Dom na końcu drogi - Żaneta Pawlik

Kup ebooka

52.99 zł
43.98 zł (40,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Tego dnia Lilka spóźniła się do pracy siedem minut, dokładnie tyle brakowało, żeby nic się nie wydarzyło. Najpierw pomyślała, że to przypadek, potem, że pomyłka, a dopiero na końcu zrozumiała, że właśnie ona jest celem.

Wyludniony parking podziemny wypełnił się drażniącym piskiem opon, ale po nieprzespanej nocy Lilkę irytowało absolutnie wszystko. Nie miała siły udawać miłej, postanowiła zaczekać, aż parkujący za nią facet wyjmie z bagażnika swojego Porsche laptop i zniknie w windzie. Zacisnęła mocniej palce na kierownicy, wyobrażając sobie, że to szyja Bogdana. Należało mu się, po tym, co jej zrobił, a ona, głupia, najpierw zaniemówiła, a potem zamknęła się w sypialni z butelką wina, zamiast rozbić mu ją na głowie.

Drzwi Porsche nie uderzyły w zaparkowany obok samochód tylko dlatego, że kierowca w sportowym cacku zatrzymał się po skosie. Dalej wszystko potoczyło się tak szybko, że Lilka nie zdążyła zareagować. Jej mózg wyświetlił planszę: fatal error - twój komputer napotkał poważny problem, a potem się zawiesił. Huk zatrzaskiwanej klapy bagażnika poniósł się po pustym parkingu. Facet dźwignął przedmiot, który kształtem nie przypominał laptopa, na drugie śniadanie też nie wyglądał. Mężczyzna z Porsche ruszył na Micrę niczym ranny byk na torreadora, szarpnął za klamkę, zacisnął paluchy na ramieniu Lilki i wytargał ją z samochodu. Kobieta osłoniła rękami głowę, a przed oczami przebiegło jej całe życie. Prawie pięćdziesięcioletnie, więc przypuszczała, że to, co dla niej było ułamkiem sekundy, w rzeczywistości mogło trwać znacznie dłużej. Czyli to już? - pomyślała i poczuła żal. Nie skończyła pisać książki, a zostały zaledwie dwa rozdziały, szkoda.

- Wstawaj! - wrzasnął facet z uniesioną nad głową rakietą tenisową. - Za...ę cię.

Lilka nie dosłyszała czy chciał ją zabić, czy to drugie, ale jakby się dobrze zastanowić, skutek podobny.

Szarpnął za kaptur i pociągnął ofiarę w górę. Rzucił nią, jakby była workiem ziemniaków, a nie kobietą w średnim wieku, z nadwagą. Lilka uderzyła biodrem w karoserię i jęknęła z bólu. Spojrzała na swojego oprawcę i miała nadzieję, że jest w tym więcej hardości niż paraliżującego strachu.

- To pomyłka - rzuciła w panice, gdy agresor wziął zamach.

Wściekłość musiała znaleźć ukojenie, brutal nie mógł tak zwyczajnie przeprosić i odjechać. Energia wprawiona w ruch nie zastopuje, dopóki nie zadziała siła hamująca. Ktoś ma dziś zginąć i wszystko wskazuje na to, że będzie to Lilka.

- Błagam.

Ryk wydobywający się z gardła bestii wtórował uderzeniu rakiety. Metaliczny huk poniósł się po parkingu, a potem wszystko ucichło.

ROZDZIAŁ 2

Lilka otworzyła oczy. Żyła. Na pewno się zdziwiła, ale czy ów fakt ją cieszył, jeszcze nie wiedziała. Wiele zależało od tego, jaki ciąg dalszy zaplanował dla niej Pan Bestia. Światło lamp padało na zaparkowane samochody, bezlitośnie wskazując na konieczność odwiedzenia myjni. Z oddali dobiegał szum ulicy, warkot silnika koparki na placu budowy tuż za rogiem.

Kobieta skanowała wzrokiem otoczenie i zatrzymała spojrzenie na słupku. Mocno ucierpiał od uderzenia, nawet wolała sobie nie wyobrażać, jak wyglądałaby jej czaszka, gdyby cios dosięgnął jej głowy. Wyczuwała, że wściekłość Pana Porsche wciąż nie znalazła zaspokojenia.

- Suko pierdolona, wszystko mam nagrane! W piz... Wsadź se... Ch...

Pojedyncze słowa uderzały w Lilkę z siłą tsunami. Obrzydliwości wylewały się z frustrata, a mimo głębokiej przyjaźni, w jakiej Lilka żyła z inwektywami, taka ilość plugastwa podrasowana tryskającą śliną, wytrzeszczem oczu, napęczniałą żyłką na czole Pana Porsche, wprawiły ją w osłupienie.

- I żebyś wiedziała, kurwo zasrana, nagranie trafi na...

TikToka? - pomyślała Lilka z przerażeniem.

- Na policję!

Co za ulga. Z policją Lilka sobie poradzi. Miała z nimi do czynienia kilka razy i zawsze kończyło się kajaniem przed funkcjonariuszami. Przyznawała mundurowym rację, przepraszała, przyjmowała mandat i płaciła. Punkty też akceptowała. Zasłużyła sobie, upomnienie to zdecydowanie za mało. W efekcie kara plasowała się w najniższych widełkach. To nie było wyrachowanie, Lilka po prostu miała się za uczciwą osobę i jeśli złamała przepisy, ponosiła konsekwencje.

- Nagrałem wszystko! - wrzeszczał furiat.

Ożeż ty, chamku jeden. Usta kobiety wciąż pozostawały zamknięte, ale ciału wracało czucie. Sięgnęła do kieszeni po telefon, odblokowała ekran (bez najmniejszych problemów, bez drżenia palców) i wcisnęła czerwony guziczek. Ktoś powiedział: nie zwalczysz ognia ogniem. Na pewno facet. Wszyscy oni są tacy sami. Kłamcy. Kłamcy!

Łysy Pan Porsche dygotał, ale na widok smartfona wycelowanego najpierw w jego fizis, a potem w tablicę rejestracyjną, wrócił do auta, wycofał i z piskiem opon ruszył do bramy wyjazdowej.

Lilka próbowała uspokoić oddech. Oparła się o samochód, jej ciało osunęło się na ziemię. Parking nie był bezpiecznym miejscem, obawiała się, że bandzior może w każdej chwili wrócić. Zamknęła auto i pobiegła do windy. Dopiero gdy zatrzasnęły się za nią drzwi, poczuła ulgę.

ROZDZIAŁ 3

- Jesteś? - Prezes wychynął z gabinetu. Ta mina zapowiadała kłopoty. - Pozwól do mnie, proszę.

Zatem kawa musi zaczekać. Zwykle bez kofeiny Lilka gotowa była zasnąć na stojąco, ale po zajściu na parkingu potrzebowała raczej melisy. I nagrań z monitoringu, ale to po rozmowie z szefem.

Współpracownicy zastygli, jakby ktoś wcisnął pauzę. Odprowadzali ją wzrokiem, ale gdy zerknęła na któregoś, odwracali głowy, pędzili do siebie, jakby całe biuro w tym samym czasie miało coś pilnego do zrobienia. Teraz, nie za minutę czy dwie. Czyli jednak coś się święci - pomyślała.

Powinna odpyskować Panu Porsche, może połamałby jej nogi? Spędziłaby na zwolnieniu lekarskim kilka miesięcy. I Bogdan musiałby wszystko odwołać. Chwilowo nienawidziła męża, ale generalnie nie był złym człowiekiem. A już na pewno nie rozwiódłby się z żoną przykutą do łóżka, tak się nie godzi.

- Odebrałem przed chwilą telefon - powiedział prezes.

Ach tak? Ona odbierała kilkanaście połączeń dziennie od sfrustrowanych klientów i jakoś nie żaliła się nikomu. Bogdanowi, owszem, wspomniała raz czy dwa, ale to chyba za mało, żeby zarzucać jej abordaż emocjonalny. Panowie, dorośnijcie w końcu.

- Doszło do pewnego incydentu. - Szef uciekał wzrokiem, ale głos nawet mu nie zadrżał.

Nie lubił konfrontacji, chyba że on sam był inicjatorem. Tym razem przyszło mu odegrać złego wujka, bo ktoś wymusił na nim takie działanie. Milioner w Porsche, bo niby przed kim szef trząsłby się jak osika na wietrze?

- To nie tak. Ja jestem ofiarą, mogę wszystko wyjaśnić - podjęła Lilka.

- Ty już lepiej nic nie mów.

Zatem milczała. Ale tylko pozornie, ponieważ wewnątrz niej szalało tornado. Jeszcze nie zdecydowała, kogo pierwszego dotknie niszcząca fala, bo że wyleje się na zewnątrz, było pewne.

Prezes omijał spojrzeniem pracownicę. Mówił dużo, przyciszonym głosem, jakby dzięki temu mógł zminimalizować siłę rażenia słów, które musiał, ale wcale nie chciał, wyrzucić z siebie. Znali się ponad dwadzieścia lat. Może "znali" brzmiało trochę na wyrost, bo poza firmą nie utrzymywali kontaktu. Ale lubili się, co nie przeszkadzało obojgu od czasu do czasu wściekać się na siebie. Lilka często powtarzała, że jej relacja zawodowa podobna jest relacji małżeńskiej. Dobre chwile przeplatały się ze złymi, jak to w życiu. Oddała tej spółce swoje najlepsze lata, a teraz przeczuwała, że słowa szefa stanowią preludium do mocnego uderzenia, po którym się nie podniesie. Analizowała w głowie, co też mogła zawalić, jakiego terminu nie dotrzymać, ale nic nie przychodziło jej na myśl.

Logo CaféMotion, zamontowane na ścianie za plecami prezesa, przykuwało wzrok. Pod nim wisiały plakaty oprawione w ramki i pleksiglasową szybkę. Lilka przyglądała się uśmiechniętym ludziom z filiżanką parującej kawy w ręku i przekąskami na talerzykach. W tle maszyny vendingowe i linia produkcyjna. Raz po raz odczytywała hasła reklamowe:

Automaty, które zadbają o komfort twojego zespołu. Napoje, przekąski, dania i woda w jednym systemie vendingowym. Wybierz technologię, która nigdy nie śpi.

CaféMotion - energia, która rusza z miejsca.

Kawa, przekąski, napoje i dania w zasięgu ręki. Inteligentne automaty vendingowe dla biur, fabryk i instytucji. Z nami Twoi ludzie są zawsze w ruchu - pełni energii do działania.

- I jak się do tego odniesiesz?

Głos szefa przywołał ją z powrotem do rzeczywistości.

- Bo nawet w pracy warto mieć moment dla siebie - wyrecytowała.

Prezes uniósł brwi w zdumieniu, ale zanim zdążył zareagować na słowa pracownicy, podążył za jej palcem, który wskazywał stos folderów reklamowych na biurku.

- Przepraszam, odpłynęłam myślami. Mógłby pan powtórzyć?

- Właśnie o tym mówię, Lilka. Od dłuższego czasu jesteś rozkojarzona.

- A konkretnie? - Teraz ona uniosła brwi w zdziwieniu. - Miałam trudną noc, a przed chwilą jakiś facet próbował mnie zabić.

- Nie chodzi o ostatnią noc. Mamy z tobą problem od miesięcy.

- W sensie? Czegoś nie dopilnowałam, zawaliłam?

- Ty mi powiedz - odbił piłeczkę.

ROZDZIAŁ 4

Lilka milczała, nie z przekory. Analizowała ostatnie projekty i zgodnie z jej wiedzą wszystko dopięła na ostatni guzik. Nie rozumiała zarzutów szefa. Owszem, dotarło do niej, że nie jest zadowolony z jakości jej pracy, ale też nie potrafi wyartykułować wprost, z czego owe zarzuty wynikają.

- Pracownicy się na ciebie skarżą - wydusił.

- Kto na przykład?

- Nie w tym rzecz kto, ale dlaczego.

- No właśnie dlaczego? Co takiego zrobiłam albo czego nie zrobiłam?

- Lilka, przestań. - Zebrał rozrzucone kartki, uderzył dolną krawędzią o blat biurka i odłożył do szuflady.

- Myślę... - Nabrała powietrza głęboko w płuca i zatrzymała je tak długo, aż organizm zaczął się dopominać o świeżą dawkę tlenu.

Zbierało się jej na płacz, a najgorsze, co mogłaby w tym momencie zrobić, to rozkleić się przed prezesem. Nie, w pracy nie było miejsca na emocje, trzeba trzymać na wodzy wszelkie odruchy, które czynią z ciebie człowieka. W pracy jest tylko praca. I udawanie, że jesteśmy rodziną, mimo że nie łączą nas więzy krwi. Wystarczą targety, wskaźniki rentowności, KPI-e, efektywność kosztowa, marża, cash flow, Inventory Turnover i inne takie.

- Myślę - kontynuowała, gdy udało jej się zapanować nad rozedrganym głosem - że przynajmniej część zespołu jest mi życzliwa. Z wzajemnością zresztą.

- Wszyscy są ci życzliwi.

Polemizowałaby, ale w tej rozmowie nie chodziło o innych. Problem dotyczył jej samej i na tym postanowiła się skupić.

- Co ja takiego robię?

- Ja cię ostrzegam, Eulalio.

Nienawidziła, kiedy ktoś zwracał się do niej pełnym imieniem. Zwykle ludzie myśleli, że ma na imię Liliana, czego nie prostowała.

- Przed czym?

Świdrował ją wzrokiem, już nim nie pływał. Wpatrywał się w Lilkę, jakby to miało ją nakłonić do wyznania grzechów. Tylko jakich, do jasnej cholery?

- Powiedz mi, jakie masz plany zawodowe?

- Plany zawodowe - powtórzyła. I chyba zaczynała rozumieć, w czym rzecz. - Nie rozglądam się za inną pracą, jeśli o to chodzi.

A powinna. Powinna to zrobić dziesięć lat temu. Zasiedziała się, zadomowiła. Fakt, była świetna, czasem sądziła, że niezastąpiona, choć doskonale wiedziała, że każdego da się wymienić. Owszem, etap przejściowy bywa wymagający, podobnie jak początki w nowej pracy, ale wszystko mija.

Wszystko mija. Te słowa powtarzała sobie w najgorszych momentach. Nie ma sensu skupiać się na poczuciu krzywdy, bo nie będzie trwało wiecznie. Jeśli nie można uczepić się chwili obecnej - bo parszywa i wroga - warto wierzyć, że przed nami coś dobrego. Może nie jutro, ale nie wiemy, co czeka nas za pięć lat.

- Za dużo stukasz w klawiaturę. Przecież wszyscy widzą, Lilka.

- Co, proszę? - Zatkało ją. Stuka w klawiaturę? A czy przypadkiem to nie jest jej narzędzie pracy? Tej etatowej, bo dwa lata temu Lilka wreszcie zrozumiała, czym chciałaby się zajmować zawodowo. Tylko że w jej wieku szanse powodzenia równały się zeru. - Czy pan myśli, że piszę w pracy książki?

Prezes przeczesał palcami liche włosy.

- Powieść to nie tabela w Excelu.

Przestrzeliła. Właśnie przyznała, że wszystko, czym zajmuje się w firmie, wymagało mniejszego zaangażowania niż praca twórcza.

- Dobrze ci radzę, zastanów się nad priorytetami, bo wydaje mi się, że mamy rozbieżne cele.

Żałowała, że jednak nie oberwała rakietą do tenisa, nie musiałaby wysłuchiwać tych wszystkich bzdur.

- Jeszcze jedno. - Prezes zatrzymał Lilkę, gdy wstała i dosunęła krzesło do biurka.

Zrobiło jej się żal tego człowieka. To był dobry szef. Miewał swoje humory, jak każdy, ale starał się zapewnić dobrą atmosferę. Pierwsze lata w firmie były drastycznie inne. Lepsze. A może tylko tak je zapamiętała, bo sama była młodsza? Miała więcej energii, więcej wiary we własne możliwości, w ludzi. Za kilka miesięcy dopadnie ją pięćdziesiątka. To już koniec. Nie wydarzy się nic ważnego.

Dlatego tak ukochała pisanie. Wreszcie znalazła odskocznię od codzienności. Od pokaleczonego małżeństwa, które właśnie dogorywało. Miała pasję. Odnalazła sens.

- Nie chciałbym, żebyśmy się musieli rozstać.

Rozstać się? O czym ten człowiek mówi?

- Pan mnie chce zwolnić?

Patrzyli na siebie w milczeniu.

Nie zniesie utraty męża i pracy jednocześnie. Nie poradzi sobie sama.

- Radzę ci, napraw relacje z zespołem.

No tak. Wcale nie chodziło o jej zaangażowanie. Nawet nie szło o pracę.

Ludzi uwierało, że Lilka poza firmą miała inne życie.

ROZDZIAŁ 5

Konie stukały kopytami o bruk. Cztery bryczki zniknęły za zakrętem. Anula odliczała kolejno, dzięki temu zajęciu mogła zająć czymś myśli. Stała przy ogrodzeniu, z ręką uczepioną klamki. Jedną nogą na chodniku, drugą wciąż na podwórku. Szare niebo kładło się na czubkach drzew. Nieliczne ptaki szybowały w przestworzach, upojone wolnością. Anula od kilku godzin była więźniem strachu. Tomasz najpierw nie odbierał, a przy setnej próbie połączenia po prostu wyłączył telefon. Mogła zadzwonić do hotelu, poprosić w recepcji, żeby zawołali szefa, ale wstydziła się. Który to już raz w tym miesiącu? Piąty, szósty? A dopiero połowa marca.

Owinęła się szczelniej chustą. Ziąb wspinał się po gołych łydkach. Mogła wrócić do domu, zaparzyć herbatę, usiąść przed telewizorem, zamiast tkwić na dworze na pewne przeziębienie. Jak na zawołanie zaczęło ją drapać w gardle. Wydawało się jej, że usłyszała płacz. Spojrzała pośpiesznie na drogę i zawróciła na ganek. Po kilku krokach przystanęła. Kocisko wyskoczyło przez piwniczne okienko, za nim drugie.

- Czego straszycie człowieka? - rzuciła, a gniewna zmarszczka przecięła jej czoło. - Niech cię czort, Tomaszu!

Przestała się wahać. Podeszła do furtki tylko po to, żeby ją domknąć, po czym ciężkim krokiem wróciła do domu. Temperatura w środku zdawała się równie przykra jak marcowy chłód za oknem. A jeśli Tomkowi coś się stało? Nie odbierał, bo rozładowała mu się komórka. Jeśli utknął w puszczy i krąży, szukając drogi? Ciemno, księżyc mizerny. Tak, na pewno - zadrwiła w duchu. Najpewniej zaległ w jednej z okolicznych kuflotek albo rozpija nową flaszkę pod sklepem. Istniała jeszcze trzecia opcja, ale o niej Anula wolała milczeć, nawet przed sobą.

- Śpij, śpij kochanie. - Otuliła synka kołdrą, pogładziła po głowie.

- Mama? - padło z sąsiedniego łóżeczka.

- Wszystko dobrze, kochanie. Jestem.

Pocałowała chłopca w czoło. Maluch próbował wymacać pluszowego Olafa, który sturlał się na dywan. Anula sięgnęła po zgubę i ułożyła przy policzku dziecka. Siedziała tak dłuższą chwilę, wsłuchana w równe oddechy bliźniąt. Wytarła zbłąkaną łzę. Odchrząknęła i podniosła się energicznie. Musi zejść do kotłowni i sprawdzić, co się stało, że kaloryfery są ledwie letnie. Dzieci się pochorują, tyle z tego będzie. Od dawna była matką i ojcem w jednym. Na Tomasza przestała liczyć i gdyby nie dzieci, odeszłaby od niego.

- Kogo ja próbuję oszukać? - zapytała samą siebie.

Ślubowała przed Bogiem, a jej słowo jest więcej warte niż czcze zapewnienia męża, że już nigdy nie sięgnie po kieliszek, a jeśli to zrobi, niech mu łapa uschnie. Widać musieli mu siłą wlewać do gardła, bo ręce wciąż miał sprawne i skore do bitki.

Zaczęło się od śmierci teścia Anuli. Tomasz wcześniej pił, a jakże, ale miarkował się. Wraz z odejściem starego Barmańskiego zniknęła ostatnia zasieka, a pojawiły się duże pieniądze. Rodzinną paszarnię przejął starszy syn. Prawdziwy biznesmen. Chodzi w koszulach, pracuje przed komputerem w eleganckim gabinecie, pali cygara i pije koniak, zdaniem Tomasza. Takim przedsiębiorcą chciał być, ale ojciec nie zamierzał finansować mrzonek syna, tym bardziej że ten - poza wizją robienia biznesów - nie określił branży, w której chciałby działać, nie stworzył planu. Stary Barmański od dzieciaka siedział w rolnictwie, nie bał się ciężkiej pracy. W latach dziewięćdziesiątych wykorzystał okazję i zajął się produkcją paszy dla zwierząt. Początkowo zakład nie był duży. Najpierw wytwarzał na małą skalę: mielenie surowców, mieszanie składników, granulat, rzadziej pelet, pakowanie w worki big bagi, a w miarę rozwoju zakładu od razu do cystern. Sukcesywnie automatyzował produkcję, wprowadził sterowanie komputerowe. A i tak białą koszulę wkładał tylko kilka razy w roku: na dożynki, Boże Narodzenie i urodziny żony. A potem w rocznicę jej śmierci. Nie czynił wyjątku, nawet gdy przyszło się wystarać o przedłużenie koncesji i zgody sanitarno-weterynaryjne. Za kołnierz nie wylewał, ale, jak twierdził, biznes miał swoje prawa. Stary Barmański powiatowego lekarza weterynarii potrafił ugościć, a skoro częstował, nie wypadało samemu o suchym pysku zostać. Tylko że znał umiar. I szanował ludzi. Każdego, niezależnie od tego, czy z sanepidu, dyspozytora, kierowcę czy dyrektora. I jego ludzie szanowali. Poza Tomaszem. Nie udał mu się syn, nie udał.

- Bo jak ojciec sponsoruje straż pożarną, dożynki, to kto mu złe słowo powie w oczy? - pieklił się Tomek.

- Ojciec umie się dogadać z każdym, bo wiele w życiu doświadczył, sam harował na firmę. Pomogłeś mu kiedyś? Tylko łapę wyciągać potrafisz. Daj i daj. - Konrad ganił siebie, że znów wdał się w pyskówkę z młodszym bratem, ale coraz częściej nie potrafił utrzymać języka za zębami.

- Miałem rzucić studia i nająć się w firmie ojca?

- Dość! - Stary Barmański przerwał kłótnię. - Jak umrę, weźmiecie po połowie moją krwawicę. Dwóch synów mam i dzielę po równo. Ale teraz nie dam. - Wymierzył palec w młodszego z synów.

Słowa dotrzymał. Spisał testament, w którym obdzielił synów fifty-fifty.

- Na chuj mi połowa zakładu - rzucił Tomasz po pogrzebie, zanim dotarli na stypę.

- Bój się Boga, Tomciu - zbeształa go Anula. - Ojciec się w grobie przewraca. Nie możesz poczekać, aż ostygnie?

- Nie przewraca się, boście go nie chcieli w trumnie chować. Konradowi się nie dziwię, ale ty, taka katoliczka?

- Ja cię do spółki nie chcę. Sam poprowadzę paszarnię - odezwał się brat.

- Ja siam, ja siam. To nie piaskownica, brachu. Połowa mi się należy - przedrzeźniał Konrada.

- I z połowy cię spłacę. Ale pod jednym warunkiem.

- Żonie stawiaj warunki, jak cię kiedyś która zechce. Ode mnie wara.

- Tomasz! - Anula zdzieliła męża w ramię. - Niech mówi.

Przystanęli przed restauracją, w której gromadzili się żałobnicy.

- Nie weźmiesz na stypie kieliszka do ręki.

- Mogę nie brać do ręki. - Tomek zaśmiał się rubasznie.

- Nie zamoczysz mordy w wódce, rozumiemy się?

- Już nigdy?!

- Dzisiaj. Na stypie.

- Mówisz, masz - deklarował. - Ale jak mnie zrobisz w wała...

- Słowo honoru.

Tomasz zacisnął usta. Pokiwał głową z uznaniem. Pojęcie honoru nie było mu obce. Nie żeby przykładał do niego większą wagę, ale wystarczyło, że wiele znaczyło dla Konrada. Jeśli nie będą musieli się szarpać w sądzie i braciszek zrobi okrąglutki przelew, Tomasz wreszcie zrealizuje swoje marzenia. Będzie prawdziwym biznesmenem. Kupi tartak, otworzy firmę spedycyjną albo wybuduje hotel ze SPA. Nie, za długo by to trwało. Kupi hotel. I nieważne, że w Białowieży nikt nie sprzedaje. Wszystko jest kwestią ceny, a marzenia warte są każdych pieniędzy.

Świtało, gdy Anulkę zbudził ziąb. Przetarła zaspane oczy. Gardło kłuło ostrymi kolcami, gdy przełknęła ślinę. Lichy koc ledwie zakrywał jej nogi. Zarzuciła go sobie na ramiona i przeszła do sypialni. Łóżko małżeńskie było puste. Tomasz na minioną noc wybrał inne łoże. Anula domyślała się, gdzie mógł wylądować. I z kim. Ale dopóki nie miała pewności, mogła udawać, że zatrzymało go w pracy coś ważnego.

Ważniejszego niż dzieci?

ROZDZIAŁ 6

Pustka. Bezdenna pustka na wysokości mostka. Głucho. I ciężko. Dwadzieścia lat krwawicy na rzecz CaféMotion i co z tego ma? Zarzuty, że nie angażuje się w sprawy firmowe, bez podania konkretów. Jeśli w chwili śmierci człowiekowi przelatuje przed oczami całe życie, Lilka doświadczała podobnego kresu, z tym że kariery zawodowej. Tej, dzięki której była w stanie płacić rachunki.

Miała na koncie cztery powieści, które sprzedawały się gorzej niż średnio, choć zbierały bardzo dobre recenzje. Wszyscy zgodnie twierdzili, że wyróżnia się na tle prozy obyczajowej. Ambicjonalnie Lilka nie czuła się spełniona. I dobrze; wierzyła, że dzięki temu ma szansę rozwijać swój warsztat literacki. Nie spocznie na laurach, nie zadowoli się obecnością w TOP 100 nowości Empiku. Doskonale wiedziała, że "topka" zakłamuje rzeczywistość. Wystarczyło uruchomić post sponsorowany w mediach społecznościowych i przekierować ruch na stronę księgarni, żeby podbić sztuczne zainteresowanie tytułem. Częstotliwość klikania nijak miała się do domykania transakcji zakupowej.

Bywała na spotkaniach autorskich w bibliotekach. Pro bono. Bo przecież jest na początku drogi pisarskiej, doskonale rozumie, że kultura jest niedofinansowana. Musi zainwestować, żeby zaistnieć. Inwestowała więc i swoje pieniądze w płatne reklamy w mediach społecznościowych, czas, paliwo na dojazdy do gminnych bibliotek, aż wreszcie powiedziała "pas". Dotarło do Lilki, że nikt nie zacznie jej szanować, jeśli ona sama tego nie zrobi. Postawiła wymagania. Spotkania wyłącznie płatne. Zawiesiła poprzeczkę wysoko, otwarta na negocjacje. Spotkania autorskie straciły na liczebności, a przychód za te, na które ją zapraszano, często pokrywał koszty dojazdu. W kieszeni zostawały marne dwie, trzy stówki. Nic to, najważniejsze, że płacili. Marnie, bo marnie, ale Lilka uratowała godność. I nie psuła rynku, jak wiele początkujących autorek.

Niestety, kulisy pracy pisarza stawiającego pierwsze kroki w branży znali nieliczni. Znajomi dopytywali, ile już zarobiła, bo że sporo, nie mieli wątpliwości. Z biegiem czasu wzruszała ramionami albo potakiwała. Tak, ma już dom na Seszelach. W Hiszpanii też. Bonda i Mróz zbili fortunę na pisaniu, więc niech nie udaje skromnej.

Nie pojmowała, skąd w ludziach pragnienie zaglądania do jej portfela. Czy ona prosi, żeby pokazali jej swój PIT? Gdyby pisanie było tak intratnym zajęciem, czy pracowałaby dalej na etacie? Nastawiała budzik na szóstą? Znosiła upokorzenia kolegów z firmy, którym zgodnie z hierarchią nie podlegała, ale ich poczucie wyższości właśnie tak kazało im ją traktować?

Lilka utknęła, choć korek, w którym tkwiła od kwadransa, nie miał z tym wiele wspólnego.

- Jeszcze wczoraj miałam zwyczajne, nudne życie - żaliła się przyjaciółce przez telefon. - I pomyśleć, że narzekałam na stagnację, chciałam, żeby coś się zmieniło. No to mam za swoje, otrzymałam od losu dokładnie to, o co prosiłam.

- Choć nie tak, jak sobie wyobrażałaś - podpowiedziała Ilona. - Co zamierzasz?

Lilka zastanawiała się, co dalej, ale nie potrafiła wymyślić niczego sensownego. Czysta karta, którą znów trzeba będzie zapisać, raziła swoją bielą, tylko że Lila nie była gotowa na życiowy restart. Tkwiła między światami, tym wczorajszym i tym, który musiała zbudować od podstaw.

Sznur samochodów wreszcie drgnął. Micra wypełniła lukę, podjeżdżając kilka metrów do przodu.

- Bogdan nie odezwał się przez cały dzień - westchnęła. - Miałam nadzieję, że jednak napisze. Albo lepiej nie. Nie wiedziałabym, co mu odpowiedzieć. Powinnam uznać, że nic się nie stało, ot chwilowe zawahanie, ale wyjdziemy z tego obronną ręką, jak sądzisz?

- No nie wiem. - Ilonie zabrakło słów.

- Masz rację. Wygarnę mu, że jest podłą świnią, złamanym k... - Szarpnęła za gumkę na nadgarstku, żeby ukarać się za przekleństwo. W cholerę z wszystkimi Bogdanami tego świata. I z debilnymi radami na oduczenie używania wulgaryzmów. Najchętniej wyrzuciłaby recepturkę za okno, ale nie zamierzała zaśmiecać ulicy. - Coś ci powiem, kochana. Odtąd Lilka Muszyńska będzie słuchała wyłącznie własnej intuicji. Nic to, że dwadzieścia pięć lat temu skłoniła ją do przyjęcia oświadczyn mężczyzny, przy którym de facto zmarnowała całą młodość. Warto dawać drugą szansę. Tylko nie Bogdanowi, jemu nie. Chyba że zadzwoni, wytłumaczy się jakoś, przeprosi.

- Nie powinnam ci radzić, ale może spróbuj złapać dystans, co? Ktoś dzwoni, muszę kończyć. Odezwę się wieczorem, pa.

Lilka wzruszyła ramionami. Nawet nie zdążyła opowiedzieć przyjaciółce o tym, że nieomal cudem uniknęła śmierci! Na domiar złego monitoring nie zarejestrował napaści w parkingu podziemnym. "Przejściowe problemy techniczne" - usłyszała od portiera. Przez moment nawet podejrzewała, że zarząd biurowca i Pan Porsche byli w zmowie, ale po przemyśleniu stwierdziła, że popada w paranoję.

ROZDZIAŁ 7

Po ciężkiej nocy Lilce zostały sińce pod oczami i poczucie przegranej. Motywacja do zmagania się z życiem skurczyła się do zmiętej w kulkę kartki A4. Takiej, którą szef kilka dni temu próbował ją zabić. No proszę, następny.

Przypomniała sobie radę kolegi z pracy, że jeśli chciałaby spróbować kończyć ze sobą, to tak, żeby udało się za pierwszym razem. Skutecznie. Polecał wpakowanie się przy pełnej prędkości pod tylną belkę tira. Może Lilka wykrzesałaby z siebie tę miniaturową iskrę energii, może i wcisnęłaby gaz w podłogę, ale wredny los i tę szansę jej odebrał. Niestety, wszystko sprzysięgło się przeciwko niej. Po pierwsze, tkwiła w korku, po drugie, w drodze do domu nie minął jej nawet średniej wielkości dostawczak, a po trzecie, jeśli zabije się dzisiaj, Bogdanowi przypadnie odszkodowanie z polisy na życie. O nie, nie zrobi kanalii takiego prezentu, nie kosztem jej lichego, ale jednak życia.

Mąż Lilki, ten cierpliwy, zrównoważony, wyrozumiały, przed którym zawsze mogła się wygadać, wyznał, że znosił jej abordaż emocjonalny z grzeczności. Znosił i już mu się odechciało. Czuje się wyjałowiony energetycznie, a że wiek ma swoje prawa, postanowił zawalczyć o święty spokój. Z Lilką u boku, w roli małżonki, to się nie uda. Dlatego informuje ją uprzejmie...

- Nie przesadzaj z tą uprzejmością - warknęła.

Informuje, że wyjeżdża służbowo na kilka dni i bardzo prosi, żeby Lilka zastanowiła się w tym czasie, jak chce zakończyć ich małżeństwo, a dokładniej, powinna opracować propozycję podziału wspólnego majątku. Tak robią cywilizowani, dobrze wychowani ludzie, którzy postanawiają się rozwieść.

Lilka niczego nie postanawiała, ale w trakcie nieprzespanej nocy pocieszała się myślą, że dobrze się stało. Chciała odejść. I nie chciała. Popadała z jednej skrajności w drugą, więc może lepiej, że ktoś postanowił za nią. Tylko, do jasnej cholery, dlaczego tym kimś musiał być właśnie Bogdan?!

Balansowała na granicy płaczu i wkurwienia. Niepotrzebnie się zadręczała. Powinna spojrzeć na całą sytuację jak na szansę. Nowe otwarcie. Początek czegoś dobrego. Tylko że Lilce przed oczami stawały same najgorsze scenariusze. Optymizmu wystarczało na snucie planów, że po południu kupi pudełko lodów kokosowych w Lidlu. Tylko raz jeden jadła coś tak nieziemskiego, w Bangkoku. Po rozwodzie na pewno nie będzie jej stać na zagraniczne podróże. Za biedniutką pensję biurwy świata nie poeksploruje świata. Kto wie, może z lodów też przyjdzie jej zrezygnować?

Ale o siebie zawalczy. Tak, nie podda się!

ROZDZIAŁ 8

Czy powinna zaznaczyć w kalendarzu, że oto nastąpiło definitywne rozstanie? Na rozwód przyjdzie im poczekać, choć Lilka słyszała, że obecnie nie trzeba nawet stawiać się osobiście w sądzie, a orzeczenie można uzyskać już na pierwszej rozprawie.

Mówi się, że nie sposób zawrócić biegnącej rzeki. Lilka najwyraźniej przeczyła mądrości ludowej, bo oto znalazła się w miejscu, w którym już kiedyś była. Z tą różnicą, że rozstanie z Markiem przebiegało burzliwie. Jej życie stanowiło doskonały materiał na serię powieściową. Nie wykluczała, że kiedyś powstanie taka trylogia. Tom pierwszy: Żona Marka. Historia młodej kobiety, która wierzy, że miłość wszystko uniesie. Tom drugi: Pisarka z wielkiego miasta. O kobiecie, która w codzienności szuka własnego głosu i sensu.

I którą za to wywalają z roboty. Dlatego rzuca wszystko i zaszywa się w Bieszczadach. Chociaż nie, zbyt ryzykowne. Po pierwsze dlatego, że w Bieszczady wyjechało już mnóstwo kobiet leczyć złamane serce, więc dla Lilki zabraknie miejsca. Zatem... zastanowi się później. Na potrzeby pierwszego draftu przyjmie, że wyjechała DOKĄDŚ, choćby i poleciała w kosmos, ważne, żeby był tam las, za to nie było ludzi. Tytuł trzeciego tomu mógłby brzmieć następująco: Kobieta z lasu. Symboliczny powrót do natury i do samej siebie - odrodzenie po latach.

Ciężkie jest życie pisarki. Życie w ogóle, ale pisarki w szczególności. Przyjaźniła się z kilkoma dziewczynami, które próbowały swoich sił w literaturze. I każda mierzyła się z własnymi demonami. Ilona, młodsza od Lilki jakieś dziesięć lat, ale w środku wieczna nastolatka. Jej kariera pisarska miała się nieźle, ale co rusz słyszała słowa krytyki. Nie dotyczyły jakości książek. Ilonie wytykano palcami wiek. Bo wiadomo, że jeśli pisze się young adult, nie można mieć więcej niż dwadzieścia lat.

Lilka szukała własnej szuflady, niestety niezmiennie tkwiła na półce "powieść obyczajowa". Aspirowała do literatury pięknej, do takiej prozy, której nie sposób zaetykietować. I na aspiracjach się kończyło. Rynek połykał banalne opowiastki miłosne, przewidywalną fabułę, powtarzalny schemat. Zżymała się na trendy, szła ze swoją twórczością pod prąd, aż nastał moment, w którym zrozumiała, że nie musi wybierać. Wciąż może pisać to, w czym jest świetna, czyli obyczajówkę z górnej półki, a drugą niteczką tkać obraz powieści eksperymentalnej, niepoddającej się kanonowi, łamiącej zasady. Rozbebeszyła taką powieść i dotarło do Lilki, że tego typu książek nie pisze się w kilka miesięcy. Być może i w kilka lat nie zdoła. Donikąd się nie spieszyła. Utknęła w martwym punkcie, bez przyszłości.

A wystarczyło jedno celne uderzenie rakietą, na przykład w skroń, żeby odeszły wszystkie problemy. Analizowała poranne zdarzenie i wciąż nie znajdowała odpowiedzi na pytanie, co było powodem napaści. Pamiętała, że stała na światłach, gdy zapaliła się zielona strzałka do skrętu w prawo. Ruszyła wolno, bo po nieprzespanej nocy, podczas której wiernie towarzyszyła jej butelka wina, podawała w wątpliwość swój refleks. Gdy na pasy wtargnął pieszy, ostro zahamowała. Zaatakował ją klakson obcego auta. Delikwentowi chyba łapa do niego przyrosła, bo pulsacyjnie wystukiwał dźwięki, które ożywiłyby jej zwiędłe małżeństwo. Nie, tego chyba jednak nawet seria z karabinu nie zdołałaby skutecznie reanimować.

- Czego, debilu? - rzuciła w pustkę. - Weźże już się zamknij.

Ale furiat nie usłyszał sugestii Lilki i w najlepsze dyscyplinował babę, która na swoim sumieniu miała to, że nie przejechała pieszego. A powinna, bo przez jej zachowanie on jest stratny pół minuty.

Na Lilkę spłynął spokój. Zerknęła w lusterko wsteczne. Łysy, w okularach, z pianą na ustach. Zdjęła nogę z gazu, samochód wytracał prędkość. Toczył się i toczył, aż toczyć się przestał. Jedyneczka i powoluteńku naprzód. Starała się dojechać do kolejnego skrzyżowania na ostatnich podrygach zielonego, tak, żeby pana z Porsche (Porsche!) wpakować na czerwone. Niestety, nie miała tyle szczęścia, za to kilka sekund później zatrzymała się, żeby umożliwić włączenie się do ruchu samochodom wyjeżdżającym ze stacji paliw. Koniec sznureczka. Dobrze, kretyn dostał nauczkę. Wrzuciła kierunkowskaz i skręciła na podziemny parking pod biurowcem, w którym czekało ją osiem godzin mordęgi. Gdyby doliczyć straty moralne, można by podwoić bilans. Może i rozumowo nie do obronienia, ale Lilka swoje wiedziała.

Micra w prawo, Porsche w prawo. Ups, coś chyba poszło nie tak, jak powinno. Skręciła do wjazdu na parking podziemny. Kamera zaczytała numer rejestracyjny, szlaban stanął na baczność. Lilka ruszyła, ruszyło i Porsche.

Gdyby nie spóźniła się do pracy, uniknęłaby śmierci od ciosu rakietą.

Na swoje nieszczęście Lilka wciąż żyła i musiała sobie radzić. Jakoś, niekoniecznie dobrze.

ROZDZIAŁ 9

Dźwięk dzwonka oderwał Lilkę od tępego wpatrywania się w regał z książkami. Odkupili go od znajomej kilka lat temu. Ciężki, dębowy, nadżarty przez korniki. Bogdan twierdził, że wióry w szafkach świadczą, że wewnątrz istnieje inny świat. Lilka się z nim nie zgadzała, ale na wszelki wypadek, zanim zapełniła mebel pamiątkowymi zdjęciami i książkami, potraktowała specyfikiem, który - jeśli wierzyć deklaracji na etykiecie - gwarantował stuprocentową skuteczność. Ona upierała się, że korników nie wytruła, bo nie było czego, Bogdan machnął ręką. I tak minęło im dwadzieścia kilka lat małżeństwa.

- Już, idę.

Pięć minut wcześniej odebrała od kuriera dostawę, więc tym razem spodziewała się córki. Lilka podniosła słuchawkę i bez pytania, kto zacz, wcisnęła guziczek, odblokowując drzwi wejściowe na klatkę schodową.

- Jestem w tu i teraz. - Objęła Zuzę na powitanie. - I wcale mi się tu nie podoba.

- A czy w tym tu i teraz jest sushi? - Zuzka otworzyła szafkę z butami i wyszukała papucie. Wiedziała, że mama nie znosi śladów stóp odciśniętych na panelach.

- Przed chwilą przywieźli. Sprawdź, czy dali pałeczki - poprosiła i wycofała się do kuchni. - Jaśminową chcesz?

- Chcesz.

Aromat jaśminu poniósł się po mieszkaniu. Firanka próbowała uciec za okno, więc Lilka wciągnęła ją z powrotem i przygwoździła krzesłem, dosuwając je do ściany.

- Zbiera dobre recenzje. - Zuza kartkowała ostatnią powieść mamy. - Przegrane życie mojej matki. Chwytliwy tytuł, choć kontrowersyjny.

- Czy ja wiem?

- Pytają na spotkaniach, czy pisałaś o swojej mamie?

- Tylko jeśli ktoś nie czytał.

- Co się dzieje? - Zuza odłożyła wolumin na półkę.

Lilka obrzuciła spojrzeniem wystający brzeg. Walczyła ze sobą, wreszcie uznała, że jej wewnętrzny spokój jest ważniejszy niż utyskiwanie córki, i podeszła do regału. Wyrównała książki, przejechała palcami, upewniając się, że trzymają jedną linię, i wróciła do stołu.

- Musiałaś?

- Nie denerwuj mnie - warknęła. - Wszystko się wali. - Uderzyła w płaczliwy ton. Nie tak to powinno wyglądać. Matka ma wspierać dziecko, a nie odwrotnie.

- W ten sposób nie zapanujesz nad swoim życiem.

- I co z tego? Może wystarcza mi, że panuję nad otoczeniem. We własnym domu chyba mogę, tak?

Zuza uniosła obie ręce, jakby się poddawała.

- Nie strzelaj.

Starsza z kobiet wzruszyła ramionami, w kącikach jej oczu zbierały się łzy. Zdążyła wytrzeć jedną, druga pociekła po policzku.

- Rozwodzimy się.

- Grubo. - Zuzka włożyła rolkę sushi do ust, grając na zwłokę. Układała w głowie właściwe słowa. Żadnych nie znalazła. - Co teraz?

- No właśnie, co teraz? - Znów wzruszyła ramionami. - Nie wiem. On chce, żebyśmy sprzedali mieszkanie. - Nie zamierzała wciągać córki w swoje problemy, tym bardziej że Bogdan nie był ojcem Zuzy, ale musiała się przed kimś wygadać.

- A nie możesz go spłacić? Chyba nie chcesz się przeprowadzać? W twoim wieku...

- Nie ułatwiasz.

- No ale zastanów się. Lubisz to osiedle, znasz tu każdy kąt. Nie wystarczy ci na dwa pokoje w naszej dzielnicy.

- Nie stać mnie, żeby go spłacić z połowy.

- Może rozłoży ci na raty?

- Nie. - Lilka odsunęła od siebie talerzyk z niedojedzonym sushi. - Żadnych wspomnień. Jeśli mam się odbudować, muszę zmienić otoczenie.

- To weź kredyt i kup mały domek z ogródkiem na przedmieściach?

- Chyba altankę na działce. - Przycisnęła pięść do ust. Próbowała powstrzymać szloch. - Chcą mnie zwolnić.

- Ciebie? - nie dowierzała córka. - A mogą tak? Ile ci zostało do emerytury?

- Za dużo!

- Nie martw się. - Pogładziła matkę po ręce. - Znajdziesz coś lepszego.

- Oczywiście, bo ofert dla starych bab jest na pęczki.

- Masz spore doświadczenie.

- I spory garb metryczny. - Zaśmiała się z głupawego żartu.

- Plus zdolności słowotwórcze - wtórowała jej Zuzka. - Z tym rozwodem to pewne?

Kolejne wzruszenie ramion. Nic nie jest pewne, ale po pierwszym szoku Lilka uznała, że dobrze się stało. Bogdan nie był złym człowiekiem, ale każde z nich od wielu lat prowadziło osobne życia. Łączyły ich wspólny dach nad głową, jedna lodówka, rachunki i nieliczne wspólne obiady przy jednym stole. A i wtedy nie bardzo mieli o czym ze sobą rozmawiać. Dlatego Lilka mówiła i mówiła, żeby zadeptać ciszę. Próbowała utrzymać ułudę kontaktu, a Bogdan nazwał to abordażem emocjonalnym. Nie docenił jej starań. W ogóle jej nie doceniał. Dbała o dom, robiła zakupy, prała, prasowała.

- Kochasz go jeszcze?

Pytanie córki przywróciło Lilkę z powrotem do pokoju gościnnego, który niebawem miał należeć do innych ludzi. I gdzie ona się podzieje? Jaki jeszcze numer szykuje dla niej los?

- Czasem to już nie wystarcza.

ROZDZIAŁ 10

Budynek stał na skraju lasu. Z jednej strony otaczała go ściana drzew, z drugiej piaszczysta droga. Od świtu pokonywały ją ciężarówki z ziarnem. Tylko w niedzielę bywało spokojnie, choć w zakładzie maszyny nigdy nie cichły. Wewnątrz pachniało mieszanką śruty, kurzu i oleju technicznego.

Konrad rozmasował ręką kark. Zdjął czapkę, przetarł wierzchem dłoni pot z czoła i usadowił ją z powrotem. Brzęczenie świetlówek mieszało się ze stukotem worków zsuwanych z taśmociągu i pracującymi maszynami. Mężczyzna mocował się chwilę z zamkiem, a gdy udało mu się odsunąć go na kilka centymetrów, ściągnął polar przez głowę. Czapka upadła na ziemię, więc chwycił ją za daszek, uderzył kilka razy o udo i założył z powrotem. Rękawy flanelowej koszuli podwinął do łokci. Krążył między silosami, sprawdzał wagę dostaw, rozmawiał z kierowcami, przekrzykując pracę silników. Uniósł dłoń na powitanie, gdy mijał go kierownik zmiany. Przeszedł przez halę i zniknął w oszklonym kantorku. Sięgnął po kubek z wystygniętą kawą. Niedobra, ale smak nie miał znaczenia. Ważne, że mocna, dawała kopa.

- Kiedy ostatni raz spałeś ciągiem kilka godzin? - zagadnęła sekretarka.

- Wyśpię się, jak będę miał czas. Dodzwoniłaś się do Włosowicza?

Konrad wysunął biurowe krzesło z postrzępionym siedziskiem. Za każdym razem, gdy z niego korzystał, wypadała gąbka.

- Umówiłam was na poniedziałek. Przyjedzie między jedenastą a pierwszą.

- A dłuższych widełek nie dało się ustawić?

- Klient nasz pan. - Zofia rozłożyła ręce. - Daj, zaparzę ci świeżą. - Zabrała kubek z niedopitą kawą tak szybko, że Konrad nie zdążył zareagować. Lubił tę kobietę. Irytowała go, nie przeczył, ale nie znał nikogo, kto mógłby ją zastąpić. Dwa lata temu przeszła na emeryturę, ale ani myślała rezygnować z pracy.

Konrad podrapał się po szyi. Przed oczami przelatywały mu rzędy cyfr. Nie znosił pracować z Excelem, lepiej radził sobie z przerzucaniem worków. Pomagał w ściąganiu pakunków z taśmociągu i ci, którzy znali szefa, wiedzieli, że nie markuje roboty tylko po to, żeby ich kontrolować. Mówił, że musi czuć, jak idzie praca. Sprawdzał wilgotność paszy, zaglądał do magazynów, notował coś w zeszycie, który zwijał w rulon i nosił w tylnej kieszeni jeansów.

- Proszę. - Zofia postawiła przed Konradem kubek parującej kawy.

- A mle...

- Dolałam.

- Mówiłem ci już, że jesteś kobietą mojego życia?

- Mówiłeś. Ale nie myśl, że komplementami wykpisz się od podwyżki.

- Ranisz moje serce, Zofio.

- Proszę. - Obok kubka z kawą wylądował czarny przedmiot.

- A to co?

- Pasta do butów.

- A po co mi pasta do butów? - Konrad przeniósł wzrok z pudełeczka Kiwi na Zofię.

- Zgadnij - odparła i odwróciła się do szefa plecami.

- Idź sobie, idź. Zostaw mnie z tymi tabelami, z których nic nie rozumiem.

- Nie dramatyzuj - usłyszał jeszcze, zanim zamknęła za sobą drzwi.

Mimo że Konrad znajdował się w osłoniętej części hali, do środka wpadał mączysty pył, a odgłos chroboczącego ślimakowego podajnika i młynów dobiegał jego uszu.

- Tak? - Przytknął telefon do ucha. - Przyślij ją do mnie.

Przewijał obraz na monitorze. Zanotował na biurwarze kilka cyfr.

- A to nie może zaczekać? - Odłożył długopis. - No dobrze, to w takim razie zaraz tam będę - rzucił z rezygnacją.

Na zewnątrz, za wiatą, stał stary traktor, a obok niego sterta pustych palet. Wiatr od strony puszczy niósł zapach mokrego drewna i żywicy. Konrad obiecał sobie, że zainwestuje w hulajnogę, bo odległość między zakładem a bramą wjazdową ciągnęła się w nieskończoność. No, niezupełnie, bo po pokonaniu trzystu metrów dotarł wreszcie do szlabanu. Ochroniarz skinął szefowi głową na powitanie i zanurkował w niskim murowanym pawilonie.

- Cześć. - Anula obejrzała się za siebie, jakby chciała się upewnić, że nikt ich nie obserwuje. - Masz chwilę?

Głos dziewczyny drżał, podobnie jak dłonie. Zauważyła, że szwagier przygląda się jej z troską. Wiatr rzucił Anuli na twarz pasmo włosów. Odgarnęła je niezdarnym ruchem.

- Chodź. - Konrad wskazał na wiatę, którą pracownicy nazywali palmiarnią. - Uważaj.

Na środku wejścia ktoś postawił słoik z wodą, w połowie wypełniony petami. Usiedli na drewnianej ławce. Cisza wisiała między nimi niczym chmury na kilka minut przed ulewą. Szwagier był jedyną osobą, do której Anula mogła się zwrócić po pomoc. Zazwyczaj starała się rozwiązać problemy albo czekała, aż rozejdą się po kościach. Konrad wiele razy tłumaczył bratowej, że może na niego liczyć. Łudził się, że tym razem przyszła z prośbą o pożyczkę. To dałoby się załatwić od ręki, ale wystarczyło, że spojrzał na zarys jej sylwetki, zrozumiał, że wydarzyło się coś złego. Znowu.

- Nie pokazał się?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

- Ile?

Pokazała trzy palce.

Bywało, że Tomasz spędzał noc poza domem, ale nigdy trzech z rzędu.

- Byłaś w hotelu?

- Nie widzieli go od środy.

- Cholera. - Konrad uderzył pięścią w udo. - Jak go dorwę... - Przechylił się lekko do tyłu i wyciągnął telefon z kieszeni spodni.

- Wyłączony.

- Szlag. - Wstał z ławki i odszedł kilka kroków. Oparł się o drewnianą belkę, postukał w nią palcami. - Znajdę go, nie martw się.

- Nie martwię się - odezwała się płaczliwym tonem.

- To dobrze.

Nie uwierzył jej i Anula doskonale o tym wiedziała.

- Gdzie dzieci?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej