Rozdział I
Majątek Krzeszowskich w Biskupicach pod Krakowem, początek 1886 roku
Ludmiła usiadła w fotelu, przysuniętym do łóżka, na którym spała jej młodsza siostra Wanda. Pokój tonął w delikatnej poświacie przebijających się przez zasłony promieni. Wczoraj po raz pierwszy od wielu dni wreszcie wyszło wiosenne słońce, sprawiając, że świat stał się mniej mroczny i przygnębiający.
Ludka przyglądała się spokojnie unoszącej się i opadającej piersi Wandzi. Uśmiechnęła się do siebie na myśl, że siedziała tak samo przy jej łóżku zaraz po tym, jak na świecie pojawiła Waleria, córka Wandy i Iwona.
Tamtego razu przyjechała na kilka tygodni przed rozwiązaniem. Anton został w domu, we Lwowie, doglądając posiadłości i majątku, którym się opiekowali, a który zaczęli powoli uważać za swoje miejsce na ziemi. Tym razem jednak przyjechali we dwoje.
Kozłowski siedział zapewne w salonie, razem z Krzeszowskimi i Iwonem. Świszczący kaszel, który zagłuszył panującą do tej pory ciszę, poniósł się po sypialni.
- Pozwól, że ci pomogę. - Ludmiła podeszła do siostry, zmagającej się z ostrym atakiem. Przytrzymała ramiona Wandy, jednocześnie drugą ręką unosząc nie tylko jej wiotkie ciało, lecz także puchatą poduszkę, tak aby pacjentka mogła się wygodnie oprzeć. Chwilę później Ludka sięgnęła po buteleczkę Godfrey's Cordial, preparatu na bazie opium, melasy weneckiej, imbiru i spirytusu winnego, przesłanego przez ciotkę Mali. - Weź - mówiąc to, podała Wandzi niewielką łyżeczkę leku. - Poczujesz się lepiej.
Wanda przełknęła lekarstwo, po czym na jej ustach pojawił się delikatny, chociaż wymuszony uśmiech.
Starała się grać dzielną dla siostry, Iwona czy małej Walerii, a także dla rodziców, ale z dnia na dzień czuła się słabsza i bardziej wyczerpana. Nie miała już siły walczyć, ale mimo to bardzo się starała, dlatego nie odmawiała przyjmowania podawanych medykamentów, chociaż dobrze pamiętała słowa doktora, którego podczas jednej z wizyt kilka tygodni temu poprosiła o rozmowę na osobności. Rozmowę szczerą i bez owijania w bawełnę.
- Czy można to wyleczyć? - zapytała, patrząc na doktora, który usiadł na brzegu jej łóżka.
Grymas, który pojawił się na jego twarzy, powiedział jej więcej niż tysiąc słów, dlatego zwróciła się do niego z prośbą, aby niczego przed nią nie zatajał.
- Niech pan mówi prawdę. Nie chcę słyszeć słów, które mają mnie pocieszyć, a tak po prawdzie tylko zamydlają oczy. Chcę wiedzieć, czego mogę się spodziewać.
- Wszystko, co robimy, to profilaktyka. Nie ma, a w zasadzie powinienem powiedzieć: nie znamy jeszcze lekarstwa, które pozwoliłoby na całkowite wyleczenie. Wszystko, co pani podaję, pani Biron, to środki uśmierzające ból i łagodzące objawy choroby. Owszem, gdybyśmy nie robili nic, choroba postępowałaby znacznie szybciej, tak więc każde działanie jest zasadne. Spowalniamy ją, łagodzimy, staramy się doprowadzić do tego, aby jak najmniej wpływała na pani życie, dlatego najważniejsze jest, aby często wychodziła pani na świeże powietrze. Ono bardzo dobrze działa w tym przypadku. I proszę pamiętać o dobrym odżywianiu. Odpowiednie jedzenie potrafi zdziałać cuda. Czasami więcej niż podawane przeze mnie medykamenty.
- Doktorze - zwróciła się do niego z jeszcze jednym zapytaniem. - Jak do tego doszło, że zachorowałam? Nie tylko ja, ale wszyscy byliśmy przekonani, że ta choroba dotyka tylko... - Zatrzymała się w pół słowa, jakby poczuła swoisty wstyd, mówiąc takie rzeczy na głos. - Tylko biedotę - dokończyła jednak.
- Cóż, takie jest powszechne mniemanie, ale ta dolegliwość nie zna granic. Nie wybiera tylko określonych warstw społecznych. Przenosi się drogą kropelkową. Wystarczyło, że przebywała pani w towarzystwie chorego. Czasami trzeba dużo czasu, aby się zarazić, kiedy indziej wystarczy powdychać skażone kaszlem zarażonego powietrze. To podstępna choroba. Zdarza się, że przez wiele miesięcy, a niekiedy nawet lat, nie daje objawów, aby ujawnić się, kiedy organizm jest osłabiony, jak w pani przypadku. Wpływ na jej rozwój mógł mieć poród i połóg.
- Czy zarażam? - zapytała z trwogą. - Czy jestem zagrożeniem dla rodziny?
- Nie. - Ta jasna twarda odpowiedź sprawiła, że Wanda odetchnęła, i chociaż zauważyła smutek w oczach medyka, postanowiła nie ustępować.
- Jednak jest jakieś "ale", prawda, doktorze? Proszę mówić. Oboje wiemy, że nie ma sensu zaklinać rzeczywistości i to, co teraz ukryje pan przede mną, i tak zostanie zrewidowane w praktyce za jakiś czas. Dlaczego zatem nie zarażam, skoro wszyscy chorujący na suchoty zarażają?
- Nie wszyscy. Nie wszyscy, pani Biron. Wciąż się uczymy, wciąż szukamy odpowiedzi. Nadal jest zbyt wiele pytań, ale nie możemy poprzestać na szukaniu rozwiązań. Dzięki pracy i badaniom prowadzonym przez wybitnego mikrobiologa Roberta Kocha udało się rozróżnić dwie postaci gruźlicy. Płucną, która jest chorobą zakaźną, oraz pozapłucną, która atakuje inne części ciała pacjenta. - Oczy medyka wyrażały ogrom smutku, sprawiając, że słowa były zbędne. - Nie zaraża pani i nie stanowi dla bliskich zagrożenia, ale nie jest to jednak wiadomość radosna, albowiem, ciężko mi o tym mówić, choroba zaatakowała pani nerki. Na razie.
Wanda słuchała w skupieniu. Skinęła głową. Wolała nic nie mówić, ponieważ czuła łzy zbierające się nie tylko w oczach, ale i gardle. Pewnie gdyby zaczęła płakać, nie zaskoczyłaby lekarza, ale wolała oszczędzić mu jej małych, prywatnych dramatów.
- Nie mam pewności, że nie zostaną zaatakowane inne narządy. Proszę się przygotować na rozwój choroby. Gruźlica prawie zawsze prowadzi do wyniszczenia organizmu. Zalecam zatem odpoczynek, świeże powietrze, przebywanie na słońcu i dobrą dietę. I proszę robić wszystko, aby nie nabawiła się pani dodatkowo jeszcze innej dolegliwości. A teraz proszę spróbować o tym nie myśleć. Wiem, że namawiam panią do niemożliwego, ale ufam, że pozytywne nastawienie potrafi czasami zdziałać więcej niż standardowe leczenie. Proszę spróbować zasnąć. Sen, wiadomo nie od dziś, ma lecznicze właściwości.
Tamtego dnia udało jej się zastosować do zaleceń doktora. Zasnęła zadziwiająco szybko. Nie rozmyślała o odbytej rozmowie ani o niewesołych prognozach. Po prostu zamknęła oczy i dała się porwać w objęcia Morfeusza.
Zrobiła jeszcze jedną ważną rzecz. Próbowała myśleć pozytywnie. Nie martwić się na zapas. Zabroniła tego nie tylko Iwonowi, ale także rodzicom, a jednak mimo wiary, że wszystko będzie dobrze, napisała do Ludmiły, mając cichą nadzieję, że siostra przyjedzie ją odwiedzić.
Patrząc teraz na nią, siedzącą przy jej łóżku, czuła się szczęśliwa. Znowu wszyscy byli w komplecie. Znowu byli jedną, szczęśliwą rodziną. Poczuła zbierające się w oczach łzy. Zamrugała szybko, aby rozpędzić to napływające z coraz większą siłą uczucie melancholii.
- Cieszę się, że przyjechałaś. Wprawdzie pisałam, żebyś tego nie robiła i nie martwiła się na zapas, ale w skrytości ducha bardzo chciałam, abyś mnie nie posłuchała. Pisanie listów to nie to samo co rozmowa. Czyż to nie ironia, że ostatnimi czasy udaje nam się spotkać i spokojnie wymienić ploteczkami dopiero, kiedy dotyka nas jakieś niezwykłe wydarzenie? - mówiąc to, Wanda skrzywiła się lekko.
Czuła zdecydowany dyskomfort w okolicach lędźwi. Od dłuższego czasu ból nerek stawał się nie do wytrzymania, zaś kaszel, który męczył ją od czasu do czasu, tylko go potęgował.
- Masz. - Ludka pochyliła się po raz kolejny nad siostrą. - Wypij. - Ponownie odmierzyła niewielką ilość preparatu ciotki Mali. - Właśnie wspominałam to, jak siedziałam przy tobie po tym, jak na świecie pojawiła się Waleria. - Kozłowska przysunęła fotel do wezgłowia, aby być bliżej siostry. - Wciąż uśmiecham się na wspomnienie przerażonego Iwona. Nigdy wcześniej nie widziałam go takiego bezradnego. Jakby to było wczoraj, słyszę jego utyskiwania, że akuszerek jest zdecydowanie za mało, choć były dwie oraz ja i mama. Poza tym ojciec zadbał o to, aby doktor czekał w gotowości w razie wystąpienia komplikacji. A i państwo Biron dołożyli w kwestii opieki swoje trzy grosze. Ale jemu wciąż było mało. Papa ledwo przekonał go do pozostania w gabinecie razem z nim i panem Bironem.
- Pamiętam tamtą głośną wymianę zdań pod pokojem, kiedy zamiast skupić się na sobie i Walerii, nadstawiałam uszu, słuchając, jak papa próbuje przemówić mojemu mężowi do rozumu. Wtedy mocno się denerwowałam. Później, kiedy czułam się już na siłach, dostał niezłą burę. Przepraszał mnie bardzo długo, a mimo wszystko grałam obrażoną. Dziś śmiejemy się z tego, chętnie wspominając tamten nerwowy, ale jakże szczęśliwy czas.
- Żałowałam, że musiałam wyjechać raptem po dwóch tygodniach od porodu, ale mimo żalu, że muszę się z wami pożegnać, nie mogłam i nie chciałam już dłużej zostawiać Antona samego. - Ludmiła nachyliła się nad Wandą. Jej oczy lśniły z ukrywanej radości. - Jestem taka szczęśliwa. Tak bardzo, że aż wstydzę się do tego przyznać, ale wiem, że tobie mogę powiedzieć. Że ty mnie zrozumiesz, prawda? - Wanda sięgnęła po rękę siostry i ścisnęła jej dłoń w swojej. Jej uchwyt był słaby i delikatny, chociaż dziewczyna włożyła w niego tak wiele siły. - Uganiałam się za Anastazym. Teraz wiem, że goniłam za wyobrażeniem. Stworzyłam sobie w głowie obraz oparty na czytanych romansach i takiego narzeczonego wypatrywałam. Ty zawsze miałaś bardziej trzeźwe spojrzenie na świat. Od razu dostrzegłaś Iwona. Mężczyznę z krwi i kości. - Zaśmiała się niczym nastoletnia pensjonarka. - Jednak otrzeźwiałam w porę. I dzięki Bogu w końcu zrozumiałam, komu na mnie naprawdę zależy i kto mnie kocha. Zresztą z wzajemnością. Nie wyobrażam sobie innego życia. Chciałabym, żebyś była tak szczęśliwa jak ja, Wandziu.
Po policzkach Ludmiły spłynęły powstrzymywane łzy.
- Jestem - wyszeptała Wanda. - Jestem. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem szczęśliwa i wdzięczna, że Iwo i Waleria znaleźli się w moim życiu.
Jakby wyczuwając, że o nim mowa, Biron pojawił się w cicho otwartych drzwiach sypialni.
Ludmiła podniosła się z fotela. Pochyliła się, żeby ucałować siostrę w czoło. Skrzywiła się, czując, jak bardzo jest rozgrzane. Gorączka trawiła wątłe ciało Wandzi.
- Posiedź z Iwonem. Wrócę niebawem. Przygotuję coś na zbicie temperatury.
Iwo podszedł do żony. Znała go tak dobrze. Uśmiechał się, ale wiedziała, że walczył ze smutkiem, o ile nie ze łzami. Widziała jego oczy. Zbyt błyszczące. Zbyt lśniące. Zbyt wilgotne kąciki i za bardzo zaczerwieniony nos. Martwiła się o niego. Westchnęła.
- Wyglądasz na zmęczonego - zagaiła. - Czyżby Waleria nie dawała ci spokoju? Rozmowa o córce zawsze wprawiała Iwona w dobry nastrój. Tak było i tym razem. Na ustach męża od razu pojawił się szeroki, szczery uśmiech, który objął także melancholijne oczy.
- Tym razem jej ofiarą został ksiądz Adam, który zajrzał do nas, aby zapytać o twoje zdrowie.
Wanda prychnęła, co niestety spowodowało lekki napad kaszlu. Chciała zażartować, że może i ksiądz Adam pytał o jej samopoczucie, ale nie było ono głównym powodem jego wizyty. Bardziej zainteresowany był ostatnim namaszczeniem i późniejszym pochówkiem. Nie wypowiedziała jednak swoich myśli na głos, pamiętając, jak podobny żart obruszył Iwona ostatnim razem. Nie chciała znowu go drażnić.
- Kiedy w końcu Waleria zmęczyła się tak bardzo, że bez słowa sprzeciwu dała się zaprowadzić do łóżeczka, zamieniłem z księdzem kilka słów, aby z czystej kurtuazji podtrzymać konwersację w trakcie picia herbaty. I tak naszło nas na wspominki. Obaj zaczęliśmy mówić o naszym ślubie. Wciąż wszystko jest takie klarowne, jakby wydarzyło się wczoraj. Pamiętam cię dokładnie. Taką radosną i piękną. Odebrało mi mowę, kiedy zobaczyłem cię w sukni, którą miałaś na sobie. Spodobałaś mi się już wtedy, podczas tamtej pamiętnej pasterki. - Wanda z powątpiewaniem pokiwała głową. - Oczywiście, że tak. Podobałaś mi się tak bardzo, że zachowywałem się niczym ostatni drań podczas naszych kolejnych spotkań. Całe szczęście miałaś do mnie cierpliwość i mimo mojego grubiaństwa dałaś mi szansę na rehabilitację. Chciałbym znowu zobaczyć cię w sukni ślubnej. Jej delikatny kremowy kolor tak bardzo do ciebie pasuje.
- Tak - przytaknęła Wanda. Wydawała się teraz jakaś zamyślona. Przygaszona. - W takiej sukni zawsze będzie się dobrze wyglądać, prawda? - zapytała, patrząc Iwonowi prosto w oczy.
Jej spojrzenie było poważne. Nie było w nim ani krzty wesołości. Biron także spoważniał. Skinął głową. Na ten widok kąciki ust Wandy uniosły się delikatnie.
Przesunęła się, robiąc Iwonowi miejsce obok siebie. Nie musiała nic mówić. Biron wstał. Usadowił się na wolnym skrawku materaca, obejmując Wandę ramieniem, o które się oparła. Ucałował czubek jej głowy.
- Zjadłabym bigos hultajski, taki jaki podano na naszym weselu. - Słowa Wandy przerwały panującą od dłuższego czasu ciszę. - Chociaż wątpię, żeby udało się go przygotować. Najlepszy jest wtedy, kiedy dusi się go bardzo długo. Nasza kucharka gotowała go codziennie przez tydzień i dopiero w dniu naszego wesela był taki, jak powinien. Aromatyczny, pachnący, sycący. Najlepszy - mówiąc to, Wanda wciągnęła głęboko powietrze, jakby wdychała wyczuwalny tylko dla niej aromat. - Więc skoro nie ma czasu na bigos... to może flaki po krakowsku. Chociaż są pracochłonne, to nie wymagają tyle czasu, aby być wyśmienite. Na górze niech będą posypane bułką tartą przysmażoną na masełku. I koniecznie pietruszką.
- Powiem, żeby przygotowali je na jutro, dobrze? - Iwo miał trudności z mówieniem. Łzy wypełniały jego gardło.
- Na pewno? - zapytała Wanda.
Skinął głową. Nie miał już siły, aby odpowiedzieć. W sypialni znowu zapadło milczenie, które tak jak poprzednio przerwała Wandzia. Tym razem jednak nie mówiła o jedzeniu ani nawet nie wspominała wesela czy ślubu.
- Iwo - wyszeptała, chcąc zwrócić uwagę męża. Wyczuła, że bardziej się skoncentrował. - Proszę, obiecaj mi coś.
- Co tylko będziesz chciała - zapewnił, przyciągając ją do siebie.
Wydawała mu się jeszcze bardziej krucha niż raptem przed kilkoma minutami. Zagryzł zęby. Zamrugał oczami. Musiał użyć wszystkich sił, aby nie wrzeszczeć na głos z bezsilności, jaka go ogarnęła.
- Obiecaj, że postarasz się opanować smutek i tęsknotę.
Chciał coś powiedzieć, ale ścisnęła jego dłoń, prosząc w ten sposób, aby jej nie przerywał. Nie ośmielił się z nią kłócić. Zamknął usta, chociaż nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
- Przysięgnij, że znowu się zakochasz. Że znowu będziesz kochać. Nie mogłabym zaznać spokoju, wiedząc, że nie kochasz i nie jesteś kochany. Nikt tak nie zasługuje na miłość jak ty, Iwo. Proszę, obiecaj, że nie będziesz sam. Że kiedyś znowu się ożenisz i że będziesz szczęśliwy. Wtedy ja też będę szczęśliwa i spokojna. - Znowu otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Żeby zaprotestować, ale Wanda mu nie pozwoliła. - Nie oponuj. Dobrze wiemy, jak to się skończy. Wszyscy dobrze wiemy, ale do tej pory udawaliśmy. Nie ma już czasu na udawanie. Żałuję, że nie mamy go więcej dla siebie. Że nasza wspólna podróż tak szybko dobiegła końca. Żałuję, że nie będę widzieć, jak rośnie Waleria. Jak staje się panienką. Jak zadurza się po raz pierwszy. Jak się zakochuje. Żałuję, że nie będę widziała jej idącej do ślubu. Tak wiele rzeczy mnie ominie. Może to niesprawiedliwe... Na pewno smutne.
Wanda odetchnęła z trudem. Ta długa przemowa mocno ją zmęczyła, ale ona jeszcze nie skończyła. Musiała powiedzieć coś jeszcze.
- Kocham cię, Iwo. Tak bardzo cię kocham, że to aż boli. Kochałam cię wtedy, kiedy byłam dorastającą panną, kocham cię teraz i zawsze będę. Pamiętaj o tym.
- Proszę, Wandziu... - mówił przez łzy Iwo.
Nie miał już siły udawać nieugiętego. Nie miał już siły powstrzymywać szlochu, który wyrwał mu się z gardła po ostatnich słowach żony.
- Błagam, Wandziu, nie rób mi tego. Błagam - prosił, szlochając niczym małe dziecko. - Nie zostawiaj mnie. Na Boga, nie zostawiaj.
- Nigdy cię nie zostawię, Iwo. - Głos Wandy był coraz słabszy. - Zawsze będę przy tobie. Pamiętaj, zawsze.
***
Nie pozwolił odsunąć się od przygotowań Wandzi do pochówku, chociaż jego matka, która wraz z ojcem przyjechała kilka dni przed pogrzebem, psioczyła, że to niezgodne z tradycją.
- Nie obchodzi mnie tradycja, matko - mówił Iwo.
Był zmęczony, niewyspany, wściekły na cały świat, głównie na Wandę, że nie spełniła danej mu obietnicy, że go nie zostawi, ale mimo to myślał trzeźwo i był nieugięty w swoich postanowieniach.
- Nawet gdyby te tradycje miały tysiąc lat, nic mnie nie obchodzą. Wandzia była moją żoną i nie zamierzam pozwolić, aby jej ciało, tak mi drogie, myły i ubierały, nie daj Boże, wynajęte do tego kobiety albo sąsiadki. Nie pozwolę nawet na to, abyś ty, mamo, czy matka Wandzi albo jej siostra to robiły. To moja powinność. Mój obowiązek. To moje ostatnie pożegnanie, tak bliskie i tak intymne, więc, proszę, nie mów mi, czego mam nie robić, bo niezależnie od tego i tak to zrobię. I jeszcze jedno. - Podszedł do łóżka, na którym leżała specjalnie przygotowana dla Wandy suknia. - Nie zgadzam się, aby pochowano ją w tym. - Uniósł elegancką, bogatą kreację, potrząsając nią niczym zwykłą szmatą. - Wanda miała życzenie i zamierzam je spełnić. Chciała zostać pochowana w swojej sukni ślubnej, dlatego, jeżeli mama i pozostałe panie chcecie przydać się do czegoś sensownego, a nie tylko narzekać, proszę, przygotujcie suknię, o której wspomniałem, i zajmijcie się Walerią.
Po tych słowach wyszedł z salonu, w którym zebrała się pogrążona w smutku rodzina. Nikt się nie odezwał. Nawet Bironowa, która, chociaż wyglądała na zdenerwowaną i zniesmaczoną postawą syna, trwała w milczeniu, nie chcąc pogłębiać i tak już nerwowej atmosfery.
- Zasłonię lustra. - Aby nieco złagodzić wcześniejsze wrażenie, podniosła się z fotela, patrząc na Krzeszowską, jakby szukała u niej pomocy. - W pokoju Wandzi trzeba zatrzymać zegar i koniecznie postawić świece - dodała, gdyż wiedziała, że nikt jeszcze tego nie zrobił.
Krzeszowska nie oponowała. Tak po prawdzie cieszyła się niezmiernie, że Bironowa przejęła stery, chociaż w domu w Biskupicach była jedynie gościem. W podobne otępienie wpadła Ludmiła, wciąż niemogąca się pogodzić z odejściem młodszej siostry.
- Nie rozumiem - powtarzała od czasu do czasu pod nosem. - Nie rozumiem, jak to możliwe, skoro doktor wyraźnie mówił, że gruźlicą pozapłucną nie można się zarazić. To niepojęte. To... to jakiś błąd...
Głos załamał się jej jak zwykle po kilku wypowiedzianych słowach. Anton podszedł do żony. Objął ją delikatnie, ale stanowczo.
- To prawda - wyszeptał. - Nie można się zarazić, ale doktor tłumaczył, że Wandzia musiała wcześniej bezobjawowo chorować na suchoty. Jej błogosławiony stan osłabił organizm... - Kozłowski urwał w pół słowa, patrząc na żonę.
Nie było sensu tłumaczyć po raz kolejny tego samego, szczególnie że Ludmiła i tak go nie słuchała, szlochając coraz głośniej. Anton kołysał ją w ramionach niczym dziecko. Robił to tak długo, aż się uspokoiła, a płacz ustał zupełnie.
Tamtego wieczoru, kiedy ciało Wandy zostało już przygotowane i złożone w trumnie ułożonej na katafalku, rozpoczęło się czuwanie. Przez kolejne dwa dni do domu Krzeszowskich w Biskupicach zjeżdżali się sąsiedzi, robotnicy, chłopi, a także znajomi z Krakowa i chociaż atmosfera była przygnębiająca, to zgodnie ze zwyczajem dla podróżnych, którzy przyjechali tu specjalnie, aby złożyć kondolencje, przygotowano stosowny poczęstunek.
W końcu nadszedł dzień, którego Iwo obawiał się najbardziej.
Dzień pogrzebu.
Dzień, w którym ostatecznie musiał pożegnać się z Wandą. Do tej chwili wciąż żył w jakimś zawieszeniu. Wciąż nie doszło do niego, że Wanda odeszła. Wszak była wciąż tu, w domu. W pokoju za ścianą. Na wyciągnięcie ręki. Gdyby tylko mógł, zostawiłby ją tam na zawsze, ale wiedział, że to niemożliwe.
Obudził się zmęczony, chociaż poprzedniego wieczoru obawiał się bezsennej nocy, to zasnął prawie od razu. Słyszał, że inni także już wstali. Krzątanina rozpoczęła się na dobre. Należało przygotować się do uroczystości, ale prawdę powiedziawszy, wolałby położyć się z powrotem. Nie miał ochoty brać udziału w mszy, bo potem - kiedy trumna z ciałem Wandy spocznie w grobie, kiedy grabarze zasypią ją ciężką ziemią i kiedy zebrani, po tym, jak złożą mu kondolencje, rozejdą się z ulgą, że to nie ich spotkała ta tragedia - jego małżeństwo będzie już tylko wspomnieniem.
Nie będzie już mężem.
Będzie wdowcem.
Na samą myśl poczuł skurcz serca. Dlatego, aby odseparować się od tego cierpienia, zamknął się w sobie. Pozwolił umysłowi na zapomnienie. Na zatopienie się w najlepszych i najradośniejszych wspomnieniach.
Nie zwracał uwagi na nic. Nie zainteresował się tym, że na uroczystości pogrzebowe przybyły setki osób. Już dawno nie widziano takich tłumów, które podążały za ozdobnym karawanem, ciągniętym przez konie, na przedzie szedł osobiście ksiądz Adam.
Przejmujące bicie dzwonów, towarzyszące ostatniej drodze Wandy Biron, łamało serca nawet najbardziej zatwardziałym, ale Iwo ich nie słyszał. Nie było chyba osoby, która nie uroniłaby tamtego dnia łez.
Specjalnie na tę okazję kościół parafialny został przystrojony większą liczbą świec, rozświetlających jego ciemne zazwyczaj wnętrze, ale nawet ten jasny płomień nie mógł rozproszyć mroku, w którym pogrążył się młody Biron.
Płomienne kazanie kapłana, który nie szczędził pochwał dla zasług Wandy w jej krótkim życiu, sprawiło, że zapłakali ci, którzy do tej chwili jeszcze dzielnie wstrzymywali się od szlochu. Jednakże to w czasie opuszczania trumny na cmentarzu nastąpiło apogeum smutku.
Jedyną osobą, która podczas tamtego dnia nie uroniła ani jednej łzy, był Iwo Biron, patrzący na trumnę z ciałem żony tępym, niewidzącym wzrokiem.
Ktoś mógłby nawet powiedzieć, że obojętnym. Gdyby nie obecność starego Birona, który prowadził syna pod rękę, Iwo nie ruszyłby się z miejsca zajmowanego w kościelnej ławie. To tam, w świątyni, odciął się zupełnie od tego, co działo się wokół niego.
Nie słyszał rozmów, słów księdza, modlitwy, pieśni.
Nie słyszał bijących dzwonów ani wygrywanej na trąbce melodii.
Nie zwracał uwagi na rodzinę ani innych ludzi, którzy przyszli pożegnać Wandę. Nie wyciągnął nawet ręki, kiedy tłum żałobników zaczął po kolei podchodzić z kondolencjami, które w jego i swoim imieniu przyjmowali rodzice i teściowie.
Był tam tylko ciałem, które poddawało się wskazówkom ojca. Nieobecny myślami, które wciąż krążyły wokół wspomnień czasów, kiedy byli z Wandą szczęśliwi i radośni.
W takim stuporze żył przez miesiące. Wstawał z łóżka, kiedy matka przychodziła, żeby go obudzić i poprosić do jadalni na rodzinne śniadanie.
Uśmiechał się tylko w obecności Walerii, ale nawet z nią nie miał ochoty się bawić, zostawiał tę przyjemność, którą teraz poczytywał za przykry obowiązek, dziadkom.
Był moment, że obecność córki zaczęła mu przeszkadzać i ciążyć. Gdyby nie powinność rodzicielska, jaką miał wobec niej, już dawno podążyłby za Wandą. Całe szczęście wobec tej myśli szybko przyszło otrzeźwienie.
Wandzia nigdy nie wybaczyłaby mu takiego kroku. Wszak przysiągł jej, że będzie szczęśliwy. Nie miał pojęcia, czy uda mu się ta sztuka, ale obietnica była święta. Na razie więc po prostu wegetował. Najgorsze było to, że dwór w Biskupicach, w którym zamieszkali od razu po ślubie, a nawet Kraków, boleśnie przypominały mu o żonie i straconym szczęściu. Pomysł, aby wyjechać, pojawił się nagle, niczym olśnienie.
- Nie możesz tego zrobić - mówiła Bironowa, patrząc na stojące w korytarzu dwa spakowane kufry. - Iwo, jak ty to sobie wyobrażasz? Dokąd w ogóle zamierzasz się udać? A co z nami? Co z Krzeszowskimi? I przede wszystkim z twoją córką? Edmundzie, Klementyno - zwróciła się do nich z pretensją w głosie. - Nie stójcie tak. Przemówcie mu do rozsądku, skoro nie chce słuchać nas, swoich rodziców. Może posłucha teściów?
Retoryczne pytanie zawisło w powietrzu. Na twarzach pozostałych widział te same wątpliwości. Zapewne gdyby w Biskupicach wciąż przebywała Ludmiła z Antonem, oni też mierzyliby go podobnym oskarżycielskim wzrokiem.
- Synu.
Iwo zwrócił się w stronę Krzeszowskiego. Na jego twarzy wciąż widoczny był smutek, który odbijał się nie tylko w czarnych cieniach pod oczami, ale także w zgaszonym spojrzeniu, któremu brakowało dotychczasowej iskry.
- Twoja matka ma rację. To nienajlepszy pomysł, żebyś nas opuszczał. Szczególnie teraz...
- Właśnie teraz! - wszedł teściowi w słowo Iwo. Podniósł głos, chociaż wcale nie miał zamiaru krzyczeć. - Tu wszystko przypomina mi o Wandzi. Nawet te małe cholerne firaneczki, które tak uwielbiała, bo sama zrobiła je na szydełku, czekając na narodziny Walerii. Pamiętam, jak się z nimi męczyła. Jak zaczynała i pruła. Jak pruła i zaczynała. Bo ścieg był nie taki. Bo tam wyszło krzywo. Bo zbyt mało fikuśnie. Tu każdy kąt pachnie jej perfumami. Tu każdy zakamarek jest jakoś z nią związany. Oszaleję! - krzyknął, a potem, nie czekając na kolejne przemowy, ruszył do wyjścia. Zatrzymał się tylko na chwilę, żeby otworzyć drzwi i mimo wszystko pożegnać się na spokojnie. - Nie jadę daleko. - Powoli się uspokajał. - Raptem do naszego domku w Zakopanem. Potrzebuję stąd uciec. Chociaż na jakiś czas. Wiem, że nie muszę prosić, ale proszę, zajmijcie się Walerią. Dla niej będzie lepiej, jeżeli nie będzie oglądała mnie w takim stanie. Jest jeszcze mała. Zapomni. Czas zatrze te przykre wspomnienia i obrazy. Wanda będzie dla niej tylko piękną opowieścią.
Nie był pewny, czy to opatrzność, czy zrządzenie losu sprawiło, że tamtego dnia zemdlał w drzwiach.
Zachorował. Nie był przeziębiony, nie lekko zmęczony, ale prawdziwie, poważnie chory. Zaległ w łóżku. Gorączka podskoczyła niebezpiecznie. Pojawiły się majaki. Zatracał świadomość.
Spał, tracił przytomność, potem przychodziła chwilowa poprawa i znowu następowało pogorszenie.
Rodzice oraz teściowie załamywali ręce. Modlili się. Każdego dnia chadzali do kościoła. Dawali na msze i wzywali księdza z ostatnim namaszczeniem. W końcu, po długich dwóch tygodniach dziwnej choroby, której nie towarzyszyły żadne inne oznaki przeziębienia, zaczął wracać do zdrowia. Miejscowy lekarz, po tym, jak Iwo stanął na nogi, zalecił wyjazd do Krakowa i tam poddanie się szczegółowym badaniom.
Tak zrobili. Wyjechał z rodzicami, chociaż wciąż nie zarzucił ucieczki do Zakopanego. Mimo wszystko postanowił przez jakiś czas pozostać w mieście. Zamiast jednak udać się do medyka, zatracił się w alkoholu. To w butelce i w procentach szukał lekarstwa. Ponownie był głuchy na prośby ojca i matki.
I znowu los się do niego uśmiechnął. Pewnego dnia wizytę złożył mu jego dawny przełożony. Rozmowa była prosta, męska. Taka, jakiej potrzebował. Bez łzawych zapewnień i filozoficznych utyskiwań.
Nareszcie otrzymał okazję ucieczki. Ucieczki, na którą Bironowie zgodzili się z ulgą. Wyjechał do Warszawy. Na krótko. Raptem na kilka dni. Myślał, podobnie jak jego rodzina, że to wystarczy. Że się ocknie. Ogarnie. Wróci do życia. Przypomni sobie o córce, pozostającej wciąż pod opieką dziadków w Biskupicach.
Ale tak się nie stało. Tym razem, kiedy wspomniał o wyjeździe do Zakopanego, nie zatrzymywali go. Nie było sensu.
Wyjechał.
Od dnia, kiedy opuścił Biskupice, minęło już kilka tygodni, ale on nadal nie był gotowy na powrót. Zamknął się nie tylko w sobie, lecz także w domu Bironów i gdyby nie przyjaciele rodziny, nie miałby nawet co jeść. Najważniejsze, że miał co pić. Troski i smutki topił w alkoholu, ale nawet on nie przynosił ukojenia.
Wydawało mu się, że nie potrafi upić się na tyle, aby zapomnieć.
Wciąż pamiętał.
Wciąż tęsknił.
Wciąż winił wszystkich dookoła za to, co się stało.
Z żalu wpadał we wściekłość. W jednej chwili błagał Boga, aby zwrócił mu Wandę, w drugiej zaś przeklinał nie tylko Jego, lecz także zmarłą żonę za to, że miała czelność zostawić go samego. Kochał ją w jednej chwili, aby nienawidzić w drugiej.
Huśtawka nastrojów stała się jego codziennością. Nie zwracał uwagi, ile upłynęło czasu. Czy był dzień, czy noc. Nie zwracał uwagi na odwiedzające go małżeństwo. Na jedzenie, które zostawiali, chociaż przeważnie zjadał wszystko.
Nie dbał o siebie. O swój wygląd. O strój czy higienę. Nie mył się i nie zmieniał stroju. Nie wychodził z domu.
Stoczył się. Prawie dotknął dna. I właśnie w takim stanie zastał go Franciszek Biron, który, zatrwożony brakiem informacji od syna, za namową małżonki postanowił odwiedzić Iwona i przemówić mu do rozumu.
Nie spodziewał się jednak tego, co zastał. Nie poznał syna. To nie był ten sam człowiek, który kilka tygodni wcześniej wyjechał z Biskupic. To nie był młody mężczyzna, którym był niedawno. To był wrak człowieka.
Jeszcze tego samego dnia Franciszek nadał telegram do Krakowa, do Emilii, informując żonę, że został zmuszony do pozostania w Zakopanem. Z urzędu pocztowego udał się na długi spacer. Nie zastanawiał się nad tym, co i jak powinien zrobić.
Po prostu spacerował. Cieszył się życiem i pięknem natury. Do domku wrócił dopiero po kilku godzinach. To był pierwszy z wielu wieczorów, kiedy za zamkniętymi drzwiami domu Bironów dwaj panowie, Franciszek i Iwo, toczyli walkę o powrót tego drugiego do świata żywych, bo chociaż Iwo oddychał, trudno było mówić, że żył.
W trakcie tej długiej i ciężkiej batalii, podczas której dochodziło do karczemnych awantur, kiedy Iwo domagał się alkoholu, który, jak mówił, pomagał mu zapomnieć, Franciszek szukał najlepszego sposobu, aby pomóc synowi. W nocy, korzystając z wolnej chwili, kiedy nie musiał czuwać nad Iwonem, zasiadł do napisania długiego listu.
Od dawna nie pisał do Mali. Od dawna jej nie widział, ale wiedział, że siostra, którą kochał i która kochała jego, chociaż dzieliły ich tysiące kilometrów, nie odmówi mu pomocy. Wyprawienie Iwona do Anglii, do Londynu, gdzie mieszkała jego starsza siostra wraz z mężem Honoriuszem Morganem, bogatym finansistą, wydawało się jedynym sensownym rozwiązaniem.
Był przekonany, że bezdzietne małżeństwo Morganów zgodzi się gościć bratanka przez jakiś czas, ofiarując mu możliwość przepracowania żałoby i pogodzenia się z bolesną stratą. Dwa tygodnie później Iwo wydawał się gotowy do powrotu do domu. Nie mieli pojęcia, że w Krakowie, w domu Bironów, czeka na nich niespodziewany gość.
Mali Morgan nigdy nie robiła niczego połowicznie, o czym poinformowała zaskoczonego brata Franciszka i jeszcze bardziej zaskoczonego bratanka Iwona, kiedy zastali ją siedzącą wygodnie w salonie domu Bironów w Krakowie.
- Cóż - odezwała się na przywitanie. - Kiedy dostałam twój list, pomyślałam, że niestosownie byłoby odpisywać. Honoriusz pomyślał dokładnie tak samo. I zapewniam, że gdyby nie trzymające go w City interesy przyjechałby ze mną. Jeszcze tego samego dnia, kiedy listonosz dostarczył twoją wiadomość, rozpoczęłam przygotowania do podróży. I oto jestem. Kochany chłopcze - mówiąc to, podeszła do wymizerowanego Iwona. - Nie będę powtarzać, jak mi przykro, bo wiem, że żadne słowa nie ukoją twojego bólu. Rozumiem to doskonale. Pewnie moja tęsknota była inna, bo inaczej przeżywa się odejście własnego dziecka, a inaczej żony, ale wiem, co czujesz. Wiem to jak nikt inny. Mogę jedynie zapewnić cię, że chociaż teraz w to nie wierzysz, jeszcze się uśmiechniesz, a życie znowu odzyska dawny smak. Właśnie po to tutaj jestem. Po to, aby ci to ułatwić. Nie będziemy czekać. Robić przymiarek, przygotowań. Od razu, już jutro, zaczniemy pakować kufry i jak tylko zostaną przygotowane, wyjeżdżamy. Och, nie rób takiej miny. Uwierz mi, Iwo, nie zastraszy mnie ani twoje spojrzenie, ani pretensje, które za chwilę będziesz zgłaszać. Zabiorę cię do Londynu, nawet gdybym miała spakować cię do jednego z tych kufrów. Tylko od ciebie zależy, jak tam dotrzesz. Ale wierz mi, dotrzesz tam na pewno. To nie podlega dyskusji.
- Nie zamierzam protestować - wreszcie mógł wyrazić swoje zdanie Iwo.
Emilia i Franciszek wyglądali na zaskoczonych. Spodziewali się oporu, a tymczasem Iwo zgodził się bez konieczności przekonywania.
- To doskonałe rozwiązanie. Tu za bardzo wszystko przypomina mi o Wandzie. Wyjadę, ale tylko pod jednym warunkiem, który nie podlega negocjacjom. Pojadę do Londynu tylko razem z córką. Waleria jedzie ze mą albo nie wyjeżdżam wcale.
Tydzień później wyruszyli do Londynu, żegnani przez Bironów i Krzeszowskich, pośród łez i zapewnień rychłego powrotu oraz odzyskania radości życia.