Dom na klifie - Monika Szwaja

Kup ebooka

34.00 zł
28.22 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dom na klifie

No i pa­trz­cie pa­ństwo. Ciot­ka Bian­ka na­praw­dę uma­rła. Coś po­dob­ne­go.

Aż do dziś Adam Grzy­bow­ski skłon­ny by­łby przy­pusz­czać, że ciot­ka jest nie­śmier­tel­na, po­dob­nie jak była nie­za­ta­pial­na - tak w ka­żdym ra­zie twier­dzi­ła, za do­wód po­da­jąc fakt, że czte­ro­krot­nie bez szko­dy dla zdro­wia opły­nęła pod ża­gla­mi przy­lądek Horn.

Ciot­ka Bian­ka była wła­ści­wie cio­tecz­ną bab­ką Ada­ma, star­szą sio­strą jego dziad­ka ze stro­ny ojca, nie zno­si­ła jed­nak, aby na­zy­wa­no ją bab­cią.

- Do tego, żeby być bab­cią - po­wta­rza­ła, ci­ska­jąc pio­ru­ny ze swo­ich ja­sno­nie­bie­skich oczek, le­d­wie wi­docz­nych w otocz­ce zmarsz­czek - trze­ba mieć wnu­ki. Żeby mieć wnu­ki, trze­ba mieć dzie­ci. Je­że­li ktoś prze­oczył fakt, że wci­ąż je­stem pa­nien­ką do wzi­ęcia, to uprzej­mie go o tym za­wia­da­miam. Pro­ge­ni­tu­ry po­za­ma­łże­ńskiej nie po­sia­dam. Cio­tecz­ne się nie li­czą. Ergo, nie ży­czę so­bie być po­sta­rza­ną przez na­zy­wa­nie mnie bab­cią!

Żąda­nie to wy­da­wa­ło się Ada­mo­wi nie­co abs­trak­cyj­ne, po­nie­waż Bian­ka prze­kro­czy­ła dzie­wi­ęćdzie­si­ąt­kę, ale wła­ści­wie nic nie miał prze­ciw­ko na­zy­wa­niu jej ciot­ką. Kie­dy był ma­łym chłop­cem, tro­chę się jej bał, a gdy pod­ró­sł, do­ga­dał się ze star­szą pa­nią na ba­zie wspól­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia że­glar­stwem. W jego przy­pad­ku było to rze­czy­wi­ście tyl­ko za­in­te­re­so­wa­nie, ale dla niej że­glo­wa­nie sta­no­wi­ło sens ży­cia.

Ileż ona mia­ła ostat­nio lat? Dzie­wi­ęćdzie­si­ąt trzy chy­ba. A jesz­cze w ze­szłym roku pły­wa­ła z ja­ki­miś swo­imi przy­ja­ció­łmi, rów­nie le­ci­wy­mi, jak ona sama, po Za­le­wie Szcze­ci­ńskim i na­wet odro­bin­kę za­ha­czy­li o mo­rze w oko­li­cy Świ­no­ujścia...

- Coś ty się tak za­my­ślił? - Mi­rek Kie­rasz­ko, zwa­ny w skró­cie Mi­rasz­kiem, bez­ce­re­mo­nial­nie wy­jął Ada­mo­wi z ręki ko­mór­kę i prze­czy­tał SMS-a. - Ciot­ka Bian­ka... Ty, Adam, to była ta two­ja słyn­na ciot­ka-ka­phor­nów­ka?

- Ona. - Adam wes­tchnął i ska­so­wał wia­do­mo­ść. - Cho­le­ra. Szko­da cio­ci. Ta­kich już nie pro­du­ku­ją. Wiesz: okręty z drew­na, a lu­dzie ze sta­li. Te­raz jest od­wrot­nie. Dla­cze­go oj­ciec nie dzwo­nił, tyl­ko przy­słał SMS-a?...

- Bo tu jest ło­mot. Pew­nie dzwo­nił, tyl­ko nie mia­łeś szan­sy, żeby usły­szeć. Cze­kaj, za­mów mi piwo...

Kel­ner w żó­łtej ko­szul­ce z na­dru­ko­wa­ną na pier­si fre­ga­tą o wy­dętych ża­glach ba­lan­so­wał ar­ty­stycz­nie nad gło­wa­mi by­wal­ców ta­wer­ny Cut­ty Sark. Adam za­trzy­mał go i wy­wrzesz­czał mu do ucha za­mó­wie­nie. W tym sa­mym mo­men­cie za­mil­kł po­tężny śpiew pi­ęciu mło­dych (mniej wi­ęcej) lu­dzi wspo­ma­ga­nych wal­nie przez bar­dzo wy­daj­ne wzmac­nia­cze; roz­le­gły się bra­wa oraz okrzy­ki roz­ba­wio­nej pu­blicz­no­ści. Za­bój­czy blon­dyn za­po­wie­dział kwa­drans prze­rwy i przy­sia­dł się do sto­li­ka, przy któ­rym sie­dzie­li Adam z Mi­rasz­kiem.

- Za­mó­wi­li­ście mi piwo? Nie? Kur­czę, dla­cze­go? Prze­cież ja się na­tych­miast mu­szę na­pić. Mi­rasz­ko, wy­pi­ję two­je, a ty so­bie za­mów, ja za­raz zno­wu będę pra­co­wać. Nad czym tak smęt­nie du­ma­cie? Ktoś uma­rł?

- Ciot­ka-ka­phor­nów­ka. Ada­ma ciot­ka, wiesz, ta star­sza pani...

- Co ty ga­dasz? Sta­ra Grzy­bow­ska?

- Zga­dza się. Zna­łeś ją?

- Jak wszy­scy. Mój Boże, trud­no to so­bie wy­obra­zić, że jej już nie ma. Za­wsze była. I za­wsze była sta­ra, więc się czło­wiek przy­zwy­cza­ił do my­śli, że będzie żyła wiecz­nie. Wspó­łczu­cie, Adam. Na­praw­dę. Szko­da cio­ci. Cho­le­ra. O, piwo. Dla nas też? Od fir­my? To ja ci nie będę pod­pi­jał, Mi­ras, mam wła­sne. Za cio­cię, chło­pa­ki. Niech jej się do­brze że­glu­je tam wy­so­ko.

Stuk­nęli się szklan­ka­mi i wy­pi­li po łyku, to zna­czy Adam i Mi­rasz­ko po łyku, a ich śpie­wa­jący przy­ja­ciel An­drzej zwa­ny Qnią wy­chy­lił pół szkla­ni­cy jed­nym tchem.

- To nie do po­jęcia, jak śpie­wa­nie wy­su­sza. Kie­dy po­grzeb?

- Jesz­cze nie wiem, pew­nie za kil­ka dni.

- Je­śli chcesz, przy­je­dzie­my coś za­śpie­wać, po że­glar­sku, żeby było wia­do­mo, kogo cho­wa­ją.

- Dzi­ęku­ję, sta­ry, cho­ciaż pew­nie i tak będzie wia­do­mo, oni mają te swo­je wszyst­kie ry­tu­ały, ka­phor­now­cy zna­czy, pew­nie zle­ci się całe brac­two. Strasz­ne z nich or­to­dok­sy, tra­dy­cjo­na­li­ści i dia­bli wie­dzą co jesz­cze. No i za­wsze trzy­ma­li się ra­zem.

- A pro­pos ra­zem, ciot­ka miesz­ka­ła ra­zem z wami, z two­ją ro­dzi­ną, zna­czy?

- No coś ty, ja prze­cież wy­naj­mu­ję miesz­ka­nie na Po­god­nie, ma­mu­nia wy­bu­do­wa­ła chat­kę-bo­gat­kę na War­sze­wie, dziad­ko­wie miesz­ka­ją w Świ­no­ujściu, a ciot­ka mia­ła dom w Lu­bi­nie. Na Wo­li­nie, ko­ja­rzysz?

- Ko­ja­rzę. Je­zio­ro Tur­ku­so­we, ta ja­kaś gór­ka wi­do­ko­wa, kie­dyś tam by­łem przez przy­pa­dek.

- Wła­śnie. Tro­chę za tą gór­ką wi­do­ko­wą, da­lej i wy­żej, nad sa­my­mi kli­fa­mi, a wła­ści­wie nad taką faj­ną łąką, któ­ra ko­ńczy się kli­fem i spa­da do za­le­wu.

- Ooo, to cio­cia mie­wa­ła wi­dok na ład­ne za­cho­dzi­ki...

- Tak, za­cho­dzi­ki sym­pa­tycz­ne. Dużo wody, dużo nie­ba, te wszyst­kie wy­spy, baj­ka. Ja tam do­syć często by­wam.

- Sama miesz­ka­ła? W ta­kim domu?

- Nie, jed­na faj­na przy­ja­ció­ła z nią sie­dzia­ła. Pra­wie rów­nie sta­ra... no, ciut młod­sza. Spe­cja­list­ka od szant, wy­obraź ty so­bie. Tro­chę się cio­cią opie­ko­wa­ła. To zna­czy, sta­le się kłó­ci­ły, ale żyć bez sie­bie nie mo­gły. I często ró­żne ma­tu­za­le­my że­glar­skie tam przy­je­żdża­ły. Do ciot­ki. A do Leny, tej dru­giej, ja­cyś szan­tow­cy. Nie, ciot­ka nie była sama.

- Po­cie­szy­łeś mnie, Ada­mie. Sor­ry, obo­wi­ąz­ki wzy­wa­ją, pu­blicz­no­ść się de­ner­wu­je...

Istot­nie, co bar­dziej nie­cier­pli­wi za­czy­na­li już na­wo­ły­wać ze­spół do po­wro­tu na mi­kro­sko­pij­ną scen­kę. Qnia za­brał swo­je piwo, mach­ni­ęciem ręki przy­wo­łał ko­le­gów, któ­rzy też się po­przy­sia­da­li do ró­żnych sto­li­ków i chwi­lę się z nimi na­ra­dzał. Po czym wzi­ął mi­kro­fon do ręki i prze­mó­wił:

- Ko­cha­na fre­kwen­cjo. Przy­ja­cie­le. Pro­szę was, prze­sta­ńcie na chwi­lę wrzesz­czeć, chcę wam po­wie­dzieć coś wa­żne­go. Pro­szę o ci­szę. Dwie se­kun­dy dla mnie.

Tu za­mil­kł, aby dać wła­snym sło­wom szan­sę na do­tar­cie do świa­do­mo­ści roz­ba­wio­nych lu­dzi. Spo­sób oka­zał się sku­tecz­ny i po chwi­li w ta­wer­nie za­pa­no­wa­ła względ­na ci­sza.

Qnia zno­wu pod­nió­sł mi­kro­fon do ust.

- Ko­cha­ni. Przy­ja­cie­le, zna­jo­mi i nie­zna­jo­mi. Wiem, że się do­brze ba­wi­cie i przy­kro mi, że tę wa­szą za­ba­wę za­kłó­cę. Ale świat się kręci, wy­da­rze­nia bie­gną, nie­za­le­żnie od tego, jak bar­dzo chce­my o tym za­po­mnieć. Wszy­scy, któ­rzy tu dzi­siaj są, a któ­rzy otar­li się przy­naj­mniej o że­glar­stwo, zna­ją cho­cia­żby ze sły­sze­nia Bian­kę Grzy­bow­ską, naj­wi­ęk­szą z wiel­kich że­gla­rek, pa­nią tak le­ci­wą, że pły­wa­ła jesz­cze chy­ba z sa­mym Za­ru­skim, damę nie­ustra­szo­ną, któ­ra kil­ka razy opły­nęła Horn...

Względ­na ci­sza za­mie­ni­ła się w ci­szę do­sko­na­łą.

- Do­my­śla­cie się, przy­ja­cie­le, co chcę wam po­wie­dzieć. Bian­ka Grzy­bow­ska ode­szła na wiecz­ną wach­tę. Wy­pij­cie za nią, pro­szę, niech spo­koj­nie że­glu­je nad chmu­ra­mi, a my wam te­raz za­śpie­wa­my...

Je­den z jego ko­le­gów za­grał parę akor­dów na gi­ta­rze.

Sta­ry port się po­wo­li ukła­dał do snu,

świe­ża bry­za zmarsz­czy­ła mo­rze gład­kie jak stół,

sta­ry ry­bak na kei za­czął śpie­wać swą pie­śń:

"Za­bierz­cie mnie chłop­cy, mój czas sko­ńczył się"...

Przy pierw­szych sło­wach pie­śni kil­ka osób wsta­ło, uno­sząc kie­lisz­ki i szklan­ki z pi­wem, po­tem wsta­wa­li ko­lej­ni, nie­któ­rzy przy­łącza­li się do chó­ru, a re­fren śpie­wa­li już pra­wie wszy­scy ze­bra­ni w ta­wer­nie:

"Tyl­ko we­zmę mój sztor­miak i swe­ter,

ostat­ni raz spoj­rzę na pirs.

Po­zdrów mo­ich ko­le­gów, po­wiedz, że dnia pew­ne­go

spo­tka­my się wszy­scy tam w Fid­dlers Gre­en".

Adam nie śpie­wał, coś go ści­snęło za gar­dło, nie po­zwa­la­jąc wy­do­być gło­su. Nie śpie­wa­ła też mło­da ko­bie­ta przy sąsied­nim sto­li­ku, nie­zbyt pi­ęk­na, cho­ciaż ra­czej sym­pa­tycz­na z wy­glądu, zde­cy­do­wa­nie ku­dła­ta na gło­wie, z ład­nie za­ry­so­wa­ny­mi ocza­mi, któ­rych ko­lo­ru nie było wi­dać z po­wo­du dymu wy­pe­łnia­jące­go po­miesz­cze­nie. W ta­wer­nie było tak mało miej­sca, sto­li­ki - jak zwy­kle w dniu kon­cer­tu - sta­ły tak cia­sno przy so­bie, że dziew­czy­na mu­sia­ła sły­szeć całą roz­mo­wę Ada­ma z przy­ja­ció­łmi i zo­rien­to­wa­ła się za­pew­ne, że jest krew­nym nie­boszcz­ki że­glar­ki.

"O Fid­dlers Gre­en sły­sza­łem nie­raz,

je­śli pie­kło omi­nę, do­pły­nąć chcę tam,

gdzie del­fi­ny fi­glu­ją w wo­dzie czy­stej jak łza

i o mro­źnej Gren­lan­dii za­po­mi­na się tam"...

W oczach dziew­czy­ny po­ja­wi­ły się łzy. Po­spiesz­nie pod­nio­sła do ust swo­je piwo, żeby za­ma­sko­wać wzru­sze­nie. Adam do­strze­gł i jej gest, i te łzy - i na­gle jego sa­me­go ogar­nął ogrom­ny smu­tek. Jesz­cze se­kun­da, a ule­głby tej okrop­nej, ja­kże nie­męskiej sła­bo­ści i sam się po­pła­kał - aby nie do­pu­ścić do ta­kiej kom­pro­mi­ta­cji, od­sta­wił szklan­kę na stół i naj­szyb­ciej jak się dało w tej cia­sno­cie, prze­ci­snął się do wy­jścia. Brzyd­ka dziew­czy­na pa­trzy­ła za nim du­ży­mi ocza­mi. Oczy ma ład­ne, ow­szem - po­my­ślał jesz­cze, za­nim za­mknął za sobą ci­ężkie drzwi, zza któ­rych wci­ąż sły­szał śpiew.

"Au­re­ola i har­fa to nie to, o czym śnię,

o mo­rza roz­ko­łys i wiatr mo­dlę się;

sta­re pu­dło otwo­rzę, za­gram coś w ci­chą noc,

a wiatr w ta­kie­lun­ku za­śpie­wa swój song"...[1]

Brzyd­ka dziew­czy­na wca­le nie była taka brzyd­ka, acz­kol­wiek nie mia­ła za grosz fi­gu­ry (o wie­le za dużo ki­lo­gra­mów). Ho­do­wa­ła na­to­miast skru­pu­lat­nie wszyst­kie kom­plek­sy, ja­kie tyl­ko trzy­dzie­sto­dwu­lat­ka może ho­do­wać. Fakt, że do­tąd nie za­in­te­re­so­wał się nią na po­wa­żnie ża­den kró­le­wicz z baj­ki, w jej po­jęciu wy­da­wał się te kom­plek­sy uza­sad­niać. Była już bli­ska re­zy­gna­cji z kró­le­wi­cza - nie żeby mia­ła go za­mie­nić na mniej am­bit­ny ga­tu­nek mężczy­zny, nic z tych rze­czy. Ja­kieś pół roku temu uzna­ła, że zo­sta­nie sin­glem na wie­ki, po­nie­waż prze­sta­ła na fa­ce­tów re­ago­wać emo­cjo­nal­nie. No, prze­sta­li ją kręcić. Zero flu­idów.

Do dzi­siaj.

Dzi­siej­sze­go wie­czo­ru po­czu­ła w so­bie, że jed­nak, być może, ewen­tu­al­nie... ta sie­ro­ta po ciot­ce że­glar­ce... to zna­czy TEN sie­ro­ta (idio­tycz­na ja­kaś zbit­ka gra­ma­tycz­na!)... ten sie­ro­ta, ow­szem, mó­głby w niej flu­idy rze­czo­ne wskrze­sić.

Nie wia­do­mo, oczy­wi­ście, czy sie­ro­ta BYŁ kró­le­wi­czem z baj­ki. Ale zde­cy­do­wa­nie na ta­ko­we­go wy­glądał.

Acz­kol­wiek w tym wie­ku - na pew­no po trzy­dzie­st­ce, a bli­żej trzy­dziest­ki­pi­ąt­ki - kró­le­wi­cze są ra­czej za­jęci przez ksi­ężnicz­ki z za­przy­ja­źnio­nych ro­dów pa­nu­jących, cho­le­ra.

Dla­cze­go za­tem nie przy­wló­kł do kli­ma­tycz­nej ta­wer­ny, na kli­ma­tycz­ny kon­cert Ry­czących Dwu­dzie­stek swo­jej ksi­ężnicz­ki, wiot­kiej, ja­sno­wło­sej i błękit­no­okiej, o no­gach jak ma­rze­nie?

Może ksi­ężnicz­ka nie lubi tych kli­ma­tów.

Bzdu­ry. Jaka ksi­ężnicz­ka nie lubi słu­chać i pa­trzeć na pi­ęciu przy­stoj­nych fa­ce­tów ob­da­rzo­nych gło­sem i wdzi­ękiem? Ona sama, Zo­sia Czer­won­ka, po pro­stu za tym prze­pa­da. Zda­rzy­ło jej się kie­dyś wzi­ąć udział w obo­zie że­glar­skim w Trze­bie­ży, gdzie na­uczy­ła się jako tako od­ró­żniać ster od ża­gla, przy oka­zji ła­pi­ąc wi­ru­sa mor­skiej pie­śni, śpie­wa­nej z uczu­ciem, choć prze­wa­żnie fa­łszy­wie, przez wszyst­kich kur­san­tów. Od tej pory sta­ra­ła się wy­ko­rzy­stać ró­żne oka­zje, aby po­słu­chać, jak śpie­wa­ją szan­ty za­wo­dow­cy, i wraz z przy­ja­ció­łmi na­by­ty­mi w cza­sie słyn­ne­go kur­su w Trze­bie­ży ga­nia­ła po kon­cer­tach oraz fe­sti­wa­lach szan­to­wych. Ka­rie­ry że­glar­skiej nie zro­bi­ła, tłu­ma­cząc się bra­kiem cza­su, a jak się nie ma cza­su, to się nie że­glu­je i tak da­lej. Tak na­praw­dę uzna­ła po swym pierw­szym prze­ha­fto­wa­nym rej­sie, że śred­nio ją bawi by­cie za­ło­gą.

Jed­na­ko­woż... pa­trząc dzi­siej­sze­go wie­czo­ru na po­sęp­ne­go Ada­ma, po­my­śla­ła, że sio­strze­niec (bra­ta­nek?) ta­kiej ciot­ki na pew­no ma wszyst­kie mo­żli­we pa­ten­ty ster­ni­ka, ka­pi­ta­na, ad­mi­ra­ła jach­to­we­go i że być za­ło­gą na jach­cie przez nie­go do­wo­dzo­nym... kur­czę, to by nie mu­sia­ło być nie­przy­jem­ne.

Na ra­zie jed­nak po­zo­sta­wa­ła sze­re­go­wym za­ło­gan­tem na czy­mś, co nie przy­po­mi­na­ło w naj­mniej­szym stop­niu fru­nącej po fa­lach fre­ga­ty, ani cho­cia­żby dez­e­ty - ra­czej stęchłą bar­kę uży­wa­ną do nie­le­gal­ne­go prze­wo­zu od­pa­dów che­micz­nych z te­re­nu za­przy­ja­źnio­nych kra­jów Unii Eu­ro­pej­skiej do na­sze­go na­iw­ne­go pa­ństwa. Ka­pi­ta­nem zaś tej bar­ki, mało po­dob­nym do sio­strze­ńca ka­phor­nów­ki, była wci­ąż ta sama chu­da jędza z wy­łu­pia­sty­mi oczy­ma i za­ci­śni­ęty­mi ustecz­ka­mi, Al­do­na Hajn­rych-Zom­bi­szew­ska, wy­jąca pi­ęćdzie­si­ąt­ka nie­na­wi­dząca świa­ta i lu­dzi. Pani, dla swej uro­dy i cha­rak­te­ru słusz­nie zwa­na Zom­bie - za­rów­no przez per­so­nel, jak i przez pen­sjo­na­riu­szy domu dziec­ka na pra­wo­brze­żnym przed­mie­ściu Szcze­ci­na, tuż pod Pusz­czą Bu­ko­wą.

Do tego wła­śnie domu, w któ­rym zaj­mo­wa­ła mi­kro­sko­pij­ne miesz­kan­ko słu­żbo­we na pod­da­szu, wra­ca­ła Zo­sia do­brze po pó­łno­cy, za­du­ma­na i roz­dzie­ra­na przez uczu­cia kom­plet­nie prze­ciw­staw­ne. Świa­do­mo­ść, że jed­nak re­agu­je wci­ąż na mężczyzn, była dla niej krze­pi­ąca. Świa­do­mo­ść, że ten mężczy­zna, na któ­re­go ona za­re­ago­wa­ła, na nią nie re­agu­je wca­le - ra­czej nie­przy­jem­na. Osta­tecz­nie zwy­ci­ęży­ła świa­do­mo­ść nu­mer dwa i Zo­sia wkro­czy­ła w pro­gi domu o wdzi­ęcz­nej na­zwie "Ma­gno­lie" w na­stro­ju mi­no­ro­wym.

Na­strój ten po­głębił się znacz­nie, kie­dy zza win­kla ko­ry­ta­rza na pierw­szym pi­ętrze wy­chy­nęła wy­so­ka po­stać owi­ni­ęta ko­ron­ko­wym sza­lem i sta­nęła przy scho­dach, unie­mo­żli­wia­jąc Zosi swo­bod­ne prze­do­sta­nie się na pod­da­sze.

- Do­bry wie­czór - skrzyp­nęła po­stać sar­ka­stycz­nym to­nem. - Miło, że pani jed­nak cza­sem wra­ca do domu, pani Czer­won­ka. Do­brze, że dzie­ci nie wi­dzą, o któ­rej to pani wy­cho­waw­czy­ni się po­ja­wia. I nie czu­ją, jak pach­nie.

Fakt, je­dy­ną wadą ta­wer­ny jest to, że wol­no w niej pa­lić, w zwi­ąz­ku z czym po kil­ku go­dzi­nach tam spędzo­nych, zwłasz­cza kie­dy ktoś daje kon­cert i piw­nicz­ka za­pcha­na jest słu­cha­cza­mi - czło­wiek i jego ubra­nie prze­si­ąka­ją cha­rak­te­ry­stycz­nym smrod­kiem pa­pie­ro­sów i piwa. Zo­sia, za­pra­wio­na w bo­jach, po po­wro­cie z ta­kich kon­cer­tów na­tych­miast wska­ki­wa­ła pod prysz­nic, a ubra­nie ła­do­wa­ła do pral­ki. Tym ra­zem pani dy­rek­tor wy­wącha­ła ją, za­nim Zo­sia zdąży­ła zro­bić to co za­wsze.

Nor­mal­nie Zo­sia od­py­sko­wa­ła­by coś w ro­dza­ju, że jest do­ro­sła, ma pra­wo i ni­ko­mu do tego, jak pach­nie, ale tym ra­zem wci­ąż mia­ła przed ocza­mi wi­zję po­sęp­ne­go, czar­no­wło­se­go fa­ce­ta, sto­jące­go na most­ku ka­pi­ta­ńskim fre­ga­ty pru­jącej fale pod pe­łny­mi ża­gla­mi. Tak jej się ten Adam zwi­zu­ali­zo­wał i już. Spoj­rza­ła więc na pa­nią Hajn­rych-Zom­bi­szew­ską ła­god­nie i me­lo­dyj­nym gło­sem po­wie­dzia­ła:

- To ja już pój­dę do sie­bie, do­bra­noc, pani dy­rek­tor.

Płyn­nym ru­chem wy­mi­nęła dy­rek­tor­kę, któ­ra mia­ła na­dzie­ję na przy­jem­ną wy­mia­nę zdań, za­ko­ńczo­ną swo­im zwy­ci­ęstwem, i wkro­czy­ła na scho­dy. Al­do­na wy­ra­zi­ła jesz­cze iro­nicz­ną na­dzie­ję, że nie będzie trze­ba ni­ko­go wy­ci­ągać na dy­żur przy uży­ciu siły, ale nie do­cze­ka­ła się od­po­wie­dzi i ode­szła jak nie­pysz­na.

Fre­ga­ta z most­kiem i ka­pi­ta­nem po­ja­wi­ła się zno­wu w świa­do­mo­ści Zosi i nie po­zwo­li­ła jej do­strzec nie­wy­ra­źnej fi­gur­ki ma­ja­czącej przy drzwiach miesz­ka­nia. Zo­sia praw­do­po­dob­nie by ją roz­dep­ta­ła, gdyż fi­gur­ka nie za­mie­rza­ła ani drgnąć, ani się ode­zwać, na szczęście jed­nak po­tknęła się o wy­sta­jącą lewą nogę, za­klęła z ci­cha pod no­sem (po­mna nie­przy­ja­znej obec­no­ści pani dy­rek­tor pi­ętro ni­żej) i włączy­ła świa­tło.

- Mat­ko świ­ęta, Aduś, to zno­wu ty. Co tu ro­bisz, za­miast spać jak Bóg przy­ka­zał o tej po­rze?

- Pani tez nie śpi - po­wie­dzia­ła aro­ganc­ko fi­gur­ka, nie wy­ma­wia­jąc szy­piasz­czych.

- Aduś. Ja to ja, a ty to ty. Je­stem do­ro­sła i wró­ci­łam so­bie z ląfrów. Wol­no mi. Naj­wy­żej się nie wy­śpię ju­tro. A ty po­wi­nie­neś być we wła­snym cie­płym łó­żecz­ku, przy­tu­lić ja­kie­goś mi­sia i spać, bo będziesz nie­przy­tom­ny ju­tro na lek­cjach i zno­wu przy­nie­siesz pałę. To co, wra­casz do mi­sia?

- Pier­do­lę mi­sia - po­wie­dzia­ło dziec­ko po­nu­ro. Zo­sia wes­tchnęła ci­ężko. Fre­ga­ta z ka­pi­ta­nem od­fru­wa­ła co­raz da­lej.

- Adek, umó­wi­li­śmy się, że je­śli będziesz uży­wał przy mnie wy­ra­zów, to prze­sta­nę się z tobą przy­ja­źnić. Wiesz, że nie mu­szę się z tobą przy­ja­źnić. Nie je­steś z mo­jej gru­py. No to jak?

- Pse­pra­sam. Ja chcę się z pa­nią psy­ja­źnić. Nie mo­gła­by mnie pani wzi­ąć do swo­jej gru­py?

- Te­raz, w nocy? - Zo­sia do­brze wie­dzia­ła, że pani dy­rek­tor ani w nocy, ani za dnia nie zgo­dzi się na prze­nie­sie­nie Adu­sia do jej gru­py. Gdy­by Aduś był w gru­pie Zosi, to Zo­sia praw­do­po­dob­nie nie po­zwo­li­ła­by pani dy­rek­tor znęcać się nad nim. Dla pani dy­rek­tor była to jed­na z ulu­bio­nych roz­ry­wek - nie­ste­ty, od ja­kie­goś cza­su nie mia­ła go u sie­bie, czy­li pod ręką, ale za­wsze po­tra­fi­ła do­pa­ść nie­szczęśni­ka na neu­tral­nym grun­cie. Jego wy­cho­waw­czy­niom było wszyst­ko jed­no, czy Adolf ob­ry­wa, czy nie.

- Naj­le­piej te­raz - mruk­nął. - No, ja wiem, ze to nie­mo­zli­we. Ale chcia­łbym z pa­nią po­ga­dać.

- W dzień nie mo­żesz? - za­py­ta­ła bez wi­ęk­szej na­dziei Zo­sia, któ­ra do­brze wie­dzia­ła, że jak Aduś za­cznie się za­sta­na­wiać nad nie­do­sko­na­ło­ścia­mi świa­ta tego, to nie sko­ńczy tak pręd­ko. Do tej pory jed­nak przy­cho­dził na po­ga­węd­ki wy­łącz­nie w dzień. Co go tak przy­pi­li­ło? I cie­ka­we, jak dłu­go tu sie­dzi, prze­cież chłod­no na tych schod­kach.

Do­tknęła lo­do­wa­tej ręki chłop­ca i zro­bi­ło się jej go żal.

- Zma­rzłeś - mruk­nęła. - Cho­dź, zro­bię her­ba­ty z so­kiem ma­li­no­wym, to się roz­grze­jesz. Coś się sta­ło?

- Eee, nic ta­kie­go, ale to ja po­wiem psy tej her­ba­cie - od­mruk­nął wy­mi­ja­jąco Aduś i po­ci­ągnął no­sem. - Pani śmier­dzi jak mój tato - skon­sta­to­wał, pod­no­sząc się ci­ężko ze schod­ka.

- Ja śmier­dzę tyl­ko chwi­lo­wo, bo by­łam w pu­bie i pi­łam piwo, i wszy­scy tam palą pa­pie­ro­sy, ale za­raz się wy­kąpię, prze­bio­rę i upio­rę. - Z tru­dem po­wstrzy­ma­ła się od przy­po­mnie­nia, że tato, w prze­ci­wie­ństwie do niej, śmier­dzi per­ma­nent­nie, rzad­ko się myje i chy­ba ni­g­dy nie pie­rze ubrań. Tato Adu­sia bo­wiem, Dio­ni­zy Seta, jak osi­ągnął kil­ka lat temu za­awan­so­wa­ne sta­dium al­ko­ho­li­zmu, tak po­sta­no­wił się w nim utrzy­mać do ko­ńca ży­cia.

- Bo że­bym ja się, pani dy­rek­tor, ina­czej na­zy­wał - tłu­ma­czył wie­lo­krot­nie Al­do­nie Hajn­rych-Zom­bi­szew­skiej. - Że­bym ja się, na ten przy­kład, na­zy­wał Pi­ęćdzie­si­ąt­ka. Albo jesz­cze le­piej Dwu­dziest­ka­pi­ąt­ka. Zna­czy się, Szcze­nia­czek. Pani ro­zu­mie, taki mały kie­lo­nek. Szcze­nia­czek. No. Ale ja się na­zy­wam Seta. To jak ja mam być trze­źwy? Ja nie mogę. Nie ma, pani ro­zu­mie, ta­kiej po...op-cji. Mnie nie wy­pa­da. No­bles ob­liż - do­da­wał, ele­ganc­ko ak­cen­tu­jąc ostat­nie sy­la­by, bar­dzo za­do­wo­lo­ny ze swo­jej osza­ła­mia­jącej eru­dy­cji.

Al­do­na zwa­na Zom­bie nie zdra­dza­ła jed­nak skłon­no­ści do oszo­ło­mień na tle fran­cu­skiej wy­mo­wy Dio­ni­ze­go Sety. Zo­sia była kie­dyś świad­kiem jed­ne­go z licz­nych spo­tkań tej pary. Po­rząd­ko­wa­ła do­ku­men­ty w wiel­kiej sza­fie, a pani dy­rek­tor usi­ło­wa­ła prze­ko­nać Dio­ni­ze­go do ra­to­wa­nia ro­dzi­ny, znaj­du­jącej się wła­śnie w sta­nie de­mon­ta­żu.

- Pa­nie Seta - ci­ska­ła sło­wa­mi spo­mi­ędzy za­ci­śni­ętych warg, jak gdy­by były one (sło­wa, nie war­gi) ka­mie­nia­mi rzu­ca­ny­mi na sza­niec. - Pa­nie Seta. Ja panu przy­po­mi­nam. Pan jest oj­cem. Adolf jest pana sy­nem. Tak czy nie?

- W za­sa­dzie tak - pró­bo­wał wy­krętów Dio­ni­zy. - Ale wsze-la­koż...

- Żad­ne wsze­la­koż! Nie wy­prze się pan w żad­nym sądzie, cho­cia­żby dla­te­go, że Adolf jest do pana po­dob­ny jak dwie kro­ple wody!

- Z tymi kro­pla­mi to ja bym nie prze­sa­dzał... wąsów nie ma - roz­kosz­nie za­chi­cho­tał ko­cha­jący ta­tuś.

- Pa­nie Seta! Niech pan tu nie rżnie głu­pa! Jest pan oj­cem i ma pan cho­ler­ny obo­wi­ązek opie­ki nad nie­let­nim sy­nem! To wstyd dla pana, że syn znaj­du­je się w pla­ców­ce!

- Strasz­ny wstyd - zgo­dził się Dio­ni­zy po­tul­nie, ale za­raz bły­snął chy­trym oczkiem. - Tyl­ko, wi­dzi pani dy­rek­tor, ja sam bez mat­ki nie po­ra­dzę. A mat­ka...

Tu ar­ty­stycz­nie za­wie­sił głos i za­trze­po­tał rzęsa­mi. Zo­sia nie wie­dzia­ła wte­dy, dla­cze­go pani dy­rek­tor spło­nęła w tym mo­men­cie krwa­wym ru­mie­ńcem, a jej głos za­mie­nił się w złow­ro­gie war­cze­nie.

- Pa­nie Seta! Nie mów­my już o jego mat­ce! Je­śli nie po­tra­fił jej pan utrzy­mać przy so­bie, to nie jest pan mężczy­zną! A może jed­nak spró­bo­wa­łby pan prze­mó­wić jej do ro­zu­mu? Co to za mat­ka, któ­ra po­rzu­ca wła­sne dziec­ko?

- Eee, mówi pani, jak­by nie wie­dzia­ła. - Dio­ni­zy roz­pa­rł się na krze­śle, a Zo­sia za­ma­rła w oko­li­cy sza­fy z do­ku­men­ta­mi, cie­ka­wa dal­sze­go ci­ągu. - Prze­cież Aduś już trzy razy był w pla­ców­ce i wra­cał, aż nam sąd za­gro­ził ode­bra­niem tych... praw do nie­go. Te­raz to nam je od­bie­rze na do­bre. Bo co do jego mat­ki, to ona już do mnie nie wró­ci, nie. Za bar­dzo so­bie upodo­ba­ła pana Zom­bi­szews...

Prze­rwa­ło mu po­tężne wal­ni­ęcie pi­ęścią w stół. Pani dy­rek­tor mia­ła tem­pe­ra­ment.

- Pa­nie Seta!

- No co, prze­cież praw­dę mó­wię - spło­szył się Dio­ni­zy.

- Moja za­wsze była kur... no, ta, bla­dź, suka jed­na. Ona się nie zmie­ni. To nie za­wód, po­wia­da­ją, to cha­rak­ter. No. Tak to jest, ale sama pani dy­rek­tor wi­dzi, że ja się Adu­siem za­jąć nie mogę, nie mam wa­run­ków do tego, a i psy­chicz­nie so­bie nie po­ra­dzę, bo mu­szę wal­czyć z na­ło­giem. Bez­sku­tecz­nie zresz­tą, no­ta­be­ne.

- Niech pan so­bie wszy­je, co trze­ba, i zaj­mie się dziec­kiem, to pan nie będzie miał głu­pich my­śli!

Dio­ni­zy Seta po­skro­bał się brud­ną ręką w ryży łeb.

- Pani ar­gu­men­ty mają siłę wo­do­spa­du - po­wie­dział dwor­nie. - Ale wi­dzi pani dy­rek­tor, wy­stępu­je kom­pli­ka­cja. Któ­ra utrud­nia, a na­wet unie­mo­żli­wia.

- Co zno­wu unie­mo­żli­wia? - wark­nęła pani dy­rek­tor.

- Moją ad­op­cję Adol­fi­ka. To zna­czy jego po­now­ne prze­ze mnie usy­no­wie­nie.

- Pa­nie Seta!

- Nie­ste­ty, pani dy­rek­tor. Cho­dzi o to, że... ale ja to pani mó­wię w dys­kre­cji... ja go tak na­praw­dę nie lu­bię. Ni­g­dy go nie lu­bi­łem tak na­praw­dę.

Zo­sia wstrzy­ma­ła od­dech za sza­fą, a pani dy­rek­tor chy­ba po­czu­ła się zdzi­wio­na, bo nic nie po­wie­dzia­ła. Dio­ni­zy po­pra­wił się na krze­śle i ośmie­lo­ny ci­szą, świad­czącą o za­in­te­re­so­wa­niu roz­mów­czy­ni, kon­ty­nu­ował zwie­rze­nia.

- Od ma­łe­go go nie lu­bi­łem. Na­wet z po­cząt­ku my­śla­łem, że on może być nie mój, tak go nie lu­bi­łem. To by nie było nie­mo­żli­we, przy za­wo­dzie mo­jej żony, cho­ciaż ona za­wsze mó­wi­ła, że bez za­bez­pie­cze­nia nie pra­cu­je. Ale kto wie, mo­gła kie­dyś ulec... tego... na­stro­jo­wi chwi­li. Bo ona nie wszyst­kich trak­to­wa­ła za­wo­do­wo. Zna­czy się, w pe­łni za­wo­do­wo.

- Nie ro­zu­miem, niech pan mówi ja­śniej, pa­nie Seta!

- Mia­ła sła­bo­ść do nie­miec­kich kie­row­ców - wes­tchnął Dio­ni­zy, pod­no­sząc oczy do nie­ba. - Dla­te­go się upa­rła, żeby dzie­ciak był Adolf. Ja nie ro­zu­miem, mó­głby być Hans albo Jur­gen, albo na­wet Hajn­ryś... o, prze­pra­szam pa­nią dy­rek­tor naj­moc­niej...

- Do rze­czy, pro­szę - prych­nęła wro­go pani Hajn­rych-Zom­bi­szew­ska.

- Już. Na­wet ze zni­żką od nich bra­ła, cho­ciaż Tru­fel, ten jej me­ne­dżer, zna­czy się... dy­rek­tor han­dlo­wy, nie­chęt­nie to wi­dział. Ale przez pal­ce pa­trzył, bo ona za­wsze szpry­cha była i do niej często przy­sta­wa­li, na­wet byli tacy, co so­bie od razu po­stój na tym par­kin­gu pla­no­wa­li... No. Nie­wa­żne. No więc ja na po­cząt­ku my­śla­łem, że mały jest z wy­pad­ku przy pra­cy, od ja­kie­goś Adol­fa, ale jak rósł, to się co­raz bar­dziej do mnie ro­bił po­dob­ny...

- Prze­cież mó­wię, skó­ra zdar­ta! Już cho­ćby z tego po­wo­du po­wi­nien pan się do nie­go przy­wi­ązać! A nie tak!

- Kie­dy on za­wsze miał ta­kie dłu­gie ręce...

- NO TO CO??? - ryk­nęła pani dy­rek­tor, do resz­ty tra­cąc cier­pli­wo­ść.

- Kie­lisz­ki mi ze sto­łu strącał...

Tu Zo­sia nie wy­trzy­ma­ła i...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

[1] "Fid­dlers Gre­en" to wzru­sza­jąca ir­landz­ka bal­la­da o "raju ma­ry­na­rzy", szczęśli­wym miej­scu, do któ­re­go że­glu­ją po śmier­ci - pi­ęk­ne pol­skie sło­wa na­pi­sał do niej Je­rzy Ro­gac­ki, zna­ny szan­ty­men z ze­spo­łu Czte­ry Refy (wszyst­kie przy­pi­sy au­tor­ki).