Dom na odludziu - Anna Onichimowska

Kup ebooka

32.90 zł
26.32 zł (25,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rodzice od dawna chcieli mieszkać poza miastem. My różnie. Mnie się to wydawało nudne, Józiowi fajne, a Marysia była jeszcze bardzo mała i niewiele rozumiała.

Obydwa psy: Luma i Supeł, przyjęły pomysł z entuzjazmem, a kot Misiek dawał do zrozumienia, że ma to głęboko gdzieś.

Tato pokazywał nam plan przyszłego domu i tłumaczył, co i gdzie będzie. Wciąż jeszcze z mamą coś zmieniali, przesuwali nieistniejące ściany w różne strony, zwiększając jedne powierzchnie kosztem innych, zastanawiali się, jakie najlepiej zrobić schody i czym pokryć dach. Właściwie o niczym innym się ostatnio u nas nie rozmawiało.

Jeździliśmy z rodzicami do różnych marketów budowlanych i to było nawet fajne. Raz pozwolono się nam przejechać wózkiem widłowym, który zdejmował z wysokich półek towary, kiedy indziej bawiliśmy się w chowanego i Marysia schowała się pod skrzynią. Szukał jej cały sklep! Nawet już chcieli dzwonić na policję, kiedy się obudziła i wyszła.

Kilka razy w tygodniu bywaliśmy na działce, gdzie stały już fundamenty i wszędzie walały się sterty desek, cegieł, płyt i tego wszystkiego, z czego miał powstać nasz dom. Wykonawcy obiecywali, że wprowadzimy się na czas, chociaż nic tego nie zapowiadało.

Nasze mieszkanie było już sprzedane, tyle że na razie mog liśmy w nim jeszcze mieszkać.

- A co będzie, jeśli nie zdążą? - martwiła się mama.

- Mamy przecież namioty! - przypomniał Józek.

- Ale wtedy będzie zima. - Popukałem się w czoło.

- Na pewno nie wylądujemy pod mostem - oświadczył tato.

Pewnie na skutek tych rozmów zacząłem miewać sny z mostem w roli głównej. Nie płynęła pod nim rzeka, tylko trwała budowa. Marysia rzucała kamykami w robotników, celując w hełmy. Szło jej bardzo dobrze. A my z Józiem siedzieliśmy po turecku pod parasolami i graliśmy w monopoly.

Po dwóch miesiącach większość robotników zniknęła. Powody były różne, efekt ten sam: budowa stanęła i widmo bezdomności zaczęło przybierać realne kształty.

Tato wykonał dyplomatyczny telefon do kupców naszego mieszkania, próbując brać ich na litość i wybłagać choćby Boże Narodzenie pod dotychczasowym dachem, byli jednak nieugięci.

- A nie można na razie wynająć czegoś innego? - spytałem.

- Szukamy... - mruknęła mama. - Ale to nie jest takie proste.

- Mnie mógłby przygarnąć Leon... - pomyślałem głośno, mówiąc o moim najbliższym koledze.

- A mnie ciocia Hania - dodał Józio.

- Spokojnie. Coś znajdziemy. Wszyscy razem. Na razie musimy się jednak spakować. Meble pojadą do przechowalni - oznajmił tato.

Po szkole upychaliśmy do kartonów swoje książki, gry i zabawki. Kiedy już były pełne, tato zaklejał je taśmą. Jeden z nich trzeba było otworzyć z powrotem, kiedy dobiegło ze środka miauczenie. Misiek wylazł obrażony i nasikał tacie do butów.

Nie jeździliśmy już na działkę. Fundamenty podmywał deszcz, tato szukał nowych wykonawców, a mama czegoś mieszkalnego dla nas.

Nikt nie chciał wynajmować na krótki czas, odstraszały psy i kot, nie mówiąc o trójce dzieci.

- Zupełnie jakbyśmy gryźli tynki - denerwował się Józio.

- Może nie gryźli, ale pamiętasz, jak Marysia zamalowała kredkami całą ścianę? - przypomniałem.

Słysząc, że o niej mówimy, przybiegła natychmiast. Jadła bułkę, krusząc okropnie dookoła.

- Paweł, pobawimy się w dom? - spytała.

Słowo "dom" nie budziło teraz we mnie najlepszych skojarzeń.

- Lepiej w pociąg - zaproponowałem, ustawiając krzesła jedno za drugim.

Niedługo już ich tu nie będzie - pomyślałem. Następnego dnia miała przyjechać ciężarówka po meble.

Nasze mieszkanie pustoszało. Wyglądało to bardzo smutno.

Ktoś poradził, żeby mama zamieściła apel na Facebooku. Napisała, że szukamy, że dzieci i psy, ale wszyscy dobrze wychowani, no i że pewnie najwyżej na rok.

Nie minęły dwa dni, kiedy jakiś całkiem nieznany osobnik, do którego trafiła powielana po wielekroć nasza prośba, nawiązał z nami kontakt. Dzień później jechaliśmy obejrzeć dom, który był skłonny wynająć.

Zadupie - pomyślałem, kiedy za miastem zjechaliśmy z autostrady w boczną drogę. Tu - w barze Pod Osą - mieliśmy się spotkać z właścicielem.

Oprócz niego nikogo w knajpce nie było. Podniósł się na nasz widok i dopiero wówczas mogłem ocenić, jaki jest wysoki. Miał chyba ze dwa metry. Szczupły, siwy, w obszernej kurtce, zjechanych dresowych spodniach i kaloszach - mimo słonecznej pogody.

Przedstawił się jako Fryderyk. Podał z powagą wszystkim rękę, nie wyłączając Marysi, której przyjrzał się z wyjątkową uwagą.

- Zanim pojedziemy na miejsce, chciałem uprzedzić, że dom jest owiany złą sławą. Stąd okazyjna cena. - Zaniósł się nagłym kaszlem. - Jak wkrótce zobaczycie, to piękny obiekt. Nie ma ukrytych wad. Nic nie przecieka, działa wszystko, co działać powinno.

- Ktoś popełnił tam zbrodnię? - spytał Józio z wypiekami na twarzy.

- Naoglądałeś się kryminałów. To niebezpieczne w twoim wieku. - Fryderyk popatrzył z przyganą na rodziców. - Wszyscy dotychczasowi mieszkańcy skarżyli się na kłopotliwe odgłosy. Jakby był tam ktoś jeszcze. Rozumiecie, co mam na myśli?

- Duchy!!! - wrzasnęliśmy razem z Józiem.

- Podać coś państwu? - Zniecierpliwiła się właścicielka lokalu.

- Może w drodze powrotnej. - Tato pokazał nam wyjście i spojrzał na Fryderyka. - Zobaczmy najpierw to, o czym rozmawiamy.

- A pan? Pan tam kiedyś mieszkał? - spytała jeszcze mama.

- Wiele lat.

- I...? - Spojrzała na niego z ciekawością.

- Bardzo lubiłem - uciął.

Wyszliśmy przed bar.

- To dlaczego chce go pan wynająć, zamiast sam...? - odważyłem się spytać.

- Za duży dla jednej osoby - mruknął.

Tato przyglądał się z ciekawością obdrapanej terenówce naszego nowego znajomego.

Wsiadając, Fryderyk rzucił:

- Jedźcie za mną...

Boczna utwardzana droga przeszła w kocie łby, z których skręciliśmy w leśny trakt pełen górek i dołków, zakrętów i korzeni.

- To jest za daleko... - jęknęła mama dokładnie w chwili, kiedy terenówka zatrzymała się przed żelazną bramą, zawiązaną łańcuchem.

Wyskoczyliśmy z samochodu, przywierając nosami do ogrodzenia. Na sporej polanie rosły pojedyncze dęby i sosny, a w głębi wznosił się duży drewniany dom i oddalona od niego komórka.

Po chwili jego drzwi stanęły przed nami otworem. Poczułem zapach wilgotnego drewna, kominka i jakby smoły.

Fryderyk zdjął na progu kalosze i tak na nas popatrzył, że po chwili wszyscy zostaliśmy w skarpetkach. Łącznie z Marysią.

Na dole mieściły się wielka kuchnia z długim stołem, salon z kominkiem, biblioteka z biurkiem do pracy, pralnia i WC. Na górze - trzy sypialnie, garderoba i łazienka.

Meble pokrywała cienka warstwa kurzu. Poza tym panował porządek, było czysto i zauważyłem od razu, że mamie bardzo się tu podoba. Tato sprawdzał, czy wszystko działa, zszedł nawet do piwnicy oglądać pompę i inne urządzenia.

- Słyszysz jakieś odgłosy? - zagadnął mnie Józio, ale potrząsnąłem głową.

- A ja słyszę - wtrąciła się Marysia. - Coś skrobie u mnie w szafie.

- U ciebie?! - zdziwiliśmy się obaj.

Okazało się, że wybrała już sobie pokój!

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej