Dom na końcu świata. Komisarz Erik Winter. Tom XI - Ake Edwardson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 0

0

LICZYŁ JUŻ KAMIE­NIE NA PRO­ME­NA­DZIE. Zaczęło się tydzień wcze­śniej, wła­ści­wie przed Bożym Naro­dze­niem. Jeden kamień dwa trzy cztery pięć dwa­dzie­ścia sto. Wyda­wały się więk­sze, gdy słońce zaczy­nało chy­lić się ku brze­gom Maroka po dru­giej stro­nie morza, gdy jego cień wygi­nał się nad nad­mor­ską pro­me­nadą, do falo­chro­nów na wscho­dzie. Znów zaczy­nał liczyć kamie­nie. Czas wra­cać do domu.

Las od razu prze­cho­dził w pusty­nię. Na­dal nosił kara­bin, wciąż ten sam - Husqvarna - z któ­rego zastrze­lono dwa­dzie­ścia dzi­kich zwie­rząt, może sto. Szedł przez mia­sto. To było jego mia­sto. Tam był u sie­bie. Tam był myśli­wym pełną gębą. Bra­ko­wało mi tego - powie­dział do męż­czy­zny, któ­rego minął przed Nord­stan1. Męż­czy­zna miał na sobie skó­rzaną kurtkę, czapkę, ręka­wice, grube buty. A więc była zima. Wska­zał na kara­bin. W nikogo nie mie­rzył, po pro­stu szedł uli­cami i trzy­mał broń przed sobą. "Faj­nie, że wró­ci­łeś!", zawo­łał męż­czy­zna. "Uda­nego polo­wa­nia. Bestii jest tu aż nadto!". Sły­szał krzyki dobie­ga­jące z prze­pa­ści, przed nim, z tyłu i po bokach. Boże, jak mi tego bra­ko­wało. Krzy­czał, nie prze­sta­wał krzy­czeć, dopóki Angela nim nie potrzą­snęła. Wtedy wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

Wła­ści­wie to nie była zima. Tam w ogóle miało nie być zimno, o to wła­śnie cho­dziło.

- Sty­czeń, ide­alna pora na powrót do Göteborga - powie­działa. - Rewe­la­cyjna pogoda.

- Wiem - odparł. - Dla­tego chcę zacze­kać do lutego.

- Bez róż­nicy, też będzie do dupy - powie­działa. Nie uśmie­chała się. Nie było w tym nawet cie­nia żartu. - Co cię tak cią­gnie do powrotu, te kosz­marne sny?

- Tak.

- Eriku, powi­nie­neś z kimś poroz­ma­wiać.

- Roz­ma­wiam z tobą.

- Zacho­wu­jesz się cza­sem jak mały uparty chło­piec.

- Wszy­scy nosimy w sobie kolejne etapy swo­jego życia - odparł.

- Ale nie musimy wszyst­kich uze­wnętrz­niać.

- Angelo, jeste­śmy tu od dwóch lat. Ja... ja nie wiem...

- Mogli­by­śmy pocze­kać do lata. Czy nie o to cho­dzi? Żeby nie wra­cać do Göteborga w stycz­niu?

- W lutym.

- Cojo­nes Eriku.

- Prze­kli­nasz po hisz­pań­sku. Jesteś w swoim żywiole.

- Zga­dza się. Dokład­nie o tym roz­ma­wiamy.

- Cojo­nes - powie­dział.

- Lilly spy­tała kilka dni temu, co to zna­czy. I jesz­cze co zna­czy conjo.

- I co jej powie­dzia­łaś?

- Prawdę.

- Wy, leka­rze, nie macie cie­nia deli­kat­no­ści.

- Bo za dużo się napa­trzy­li­śmy - odparła. - Ty też za dużo się napa­trzy­łeś.

- Wiem. Tylko że... ja już nie mogę. To nie nar­ko­tyk. Cho­dzi o co innego.

- Boże drogi.

- Zresztą Ber­gen jest gor­sze. Ber­gen zimą to najgor­sze mia­sto na świe­cie.

- Co ma do tego Ber­gen? Jak się tam zna­leź­li­śmy?

- Odby­łem podróż w wyobraźni.

- Więc mam się cie­szyć, że nie pojadę do Ber­gen? Że zamiast tego pojadę do mia­sta, które zimą jest ździebko lep­sze od Ber­gen?

- Wła­śnie, masz się cie­szyć jak cho­lera - odparł.

Sie­dzieli na bal­ko­nie. Było już późno. Dziew­czynki spały. Elsa zasnęła przed chwilą, a Lilly wiele godzin temu. Nie sły­szały szumu roz­cią­ga­ją­cego się w dole sta­rego mia­sta. Win­ter też nie sły­szał. Na tym mię­dzy innymi miało pole­gać ich nowe życie. Mieli się wto­pić w hisz­pań­skie mia­sto. Po jaką cho­lerę miałby wra­cać do daw­nego życia na pół­nocy, do śmierci na pół­nocy?

- Jestem jesz­cze na to za młody - powie­dział. - Za młody na eme­ry­turę. Wiesz, że kie­dyś byłem naj­młod­szym komi­sa­rzem w szwedz­kiej poli­cji kry­mi­nal­nej?

- Chyba gdzieś o tym czy­ta­łam.

Pod­niósł kie­li­szek do ust. Wino miało smak żelaza i ziemi. Lokalne, z tych tań­szych, ale i tak lep­sze od win z pół­nocy. Zie­mia w Anda­lu­zji jest czer­wień­sza.

- I chcesz odejść jako jeden z naj­star­szych?

- Nie wiem. Chyba nie.

- Teraz jest jesz­cze nie­bez­piecz­niej niż za cza­sów two­jej mło­do­ści.

- Wciąż jestem młody.

- Prze­stęp­czość w Göteborgu osią­gnęła świa­towy poziom. Za cza­sów two­jej mło­do­ści tak nie było.

Nie odpo­wie­dział. Miała rację. W ciągu ostat­nich pięt­na­stu lat wyko­ny­wa­nia swo­jego tak zwa­nego zawodu wiele razy był bli­ski śmierci. Tak zwa­nego powo­ła­nia. Zawsze było bar­dzo nie­bez­piecz­nie. W tym rzecz. Wypił łyk wina. Nie czuł się pijany. W kraju, w któ­rym wino leje się bez końca, nie można się upić.

- Nie wiem dla­czego - powie­dział. - Wiem tylko, że jesz­cze z tym nie skoń­czy­łem.

- Nie zamie­rzam zrzę­dzić. Ni­gdy tego nie robi­łam.

- To prawda.

- Dwa lata temu o mało nie uto­ną­łeś w base­nie - powie­działa.

- Nie zapo­mnia­łem o tym.

- Co będzie następ­nym razem?

- Nie będzie następ­nego razu.

- Jak mam to rozu­mieć?

- Chcesz jesz­cze wina? - Się­gnął po butelkę, drugą tego wie­czoru.

- Ja nie jadę - powie­działa. - Ja i dziew­czynki nie poje­dziemy. Elsa musi dokoń­czyć drugą klasę.

- Oczy­wi­ście.

- A może i trze­cią.

- Oczy­wi­ście.

- Wciąż nie możesz wydo­ro­śleć. - Wstała i wyszła do pokoju. Nie zamknęła za sobą bal­konu.

Patrzył, jak idzie po kamien­nej pod­ło­dze. Przy­jem­nie cho­dzić boso po tej pod­ło­dze, pomy­ślał, zwłasz­cza odkąd zało­ży­li­śmy ogrze­wa­nie pod­ło­gowe. Ludzie myśleli, że zwa­rio­wa­li­śmy.

Nasłu­chi­wał odgło­sów nocy. Nie było wśród nich żad­nego, któ­rego by nie znał. W uszach miał szum, ale przy­zwy­czaił się; taka ścieżka dźwię­kowa towa­rzy­sząca myślom.

Wstał i poszedł do pokoju Lilly. Kamienna pod­łoga była chłodna, ale nie zimna. Ni­gdy nie była zimna. Lilly pochra­py­wała. Odwró­cił ją deli­kat­nie na bok i poszedł do pokoju Elsy. Nie­wy­raź­nie wymam­ro­tała coś przez sen, ale nie dosły­szał. Wyszedł. Na dwo­rze już zapo­wia­dał się świt. Otwo­rzył bal­kon i wyszedł. Pach­niało igli­wiem, pia­skiem, kamie­niami, solą i ben­zyną, jakby las, pusty­nia, morze, mia­sto i góry sta­no­wiły jedną całość. Wró­cił do pokoju, ale nie zamknął drzwi bal­konowych. Na sto­liku przed kanapą leżała okładka do CD, Pha­roah San­ders, Save Our Chil­dren. Słu­chali tego wie­czo­rem. Jazz z Afryki. Ocal­cie nasze dzieci. Prze­szył go dreszcz, jak od wia­tru od Morza Śród­ziem­nego. Wie­dział, że gdy wróci na pół­noc, sta­nie się coś potwor­nego, coś, czego jesz­cze ni­gdy nie prze­żył. Przy­cią­gało go. Cze­kało na niego.

Rozdział 1

1

TO BYŁO DROBNE OGŁO­SZE­NIE w rubryce zwie­rzęta: mały pies, małe ogło­sze­nie. Coś o tym, że to szcze­nię rasy mie­sza­nej. Zadzwo­nił, ode­brała kobieta. Podała adres. Nie bar­dzo wie­dział, gdzie to jest, ale nie spy­tał. Gdzieś w połu­dnio­wej czę­ści mia­sta, można spraw­dzić. Nie miał GPS-u, ale na końcu książki tele­fo­nicz­nej są mapki poszcze­gól­nych dziel­nic. Pyta­nie, jak długo tam pozo­staną. Wkrótce wszystko będzie zapi­sy­wane w wer­sji cyfro­wej. Nie narze­kał, bo nie ma sensu narze­kać, bia­do­lić, nikt się tym nie przej­muje. Tylko idioci narze­kają.

Powie­działa, że zadzwo­nił jako pierw­szy. Dziwne, można by przy­pusz­czać, że tele­fony będą się ury­wały. Ludzie nie mają nic innego do roboty, ale wiele osób nie lubi mie­szań­ców, on też. Cho­ciaż pies to jed­nak co innego. Jeśli teraz przy­je­dzie, będzie miał pierw­szeń­stwo.

Nic o tym nie powie­dział Liv.

- Pojadę na Frölunda torg2, potrzebny mi śru­bo­kręt gwiazd­kowy.

Samo mu się tak powie­działo. Miał całe mnó­stwo śru­bo­krę­tów gwiazd­ko­wych, w samo­cho­dzie też. Coś trzeba było powie­dzieć. Uwie­rzyła. W spra­wie narzę­dzi miał ostat­nie słowo.

- Nie potrzeba nic do domu? - spy­tała.

- Nie wiem.

- Spraw­dzę - powie­działa.

Sły­szał, jak idzie do kuchni i otwiera lodówkę. Znów zgrzyt­nęły drzwi. Pew­nie, kto by się przej­mo­wał, cho­ciaż aku­rat teraz się prze­jął. Po powro­cie naoliwi zawiasy. Może nawet któ­ryś wymieni. Ma odpo­wied­nie narzę­dzia.

- Mógł­byś kupić jeden kefir i jedno mleko! - zawo­łała. Do Frölunda torg po jeden kefir i jedno mleko, pomy­ślał. A on się nawet nie wybiera w tamtą stronę.

- Okej - odparł.

- Mógł­byś wypo­ży­czyć jakiś film! - zawo­łała. Nie odpo­wie­dział.

- Sły­sza­łeś?

- Nie jestem głu­chy. A co byś chciała?

- Żeby nie było żad­nego okro­pień­stwa.

Nad Näset3 krą­żyło kilka mew. W bla­dym słońcu wyda­wały się czarne jak kruki. Wisiało nad szkie­rami, wątłe i nie­śmiałe jak dwu­dzie­sto­pię­cio­wa­towa żarówka. Ale zawsze, cho­ciaż to zima. Niebo było matowe i mgli­ste. Mało śniegu. Suche drogi, nie ma co narze­kać. Spoj­rzał na sie­bie we wstecz­nym lusterku.

- Nie narze­kam - powie­dział.

Skrę­cił w stronę Bil­l­dal, potem w prawo, w kie­runku wysp Amund. Ze wznie­sie­nia zoba­czył morze. Zatoka wyglą­dała jak obraz: czerń, biel, tro­chę żółci i błę­kitu.

To musi być w pobliżu Stora Amundö. Zapar­ko­wał koło placu, na któ­rym zimo­wały jachty. Na tablicy napis: MARINA AMUNDÖ. Był tu już, wiele razy. Przyj­rzał się mapie. To nie­da­leko. Minął duży par­king i ruszył wąską drogą. Domy stały tak, jakby się ukry­wały przed morzem, każdy osobno. Było to wciąż mia­sto, ale jed­nak co innego. Odgłosy mia­sta tam już nie docho­dziły. Wię­cej lasu niż morza, ale pach­niało morzem. Jesz­cze raz spraw­dził adres. Numer się zga­dzał, to ten dom, drew­niany, zbu­do­wany dość nie­dawno. Musiał być drogi, cho­ciaż na taki nie wyglą­dał. Na skrzynce, sta­ro­daw­nej, z zie­lo­nego pla­stiku, nie było nazwi­ska. Podo­bała mu się, bo te nowe, bla­szane, na zamek, są gro­te­skowe, wiel­kie jak domy let­ni­skowe i jesz­cze z dasz­kami. Naci­snął przy­cisk. W domu roz­brzmiał sygnał przy­po­mi­na­jący raczej ryk wier­tarki niż dzwo­nek. Usły­szał głosy, chyba dzieci. Szcze­ka­nie psa. Dobrze tra­fił. Kobieta wyglą­dała na mniej wię­cej tyle lat, ile jej dał, sądząc po gło­sie. Nie była ani młoda, ani stara. Miała na sobie koszulę i dżinsy. Jego wzrok przy­cią­gnęły czer­wone skar­petki. Na wyso­ko­ści jej kolan zoba­czył małą twa­rzyczkę i oczy. Patrzyły na niego tak, jak się patrzy na kogoś nie­bez­piecz­nego, wstręt­nego. Tak pomy­ślał.

Szcze­niak bie­gał mu koło nóg. Mały łepek. Zdzi­wiły go dłu­gie łapy, ale kom­plet­nie się nie znał na psach.

- Pan Chri­stian... Run­stig? - spy­tała.

- Tak. Pani San­dra?

Przy­tak­nęła.

- A to Las­sie - powie­dział i kiw­nął głową na szcze­niaka. Pies pobiegł w głąb przed­po­koju. Bawił się.

- Ona się nie nazywa Las­sie - zapro­te­sto­wała mała twa­rzyczka.

- Żar­to­wa­łem - powie­dział. - A jak się nazywa? Dziecko nie odpowie­działo. Twa­rzyczka znik­nęła. Usły­szał kroczki na pod­ło­dze, cichut­kie, jakby spa­dały liście. Oczyma wyobraźni zoba­czył liście nie­sione wia­trem nad pod­łogą przez przed­po­kój i dalej przez wszyst­kie pokoje.

- Dzie­ciom jest przy­kro - powie­działa kobieta.

- Rozu­miem - odparł. Tak mu się wyda­wało. Wie­dział, że dzieci lubią psy, może nawet wszyst­kie zwie­rzęta. Lubie­nie zwie­rząt leży w natu­rze dzieci. Nie­które wyry­wają nogi muchom, ale to mniej­szość. Lepiej lubić zwie­rzęta niż ludzi. Zwie­rzęta zawsze są nie­winne.

- Jest u nas dopiero od tygo­dnia - ode­zwała się. - Ale już dru­giego dnia dosta­łam wysypki.

Nie widział żad­nej wysypki, ale to pew­nie prawda, dla­czego nie?

- To przy­kre - zgo­dził się.

W głębi roz­legł się krzyk dziecka. Chyba bar­dzo małego.

- Mała się obu­dziła - powie­działa kobieta.

- Ile... pań­stwo mają dzieci?

- Troje. - Kobieta spoj­rzała za sie­bie, potem znów na niego. - Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że mogę mieć aler­gię na sierść. W każ­dym razie psią. Albo aku­rat tego psa.

Wyda­wało mu się, że się uśmiech­nęła.

- Nie spo­sób tego prze­wi­dzieć - odparł.

- Jak byłam młod­sza, nic takiego się nie działo. O ile mi wia­domo, ni­gdy nie byłam na nic uczu­lona.

Psiak wybiegł na schodki, potem wpadł z powro­tem do domu. Mały, ale z dużym ozor­kiem. Gdzieś czy­tał, że ten wysta­jący ozór ma coś wspól­nego z oddy­cha­niem. Czło­wiek nie mógł być dla niego aż tak ważny, żeby miał wywa­lać na niego język.

- To mie­szanka labra­dora z bor­der col­lie - powie­działa.

- Podobno bor­der col­lie nie uczu­lają, ale może to cho­dziło o pudle.

Zaśmiał się.

- Dla mnie rasa jest bez zna­cze­nia - powie­dział.

- Mam nadzieję, że pan... że pań­stwo ją polu­bią.

Za nim ulicą prze­je­chał jakiś samo­chód. Nie obej­rzał się za sie­bie. Odgłos wska­zy­wał na to, że samo­chód odje­chał w stronę morza. Pró­szył rzadki śnieg. Padał z pustego i bez­barw­nego już nieba.

- To będzie nie­spo­dzianka dla żony - powie­dział.

- W takim razie oby się nie oka­zało, że ma aler­gię.

- Wiem, że nie ma.

- Pro­szę, niech pan wej­dzie.

- To nie potrwa długo - powie­dział.

Rozdział 2

2

WIN­TER PRZE­SZEDŁ PRZEZ PRÓG, któ­rego wła­ści­wie nie było. Budy­nek poli­cji został zmo­der­ni­zo­wany, dosto­so­wany do nowych cza­sów. Sporo się wyda­rzyło w ciągu tych dwóch lat. Jego miej­sce na par­kingu zni­kło w jakiejś dziu­rze. Po pro­stu zbrod­nia. Tu kie­dyś był dom jego mer­ce­desa. Padał śnieg. Zakrył kra­ter, i bar­dzo dobrze.

Jadąc na górę, spoj­rzał na swoją twarz w lustrze. W chłod­nym świe­tle windy wyglą­dała na posta­rzałą. Zoba­czył na niej groźną zapo­wiedź sta­ro­ści. Na razie tylko zapo­wiedź, tak jak powinno być. W wieku pięć­dzie­się­ciu dwóch lat ma się taką twarz, na jaką się zasłu­guje. W lustrze widział ściany windy. Wyglą­dała jak cela, jak zwia­stun tego, co go czeka. Wy, któ­rzy wcho­dzi­cie. Lustro wyglą­dało na nowe. Był przy zdej­mo­wa­niu sta­rego. Pewien zatrzy­many zra­nił się, czy raczej pró­bo­wał się zra­nić. Ale teraz ktoś posta­no­wił ina­czej, ktoś próżny. Bez nie­po­koju o przy­szłość. Może to Hal­ders.

Ściany wydziału te same co daw­niej, cho­ciaż nazwa się zmie­niła: wydział zabójstw, WZ. Miały nie­okre­ślony kolor koja­rzący się z domem towa­ro­wym albo z izbą tor­tur. Boże, jak on nie­na­wi­dził tego koloru bez koloru. Mię­dzy innymi dla­tego zosta­wił to całe gówno. Powód błahy, ale zna­czący. Pozo­stałe powody zosta­wił na dnie basenu w Nueva Andalucía.

Ale tu jest przy­szłość. To jego decy­zja, on tu decy­duje. To jego ściany, jego kory­ta­rze, jego pokój, jego widok z okna. Jego grupa. Jego myśliwi. Zapu­kał do otwar­tych drzwi salki kon­fe­ren­cyj­nej. Sie­dzący przy stole odwró­cili się do niego. Więk­szość znał, dzięki Bogu.

- Syn mar­no­trawny - ode­zwał się Fre­drik Hal­ders. Pod­szedł i uści­skał go. To, że Hal­ders kogoś uści­skał i że tym kimś był męż­czy­zna, mogło mieć zwią­zek z prze­bu­dową gma­chu. Tu i ówdzie nastą­piło jakieś polu­zo­wa­nie, twarde stało się mięk­kie.

- Gdyby był synem mar­no­traw­nym, który zbłą­dził, toby go tu nie było - powie­działa Aneta Dja­nali. Ona też wstała.

- Witamy w KGB - powie­dział Hal­ders, cofa­jąc się o kilka kro­ków. - Albo w GRU. Zresztą cały budy­nek ma dostać nową nazwę. Zgad­nij jaką.

- Łubianka? - spró­bo­wał Win­ter.

- Zga­dłeś! - Hal­ders cof­nął się jesz­cze o krok. - Wiesz, Eriku, myśla­łem, że bar­dziej uty­jesz.

Pierw­szym świad­kiem był Robert Krol. Już kilka godzin po odkry­ciu zbrodni opo­wie­dział Win­te­rowi, co się wyda­rzyło, kiedy jak co dzień przed połu­dniem spa­ce­ro­wał dróż­kami pro­wa­dzą­cymi w dół, do morza, a potem na wzgó­rza i ścieżką koło domów.

Od godziny znów padał śnieg, takie same wiel­kie płatki jak kilka dni wcze­śniej. Wcale mu się to nie podo­bało. Skoro nie spadł do syl­we­stra, i potem też, to mogłoby tak już zostać, bo wkrótce i tak będzie wio­sna, prawda? Zie­mia nie tęskni za tą bielą, skoro nawet w grud­niu jej nie było. Dzie­ciom może się podo­bać, ale prze­cież to Göteborg, tutej­sze dzieci są przy­zwy­cza­jone do tego, że zimą nie ma śniegu. Dla tych, co chcą na niego popa­trzeć, są góry. On nie musi. Jego kolory to zie­leń i błę­kit. Po placu zabaw przy skrzy­żo­wa­niu ścieżki rowe­ro­wej z Amundövikslinga, przy któ­rej miesz­kał, bie­gały dzieci. Kil­koro wdra­py­wało się na wieżę. Wyglą­dała jak mostek kapi­tań­ski na statku. W każ­dym razie jemu przy­po­mi­nała mostek. Nawią­zy­wała do oto­cze­nia: z jed­nej strony zatoka, z dru­giej morze.

Na dro­dze, którą szedł, było pełno błota pośnie­go­wego. Ślady kół skrę­cały raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby kie­rowca miał pro­mile we krwi. Pomy­ślał sobie: jak dobrze, że wło­żył kalo­sze. Inne buty po takim spa­ce­rze byłyby zupeł­nie znisz­czone. Śnieg wciąż padał, ale płatki były teraz mniej­sze i tward­sze. Zro­biło się zim­niej. Zresztą czuł wiatr przez kurtkę. Tem­pe­ra­tura spa­dła z szyb­ko­ścią zrzu­co­nego z góry kamie­nia. Zama­rza­jące kole­iny w śniegu wyglą­dały jak brudne fale, zasty­głe w dro­dze na ląd.

Ze skrzynki na listy przed domem San­dry wysta­wało kilka gazet. Stary typ, bez zamka. Zmo­czone, zaśnie­żone, wyglą­dały bar­dzo smęt­nie. Zauwa­żył je, gdy scho­dził w dół, do mostu Amundö. Pod­szedł, żeby je wci­snąć do skrzynki, ale nie dało się. Były sztywne od mrozu. W skrzynce już była jakaś gazeta. I poczta. Trzy gazety z trzech dni. San­dra mogła wyje­chać z dziećmi, może do Jovana. Pew­nie już ma miesz­ka­nie, a nie cią­gle te hotele. Chyba mu mówiła, jak kie­dyś wpa­dli na sie­bie - kiedy to było? - że zamiesz­kał na stałe w Sztok­hol­mie. Nie wyglą­dała na zachwy­coną, ale kto by się cie­szył w jej sytu­acji? Pamięta wszystko, co się wyda­rzyło, i to, co było nie­dawno, i to, co pół wieku temu. Wszystko pamięta.

Od trzech dni przy­cho­dził tam każ­dego przed­po­łu­dnia, a jej volvo 70 cały czas stało. Ni­gdy nie wpro­wa­dzała samo­chodu do garażu, gdy była w domu sama z dziećmi. Pew­nie nie ma odwagi. Kobiety raczej boją się wjeż­dżać samo­cho­dem do garażu. Pew­nie mają jakiś pro­blem z oceną odle­gło­ści albo ze zmy­słem orien­ta­cji. Z czego to wynika? Samo­chód stał tak od dawna. Był na nim i stary, i nowy śnieg. Jak się dostała do mia­sta? Chyba przez te trzy dni musiała robić jakieś zakupy? Z troj­giem dzieci bez samo­chodu nie spo­sób się stąd wydo­stać. Rozej­rzał się. Wszedł na pose­sję, pod­szedł do drzwi i zadzwo­nił. Sły­szał, jak dzwo­nek odbija się mię­dzy ścia­nami jak echo. Można by sądzić, że dom jest więk­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści, jakby go zbu­do­wano z kamie­nia, a nie z drewna. Zadzwo­nił ponow­nie. Nikt nie otwie­rał, nie było sły­chać kro­ków. Jesz­cze raz naci­snął dzwo­nek. Był zimny, jesz­cze tro­chę, a palec by mu przy­marzł. Obej­rzał się za sie­bie. Dzwo­nek brzmiał jakoś mar­two. Wydało mu się, że sły­szy krzyk. W środku krzy­czało dziecko. Zawo­łał:

- Halo, San­dra! Halo! Jest tam kto?!

On i Irma nie mają dzieci. Wró­cił do domu tak szybko, jak mu pozwa­lało kolano. Wie­dział, że ona czeka na niego w domu, zawsze będzie cze­kać. Śnieg prze­stał padać, zro­biło się zimno, cho­ler­nie zimno.

- Zadzwoń na poli­cję! - zawo­łał gło­śno, sto­jąc w przed­po­koju. Zimno wpa­dło za nim przez otwarte drzwi jak pół­nocny wiatr. Zawo­łał jesz­cze raz.

Cen­trala wysłała do Amundövik radio­wóz. Wia­domo było tylko tyle, że w zamknię­tym domu praw­do­po­dob­nie jest nie­mowlę. Inspek­tor Vedran Ivan­ko­vic dotarł pod wska­zany adres, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy zwa­łami śniegu i fiń­skimi san­kami, które ktoś zosta­wił przed furtką.

- Jak na wsi - powie­działa Paula Nykvist, wska­zu­jąc na sta­ro­dawne sanki. - Praw­dziwa idylla.

- Bo to jest wieś - odparł Ivan­ko­vic. - Taka mała wio­ska.

- Tam ktoś stoi. - Paula Nykvist kiw­nęła głową do Roberta Krola. Cze­kał przed domem. Cho­dził tam i z powro­tem. Miał siwą brodę i spi­cza­stą dzia­ni­nową czapkę.

- Wygląda jak stary wilk mor­ski.

Zapar­ko­wali i wysie­dli.

- Jest w tym coś dziw­nego - powie­dział Krol, pod­cho­dząc. Lekko kulał. - Dziecko krzy­czy. Mają w domu nie­mowlę i ta mała krzy­czy, ale nikt nie otwiera.

Paula Nykvist kiw­nęła głową. Pode­szła bli­żej. Dom wyglą­dał na duży i mały jed­no­cze­śnie. Była aku­rat naj­ja­śniej­sza pora dnia, a mimo to wyda­wało się, jakby tonął w mroku, w ciem­no­ściach zimo­wej nocy. To zła ciem­ność, pomy­ślała. Już kilka razy byłam w takiej sytu­acji i wyczu­wam zło, jesz­cze zanim spoj­rzę mu pro­sto w twarz.

- Drzwi są zamknięte na klucz - powie­dział Krol. - Spraw­dza­łem. Nikt nie otwiera.

Ivan­ko­vi­cowi i Pauli Nykvist też nikt nie otwo­rzył.

Zacze­kali, aż sygnał dzwonka ucich­nie.

- Sły­szę dziecko - powie­działa Paula.

Poczuła lęk. Nie bała się, ale czuła lęk. Nie bała...

- Samo­chód nie był ruszany od co naj­mniej trzech dni - powie­dział wilk mor­ski. - I nikt nie wyj­mo­wał poczty ze skrzynki.

Znów usły­szała krzyk nie­mow­lę­cia. Chyba tro­chę słab­szy, pomy­ślała, z tam­tej strony. Pode­szła do okna, kilka kro­ków w lewo od drzwi. To stam­tąd dobie­gał krzyk. Starła szron z szyby i zaj­rzała. Nie­da­leko okna stało łóżeczko, dostrze­gła w nim jakiś ruch. Pokój musi być na lewo od przed­po­koju.

- Wcho­dzimy! - zawo­łała do kolegi.

Otwar­cie zamka zabrało Ivan­ko­vi­cowi pięt­na­ście dłu­gich sekund.

Weszli. Pierw­szy Ivan­ko­vic, za nim Paula. Poszła pro­sto do pokoju dziecka. Wyjęła je z łóżka, w któ­rym było mokro i gorąco, i zimno, wszystko naraz, jak naj­go­rzej.

Ivan­ko­vic już w przed­po­koju poczuł zapach, jakby ten zapach rzu­cił się na niego od drzwi w głębi domu. Wie­dział, co to za smród, ale musiał się upew­nić. Poszedł dalej i zoba­czył zwłoki. Zadzwo­nił na komendę. Wia­do­mość prze­ka­zano dalej, powinna już dotrzeć do WZ. Paula przy­szła z lewej, z czymś na rękach. Za nią szedł stary. Coś mówił.

Win­ter i Ring­mar jechali samo­cho­dem na połu­dnie. Śnieg wciąż padał. Kąpie­li­sko Askim wyglą­dało jak jedno wiel­kie białe pole, a morze jak nie­ru­choma biała masa. Na środku pola stał samot­nie rower. Coś mu przy­po­mi­nał, ale nie mógł sobie uprzy­tom­nić co.

- Wie­czo­rami, gdy dzieci były małe, cza­sem przy­jeż­dża­li­śmy tu na rowe­rach - powie­dział Ring­mar, patrząc na rower, na pole i stare budynki nale­żące do kąpie­li­ska. - W tam­tych cza­sach wie­czory czę­sto były piękne. - Odwró­cił się do Win­tera. - Myśla­łeś o tym? Że wtedy zawsze były piękne wie­czory?

Świa­tła się zmie­niły i Win­ter ruszył. Pomy­ślał, że kie­dyś nie było tam świa­teł. Wyjazd na obwod­nicę Säröleden z par­kin­gów kąpie­li­ska był kosz­marny. Powinni byli czę­ściej jeź­dzić na rowe­rach. Ring­mar ma rację. Ale Ring­mar jest o dwie­ście lat star­szy, wię­cej zro­bił w życiu. Win­ter ma to wszystko jesz­cze przed sobą. Za rok Ber­til przej­dzie na eme­ry­turę, a może dopiero za dwa. Albo za dzie­sięć. Ber­til jest moc­niej­szy od samego życia, będzie trwał wiecz­nie.

- Wie­czory były piękne - powtó­rzył Ring­mar. - Imi­granci sobie goto­wali i na całej plaży pach­niało pie­czo­nym mię­sem. Przy­no­sili wła­sne ruszty.

- Pamię­tam - powie­dział Win­ter. - Pięk­nie pach­niało.

- Nie wiem, jak jest teraz - cią­gnął Ring­mar. - Może już tu nie przy­cho­dzą.

- Latem możemy przy­je­chać tu na rowe­rach - zapro­po­no­wał Win­ter. Jechał dalej, na połu­dnie.

- Lepiej samo­cho­dem. Jakoś nie chce mi się jechać rowe­rem tak daleko - odparł Ring­mar.

- Samo­cho­dem to już nie to samo, Ber­tilu. Zresztą jesteś w lep­szej for­mie niż ja.

Ring­mar nie odpo­wie­dział.

- Nie podoba mi się to, co wkrótce będę oglą­dał - powie­dział po chwili.

Z lewej minęli pły­wal­nię. Kie­dyś Ring­mar woził tam Moę i Mar­tina na naukę pły­wa­nia. Gdy dzieci były na base­nie, robił prze­bieżkę: koło kościoła, nad trasą, potem w dół do kąpie­li­ska Hov?s, koło sta­rego dworca i z powro­tem. To był inny świat, drugi koniec zna­jo­mego świata, w któ­rym żył obec­nie. Wtedy też miał wra­że­nie, jakby biegł przez obcy świat. Ina­czej pach­niało. Przy­po­mi­nało mu o tym, że Göteborg to wiel­kie mia­sto. Potem dzieci prze­stały cho­dzić na pły­wal­nię, ale i tak przy­jeż­dżał tu kilka razy w tygo­dniu i robił tę samą rundkę. Rozu­miał, że to forma tera­pii, cho­ciaż nie wie­dział, co leczy. Zro­zu­miał póź­niej, gdy nie miał już żony i syna, a córkę tylko z rzadka. Zasta­na­wiał się wtedy, czy zabie­gać się na śmierć, jak stary kłu­sak, który ma dość całego tego gówna. Cza­sami wciąż się nad tym zasta­na­wiał, cho­ciaż wcale nie chciał. Auto­de­struk­cyjna auto­te­ra­pia.

Win­ter zje­chał z trasy i skrę­cił koło sta­rego budynku Kodaka. Przy­po­mniało mu się, jak z Angelą i dziećmi jeź­dzili na skałki Stora Amundö, żeby się kąpać i opa­lać. Tutaj wszystko przy­po­mi­nało mu o dzie­ciach. To, co go cze­kało, też wią­zało się z dziećmi, tyle wie­dział od tych z radio­wozu.

Dla­tego wró­cił. Już od pierw­szego dnia pracy w nowym wcie­le­niu. Witamy w domu, panie Win­ter.

Poli­cjanci cze­kali na ulicy przed domem razem ze star­szym męż­czy­zną. Gdy wysia­dali, chyba aku­rat coś im wyja­śniał. Kiedy zoba­czył Win­tera i Ring­mara, pod­szedł kilka kro­ków na krzy­wych nogach.

- Dziecko jest u mojej żony - powie­dział.

- Karetka w dro­dze - powie­działa Paula Nykvist. - Powinna już być. To pilne. Nie­do­brze jest.

- Żona pana Krola podaje dziecku płyny - wyja­śnił Ivan­ko­vic, wska­zu­jąc głową na Krola.

- Jest pie­lę­gniarką, to zna­czy była. Wie, co robić.

Ale Win­ter ich nie słu­chał. Nasłu­chi­wał czego innego. Miało to zwią­zek z tym, na co teraz patrzył: dom, samo­chód na pod­jeź­dzie, droga, w tle skały, drzewa, wiatr i śnieg, biały śnieg przy­kry­wa­jący wszystko jak stary koc.

W uszach miał krzyk, prze­dzie­ra­jący się przez szum w uszach, zagłu­sza­jący wszystko. Ten krzyk miał tam pozo­stać, tylko tam, był jak czarny krąg wokół tego domu na końcu świata. Teraz widział tylko dom. Pokry­wa­jący go miej­scami śnieg nagle stał się czarny. Jakby dom stał na dnie kra­teru, do któ­rego wpadł wiatr, żeby już ni­gdy nie wzle­cieć do góry.

Odwró­cił się do Ivan­ko­vica.

- Ile ciał widzia­łeś?

- Dwa albo trzy. Nie jestem pewien.

- Gdzie?

- Trudno powie­dzieć.

- Czy ta kobieta miesz­kała tu sama z dziećmi?

- Zdaje się, że mąż cza­sowo mieszka gdzie indziej.

- Dla­czego? - spy­tał Win­ter, mówiąc raczej do sie­bie. Nikt jesz­cze nie znał odpo­wie­dzi. Dla­czego? Zakres pyta­nia jest zbyt sze­roki. Zawsze to prze­klęte dla­czego. Poja­wia się przed­wcze­śnie i tak trudno na nie odpo­wie­dzieć. Nie da się, to jak pyta­nie pocho­dzące od Boga.

- Jovan pra­cuje... gdzie indziej - powie­dział Krol.

- Ma na imię Jovan?

- Tak. Man­po­wer4.

- Facet nazywa się Jovan Man­po­wer? - spy­tał Ring­mar.

Krol spoj­rzał na niego, jakby był nie­spełna rozumu.

- Wej­dziemy przez garaż - powie­dział Win­ter, rusza­jąc przed sie­bie.

Drzwi garażu nie były domknięte, zacięły się od mrozu. Win­ter szarp­nął je dłońmi w ręka­wicz­kach i pocią­gnął. Powoli ustą­piły. W środku pano­wał mrok. W głębi doj­rzał jesz­cze jedne drzwi i poszedł tam po beto­no­wej posadzce. Za ple­cami sły­szał oddech Ber­tila. Szli w mil­cze­niu. Drzwi pro­wa­dziły do małego przed­po­koju. Win­ter zoba­czył jesz­cze jedne drzwi. Cisza aż dzwo­niła w uszach. Pod­szedł i otwo­rzył. Jesz­cze jeden przed­po­kój, więk­szy i wid­niej­szy.

Od razu poczuł ten zapach, odór śmierci. Na całym świe­cie nie ma nic, co dałoby się z tym porów­nać.

Zoba­czył maleńki bucik. Na pod­ło­dze leżała ręka­wiczka, tuż obok jego buta. Ber­til też ją zauwa­żył. Prze­cho­dząc przez próg, zatrzy­mał się. Odwró­cił się i bez słowa spoj­rzał na Win­tera. Win­ter odru­chowo sta­nął koło niego i zaj­rzał do pokoju, zapewne salonu: kanapa, dwa fotele, pła­ski tele­wi­zor, regał z książ­kami, witryna z por­ce­laną i szkłem, na sofie para dżin­sów, na sto­liku kilka guzi­ków, jakby uda­wały pionki do gry w jakąś grę towa­rzy­ską, na pod­ło­dze podarta bluzka, zma­sa­kro­wane ciałko, czę­ściowo przy­kryte czymś w rodzaju pledu. Ber­til poru­szył ręką, wska­zał coś lufą pisto­letu. Żaden z nich nic nie mówił, poru­szali się bar­dzo ostroż­nie. Win­ter wie­dział, że w uszach musi mu szu­mieć naprawdę gło­śno, ale nie sły­szał tego. Wszystko prze­sło­niła adre­na­lina. Sku­pił się na patrze­niu, patrze­niu, teraz, nie wtedy, gdy wszystko zosta­nie stąd zabrane, ozna­czone, prze­ana­li­zo­wane, zdejmą ślady DNA, prze­świe­tlą i pod­da­dzą obduk­cji. Tylko teraz ma szansę stwo­rzyć sobie obraz na pod­sta­wie pierw­szych wra­żeń, nie jakiejś rekon­struk­cji, powtórki, tylko ostrego obrazu. Sprawca opo­wie mu, co się tutaj stało, w jakiej kolej­no­ści i jak. W tym obra­zie cho­dzi raczej o to, czego bra­kuje, niż o to, co jest.

- Sypial­nia - powie­dział. Odwró­cił się i pod­szedł do ostat­nich drzwi. Były otwarte. Pierw­szym, co zoba­czył, było mar­twe świa­tło. Usi­ło­wało się wedrzeć z zewnątrz przez jedyne okno. Próba rów­nie bez­na­dziejna jak próba przy­wró­ce­nia życia kobie­cie i dziecku leżą­cym na podwój­nym łóżku, które wypeł­niało znaczną część pokoju. Oboje nie żyli od wielu dni, tyle wie­dział o tech­nice kry­mi­na­li­stycz­nej. A ten, który pozba­wił ich życia, zro­bił to grun­tow­nie.

- Rany boskie - ode­zwał się zza jego ple­ców Ber­til. Wyra­ził jego wła­sne myśli.

Win­ter nie odpo­wie­dział.

- To bije wszel­kie rekordy - stwier­dził Ring­mar.

- Tylko nie rekordy.

- Duszę się - powie­dział Ring­mar.

Od okna dobie­gał jakiś odgłos. W pierw­szej chwili Win­ter pomy­ślał, że ktoś puka, ale to ptak stu­kał dzio­bem. Chciał się dostać do środka. Może się przy­jaź­nił z dziew­czynką leżącą na łóżku. Nie wla­tuj tutaj. Widział zarys maleń­kiej syl­wetki ptaszka za szybą. Przy­po­mi­nało to teatr cieni. Ni­gdy tu nie wla­tuj.

Łóżko było posłane, ciała leżały na narzu­cie, głowy nie się­gały podu­szek. Kobieta leżała w dziw­nie wygię­tej pozy­cji, jakby ćwi­czyła jogę. Nic jej nie pomoże ta joga, chyba że na tam­tym świe­cie. Win­ter czuł w dłoni chłód pisto­letu. Broń była rów­nie bez­sen­sowna jak świa­tło dnia z początku lutego. Choćby nie wia­domo ile razy wystrze­lił ze swo­jego sig sau­era, dla tych mar­twych ludzi nic to nie zmieni. A czy on potrafi coś zmie­nić? Prze­cież po to wró­cił do domu. Tęsk­nił za domem. Za pracą, za pości­giem. Ten, który wła­śnie się zaczął, będzie naj­więk­szy ze wszyst­kich dotych­cza­so­wych.

Psina, na razie jesz­cze bez­i­mienna, patrzyła na niego wzro­kiem wyra­ża­ją­cym wszystko albo nic. Nie­wiele inte­li­gen­cji czy choćby pamięci. Wąt­pił, żeby pies pamię­tał coś po zale­d­wie kilku dniach, jeśli w ogóle. Nie znał się na psach. Liv też nie, ale ucie­szyła się, gdy przy­pro­wa­dził nowego domow­nika.

- Jak ona się wabi?

- Musimy jej wymy­ślić imię.

- Czy to nie dziwne?

- Nie powie­dzieli, jak się wabi.

- Żeby się tylko nie oka­zało, że mam aler­gię - powie­działa Liv.

- Wzią­łem ją na próbę, na pięć dni.

- Tak się umó­wi­li­ście?

- Tak. Kobieta ma aler­gię. Oka­zało się, kiedy już wzięli psiaka.

- No to nie wezmą jej z powro­tem. - Liv pogła­dziła szcze­niaka po szyi. - Nie muszą. Zosta­niesz u nas, kochana. - Pod­nio­sła wzrok. - Przy­szła do nas w stycz­niu. Nazwiemy ją Jana5.

- Gdyby była kotem, nazwa­li­by­śmy ją Jama6.

- Cha, cha. - Pokle­pała suczkę po pyszczku. - Witamy w domu, Jana. - Spoj­rzała na niego. - Droga była?

- Nie. Czte­ry­sta koron, cena raczej sym­bo­liczna. Ta pani powie­działa, że głów­nie po to ją wyzna­czyła, żeby nie dzwo­nili jacyś wariaci, któ­rzy aku­rat prze­czy­tali ogło­sze­nie.

Wstał z krze­sła.

- Zapo­mnia­łem o zaku­pach.

- Nie szko­dzi - odparła. - I tak nie mam dziś ochoty nic oglą­dać.

- Potrzebny mi nowy śru­bo­kręt gwiazd­kowy. Stary się znisz­czył.

Po domu krę­cili się tech­nicy. W bia­łych ubra­niach wyglą­dali jak Mar­sja­nie. Win­ter widział ich z zewnątrz, z zaśnie­żo­nego traw­nika, na któ­rym stał. Wszystko było zna­jome i obce zara­zem. Usły­szał krzyk, spoj­rzał w górę i ujrzał czarne ptaki wzla­tu­jące nad morzem. Wyglą­dały jak sieć roz­pięta pod nie­bem. Dobry odruch: jak naj­szyb­ciej odle­cieć z tego pie­kła.

Ber­til patrzył w inną stronę. Win­ter zoba­czył Hal­dersa i Anetę, wła­śnie wysie­dli z nie­ozna­ko­wa­nego samo­chodu. No i dobrze. Będą wszy­scy razem, aż to się skoń­czy, bo będzie ści­gał tego skur­wiela choćby na dru­gim końcu świata. Szczera myśl, banalna, ale skom­pli­ko­wana.

- Fuck, co tu się stało? - spy­tał Hal­ders.

- Dwoje dzieci, kobieta - odparł Ring­mar. - Wydaje się, że od noża.

- Kuchen­nego?

- Nie wiem.

Hal­ders się rozej­rzał. Nic mu się tam nie podo­bało. Ni­gdy nie lubił śle­pych uli­czek. Przed­mie­ścia, mia­steczka wil­lowe i idylle to ślepe uliczki. Nie lubił ani miejsc zbrodni, ani samych zbrodni. Wła­ści­wie nie lubił wszel­kiej prze­mocy, choć dla wielu było to tajem­nicą. Gene­ral­nie nie­wiele lubił poza wła­snymi dziećmi, Anetą i ludźmi, z któ­rymi pra­co­wał.

- Prze­żyło nie­mowlę - mówił dalej Ring­mar.

- Czyżby ojciec rodziny posta­no­wił skar­cić swo­ich bli­skich przy uży­ciu kuchen­nego narzę­dzia? - Hal­ders napo­tkał spoj­rze­nie Anety. - To nie było pyta­nie - powie­dział.

- Ani stwier­dze­nie.

Ale wszy­scy zda­wali sobie sprawę, że wła­śnie to jest pyta­nie. Naj­oczy­wist­sze. Odpo­wiedź też. Banalna, zło­żona, praw­dziwa.

- Podobno jest w Sztok­hol­mie - powie­dział Win­ter. - Zaj­muje się jaki­miś szko­le­niami. Jesz­cze się do niego nie dodzwo­ni­li­śmy.

Z domu wyszedł Tor­sten Öberg, szef wydziału tech­niki kry­mi­na­li­stycz­nej, a wła­ści­wie zastępca, ale nikt nie wie­dział, jak się nazywa jego prze­ło­żony. Ścią­gnął kosmiczne nakry­cie głowy i maseczkę.

- Minęło kilka dni - powie­dział. - Może trzy, a może wię­cej. Ten zapach nie jest przy­jemny. Zoba­czymy. Jak dotąd zauwa­ży­łem u kobiety ślady po jede­na­stu cio­sach. Kilka z nich mogło być śmier­tel­nych.

- A dzieci? - spy­tała Aneta.

- Ten sam kosz­mar - odparł Öberg i gło­śno ode­tchnął.

- Ale bez prze­mocy sek­su­al­nej, na ile mogę teraz oce­nić.

- Tylko mor­der­stwo - stwier­dziła Aneta Dja­nali. Cóż tu dodać. Tylko mor­der­stwo.

- Ale dla­czego tyle tych cio­sów? - powie­dział Ring­mar, jakby do sie­bie.

Öberg wzru­szył ramio­nami, ale nie obo­jęt­nie. Zoba­czymy. Jesz­cze wszystko usta­limy.

- To może być bar­dzo ważne - powie­dział Hal­ders. - Tor­sten, zna­la­złeś nóż?

- Nie, jesz­cze nie.

- To ten sam?

- Jaki ten sam?

- Wiesz prze­cież.

- W tej chwili jesz­cze nic nie wiem.

Win­ter spoj­rzał na Öberga. Cie­kaw był, czy Tor­sten to powie, bo było coś jesz­cze. Nie cho­dziło o to, że nie­chęt­nie dzie­lił się infor­ma­cjami. Trzy­mał je dla sie­bie, bo jesz­cze nie upo­rząd­ko­wał obra­zów w gło­wie. To jesz­cze przyj­dzie i doty­czy to wszyst­kich, któ­rzy tu są, w tym miej­scu, pod tym bez­li­to­snym nie­bem. Wszy­scy obej­rzą zdję­cia. Win­ter i Ring­mar już widzieli, jak było naprawdę.

Rozdział 3

3

NAD ZATOKĄ ZAPA­DŁA CISZA. Gęsta. Jakby przez doci­śnię­cie zamie­niła się w beton, który przy­krył wszystko, łącz­nie z nim. Niebo było dachem, nie­chcia­nym i cał­kiem zbęd­nym.

W Hisz­pa­nii niebo zmie­rzało do innych ukła­dów pla­ne­tar­nych. Na pół­nocy ukry­wało wszystko, co jest na tym świe­cie. Świat zaczy­nał się i koń­czył tam, gdzie wła­śnie stał.

Ruszył po sza­rym pia­sku, czuł wiatr wie­jący z połu­dnio­wego zachodu. Przed chwilą dął nad jego działką poło­żoną pięt­na­ście kilo­me­trów dalej na połu­dnie, nad plażą nale­żącą tylko do nich, do jego rodziny, nad ich wła­snym kawał­kiem brzegu. Mógł tam w kilka sekund wrzu­cić do morza kamie­nie, które potrze­bo­wały dzie­się­ciu milio­nów lat, żeby się wydo­stać z wody.

Cisza panu­jąca w domu była gorąca i lepka. Patrzył na wszech­obecną biel za oknem. Śnieg prze­stał padać, a potem znów zaczął. Na dwo­rze nie dostrzegł żad­nego ruchu. Zapa­dał zmierzch. Spoj­rzał na zega­rek. Trze­cia. Był tam od trzech godzin. Trzy godziny w domu na końcu świata. Pokoje wypeł­niła śmierć i jej odór. Wszystko wokół nosiło jesz­cze ślady życia, ale ten czas minął. Trzy dni minio­nego czasu, może tro­chę dłu­żej, może kró­cej.

Wszedł do pokoju, który wciąż pach­niał życiem. Dało się stam­tąd doj­rzeć szkiery na morzu. Łóżeczko stało bli­sko okna. Nagle roz­ja­śniło je odcho­dzące świa­tło.

Dla­czego to dziecko zostało oszczę­dzone? Przy­pa­dek? A może prze­ciw­nie - albo jesz­cze gorzej: wysta­wione na dłu­gie, samotne kona­nie, bez moż­no­ści zro­zu­mie­nia cze­go­kol­wiek poza bólem, gło­dem, chło­dem, gorą­cem, nie­umie­jące nic powie­dzieć ani nic zapa­mię­tać. Widziała go? Czy mała widziała mor­dercę? Czy wziął ją na ręce? A może jej nie zauwa­żył? Dziew­czynka miała na imię Greta. Dzięki imie­niu była osobą, w odróż­nie­niu od tam­tych, któ­rzy stali się tylko czy­imś wspo­mnie­niem.

Tech­nicy Tor­stena zabrali z pokoju łóżeczko i całą resztę. Win­ter miał zaufa­nie do Tor­stena. Ślady mate­rialne mają zna­cze­nie decy­du­jące, są waż­niej­sze od przy­zna­nia się. Ludzie potra­fią się przy­znać do wszyst­kiego, pusz­czają wodze fan­ta­zji i dają się zapro­wa­dzić do pie­kła.

Obszedł dookoła łóżeczko, miał je przed oczami. Wszedł tu wtedy, gdy dziecka już nie było - było u pani Krol - ale wszystko inne zostało, pościel, to, co leżało na pod­ło­dze... wła­śnie, co tam leżało?

Co ja wtedy widzia­łem? Coś mięk­kiego, jakie­goś plu­szaka. Elsa i Lilly miały takie, sam kupo­wa­łem. Takie, któ­rymi nie można się udu­sić. Leżał w tam­tym kącie. Teraz jest u tech­ni­ków. Dla­czego ta przy­tu­lanka tam leżała? Greta nie mogła jej tam rzu­cić. Dla­czego leżała w tym odle­głym kącie?

Co zoba­czył w łóżeczku?

A czego nie?

Co widzia­łem?

Zoba­czy­łem, że cze­goś nie widzę. Czego?

Już wie­dział, czego nie zoba­czył. Ani na pod­ło­dze, ani na łóżeczku, ni­gdzie.

Wyjął iPhone'a i wybrał skró­cony numer Öberga. Wybrzmiały trzy sygnały, zanim ode­brał.

- Tor­sten, jestem w domu koło Amundön. Zabra­li­ście stąd jakiś smo­czek?

- Smo­czek? Musiał­bym spraw­dzić. Prze­glą­dam teraz wszystko. Jak wiesz, nie zaj­mo­wa­łem się poko­jem dzieci.

- Wiem. Byli tam Lis­beth i Mario, prawda?

- Tak. Dowiem się. Lis­beth jest na miej­scu. Zaraz ją spy­tam.

- Dzię­kuję.

Tor­sten nie pytał. Win­ter nie musiał nic wyja­śniać. Nie było to potrzebne. Nasłu­chi­wał odgło­sów z zewnątrz, ale wokół pano­wała zimowa cisza. W gło­wie mu szu­miało. Prze­szedł kilka kro­ków po pustej pod­ło­dze.

- Eriku?

- Tak, słu­cham.

- Nie ma smoczka.

- Jeste­ście pewni?

- Kurwa, a co ty myślisz?

- Prze­pra­szam.

- Nie było żad­nego smoczka. Ale chyba powi­nien być?

- Może mała ssała kciuk - powie­dział Win­ter. - Lilly tak robiła. Jeśli mam być szczery, cza­sem wciąż to robi. Mowy nie było o smoczku.

- Eriku, będziesz musiał spy­tać ojca.

- Odpo­wie, że dziecko miało smo­czek - odparł Win­ter.

- W takim razie...

- Już sam nie wiem. Ale praw­do­po­dob­nie mor­derca zabrał smo­czek.

- Cze­kaj - powie­dział Öberg. - Przy­szła Lis­beth.

Win­ter sły­szał ich w tle.

- Zna­leź­li­śmy kilka nowych smocz­ków w szu­fla­dzie w kuchni - powie­dział Öberg do słu­chawki. - Nie­uży­wa­nych. Czyli jed­nak mała ssała smo­czek, chyba że zostały po tam­tych dzie­ciach.

- Ten skur­wiel zabrał smo­czek. Doty­kał go. Wie­dział, że go doty­kał, dla­tego go zabrał.

- To moż­liwe. A dla­czego doty­kał?

- Bo uspo­ka­jał dziecko.

Win­ter stał w dużym pokoju i patrzył przez okno, inside looking out, pomy­ślał. To może być Mar­sa­lisa. Już wie­dział, do czego są podobne skałki nad domem. Do dwu­masz­towca, kamien­nego żaglowca oddzie­lo­nego od swo­jego morza.

Chło­piec był czę­ściowo przy­kryty kocem, czy raczej ple­dem. Dla­czego? Bo mor­derca nie chciał już na niego patrzeć? Win­ter przy­kuc­nął przy nary­so­wa­nym na pod­ło­dze obry­sie zamor­do­wa­nego dziecka. Chłop­czyk miał na imię Erik, wciąż ma tak na imię, pomy­ślał. Miał pięć lat. Wszę­dzie - na ścia­nach, szaf­kach - były jego zdję­cia: sam, z młod­szą sio­strzyczką, ze star­szą sio­strą, która miała na imię Anna. Ma na imię Anna, popra­wił się w myślach.

Ale nie wcho­dził jesz­cze do dru­giej sypialni.

W przed­po­koju sta­nął przed drzwiami wej­ścio­wymi. Nie nosiły śla­dów wła­ma­nia. Ludzie Tor­stena zauwa­ży­liby, to zawsze widać.

Odwró­cił się. Na pod­ło­dze zostały ślady: ktoś cią­gnął ciało. Ktoś wszedł, kobieta stała tam, tam, któ­reś z dzieci tam, może oboje. Doszło do sza­mo­ta­niny, sta­wiała opór. Cho­ciaż może nie od razu. Albo wcale. Coś takiego można zro­bić po fak­cie, mor­derca mógłby to zaaran­żo­wać z zimną krwią. Wysty­li­zo­wać, pomy­ślał. Teraz wszystko się sty­li­zuje. Po fak­cie można zro­bić więk­szość rze­czy, ale nie wszystko. W przed­po­koju jest krew, bo zaczęło się już tu. Te ślady opo­wie­dzą swoją histo­rię. Tor­sten ma w zespole dwóch spe­cja­li­stów od inter­pre­to­wa­nia plam krwi. Plamy mogą wiele powie­dzieć o sprawcy, o pre­me­dy­ta­cji i tak dalej. Roz­pry­ski o tym, w którą stronę, z któ­rej strony. Kolej­ność - miłe słowo - kie­ru­nek, liczba cio­sów. Ten skur­wiel przy­szedł tu z wła­snym narzę­dziem. Potem już samo poszło.

Krew na krew, pomy­ślał, krew na krew.

Zadzwo­niła komórka.

- Tak?

- Jesz­cze tam jesteś?

- Tak.

- I jak ci się wydaje? - spy­tał Ring­mar.

- Dla­czego pytasz?

W słu­chawce zapa­dła cisza. Dla­czego zadaję takie pyta­nia? Dla­czego tak mówię? Nie pamię­tam, jak było w poprzed­nim wcie­le­niu. Muszę się na nowo nauczyć roz­ma­wiać z Ber­ti­lem. Wró­cić do naszej metody, do wol­nych sko­ja­rzeń. Chyba mia­łem za dużo słońca.

- Wydaje mi się, że on ich znał. Albo odwrot­nie, że ona znała mor­dercę.

- W jakim sen­sie?

- Był zna­jo­mym.

- Na ile bli­skim?

- Wystar­cza­jąco.

- A dla­czego nie cze­kał?

- Bo żądza mordu obja­wiła się już w przed­po­koju.

- Żądza mordu?

- Sama mu otwo­rzyła?

- Tak.

Win­ter wró­cił do pokoju dzieci. Wyj­rzał przez okno. Widział dróżkę pro­wa­dzącą do ulicy, domy, samo­chody, białe pola, skały, niebo, morze, wszystko.

- Wszystko widział - powie­dział.

- Co takiego? Widział wszystko w domu?

- Coś jest z tym oknem - dodał Win­ter.

- Z któ­rym?

- W pokoju dzieci. Tam gdzie było nie­mowlę.

- Widział nie­mowlę? Z zewnątrz?

- Wszystko widział - powtó­rzył Win­ter, ale jakby z innego miej­sca w pokoju, jakby nie sły­szał wła­snego głosu. Sam nie wie­dział, co zna­czą jego słowa, ale dowie się, był tego pewien.

Angela zadzwo­niła o wpół do dzie­sią­tej. Wła­śnie zamknął drzwi bal­ko­nowe. W pokoju zro­biło się zimno, cał­kiem przy­jem­nie. Dolał sobie whi­sky Spring­bank, dwu­dziest­ki­je­dynki, ale tylko na dwa palce. Roz­grzał się w środku, ale z wierz­chu pozo­stał zimny.

- Co robisz?

- Tak sobie roz­my­ślam o zmierz­chu.

- Zmierzch trwa już od sze­ściu godzin, prawda?

- Stale jest zmierzch.

- Mówi­łam ci, gdy nas zosta­wia­łeś. Opusz­cza­łeś.

- Mia­łaś rację.

- Piłeś?

- Cztery palce.

- Wyda­jesz się przy­ga­szony.

- Mhm...

- Ciężki był pierw­szy dzień w pracy? Opo­wiesz?

- Lepiej nie.

- Takie to straszne?

- Jesz­cze gorzej.

- Nie wiem, co ci powie­dzieć.

- Dziew­czynki już śpią?

- Tak. Elsa zasnęła pół godziny temu. Siv przed chwilą poje­chała do domu.

- Ile pal­ców wypiła moja kochana mamu­sia?

- Cha, cha.

- Jesteś pewna, że Elsa śpi?

- Tak. Chcia­łeś z nią poroz­ma­wiać?

- Tak.

- Obu­dzić ją?

- Nie, nie.

- Czy to ma jakiś zwią­zek z tym, co się dziś stało? Że chciał­byś usły­szeć jej głos?

Nie odpo­wie­dział. Na Vasa­plat­sen ktoś coś krzyk­nął. Zabrzmiało to jak krzyk, ale rów­nie dobrze mógł to być śmiech, pijak, który z pręd­ko­ścią świa­tła pędził gdzieś, do jakie­goś miej­sca mię­dzy nie­bem a pie­kłem.

- Eriku, co się stało?

- Wła­śnie tego muszę się dowie­dzieć.

Zamknął oczy, wycią­gnął ręce nad głową. Pró­bo­wał się odprę­żyć, zagłę­bić w łóżko, odwró­cić wzrok od obra­zów pod powie­kami, poczuć, jak znika twar­dość, zastę­puje ją mięk­kość, a potem sen bez snów. W uszach miał szum morza. Nara­stał i opa­dał, nie cze­ka­jąc na siódmą falę, nie przej­mu­jąc się ryt­mem. Za dnia było dobrze, wie­czo­rami naj­czę­ściej też, ale kiedy zasy­piał, a ta chwila ni­gdy nie chciała przyjść, szum prze­cho­dził w zawo­dze­nie. A nie chciał wsta­wać, żeby zażyć tabletkę imo­vane albo ler­gi­ganu, albo wypić jesz­cze jedną whi­sky. Po pro­stu chciał uciec w sen od tego szumu, tego życia w sza­leń­stwie, przez sła­bych zwa­nego tin­ni­tu­sem. Nazwał to oczy­wi­sto­ścią, może nawet koniecz­no­ścią: trwa­jące od kilku lat bóle głowy w końcu eks­plo­do­wały, o dziwo wtedy, gdy już było po wszyst­kim. Leka­rze, mię­dzy innymi Angela, gra­tu­lo­wali mu, że nie cały mózg został uni­ce­stwiony wsku­tek nie­na­pra­wial­nego udaru. Tak to nazwali? Nie­na­pra­wialny? Brak czę­ści zamien­nych.

Prze­krę­cił się na łóżku. Szum przy­cichł, jakby morze się cof­nęło. Ale ni­gdy nie cof­nie się cał­ko­wi­cie. Wie­dział to, prze­cież tyle lat gnał przez życie naj­szyb­szym pasem, na baku peł­nym adre­na­liny, więc kiedy mu się skoń­czyła, osza­lał, przy­naj­mniej na chwilę, na dzie­sięć minut. Stał nad base­nem w Nueva Andalucía - że też aku­rat tam - i patrzył, jak pewien czło­wiek pró­buje się uto­pić, a drugi usi­łuje rato­wać życie mor­dercy, a on, Win­ter, jest pusty w środku, total­nie pusty, i na widok wycią­ga­ją­cych się do niego rąk - nie­bez­pie­czeń­stwo? ratu­nek? - odru­chowo, poza­ro­zu­mowo podaje mu swoją. Został wcią­gnięty do wody, jakby przy­bity do krzyża, woda try­snęła mu do głowy, wypeł­nia­jąc pustkę. Było wystar­cza­jąco dużo wody, takiej błę­kit­nej, sztucz­nej, więc zmiękł i opadł na dno, potem powoli prze­pły­nął pod cia­łami sza­le­ją­cymi, kipią­cymi na powierzchni, dotarł do dra­binki i dźwi­gnął się na górę, myśląc tylko o tym, że ani razu nie chciał ode­tchnąć. Ból poczuł dopiero wtedy, gdy musiał wcią­gnąć do płuc hisz­pań­skie nocne powie­trze. Było chłodne, a woda w base­nie była nagrzana słoń­cem. Czuł się w tej wodzie jak w obję­ciach.

Rap­tem zna­lazł się w innym miej­scu, jak zawsze obcym. Zasnął i od razu zaczął śnić. Szedł za cie­niem, bar­dzo wyraź­nym w sko­śnym, dłu­gim sło­necz­nym świe­tle, dłuż­szym od wszyst­kiego innego. Cień został prze­ła­many w poło­wie, gdy znik­nął za fasadą domu. Była biała jak ekran w kinie, nic się tam nie ruszało. Minął ścianę, skrę­cił za róg i zoba­czył cień w postaci ide­al­nego rowu prze­ci­na­ją­cego pole aż do morza, jak poprzeczna linia, poszedł wzdłuż niej, a ona powoli się od niego odda­lała. Przy gło­wie, jeśli to była głowa, cień znik­nął w wodzie, potem cią­gnął się przez morze jak poczer­niona linia na falach, dzie­ląc morze na pół, a on stał na brzegu i sły­szał szum, tylko ten szum. Odwró­cił się, ktoś wołał. Zoba­czył rękę macha­jącą z okna. Poka­zy­wała coś. Zoba­czył wiele rąk, które coś wska­zy­wały, chyba morze, i wtedy znów się odwró­cił, a cień wła­śnie wra­cał, ale tym razem nie był sam.

O!

Rzu­cił się na łóżku, jak od ude­rze­nia.

Wysko­czył, jakby chciał ucie­kać, bo czę­ściowo tkwił jesz­cze we śnie. Widział opa­da­jące go cie­nie. Jedną z ich głów.

O!

Prze­szył go dreszcz, jakby przez miesz­ka­nie prze­szedł podmuch wia­tru. Był nagi. W gło­wie gło­śno mu szu­miało. Zegar na sto­liku noc­nym wska­zy­wał trze­cią. Spał dwie godziny. Chyba śnił przez cały ten czas. Czyżby to wszystko działo się tak wolno? Od czego się zaczęło? Czy stało się coś jesz­cze? Był jesz­cze gdzieś? Czy to było nad morzem?

Szum w kra­nie brzmiał pra­wie tak samo jak ten w jego gło­wie. Stał i patrzył na wodę. W końcu nalał do szklanki i wypił. Cią­gle miał w pamięci macha­jące ręce. Ostrze­gały przed czymś, był tego pewien, ale było coś jesz­cze. Gdy się odwró­cił, roz­po­znał dom, to był dom w Amundövik. Ktoś machał z okna na pię­trze. To była ta pierw­sza ręka, powie­wała pod samym dachem, jak flaga. Prze­cież na pię­trze nic się nie stało. Było spo­koj­nie, czy­sto, kon­trast był nie­mal nie­przy­zwo­ity. Ludzie Tor­stena oczy­wi­ście tam byli, ale kosz­mar nie dotarł na górę po sie­dem­na­stu stop­niach scho­dów. Poli­czył je. Pie­kło roze­grało się na par­te­rze.

Odsta­wił szklankę na mar­mu­rowy blat. Pię­tro. Tam coś jest. Nie spraw­dził dokład­nie, nie posłu­chał. Nie zro­zu­miał.

Wró­cił do sypialni i szybko się ubrał. Kiedy zapi­nał koszulę, usły­szał szcze­ka­nie ze snu, bar­dzo wyraź­nie, dopiero teraz, jakby potrze­bo­wało czasu, żeby się prze­drzeć przez pokłady świa­do­mo­ści. Samotny pies, samotne szcze­ka­nie. Skąd mu się to wzięło? Mieli psa? Czy Mar­so­wie mieli psa? Czy Tor­sten mówił coś o tym? Tyle tego było. Czy spy­tali męża, Jovana Marsa? Ma dziś przy­je­chać ze Sztok­holmu. Wczo­raj nie udało się z nim skon­tak­to­wać.

Zadzwo­nił do Egila Tor­nera, ojca San­dry. Zaczął od kon­do­len­cji, czy jak to zwą. Jak zwy­kle nie wyszło mu naj­le­piej.

- Chciał­bym z panem poroz­ma­wiać - powie­dział.

- Wła­śnie roz­ma­wiamy - odparł Tor­ner.

- Ale nie tak.

- Nie dam rady.

- Kto mógł zro­bić coś takiego? - spy­tał Win­ter.

- Nikt - odpo­wie­dział Tor­ner. - Pró­buję sobie wmó­wić, że to się nie stało. Nie ma sensu, żeby pan mnie teraz prze­słu­chi­wał. To się nie stało.

- Wyślę kogoś, żeby panu pomógł - odparł Win­ter.

- Mowy nie ma. Nie uto­pię się w morzu, ale w tej chwili nie mogę myśleć, nie jestem w sta­nie.

Jana gło­śno szcze­kała nad wodą, nad Skal­lvik. Tu cię nikt nie usły­szy, pomy­ślał. Koło Skal­lvik nikt nie usły­szy two­jego szcze­ka­nia, ha!7.

Puste, bez­ludne szkiery w zatoce mie­niły się w pro­mie­niach słońca mato­wym zło­tem. Gdy doszli nad brzeg morza, zało­żył oku­lary sło­neczne. Nawet lutowe słońce może razić w oczy.

- No, bie­gnij! - zawo­łał do szcze­niaka. - Możesz pobie­gać! - Poka­zał pal­cem na skały. - Tam!

Psiak spoj­rzał na niego podejrz­li­wie. Kto wie, co taki pies może wie­dzieć. Pew­nie nie­wiele. Po kilku dniach nic nie pamięta. Gdzieś o tym czy­tał. Po pew­nym cza­sie pies prze­staje tęsk­nić. To może być kwe­stia kilku dni. Może z ludźmi jest podob­nie. Wszystko inne jest grą, uda­wa­niem. Nie zno­sił uda­wa­nia. Wszystko powinno być takie, jak jest naprawdę, pomy­ślał. Pochy­lił się, pod­niósł gałązkę i rzu­cił w stronę skał. Spoj­rze­nie psa podą­żyło po łuku za lecącą gałązką.

- Bie­gnij, Jana! Przy­nieś!

Jana się nie ruszyła. Odwró­ciła łepek w stronę zatoki i znów zaszcze­kała. Nic tam nie było. A może było, ale widoczne tylko dla zwie­rzę­cia. Czy są rze­czy, które dostrze­gają tylko zwie­rzęta? Czy zwie­rzęta pamię­tają rze­czy, które tylko one widziały?

Ruszył. Pies wresz­cie zro­zu­miał, bo szedł obok, a wła­ści­wie pod­bie­gał i pod­ska­ki­wał jak dziecko.

Nama­wiał Liv, żeby poszła z nimi aż do skał. Dobrze ci zrobi, prze­ko­ny­wał. Wyj­dziesz na świeże powie­trze.

- Jestem zmę­czona - odparła.

- I wła­śnie dla­tego powin­naś.

- Zimno jest.

- To luty! Słońce świeci!

- Nie. Idź­cie sami.

Idź­cie sami, jakby mieli zosta­wić ją samą w domu jako resztę rodziny. Idź­cie sami. Cokol­wiek by zro­bił, ona i tak nie wyj­dzie z domu. Jeśli to depre­sja, to trzeba to leczyć, ale ona nie chce. Co roku zimą jest to samo. Za ciemno, za zimno. I wła­śnie dla­tego powinna teraz wyjść. Aku­rat jest słońce.

- Słońce świeci! - powtó­rzył.

- Chri­stian, głowa mnie boli - powie­działa. - Jutro wyjdę.

- Liv, słońca może nie być przez następ­nych kilka tygo­dni.

- Jutro. Czy­ta­łam, że będzie ład­nie przez dobrych kilka dni.

- Więc jutro wyj­dziesz?

- Tak.

- Obie­cu­jesz?

- Obie­cuję.

Wie­dział, że ta obiet­nica jest nic nie­warta. Jutro będzie inny dzień, przy­nie­sie inne pro­blemy. Teraz jest tylko on i Jana. I tak pozo­sta­nie.

Szcze­niak odsko­czył kawa­łek. Zaczął się przy­zwy­cza­jać. Może skały nie wydają mu się już tak groźne.

- Prawda, jak tu ład­nie! - zawo­łał. Odwró­cił się. Wyda­wało mu się, że doj­rzał na pysku kun­dla uśmiech. To dobrze. Uśmiech zawsze jest dobry, u wszyst­kich stwo­rzeń.

- Więc mor­derca uśmierca rodzinę i zabiera ze sobą psa - powie­dział Hal­ders.

- Psa?

- Tam był pies. Mieli psa. Tor­sten tak powie­dział, zanim wró­cił do wydziału. Nawet ja potra­fię roz­po­znać sierść psa, tak powie­dział. Cho­ciaż miał pewne wąt­pli­wo­ści. Mógł do nich przyjść ktoś z psem.

- Mor­derca przy­szedł z psem?

- Tor­sten da znać, kiedy będą wyniki. Nie było aż tyle tych śla­dów.

- Ta sprawa robi się coraz gor­sza - zauwa­żyła Aneta.

- Więc może mor­derca przy­szedł z psem i wymor­do­wał rodzinę.

- Nie całą - zwró­ciła mu uwagę Aneta. - Nie wymor­do­wał całej rodziny.

- To jesz­cze gorzej - stwier­dził Hal­ders.

- Co masz na myśli?

Nie odpo­wie­dział od razu. Leżeli w łóżku, dosta­tecz­nie sze­ro­kim dla nich obojga. Nie byli mał­żeń­stwem, ale to było ich łóżko. Kie­dyś ten dom nale­żał do niego i Mar­ga­rety, ale teraz był ich, a Magda i Han­nes byli ich dziećmi. Tak się stało. Chcesz mieć dziecko, Aneto? - spy­tał pew­nego razu. Może był pijany. Już mam dwoje, odparła. A wła­ści­wie troje, dodała po chwili.

Hal­ders wstał z łóżka i pod­szedł do okna. Świa­tła milio­no­wego mia­sta pokry­wały całą prze­strzeń, od leżą­cego poni­żej Lun­den aż do morza kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów dalej. W ubie­głym roku liczba lud­no­ści aglo­me­ra­cji Göteborga prze­kro­czyła milion, i to z nawiązką, a zatem miesz­kali teraz w wiel­kim mie­ście na rzadko zalud­nio­nych pery­fe­riach świata. Kiedy przy­je­chał tu jako młody poli­cjant, w mie­ście był jeden jedyny koń, saloon, hotel i jedna ulica. Ależ szybko poszło. Mia­sto na­dal znaj­do­wało się na końcu świata, ale zapeł­nili je wszy­scy ci ludzie. Skąd oni się wzięli? Nie wszy­scy się tutaj uro­dzili. I nie wszy­scy tutaj umrą, pomy­ślał, odwra­ca­jąc się.

- Cho­dzi o to, że zosta­wił dziecko, żeby umarło - powie­dział. - To jesz­cze gorzej.

- Tego nie wiemy - odparła i rów­nież wstała z łóżka. Sta­nęła obok niego i wyj­rzała przez wiel­kie okna. - Może nie wie­dział o tej malut­kiej. Była w innym pokoju.

- To myśle­nie życze­niowe - zauwa­żył, ale powie­dział to miękko.

Oboje byli nadzy. Poło­żyła mu dłoń na ramie­niu. Czwarta rano. Jesz­cze przez pra­wie pięć godzin będzie ciemno. Wtedy będą w innym mie­ście niż to nocne i już nie będzie tak pięk­nie.

- Na­dal jest sezon świa­tła - powie­dział.

- Sezon świa­tła elek­trycz­nego.

- Nie­któ­rzy wolą je od natu­ral­nego - powie­dział.

- Poło­żymy się jesz­cze? - spy­tała.

- On wie­dział o dziecku.

Nic na to nie odpo­wie­działa.

- Jeśli nie dla­tego zosta­wił dziecko, żeby umarło, to po co?

- Nie rozu­miem, Fre­driku.

- Komu ją zosta­wił?

- Musisz mi to wytłu­ma­czyć. Cho­ciaż nie wydaje mi się, żebym miała siłę o tym roz­ma­wiać. Chcę pospać jesz­cze kilka godzin.

- Nie możesz zasnąć, prawda? Oboje nie możemy. Dla­czego?

- Okej, okej.

- Czy ten potwór wie­dział, że ktoś zauważy dziecko? Zanim będzie za późno?

- Nie wiem - odparła.

- Ja też nie.

- Może wie­dział, że jej mąż zadzwoni?

- Że mąż zadzwoni? Skąd mógł wie­dzieć?

Nie odpo­wie­działa.

- Albo że przyj­dzie do domu - powie­dział Hal­ders. - Może mor­derca liczył na to, że jej mąż wróci do domu jesz­cze tego samego dnia. Jak zwy­kle. Codzien­nie wra­cał do domu.

- Prze­cież nie wra­cał - odparła. - Prze­cież w tygo­dniu nie miesz­kał w domu.

- Mor­derca o tym wie­dział? Czy nie wie­dział?

Na to też nie odpo­wie­działa. Ale już się domy­ślała, do czego on zmie­rza.

- Może wie­dział, że jej męża nie ma - powie­dział. - Ale na pewno liczył się z tym, że zadzwoni do domu, bo dzwo­nił codzien­nie, gdy go nie było. Tym razem nikt nie odbie­rał, więc już pierw­szego wie­czoru by się zanie­po­koił. Zacząłby spraw­dzać, co się stało. I dowie­działby się. Już pierw­szego wie­czoru.

- Ale nie zadzwo­nił - powie­działa Aneta.

- Wła­śnie. - Hal­ders zła­pał ją za rękę. Nie zadzwo­nił.

Win­ter spo­tkał się z Jova­nem Mar­sem w swoim gabi­ne­cie. Mars mógł wybrać miej­sce. Rano przy­je­chał ze Sztok­holmu i poje­chał do małej. Nie pozwo­lili mu zoba­czyć zwłok przed sek­cją. Nie­mowlę miało wkrótce zostać zawie­zione do jego sio­stry, do Hagen. Win­ter dobrze znał tamte strony. Wycho­wał się tam. W ich daw­nym domu rodzin­nym miesz­kała teraz jego sio­stra. Do przy­stani L?ngedrag dojeż­dżało się rowe­rem w dzie­sięć minut, cza­sem w sie­dem. Od wielu lat tego nie robił, ale nie­długo zrobi.

Mars miał nie­ru­chome spoj­rze­nie, jakby patrzył do środka.

Był to jeden z tych szcze­gól­nie trud­nych momen­tów. Win­ter przy­niósł kawę. Stała na stole przed Mar­sem i sty­gła. Win­ter też nie pił, nie chciał zaczy­nać pierw­szy.

- Pokłó­ci­li­śmy się - powie­dział Mars z wciąż tym samym nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem. - Pokłó­ci­li­śmy, kiedy w ostatni week­end przy­je­cha­łem do domu - dodał i roz­pła­kał się.

- O co się pokłó­ci­li­ście? - spy­tał Win­ter.

- A jakie to ma zna­cze­nie? - Mars pod­niósł wzrok i spoj­rzał mu w oczy.

Win­ter pomy­ślał, że jest od niego dzie­sięć lat młod­szy. Znał wszyst­kie jego dane, obej­rzał dużo zdjęć. Teraz w ogóle nie przy­po­mi­nał czło­wieka, któ­rym był przed­tem. Jego włosy wyglą­dały, jakby wiatr przy­le­pił mu je do czaszki. Oczy bez bla­sku, ale naj­wię­cej o jego sta­nie emo­cjo­nal­nym mówiło ciało. Sie­dział na fotelu, jakby to było krze­sło elek­tryczne, jakby został posa­dzony siłą, wbrew swo­jej woli, co w pew­nym sen­sie było zgodne z rze­czy­wi­sto­ścią.

- Może nie ma to zna­cze­nia - odparł Win­ter. - Ale i tak spy­tam. Będę pytał o wiele rze­czy. Nie­które pyta­nia wyda­dzą się panu głu­pie. Pro­szę o wyba­cze­nie.

- O wyba­cze­nie?

- O co się pokłó­ci­li­ście?

- Zwy­kłe sprawy.

- Co to są zwy­kłe sprawy?

Mars nie odpo­wie­dział. Znów to samo puste spoj­rze­nie.

- Co to są zwy­kłe sprawy? - powtó­rzył Win­ter.

- Chciał pan powie­dzieć: co to były te zwy­kłe sprawy? Po raz pierw­szy spoj­rzał tak, jakby był obecny w tym pokoju, w gabi­ne­cie Win­tera. To był jego gabi­net od czasu, kiedy - chyba - szes­na­ście lat temu został komi­sa­rzem. Zresztą jakie to ma zna­cze­nie? I tak ni­gdy nie czuł się tam u sie­bie. W pierw­szym odru­chu przy­niósł wieżę Pana­so­nic. Do tej pory stała na pod­ło­dze, wciąż to samo badzie­wie, ten sam Col­trane razem z tym wszyst­kim, co się tu prze­to­czyło jak lód albo ogień, ale i tak nie zro­biło z tego pokoju jego dru­giego domu. Osza­lałby, gdyby tak było. Ale jesz­cze nie osza­lał.

- Nie chciała, żebym pra­co­wał w Sztok­hol­mie - wyja­śnił Mars.

Win­ter ski­nął głową.

- Ja też nie chcia­łem - dodał Mars.

- To dla­czego? - spy­tał Win­ter.

- Co dla­czego?

Mars spo­glą­dał teraz zupeł­nie ina­czej. Wcze­śniej Win­ter nie widział u niego tego spoj­rze­nia. U innych tak. Kiw­nął głową, tylko tyle. To była kwe­stia tu i teraz. Za chwilę może być po wszyst­kim. Z tego, co wie­dzieli, nie miał nie­zbi­tego alibi. Sztok­holm nie leżał na dru­gim końcu świata, tylko po dru­giej stro­nie Szwe­cji.

- Dla­czego nie zmie­ni­łem pracy? - Mars mach­nął ręką.

- Co pan wie o sytu­acji na rynku pracy? O moż­li­wo­ściach wyboru?

Win­ter nie odpo­wie­dział. To on jest od zada­wa­nia pytań. Trzeba się do tego w końcu zabrać.

- W Göteborgu nie ma pracy? - spy­tał.

- Nie takiej jak moja.

- Rekru­tuje pan ludzi. W Göteborgu też są ludzie, któ­rych można rekru­to­wać.

- Nic pan nie rozu­mie - powie­dział Mars.

- Czego nie rozu­miem?

- Jak to działa.

- A jak działa?

- Tak, że muszę pro­wa­dzić dzia­łal­ność rów­nież gdzie indziej. - Mars wstał. - Już nie mam siły.

- Pro­szę, żeby pan usiadł - powie­dział Win­ter.

- To roz­kaz?

- Pro­szę o współ­pracę - odparł Win­ter.

- W takim razie niech mi się pan postara o sznur - powie­dział Mars.

- Słu­cham?

- Żebym się mógł powie­sić - odparł Mars. - To będzie współ­praca.

- Dla­czego chce się pan powie­sić?

- Też pyta­nie!

- Muszę pytać.

- Mam wra­że­nie, jakby pan nie zro­zu­miał, co się stało - stwier­dził Mars.

- Ma pan dziecko.

- Chce pan powie­dzieć, że jedno zostało, tak?

- Greta.

Mars na­dal stał, jakby sam decy­do­wał o sobie. Spoj­rzał na Win­tera z góry. Win­ter na­dal sie­dział naprze­ciwko fotela, w któ­rym on sie­dział chwilę wcze­śniej. Wsta­wie­nie fotela to też był pomysł Win­tera.

- Nie lubię pana - powie­dział Mars. - Świ­nia z pana.