Dom na niebie - Sara Corbett, Amanda Lindhout

-
Proszę czekać

 

5Postrzyżyny na brzegu jeziora

W drodze powrotnej z góry Roraima Jamie potknął się i złamał nogę w stopie. W rezultacie musieliśmy zrezygnować z dalszej części naszej wielkiej wyprawy po Ameryce Południowej. Moja samotna podróż bez niego nie wchodziła w grę. Stanowiliśmy dwójkę dzieciaków z prowincji, zdanych na siebie, i każde z nas bało się samotności. Wróciliśmy więc do Kanady bardzo zmęczeni. Chociaż spędziliśmy ze sobą jeszcze rok i zdołaliśmy wybrać się na kolejną wyprawę z plecakami, tym razem do Azji Południowo-Wschodniej, koniec naszego związku wydawał się w jakiś sposób przesądzony. Byliśmy niespokojni, zdając sobie sprawę z tego, że za wcześnie zaczęliśmy traktować życie zbyt poważnie. Nasze zrywanie było długie i bolesne. Kiedy wreszcie wiosną 2003 roku Jamie pewnego wieczoru wybiegł wzburzony z mieszkania, mówiąc, że odchodzi na dobre, poczułam głównie ulgę.

Starałam się jakoś wypełnić swoje życie. Znalazłam nową pracę w restauracji Ceili's, ekskluzywnym lokalu dla biznesmenów urządzonym w sposób przypominający irlandzki pub, z drewnianymi podłogami z desek i sączącą się z głośników muzyką irlandzką albo szantami. Zarabiałam tam jeszcze lepiej niż w Drinku. Kiedy tylko mogłam, pracowałam na podwójną zmianę, z myślą o zebraniu pieniędzy na kolejne podróże.

Po raz pierwszy w życiu mieszkałam zupełnie sama, wynajmując niewielkie, skromnie urządzone mieszkanie w centrum Calgary. W wolnych chwilach często zaglądałam do Wee Book Inn, kupowałam książki podróżnicze, stare numery czasopism i snułam plany. Wyposażyłam się w przewodnik Lonely Planet po Ameryce Środkowej - tym razem zupełnie nowy, z aktualnymi informacjami - i zaczęłam przynosić go do restauracji, żeby podczytywać w czasie przerw.

W pracy zaprzyjaźniłam się z dziewczyną pochodzącą z wyspy Vancouver, Kelly Barker, niewysoką, z zadartym nosem oraz intensywnie zielonymi oczami, które sprawiały, że ludzie oglądali się za nią na ulicy. Miała energiczny, wibrujący śmiech, długie czarne włosy opadające poniżej ramion jak u Breck Girl i wydawało się, że nigdy się nie męczy. Zbierała najwyższe napiwki z nas wszystkich. W pewien letni piątek wybrałam się z Kelly na późny lunch do restauracji Earls. W naszym lokalu panował spokój, podobnie było w Earls. Zamówiłyśmy dip z kaparów, a do tego nieco rozwodnioną imitację koktajlu Long Island Iced Tea w wysokich szklankach. Wyciągnęłam z torby przewodnik Lonely Planet, żeby jej pokazać fotografie z Kostaryki, bo właśnie tam chciałam teraz się wybrać. Kelly podróżowała wcześniej z rodziną po Europie, a w czasie studiów pojechała w ramach wymiany do Meksyku, ale nigdy nie wędrowała z plecakiem.

- Myślę, że mogłabym z tobą pojechać - powiedziała.

- Oczywiście, że tak! - zawołałam.

Obliczyłyśmy, ile pieniędzy z napiwków powinnyśmy zebrać na sfinansowanie podróży oraz jak długo musimy pracować, żeby to osiągnąć. Na początku planowałyśmy trzytygodniową wyprawę, ale po następnych trzech koktajlach uznałyśmy, że to nie może być mniej niż sześć tygodni. Zaczęłam czytać na głos opisy Gwatemali z przewodnika. Kelly zdjęła buty i słuchała, grzebiąc słomką w szklance. "Nad wodospadem znajdują się zwodzone mosty - czytałam, przerzucając strony. - Ogród motyli, plantacja kawy... ".

- Och, wygląda na to, że jest tam ośrodek rozwijania duchowości, w którym można nauczyć się medytacji i innych takich rzeczy.

- Tak - przytaknęła ochoczo Kelly. - Absolutnie tak, no i mam nadzieję, że w Gwatemali będą jacyś chłopcy.

Kiedy kelnerka przyniosła nam rachunek, zdążyłyśmy już ustalić datę wyjazdu i postanowiłyśmy, że najpierw polecimy do Kostaryki, następnie powędrujemy z plecakami przez Gwatemalę i Nikaraguę, a potem udamy się samolotem na St. Thomas, gdzie z pewnością, mówiła Kelly, znajdziemy pracę w jakimś ośrodku turystycznym jako kelnerki i będziemy roznosić drinki bezpośrednio na plaży. A stamtąd, kto wie?

W doskonałych nastrojach i kompletnie pijane, wpadłyśmy do Adventure Travel Company tuż przed godziną zamknięcia biura, zdecydowane zrealizować nasz plan, zanim przyjdzie nam do głowy, że to nie najlepszy pomysł. Starając się zrobić możliwie poważną minę, oparłam się łokciami na blacie i oświadczyłam:

- Chciałybyśmy dwa bilety do Kostaryki za sześć tygodni od dziś.

Kelly stała obok, uśmiechając się od ucha do ucha. Pracownica biura podróży była tylko kilka lat starsza od nas, ale formalny strój i skromna fryzura przydawały jej powagi. Spoglądała to na mnie, to na Kelly, jakby starając się zorientować, czy to nie jakiś głupi żart.

- Proszę - powiedziałam. - Mówię serio, naprawdę, na sto procent.

Kelly miała rację, w Gwatemali byli chłopcy. W piątym tygodniu naszej wyprawy, po pokonaniu Panamy, Kostaryki, Nikaragui i Hondurasu, przez kilka godzin jechałyśmy lokalnym autobusem do Gwatemala City; jednym z tych starych amerykańskich autobusów szkolnych, które z terkotem przemierzały Amerykę Środkową, przemalowanych na karnawałowe barwy, z chyboczącymi bagażami i rozmaitymi produktami miejscowego rolnictwa na dachu. Wysiadłyśmy w chłodnym mieście krainy Majów, zwanym Todos Santos, i w dusznej, niewielkiej restauracji, o niskim suficie i ścianach pomalowanych na żółto, natknęłyśmy się na Dana Hanmera i Richie Butterwicka.

Nie żartuję, tak się nazywali, niczym dwie postacie z moich dawnych komiksów z Archiem i Weroniką, jak dwaj chłopcy w szkolnych swetrach w serek. Z tą różnicą że obaj byli Brytyjczykami. Dan Hanmer miał piaskowo jasne włosy, błękitne oczy i studiował na uniwersytecie w Exeter. Richie Butterwick studiował prawo. Obaj emanowali szorstką pewnością siebie wytrawnych podróżników, z pominięciem niechlujstwa cechującego zwykle turystów podróżujących z plecakami, które sprawiało, że, jak uznałyśmy z Kelly, większość tych nieogolonych, nieuczesanych, obwieszonych paciorkami i bransoletkami facetów wyglądała jak trolle. Dan i Richie mówili z angielskim, arystokratycznym akcentem, lubili się śmiać i zasypywali nas pytaniami, gdy ze stosownym wdziękiem i poczuciem humoru rozwijałyśmy przed nimi opowieści o naszych przygodach - o tym, jak uzyskałyśmy licencje płetwonurków w Hondurasie, jak pogryzły nas moskity na plaży w Panamie i jak na szczycie wulkanu w Nikaragui złapała nas gwałtowna burza.

Przez następne kilka dni jeździliśmy wszędzie razem, łapiąc okazje, w furgonetkach miejscowych farmerów z plemienia Majów, obserwując wyścigi konne podczas corocznego dnia Wszystkich Świętych albo wędrując do jakichś gorących źródeł na zboczu góry, wśród różowo kwitnących krzewów hibiskusa. Richie Butterwick i Dan Hanmer mieli świetne poczucie humoru i uprzejmie podawali nam ręce przy wsiadaniu na skrzynie ładunkowe ciężarówek.

Wieczorami, leżąc w łóżkach po powrocie do naszego pensjonatu, zaśmiewałyśmy się z Kelly, przewidując dalszy bieg wypadków. Powtarzałyśmy sobie imiona chłopców wymawiane z brytyjskim akcentem, dodając "Dobra więc!" i Cheerio! Nie ulegało wątpliwości, że to byli fajni faceci i mieli ciekawe rzeczy do powiedzenia. A poza tym działo się coś ekscytującego. Nasza czwórka złapała następny autobus z kurczakami i wysiedliśmy nad jeziorem Atitlán, po czym wylądowaliśmy na zarośniętym patio niewielkiej wegetariańskiej kafejki i zamówiliśmy zupę z czarnej fasoli oraz mnóstwo słonej guacamole, i kiedy ja razem z Richiem, jak starzy kumple, wypijaliśmy kolejne piwa, Kelly i Dan Hanmer zaczęli znacząco patrzeć sobie w oczy.

- Zakochujesz się w Danym Hanmerze? - spytałam ją pewnego wieczoru, gdy leżałyśmy w hamakach przed naszym pokojem. Obie z Kelly prowadziłyśmy się bardzo przykładnie podczas tych podróży, flirtując ze spotkanymi turystami, ale zawsze zatrzymując się w odpowiednim momencie. Drażniłam się z nią, a poza tym jego imię brzmiało tak zabawnie. Przez wiele lat rozmawiałyśmy potem o Danym Hanmerze i zawsze mówiłyśmy o nim właśnie tak: "Dan Hanmer" - nigdy Dan czy ten chłopak, którego poznałyśmy w Gwatemali.

- Za cholerę nie zakochuję się w Danym Hanmerze - powiedziała Kelly zupełnie nieprzekonującym tonem. - Koniec pytań.

Jezioro Atitlán, hipnotyzująco połyskliwa, ciemnoniebieska wodna przestrzeń wciśnięta między trzy zielone szczyty wulkanów, o brzegach porośniętych trzciną, nad którymi unosiła się wędrująca mgła, przyciągało licznych nowożeńców spędzających tu swój miesiąc miodowy oraz hipisów, którzy obozowali w ślicznych małych pensjonatach usytuowanych wokół jeziora. Wioska, w której się zatrzymaliśmy, stanowiła enklawę New Age wyposażoną w ośrodek studiów nad medytacją, oferujący kursy masażu wodnego i metafizyki. Na ścianach wisiały plakaty reklamujące ćwiczenia jogi ashtanga o świcie oraz tani indiański masaż głowy. W sklepach z używanymi książkami leżały zaczytane egzemplarze Kamasutry i powieści Kerouaca.

Wszyscy, których tam spotkaliśmy, mówili tak samo. Zamierzali zatrzymać się nad jeziorem może trzy dni, najwyżej dziesięć, ale właśnie zaczynali trzeci tydzień. Było to niczym odznaka jakieś sprawności: im dłużej tkwiło się na brzegu jeziora Atitlán, tym więcej codziennych spraw - powrotne bilety lotnicze, mieszkanie wynajęte w rodzinnym mieście, związki z przyjaciółmi - powoli znikało z pola widzenia. Dzięki czemu, jak powtarzali tutejsi specjaliści od medytacji, zaczynało się żyć chwilą obecną, bez myśli o przeszłości i o przyszłości. Po prostu spokój chwili tu i teraz. A to stanowiło najlepszą wymówkę, żeby robić, na co ma się w tym momencie ochotę.

Wszędzie, gdziekolwiek teraz poszliśmy, Dan Hanmer trzymał Kelly za rękę.

W tym czasie Richie Butterwick i ja wypijaliśmy kolejne butelki piwa i dwa razy próbowaliśmy się obściskiwać, ale wiedzieliśmy, że to nic nie znaczy i po prostu zabijamy czas. Za kilka dni Richie miał wrócić do Anglii, gdzie czekało na niego jego życie prawnika. Kiedy pożegnaliśmy go na stacji autobusowej w San Pedro, zostawiłam Kelly i Dana Hanmera samym sobie, żeby mogli zanurzyć się we własnym czasie bez przeszłości i przyszłości, a sama wybrałam się do innej wioski nad jeziorem, aby spotkać się z pewną Amerykanką, którą poznałam wcześniej. Czterdzieści osiem godzin później Dan Hanmer także miał wrócić do domu.

Jednym z najwspanialszych przekonań na temat świata jest wiara, że niezależnie od okoliczności zawsze jest ktoś, za kim warto tęsknić. Kiedy dwa dni później wróciłam taksówką wodną do San Pedro, żeby podjąć z Kelly dalszą wędrówkę, zastałam ją we łzach na kamiennych schodkach, które prowadziły od nabrzeża do miasta. Rzeczywiście, przynajmniej na moment, zakochała się w Danie Hanmerze. A teraz go nie było, wyjechał.

- Och, daj spokój - powiedziałam, obejmując ją i starając się namówić na nasze ówczesne uniwersalne panaceum. - Chodź, wypijemy kilka piw.

Całą dwudziestominutową podróż łodzią z powrotem do naszej wioski siedziała osowiała i potem co jakiś czas znowu zaczynała płakać, kiedy razem z moją amerykańską przyjaciółką, piegowatą wielbicielką jogi o imieniu Sarah, jadłyśmy późny lunch na patio w restauracji naszego hotelu nad brzegiem jeziora. Ilekroć w oczach Kelly pojawiały się łzy, otwierałyśmy dla niej z Sarah kolejną brązową butelkę piwa Gallo. Starałyśmy się nie wspominać Dana Hanmera, ale i tak w końcu rozmawiałyśmy o nim.

- Miał Boba Marleya na swoim discmanie - powiedziała Kelly tęsknie, jak gdyby to była najbardziej romantyczna rzecz, jaka kiedykolwiek przytrafiła jej się w życiu. Kelly płakała, a potem chichotała. Albo chichotała, a potem znowu płakała. W końcu wszystkie trzy zaczynałyśmy wzdychać. Dan Hanmer - ze względu na to, kim był i co zaczął symbolizować dla nas trzech - stał się naszą legendą.

Późnym popołudniem zeszłyśmy na chwiejny, drewniany pomost, który należał do naszego pensjonatu, i siadłyśmy na nim, przysłuchując się pluskowi fal uderzających o brzeg i stłumionym odgłosom rybackich łodzi wracających do domu. Śliczna twarz Kelly była spuchnięta od łez, ale wyglądało na to, że w końcu jakoś się z tym uporała. Razem z Sarah leżałyśmy na wznak na pomoście i właśnie zastanawiałyśmy się na głos, czy zostać dłużej w miasteczku i zapisać się na trzydniowy kurs "śnienia na jawie", organizowany w centrum medytacyjnym, gdy w naszą rozmowę nagle wdarł się głos Kelly:

- Chcę, żebyś ścięła mi włosy.

W jednej chwili odwróciłyśmy się z Sarah w jej stronę.

- Co?

Kelly przeciągnęła dłonią po długich włosach, unosząc je ku górze, a potem z rezygnacją pozwoliła im opaść - jak gdyby stanowiły jakieś męczące źródło udręki, a nie obiekt podziwu i zazdrości wszystkich kobiet, jakie kiedykolwiek spotkała, połyskliwą ozdobę jej urody.

- Chcę się ich pozbyć - powiedziała. - Wszystkich.

- Nie ma mowy - zaprotestowałam. - To niedorzeczne.

Ale ona na myśl o tym, co zamierza zrobić, tylko się uśmiechnęła. Rozpoznałam ten moment natchnienia, budzącego się w Kelly nowego płomienia. Przez chwilę poważnie patrzyłyśmy sobie w oczy, po czym wzruszyłam ramionami i powiedziałam:

- Tylko żebyś potem nie miała mi za złe, kiedy pożałujesz.

Ten obraz mocno zapisał się w mojej pamięci, wspomnienie, którego chwytałam się gorączkowo pięć lat później, gdy znalazłam się w niewoli w Somalii, kompletnie sama w pokoju pełnym szczurów, kiedy cierpiałam i niemal umierałam z głodu, a całe moje wcześniejsze życie wydawało mi się nierealne. Ten ciepły, wczesny wieczór nad połyskliwie atłasową powierzchnią jeziora w Gwatemali jawił się wtedy niczym sen. Wracałam do tego wspomnienia, starając się wyłowić drobne detale: Kelly i Sarah machające nogami na pomoście, ich twarze rozjaśnione pomarańczowym światłem zachodzącego słońca. Moje bose stopy na posadzce w holu pensjonatu, kiedy pobiegłam pożyczyć drewniane krzesło i parę tępawych, biurowych nożyczek z szuflady w recepcji i kiedy po raz ostatni spytałam Kelly, czy naprawdę chce ściąć włosy. Myśl - wtedy, w Somalii, taka odświeżająca, a zarazem trudna do wyobrażenia, zważywszy na to, że jeden z porywaczy uderzył mnie tak mocno, że złamał mi kilka zębów - o tym, że ścięcie włosów może kiedykolwiek mieć w czyimś życiu aż takie wielkie znaczenie. Ale wówczas, nad jeziorem, myślałyśmy o niezatartej jeszcze obecności Dana Hanmera i na wpół rozkwitłym, idealnym romansie, który na wieki miał pozostać niespełniony, kiedy pierwsze pasma gęstych, ciemnych włosów Kelly zaczęły opadać na deski pomostu. Starałam się przypomnieć sobie zarys gór niczym zielona draperia okalających migotliwą powierzchnię jeziora. Śmiałyśmy się już radośnie, jak sądzę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej podczas tych trzech miesięcy naszej podróży, w chwili gdy Kelly usiadła na krześle, a ja starałam się mocno trzymać w dłoni nożyczki, obcinając jedno grube pasmo włosów po drugim, i kiedy Sarah - której nie spotkałyśmy już nigdy więcej - zalewała się łzami radości, trzymając się za brzuch, i kiedy Kelly, która nie miała już złamanego serca i nadal wyglądała pięknie w krótko, choć nierówno, ostrzyżonych włosach, schyliła się i zmiotła ręką ich resztki do wielkiego jeziora.

 

 Prolog

Nadawaliśmy imiona kolejnym domom, w których nas przetrzymywano. W jednych spędziliśmy kilka dni albo kilka godzin; w innych kilka miesięcy. Pierwszy nazwaliśmy Domem Robienia Bomb, drugi Domem Elektrycznym. Po nim znaleźliśmy się w Domu Ucieczki, przysadzistym, betonowym budynku, w którym czasami słyszeliśmy rozlegające się na zewnątrz odgłosy strzałów, a czasem niski, melodyjny głos matki śpiewającej kołysanki swojemu dziecku. Po naszej ucieczce z Domu Ucieczki pospiesznie przerzucono nas do Domu Kiczowatego, do czyjejś sypialni z kwiecistą narzutą i drewnianą toaletką, na której w równych rzędach stały pojemniki z żelem i lakierem do włosów, i jeśli sądzić po dobiegających z kuchni gniewnych protestach jakiejś kobiety mówiącej podniesionym tonem, umieszczono w miejscu, w którym najwyraźniej w ogóle nie powinniśmy się byli znaleźć.

Jeśli musieli przenieść nas do kolejnego domu, zwykle rozgrywało się to w środku nocy, w nerwowej atmosferze, pełniej napiętego milczenia. Kiedy upchnięci na tylnym siedzeniu suzuki kombi pędziliśmy bitymi drogami, mijając samotne drzewa akacji i pogrążone w mroku wioski, by nagle skręcić w piaszczyste ścieżki wiodące przez pustynię, nigdy nie mieliśmy pojęcia, gdzie się znajdujemy. Przejeżdżaliśmy obok meczetów i opustoszałych targowisk oświetlonych latarniami, mężczyzn prowadzących wielbłądy i skupionych dokoła płonących ognisk na poboczu drogi grup wojowniczo wyglądających młodych chłopców, czasem uzbrojonych w karabiny maszynowe. Gdyby ktokolwiek próbował nas dostrzec, nie zdołałby nic zobaczyć. Nasze twarze, podobnie jak twarze mężczyzn, którzy trzymali nas w niewoli, były starannie zamaskowane chustami, które musieliśmy owijać sobie wokół głowy - nie sposób było rozpoznać, kim wszyscy jesteśmy ani w jakiej roli występujemy.

Zwykle umieszczali nas w opuszczonym domu, w jakiejś wiosce położonej na uboczu, w miejscu, w którym wszyscy - Nigel, ja i ośmiu młodych mężczyzn oraz dowodzący nimi kapitan w średnim wieku - pozostawaliśmy praktycznie niewidoczni. Każdy z tych domów miał solidną bramę i wysoki betonowy mur albo ogrodzenie z zardzewiałej siatki. Kiedy przyjeżdżaliśmy do nowego domu, kapitan wyciągał klucze i otwierał furtkę. Chłopcy, jak ich nazywaliśmy, wbiegali do środka z bronią w ręku i znajdowali jakiś pokój, w którym nas zamykano. Po czym wybierali sobie kwatery, w których spali, modlili się, jedli, sikali. Czasami wychodzili na zewnątrz, żeby mocować się na podwórku.

Jeden z nich, Hassam, często chodził robić zakupy na targowisku, drugi, Dżamal, obficie spryskiwał się wodą kolońską i marzył o dziewczynie, z którą zamierzał się ożenić, jeszcze inny, Abdullah, po prostu chciał wysadzić się w powietrze. Oprócz nich do grupy należeli także: Jusuf, Jahja i młody Muhammad oraz Adam, który dzwonił do mojej matki, do Kanady, starając się ją przerazić swoimi groźbami; stary Muhammad zajmujący się finansami, przezwaliśmy go Donald Trump, oraz mężczyzna nazwany przez nas Hamulcowym, który pewnej nocy wywiózł mnie na pustynię i beznamiętnie przyglądał się, jak inny mężczyzna przykłada mi nóż do gardła, i wreszcie Romeo, który później został przyjęty na studia w Nowym Jorku, ale wcześniej usiłował zrobić ze mnie swoją żonę.

Pięć razy dziennie wszyscy klękaliśmy na podłodze do modlitwy, hołubiąc w myślach jakiś skrywany ideał, jakąś wizję nieosiągalnego, jak się wydawało, raju. Czasami zastanawiałam się, czy byłoby mi łatwiej, gdyby wcześniej nie łączyło nas z Nigelem uczucie, gdybyśmy byli jedynie dwójką nieznajomych, którzy spotkali się w pracy. Wiedziałam, jak wygląda dom, w którym mieszkał, łóżko, w którym sypiał, znałam twarz jego siostry, jego przyjaciół w rodzinnym mieście, potrafiłam sobie wyobrazić, za kim tęskni, a to sprawiało, że odczuwałam wszystko podwójnie.

Kiedy echa wybuchów i odgłosy strzelaniny między walczącymi ze sobą oddziałami milicji zaczynały rozlegać się zbyt głośno i zbyt blisko, chłopcy ładowali nas z powrotem do suzuki kombi, wykonywali kilka telefonów i znajdowali dla nas kolejny dom.

Czasem natykaliśmy się w tych domach na ślady życia rodzin niegdyś je zamieszkujących - dziecięcą zabawkę porzuconą w rogu pokoju, stary garnek, zwinięty w rulon, zatęchły dywan. Jednym z nich był Dom Ciemności, gdzie działy się najstraszniejsze rzeczy; drugim Dom w Buszu położony, jak nam się wydawało, gdzieś na głuchej wsi, jeszcze innym Dom Pozytywny, niemal jak rezydencja, w którym na krótko mogliśmy odnieść wrażenie, że wszystko zmierza ku lepszemu.

W pewnym momencie przeniesiono nas do mieszkania na drugim piętrze jakiegoś domu położonego w sercu miasta, gdzieś na południu kraju. Słyszeliśmy odgłosy klaksonów i nawoływania muezzinów zwołujących ludzi na modlitwę, czuliśmy zapach koziego mięsa pieczonego przez ulicznego sprzedawcę. Słyszeliśmy rozmowy kobiet wchodzących i wychodzących ze sklepu na parterze. Nigel, wychudzony, z gęstą brodą, mógł, wyglądając przez okno swojego pokoju, dostrzec w oddali skrawek Oceanu Indyjskiego, połyskliwą wstążkę akwamaryny. Bliskość wody, podobnie jak bliskość samochodów i ludzi robiących zakupy, budziła w nas poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie jawiła się jak szyderstwo. Gdybyśmy w jakiś sposób zdołali uciec, nie było wiadomo, czy udałoby się nam znaleźć jakąkolwiek pomoc, czy po prostu jeszcze raz zostalibyśmy porwani przez kogoś, kto postrzegałby nas dokładnie tak samo jak obecni porywacze - nie tylko jako wrogów, ale w dodatku jako wrogów, za których można dostać sporo pieniędzy.

Stanowiliśmy element dramatycznej, międzynarodowej transakcji handlowej. Stanowiliśmy element świętej wojny. Stanowiliśmy element szerszego problemu. Obiecywałam sobie, co zrobię, kiedy uda mi się stamtąd wyrwać. Zabiorę mamę na wycieczkę. Zrobię coś dobrego dla innych. Przeproszę kogo powinnam. Znajdę miłość.

Byliśmy tak blisko, a jednocześnie poza zasięgiem, starannie odgrodzeni od świata. To właśnie tam, w tym mieszkaniu, zaczęłam w końcu nabierać przekonania, że nigdy nie będę miała okazji opowiedzieć tej historii, że na zawsze pozostanę pustym miejscem, przelotnym zawirowaniem na powierzchni rzeki, która po chwili spokojnie płynie dalej. Zaczęłam zyskiwać pewność, że ukryci w tym nierozpoznawalnym, nieszczęsnym miejscu, gdzieś w głębi Somalii, pozostaniemy w nim na zawsze i nikt nigdy nas nie znajdzie.

 

 Podziękowania

Tak wiele osób pomagało nam podczas pracy nad tą książką. To, że możemy im teraz wszystkim podziękować, stanowi najprzyjemniejszą część całego przedsięwzięcia.

Czujemy ogromną wdzięczność, że mogłyśmy współpracować z niezwykle błyskotliwym i pełnym zrozumienia zespołem w wydawnictwie Scribner and Simon & Schuster. Nasze podziękowania zechcą przyjąć: Daniel Burgess, Kara Watson, Brian Belfiglio, Lauren Lavelle, Leah Sikora, Greg Mortimer, Mia Crowley-Hald, Beth Thomas, Colin Harrison, Paul Whitlach, Tal Goretsky, Kevin Hanson, David Millar, Rita Silva, Elisa Rivlin, Elisa Shokoff, Roz Lippel i Susan Moldow, a zwłaszcza niezrównana Nan Graham, osoba mądra i pełna pasji, która wykazała się niezwykłym talentem jako redaktor naszego tekstu. Dziękujemy ci Nan za twoją ogromną troskę.

Jesteśmy także szczerze zobowiązane za ogromną pomoc, jakiej nie szczędzili nam: Kristyn Keene, Heather Karpas, Liz Farrell i John DeLaney z ICM Partners, a zwłaszcza Sloan Harris, która dość wcześnie zrozumiała, co pragniemy osiągnąć, i z niezwykłą delikatnością i energią pomogła nam tego dokonać.

Chciałybyśmy także wyrazić olbrzymią wdzięczność przyjaciołom i pierwszym czytelnikom naszego tekstu, którzy nie szczędzili swoich porad redakcyjnych, czasu na rozmowy i zachęty. Znaleźli się wśród nich: Caitlin Guthiel, Debra Spark, Lily King, Susan Conley, Anja Hanson, Peggy Orenstein, Beth Rashbaum, Susan Casey i Elizabeth Weil. Anouar Majid i Dina Ibrahim sprawdzili zawarte w książce wyrażenia w języku arabskim, a Hassan Alto - język somali. Anne Connell pomagała nam przy redakcji wczesnej wersji. Tom Colligan z oddaniem weryfikował podane przez nas fakty i stał się prawdziwym przyjacielem i sojusznikiem.

Ta książka wyłoniła się z niezliczonych godzin naszych rozmów i długich wywiadów z innymi osobami: chciałyśmy podziękować: Kimberly Wasco, Emily Umhoeffer, Caitlin Allen i Annie Sutton za pomoc w spisywaniu nagrań tych rozmów i wywiadów.

Mamy także dług wdzięczności wobec wielu dziennikarzy, którzy zajmowali się problemami Somalii oraz zagadnieniem globalnej epidemii brania zakładników. Nasze szczególne podziękowania należą się Jeffreyowi Gettlemanowi i Mohamedowi Ibrahimowi z "New York Timesa", którzy z niezwykłą wnikliwością pisali o wojnie w Somalii oraz polityce i kulturze tego kraju; ich reportaże stanowiły dla nas cenne źródło informacji. Dane dotyczące dochodów i finansów somalijskich porywaczy zakładników, znajdujące się na stronie 414, pochodzą z doskonałej książki Jaya Badahura The Pirates of Somalia: Inside Their Hidden World. Żywimy także dozgonną przyjaźń i wdzięczność dla Roberta Drapera, który poznał nas ze sobą i jest autorem wielu cennych testów na temat Somalii.

Osobne podziękowania należą się Ilenie Silverman. Jako przyjaciółka i wnikliwa redaktorka zadawała zawsze właściwe pytania w odpowiednim momencie. Darzymy ją ogromnym szacunkiem i mamy wobec niej ogromny dług wdzięczności.

Chciałybyśmy także z głębi serca podziękować dr Katherine Porterfield z Bellevue/NYU Program for Survivors of Torture, która na wiele sposobów pomagała nam podczas pisania tej książki.

Od Sary

Rodzina Amandy z niezwykłym ciepłem i życzliwością otworzyła przede mną drzwi swojego domu w Kanadzie. Chciałabym wyrazić wdzięczność Lorindzie Stewart, Jonowi Lindhoutowi i Perry'emu Neitzowi za ich doskonałą pamięć dotyczącą faktów i niezmożoną gotowość do udzielania odpowiedzi na moje pytania. Podziękowania dla Pascala Maître za jego czas i piękne zdjęcia z Somalii, dla Ajoosa Sanura i Abdifataha Elmi za wiele godzin, jakie spędzili ze mną w Nairobi, oraz dla Sashy Chanoff i wszystkich z RefugePoint za to, że wprowadzili mnie w życie ludzi z Eastleigh.

Jestem winna głęboką wdzięczność wszystkim przyjaciołom, autorom, nauczycielom i sąsiadom, którzy mnie wspierają, inspirują i rozpieszczają niczym zawsze jasne gwiazdy na moim niebie, tak liczne, że nie sposób ich tutaj wszystkich wymienić. Szczególne podziękowania należą się mojej rodzinie: Dickowi i Marianne Paterniti, Manny Morgan, Lorraine Martin i Diane Bennekamper, moim braciom i ich rodzinom, całym klanom Simmonsów, Corbettów i Paterniti, a przede wszystkim mojemu wspaniałemu ojcu, Chrisowi Corbettowi, który udziela mi schronienia na tak wiele sposobów. Jestem wdzięczna wszystkim innym osobom, które użyczały mi spokojnego miejsca do pracy; bardzo dziękuję: Emily i Steve'owi Wardom, Melanie i Eliotowi Cutlerom, Patty i Cyrusowi Hagge'om, Aimee i Markowi Bessire'om. Podziękowania niech przyjmą także wszyscy przyjaciele, którzy obdarzali mnie swoim poczuciem humoru, karmili mnie i ogólnie pomagali mi w tym okresie: Andy Ward, Jenny Rosenstrach, Joel Lovell, Liz i Pierre Meahl, Lynn Sullivan, Derek Pierce, Andrea Hanson-Carr, Mark Bryant, Alan Liska, Kim Wasco, Ned Flint, Benjamin Busch (marine - oficer - w mojej piwnicy), Linda Murray, Lane i Brock Clarke, Joe Appel, Carlos Gomez, Angela Weymouth, Michael Seymour, Chris Bowe i Stuart Gerson, a także zawsze radosne dzieciaki i dorośli z The Telling Room, którzy raz po raz przypominali mi, że świat jest zasadniczo w porządku. Na szczególne dodatkowe podziękowania zasługują: Clare Hertel, Anja Hanson, Hallie Gilman, Susan Calder, Susan Conley, Lily King, Katie Redford, Peggy Orenstein, Sara Needleman i Melissa McStay - moje drogie, kochane przyjaciółki na dobre i złe.

Jestem także głęboko wdzięczna mojemu mężowi Mike'owi Paterniti, który pokazał mi, że życie jest o wiele zabawniejsze i ciekawsze, kiedy się człowiek angażuje we wszystko całym sercem i całym umysłem: Dziękuję ci za wszystko, rzeczy małe i wielkie. A także całej trójce naszych wspaniałych dzieci. Kocham was bardzo.

I wreszcie chciałabym wyrazić swoją wdzięczność i miłość dla Amandy za naszą trwającą trzy lata nieustanną wymianę myśli, za wszystko, czego nauczyłaś mnie o tym, jak być silną, za wiele mil duchowego rozwoju, jakie razem pokonałyśmy, za ogromny, niezmożony wysiłek, jaki wkładałaś w pracę nad każdym zdaniem tej książki, za twoją otwartość i przyjaźń. To wszystko jest dla mnie ogromnym skarbem. Jestem dumna z tego, co osiągnęłyśmy razem.

Od Amandy

Swoją wdzięczność jestem winna przede wszystkim mamie, Lorindzie Stewart, i moim dwu ojcom: Jonowi Lindhoutowi oraz Perry'emu Neitzowi, za ich herkulesowe wysiłki na rzecz mojego uwolnienia. Z pokorą myślę o ich odwadze i miłości i wyrażam największe uznanie dla ich poświęcenia i tego, co musieli znosić. Moi bracia, Mark Culp i Nathaniel Lindhout, moi dziadkowie i całe klany Lindhoutów i Stewartów stanowiły dla mnie źródło niezachwianego wsparcia, a potem z ogromną miłością i gorącym sercem przytuliły mnie do łona rodziny po uwolnieniu. Specjalne podziękowania dla mojej ciotki Alison. A także dla moich rodziców chrzestnych, Wendella i Beryl Lund, za ich troskę, jakiej mi nie szczędzili na wiele różnych sposobów.

Moją wdzięczność zechcą przyjąć Zoe, Brenna, Nicola, Zahra za ich opiekę, miłość i zachęty do zabawy.

Jestem głęboko wdzięczna mojej najbliższej przyjaciółce Kelly za wszystko, co od ciebie dostałam, za twoją determinację i za to, że mam wspaniałą, roześmianą córeczkę chrzestną, która uwielbia podziwiać cuda tego świata.

W Calgary moje podziękowania zechcą przyjąć Sarah Geddes, David Singleton, Michael Going i Steve Allan, którzy się za mną ujęli, a dzięki temu zdołałam przeżyć i mogłam napisać tę książkę.

Raz po raz mam okazję doświadczać ludzkiej wspaniałomyślności i dobroci. W Red Deer, Calgary, Sylvan Lake, Rocky Mountain House, Ponoka, Nelson i w całej Kanadzie oraz Australii wiele osób nie szczędziło swoich pieniędzy, aby sprowadzić mnie i Nigela do domu. Dzięki tym wszystkim osobom udało mi się przeżyć. Nie zdołam tutaj wymienić wszystkich i nie chciałbym nikogo pominąć, ale pamiętam o was. Na moje szczególne podziękowania zasługują Allan Markin, Gord Scott, Dick Smith i Bob Brown.

Chciałabym podziękować całej rodzinie Brennanów za ich wytrwałość i wszystko, co dla mnie zrobili.

Doceniam wysiłki agend kanadyjskiego rządu podejmowane w mojej sprawie: RCMP, DFAIT oraz CSIS. Chciałabym podziękować w szczególności Rossowi Hynesowi i jego wspaniałej żonie Vanessie za ich niezachwiane oddanie. Jestem winna dozgonną wdzięczność Richardowi, Jonathanowi, Chrisowi, Mattowi, Evelyn i ich rodzinom.

Nie udałoby się nas uwolnić, gdyby nie pomoc AKE. JC, Ed, Shaun, Alto i Derek w decydującym momencie ruszyli do akcji i jestem im winna moją ogromną wdzięczność.

Stale poznaję różne aspekty procesu dochodzenia do zdrowia po traumatycznych przeżyciach i odczuwam głęboką wdzięczność za wszystko, czego nauczyłam się w Sierra Tucson na temat zespołu stresu pourazowego. Dzięki panującej tam atmosferze, pełnej niezwykłego spokoju, oraz pomocy i wsparciu utalentowanych terapeutów zdołałam powoli wyjść z mroku na słońce. Jestem szczególne wdzięczna dr. Markowi Pirtle, Joanne Sorenson i dr Judy Gianni.

Jeszcze raz chciałabym podziękować Katherine Porterfield za jej zrozumienie, jakie okazywała mi na wszystkich etapach tej podróży. Jestem taka szczęśliwa, że wyciągnęłaś do mnie dłoń, żeby mi pomóc. Kocham cię.

Wielu specjalistów najwyższej klasy pomagało mi dojść do siebie: lekarze i pielęgniarki ze szpitala Aga Khan University Hospital w Nairobi, Karen Barker, dr Charl de Wet, Patti Mayer, dr Tim Kearns, dr Lizette Lourens, dr Rick Balharry oraz cudowni nauczyciele z Hoffman Institute Foundation w Kanadzie.

Chciałabym także podziękować Eckhartowi Tolle'owi; twoje koncepcje, delikatne wskazówki, przyjaźń i głębokie zrozumienie są dla mnie źródłem ogromnego wsparcia i prawdopodobnie ukształtowały mój sposób patrzenia na świat bardziej, niż zdaję sobie z tego sprawę.

Heather Cummings i Jo?o Teixeira de Faria pokazali mi, że wszystko jest możliwe. Dziękuję szczodrym patronom St. Ignatius Fund.

Chciałabym także serdecznie podziękować całemu zespołowi Global Enrichment Foundation, obecnie i w przeszłości, w Kanadzie, Kenii i Somalii za ciężką pracę, otwarte serca i umysły. Jestem dumna z tego, co wspólnie osiągnęliśmy, i podekscytowana na myśl o tym, co możemy jeszcze razem osiągnąć.

Dla Nigela: jak powiedział nam kiedyś w hotelu Baro nasz stary przyjaciel Thierry: "Wiele dobrych rzeczy". Życzę ci, Nigel, wielu dobrych rzeczy.

I wreszcie na koniec chciałabym podziękować Sarze, mojej współautorce, powiernicy i przyjaciółce, która od samego początku dostrzegała potencjał kryjący się w tym pomyśle. Jestem ci niezmiernie wdzięczna. Trzy lata temu uwierzyłam, że nam się uda, i wyruszyłam w długą podróż. Nie tyle wspólnie opisałyśmy tę historię, ile przeżyłyśmy ją na tysiąc różnych sposobów. Gdyby nie twoja wnikliwa inteligencja, nieskończona cierpliwość i precyzja, wątpię, czy udałoby się ją opowiedzieć. Nie kryję najgłębszego podziwu dla twojej mądrości, zaangażowania i twojej wiary we mnie. Dzięki tobie moje życie stało się nieskończenie bogatsze.

 

1Mój świat

W dzieciństwie z ufnością podchodziłam do swojej wiedzy na temat świata. Świat nie był brzydki ani niebezpieczny. Wydawał się dziwny i niezwykle pociągający oraz tak piękny, że chciało go się oprawić w ramki. Pojawiał się w moim życiu na fotografiach kryjących się pod złotymi okładkami starych numerów czasopisma "National Geographic", które kupowałam po dwadzieścia pięć centów za sztukę w sklepie z używanymi rzeczami znajdującym się na naszej ulicy. Trzymałam je na szafce nocnej stojącej obok mojego piętrowego łóżka. Sięgałam po nie zawsze, kiedy ich potrzebowałam, gdy w mieszkaniu, jakie wtedy zajmowaliśmy, robiło się zbyt hałaśliwie. Świat pojawiał się w moim życiu w postaci rozbłysków i fal. Światem były srebrzysta fala przyboju rozlewająca się na piaskach promenady w Hawanie albo lśniący, ośnieżony masyw Annapurny. Światem było plemię Pigmejów z Kongo, uzbrojonych w łuki, i zielone, geometryczne ogrody herbaciane Kioto. Światem był katamaran o żółtawych żaglach przecinający wzburzone wody Arktyki.

Miałam dziewięć lat i mieszkałam w miasteczku, które nazywało się Sylvan Lake. Jezioro, dziesięciokilometrowa rozpadlina z czasów plejstocenu w rozległej brązowawej prerii w prowincji Alberta w Kanadzie, znajdowało się na północ od Calgary, trochę na południe od szybów naftowych rozsianych wokół Edmonton, i jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów na wschód od Gór Skalistych - niewielki punkt na mapie położony po drodze do innych ważnych miejsc. W lipcu i sierpniu na brzegach jeziora pojawiali się turyści; żeglowali po jego spokojnej powierzchni albo łowili ryby z pomostów przy swoich letnich domach. W centrum miasta był port dla żaglówek, obok latarni morskiej z czerwonym dachem i niewielkiego parku rozrywki, w którym po wykupieniu biletu zjeżdżało się ogromną, spiralną rynną do basenu albo znajdowało drogę w labiryncie zbudowanym z desek malowanych na jaskrawe kolory. Przez całe lato w mieście rozbrzmiewały głosy roześmianych dzieci i dźwięki silników motorówek znad jeziora.

Nie pochodziliśmy z Sylvan Lake. Kilka lat wcześniej moja matka, po rozwodzie z ojcem, przeniosła się nad jezioro ze mną i moimi dwoma braćmi z Red Deer, naszego rodzinnego miasteczka położonego jakieś piętnaście minut jazdy samochodem. Razem z nami do Sylvan Lake przeprowadził się także Russell, jej narzeczony, oraz jego młodszy brat Stevie. Dość często w naszym domu zjawiali się jego wujowie i kuzyni, pozostali bracia i różni dalsi krewni, urządzali sobie u nas balangę w dniu wypłaty i w końcu zostawali kilka dni, biwakując w naszym salonie. Pamiętam ich twarze pogrążone mocno we śnie i szczupłe, brązowe ramiona zwisające z foteli. Moja matka w odniesieniu do Russella i jego rodziny używała terminu "rdzenni Amerykanie", ale w mieście mówiono o nich po prostu Indianie.

Mieszkaliśmy w podwójnym bliźniaku zdobionym białymi sztukateriami, ze stromym dachem i balkonami z ciemnego drewna. Przez okna naszego mieszkania w suterenie, nieduże i wąskie, wpadało niewiele światła. Przed domem, na wysypanym żwirem parkingu, stał zielony, miejski blaszany śmietnik. Moja matka, wielbicielka wszystkiego co barwne i tropikalne, zawiesiła w naszej nowej łazience kolorową zasłonę do kabiny prysznicowej i ozdobiła swoje łóżko narzutą z jaskrawym wzorem. W salonie obok starej, brązowej sofy postawiła rower do ćwiczeń.

Ludzie zawsze oglądali się za moją matką. Była wysoka i szczupła, miała wystające kości policzkowe i ciemne włosy, które układała w taki sposób, żeby kręciły jej się wokół uszu, oraz jasnobrązowe oczy i wrażliwe spojrzenie osoby ufnej, którą można łatwo do czegoś namówić albo bez trudu jej coś wyperswadować. Przez pięć dni w tygodniu wkładała białą sukienkę z czerwonymi wypustkami i jechała do Red Deer, gdzie pracowała jako kasjerka w Food City. Przywoziła stamtąd całe zgrzewki kartonów z tanim sokiem owocowym, które kupowała za pół ceny; trzymaliśmy je potem w zamrażarce i jedliśmy po lekcjach łyżkami. Czasami przywoziła plastikową tackę wyrobów z piekarni, które się nie sprzedały, ale ciastka z owocami i eklery po dniu leżakowania w gablocie szybko rozmiękały i stawały się kleiste. Kiedy indziej przywoziła z wypożyczalni kasety wideo, których nigdy nie zwracaliśmy.

Russell tylko czasami miał jakąś pracę. Zatrudniał się na kilka tygodni, z rzadka na kilka miesięcy, do pracy przy ścinaniu gałęzi w firmie High Tree zajmującej się wycinaniem drzew rosnących obok linii wysokiego napięcia ciągnących się wzdłuż wąskich dróg. Russell był szczupły jak chart i miał długie, ciemne włosy opadające na ramiona. Kiedy nie pracował, ubierał się w cienkie, jedwabne koszule fioletowe i turkusowe. Na jego lewym przedramieniu widniał tatuaż domowej roboty, przedstawiający jakiegoś ptaka z szerokimi skrzydłami, może orła albo feniksa. Niebieskawy zarys tatuażu zaczął już blednąć, szczegóły ptaka rozmyły się na jego skórze w jasnoniebieski, niewyraźny kształt, zupełnie jakby znajdował się na ciele znacznie starszego mężczyzny. Russell miał dwadzieścia jeden lat, moja matka trzydzieści dwa.

Znaliśmy go od lat, jeszcze zanim został narzeczonym mamy, ponieważ losy naszych rodzin splotły się ze sobą, kiedy miał trzynaście lat, za sprawą pewnej kombinacji nieszczęścia i chrześcijańskiego miłosierdzia. Russell wychował się w rezerwacie Sunchild. Jego ojciec zniknął dość wcześnie, matka zginęła w wypadku samochodowym. Moi dziadkowie ze strony mamy, którzy mieszkali godzinę drogi od rezerwatu, jako zielonoświątkowcy prowadzili letni obóz dla dzieci rdzennych mieszkańców i w końcu postanowili zostać rodzicami zastępczymi Russella oraz jego czterech młodszych braci. W tym momencie moja matka i jej rodzeństwo już dawno prowadzili niezależne życie, toteż dzięki indiańskim dzieciom dziadkowie mogli jeszcze raz, w pewnym sensie, przeżywać wszystkie kłopoty i radości związane z rodzicielstwem.

Mój dziadek pracował jako spawacz, babcia zajmowała się sprzedażą naczyń marki Tupperware - prawdę mówiąc, radziła sobie z tym lepiej niż ktokolwiek inny w centralnym regionie prowincji Alberta, o czym świadczyły rekordy sprzedaży i firmowy minivan, jaki miała do swojej dyspozycji. Przez wiele lat dziadkowie zaciągali Russella oraz jego braci do kościoła i zdołali przepchnąć ich przez szkołę średnią. Zawozili na zawody lekkoatletyczne i mecze hokejowe, a także na zajęcia z tradycyjnego tkactwa w Native Friendship Center.

Jeśli chłopcy za bardzo rozrabiali, babcia wzdychała i mówiła im, żeby wyszli na zewnątrz i tam się wyszumieli. Wybaczała im podkradanie pieniędzy. Wybaczała, kiedy obrzucali ją przekleństwami. Chłopcy zamienili się w nastolatków, a potem wyrośli na młodych mężczyzn. Jeden z nich dostał się na studia; pozostali krążyli między rezerwatem a Red Deer. Gdzieś po drodze wydarzyło się jednak coś, czego nikt się nie spodziewał, czego sam Jezus prawdopodobnie nie mógłby przewidzieć: moja matka, która przyjeżdżała do rodzinnego domu na świąteczne obiady i od czasu do czasu wpadała z wizytą - kobieta z trójką małych dzieci, przeżywająca rozpad swojego małżeństwa - zakochała się w Russellu.

Nazywała go Russ. Prała jego rzeczy. Lubiła całować się z nim publicznie, a on co jakiś czas kupował jej róże. We wczesnym dzieciństwie myślałam o nim jak o kuzynie z bocznej linii, ale teraz Russell - który przeniósł się bezpośrednio z domu dziadków do naszego mieszkania - stał się kimś innym, jakąś hybrydą, połączeniem dziecka i dorosłego, krewnego oraz intruza. Ćwiczył kickboxing w naszym salonie i jadł chipsy ziemniaczane na kanapie. Od czasu do czasu kupował dla mnie i mojego małego braciszka Nathaniela pluszowe zabawki.

"Zabawna mała rodzina", tak mówiła o nas babcia. Mój starszy brat Mark ujmował to inaczej: "Popieprzona mała rodzina".

Kilka razy byłam w rezerwacie Sunchild, żeby odwiedzić krewnych Russella, czemu zawsze towarzyszyły protesty mojego ojca, który uważał rezerwat za miejsce niebezpieczne, ale wtedy nie miał już nic do powiedzenia. Kuzyni Russela mieszkali w przysadzistych, drewnianych domach stojących wzdłuż polnych dróg. Podczas naszych wizyt jedliśmy bannock, rodzaj słodkiego, gumowatego ciasta smażonego na oleju, i biegaliśmy z dzieciakami, które nigdy nie chodziły do szkoły i popijały piwo z puszek zawiniętych w brązowe papierowe torebki. Pamiętam, że w każdym z tych domów widziałam ściany podziurawione od uderzeń pięści. Rozpoznałam ten kształt, ponieważ Russell czasami w podobny sposób ćwiczył swoje uderzenie na ściance działowej w naszym mieszkaniu.

Związek mojej matki z Russellem można by postrzegać jako rodzaj wyzwania, pod hasłem "odpieprzcie się", rzuconego pod adresem wszystkich białych dzieciaków, z którymi chodziła do szkoły średniej w Red Deer, w większości nadal mieszkających w okolicy. Jako szesnastolatka opuściła dom rodzinny, po czym w wieku lat dwudziestu zaszła w ciążę i urodziła Marka. Dzięki Russellowi zyskała kolejną cechę odróżniającą ją od rówieśników. Jej chłopak był młody, umiarkowanie przystojny i pochodził z miejsca, które powszechnie uważano za dzikie i niezwykłe, choć jednocześnie naznaczone przez brud i ubóstwo. Moja matka nosiła kolczyki z paciorków, a z tylnej szyby jej niewielkiego, białego samochodu typu hatchback, którym jeździła po mieście, zwisała ozdobiona piórami indiańska pułapka na sny.

Pewien dodatkowy element urozmaicił nasze życie, kiedy mój ojciec, mężczyzna, w którym zakochała się jako dwudziestolatka i który na zdjęciach z sali porodowej trzyma na rękach jej dzieci, ogłosił, że jest gejem. Do jego domu wprowadził się wysportowany, młody facet z szerokim uśmiechem i starannie przystrzyżoną brodą. Nazywał się Perry. Podczas naszych wizyt u ojca jeździliśmy z Perrym na basen w centrum rekreacyjnym, a w tym czasie ojciec, który w życiu nie ugotował żadnego posiłku, przygotowywał dla nas obiad w prawdziwie kawalerskim stylu. Zwijał w rulony plastry szynki, przebijał je wykałaczką i rozkładał wokół nich kilka plasterków sera i coś zielonego, dodając do tego kawałek chleba. Zawsze dbał, żeby na talerzach rozstawionych na stole znalazły się składniki należące do wszystkich czterech podstawowych rodzajów pożywienia.

Ojciec zaczął układać sobie nowe życie. Razem z Perrym wydawali przyjęcia i ojciec zapisał się do college'u; zamierzał zostać wykwalifikowanym rehabilitantem i pomagać osobom niepełnosprawnym umysłowo. W tym czasie moja matka starała się zaprowadzić jakiś ład w swoim życiu. Czytała poradniki psychologiczne i w dni wolne od pracy oglądała programy Oprah.

Wieczorami Russell sięgał po dużą butelkę i do wysokiego, plastikowego kubka nalewał sobie żytnią whisky. Matka siadała na kanapie i kładła mu stopy na kolanach; tak oglądali telewizję. Od czasu do czasu Russell na widok jakiegoś policjanta budzącego zainteresowanie mediów albo gładko przyczesanego młodego ojca, który pojawiał się na ekranie, wskazywał w stronę telewizora i mówił:

- Myślisz, że ten facet jest przystojny, co? Na pewno tak myślisz, Lori.

Dobrze znaliśmy ten ton.

- Mogę się założyć - ciągnął Russell, wpatrując się w matkę - że wolałabyś teraz być z kimś takim jak on.

Chwila milczenia. Wydawało się, że twarz mężczyzny z telewizora w okamgnieniu rozpływała się i przybierała kształt czegoś bardziej agresywnego i szyderczego.

- No nie, Lori? Na pewno tak myślisz, prawda?

Moja matka odpowiadała łagodnie. Zdążył już wcześniej złamać jej kilka kości. Czasami bił ją tak mocno, że musiała spędzić kilka dni w szpitalu. Kiedy wszyscy wpatrywaliśmy się uporczywie w ekran telewizora i atmosfera w pokoju stawała się nieznośnie napięta, matka wyciągała rękę w stronę Russella i ściskając go mocno, mówiła:

- Nie, kochanie. Ani trochę.

Mark miał wtedy trzynaście lat i w jego życiu zaczynał się burzliwy okres. Nosił postrzępioną plerezę, tak zwaną "płetwę", miał niebieskie oczy i rzadko zdejmował swoją spraną, niebieską dżinsową kurtkę. Zwykle stronił od innych i wolał samotnie wędrować po okolicy, uzbrojony w zrobioną własnoręcznie procę z twardego plastiku. Nathaniel miał tylko sześć lat i na dole prawej powieki zrobiła mu się cysta, co nadawało mu dość żałosny wygląd. Mama i Russell bardzo go rozpieszczali, nazywali Bud albo "mały koleś". Wieczorami zasypiał na dole naszego piętrowego łóżka, mocno ściskając pluszowego królika.

Wszędzie chodziłam wtedy za Markiem, snując się za nim niczym niewielka jolka za dużym jachtem.

- Musimy to sprawdzić - powiedział Mark pewnego dnia po lekcjach, kiedy staliśmy przed zielonym blaszanym śmietnikiem na podwórku naszego domu. Działo się to kilka tygodni po przenosinach do Sylvan Lake w ciepłe wczesnojesienne popołudnie. Byłam wtedy w czwartej klasie podstawówki, a Mark zaczął właśnie uczyć się w gimnazjum. Żadne z nas nie miało zbyt wielu przyjaciół. Dzieciaki z naszego nowego miasteczka od razu zaliczyły nas do kategorii biednych i nieciekawych. Mark chwycił się rękami za brzeg pojemnika, zrobił zamach nogą i zsunął się do środka. Chwilę później w otworze śmietnika pokazała się jego głowa, widać było, że jest podekscytowany, w ręku trzymał pustą butelkę po piwie Labatt. Pomachał nią do mnie.

- Chodź, Amanda - powiedział - tutaj są pieniądze.

Do naszego metalowego śmietnika wrzucano przez zawsze otwartą paszczę odpadki z całej okolicy, w każdą środę zabierane przez miejską śmieciarkę. Dla mojego brata ten pojemnik stał się swego rodzaju odpowiednikiem krytego basenu w ośrodku rekreacyjnym. W jego wnętrzu tchnącym wonią skwaśniałego mleka nawet w najchłodniejsze dni października było ciepło i wilgotno niczym w stercie spadłych liści. Wsuwaliśmy się między nagromadzone worki ze śmieciami, lepkie od sączących się z ich wnętrz płynów i luźnych śmieci, a nasze stłumione głosy odbijały się od ścian blaszanego pojemnika. Mark wyszarpywał z zamkniętych toreb puszki i butelki, po czym układał je na wąskim pasku murawy przed naszym mieszkaniem. Czasami udawało mu się wyłowić ze śmieci zapomnianą ćwierćdolarówkę, starą szminkę, buteleczki od lekarstw, markery. Większość z tych rzeczy wtykał sobie do tylnej kieszeni spodni albo rzucał w moją stronę. Pewnego razu wyciągnął włochaty, różowy sweter, dokładnie mojego rozmiaru, i wzruszając ramionami, z oburzeniem spytał:

- Rany, co się dzieje z tymi ludźmi?

Puste butelki i puszki ładowaliśmy do plastikowych siatek na zakupy i roztaczając wokół woń zleżałej żywności i zwietrzałego alkoholu, ruszaliśmy do punktu skupu w mieście. Za dwadzieścia puszek dostawaliśmy dolara. W jednej torbie z Food City zwykle mieściło się piętnaście puszek. Jedna torba z piętnastoma puszkami razy pięć centów każda równa się siedemdziesiąt pięć centów. Dolar pięćdziesiąt za dwie torby, trzy dolary za cztery. A potem końcową sumę trzeba było podzielić na dwie części: połowę dla Marka, połowę dla mnie. Żadna lekcja matematyki w czwartej klasie podstawówki nie mogła się z tym równać. Ale prawdziwe pieniądze zdobywaliśmy za butelki, które nazywaliśmy sześćdziesiątkami albo sześćdziesięciofuntówkami - terminy podchwycone u Russella - pękate butelki po alkoholu objętości sześćdziesięciu uncji; w punkcie skupu dostawaliśmy za każdą dwa dolary. To było nasze złoto.

Z czasem zaczęliśmy z Markiem wędrować dalej, zapuszczając się kilka przecznic na północ i na południe, wzdłuż naszej ulicy. Zaglądaliśmy w ślepe uliczki, przy których zamiast domów wielorodzinnych stały bungalowy. Regularnie przeszukiwaliśmy pięć albo sześć kontenerów ze śmieciami. Najczęściej im lepsze domy, tym bogatsze śmieci.

Aż trudno uwierzyć, co ludzie potrafią wyrzucać, i to nawet ubodzy. Czasami znajdowaliśmy lalkę bez jednej ręki albo zupełnie nieuszkodzoną kasetę wideo z bardzo dobrym filmem. Pamiętam, jak natrafiłam raz na pusty portfel z brązowej skóry z delikatną złotą zapinką, innym razem na nieskalanie białą chusteczkę z wyszytymi postaciami z kreskówek, które się do mnie uśmiechały. Obie rzeczy zachowałam przez wiele lat - chusteczkę starannie zwinęłam i włożyłam do środka portfela jako symbol wszystkich pięknych rzeczy, które nadal były dla mnie nieosiągalne.

Pieniądze za butelki niemal zawsze przepuszczałam w jednym miejscu - w sklepie z używanymi rzeczami położonym przy brzegu jeziora. Jego ciemne i ciasne wnętrze swoją plątaniną korytarzy przypominało króliczą norę. Sprzedawano w nim używane ubrania, porcelanowe bibeloty oraz świadectwa literackich zainteresowań wakacyjnych gości - od grubych thrillerów Toma Clancy'ego po wszystkie romanse Danielle Steel. Numery "National Geographic" stały na półce w odległym kącie, równo ustawione żółtymi grzbietami na zewnątrz.

Zwabiona ilustracjami, które dostrzegłam na okładce, zabierałam do domu tyle egzemplarzy pisma, na ile mogłam sobie pozwolić. Chwytałam z półki te z widokami porośniętych tropikalną roślinnością świątyń Angkoru i szkieletów wykopanych z wulkanicznego pyłu pod Wezuwiuszem. Kiedy autorzy czasopisma stawiali przede mną pytanie: "Czy szwajcarskie lasy znajdują się w niebezpieczeństwie?", byłam pewna, że muszę poznać odpowiedź. Nie chcę przez to powiedzieć, że całkowicie ignorowałam komiksy z serii "Archies", zupełnie nowe, które wystawiano na sprzedaż w innym rogu sklepu. Z takim samym zapałem, jak ilustracje z "National Geographic", oglądałam uważnie obcisłe sukienki Weroniki i kucyk Betty, zmysłowej córki milionera, zestawionej z uroczą, poważną, ambitną Weroniką. Dopiero zaczynałam rozumieć pierwsze znaki języka, jakim się w nich posługiwano.

Swoje egzemplarze komiksów "Archies" trzymałam w szufladzie, ale "National Geographic" leżały w mojej sypialni na stoliku. Przed Świętem Dziękczynienia miałam już przypuszczalnie ze dwa tuziny egzemplarzy. Czasami rozkładałam je niczym karty talii, tak jak widywałam to w domach niektórych bogatszych dzieciaków z mojej starej szkoły. Wujek Tony - brat mojego ojca i najzamożniejsza osoba w rodzinie - mógł sobie pozwolić na prenumeratę. Wieczorami, leżąc w swoim łóżku w Sylvan Lake, przeglądałam, strona po stronie, czasopisma, z nabożnym podziwem pochłaniając wyłaniającą się z nich opowieść o świecie. Patrzyłam na węgierskich pasterzy bydła i austriackie zakonnice albo na paryżanki spryskujące wieczorem włosy perfumami przed wyjściem na miasto. W Chinach jakaś kobieta z plemienia nomadów ubijała gęste mleko jaka, robiąc z niego masło. W Jordanii palestyńskie dzieci mieszkały w namiotach o barwie ziemniaków. Gdzieś w górach na Bałkanach żył niedźwiedź, który tańczył z Cyganami.

Wtedy odpływałam myślami i zapominałam o wilgotnym dywanie w naszym mieszkaniu w suterenie i o lodzie na chodniku przed domem; znikał lód, a z nieba nad równinami - ołowiana barwa. Kiedy w szkole dziewczynka o imieniu Erika zawołała na cały głos w korytarzu, że jestem brudasem, wzruszyłam tylko ramionami, jakby mnie to w ogóle nie obchodziło. Zamierzałam wyrwać się gdzieś dalej, z dala od mojej szkoły, od mojej ulicy i od dziewczynek o imieniu Erika.

Pewnego wieczoru, tuż przed rozpoczęciem zajęć szkolnych w szóstej klasie, razem z Carrie Crowfoot snułyśmy się po miasteczku. Carrie, piękna dziewczyna z plemienia Czarnych Stóp, rok starsza ode mnie, była jedną z moich bardzo nielicznych przyjaciółek. Miała długie, czarne włosy i oczy w kształcie migdałów, ozdobione gęstymi prostymi rzęsami. Była jakoś spokrewniona z Russellem i razem ze swoją matką i braćmi przeniosła się z rezerwatu Sunchild do Sylvan Lake. Mieszkała w domu stojącym niedaleko sklepu z bibelotami i nie chodziła do szkoły.

Chociaż miała dziesięć lat i ani grosza przy duszy, potrafiła roztaczać wokół siebie pewną aurę tandetnej elegancji. Umiała odpyskować protekcjonalnemu sklepikarzowi, który sprzedawał nam gumę do żucia po pięć centów, i przechwalała się przede mną, ilu dzieciakom spuściła lanie, kiedy mieszkała w rezerwacie. Gdy odwiedzała mnie w domu, nie zwracała uwagi na rozpadające się meble ani na pijanych kuzynów Russella, wylegujących się w fotelach. Podobało mi się, że kiedy podałam jej obiad złożony z pogniecionych klusek Ichiban, powiedziała, że jest wspaniały, oraz że całkiem niedawno oświeciła mnie, na czym polega obciąganie.

Wędrowałyśmy wzdłuż Lakeshore Drive, zmierzając w kierunku parku rozrywki. Nad wodą zerwał się chłodny wiatr. Był początek września. Sezon turystyczny już dawno się skończył. Na chodnikach było pusto, z rzadka mijał nas jakiś samochód. Carry uskarżała się na nudę panującą w Sylvan Lake. Powiedziała, że chce wrócić do Sunchild. Zazdrościła mi, że muszę jeździć do swojego taty do Red Deer na weekendy. Mogłabym jej odpowiedzieć, że nie ma czego zazdrościć, ale prawda była taka, że niecierpliwie liczyłam dni dzielące mnie od wizyty. W domu mojego ojca były miękkie dywany i grube mury. Miałam własną sypialnię z brązową, ozdobną narzutą, odtwarzacz i kasety zespołu New Kids on the Block, a także zbiór nowych książek do czytania, całe kolekcje "Baby-sitters Club" i "Sweet Valley Twins". Wolałam o tym nie mówić Carrie.

Na przystani kołysały się na fali rzędy motorówek. W parku rozrywki było zupełnie pusto. Na noc wyłączano wodę w zjeżdżalni z włókna szklanego. Na tle różowego nieba stała niczym szkielet ogromnego zwierzęcia.

- Byłaś tam kiedyś w środku? - spytała Carrie, kopiąc drzwi zamkniętej budki z biletami.

Pokręciłam głową.

Chwilę później znalazła jakiś kosz na śmieci, z którego wciągnęła się na ogrodzenie dzielące nas od Szalonego Labiryntu, który niczym zagroda dla bydła ciągnął się zygzakiem wokół skraju parku. Nagle zniknęła za murem. Usłyszałam odgłos jej tenisówek, kiedy bezpiecznie wylądowała, a potem śmiech.

Jako dziecko niemal przez cały czas wszystkiego się bałam. Obawiałam się ciemności, tego, że sobie coś złamię, a jednocześnie bałam się wizyty u lekarza i nieznajomych. W przerażenie wprawiała mnie policja, która czasami pojawiała się w naszym domu, gdy towarzystwo Russella zbyt głośno zaczynało wyrażać w salonie swoje niezadowolenie z życia. Cierpiałam na lęk wysokości. Bałam się podejmowania decyzji. Nie lubiłam psów. A przede wszystkim bałam się, że ktoś będzie się ze mnie śmiał. W tym momencie byłam niemal pewna tego, co się wydarzy za chwilę. Ponieważ nie chcę, żeby Carrie wyśmiewała się ze mnie, wdrapię się na ten mur, dostanę zawrotów głowy, spadnę i coś sobie złamię. Przyjedzie policja - sami obcy ludzie - a do tego przywiozą ze sobą psy. Oczywiście to wszystko wydarzy się w ciemnościach, a potem będę musiała pojechać do lekarza.

Dlatego mało brakowało, a odwróciłabym się na pięcie i uciekła. Ale droga do domu także była pogrążona w ciemnościach, bo zrobiło się już późno; usłyszałam głos Carrie, która nawoływała mnie z wnętrza labiryntu. Wdrapałam się na kosz na śmieci i wciągnęłam się na mur. A potem skoczyłam.

Kiedy tylko dotknęłam ziemi, Carrie zaczęła biec. W półmroku jej włosy miały, jak się zdawało, błękitnawy poblask. Wewnętrzne ściany labiryntu pokryto amatorskimi malowidłami w jasnych barwach, przedstawiającymi klaunów, kowbojów i głupie potwory - wszystko to miało wywołać radość i wzbudzić odrobinę niepokoju u dzieciaków biegających tamtędy podczas letnich wakacji.

Moja przyjaźń z Carrie Crowfoot przetrwała jedynie pół roku. Wiosną jej matka postanowiła przenieść się do rodziny w rezerwacie Sunchild. Ale zanim do tego doszło, zaczęłam bardziej interesować się dziećmi poznanymi w szkole i samą szkołą. Zostałam przyjęta na dodatkowe zajęcia przeznaczone dla zaawansowanych uczniów. Carrie pozostała autsajderką, kompletnie nie interesowała się szkołą i najwyraźniej nie musiała do niej chodzić. Kilka lat później, gdy kończyłam gimnazjum, dowiedziałam się od matki, że Carrie urodziła dziecko. Nie wiedziałam, jak potoczyło się dalej jej życie, ponieważ w końcu moja rodzina całkowicie uwolniła się od związków z Russellem, jego krewnymi, Carrie i niemal wszystkimi osobami, jakie znaliśmy w tym okresie.

Ale tego wieczoru wewnątrz labiryntu nie potrafiłam jej się oprzeć i pobiegłam za nią. Pędziłyśmy szybko, śmigając na zakrętach i hamując z wizgiem, gdy nagle okazało się, że wpadłyśmy w ślepą uliczkę. Kiedy dziś o tym myślę, wyobrażam sobie, jak podczas tego biegu piszczymy obie, upojone poczuciem chwilowej dezorientacji. Jednak w rzeczywistości zachowywałyśmy milczenie i całkowitą powagę; w mroku słychać było tylko tupot naszych stóp i szelest kurtek. Carrie mknęła przed siebie, z rozwianymi włosami, pokonując kolejne alejki i błyskawicznie podejmując decyzję, w którą stronę pobiec dalej. W końcu jednak udało nam się rozluźnić i poddałyśmy się upojeniu, zapominając o tym, że jest ciemno i że jesteśmy tam nielegalnie, zapominając o wszystkim, co budziło w nas lęk - całkowicie zanurzyłyśmy się w świat zabawy, w którym znalazłyśmy się pierwszy raz w życiu.

High Tree, firma prac leśnych, w której był zatrudniony Russell, urządzała wielkie świąteczne przyjęcie w restauracji w Red Deer. Moja matka myślała o nim przez kilka tygodni. Po pracy w supermarkecie zaglądała do sklepów z sukienkami w Parkland Mall, sprawdzając, czy nie znajdzie czegoś na wyprzedaży. W domu oświadczyła, że przechodzi na dietę.

W rogu naszego salonu ustawiliśmy choinkę, rachityczne drzewko sosnowe, które moja matka kupiła okazyjnie na straganie na parkingu przed Food City. Pewnego dnia pojechała do biura świątecznego w Red Deer, gdzie po podpisaniu jakiegoś dokumentu potwierdzającego, że wychowuje trójkę dzieci, zarabiając siedem dolarów na godzinę, mogła za darmo odebrać prezenty - zebrane i zapakowane przez wolontariuszy, i ozdobione barwnymi wstążkami. Od razu wiedziałam, które dwa pakunki wśród prezentów leżących pod choinką są przeznaczone dla mnie, ponieważ na obu widniała naklejka: "Dziewczynka lat dziewięć".

Kilka dni przed balem moja matka zrobiła sobie trwałą. Wcześniej znalazła nową sukienkę, która wisiała teraz w szafie w jej sypialni. Sukienka była czarna, błyszcząca i zdążyłam już spędzić wiele czasu, dotykając jej połyskliwej powierzchni.

W piątkowy wieczór Russell wziął prysznic i włożył czarne spodnie oraz koszulę z kołnierzykiem, starannie zapiętą aż pod szyję. Nalał sobie trochę wódki i usiadł na kanapie, sadzając sobie na kolanach piszczącego Nathaniela. Podczas ich nieobecności miał się nami zajmować Stevie, siedemnastoletni brat Russella. Wszyscy czekaliśmy na moją matkę.

Z łazienki dobiegały odgłosy suszarki do włosów. Mark i Stevie puszczali co chwilę kolejną kasetę na odtwarzaczu, przewijając szybko do utworów, które lubili, podczas gdy ja, leżąc na podłodze, odrabiałam lekcje z matematyki. Nathaniel, ściskając w rękach pluszowego misia, powędrował w stronę telewizora i przyciskał twarz do ekranu, starając się coś usłyszeć przez hałas rozlegający się w salonie.

Russell nalał sobie drugiego drinka, potem trzeciego. Założył nogę na nogę i zaczął dobrotliwie śpiewać:

- Looori, Loooriii.

Kiedy wreszcie pojawiła się w korytarzu, wszyscy odwróciliśmy głowę w jej stronę. Kupiła sobie czarną sukienkę, krótką z przodu, długą z tyłu, z kaskadą falbanek, które zamiatały podłogę. Jej szczupłe nogi lśniły, kiedy szła korytarzem. Miała na sobie nowe pantofle.

W tym momencie, jak gdyby zgodnie z jakimś scenariuszem, Russell poderwał się z kanapy. Moja matka stała rozpromieniona, z zaróżowionymi policzkami, a jej oczy lśniły. Usta pomalowała czerwoną szminką. Jej jasna karnacja wydawała się kremowa na tle czarnej sukienki, która była tak wąska i połyskliwa, że wyglądała jak przyklejona do ciała. Wstrzymaliśmy z bratem oddech, czekając na to, co powie Russell.

- Piątka, pieprzona piątka - powiedział. - Wyglądasz rewelacyjnie.

Prawdę mówiąc, moja matka wyglądała jak gwiazda filmowa. Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę w stronę Russella. Pocałowała nas w policzki na dobranoc. Wszyscy wołaliśmy coś podekscytowani, pamiętam, że dosłownie krzyczeliśmy z podniecenia na myśl o czekającej ich wspaniałej zabawie.

Russell odstawił kubek i sięgnął po jej futro, niezbyt dopasowane palto z norek, które odziedziczyła po mojej prababce, po czym niemal w piruetach wyprowadził ją na dwór.

Tego wieczoru oglądaliśmy filmy z naszej kolekcji kaset wideo. Obejrzeliśmy Three Men and a Baby, a potem nowego Batmana. Zrobiłam popcorn w maszynce i rozdawałam go w miskach. Gdzieś w Red Deer moja matka tańczyła z Russellem. Wyobrażałam sobie salę balową z lśniącymi światłami u sufitu i szerokimi kieliszkami do szampana. Zaczęłam odpływać w półsen, aż w końcu zrobiło się późno i nagle gwałtownie się przebudziłam. Ekran telewizora był wygaszony, w mieszkaniu panowała cisza. Podniosłam Nathaniela z podłogi i zaprowadziłam do naszego pokoju, popychając rozespanego chłopca na łóżko. Wdrapałam się na górne piętro, czując jeszcze odrobinę świątecznej ekscytacji, po czym zasnęłam na dobre.

Późniejsze wydarzenia tego wieczoru miały w sobie coś nierzeczywistego. Zawsze tak je odbierałam, choćby dlatego, że - kiedy już do nich dochodziło - przeważnie rozgrywały się w środku nocy. Do mojego umysłu powoli przebijały się krzyki mojej matki, stopniowo wyrywając mnie ze snu, aż wreszcie nie mogłam już w żaden sposób schronić się w nieświadomości i musiałam się obudzić.

Coś łupnęło w naszym salonie. Usłyszałam donośny krzyk. Potem męskie stękanie. Znałam te dźwięki. Moja matka się broniła. Czasami następnego dnia rano widziałam zadrapania na jego szyi. Teraz do moich uszu dotarło, jak Russell wykrzykuje coś wysokim, histerycznym głosem, a z jego ust płynie nieprzerwany potok słów o tym, że wydrapie jej oczy, że na podłodze będzie mnóstwo krwi, tak wiele krwi, że nikt jej nie rozpozna.

- Ty dziwko! - wrzeszczał. A potem rozległ się głuchy łomot, kolejny znajomy dźwięk: przewrócili sofę.

Słyszałam, jak matka biegnie z kuchni do salonu, a potem korytarzem. Słyszałam jej głośny oddech przed progiem naszego pokoju, zanim ją dopadł i cisnął nią mocno o drzwi. Jego także słyszałam, jak chwyta powietrze, wydawało się, że oboje z trudem łapią oddech. Na łóżku pode mną Nathaniel zaczął płakać.

- Boisz się? - wyszeptałam, wpatrując się w mroczny sufit.

To pytanie było nie fair. Miał zaledwie sześć lat.

Czasami próbowaliśmy ich powstrzymywać. Wypadaliśmy z pokojów i zaczynaliśmy wrzeszczeć, ale osiągaliśmy tylko tyle, że oboje z wściekłością w oczach biegli do swojej sypialni i z hukiem zamykali drzwi. Jeśli moja matka pragnęła naszej pomocy, nie pokazywała tego po sobie. Niekiedy słyszałam, jak Stevie mówił do brata w korytarzu: "Daj spokój, Russ. Uspokój się". Ale on także tracił odwagę w obliczu ich wściekłości i w końcu któryś z sąsiadów wzywał policję.

Moja matka kilka razy szukała pomocy w schronisku dla kobiet w Red Deer. Obiecywała dziadkowi i babci, że zostawi Russella, ale wkrótce znowu byli razem. Ze schroniska dla kobiet pamiętam lśniące podłogi z linoleum, mnóstwo dzieci, mnóstwo świetnych zabawek. Pamiętam także udrękę w spojrzeniu mojego ojca, kiedy przyjechał nas odebrać.

Kłótnia w świąteczny wieczór szybko dobiegła końca; matka i Russell padli sobie w ramiona, na podłodze w salonie leżało mnóstwo popcornu, tym razem złamali ramę od kanapy, w ścianie pojawiła się nowa dziura. Wiedziałam, jak to się dalej potoczy. Następnego ranka Russell zacznie nas wszystkich przepraszać, zalewając się łzami. Przez kilka tygodni będzie skruszony siedział w salonie, ze zwieszoną głową, rozmawiając z Bogiem. Powtarzał wtedy w kółko słowa, które znaliśmy z kościoła naszych dziadków: "Dobry Boże, nasz Zbawicielu, święć się imię Twoje, proszę, zbaw mnie ode złego, Twoje jest królestwo, w imię Jezusa Chrystusa, dziękuję Ci i amen". Wieczorami z wielkim zapałem ogłaszał, że zacznie chodzić na spotkania AA. Moja matka w tych tygodniach miała większą władzę. Wydawała Russellowi rozmaite polecenia, kazała mu zbierać swoje rzeczy i odkurzać.

Ale igła w jakimś niewidocznym, wewnętrznym kompasie Russella zaczynała drżeć i z powrotem przesuwać się w stronę czerwonego pola. Jego poczucie winy powoli blakło. Pewnego popołudnia moja matka poszła do fryzjerki i wróciła jego zdaniem za późno. Czekał na nią, siedząc na kanapie, po czym głosem ostrym jak brzytwa pytał:

- Czemu to trwało tak długo, Lori?

Albo:

- Z kim się dzisiaj spotkałaś, wystrojona jak dziwka?

Widziałam, jak moja matka blednie, ponieważ docierało do niej, że igła ponownie wychyliła się w drugą stronę i wkrótce - może dziś wieczorem, a może za trzy tygodnie - Russell znowu dostanie szału i rzuci się na nią z pięściami.

Nie mogę powiedzieć, żebym ich rozumiała. Nigdy tego nie zrozumiem. Po prostu starałam się jakoś to przetrwać. Zanim wszystkie światła pogasły i wszystkie ciała spoczęły bez ruchu na swoich łóżkach, mnie już tam nie było, byłam daleko. Moje myśli wędrowały w górę schodów i dalej w świat, ponad jedwabistymi pustyniami i spienionymi falami mórz z fotografii w "National Geographic", przez lasy pełne nocnych stworzeń o zielonych oczach i świątyń stojących na wysokich wzgórzach. Wyobrażałam sobie orchidee, anemony, manaty, szympansy. Widziałam dziewczęta w Arabii Saudyjskiej bujające się na huśtawce i pączkujące pod mikroskopem komórki, każda na swój sposób będąca żywym cudem. Widziałam nury, pandy, lemury. Widziałam anioły w Kaplicy Sykstyńskiej i wojowników z plemienia Masajów. Mój świat, byłam tego całkowicie pewna, jest zupełnie gdzie indziej.

 

2Drink

Kiedy miałam dziewiętnaście lat, przeniosłam się do Calgary. Dla każdego dzieciaka ze środkowych regionów prowincji Alberta Calgary, otoczone przez ruchliwe autostrady, to wielka metropolia kryjąca w sobie liczne możliwości, pełna szklanych wieżowców wznoszących się niczym las na tle okalającej równiny. To także ośrodek przemysłu naftowego, siedziba dynamicznie rozwijających się firm i koncernów zajmujących się wydobyciem i sprzedażą ogromnych zasobów ropy naftowej, kryjącej się tu pod powierzchnią ziemi. Przyjechałam do Calgary w 2000 roku, w okresie wyjątkowo dobrej koniunktury. Ceny ropy naftowej podwoiły się w ciągu kilku miesięcy i z końcem tego roku osiągnęły potrójną wartość. Calgary buzowało świeżym bogactwem, w mieście zaroiło się od nowych inwestycji. W błyskawicznym tempie pojawiały się eleganckie sklepy i restauracje.

Razem ze mną do Calgary przeprowadził się mój narzeczony, Jamie. Był starszy o rok i wychował się na farmie położonej na południe od Red Deer. Chodziliśmy ze sobą od ośmiu miesięcy. Był przystojny, w typie Johnny'ego Deppa, miał ciemne oczy i brązowe włosy, wąskie ramiona, lecz dzięki silnym dłoniom z powodzeniem pracował jako stolarz. Oboje uwielbialiśmy grzebać w sklepach z używanymi ubraniami, komponując sobie stroje, które uważaliśmy za szczyt mody. Jamie nosił kowbojskie koszule z guzikami z matowej macicy perłowej. Ja wciągałam na siebie wszystko, co było zdobione cekinami, do tego zakładałam największe kolczyki, jakie tylko mogłam znaleźć. Jamie potrafił grać na każdym instrumencie: od harmonijki ustnej po bongo i skrzypce. Na swojej gitarze brzdąkał miłosne piosenki. Kiedy potrzebował pieniędzy, pracował jako cieśla na budowie, ale poza tym całymi dniami rysował albo zajmował się muzyką. Byłam nim absolutnie zauroczona.

Sądziłam, że w Calgary Jamiemu uda się nagrać płytę CD, może nawet podpisze jakiś kontrakt. Przede mną miasto również otwierało nowe możliwości - choć nie byłam całkiem pewna, jakiego rodzaju. Wynajęliśmy jednopokojowe mieszkanie w brudnym wieżowcu w centrum. Jako łóżko służył nam materac leżący na podłodze. Jamie pomalował ściany w łazience na żółto. Powiesiłam obrazki i ustawiłam doniczki z kwiatkami na parapecie. Od razu miałam poczucie, że moje życie stało się dorosłe i wielkomiejskie. Ale życie w mieście było drogie. Znalazłam pracę w sklepie z ubraniami, miejscowym oddziale ogólnokrajowej sieci, w której pracowałam w Red Deer, kiedy chodziłam do szkoły średniej. Jamie zatrudnił się przy zmywaniu naczyń w Joey Tomato's, modnej restauracji w Eau Claire Market, a jednocześnie szukał jakiegoś zajęcia w budownictwie. Z trudem zarabialiśmy na czynsz.

Pewnego wyjątkowo chłodnego popołudnia, wkrótce po naszym przyjeździe do Calgary, włożyłam brązową, skórzaną zimową kurtkę, z ogromnym kołnierzem z futra i ruszyłam na miasto rozdać w paru miejscach swoje CV wydrukowane w kilku egzemplarzach wetkniętych do pomarańczowego foldera. Postanowiłam spróbować szczęścia jako kelnerka. Nigdy wcześniej nie pracowałam w restauracji, ale kiedy patrzyłam na dziewczyny w Joey Tomato's, ogarniały mnie zarazem zazdrość i podziw. Bezszelestnie przesuwały się w wysokich szpilkach między stolikami. Jamie powiedział mi, że zarabiają mnóstwo pieniędzy.

*

Na początek postanowiłam, głównie dlatego, że było strasznie zimno, wejść do przyjemnie wyglądającej japońskiej restauracji z metalicznie lśniącym barem sushi, ozdobionej wiszącymi lampami, które miały przypominać lampiony. Przyszłam w porze popołudniowego bezruchu, po godzinach lunchu. W głośnikach stereo pulsowała cicho muzyka techno. Oszałamiająco piękne kelnerki nakrywały stoliki do kolacji. W odległym kącie sali dostrzegłam jakichś mężczyzn na spotkaniu biznesowym połączonym z lunchem; przed nimi na stoliku leżało pełno papierów. Bezmyślnie wręczyłam swoje CV wiotkiej japońskiej hostessie i wyjąkałam kilka słów na temat tego, że właśnie przeniosłam się do miasta. Podziękowałam jej i odwróciłam się w stronę drzwi. Nie miałam wątpliwości, że nie pasuję do tego miejsca.

- Zaraz, poczekaj chwileczkę - ktoś zawołał.

Jeden z mężczyzn wstał od stolika w rogu i poszedł za mną w stronę wyjścia. Wyglądał młodo, tuż przed trzydziestką, miał ciemne włosy, wystające kości policzkowe i mocno zarysowaną dolną szczękę, trochę jak u superbohatera z komiksów.

- Szukasz pracy? - spytał.

- Aha, tak - powiedziałam.

- W porządku - odparł. - Znalazłaś.

Okazało się, że tym mężczyzną był Rob Swiderski, menedżer nocnego klubu o nazwie Drink, który znajdował się kilka przecznic od japońskiej restauracji i należał do tego samego restauratora. Rob proponował mi pracę kelnerki podającej koktajle.

Miotały mną sprzeczne uczucia. Czułam się wyróżniona. Słyszałam o Drinku od przyjaciół z Red Deer, którzy czasami przyjeżdżali do Calgary, żeby się zabawić, i mówili, że to miejsce drogie i modne. Ale ja chciałam podawać posiłki, a nie drinki. W jakiś sposób wydawało mi się to zajęciem bardziej godnym szacunku.

Kiedy odrzuciłam jego propozycję, Rob się roześmiał.

- Jeśli szukasz pracy, to znaczy, że chcesz zarobić, prawda? - powiedział. - Daj sobie trochę czasu na próbę, tydzień, a nawet tylko jedną zmianę. Jeśli ci się nie spodoba, zawsze możesz odejść.

Wyszłam na mroźną ulicę, umówiwszy się wcześniej, że pojawię się w klubie wieczorem. Nawet nie spytał o moje CV.

Drink położony na rogu wielkomiejskiej ulicy składał się z restauracji i pięciu odrębnych stref, w których oferowano czterdzieści różnych rodzajów martini. Z wysokich sufitów zwieszały się ogromne żyrandole rozświetlone niczym konstelacje. Centrum lokalu zajmowała sala taneczna, z parkietu kilka schodków prowadziło do strefy dla VIP-ów, oddzielonej welwetowymi sznurami. Na jednej zmianie w klubie pracowało około dwudziestu kelnerek; wszystkie były śliczne. Ubrane w szpilki i designerskie sukienki, roznosiły drinki na małych, okrągłych tacach z gumową powierzchnią mającą zapobiec rozlewaniu się napojów. Kilka przedstawiło mi się, ale większość nawet nie spojrzała w moim kierunku. Wkrótce się przekonałam, że w Drinku nieustannie pojawiają się nowe dziewczyny, po czym odchodzą: albo dlatego, że nie potrafiły zapamiętać zamówień, albo dlatego, że nie umiały zadbać o wymagany w klubie właściwy wizerunek, który - jak Rob przypominał wszystkim podczas cotygodniowych spotkań załogi - można podsumować krótko: ma być "szykowny i seksowny". Jeśli ktoś wyglądał tandetnie, odprawiano go do domu.

Pod kierownictwem Roba Drink stał się najmodniejszym klubem w mieście; po południu ściągali do niego ludzie z różnych korporacji na drinka po pracy, wieczorem zamieniał się w scenerię seksualnych podbojów i wtedy panowała w nim bardziej fascynująca i swobodna atmosfera. Do Drinka przychodzili po meczach gracze NHL, gwiazdy rocka wpadały po koncertach, naftowi baronowie zaglądali tutaj, by popisać się swoim bogactwem. W weekendy przed lokalem ustawiała się kolejka szeroka na pięć osób, która ciągnęła się wokół budynku i niknęła za rogiem.

Pierwszego wieczoru miałam pracować od dziesiątej do drugiej w nocy. Włożyłam szpilki, zwisające złote kolczyki i najlepszą sukienkę, jaką miałam. Dostałam do ręki tacę i odebrałam instrukcje, w jaki sposób przyjmować zamówienia i drukować paragony, po czym przydzielono mi spokojny rejon w tylnej części klubu. Przez następne kilka godzin roznosiłam chłodne martini i kieliszki wódki, kursując między barem i czterema lub pięcioma stolikami, przy których klienci - większość z nich biznesmeni - dziękowali mi uprzejmie i wręczali swoje karty kredytowe. Pod koniec wieczoru kelnerka o imieniu Kate pokazała mi, w jaki sposób za pomocą komputera mam odliczyć sobie napiwki. W ciągu czterech godzin zarobiłam pięćdziesiąt dolarów, nie licząc pensji; byłam wniebowzięta. Jamie, który nie przepadał za spędzaniem czasu w barach, zrobił niezadowoloną minę, kiedy mu powiedziałam, że przyjęłam pracę kelnerki roznoszącej koktajle, ale uważałam, że powinien przynajmniej docenić, że pieniądze to pieniądze, a zarobek był naprawdę dobry.

- Jak ci poszło? - spytała Kate, zaglądając mi przez ramię. Na widok sumy, jaką zarobiłam, skrzywiła się. - Och - powiedziała. - To okrutne.

Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi.

Jak na moje standardy, stałam się bogata, pracując w Drinku. Kiedy po raz drugi przyszłam do pracy, ponownie przydzielono mi rejon w tylnej części klubu, w którym niewiele się działo, ale wkrótce pojawiła się grupa hałaśliwych maklerów i zaczęli zamawiać butelki Cristalu po trzysta dolarów. Kilka godzin później wracałam do domu, zarobiwszy pięćset dolarów napiwków. W ciągu następnych paru miesięcy awansowałam i zaczęłam dostawać większe rejony oraz zmiany w bardziej ruchliwe wieczory. Kupiłam sobie ładne buty i eleganckie, koktajlowe sukienki. Dobrego wieczoru potrafiłam zarobić siedemset dolarów. Pewnego razu, choć to był wyjątek, zarobiłam tysiąc. Zwitki banknotów trzymałam w słoiku w kuchennym kredensie, a gdy przybyło ich tyle, że się nie mieściły, zaczęłam upychać je w zamrażalniku. Dopiero kiedy pewna kelnerka powiedziała mi, że włamywacze szukają przede wszystkim pieniędzy w zamrażalnikach, pomyślałam, że sensowniej będzie założyć konto w banku.

Zaprzyjaźniłam się z kilkoma innymi dziewczynami, dzięki czemu nauczyłam się, w jaki sposób zręcznie unikać propozycji ze strony podpitych klientów i jak zapracować na dobry napiwek za pomocą uśmiechu i pewnej dodatkowej uwagi. Fascynowała mnie zwłaszcza Priscilla, słynąca w Drinku z wysokich zarobków, która wydawała pieniądze na długie wakacje w egzotycznych krajach. Kiedy ją poznałam, wróciła właśnie z Tajlandii, jak dla mnie, kraju położonym na końcu świata. Priscilla pokazała mi, w jaki sposób dbać o grupę stałych bywalców - dobrych klientów, którzy będą zawsze zamawiać swoje drinki u ciebie - oferując im VIP-owskie traktowanie. Wystarczyło postawić na ich ulubionym stoliku tabliczkę z napisem: "Zarezerwowane" i podawać alkohol nie w plastikowych kubkach, jak było w zwyczaju, ale w ciężkich szklankach przyniesionych z baru na górze.

Przez chwilę po prostu cieszyłam się wolnością, jaką dawało posiadanie pieniędzy. Rzuciłam posadę w sklepie. Jamie w ciągu dnia pracował na różnych budowach w mieście, choć coraz częściej zostawał w domu, żeby spędzać więcej czasu ze mną, zanim wyszłam do klubu. Czasami grał kilka kawałków w kawiarni niedaleko naszego mieszkania podczas sesji otwartego mikrofonu i zawsze zbierał burzliwe oklaski.

Przestał narzekać na moją pracę w Drinku, ale nigdy nie przyszedł, żeby mnie tam zobaczyć. Gotowałam dla nas wczesny obiad, po czym spędzałam prawie godzinę przed lustrem, podczas gdy Jamie siedział w drugim pokoju, czytając książkę albo grając swoją muzykę. Szykowanie się do pracy przypominało w moim przypadku przygotowywanie się przed wyjściem na scenę. Miałam teraz szafę pełną czarnych sukienek i mnóstwo akcesoriów do makijażu. Po paru tygodniach wszystko wydawało się już bardzo łatwe. Wystarczyło włożyć szpilki, możliwie na najwyższym obcasie, ściągnąć z tyłu włosy i pomalować usta i powieki. Nie chodziło o to, żeby wyglądać ładnie, lecz żeby wyglądać olśniewająco; w taki sposób, że mężczyźni będą ciebie pragnąć, a inne kobiety zrobią się zazdrosne, nawet jeśli twoje flirtowanie jest tylko udawaniem. Niektóre dziewczyny pracujące w Drinku wydały kilkumiesięczne zarobki, żeby zrobić sobie piersi, traktując to jako rodzaj zawodowej inwestycji, ale ja wolałam stare sztuczki kelnerek, podpatrzone u koleżanek w przebieralni w Drinku. Na stanik z poduszeczkami wkładałam drugi stanik podnoszący piersi. Czułam się potem, jakbym miała żelazną obręcz opasującą klatkę piersiową, ale kombinacja spełniała swoje zadanie.

Po pracy niektórzy z moich przyjaciół z Drinka szli do innych nocnych klubów, ale ja biegłam do domu, żeby przytulić się do Jamiego pogrążonego we śnie. Nasze życie biegło teraz spokojnym rytmem. Rano chodziliśmy na długie spacery wzdłuż brzegów Bow River. Kiedy Jamie nie pracował, szliśmy na drogi lunch. Niedaleko naszego mieszkania znalazłam księgarnię Wee Book Inn i kupowałam w niej mnóstwo tanich powieści w miękkich okładkach. Po raz pierwszy w życiu miałam w banku prawdziwe pieniądze, wystarczająco wiele, by zafundować sobie rok studiów na uniwersytecie. Właśnie skończyłam dziewiętnaście lat. Wiedziałam, że gdybym poszła tą drogą, musiałabym kupić masę podręczników i ułożyć sobie w głowie jakiś ambitny plan kariery zawodowej, tylko że wcale mnie to nie pociągało. Miałam wrażenie, że jeśli pójdę na studia, wyląduję w końcu w jednym szeregu razem z tymi wszystkimi trzydziestokilkulatkami w kostiumach i garniturach, którzy rankiem pędzili naszą ulicą w stronę swoich biur w szklanych wieżowcach, a dziesięć godzin później pojawiali się w Drinku i wykończeni padali na skórzane barowe stołki, jakby byli po pięćdziesiątce, ze słowami: "Jezus, co za gówniany dzień. Poproszę gimlet, i to szybko".

W tym czasie w moim domu rodzinnym ostatni narzeczony matki - okrutny mężczyzna o imieniu Eddie, z którym żyła w Red Deer - został właśnie zamknięty w więzieniu za wymuszanie haraczu. Podobnie jak moi bracia, odetchnęłam z ulgą. Matka rozstała się z Russellem, kiedy miałam dwanaście lat, ale nadal pociągali ją mężczyźni o gwałtownym usposobieniu. W rezultacie większość okresu nauki w szkole średniej spędziłam u taty i Perry'ego w domu, który kupili w Sylvan Lake. Mark przeniósł się do swoich przyjaciół, podczas gdy Nathaniel został z mamą. Wszyscy ją kochaliśmy, ale ilekroć w jej towarzystwie pojawił się jakiś mężczyzna, ogarniał nas niepokój.

Moja matka, choć była po czterdziestce, nie miała ani jednego siwego włosa. Po zniknięciu Eddiego co kilka tygodni jeździłam autobusem z Calgary, żeby zjeść z nią obiad. Przeniosła się do ślicznego, małego domu w Red Deer, znalazła dobrą pracę w katolickiej agencji pomocy społecznej jako opiekunka w domu zastępczym dla nastolatków z kłopotami. Czytała dużo poradników psychologicznych, starając się nauczyć medytacji. Mówiła, że pragnie odłożyć pieniądze na podróże i że musi zacząć od nowa.

Często żartowaliśmy z Jamiem, że ze względu na swoje dzieciństwo wręcz idealnie nadawałabym się na bohaterkę The Jerry Springer Show - i to nie jednego odcinka, ale raczej całego sezonu. Mama przejawiała skłonność do brutalnych mężczyzn. Ojciec był jednym z niewielu ludzi w mieście, którzy otwarcie się przyznawali, że są gejami. Dziadkowie żarliwie modlili się do Jezusa i mówili językami. Bracia mieli kłopoty z narkotykami. Ja także miałam swoje problemy. Często się głodziłam, starając się zachować linię, i obsesyjnie liczyłam kalorie. Dzieliłam swoje porcje jedzenia na pół, później na ćwierć, a potem zjadałam połowę tego, co zostało. Po kilku dniach bez prawdziwego posiłku załamywałam się i urządzałam sobie ucztę, pochłaniając wszystko, co wpadło mi w ręce, aż wreszcie zmuszałam się do wymiotów. To także należało do kanonu zachowań członków rodziny dysfunkcjonalnej.

Mimo to się staraliśmy. Tego roku, gdy Eddie trafił do więzienia, ojciec zadzwonił do matki i wstępnie zaprosił ją do swojego domu na Boże Narodzenie. Moi rodzice po latach sporadycznych kontaktów w sprawie zajęć szkolnych i nowych butów dla któregoś z nas w końcu zapomnieli o dawnych urazach. Poza tym Perry i mój ojciec wiedli o wiele bardziej ustabilizowane życie niczym przykładna para małżeńska, niż kiedykolwiek przytrafiło się to mojej matce z którymś z jej mężczyzn. Powoli zaczynała to doceniać.

W bożonarodzeniowy poranek mama pojawiła się w drzwiach domu taty i Perry'ego, ozdobionych świątecznym wieńcem i wstążkami w kolorze intensywnej czerwieni, uśmiechając się do mnie i moich braci i przepraszając, że nie stać jej było na prezenty. Przywiozła jednak dla nas wszystkich starannie zaadresowane listy, wydrukowane na kartkach komputerowej papeterii z barwnymi bożonarodzeniowymi świeczkami wokół brzegów. Każde z nas dostało od mamy osobny list, nie wyłączając taty i Perry'ego. Otworzyłam swój i przeczytałam go powoli. Mama opisywała w nim kilka najlepszych wspomnień z naszego wspólnego życia, jasnych i szczęśliwych chwil, kiedy bawiłyśmy się przed lustrem w naszym mieszkaniu w suterenie w Sylvan Lake, robiąc sobie nastroszone fryzury. W liście pisała, że mnie kocha i ma nadzieję, że nigdy nie opuści mnie szczęście i będę miała wspaniałe przygody. Nie wiem, co napisała w listach do innych. Ale wiem, że każde z nas czytało swój list w milczeniu, ze wzruszeniem na twarzy.

Od tego roku zawsze spędzaliśmy razem święta Bożego Narodzenia. Nigdy nie byliśmy rodziną, która blisko trzymała się ze sobą, ale kochaliśmy się wszyscy pewną szczególną, intensywną miłością.

 

3Pojechać gdzieś

- Jamie - powiedziałam - pojedźmy gdzieś.

Pewnego wieczoru pod koniec lata, jakieś dziewięć miesięcy po naszej przeprowadzce do Calgary, rozłożyliśmy sobie koc nad brzegiem rzeki. Czułam się zmęczona i niespokojna. Wcześniej przejrzałam w niedzielnej gazecie ogłoszenia dotyczące podróży - bilet lotniczy dookoła świata za osiemset dolarów, blade fotografie drzew palmowych w odległych miejscach, zorganizowane wyjazdy i przeloty do miast, o których nigdy w życiu nie słyszałam.

Jamie leżał na wznak, obserwując chmury przesuwające się po niebie. Podziwiałam jego prosty nos, gładkość skóry, miodowo-brązową barwę oczu. Był nieprzenikniony, stanowił dla mnie zagadkę. Czasami traciłam cierpliwość w obliczu jego zdolności do przesiadywania godzinami w sklepach z płytami albo z używaną odzieżą, życia bez celu albo tygodni spędzanych bez pracy.

- Gdzie chcesz pojechać? - spytał.

- Gdziekolwiek - odpowiedziałam. - Naprawdę, gdziekolwiek. Chodzi tylko o to, żebyśmy mieli jakiś plan, by dokądś pojechać.

To właśnie lubiłam w nim najbardziej: powoli pojawiający się uśmiech, dłoń z długimi palcami, która z czułością zacisnęła się na moim ramieniu.

- Dobra, umowa stoi - powiedział. - Jedziemy dokądkolwiek.

*

Następnego dnia poszłam do Wee Book Inn i zaczęłam przekopywać się przez stare numery "National Geographic". Tak naprawdę chciałam pojechać do Afryki, ale czułam, że to nie jest wyprawa dla nowicjuszy. Jedyne miejsce, jakie dotąd odwiedziłam poza granicami Kanady, to Disneyland. Pojechaliśmy tam raz z ojcem i raz z mamą, kiedy już wzięli rozwód. Jamie nigdy nie był za granicą. Wyciągnęłam gruby plik magazynów, osunęłam się na podłogę i zaczęłam szukać celu naszej podróży.

Jerozolima? Tybet? Berlin? Co ciekawe, w "National Geographic" za każdym razem opowiadano ten sam rodzaj historii - skupiając uwagę czytelnika na tym, co zaginione albo niezbadane, tajemnicze albo dzikie, nietknięte obecnością człowieka. Zupełnie jakby chciano powiedzieć: "Ty jesteś tu, a my jesteśmy tam". Nie chodziło przy tym wcale o to, żeby z ciebie zadrwić, ale raczej o to, żeby zatknąć gdzieś małą flagę w imieniu tych, co pozostają w domu. Posiadanie numerów tego czasopisma stanowiło wyraz szacunku dla najdalszych granic znanego nam świata, wobec jego drapieżników i ich ofiar. Dzięki temu można było sobie powiedzieć: "Wiem, że to wszystko tam jest, ale teraz dziękuję, wolę zostać w domu".

Dla mnie kryło się w tym także wyzwanie. W jednym z numerów natknęłam się na anonsowany na okładce artykuł poświęcony Boliwii oraz Madidi, niewielkiemu parkowi narodowemu w górnym biegu Amazonki, w którym wielobarwne papugi fruwały wśród mahoniowych drzew. W innym tekście znalazłam fotografie spowitych białą mgłą wodospadów przecinających lasy Paragwaju. Wyciągnęłam stary numer pisma, który miałam kiedyś w dzieciństwie, z opowieścią o magicznym płaskowyżu, gdzieś w Wenezueli, pokrytym kryształami kwarcu i wznoszącym się pionowymi skalnymi ścianami wysoko ponad warstwą chmur; nazywał się Roraima. Same nazwy tych miejsc brzmiały rozkosznie, wydawały się wręcz zmyślone. Rozbrzmiewały w moim umyśle niczym poezja, kiedy wracałam do domu, wypierając proste, nieatrakcyjne sylaby składające się na nazwy miejsc, w których mieszkałam, miejsc, z których pochodziłam. Madidi. Wenezuela. Paragwaj. Decyzja dotycząca celu podróży wydała się oczywista. Nie chodziło o konkretne miasto czy kraj ani wybrzeże. Po prostu kontynent: Ameryka Południowa.

Kilka przecznic od Drinka, przy tej samej ulicy, mieściło się biuro Adventure Travel Company, w środku przy komputerach siedziały dwie kobiety otoczone przez minikoloseum rozłożonych na stojakach połyskliwych folderów reklamujących turystyczne kurorty. Najtańsze bilety lotnicze z Calgary, jakie mogliśmy dostać, były do Caracas, stolicy Wenezueli. Był początek września 2001 roku. Zarezerwowałam dwa miejsca na lot w styczniu i na lot powrotny, sześć miesięcy później, płatne gotówką.

A więc przesądzone. Jedziemy. Wyprawa do Ameryki Południowej stała się zasadą organizującą nasze życie. Co drugie zdanie zaczynaliśmy teraz od słów: "Kiedy pojedziemy na naszą wycieczkę" albo: "Jak będzie się zbliżała nasza wyprawa...". W antykwariacie kupiłam przewodnik Lonely Planet po Ameryce Południowej, gruby jak Biblia, wydany pięć lat wcześniej i noszący ślady intensywnego używania. Razem z Jamiem przeczytaliśmy go sumiennie od deski do deski. Wyobrażaliśmy sobie, jak przedzieramy się przez dżunglę albo porozumiewamy się językiem keczua, wspinając się na ośnieżone szczyty zalane oślepiającym słońcem.

Przeczytaliśmy rozdział poświęcony insektom i wężom oraz żarłocznym owadom, które wżerają się człowiekowi pod skórę, a także pytonom zwisającym z drzew, odczuwając przy tej okazji stosowny niepokój. Przeczytaliśmy rozdział zatytułowany: "Zagrożenia i niewygody", z którego dowiedzieliśmy się, że możemy zostać okradzeni albo obrabowani i pobici, albo oszukani przez kogoś, kto namówi nas na oddanie wszystkich pieniędzy na jakiś nieistniejący sierociniec. Przeczytaliśmy ostrzeżenia dotyczące malarii i oszustów podających się za artystów, a także zwykłych rabusiów napadających na drogach. Cierpliwie pozwoliliśmy naszym rodzicom dać upust swoim obawom dotyczącym wypadków samochodowych i chorób tropikalnych. Wyobrażaliśmy sobie wszystko co najgorsze - albo co w swojej naiwności i niewinności wyobrażaliśmy sobie jako najgorsze - ponieważ wydawało nam się, że takie rozmyślania stanowią niezbędny element przygotowań, uczulający nas na ryzyko nieuchronnie związane z taką wyprawą.

W chwili gdy w mroźny styczniowy poranek 2002 roku razem z Jamiem wyruszałam do Ameryki Południowej, wszystkie zagrożenia związane z życiem na naszej planecie stały się bardziej namacalne niż kiedykolwiek wcześniej. W zamachach z 11 września 2001 roku zginęły tysiące osób. W mediach pojawiały się doniesienia o groźbie epidemii wąglika, fałszywych alarmach, opowieści telewizyjnych specjalistów o rozbudowanym światowym spisku dżihadystów i osi zła. Tuż przed świętami jakiś terrorysta wsiadł na pokład samolotu w Paryżu, po czym, na szczęście bez powodzenia, usiłował zdetonować ładunek ukryty w bucie. Kilka tygodni później Daniel Pearl, reporter "Wall Street Journal", wyruszył w Pakistanie na spotkanie z ludźmi, którzy mieli mieć coś wspólnego z finansowaniem wspomnianej próby zamachu. Został porwany, a potem ścięty przez porywaczy. W ciągu zaledwie kilku miesięcy rzeczy, które wcześniej wydawały się nie do pomyślenia, nagle stały się całkowicie realne.

Mimo to nie zamierzaliśmy zrezygnować. Zgodnie z naszym planem mieliśmy powędrować z Wenezueli do Brazylii, a następnie do Paragwaju. Czekając na płycie lotniska w Calgary na odmrożenie samolotu, starałam się odpędzić od siebie niedobre myśli o śmierci i katastrofie. Ameryka Południowa to nie Bliski Wschód, powtarzałam sobie. To nawet nie Ameryka Północna. Przed wyjazdem składaliśmy i zwijaliśmy nasze ubrania, dopóki plecaki nie zrobiły się twarde jak cegły, żeby było miejsce na rzeczy, które uważaliśmy za niezbędne - dodatkowe butelki środka przeciwko komarom i tubki blokerów promieni słonecznych, mydło do prania, spray przeciwgrzybiczny do butów, a także ogromną butelkę ketchupu oraz torebki z solą i pieprzem, które zbieraliśmy w barach samoobsługowych przez miesiące.

Kiedy przed wyjazdem pojechałam z wizytą do babci, podarowała mi ogromny słoik antybakteryjnego żelu i kilka pojemników Tupperware, które w jakiś tajemniczy sposób zdołałam wszystkie wcisnąć do swojego plecaka. Na pożegnanie dała wyraz radosnej dezaprobacie dla moich planów turystycznych, a zarazem dla mojego upodobania do krótkich spódniczek i pantofli na szpilkach.

- Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że tam nie będziesz mogła tego nosić, wiesz, tych strojów modelki, które tak uwielbiasz - powiedziała, kiedy całowałam ją w policzek.

Ze swojego fotela w głębi salonu ozdobionego starym pianinem i kolekcją ceramicznych róż Grandma Jean's dziadek dodał:

- Mam nadzieję, że w nic się nie wplączecie, bo wiesz, nie mamy dość pieniędzy, żeby w razie czego was wyciągnąć.

Puściłam tę uwagę mimo uszu.

 

4Potwierdzić małą prawdę

Caracas późnym wieczorem w niewielkim stopniu przypominało miasto położone w środku dżungli, jak je sobie wcześniej wyobrażałam. Kierowca naszej taksówki mówił po angielsku i w czasie jazdy pokazywał nam mijane atrakcje turystyczne. W większości budynków na noc pozaciągano story. Za oknem przesuwały się ogromne palmy z koronami liści kołyszących się ciężko nad szerokimi bulwarami. Miasto wyglądało na ospałe, zielone i egzotyczne.

Wydawałoby się, że to była odpowiednia chwila, żeby przytulić się do ramienia Jamiego albo pocałować wnętrze jego dłoni i powiedzieć mu, jak bardzo się cieszę, że w ciągu jednego dnia udało nam się pokonać tę zdumiewającą, wręcz niemożliwą, odległość od lodowato zimnej Kanady aż do wilgotnego upału na innej półkuli. Ale nic takiego nie zrobiłam. Czułam, że to nie jest ta chwila. Byłam przerażona na myśl o tym, co właśnie zrobiliśmy.

Następnego ranka obudziliśmy się w trzygwiazdkowym hotelu w pokoju zarezerwowanym przez nasze biuro turystyczne, znacznie droższym niż wszystkie pozostałe miejsca, w jakich zatrzymaliśmy się podczas tej podróży. Rozsunęłam zasłony i po raz pierwszy spojrzałam na budzące się miasto. Przed oknem zobaczyłam ogromną reklamę pepsi-coli. W oddali ujrzałam drapacze chmur i przelatujące samoloty. Kilka pięter pod nami ludzie siedzieli w samochodach, tępo wpatrując się przed siebie w oczekiwaniu na zmianę świateł na skrzyżowaniu. Ten widok był jakoś dziwnie przygnębiająco znajomy. Nie dostrzegłam żadnych wózków ciągniętych przez osiołka, papug ani muzyków grających na fletni Pana czy uroczych starych kobiet w bluzkach ozdobionych falbankami i w koronkowych chustach na głowie. Tylko powietrze wydawało się inne - gęste i nieco zatęchłe od wilgoci.

Otworzyłam okno szerzej i spojrzałam w dół. Na chodniku kilku mężczyzn o brązowych twarzach, w czapeczkach bejsbolowych, sprzedawało owoce rozłożone na drewnianych skrzynkach: sterty pomarańczy, brzoskwiń, papai oraz kilka gatunków, których nie rozpoznawałam.

- Jamie, chodź, zobacz to! - zawołałam.

Zaglądając mi przez ramię, powiedział:

- Może kupimy trochę?

Jamie zawsze był głodny.

Przypomniałam sobie, co w przewodniku pisano o owocach i warzywach, o tym, że wszystko trzeba skrobać i obierać ze skórki. W tym momencie bałam się bakterii równie mocno, jak obawiałam się terrorystów i bandytów oraz samotności. Podczas całej naszej podróży przez Amerykę Południową zamierzałam jeść wyłącznie starannie ugotowany ryż i fasolę i myć ręce przy każdej okazji. A poza tym mieliśmy nasz ketchup.

- Lepiej nie - odparłam.

Szybko przekonaliśmy się o znaczeniu jednej ważnej prawdy: twój przewodnik, zwłaszcza jeśli ma pięć lat, prędzej czy później zawsze cię zawiedzie. Podczas gdy wszystkie Hiltony i Sheratony ze szwedzkimi bufetami i mariachi grającymi na skraju basenów w piątkowy wieczór przypuszczalnie będą trwać wiecznie, takie miejsca jak Hostel Hermano czy Posada Guamanchi, położone w okolicach, gdzie można wynająć pokój za osiem dolarów, pojawiają się i znikają. Do?a, która kiedyś przygotowywała dla gości poranne churros z krojonego mango i podawała gorącą kawę, pewnego dnia wyrusza w jakąś niekończącą się podróż w odwiedziny do wnuków. Starszy mężczyzna, który prowadzi "przyjazny i doskonały" pensjonat koło stacji autobusowej, przekazuje interes w ręce syna, który mniej troszczy się o obecność pająków i ropuch oraz cieknące prysznice i pleśń na ścianach, a bardziej interesuje się wszystkimi opalonymi turystkami z plecakami, które nie sprawdziwszy aktualności informacji zawartych w swoim przewodniku, pojawiają się późnym wieczorem w jego pensjonacie, zamiast poszukać lepszego miejsca.

W pierwszych tygodniach naszego pobytu w Wenezueli przemierzaliśmy kilometry, oblewając się potem pod ciężarem plecaków, w poszukiwaniu miejsc, gdzie można korzystnie wymienić pieniądze, albo dwugwiazdkowych posadas, które w międzyczasie zdążyły przekształcić się w salony masażu albo warsztaty naprawy motocykli. Godzinami wyczekiwaliśmy w palącym upale na przystankach autobusowych tylko po to, żeby w końcu się dowiedzieć, że wtorkowy popołudniowy autobus do Caripe odjeżdża teraz w piątek rano.

W końcu zorientowaliśmy się, że najbardziej wiarygodne informacje można zdobyć od innych turystów: obładowanych bagażami Brytyjczyków, Niemców albo Duńczyków, którzy przy kolejnych butelkach zimnego piwa ochoczo snuli swoje opowieści o niewygodach i nieoczekiwanych wypadkach. Oganialiśmy się od moskitów i wymienialiśmy nasze bardzo subiektywne wiadomości. Ana z Portugalii znała jakieś dobre miejsce, gdzie można oddać rzeczy do prania. Australijczyk o imieniu Brad wrócił właśnie z oszałamiającej wyprawy do Angel Falls i mówił, że poleca wszystkim swojego przewodnika.

Martwienie się wymagało zbyt wiele wysiłku. Kiedy spodziewany autobus nie przyjechał albo wentylator na suficie okazywał się zepsuty, albo gdy pewna Szwedka namówiła nas, żebyśmy przyłączyli się do niej i dziewięciorga innych turystów, którzy złapali właśnie okazję i wyruszają w nocny rejs na Trynidad, i w końcu wszyscy leżeliśmy pokotem na zwodniczo kołyszącym się pokładzie łodzi, cierpiąc na chorobę morską, uświadamiałam sobie, że niewiele możemy na to wszystko poradzić. Podróżowanie przynosiło ukojenie mojej niespokojnej duszy. Co nie znaczy, że potrafiłam całkowicie się rozluźnić. Kiedy w nieprzeniknionych ciemnościach wczesnego poranka wylądowaliśmy wreszcie w Port of Spain na Trynidadzie, ubrudzeni wymiocinami i udręczeni gwałtownością oceanu, władze portowe jeszcze na pokładzie zakuły kapitana łodzi w kajdanki, a całą naszą grupę odprowadziły do aresztu, ponieważ nie mieliśmy wiz. W tym momencie naprawdę zaczęłam nerwowo łkać.

Ale dzięki temu, że znajdowałam się w ciągłym ruchu, nabrałam większej swobody w podejściu do świata w sposób, jakiego nie doświadczałam wcześniej. Przede wszystkim złagodziłam rygory dotyczące jedzenia owoców. Oferta była zbyt bogata, sprzedawano je praktycznie na każdym rogu. Jedliśmy pożywne banany i słodkie, zielone gujawy. Scyzorykiem dobieraliśmy się do wnętrza świeżych melonów i wyjadaliśmy cukierkowo słodki, miękki żółty miąższ gravioli. Pozbyliśmy się też częściowo zawartości naszych plecaków. Rozdaliśmy wieśniakom naczynia Tupperware, w jakimś brudnym hostelu zostawiliśmy antybakteryjny żel w słoiku Grandma Jean's i rozdaliśmy mnóstwo ubrań.

Ciemne włosy Jamiego, rozjaśnione przez słońce, nabrały miedzianego połysku, jego skóra po wielu dniach spędzonych pod gołym niebem zrobiła się brązowa. Sama byłam opalona i czułam się pełna energii, jak gdybym urodziła się do życia w takim klimacie. Pod wpływem słońca na mojej twarzy ponownie pojawiły się piegi, które miałam w dzieciństwie. Wybieraliśmy z Jamiem najbardziej intrygujące pocztówki i wysyłaliśmy je do domu, ogłaszając wszem wobec, jak bardzo wszystko jest cudowne i wspaniałe. Na wyspie Margarita, położonej u północnych wybrzeży Wenezueli, znaleźliśmy szerokie plaże z białym piaskiem i wysokimi palmami, które szumiały cicho w morskiej bryzie. Na tydzień rozbiliśmy nasz żółty, dwuosobowy namiot na podwórku taniego hotelu. Za połowę opłaty za pokój mieliśmy prawo do korzystania z łazienki, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze wydawaliśmy na kanapki z mięsem rekina i tani rum.

Zaprzyjaźniliśmy się też z pracującą w recepcji miejscową dziewczyną, która każdego popołudnia odbierała od nas pieniądze za pobyt; schowała nasze paszporty w hotelowym sejfie i sprzedawała nam butelki wody oraz złotawe empanady, pierożki nadziewane pikantnym serem. Przynosiła je w papierowej torbie ze swojej wioski. Była mniej więcej w moim wieku, koło dwudziestki, i nazywała się Peggy. Miała okrągłe policzki, nieśmiały uśmiech i nosiła mocno wydekoltowane topy oraz długie spódnice. Mówiła dość bogatą angielszczyzną, choć z pewnym wysiłkiem. Jej wioska leżała w odległości jakichś dziesięciu kilometrów.

- Może byście się tam wybrali? - powiedziała Peggy pewnego wieczoru, kiedy przechodziłam przez hol ze szczoteczką do zębów i pudełeczkiem na szkła kontaktowe. - Moglibyście poznać moją rodzinę. Ugotowalibyśmy coś dla was.

Z perspektywy czasu wyprawa nie wydaje się skomplikowana - wziąć taksówkę do wioski Peggy i spotkać się z jej liczną rodziną, wszystkimi tíos i tías, małymi bosonogimi braćmi i kuzynami, a potem pójść z nią na plażę położoną nieopodal, zaledwie pięciominutowy spacer ścieżką wśród zarośli, na której moglibyśmy rozbić nasz namiot za darmo. Ale wtedy czuliśmy się jak odkrywcy nieznanych lądów. Olśniewająca plaża w kształcie półksiężyca, z białym piaskiem otoczonym łukiem drzew palmowych, leżała na skraju ocienionej zatoczki. Wydawała się dziewicza, bez śladu ludzkiej obecności - żadnych kapsli od butelek na piasku ani łodzi zacumowanych przy brzegu. W porze kolacji Peggy przyniosła porcję gumowatych empanadas i krojonego ananasa, po czym nas zostawiła sam na sam z niebem przybierającym w lekkiej wieczornej bryzie barwę fioletu. Poczucie, że znaleźliśmy się kompletnie sami na krańcu świata, było niesamowite i ekscytujące. Razem z Jamiem brodziłam w ciepłej wodzie, obserwując ławice małych, błękitnawych rybek migających na płyciźnie. Gdybyśmy mogli wznieść się w górę i spojrzeć na siebie, trudno byłoby nam się rozpoznać - jakaś młoda kobieta i jakiś młody mężczyzna w podręcznikowym niemal obrazie raju, niezmierzający donikąd, szczęśliwi i całkowicie samotni.

Jednocześnie uświadomiłam sobie, że staliśmy się także całkowicie nieuchwytni, że nie zdając sobie z tego sprawy, opuściliśmy sieć szlaków, jakimi podążają turyści. Wioska Peggy nie była wymieniana w żadnym przewodniku. Nie powiedzieliśmy nikomu, dokąd jedziemy. Moja radość szybko się ulotniła i zaczęłam intensywnie rozmyślać o naszym nieuchronnym zniknięciu. Policja w końcu dotrze do hotelu, w którym zatrzymaliśmy się ostatnio, i odnajdzie kierowcę taksówki, która nas tu przywiozła. Kierowca zaprowadzi ich do wioski. Mieszkańcy skierują policjantów do Peggy, a ona opowie im o plaży. Wtedy policjanci odnajdą na piasku nasze od dawna martwe ciała i strzępy namiotu, ponieważ razem z Jamiem zostaliśmy jednocześnie porażeni piorunem albo wciągnął nas w głąb morza silny prąd, a potem fale wyrzuciły ciała na brzeg. Ale przypuszczalnie to będą bandyci, a bandyci będą mieli dość rozsądku, aby najpierw odprowadzić nas do lasu, zanim nas obrabują i zabiją, po czym pogrzebią nasze ciała, których już nikt nigdy nie znajdzie.

Zasypiałam tej nocy niepewna i przerażona ze strachu, przytulając się mocno do pleców Jamiego, który spokojnie zapadł w sen, i podrywałam się za każdym razem, gdy wiatr mocniej poruszył koronami drzew albo jakaś żaba odezwała się w głębi lasu. Pomyślałam, że tak właśnie wygląda życie na krańcach świata niczym na ostrzu noża, między przerażeniem a zachwytem.

Wczesnym rankiem obudziły mnie promienie słońca przebijające się w głąb namiotu, powietrze było duszne i parne. Jamie pocałował mnie w czoło.

Przeżyliśmy. Oczywiście.

Czułam, że otwiera się przede mną jakieś nowe życie, zwłaszcza że jedna długa podróż autobusem prowadziła do drugiej, a potem trzeciej, w miarę jak zanurzaliśmy się w głąb Wenezueli zgodnie z luźno zarysowanym planem, ale bez ściśle określonego programu. Efekt był narkotyczny. Patrzyłam na przesuwające się za oknem autobusu krajobrazy splątanych zarośli i gęstych tropikalnych lasów, na których tle od czasu do czasu migał obraz szkarłatnej ary albo niewielkiej wioski leżącej na skraju plantacji kakaowców.

Ostatni autobus dowiózł nas do miasteczka, które nazywało się Santa Elena de Uairén, niedaleko granicy z Brazylią. Znaleźliśmy jakiś hostel i spaliśmy pod osłoną moskitiery w pokoju pomalowanym na jaskrawy odcień turkusu. Następnego ranka, po chwili targowania się, wynajęliśmy przewodnika z indiańskiego plemienia Pemon i wyruszyliśmy w stronę gór.

Po dwóch dniach wędrówki krętym szlakiem, niemal stale pod górę, ujrzałam wreszcie to, co nas tu sprowadziło: widok ze szczytu góry Roraima, stanowiącej nie tyle górę, ile zdumiewająco ogromny płaskowyż o długości piętnastu kilometrów, smaganą wiatrami płytę piaskowca tak wysoką i rozległą, że panował na niej swoisty mikroklimat. Pionowe ściany płaskowyżu opadały kilkaset metrów w dół ku leżącej u jego podnóża dżungli, gdzieniegdzie przecinane przez nitki wodospadów. Przez pięć miesięcy patrzyliśmy w małym mieszkaniu w Calgary na zdjęcia Roraimy rozłożone na stoliku, fotografie ogromnego płaskowyżu spoglądały na nas ze stron naszego najcenniejszego numeru "National Geographic". A teraz znaleźliśmy się po drugiej stronie lustra. Niczym postaci rodem z literatury fantastycznej wspinające się po stokach obrazu, który stał się trójwymiarowy. Wokół nas migotały tysiące różowych kryształów kwarcu rozsianych na zboczach doliny; widzieliśmy barwne kolibry i malutkie, czarne, jakby prehistoryczne żaby, które tak nas zdumiewały na fotografiach.

- Możesz w to uwierzyć? - usłyszałam, jak powtarzam raz po raz. - Możesz w to uwierzyć? To nie do wiary.

Siedzieliśmy na skalistym skraju ogromnego płaskowyżu, nasze stopy kołysały się nad przepaścią. Siedzieliśmy bez słowa. Poniżej chmury wirowały w kępkach i spiętrzeniach, tworząc zjawiskowo białe ogrodzenie, które odcinało nas od świata leżącego w dole. Zupełnie jak gdybyśmy przycupnęli na skraju kotła czarownicy albo usiedli na dziobie ogromnego okrętu płynącego gdzieś pośrodku bajkowego oceanu. Widziałam to miejsce na zdjęciach w czasopiśmie, a teraz sami się w nim znaleźliśmy, kompletnie w nim zanurzeni. Udało nam się potwierdzić małą prawdę. Niczego więcej nie potrzebowałam wtedy do życia.