Rozdział 0
0
LICZYŁ JUŻ KAMIENIE NA PROMENADZIE. Zaczęło się tydzień wcześniej,
właściwie przed Bożym Narodzeniem. Jeden kamień dwa trzy cztery pięć
dwadzieścia sto. Wydawały się większe, gdy słońce zaczynało chylić się
ku brzegom Maroka po drugiej stronie morza, gdy jego cień wyginał się
nad nadmorską promenadą, do falochronów na wschodzie. Znów zaczynał
liczyć kamienie. Czas wracać do domu.
Las od razu przechodził w pustynię. Nadal nosił karabin, wciąż ten sam -
Husqvarna - z którego zastrzelono dwadzieścia dzikich zwierząt, może
sto. Szedł przez miasto. To było jego miasto. Tam był u siebie. Tam był
myśliwym pełną gębą. Brakowało mi tego - powiedział do mężczyzny,
którego minął przed Nordstan1. Mężczyzna miał na sobie
skórzaną kurtkę, czapkę, rękawice, grube buty. A więc była zima. Wskazał
na karabin. W nikogo nie mierzył, po prostu szedł ulicami i trzymał broń
przed sobą. "Fajnie, że wróciłeś!", zawołał mężczyzna. "Udanego
polowania. Bestii jest tu aż nadto!". Słyszał krzyki dobiegające z przepaści, przed nim, z tyłu i po bokach. Boże, jak mi tego brakowało.
Krzyczał, nie przestawał krzyczeć, dopóki Angela nim nie potrząsnęła.
Wtedy wrócił do rzeczywistości.
Właściwie to nie była zima. Tam w ogóle miało nie być zimno, o to
właśnie chodziło.
- Styczeń, idealna pora na powrót do Göteborga - powiedziała. -
Rewelacyjna pogoda.
- Wiem - odparł. - Dlatego chcę zaczekać do lutego.
- Bez różnicy, też będzie do dupy - powiedziała. Nie uśmiechała się. Nie
było w tym nawet cienia żartu. - Co cię tak ciągnie do powrotu, te
koszmarne sny?
- Tak.
- Eriku, powinieneś z kimś porozmawiać.
- Rozmawiam z tobą.
- Zachowujesz się czasem jak mały uparty chłopiec.
- Wszyscy nosimy w sobie kolejne etapy swojego życia - odparł.
- Ale nie musimy wszystkich uzewnętrzniać.
- Angelo, jesteśmy tu od dwóch lat. Ja... ja nie wiem...
- Moglibyśmy poczekać do lata. Czy nie o to chodzi? Żeby nie wracać do
Göteborga w styczniu?
- W lutym.
- Cojones Eriku.
- Przeklinasz po hiszpańsku. Jesteś w swoim żywiole.
- Zgadza się. Dokładnie o tym rozmawiamy.
- Cojones - powiedział.
- Lilly spytała kilka dni temu, co to znaczy. I jeszcze co znaczy
conjo.
- I co jej powiedziałaś?
- Prawdę.
- Wy, lekarze, nie macie cienia delikatności.
- Bo za dużo się napatrzyliśmy - odparła. - Ty też za dużo się
napatrzyłeś.
- Wiem. Tylko że... ja już nie mogę. To nie narkotyk. Chodzi o co innego.
- Boże drogi.
- Zresztą Bergen jest gorsze. Bergen zimą to najgorsze miasto na
świecie.
- Co ma do tego Bergen? Jak się tam znaleźliśmy?
- Odbyłem podróż w wyobraźni.
- Więc mam się cieszyć, że nie pojadę do Bergen? Że zamiast tego pojadę
do miasta, które zimą jest ździebko lepsze od Bergen?
- Właśnie, masz się cieszyć jak cholera - odparł.
Siedzieli na balkonie. Było już późno. Dziewczynki spały. Elsa zasnęła
przed chwilą, a Lilly wiele godzin temu. Nie słyszały szumu
rozciągającego się w dole starego miasta. Winter też nie słyszał. Na tym
między innymi miało polegać ich nowe życie. Mieli się wtopić w hiszpańskie miasto. Po jaką cholerę miałby wracać do dawnego życia na
północy, do śmierci na północy?
- Jestem jeszcze na to za młody - powiedział. - Za młody na emeryturę.
Wiesz, że kiedyś byłem najmłodszym komisarzem w szwedzkiej policji
kryminalnej?
- Chyba gdzieś o tym czytałam.
Podniósł kieliszek do ust. Wino miało smak żelaza i ziemi. Lokalne, z tych tańszych, ale i tak lepsze od win z północy. Ziemia w Andaluzji
jest czerwieńsza.
- I chcesz odejść jako jeden z najstarszych?
- Nie wiem. Chyba nie.
- Teraz jest jeszcze niebezpieczniej niż za czasów twojej młodości.
- Wciąż jestem młody.
- Przestępczość w Göteborgu osiągnęła światowy poziom. Za czasów twojej
młodości tak nie było.
Nie odpowiedział. Miała rację. W ciągu ostatnich piętnastu lat
wykonywania swojego tak zwanego zawodu wiele razy był bliski śmierci.
Tak zwanego powołania. Zawsze było bardzo niebezpiecznie. W tym rzecz.
Wypił łyk wina. Nie czuł się pijany. W kraju, w którym wino leje się bez
końca, nie można się upić.
- Nie wiem dlaczego - powiedział. - Wiem tylko, że jeszcze z tym nie
skończyłem.
- Nie zamierzam zrzędzić. Nigdy tego nie robiłam.
- To prawda.
- Dwa lata temu o mało nie utonąłeś w basenie - powiedziała.
- Nie zapomniałem o tym.
- Co będzie następnym razem?
- Nie będzie następnego razu.
- Jak mam to rozumieć?
- Chcesz jeszcze wina? - Sięgnął po butelkę, drugą tego wieczoru.
- Ja nie jadę - powiedziała. - Ja i dziewczynki nie pojedziemy. Elsa
musi dokończyć drugą klasę.
- Oczywiście.
- A może i trzecią.
- Oczywiście.
- Wciąż nie możesz wydorośleć. - Wstała i wyszła do pokoju. Nie zamknęła
za sobą balkonu.
Patrzył, jak idzie po kamiennej podłodze. Przyjemnie chodzić boso po tej
podłodze, pomyślał, zwłaszcza odkąd założyliśmy ogrzewanie podłogowe.
Ludzie myśleli, że zwariowaliśmy.
Nasłuchiwał odgłosów nocy. Nie było wśród nich żadnego, którego by nie
znał. W uszach miał szum, ale przyzwyczaił się; taka ścieżka dźwiękowa
towarzysząca myślom.
Wstał i poszedł do pokoju Lilly. Kamienna podłoga była chłodna, ale nie
zimna. Nigdy nie była zimna. Lilly pochrapywała. Odwrócił ją delikatnie
na bok i poszedł do pokoju Elsy. Niewyraźnie wymamrotała coś przez sen,
ale nie dosłyszał. Wyszedł. Na dworze już zapowiadał się świt. Otworzył
balkon i wyszedł. Pachniało igliwiem, piaskiem, kamieniami, solą i benzyną, jakby las, pustynia, morze, miasto i góry stanowiły jedną
całość. Wrócił do pokoju, ale nie zamknął drzwi balkonowych. Na stoliku
przed kanapą leżała okładka do CD, Pharoah Sanders, Save Our Children.
Słuchali tego wieczorem. Jazz z Afryki. Ocalcie nasze dzieci. Przeszył
go dreszcz, jak od wiatru od Morza Śródziemnego. Wiedział, że gdy wróci
na północ, stanie się coś potwornego, coś, czego jeszcze nigdy nie
przeżył. Przyciągało go. Czekało na niego.
Rozdział 1
1
TO BYŁO DROBNE OGŁOSZENIE w rubryce zwierzęta: mały pies, małe
ogłoszenie. Coś o tym, że to szczenię rasy mieszanej. Zadzwonił,
odebrała kobieta. Podała adres. Nie bardzo wiedział, gdzie to jest, ale
nie spytał. Gdzieś w południowej części miasta, można sprawdzić. Nie
miał GPS-u, ale na końcu książki telefonicznej są mapki poszczególnych
dzielnic. Pytanie, jak długo tam pozostaną. Wkrótce wszystko będzie
zapisywane w wersji cyfrowej. Nie narzekał, bo nie ma sensu narzekać,
biadolić, nikt się tym nie przejmuje. Tylko idioci narzekają.
Powiedziała, że zadzwonił jako pierwszy. Dziwne, można by przypuszczać,
że telefony będą się urywały. Ludzie nie mają nic innego do roboty, ale
wiele osób nie lubi mieszańców, on też. Chociaż pies to jednak co
innego. Jeśli teraz przyjedzie, będzie miał pierwszeństwo.
Nic o tym nie powiedział Liv.
- Pojadę na Frölunda torg2, potrzebny mi śrubokręt gwiazdkowy.
Samo mu się tak powiedziało. Miał całe mnóstwo śrubokrętów gwiazdkowych,
w samochodzie też. Coś trzeba było powiedzieć. Uwierzyła. W sprawie
narzędzi miał ostatnie słowo.
- Nie potrzeba nic do domu? - spytała.
- Nie wiem.
- Sprawdzę - powiedziała.
Słyszał, jak idzie do kuchni i otwiera lodówkę. Znów zgrzytnęły drzwi.
Pewnie, kto by się przejmował, chociaż akurat teraz się przejął. Po
powrocie naoliwi zawiasy. Może nawet któryś wymieni. Ma odpowiednie
narzędzia.
- Mógłbyś kupić jeden kefir i jedno mleko! - zawołała. Do Frölunda torg
po jeden kefir i jedno mleko, pomyślał. A on się nawet nie wybiera w tamtą stronę.
- Okej - odparł.
- Mógłbyś wypożyczyć jakiś film! - zawołała. Nie odpowiedział.
- Słyszałeś?
- Nie jestem głuchy. A co byś chciała?
- Żeby nie było żadnego okropieństwa.
Nad Näset3 krążyło kilka mew. W bladym słońcu wydawały się czarne
jak kruki. Wisiało nad szkierami, wątłe i nieśmiałe jak
dwudziestopięciowatowa żarówka. Ale zawsze, chociaż to zima. Niebo było
matowe i mgliste. Mało śniegu. Suche drogi, nie ma co narzekać. Spojrzał
na siebie we wstecznym lusterku.
- Nie narzekam - powiedział.
Skręcił w stronę Billdal, potem w prawo, w kierunku wysp Amund. Ze
wzniesienia zobaczył morze. Zatoka wyglądała jak obraz: czerń, biel,
trochę żółci i błękitu.
To musi być w pobliżu Stora Amundö. Zaparkował koło placu, na którym
zimowały jachty. Na tablicy napis: MARINA AMUNDÖ. Był tu już, wiele
razy. Przyjrzał się mapie. To niedaleko. Minął duży parking i ruszył
wąską drogą. Domy stały tak, jakby się ukrywały przed morzem, każdy
osobno. Było to wciąż miasto, ale jednak co innego. Odgłosy miasta tam
już nie dochodziły. Więcej lasu niż morza, ale pachniało morzem. Jeszcze
raz sprawdził adres. Numer się zgadzał, to ten dom, drewniany, zbudowany
dość niedawno. Musiał być drogi, chociaż na taki nie wyglądał. Na
skrzynce, starodawnej, z zielonego plastiku, nie było nazwiska. Podobała
mu się, bo te nowe, blaszane, na zamek, są groteskowe, wielkie jak domy
letniskowe i jeszcze z daszkami. Nacisnął przycisk. W domu rozbrzmiał
sygnał przypominający raczej ryk wiertarki niż dzwonek. Usłyszał głosy,
chyba dzieci. Szczekanie psa. Dobrze trafił. Kobieta wyglądała na mniej
więcej tyle lat, ile jej dał, sądząc po głosie. Nie była ani młoda, ani
stara. Miała na sobie koszulę i dżinsy. Jego wzrok przyciągnęły czerwone
skarpetki. Na wysokości jej kolan zobaczył małą twarzyczkę i oczy.
Patrzyły na niego tak, jak się patrzy na kogoś niebezpiecznego,
wstrętnego. Tak pomyślał.
Szczeniak biegał mu koło nóg. Mały łepek. Zdziwiły go długie łapy, ale
kompletnie się nie znał na psach.
- Pan Christian... Runstig? - spytała.
- Tak. Pani Sandra?
Przytaknęła.
- A to Lassie - powiedział i kiwnął głową na szczeniaka. Pies pobiegł w głąb przedpokoju. Bawił się.
- Ona się nie nazywa Lassie - zaprotestowała mała twarzyczka.
- Żartowałem - powiedział. - A jak się nazywa? Dziecko nie
odpowiedziało. Twarzyczka zniknęła. Usłyszał kroczki na podłodze,
cichutkie, jakby spadały liście. Oczyma wyobraźni zobaczył liście
niesione wiatrem nad podłogą przez przedpokój i dalej przez wszystkie
pokoje.
- Dzieciom jest przykro - powiedziała kobieta.
- Rozumiem - odparł. Tak mu się wydawało. Wiedział, że dzieci lubią psy,
może nawet wszystkie zwierzęta. Lubienie zwierząt leży w naturze dzieci.
Niektóre wyrywają nogi muchom, ale to mniejszość. Lepiej lubić zwierzęta
niż ludzi. Zwierzęta zawsze są niewinne.
- Jest u nas dopiero od tygodnia - odezwała się. - Ale już drugiego dnia
dostałam wysypki.
Nie widział żadnej wysypki, ale to pewnie prawda, dlaczego nie?
- To przykre - zgodził się.
W głębi rozległ się krzyk dziecka. Chyba bardzo małego.
- Mała się obudziła - powiedziała kobieta.
- Ile... państwo mają dzieci?
- Troje. - Kobieta spojrzała za siebie, potem znów na niego. - Nigdy nie
przypuszczałam, że mogę mieć alergię na sierść. W każdym razie psią.
Albo akurat tego psa.
Wydawało mu się, że się uśmiechnęła.
- Nie sposób tego przewidzieć - odparł.
- Jak byłam młodsza, nic takiego się nie działo. O ile mi wiadomo, nigdy
nie byłam na nic uczulona.
Psiak wybiegł na schodki, potem wpadł z powrotem do domu. Mały, ale z dużym ozorkiem. Gdzieś czytał, że ten wystający ozór ma coś wspólnego z oddychaniem. Człowiek nie mógł być dla niego aż tak ważny, żeby miał
wywalać na niego język.
- To mieszanka labradora z border collie - powiedziała.
- Podobno border collie nie uczulają, ale może to chodziło o pudle.
Zaśmiał się.
- Dla mnie rasa jest bez znaczenia - powiedział.
- Mam nadzieję, że pan... że państwo ją polubią.
Za nim ulicą przejechał jakiś samochód. Nie obejrzał się za siebie.
Odgłos wskazywał na to, że samochód odjechał w stronę morza. Prószył
rzadki śnieg. Padał z pustego i bezbarwnego już nieba.
- To będzie niespodzianka dla żony - powiedział.
- W takim razie oby się nie okazało, że ma alergię.
- Wiem, że nie ma.
- Proszę, niech pan wejdzie.
- To nie potrwa długo - powiedział.
Rozdział 2
2
WINTER PRZESZEDŁ PRZEZ PRÓG, którego właściwie nie było. Budynek policji
został zmodernizowany, dostosowany do nowych czasów. Sporo się wydarzyło
w ciągu tych dwóch lat. Jego miejsce na parkingu znikło w jakiejś
dziurze. Po prostu zbrodnia. Tu kiedyś był dom jego mercedesa. Padał
śnieg. Zakrył krater, i bardzo dobrze.
Jadąc na górę, spojrzał na swoją twarz w lustrze. W chłodnym świetle
windy wyglądała na postarzałą. Zobaczył na niej groźną zapowiedź
starości. Na razie tylko zapowiedź, tak jak powinno być. W wieku
pięćdziesięciu dwóch lat ma się taką twarz, na jaką się zasługuje. W lustrze widział ściany windy. Wyglądała jak cela, jak zwiastun tego, co
go czeka. Wy, którzy wchodzicie. Lustro wyglądało na nowe. Był przy
zdejmowaniu starego. Pewien zatrzymany zranił się, czy raczej próbował
się zranić. Ale teraz ktoś postanowił inaczej, ktoś próżny. Bez
niepokoju o przyszłość. Może to Halders.
Ściany wydziału te same co dawniej, chociaż nazwa się zmieniła: wydział
zabójstw, WZ. Miały nieokreślony kolor kojarzący się z domem towarowym
albo z izbą tortur. Boże, jak on nienawidził tego koloru bez koloru.
Między innymi dlatego zostawił to całe gówno. Powód błahy, ale znaczący.
Pozostałe powody zostawił na dnie basenu w Nueva Andalucía.
Ale tu jest przyszłość. To jego decyzja, on tu decyduje. To jego ściany,
jego korytarze, jego pokój, jego widok z okna. Jego grupa. Jego myśliwi.
Zapukał do otwartych drzwi salki konferencyjnej. Siedzący przy stole
odwrócili się do niego. Większość znał, dzięki Bogu.
- Syn marnotrawny - odezwał się Fredrik Halders. Podszedł i uściskał go.
To, że Halders kogoś uściskał i że tym kimś był mężczyzna, mogło mieć
związek z przebudową gmachu. Tu i ówdzie nastąpiło jakieś poluzowanie,
twarde stało się miękkie.
- Gdyby był synem marnotrawnym, który zbłądził, toby go tu nie było -
powiedziała Aneta Djanali. Ona też wstała.
- Witamy w KGB - powiedział Halders, cofając się o kilka kroków. - Albo
w GRU. Zresztą cały budynek ma dostać nową nazwę. Zgadnij jaką.
- Łubianka? - spróbował Winter.
- Zgadłeś! - Halders cofnął się jeszcze o krok. - Wiesz, Eriku,
myślałem, że bardziej utyjesz.
Pierwszym świadkiem był Robert Krol. Już kilka godzin po odkryciu
zbrodni opowiedział Winterowi, co się wydarzyło, kiedy jak co dzień
przed południem spacerował dróżkami prowadzącymi w dół, do morza, a potem na wzgórza i ścieżką koło domów.
Od godziny znów padał śnieg, takie same wielkie płatki jak kilka dni
wcześniej. Wcale mu się to nie podobało. Skoro nie spadł do sylwestra, i potem też, to mogłoby tak już zostać, bo wkrótce i tak będzie wiosna,
prawda? Ziemia nie tęskni za tą bielą, skoro nawet w grudniu jej nie
było. Dzieciom może się podobać, ale przecież to Göteborg, tutejsze
dzieci są przyzwyczajone do tego, że zimą nie ma śniegu. Dla tych, co
chcą na niego popatrzeć, są góry. On nie musi. Jego kolory to zieleń i błękit. Po placu zabaw przy skrzyżowaniu ścieżki rowerowej z Amundövikslinga, przy której mieszkał, biegały dzieci. Kilkoro
wdrapywało się na wieżę. Wyglądała jak mostek kapitański na statku. W każdym razie jemu przypominała mostek. Nawiązywała do otoczenia: z jednej strony zatoka, z drugiej morze.
Na drodze, którą szedł, było pełno błota pośniegowego. Ślady kół
skręcały raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby kierowca miał promile we
krwi. Pomyślał sobie: jak dobrze, że włożył kalosze. Inne buty po takim
spacerze byłyby zupełnie zniszczone. Śnieg wciąż padał, ale płatki były
teraz mniejsze i twardsze. Zrobiło się zimniej. Zresztą czuł wiatr przez
kurtkę. Temperatura spadła z szybkością zrzuconego z góry kamienia.
Zamarzające koleiny w śniegu wyglądały jak brudne fale, zastygłe w drodze na ląd.
Ze skrzynki na listy przed domem Sandry wystawało kilka gazet. Stary
typ, bez zamka. Zmoczone, zaśnieżone, wyglądały bardzo smętnie. Zauważył
je, gdy schodził w dół, do mostu Amundö. Podszedł, żeby je wcisnąć do
skrzynki, ale nie dało się. Były sztywne od mrozu. W skrzynce już była
jakaś gazeta. I poczta. Trzy gazety z trzech dni. Sandra mogła wyjechać
z dziećmi, może do Jovana. Pewnie już ma mieszkanie, a nie ciągle te
hotele. Chyba mu mówiła, jak kiedyś wpadli na siebie - kiedy to było? -
że zamieszkał na stałe w Sztokholmie. Nie wyglądała na zachwyconą, ale
kto by się cieszył w jej sytuacji? Pamięta wszystko, co się wydarzyło, i to, co było niedawno, i to, co pół wieku temu. Wszystko pamięta.
Od trzech dni przychodził tam każdego przedpołudnia, a jej volvo 70 cały
czas stało. Nigdy nie wprowadzała samochodu do garażu, gdy była w domu
sama z dziećmi. Pewnie nie ma odwagi. Kobiety raczej boją się wjeżdżać
samochodem do garażu. Pewnie mają jakiś problem z oceną odległości albo
ze zmysłem orientacji. Z czego to wynika? Samochód stał tak od dawna.
Był na nim i stary, i nowy śnieg. Jak się dostała do miasta? Chyba przez
te trzy dni musiała robić jakieś zakupy? Z trojgiem dzieci bez samochodu
nie sposób się stąd wydostać. Rozejrzał się. Wszedł na posesję, podszedł
do drzwi i zadzwonił. Słyszał, jak dzwonek odbija się między ścianami
jak echo. Można by sądzić, że dom jest większy niż w rzeczywistości,
jakby go zbudowano z kamienia, a nie z drewna. Zadzwonił ponownie. Nikt
nie otwierał, nie było słychać kroków. Jeszcze raz nacisnął dzwonek. Był
zimny, jeszcze trochę, a palec by mu przymarzł. Obejrzał się za siebie.
Dzwonek brzmiał jakoś martwo. Wydało mu się, że słyszy krzyk. W środku
krzyczało dziecko. Zawołał:
- Halo, Sandra! Halo! Jest tam kto?!
On i Irma nie mają dzieci. Wrócił do domu tak szybko, jak mu pozwalało
kolano. Wiedział, że ona czeka na niego w domu, zawsze będzie czekać.
Śnieg przestał padać, zrobiło się zimno, cholernie zimno.
- Zadzwoń na policję! - zawołał głośno, stojąc w przedpokoju. Zimno
wpadło za nim przez otwarte drzwi jak północny wiatr. Zawołał jeszcze
raz.
Centrala wysłała do Amundövik radiowóz. Wiadomo było tylko tyle, że w zamkniętym domu prawdopodobnie jest niemowlę. Inspektor Vedran Ivankovic
dotarł pod wskazany adres, przeciskając się między zwałami śniegu i fińskimi sankami, które ktoś zostawił przed furtką.
- Jak na wsi - powiedziała Paula Nykvist, wskazując na starodawne sanki.
- Prawdziwa idylla.
- Bo to jest wieś - odparł Ivankovic. - Taka mała wioska.
- Tam ktoś stoi. - Paula Nykvist kiwnęła głową do Roberta Krola. Czekał
przed domem. Chodził tam i z powrotem. Miał siwą brodę i spiczastą
dzianinową czapkę.
- Wygląda jak stary wilk morski.
Zaparkowali i wysiedli.
- Jest w tym coś dziwnego - powiedział Krol, podchodząc. Lekko kulał. -
Dziecko krzyczy. Mają w domu niemowlę i ta mała krzyczy, ale nikt nie
otwiera.
Paula Nykvist kiwnęła głową. Podeszła bliżej. Dom wyglądał na duży i mały jednocześnie. Była akurat najjaśniejsza pora dnia, a mimo to
wydawało się, jakby tonął w mroku, w ciemnościach zimowej nocy. To zła
ciemność, pomyślała. Już kilka razy byłam w takiej sytuacji i wyczuwam
zło, jeszcze zanim spojrzę mu prosto w twarz.
- Drzwi są zamknięte na klucz - powiedział Krol. - Sprawdzałem. Nikt nie
otwiera.
Ivankovicowi i Pauli Nykvist też nikt nie otworzył.
Zaczekali, aż sygnał dzwonka ucichnie.
- Słyszę dziecko - powiedziała Paula.
Poczuła lęk. Nie bała się, ale czuła lęk. Nie bała...
- Samochód nie był ruszany od co najmniej trzech dni - powiedział wilk
morski. - I nikt nie wyjmował poczty ze skrzynki.
Znów usłyszała krzyk niemowlęcia. Chyba trochę słabszy, pomyślała, z tamtej strony. Podeszła do okna, kilka kroków w lewo od drzwi. To
stamtąd dobiegał krzyk. Starła szron z szyby i zajrzała. Niedaleko okna
stało łóżeczko, dostrzegła w nim jakiś ruch. Pokój musi być na lewo od
przedpokoju.
- Wchodzimy! - zawołała do kolegi.
Otwarcie zamka zabrało Ivankovicowi piętnaście długich sekund.
Weszli. Pierwszy Ivankovic, za nim Paula. Poszła prosto do pokoju
dziecka. Wyjęła je z łóżka, w którym było mokro i gorąco, i zimno,
wszystko naraz, jak najgorzej.
Ivankovic już w przedpokoju poczuł zapach, jakby ten zapach rzucił się
na niego od drzwi w głębi domu. Wiedział, co to za smród, ale musiał się
upewnić. Poszedł dalej i zobaczył zwłoki. Zadzwonił na komendę.
Wiadomość przekazano dalej, powinna już dotrzeć do WZ. Paula przyszła z lewej, z czymś na rękach. Za nią szedł stary. Coś mówił.
Winter i Ringmar jechali samochodem na południe. Śnieg wciąż padał.
Kąpielisko Askim wyglądało jak jedno wielkie białe pole, a morze jak
nieruchoma biała masa. Na środku pola stał samotnie rower. Coś mu
przypominał, ale nie mógł sobie uprzytomnić co.
- Wieczorami, gdy dzieci były małe, czasem przyjeżdżaliśmy tu na
rowerach - powiedział Ringmar, patrząc na rower, na pole i stare budynki
należące do kąpieliska. - W tamtych czasach wieczory często były piękne.
- Odwrócił się do Wintera. - Myślałeś o tym? Że wtedy zawsze były piękne
wieczory?
Światła się zmieniły i Winter ruszył. Pomyślał, że kiedyś nie było tam
świateł. Wyjazd na obwodnicę Säröleden z parkingów kąpieliska był
koszmarny. Powinni byli częściej jeździć na rowerach. Ringmar ma rację.
Ale Ringmar jest o dwieście lat starszy, więcej zrobił w życiu. Winter
ma to wszystko jeszcze przed sobą. Za rok Bertil przejdzie na emeryturę,
a może dopiero za dwa. Albo za dziesięć. Bertil jest mocniejszy od
samego życia, będzie trwał wiecznie.
- Wieczory były piękne - powtórzył Ringmar. - Imigranci sobie gotowali i na całej plaży pachniało pieczonym mięsem. Przynosili własne ruszty.
- Pamiętam - powiedział Winter. - Pięknie pachniało.
- Nie wiem, jak jest teraz - ciągnął Ringmar. - Może już tu nie
przychodzą.
- Latem możemy przyjechać tu na rowerach - zaproponował Winter. Jechał
dalej, na południe.
- Lepiej samochodem. Jakoś nie chce mi się jechać rowerem tak daleko -
odparł Ringmar.
- Samochodem to już nie to samo, Bertilu. Zresztą jesteś w lepszej
formie niż ja.
Ringmar nie odpowiedział.
- Nie podoba mi się to, co wkrótce będę oglądał - powiedział po chwili.
Z lewej minęli pływalnię. Kiedyś Ringmar woził tam Moę i Martina na
naukę pływania. Gdy dzieci były na basenie, robił przebieżkę: koło
kościoła, nad trasą, potem w dół do kąpieliska Hov?s, koło starego
dworca i z powrotem. To był inny świat, drugi koniec znajomego świata, w którym żył obecnie. Wtedy też miał wrażenie, jakby biegł przez obcy
świat. Inaczej pachniało. Przypominało mu o tym, że Göteborg to wielkie
miasto. Potem dzieci przestały chodzić na pływalnię, ale i tak
przyjeżdżał tu kilka razy w tygodniu i robił tę samą rundkę. Rozumiał,
że to forma terapii, chociaż nie wiedział, co leczy. Zrozumiał później,
gdy nie miał już żony i syna, a córkę tylko z rzadka. Zastanawiał się
wtedy, czy zabiegać się na śmierć, jak stary kłusak, który ma dość
całego tego gówna. Czasami wciąż się nad tym zastanawiał, chociaż wcale
nie chciał. Autodestrukcyjna autoterapia.
Winter zjechał z trasy i skręcił koło starego budynku Kodaka.
Przypomniało mu się, jak z Angelą i dziećmi jeździli na skałki Stora
Amundö, żeby się kąpać i opalać. Tutaj wszystko przypominało mu o dzieciach. To, co go czekało, też wiązało się z dziećmi, tyle wiedział
od tych z radiowozu.
Dlatego wrócił. Już od pierwszego dnia pracy w nowym wcieleniu. Witamy w domu, panie Winter.
Policjanci czekali na ulicy przed domem razem ze starszym mężczyzną. Gdy
wysiadali, chyba akurat coś im wyjaśniał. Kiedy zobaczył Wintera i Ringmara, podszedł kilka kroków na krzywych nogach.
- Dziecko jest u mojej żony - powiedział.
- Karetka w drodze - powiedziała Paula Nykvist. - Powinna już być. To
pilne. Niedobrze jest.
- Żona pana Krola podaje dziecku płyny - wyjaśnił Ivankovic, wskazując
głową na Krola.
- Jest pielęgniarką, to znaczy była. Wie, co robić.
Ale Winter ich nie słuchał. Nasłuchiwał czego innego. Miało to związek z tym, na co teraz patrzył: dom, samochód na podjeździe, droga, w tle
skały, drzewa, wiatr i śnieg, biały śnieg przykrywający wszystko jak
stary koc.
W uszach miał krzyk, przedzierający się przez szum w uszach,
zagłuszający wszystko. Ten krzyk miał tam pozostać, tylko tam, był jak
czarny krąg wokół tego domu na końcu świata. Teraz widział tylko dom.
Pokrywający go miejscami śnieg nagle stał się czarny. Jakby dom stał na
dnie krateru, do którego wpadł wiatr, żeby już nigdy nie wzlecieć do
góry.
Odwrócił się do Ivankovica.
- Ile ciał widziałeś?
- Dwa albo trzy. Nie jestem pewien.
- Gdzie?
- Trudno powiedzieć.
- Czy ta kobieta mieszkała tu sama z dziećmi?
- Zdaje się, że mąż czasowo mieszka gdzie indziej.
- Dlaczego? - spytał Winter, mówiąc raczej do siebie. Nikt jeszcze nie
znał odpowiedzi. Dlaczego? Zakres pytania jest zbyt szeroki. Zawsze to
przeklęte dlaczego. Pojawia się przedwcześnie i tak trudno na nie
odpowiedzieć. Nie da się, to jak pytanie pochodzące od Boga.
- Jovan pracuje... gdzie indziej - powiedział Krol.
- Ma na imię Jovan?
- Tak. Manpower4.
- Facet nazywa się Jovan Manpower? - spytał Ringmar.
Krol spojrzał na niego, jakby był niespełna rozumu.
- Wejdziemy przez garaż - powiedział Winter, ruszając przed siebie.
Drzwi garażu nie były domknięte, zacięły się od mrozu. Winter szarpnął
je dłońmi w rękawiczkach i pociągnął. Powoli ustąpiły. W środku panował
mrok. W głębi dojrzał jeszcze jedne drzwi i poszedł tam po betonowej
posadzce. Za plecami słyszał oddech Bertila. Szli w milczeniu. Drzwi
prowadziły do małego przedpokoju. Winter zobaczył jeszcze jedne drzwi.
Cisza aż dzwoniła w uszach. Podszedł i otworzył. Jeszcze jeden
przedpokój, większy i widniejszy.
Od razu poczuł ten zapach, odór śmierci. Na całym świecie nie ma nic, co
dałoby się z tym porównać.
Zobaczył maleńki bucik. Na podłodze leżała rękawiczka, tuż obok jego
buta. Bertil też ją zauważył. Przechodząc przez próg, zatrzymał się.
Odwrócił się i bez słowa spojrzał na Wintera. Winter odruchowo stanął
koło niego i zajrzał do pokoju, zapewne salonu: kanapa, dwa fotele,
płaski telewizor, regał z książkami, witryna z porcelaną i szkłem, na
sofie para dżinsów, na stoliku kilka guzików, jakby udawały pionki do
gry w jakąś grę towarzyską, na podłodze podarta bluzka, zmasakrowane
ciałko, częściowo przykryte czymś w rodzaju pledu. Bertil poruszył ręką,
wskazał coś lufą pistoletu. Żaden z nich nic nie mówił, poruszali się
bardzo ostrożnie. Winter wiedział, że w uszach musi mu szumieć naprawdę
głośno, ale nie słyszał tego. Wszystko przesłoniła adrenalina. Skupił
się na patrzeniu, patrzeniu, teraz, nie wtedy, gdy wszystko zostanie
stąd zabrane, oznaczone, przeanalizowane, zdejmą ślady DNA, prześwietlą
i poddadzą obdukcji. Tylko teraz ma szansę stworzyć sobie obraz na
podstawie pierwszych wrażeń, nie jakiejś rekonstrukcji, powtórki, tylko
ostrego obrazu. Sprawca opowie mu, co się tutaj stało, w jakiej
kolejności i jak. W tym obrazie chodzi raczej o to, czego brakuje, niż o to, co jest.
- Sypialnia - powiedział. Odwrócił się i podszedł do ostatnich drzwi.
Były otwarte. Pierwszym, co zobaczył, było martwe światło. Usiłowało się
wedrzeć z zewnątrz przez jedyne okno. Próba równie beznadziejna jak
próba przywrócenia życia kobiecie i dziecku leżącym na podwójnym łóżku,
które wypełniało znaczną część pokoju. Oboje nie żyli od wielu dni, tyle
wiedział o technice kryminalistycznej. A ten, który pozbawił ich życia,
zrobił to gruntownie.
- Rany boskie - odezwał się zza jego pleców Bertil. Wyraził jego własne
myśli.
Winter nie odpowiedział.
- To bije wszelkie rekordy - stwierdził Ringmar.
- Tylko nie rekordy.
- Duszę się - powiedział Ringmar.
Od okna dobiegał jakiś odgłos. W pierwszej chwili Winter pomyślał, że
ktoś puka, ale to ptak stukał dziobem. Chciał się dostać do środka. Może
się przyjaźnił z dziewczynką leżącą na łóżku. Nie wlatuj tutaj. Widział
zarys maleńkiej sylwetki ptaszka za szybą. Przypominało to teatr cieni.
Nigdy tu nie wlatuj.
Łóżko było posłane, ciała leżały na narzucie, głowy nie sięgały
poduszek. Kobieta leżała w dziwnie wygiętej pozycji, jakby ćwiczyła
jogę. Nic jej nie pomoże ta joga, chyba że na tamtym świecie. Winter
czuł w dłoni chłód pistoletu. Broń była równie bezsensowna jak światło
dnia z początku lutego. Choćby nie wiadomo ile razy wystrzelił ze
swojego sig sauera, dla tych martwych ludzi nic to nie zmieni. A czy on
potrafi coś zmienić? Przecież po to wrócił do domu. Tęsknił za domem. Za
pracą, za pościgiem. Ten, który właśnie się zaczął, będzie największy ze
wszystkich dotychczasowych.
Psina, na razie jeszcze bezimienna, patrzyła na niego wzrokiem
wyrażającym wszystko albo nic. Niewiele inteligencji czy choćby pamięci.
Wątpił, żeby pies pamiętał coś po zaledwie kilku dniach, jeśli w ogóle.
Nie znał się na psach. Liv też nie, ale ucieszyła się, gdy przyprowadził
nowego domownika.
- Jak ona się wabi?
- Musimy jej wymyślić imię.
- Czy to nie dziwne?
- Nie powiedzieli, jak się wabi.
- Żeby się tylko nie okazało, że mam alergię - powiedziała Liv.
- Wziąłem ją na próbę, na pięć dni.
- Tak się umówiliście?
- Tak. Kobieta ma alergię. Okazało się, kiedy już wzięli psiaka.
- No to nie wezmą jej z powrotem. - Liv pogładziła szczeniaka po szyi. -
Nie muszą. Zostaniesz u nas, kochana. - Podniosła wzrok. - Przyszła do
nas w styczniu. Nazwiemy ją Jana5.
- Gdyby była kotem, nazwalibyśmy ją Jama6.
- Cha, cha. - Poklepała suczkę po pyszczku. - Witamy w domu, Jana. -
Spojrzała na niego. - Droga była?
- Nie. Czterysta koron, cena raczej symboliczna. Ta pani powiedziała, że
głównie po to ją wyznaczyła, żeby nie dzwonili jacyś wariaci, którzy
akurat przeczytali ogłoszenie.
Wstał z krzesła.
- Zapomniałem o zakupach.
- Nie szkodzi - odparła. - I tak nie mam dziś ochoty nic oglądać.
- Potrzebny mi nowy śrubokręt gwiazdkowy. Stary się zniszczył.
Po domu kręcili się technicy. W białych ubraniach wyglądali jak
Marsjanie. Winter widział ich z zewnątrz, z zaśnieżonego trawnika, na
którym stał. Wszystko było znajome i obce zarazem. Usłyszał krzyk,
spojrzał w górę i ujrzał czarne ptaki wzlatujące nad morzem. Wyglądały
jak sieć rozpięta pod niebem. Dobry odruch: jak najszybciej odlecieć z tego piekła.
Bertil patrzył w inną stronę. Winter zobaczył Haldersa i Anetę, właśnie
wysiedli z nieoznakowanego samochodu. No i dobrze. Będą wszyscy razem,
aż to się skończy, bo będzie ścigał tego skurwiela choćby na drugim
końcu świata. Szczera myśl, banalna, ale skomplikowana.
- Fuck, co tu się stało? - spytał Halders.
- Dwoje dzieci, kobieta - odparł Ringmar. - Wydaje się, że od noża.
- Kuchennego?
- Nie wiem.
Halders się rozejrzał. Nic mu się tam nie podobało. Nigdy nie lubił
ślepych uliczek. Przedmieścia, miasteczka willowe i idylle to ślepe
uliczki. Nie lubił ani miejsc zbrodni, ani samych zbrodni. Właściwie nie
lubił wszelkiej przemocy, choć dla wielu było to tajemnicą. Generalnie
niewiele lubił poza własnymi dziećmi, Anetą i ludźmi, z którymi
pracował.
- Przeżyło niemowlę - mówił dalej Ringmar.
- Czyżby ojciec rodziny postanowił skarcić swoich bliskich przy użyciu
kuchennego narzędzia? - Halders napotkał spojrzenie Anety. - To nie było
pytanie - powiedział.
- Ani stwierdzenie.
Ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że właśnie to jest pytanie.
Najoczywistsze. Odpowiedź też. Banalna, złożona, prawdziwa.
- Podobno jest w Sztokholmie - powiedział Winter. - Zajmuje się jakimiś
szkoleniami. Jeszcze się do niego nie dodzwoniliśmy.
Z domu wyszedł Torsten Öberg, szef wydziału techniki kryminalistycznej,
a właściwie zastępca, ale nikt nie wiedział, jak się nazywa jego
przełożony. Ściągnął kosmiczne nakrycie głowy i maseczkę.
- Minęło kilka dni - powiedział. - Może trzy, a może więcej. Ten zapach
nie jest przyjemny. Zobaczymy. Jak dotąd zauważyłem u kobiety ślady po
jedenastu ciosach. Kilka z nich mogło być śmiertelnych.
- A dzieci? - spytała Aneta.
- Ten sam koszmar - odparł Öberg i głośno odetchnął.
- Ale bez przemocy seksualnej, na ile mogę teraz ocenić.
- Tylko morderstwo - stwierdziła Aneta Djanali. Cóż tu dodać. Tylko
morderstwo.
- Ale dlaczego tyle tych ciosów? - powiedział Ringmar, jakby do siebie.
Öberg wzruszył ramionami, ale nie obojętnie. Zobaczymy. Jeszcze wszystko
ustalimy.
- To może być bardzo ważne - powiedział Halders. - Torsten, znalazłeś
nóż?
- Nie, jeszcze nie.
- To ten sam?
- Jaki ten sam?
- Wiesz przecież.
- W tej chwili jeszcze nic nie wiem.
Winter spojrzał na Öberga. Ciekaw był, czy Torsten to powie, bo było coś
jeszcze. Nie chodziło o to, że niechętnie dzielił się informacjami.
Trzymał je dla siebie, bo jeszcze nie uporządkował obrazów w głowie. To
jeszcze przyjdzie i dotyczy to wszystkich, którzy tu są, w tym miejscu,
pod tym bezlitosnym niebem. Wszyscy obejrzą zdjęcia. Winter i Ringmar
już widzieli, jak było naprawdę.
Rozdział 3
3
NAD ZATOKĄ ZAPADŁA CISZA. Gęsta. Jakby przez dociśnięcie zamieniła się w beton, który przykrył wszystko, łącznie z nim. Niebo było dachem,
niechcianym i całkiem zbędnym.
W Hiszpanii niebo zmierzało do innych układów planetarnych. Na północy
ukrywało wszystko, co jest na tym świecie. Świat zaczynał się i kończył
tam, gdzie właśnie stał.
Ruszył po szarym piasku, czuł wiatr wiejący z południowego zachodu.
Przed chwilą dął nad jego działką położoną piętnaście kilometrów dalej
na południe, nad plażą należącą tylko do nich, do jego rodziny, nad ich
własnym kawałkiem brzegu. Mógł tam w kilka sekund wrzucić do morza
kamienie, które potrzebowały dziesięciu milionów lat, żeby się wydostać
z wody.
Cisza panująca w domu była gorąca i lepka. Patrzył na wszechobecną biel
za oknem. Śnieg przestał padać, a potem znów zaczął. Na dworze nie
dostrzegł żadnego ruchu. Zapadał zmierzch. Spojrzał na zegarek. Trzecia.
Był tam od trzech godzin. Trzy godziny w domu na końcu świata. Pokoje
wypełniła śmierć i jej odór. Wszystko wokół nosiło jeszcze ślady życia,
ale ten czas minął. Trzy dni minionego czasu, może trochę dłużej, może
krócej.
Wszedł do pokoju, który wciąż pachniał życiem. Dało się stamtąd dojrzeć
szkiery na morzu. Łóżeczko stało blisko okna. Nagle rozjaśniło je
odchodzące światło.
Dlaczego to dziecko zostało oszczędzone? Przypadek? A może przeciwnie -
albo jeszcze gorzej: wystawione na długie, samotne konanie, bez możności
zrozumienia czegokolwiek poza bólem, głodem, chłodem, gorącem,
nieumiejące nic powiedzieć ani nic zapamiętać. Widziała go? Czy mała
widziała mordercę? Czy wziął ją na ręce? A może jej nie zauważył?
Dziewczynka miała na imię Greta. Dzięki imieniu była osobą, w odróżnieniu od tamtych, którzy stali się tylko czyimś wspomnieniem.
Technicy Torstena zabrali z pokoju łóżeczko i całą resztę. Winter miał
zaufanie do Torstena. Ślady materialne mają znaczenie decydujące, są
ważniejsze od przyznania się. Ludzie potrafią się przyznać do
wszystkiego, puszczają wodze fantazji i dają się zaprowadzić do piekła.
Obszedł dookoła łóżeczko, miał je przed oczami. Wszedł tu wtedy, gdy
dziecka już nie było - było u pani Krol - ale wszystko inne zostało,
pościel, to, co leżało na podłodze... właśnie, co tam leżało?
Co ja wtedy widziałem? Coś miękkiego, jakiegoś pluszaka. Elsa i Lilly
miały takie, sam kupowałem. Takie, którymi nie można się udusić. Leżał w tamtym kącie. Teraz jest u techników. Dlaczego ta przytulanka tam
leżała? Greta nie mogła jej tam rzucić. Dlaczego leżała w tym odległym
kącie?
Co zobaczył w łóżeczku?
A czego nie?
Co widziałem?
Zobaczyłem, że czegoś nie widzę. Czego?
Już wiedział, czego nie zobaczył. Ani na podłodze, ani na łóżeczku,
nigdzie.
Wyjął iPhone'a i wybrał skrócony numer Öberga. Wybrzmiały trzy sygnały,
zanim odebrał.
- Torsten, jestem w domu koło Amundön. Zabraliście stąd jakiś smoczek?
- Smoczek? Musiałbym sprawdzić. Przeglądam teraz wszystko. Jak wiesz,
nie zajmowałem się pokojem dzieci.
- Wiem. Byli tam Lisbeth i Mario, prawda?
- Tak. Dowiem się. Lisbeth jest na miejscu. Zaraz ją spytam.
- Dziękuję.
Torsten nie pytał. Winter nie musiał nic wyjaśniać. Nie było to
potrzebne. Nasłuchiwał odgłosów z zewnątrz, ale wokół panowała zimowa
cisza. W głowie mu szumiało. Przeszedł kilka kroków po pustej podłodze.
- Eriku?
- Tak, słucham.
- Nie ma smoczka.
- Jesteście pewni?
- Kurwa, a co ty myślisz?
- Przepraszam.
- Nie było żadnego smoczka. Ale chyba powinien być?
- Może mała ssała kciuk - powiedział Winter. - Lilly tak robiła. Jeśli
mam być szczery, czasem wciąż to robi. Mowy nie było o smoczku.
- Eriku, będziesz musiał spytać ojca.
- Odpowie, że dziecko miało smoczek - odparł Winter.
- W takim razie...
- Już sam nie wiem. Ale prawdopodobnie morderca zabrał smoczek.
- Czekaj - powiedział Öberg. - Przyszła Lisbeth.
Winter słyszał ich w tle.
- Znaleźliśmy kilka nowych smoczków w szufladzie w kuchni - powiedział
Öberg do słuchawki. - Nieużywanych. Czyli jednak mała ssała smoczek,
chyba że zostały po tamtych dzieciach.
- Ten skurwiel zabrał smoczek. Dotykał go. Wiedział, że go dotykał,
dlatego go zabrał.
- To możliwe. A dlaczego dotykał?
- Bo uspokajał dziecko.
Winter stał w dużym pokoju i patrzył przez okno, inside looking out,
pomyślał. To może być Marsalisa. Już wiedział, do czego są podobne
skałki nad domem. Do dwumasztowca, kamiennego żaglowca oddzielonego od
swojego morza.
Chłopiec był częściowo przykryty kocem, czy raczej pledem. Dlaczego? Bo
morderca nie chciał już na niego patrzeć? Winter przykucnął przy
narysowanym na podłodze obrysie zamordowanego dziecka. Chłopczyk miał na
imię Erik, wciąż ma tak na imię, pomyślał. Miał pięć lat. Wszędzie - na
ścianach, szafkach - były jego zdjęcia: sam, z młodszą siostrzyczką, ze
starszą siostrą, która miała na imię Anna. Ma na imię Anna, poprawił się
w myślach.
Ale nie wchodził jeszcze do drugiej sypialni.
W przedpokoju stanął przed drzwiami wejściowymi. Nie nosiły śladów
włamania. Ludzie Torstena zauważyliby, to zawsze widać.
Odwrócił się. Na podłodze zostały ślady: ktoś ciągnął ciało. Ktoś
wszedł, kobieta stała tam, tam, któreś z dzieci tam, może oboje. Doszło
do szamotaniny, stawiała opór. Chociaż może nie od razu. Albo wcale. Coś
takiego można zrobić po fakcie, morderca mógłby to zaaranżować z zimną
krwią. Wystylizować, pomyślał. Teraz wszystko się stylizuje. Po fakcie
można zrobić większość rzeczy, ale nie wszystko. W przedpokoju jest
krew, bo zaczęło się już tu. Te ślady opowiedzą swoją historię. Torsten
ma w zespole dwóch specjalistów od interpretowania plam krwi. Plamy mogą
wiele powiedzieć o sprawcy, o premedytacji i tak dalej. Rozpryski o tym,
w którą stronę, z której strony. Kolejność - miłe słowo - kierunek,
liczba ciosów. Ten skurwiel przyszedł tu z własnym narzędziem. Potem już
samo poszło.
Krew na krew, pomyślał, krew na krew.
Zadzwoniła komórka.
- Tak?
- Jeszcze tam jesteś?
- Tak.
- I jak ci się wydaje? - spytał Ringmar.
- Dlaczego pytasz?
W słuchawce zapadła cisza. Dlaczego zadaję takie pytania? Dlaczego tak
mówię? Nie pamiętam, jak było w poprzednim wcieleniu. Muszę się na nowo
nauczyć rozmawiać z Bertilem. Wrócić do naszej metody, do wolnych
skojarzeń. Chyba miałem za dużo słońca.
- Wydaje mi się, że on ich znał. Albo odwrotnie, że ona znała mordercę.
- W jakim sensie?
- Był znajomym.
- Na ile bliskim?
- Wystarczająco.
- A dlaczego nie czekał?
- Bo żądza mordu objawiła się już w przedpokoju.
- Żądza mordu?
- Sama mu otworzyła?
- Tak.
Winter wrócił do pokoju dzieci. Wyjrzał przez okno. Widział dróżkę
prowadzącą do ulicy, domy, samochody, białe pola, skały, niebo, morze,
wszystko.
- Wszystko widział - powiedział.
- Co takiego? Widział wszystko w domu?
- Coś jest z tym oknem - dodał Winter.
- Z którym?
- W pokoju dzieci. Tam gdzie było niemowlę.
- Widział niemowlę? Z zewnątrz?
- Wszystko widział - powtórzył Winter, ale jakby z innego miejsca w pokoju, jakby nie słyszał własnego głosu. Sam nie wiedział, co znaczą
jego słowa, ale dowie się, był tego pewien.
Angela zadzwoniła o wpół do dziesiątej. Właśnie zamknął drzwi balkonowe.
W pokoju zrobiło się zimno, całkiem przyjemnie. Dolał sobie whisky
Springbank, dwudziestkijedynki, ale tylko na dwa palce. Rozgrzał się w środku, ale z wierzchu pozostał zimny.
- Co robisz?
- Tak sobie rozmyślam o zmierzchu.
- Zmierzch trwa już od sześciu godzin, prawda?
- Stale jest zmierzch.
- Mówiłam ci, gdy nas zostawiałeś. Opuszczałeś.
- Miałaś rację.
- Piłeś?
- Cztery palce.
- Wydajesz się przygaszony.
- Mhm...
- Ciężki był pierwszy dzień w pracy? Opowiesz?
- Lepiej nie.
- Takie to straszne?
- Jeszcze gorzej.
- Nie wiem, co ci powiedzieć.
- Dziewczynki już śpią?
- Tak. Elsa zasnęła pół godziny temu. Siv przed chwilą pojechała do
domu.
- Ile palców wypiła moja kochana mamusia?
- Cha, cha.
- Jesteś pewna, że Elsa śpi?
- Tak. Chciałeś z nią porozmawiać?
- Tak.
- Obudzić ją?
- Nie, nie.
- Czy to ma jakiś związek z tym, co się dziś stało? Że chciałbyś
usłyszeć jej głos?
Nie odpowiedział. Na Vasaplatsen ktoś coś krzyknął. Zabrzmiało to jak
krzyk, ale równie dobrze mógł to być śmiech, pijak, który z prędkością
światła pędził gdzieś, do jakiegoś miejsca między niebem a piekłem.
- Eriku, co się stało?
- Właśnie tego muszę się dowiedzieć.
Zamknął oczy, wyciągnął ręce nad głową. Próbował się odprężyć, zagłębić
w łóżko, odwrócić wzrok od obrazów pod powiekami, poczuć, jak znika
twardość, zastępuje ją miękkość, a potem sen bez snów. W uszach miał
szum morza. Narastał i opadał, nie czekając na siódmą falę, nie
przejmując się rytmem. Za dnia było dobrze, wieczorami najczęściej też,
ale kiedy zasypiał, a ta chwila nigdy nie chciała przyjść, szum
przechodził w zawodzenie. A nie chciał wstawać, żeby zażyć tabletkę
imovane albo lergiganu, albo wypić jeszcze jedną whisky. Po prostu
chciał uciec w sen od tego szumu, tego życia w szaleństwie, przez
słabych zwanego tinnitusem. Nazwał to oczywistością, może nawet
koniecznością: trwające od kilku lat bóle głowy w końcu eksplodowały, o dziwo wtedy, gdy już było po wszystkim. Lekarze, między innymi Angela,
gratulowali mu, że nie cały mózg został unicestwiony wskutek
nienaprawialnego udaru. Tak to nazwali? Nienaprawialny? Brak części
zamiennych.
Przekręcił się na łóżku. Szum przycichł, jakby morze się cofnęło. Ale
nigdy nie cofnie się całkowicie. Wiedział to, przecież tyle lat gnał
przez życie najszybszym pasem, na baku pełnym adrenaliny, więc kiedy mu
się skończyła, oszalał, przynajmniej na chwilę, na dziesięć minut. Stał
nad basenem w Nueva Andalucía - że też akurat tam - i patrzył, jak
pewien człowiek próbuje się utopić, a drugi usiłuje ratować życie
mordercy, a on, Winter, jest pusty w środku, totalnie pusty, i na widok
wyciągających się do niego rąk - niebezpieczeństwo? ratunek? -
odruchowo, pozarozumowo podaje mu swoją. Został wciągnięty do wody,
jakby przybity do krzyża, woda trysnęła mu do głowy, wypełniając pustkę.
Było wystarczająco dużo wody, takiej błękitnej, sztucznej, więc zmiękł i opadł na dno, potem powoli przepłynął pod ciałami szalejącymi, kipiącymi
na powierzchni, dotarł do drabinki i dźwignął się na górę, myśląc tylko
o tym, że ani razu nie chciał odetchnąć. Ból poczuł dopiero wtedy, gdy
musiał wciągnąć do płuc hiszpańskie nocne powietrze. Było chłodne, a woda w basenie była nagrzana słońcem. Czuł się w tej wodzie jak w objęciach.
Raptem znalazł się w innym miejscu, jak zawsze obcym. Zasnął i od razu
zaczął śnić. Szedł za cieniem, bardzo wyraźnym w skośnym, długim
słonecznym świetle, dłuższym od wszystkiego innego. Cień został
przełamany w połowie, gdy zniknął za fasadą domu. Była biała jak ekran w kinie, nic się tam nie ruszało. Minął ścianę, skręcił za róg i zobaczył
cień w postaci idealnego rowu przecinającego pole aż do morza, jak
poprzeczna linia, poszedł wzdłuż niej, a ona powoli się od niego
oddalała. Przy głowie, jeśli to była głowa, cień zniknął w wodzie, potem
ciągnął się przez morze jak poczerniona linia na falach, dzieląc morze
na pół, a on stał na brzegu i słyszał szum, tylko ten szum. Odwrócił
się, ktoś wołał. Zobaczył rękę machającą z okna. Pokazywała coś.
Zobaczył wiele rąk, które coś wskazywały, chyba morze, i wtedy znów się
odwrócił, a cień właśnie wracał, ale tym razem nie był sam.
O!
Rzucił się na łóżku, jak od uderzenia.
Wyskoczył, jakby chciał uciekać, bo częściowo tkwił jeszcze we śnie.
Widział opadające go cienie. Jedną z ich głów.
O!
Przeszył go dreszcz, jakby przez mieszkanie przeszedł podmuch wiatru.
Był nagi. W głowie głośno mu szumiało. Zegar na stoliku nocnym wskazywał
trzecią. Spał dwie godziny. Chyba śnił przez cały ten czas. Czyżby to
wszystko działo się tak wolno? Od czego się zaczęło? Czy stało się coś
jeszcze? Był jeszcze gdzieś? Czy to było nad morzem?
Szum w kranie brzmiał prawie tak samo jak ten w jego głowie. Stał i patrzył na wodę. W końcu nalał do szklanki i wypił. Ciągle miał w pamięci machające ręce. Ostrzegały przed czymś, był tego pewien, ale
było coś jeszcze. Gdy się odwrócił, rozpoznał dom, to był dom w Amundövik. Ktoś machał z okna na piętrze. To była ta pierwsza ręka,
powiewała pod samym dachem, jak flaga. Przecież na piętrze nic się nie
stało. Było spokojnie, czysto, kontrast był niemal nieprzyzwoity. Ludzie
Torstena oczywiście tam byli, ale koszmar nie dotarł na górę po
siedemnastu stopniach schodów. Policzył je. Piekło rozegrało się na
parterze.
Odstawił szklankę na marmurowy blat. Piętro. Tam coś jest. Nie sprawdził
dokładnie, nie posłuchał. Nie zrozumiał.
Wrócił do sypialni i szybko się ubrał. Kiedy zapinał koszulę, usłyszał
szczekanie ze snu, bardzo wyraźnie, dopiero teraz, jakby potrzebowało
czasu, żeby się przedrzeć przez pokłady świadomości. Samotny pies,
samotne szczekanie. Skąd mu się to wzięło? Mieli psa? Czy Marsowie mieli
psa? Czy Torsten mówił coś o tym? Tyle tego było. Czy spytali męża,
Jovana Marsa? Ma dziś przyjechać ze Sztokholmu. Wczoraj nie udało się z nim skontaktować.
Zadzwonił do Egila Tornera, ojca Sandry. Zaczął od kondolencji, czy jak
to zwą. Jak zwykle nie wyszło mu najlepiej.
- Chciałbym z panem porozmawiać - powiedział.
- Właśnie rozmawiamy - odparł Torner.
- Ale nie tak.
- Nie dam rady.
- Kto mógł zrobić coś takiego? - spytał Winter.
- Nikt - odpowiedział Torner. - Próbuję sobie wmówić, że to się nie
stało. Nie ma sensu, żeby pan mnie teraz przesłuchiwał. To się nie
stało.
- Wyślę kogoś, żeby panu pomógł - odparł Winter.
- Mowy nie ma. Nie utopię się w morzu, ale w tej chwili nie mogę myśleć,
nie jestem w stanie.
Jana głośno szczekała nad wodą, nad Skallvik. Tu cię nikt nie usłyszy,
pomyślał. Koło Skallvik nikt nie usłyszy twojego szczekania, ha!7.
Puste, bezludne szkiery w zatoce mieniły się w promieniach słońca
matowym złotem. Gdy doszli nad brzeg morza, założył okulary słoneczne.
Nawet lutowe słońce może razić w oczy.
- No, biegnij! - zawołał do szczeniaka. - Możesz pobiegać! - Pokazał
palcem na skały. - Tam!
Psiak spojrzał na niego podejrzliwie. Kto wie, co taki pies może
wiedzieć. Pewnie niewiele. Po kilku dniach nic nie pamięta. Gdzieś o tym
czytał. Po pewnym czasie pies przestaje tęsknić. To może być kwestia
kilku dni. Może z ludźmi jest podobnie. Wszystko inne jest grą,
udawaniem. Nie znosił udawania. Wszystko powinno być takie, jak jest
naprawdę, pomyślał. Pochylił się, podniósł gałązkę i rzucił w stronę
skał. Spojrzenie psa podążyło po łuku za lecącą gałązką.
- Biegnij, Jana! Przynieś!
Jana się nie ruszyła. Odwróciła łepek w stronę zatoki i znów
zaszczekała. Nic tam nie było. A może było, ale widoczne tylko dla
zwierzęcia. Czy są rzeczy, które dostrzegają tylko zwierzęta? Czy
zwierzęta pamiętają rzeczy, które tylko one widziały?
Ruszył. Pies wreszcie zrozumiał, bo szedł obok, a właściwie podbiegał i podskakiwał jak dziecko.
Namawiał Liv, żeby poszła z nimi aż do skał. Dobrze ci zrobi,
przekonywał. Wyjdziesz na świeże powietrze.
- Jestem zmęczona - odparła.
- I właśnie dlatego powinnaś.
- Zimno jest.
- To luty! Słońce świeci!
- Nie. Idźcie sami.
Idźcie sami, jakby mieli zostawić ją samą w domu jako resztę rodziny.
Idźcie sami. Cokolwiek by zrobił, ona i tak nie wyjdzie z domu. Jeśli to
depresja, to trzeba to leczyć, ale ona nie chce. Co roku zimą jest to
samo. Za ciemno, za zimno. I właśnie dlatego powinna teraz wyjść. Akurat
jest słońce.
- Słońce świeci! - powtórzył.
- Christian, głowa mnie boli - powiedziała. - Jutro wyjdę.
- Liv, słońca może nie być przez następnych kilka tygodni.
- Jutro. Czytałam, że będzie ładnie przez dobrych kilka dni.
- Więc jutro wyjdziesz?
- Tak.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Wiedział, że ta obietnica jest nic niewarta. Jutro będzie inny dzień,
przyniesie inne problemy. Teraz jest tylko on i Jana. I tak pozostanie.
Szczeniak odskoczył kawałek. Zaczął się przyzwyczajać. Może skały nie
wydają mu się już tak groźne.
- Prawda, jak tu ładnie! - zawołał. Odwrócił się. Wydawało mu się, że
dojrzał na pysku kundla uśmiech. To dobrze. Uśmiech zawsze jest dobry, u wszystkich stworzeń.
- Więc morderca uśmierca rodzinę i zabiera ze sobą psa - powiedział
Halders.
- Psa?
- Tam był pies. Mieli psa. Torsten tak powiedział, zanim wrócił do
wydziału. Nawet ja potrafię rozpoznać sierść psa, tak powiedział.
Chociaż miał pewne wątpliwości. Mógł do nich przyjść ktoś z psem.
- Morderca przyszedł z psem?
- Torsten da znać, kiedy będą wyniki. Nie było aż tyle tych śladów.
- Ta sprawa robi się coraz gorsza - zauważyła Aneta.
- Więc może morderca przyszedł z psem i wymordował rodzinę.
- Nie całą - zwróciła mu uwagę Aneta. - Nie wymordował całej rodziny.
- To jeszcze gorzej - stwierdził Halders.
- Co masz na myśli?
Nie odpowiedział od razu. Leżeli w łóżku, dostatecznie szerokim dla nich
obojga. Nie byli małżeństwem, ale to było ich łóżko. Kiedyś ten dom
należał do niego i Margarety, ale teraz był ich, a Magda i Hannes byli
ich dziećmi. Tak się stało. Chcesz mieć dziecko, Aneto? - spytał pewnego
razu. Może był pijany. Już mam dwoje, odparła. A właściwie troje, dodała
po chwili.
Halders wstał z łóżka i podszedł do okna. Światła milionowego miasta
pokrywały całą przestrzeń, od leżącego poniżej Lunden aż do morza
kilkadziesiąt kilometrów dalej. W ubiegłym roku liczba ludności
aglomeracji Göteborga przekroczyła milion, i to z nawiązką, a zatem
mieszkali teraz w wielkim mieście na rzadko zaludnionych peryferiach
świata. Kiedy przyjechał tu jako młody policjant, w mieście był jeden
jedyny koń, saloon, hotel i jedna ulica. Ależ szybko poszło. Miasto
nadal znajdowało się na końcu świata, ale zapełnili je wszyscy ci
ludzie. Skąd oni się wzięli? Nie wszyscy się tutaj urodzili. I nie
wszyscy tutaj umrą, pomyślał, odwracając się.
- Chodzi o to, że zostawił dziecko, żeby umarło - powiedział. - To
jeszcze gorzej.
- Tego nie wiemy - odparła i również wstała z łóżka. Stanęła obok niego
i wyjrzała przez wielkie okna. - Może nie wiedział o tej malutkiej. Była
w innym pokoju.
- To myślenie życzeniowe - zauważył, ale powiedział to miękko.
Oboje byli nadzy. Położyła mu dłoń na ramieniu. Czwarta rano. Jeszcze
przez prawie pięć godzin będzie ciemno. Wtedy będą w innym mieście niż
to nocne i już nie będzie tak pięknie.
- Nadal jest sezon światła - powiedział.
- Sezon światła elektrycznego.
- Niektórzy wolą je od naturalnego - powiedział.
- Położymy się jeszcze? - spytała.
- On wiedział o dziecku.
Nic na to nie odpowiedziała.
- Jeśli nie dlatego zostawił dziecko, żeby umarło, to po co?
- Nie rozumiem, Fredriku.
- Komu ją zostawił?
- Musisz mi to wytłumaczyć. Chociaż nie wydaje mi się, żebym miała siłę
o tym rozmawiać. Chcę pospać jeszcze kilka godzin.
- Nie możesz zasnąć, prawda? Oboje nie możemy. Dlaczego?
- Okej, okej.
- Czy ten potwór wiedział, że ktoś zauważy dziecko? Zanim będzie za
późno?
- Nie wiem - odparła.
- Ja też nie.
- Może wiedział, że jej mąż zadzwoni?
- Że mąż zadzwoni? Skąd mógł wiedzieć?
Nie odpowiedziała.
- Albo że przyjdzie do domu - powiedział Halders. - Może morderca liczył
na to, że jej mąż wróci do domu jeszcze tego samego dnia. Jak zwykle.
Codziennie wracał do domu.
- Przecież nie wracał - odparła. - Przecież w tygodniu nie mieszkał w domu.
- Morderca o tym wiedział? Czy nie wiedział?
Na to też nie odpowiedziała. Ale już się domyślała, do czego on zmierza.
- Może wiedział, że jej męża nie ma - powiedział. - Ale na pewno liczył
się z tym, że zadzwoni do domu, bo dzwonił codziennie, gdy go nie było.
Tym razem nikt nie odbierał, więc już pierwszego wieczoru by się
zaniepokoił. Zacząłby sprawdzać, co się stało. I dowiedziałby się. Już
pierwszego wieczoru.
- Ale nie zadzwonił - powiedziała Aneta.
- Właśnie. - Halders złapał ją za rękę. Nie zadzwonił.
Winter spotkał się z Jovanem Marsem w swoim gabinecie. Mars mógł wybrać
miejsce. Rano przyjechał ze Sztokholmu i pojechał do małej. Nie
pozwolili mu zobaczyć zwłok przed sekcją. Niemowlę miało wkrótce zostać
zawiezione do jego siostry, do Hagen. Winter dobrze znał tamte strony.
Wychował się tam. W ich dawnym domu rodzinnym mieszkała teraz jego
siostra. Do przystani L?ngedrag dojeżdżało się rowerem w dziesięć minut,
czasem w siedem. Od wielu lat tego nie robił, ale niedługo zrobi.
Mars miał nieruchome spojrzenie, jakby patrzył do środka.
Był to jeden z tych szczególnie trudnych momentów. Winter przyniósł
kawę. Stała na stole przed Marsem i stygła. Winter też nie pił, nie
chciał zaczynać pierwszy.
- Pokłóciliśmy się - powiedział Mars z wciąż tym samym niewidzącym
spojrzeniem. - Pokłóciliśmy, kiedy w ostatni weekend przyjechałem do
domu - dodał i rozpłakał się.
- O co się pokłóciliście? - spytał Winter.
- A jakie to ma znaczenie? - Mars podniósł wzrok i spojrzał mu w oczy.
Winter pomyślał, że jest od niego dziesięć lat młodszy. Znał wszystkie
jego dane, obejrzał dużo zdjęć. Teraz w ogóle nie przypominał człowieka,
którym był przedtem. Jego włosy wyglądały, jakby wiatr przylepił mu je
do czaszki. Oczy bez blasku, ale najwięcej o jego stanie emocjonalnym
mówiło ciało. Siedział na fotelu, jakby to było krzesło elektryczne,
jakby został posadzony siłą, wbrew swojej woli, co w pewnym sensie było
zgodne z rzeczywistością.
- Może nie ma to znaczenia - odparł Winter. - Ale i tak spytam. Będę
pytał o wiele rzeczy. Niektóre pytania wydadzą się panu głupie. Proszę o wybaczenie.
- O wybaczenie?
- O co się pokłóciliście?
- Zwykłe sprawy.
- Co to są zwykłe sprawy?
Mars nie odpowiedział. Znów to samo puste spojrzenie.
- Co to są zwykłe sprawy? - powtórzył Winter.
- Chciał pan powiedzieć: co to były te zwykłe sprawy? Po raz pierwszy
spojrzał tak, jakby był obecny w tym pokoju, w gabinecie Wintera. To był
jego gabinet od czasu, kiedy - chyba - szesnaście lat temu został
komisarzem. Zresztą jakie to ma znaczenie? I tak nigdy nie czuł się tam
u siebie. W pierwszym odruchu przyniósł wieżę Panasonic. Do tej pory
stała na podłodze, wciąż to samo badziewie, ten sam Coltrane razem z tym
wszystkim, co się tu przetoczyło jak lód albo ogień, ale i tak nie
zrobiło z tego pokoju jego drugiego domu. Oszalałby, gdyby tak było. Ale
jeszcze nie oszalał.
- Nie chciała, żebym pracował w Sztokholmie - wyjaśnił Mars.
Winter skinął głową.
- Ja też nie chciałem - dodał Mars.
- To dlaczego? - spytał Winter.
- Co dlaczego?
Mars spoglądał teraz zupełnie inaczej. Wcześniej Winter nie widział u niego tego spojrzenia. U innych tak. Kiwnął głową, tylko tyle. To była
kwestia tu i teraz. Za chwilę może być po wszystkim. Z tego, co
wiedzieli, nie miał niezbitego alibi. Sztokholm nie leżał na drugim
końcu świata, tylko po drugiej stronie Szwecji.
- Dlaczego nie zmieniłem pracy? - Mars machnął ręką.
- Co pan wie o sytuacji na rynku pracy? O możliwościach wyboru?
Winter nie odpowiedział. To on jest od zadawania pytań. Trzeba się do
tego w końcu zabrać.
- W Göteborgu nie ma pracy? - spytał.
- Nie takiej jak moja.
- Rekrutuje pan ludzi. W Göteborgu też są ludzie, których można
rekrutować.
- Nic pan nie rozumie - powiedział Mars.
- Czego nie rozumiem?
- Jak to działa.
- A jak działa?
- Tak, że muszę prowadzić działalność również gdzie indziej. - Mars
wstał. - Już nie mam siły.
- Proszę, żeby pan usiadł - powiedział Winter.
- To rozkaz?
- Proszę o współpracę - odparł Winter.
- W takim razie niech mi się pan postara o sznur - powiedział Mars.
- Słucham?
- Żebym się mógł powiesić - odparł Mars. - To będzie współpraca.
- Dlaczego chce się pan powiesić?
- Też pytanie!
- Muszę pytać.
- Mam wrażenie, jakby pan nie zrozumiał, co się stało - stwierdził Mars.
- Ma pan dziecko.
- Chce pan powiedzieć, że jedno zostało, tak?
- Greta.
Mars nadal stał, jakby sam decydował o sobie. Spojrzał na Wintera z góry. Winter nadal siedział naprzeciwko fotela, w którym on siedział
chwilę wcześniej. Wstawienie fotela to też był pomysł Wintera.
- Nie lubię pana - powiedział Mars. - Świnia z pana.