię miejsce na śniadanie na zagraconym stoliku nocnym, po czym szybko rozsuwam zasłony. "Hurra, światło". Walczę z wypaczoną ramą i szarpnięciem otwieram okno, a zniecierpliwiony podmuch zimnego powietrza wpada do środka, jakby czekał dociśnięty do szyby przez całą noc. Morze zabiera się do roboty: zapach soli i wodorostów wypędza zaduch, a huk szalejących fal zastępuje ciszę.
Obserwuję pustułkę, która zawisła nieruchomo nad krawędzią klifu, i zastanawiam się, jak ona to robi, gdy nagle słyszę za plecami skrzypienie podłogowej deski, a potem pociągnięcie nosem i westchnienie. Mama staje w progu.
- Faith, skarbie, ile razy mam ci powtarzać, że nie musisz mi przynosić śniadania. - Jej głos też brzmi zupełnie inaczej niż wcześniej.
Gdy go słyszę, czuję pustkę w trzewiach. Jest za lekki, za bardzo przypomina szept, jakby wystarczyło jedno kaszlnięcie czy kichnięcie, żeby odleciał na zawsze.
A poza tym - ekhm, owszem, muszę, w przeciwnym razie nic nie będzie jadła.
- Mmm, pychota - mówi, po czym podchodzi i bierze kęs tostu.
W uśmiechu wdzięczności, który mi posyła, kryje się to samo wyczerpanie, co w spojrzeniu i ruchach. Ma na sobie starą niebieską piżamę taty. Ostatnimi czasy rzadko się ubiera, chociaż ciągle powtarza: "Wkrótce wstanę".
"Ta, jasne".
Spędza w łóżku tyle czasu, że z tyłu głowy zrobiło się jej gniazdo, a odcień skóry zaczyna przypominać szarą morską mgłę.
Gramoli się z powrotem pod kołdrę, tymczasem ja wyjaśniam, że po szkole muszę iść na zakupy i potrzebuję pieniędzy. Staram się nie spoglądać na tę stronę łóżka, na której sypiał tata. Unikam też patrzenia na jego stolik nocny, gdzie okulary wciąż leżą na książce zatytułowanej Nadmorscy rabusie z Dorset.
Gdy dodaję, że Noah może sam wrócić do domu, mama wydaje z siebie jęk.
- Przecież mnóstwo uczniów piątej klasy wraca samodzielnie ze szkoły - protestuję ze zniecierpliwieniem.
- Ale oni wszyscy mieszkają bliżej centrum - zauważa, gdy szuka karty kredytowej w torebce. Kiedy biorę od niej ten kawałek plastiku, mama podchwytuje moje spojrzenie. Oczy ma załzawione. - Wydaje mi się, że słyszałam, jak Noah znowu schodził w nocy na dół - mówi nieśmiało.
Ukradkiem przewracam oczami. Sensacyjna informacja. Noah schodzi do piwnicy co noc od mniej więcej dwóch tygodni. Wiem o tym, bo to ja muszę wychodzić na korytarz i wołać: "Wracaj do łóżka!". No dobra, ostatnio już po prostu naciągam kołdrę na głowę i go ignoruję. Nienawidzę się zbliżać do piwnicy, zwłaszcza w nocy i po tym, jak tata powiedział, że tam nie jest bezpiecznie!
"To dlaczego go jakoś nie powstrzymasz?", mam ochotę wygarnąć mamie, bo dopuściłam do głosu podłą mnie. Ale nie robię tego, bo już się boję, co zaraz usłyszę.
- Może jednak powinniście zatrzymać się z Noahem u wujka Arta i cioci Val?
Moje serce zaciska się niczym pięść. Zerkam znowu na idealnie nieruchomą pustułkę i głęboko wdycham zapach soli i wodorostów. Muszę to dobrze rozegrać. Gdy mama poruszyła ten temat w zeszłym tygodniu, skończyło się na tym, że ja na nią nakrzyczałam, a ona zaczęła niekontrolowanie szlochać.
- Mówiłam ci, że nie potrzebujemy ich pomocy. Panujemy z Noahem nad sytuacją. - Przełykam żółć, która zalewa mi gardło. - Zabronię mu wstawać w nocy, okej? Nawet nie próbuj rozmawiać z wujkiem!
Wujek Art nie może się dowiedzieć, że mama spędza całe dnie w łóżku. Nie może się dowiedzieć, że od tygodni nosi tę samą piżamę. A już zdecydowanie nie może się dowiedzieć, że Noah słyszy dziwne głosy dochodzące z piwnicy. Czuję ucisk w piersi. Jeśli wujek odkryje, że przejęłam wszystkie domowe obowiązki: gotowanie, zmywanie, pranie, wykorzysta to jako pretekst. Wiem, że tak będzie. Ogarnia mnie chłód i to wcale nie z powodu otwartego okna. Wujek Art tylko czeka na okazję, żeby nas stąd wykurzyć i oddać Strażnicę do rozbiórki.
Gdy znowu patrzę na mamę, widzę, że mocno przygryza wargę, tak jak ja, gdy chcę powstrzymać płacz.
- Nie mogę... nie mogę... nie mogę... - zaczyna ze wzrokiem wlepionym w narzutę na łóżko.
To kolejne, co ciągle powtarza.
"Czego nie możesz? - niemal wybucha ta podła część mnie, gdy nagły płomień gniewu rozpala mi się w brzuchu. - Nie możesz obliczyć pierwiastka kwadratowego z pi? Nie możesz się doczekać, aż obejrzysz Taniec z gwiazdami? Nie możesz znieść Facebooka?"
- Faith? - błaga mama, jakby słyszała moje myśli.
Spuszczam głowę i mamroczę:
- Obiecaj, że nie zadzwonisz do wujka Arta.
Wsłuchuję się w coraz głośniejszy huk fal, aż w końcu mama szepcze: "Okej, obiecuję", a wijący się wąż, który ostatnio zamieszkał w moim brzuchu, znowu się uspokaja. Zabieram się do roboty, tak jak wcześniej morze. Udowodnię mamie, że damy sobie radę bez wujka Arta i cioci Val, dziękuję bardzo. Podnoszę obrzydliwie przepocony rozpinany sweter z podłogi, zabieram kubek z wczorajszą herbatą ze stolika, układam w stosik jakieś książki w miękkiej oprawie, po czym pędzę w stronę drzwi, delikatnie stawiając kroki na drewnianej podłodze.
- Nie mogę się spóźnić do szkoły! - oznajmiam tym swoim pretensjonalnym tonem pod tytułem: "Jaka to ja jestem odpowiedzialna".
- Przyślij Noaha na górę, żebym mogła dać mu całusa na pożegnanie - woła za mną mama, gdy docieram do schodów.
Nawet gdy podnosi głos, pozostaje on kruchy i słaby, jakby była kilometry stąd albo pogrążała się w ruchomych piaskach. Ilekroć próbuję sobie przypomnieć jego dawne brzmienie - to, jak śmiała się do rozpuku, śpiewała niemądre piosenki i wołała "Kolacja!", a nawet jak kłóciła się z tatą w tych miesiącach, zanim odszedł - nie potrafię.
Jestem już na dole, przy zegarze ileś-tam-prapradziadka, gdy zaczyna mi się kręcić w głowie. Coś kusi węża w moim brzuchu. Dociskam dłoń do solidnego, lśniącego drewna, żeby złapać równowagę. Odziedziczyliśmy ten zegar razem ze Strażnicą po naszych pradziadach sprzed niemal trzystu lat. "A co z prababkami? - mawiała dawna mama. - To, że Strażnica nie była przekazywana kobietom, to kolejny argument, żeby ją opuścić". Tuż przed odejściem taty nieustannie wymieniała powody, dla których powinniśmy się stąd wynieść ("Dom stoi na odludziu!", "Jest tu za zimno!", "Nie da się go odremontować!"). Niemal słyszę w myślach kontrargumenty taty ("To mój dom!", "Dam radę go naprawić!").
Wąż w moim brzuchu wije się w górę i już sięga piersi. Ściągam usta i skupiam się na kremowobiałej tarczy zegara, ozdobionej pastelową ilustracją, którą zawsze kochałam. Widnieje na niej stary dom, wychylający się poza krawędź klifu o zachodzie słońca, podczas gdy na dole przepływa statek. Zegar nie działa. Rodzinna legenda głosi, że nasz przodek Tom Walker zatrzymał go w dniu, w którym zmarła jego córka. Usunął wahadło i wyrzucił kluczyk. Przesuwam palcem po miejscu, w którym w drewnie wyryto inicjały T.W. oraz literę X. "X nie oznacza buziaka, jak na końcu SMS-a - wyjaśnił mi tata wieki temu, gdy o to zapytałam. - To przypomnienie od Toma, aby trzymać drzwiczki zegara zamknięte na zawsze".
Wąż syczy i atakuje. Znowu tata. Odrywam rękę od zegara, jakby mnie oparzył. Nie rozumiem, dlaczego tata po prostu wstał i wyszedł bez pożegnania. Według mamy potrzebował trochę czasu dla siebie, za to Noah jest przekonany, że został porwany przez piratów. Ja nie wierzę w wydumane teorie brata.
Wolę się nie zastanawiać, gdzie jest ojciec.
Wąż się cofa.
Tak jak to było napisane w broszurce na temat zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych: niektórych myśli lepiej nie wyrażać na głos.