Dom na końcu drogi - Krystyna Bartłomiejczyk

Reflow text when sidebars are open.
Zapadał wieczór i tylko światełka palących się zniczy rozświetlały mrok. Lekko pochylona smukła postać w ciemnym trenczu i kapeluszu z odrzuconą woalką szła pomiędzy grobami, kierując światło latarki na mijane pomniki.
Kolejne tabliczki ze znajomymi nazwiskami zatrzymywały ją co rusz. Czuła coraz większe przygnębienie. Matka, koleżanki, sąsiedzi - wszyscy, którzy przewinęli się przez jej życie. Ich przeznaczeniem było zostać tutaj aż po grób, a jej... Opuściła wieś i tych ludzi. Ale przecież nie z ciekawości świata, nie z zamiłowania do turystyki. Nie miała pieniędzy ani zawodu, nie wiedziała, gdzie rzuci ją los i co dla niej szykuje. Za to była pewna, że cierpienie nigdy jej nie opuści...
Szybkim krokiem zbliżyła się do skromnego nagrobka, nad którym pochylał się gipsowy anioł. Usiadła na ławeczce, a grube łzy popłynęły po policzkach. To nie było wzruszenie ani radość z powrotu do ojczyzny, lecz zimny, lepki strach przed tym, co może się wydarzyć.
Kobieta zadrżała. Październik tego roku był wyjątkowo piękny i ciepły, ale wieczory były coraz chłodniejsze. Szczelnie otuliła się płaszczem i zamknęła oczy, jakby pragnęła odizolować się od tego ponurego miejsca. Tak bardzo chciała usłyszeć w tej chwili głos Boga, który wyraźnie wskazałby jej drogę.
Ukryła twarz w dłoniach i bladymi ustami wyszeptała pierwsze słowa pacierza:
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - Urwała. Dokończyła modlitwę w myślach, jej usta wciąż jednak poruszały się bezgłośnie. Później, mocno zaciskając trzęsące się dłonie i patrząc na krzyż przymocowany do płyty, powiedziała:
- Wiesz, kim jestem i co uczyniłam. Szkoda, że nie było Cię przy mnie, gdy pogubiłam się w życiu. Nie pokazałeś mi drogi, którą powinnam była podążyć. Opuściłeś mnie. Zostawiłeś samą sobie i pozwoliłeś zgrzeszyć... Był w tym na pewno Twój plan, ale ja go nie rozumiem.
Zakryła twarz dłońmi i długo milczała.
- Zwlekałeś - podjęła szeptem - aż wreszcie ukarałeś surowo i dotkliwie. Wiesz, jak to jest być obok kogoś, kogo się kocha całym sercem, i wiedzieć, że dla niego się nie istnieje? Skąd miałbyś wiedzieć... Nie obchodzi Cię to. - W jej głosie wybrzmiała nieśmiała nuta gniewu. Zamilkła, przestraszona, patrząc w atramentowe niebo. Wydawało się, że jest bardzo blisko i przytłacza ją swym ciemnym, bezkresnym ogromem.
- Jesteś, Boże, zbyt zajęty sprawami świata, aby przejmować się takimi drobiazgami, ale daj mi jakąś podpowiedź, co mam zrobić. Wyznać całą prawdę i mieć nadzieję, że on zrozumie i mi wybaczy? Wiem, że tak byłoby najlepiej i najuczciwiej, ale... - Przygryzła wargę, żeby powstrzymać szloch. - Boże Miłosierny! Boję się! Bo co, jeśli mnie znienawidzi? I czy mam prawo sięgać po pragnienia mojego serca, gdy tak bardzo go skrzywdziłam? Jeśli tam jesteś, błagam, pomóż mi. Spraw, żeby mi wybaczył. Daj mi sens, Boże, żebym wiedziała, po co żyję. Uwolnij mnie od tego cierpienia! Ojcze nasz, któryś jest...
Kroki za plecami rozproszyły jej myśli. Zerwała się z ławki i zamarła, wpatrując się w sylwetkę zbliżającej się starszej kobiety, którą rozpoznała od razu.
- Dobry wieczór - szepnęła wzruszona.
Staruszka odwzajemniła pozdrowienie, przyglądając jej się z zainteresowaniem. Czyżby mnie nie poznała? - pomyślała ze zdziwieniem kobieta. Dopiero po chwili się zorientowała, że pod wpływem przejść i zgryzot zmieniło się w niej dużo więcej niż usposobienie. Zeszczuplała, jakby skurczyła się w sobie, oczy straciły ogień, a rysy się wyostrzyły, uwypuklając każdą zmarszczkę. Włosy przyprószyła siwizna. Nie przypominała już tej dorodnej panny, za którą chłopcy wodzili wzrokiem. Teraz była dojrzałą kobietą, ciężko doświadczoną przez los.
Staruszka wlepiała w nią wzrok z niemym zapytaniem, czekając na jakąś podpowiedź ze strony obcej kobiety. Nagle drgnęła, a w jej oczach pojawił się błysk rozpoznania.
- Jesteś. To naprawdę ty - wyszeptała drżącym głosem.