Emma Wąsowska z radością wsłuchiwała się w ostatni szkolny dzwonek tego dnia i ostatni dzwonek jej pracy. Brzmiał dokładnie tak samo jak co dzień, ale dla niej znacznie głośniej i weselej. Mimo swoich sześćdziesięciu pięciu lat czuła się lekko, jak wówczas, gdy po raz pierwszy zmierzała do pracy w mikołowskiej podstawówce. W bagażniku jej opla od kilku godzin spoczywał karton z prywatnymi rzeczami, towarzyszącymi jej przez lata w szkole. Ulubiony kubek, sporo książek, szpilki, które wkładała na specjalne okazje, awaryjny granatowy żakiet i trochę kosmetyków. Wiele innych zostawiła. Co poniektórzy rzucą się na niepotrzebne już Emmie przedmioty jak hieny na padlinę. Zwłaszcza długopisy, stale się gubiące, i wszelkiego rodzaju karteczki oraz notesy szybko znajdą nowych właścicieli.
- Zrobią z nimi, co chcą. Mogą nawet wyrzucić - stwierdziła obojętnie i nie żal jej było niczego, nawet eleganckich długopisów, które dostawała w prezencie od uczniów z okazji dnia nauczyciela. Może to nieładnie tak traktować podarowane rzeczy, ale na pewno innym bardziej się przydadzą. Przecież dawanie przedmiotom drugiego życia jest ostatnio takie modne. Wszystko ładnie posegregowała i zostawiła w pudle, które opatrzyła napisem: "Można sobie wziąć". Po chwili dopisała: "Nie ma za co" i zaśmiała się głośno. Zawsze chciała to zrobić. "Nie ma za co".
Szkolny dzwonek przestał wydawać przenikliwy dźwięk. Wąsowska otworzyła drzwi gabinetu i ostatni raz jako dyrektorka przemierzała szkolny korytarz. Uśmiechała się przy tym szeroko. Wreszcie drzwi wejściowe zamknęły się za nią z delikatnym stuknięciem. Emma wciągnęła do płuc powietrze nasycone popołudniowym chłodem, przemieszanym z wiosennym ciepłem. Idąc na parking, miała ochotę wymachiwać torebką niczym mała dziewczynka, jednak powstrzymywała ją świadomość, że jest obserwowana z okna pokoju nauczycielskiego. Dlaczego w pewnym wieku nie wypada robić głupot? A i wypowiadać należy się poważnie, o infantylnym dialogu w ogóle można zapomnieć. Dzieci mogą udawać dorosłych, nawet patrzy się na nie z podziwem, gdy mówią dojrzale. Dorosłym do dzieciństwa wstęp został zamknięty raz na zawsze.
Gestem przypominającym strzelanie z pistoletu otwarła pilotem automatyczny zamek w samochodzie i z gracją, jaka przystoi kobiecie w jej wieku, usiadła za kierownicą. Już wkładała kluczyk do stacyjki, gdy nagle się wycofała. Naszła ją bowiem ogromna ochota na spacer i nie zamierzała z niego rezygnować. Z taką samą elegancją, z jaką przed chwilą wsiadała, wysiadła i spacerowym krokiem ruszyła w stronę Małych Plant. Postanowiła w końcu skorzystać z tężni solankowej, stojącej tam od roku. Nie dorównywała wprawdzie ona tężni w Wieliczce, ale na potrzeby czterdziestotysięcznego, nieturystycznego miasta wydawała się wystarczająca. Emma już z daleka widziała, że tylko jedna osoba wdycha wydobytą z kopalni solankę. Wąsowska usiadła na drewnianej ławce i przymknęła oczy. Wsłuchała się w delikatny szum dobiegający spośród gałązek tarniny, którymi wyłożone były ściany inhalatorni, co sprzyjało podobno zwiększeniu stężenia soli w solance. Wdychając solny aerozol, uśmiechała się do świeżych wspomnień.
- Nie może pani odejść na emeryturę w trakcie roku szkolnego!
- Nie zostawia się uczniów tak nagle!
- Co z tego, że już dawno osiągnęła pani wiek emerytalny!
- Jak w ogóle sobie pani to wyobraża? Trzy miesiące przed końcem roku szkolnego? Dyrektor?
- Proszę to jeszcze raz dobrze przemyśleć!
- Nie pozwalam i już!
W głowie Emmy niczym nagrane na płycie przewijały się słowa tych, którzy nie zgadzali się z jej decyzją. Od dawna miała wszystko przemyślane, zbierała się jedynie na odwagę, zdając sobie sprawę z zamieszania, jakie spowoduje. Była jednak pewna kompetencji swojej zastępczyni, zwłaszcza że ta była ambitna i krytykowała wiele decyzji Emmy. Miała znacznie nowocześniejsze podejście do zarządzania szkołą. Teraz wreszcie będzie się mogła wykazać, a jeśli się sprawdzi, pewnie wybiorą ją na nową dyrektorkę szkoły. Mimo tarć, do jakich między nimi dochodziło, Wąsowska życzyła Joannie Sobańskiej jak najlepiej. Przede wszystkim liczyło się przecież dobro uczniów, a co tu dużo mówić, jej zastępczyni z uczniami i nauczycielami miała wspaniały kontakt. Tylko z Emmą nigdy nie mogły się dotrzeć. A szkoda. Być może straciły szansę na przyjaźń.
- Nie spodziewałam się tego po tobie - skwitowała Sobańska decyzję Emmy, starając się ukryć triumfujący uśmiech, mimo woli wypływający na jej twarz.
- Zbyt długo się tutaj zasiedziałam, cały mój zapał do pracy gdzieś się ulotnił i to jest znak, że czas odejść. Nic na siłę, droga Asiu.
- Ale co zamierzasz robić na emeryturze? Jesteś przecież wdową, nikogo nie masz. Jeden syn z żoną na Antarktydzie, drugi wieczny kawaler, no i ten twój wnuk.
- Coś jest nie tak z moim wnukiem? Czy o czymś nie wiem? Powiedziałaś to takim tonem.
- Nie, nie... Tylko on ma zawsze taki wyraz twarzy...
- Jaki?
- Och, nieważne. Powiedz w końcu, jak przekonałaś władze do swojego odejścia?
- To nie było trudne. Zagroziłam, że jeśli się nie zgodzą, to po prostu nie stawię się w pracy i będą mnie musieli zwolnić dyscyplinarnie.
- I co ci na to odpowiedzieli?
- No cóż, chwilę milczeli, ale w końcu się zgodzili. Zresztą powiedziałam im, że doskonale sobie poradzisz.
- Bardzo ci dziękuję, Emmo. Nie ukrywam, że zależało mi na twojej rekomendacji, wprawdzie ustnej...
- Nie martw się, pisemną też dostaniesz - przerwała Sobańskiej Emma.
Na te wspomnienia zaśmiała się głośno, po czym rozejrzała nerwowo, czy ktoś jej nie słyszy. Osoba, z którą dzieliła tężnię, na dźwięk jej śmiechu szybko założyła trzymane w dłoniach okulary i jakby spłoszona, zerwała się i szybkim, niespokojnym krokiem ruszyła w kierunku drogi prowadzącej do dworca. Wąsowska postanowiła iść za nią, bo w sylwetce okrytej czarnym trenczem rozpoznała Annę Polę, woźną w szkole, z której właśnie odeszła. Niektórzy bez okularów są nie do poznania. Emma czuła się śmiesznie, śledząc tę kobietę, ale skoro już zaczęła, to zamierzała skończyć. Z tego, co pamiętała, Ania nie mieszkała w okolicy, do której zmierzała, no ale mogła przecież iść na zakupy. Było jednak coś niepokojącego i nerwowego w jej ruchach, więc Emma dziarsko przebierała nogami, podążając za nią wzdłuż ruchliwej ulicy, prowadzącej do ronda.
Kiedy Ania zaczęła się wspinać na wiadukt kolejowy, a po chwili zniknęła, Wąsowska wpadła w panikę i puściła się biegiem. Spośród odgłosów samochodów próbowała wyłapać dźwięk nadjeżdżającego pociągu, ale wszystko zlewało się w jednostajny miejski szum. W końcu dobiegła do nasypu przy wiadukcie i podpierając się dłońmi, zaczęła się na niego wspinać, nie zważając na przechodniów, którzy ją obserwowali. Nieważne, że ubrana w spódnicę musiała się pochylić i tym samym wystawić na widok publiczny dość spory kawałek ud. Uparcie wdrapywała się coraz wyżej. Gdy wreszcie znalazła się na szczycie nasypu, niemal nad jej głową przemknął pociąg relacji Rybnik-Katowice. Zatrzymała się, co spowodowało, że zaczęła powoli zsuwać się w dół. Zdołała jednak zaprzeć się czubkami butów i dzięki intensywnym ruchom w końcu wgramoliła się na wiadukt. Przeszła parę kroków, dokładnie lustrując tory. Były puste. Żadnego rozszarpanego kołami pociągu zakrwawionego ciała.
- Ania! - zawołała głośno.
Cisza.
- Ania! - krzyknęła jeszcze raz i dojrzała w oddali podnoszącą się postać ubraną na czarno.
- Ania - odetchnęła z ulgą Wąsowska i pobiegła w kierunku kobiety, która ze zdziwionym wyrazem twarzy szła jej naprzeciw.
- Pani dyrektor? Co pani tutaj robi?
- Co ty chciałaś zrobić? - Emma płacząc, desperacko potrząsała ramionami Ani.
- Ja?
- Chciałaś się rzucić pod pociąg?!
- Nie!
- To dlaczego tu przyszłaś?
- Chciałam, chciałam...
- Chciałaś się zabić!
- Nie! Chciałam zagłuszyć samotność i sprawdzić, co się czuje chwilę przed... przed...
- Samobójstwem?
- Tak.
- I co się czuje?
- Ja nie poczułam nic, oprócz tego, że nie potrafię tego zrobić.
- Dobry Boże - westchnęła Emma i dopiero teraz dotarło do niej, ile wysiłku kosztowały ją bieg i wspinaczka na wiadukt. Niemal bez sił usiadła na rosnącej wzdłuż torów trawie pomieszanej z chwastami. Ania usiadła obok niej.
- Przepraszam. Nie wiedziałam, że pani za mną idzie.
- Myślałam, że chcesz się rzucić pod pociąg. Chciałam cię powstrzymać, a najgorsze jest to, że nie zdążyłabym.
- Pani dyrektor, ale ja nie chciałam tego zrobić.
- Nie mów do mnie "pani dyrektor", już nią nie jestem.
- Pani Emmo...
- Emmo.
- Przepraszam, Emmo.
- Powiedz mi, Aniu, dlaczego masz taką smutną twarz?
Anna Pola milczała.
- Pracujesz w szkole od dawna. Ile lat?
- Czternaście lat.
- Czternaście! Wcześniej byłaś uczennicą naszej podstawówki. Czy ja uczyłam waszą klasę?
- Nie. Zawsze tego żałowaliśmy, bo wydawała się pani bardziej ludzka niż nasza biolożka. "Wyzamykać zeszyty". Tak ją przezywaliśmy. Zawsze dziesięć minut przed dzwonkiem na przerwę kazała nam to robić i odpytywała z dopiero co przerobionego materiału.
- Aniu, wstyd przyznać, ale ja nic o tobie nie wiem, oprócz podstawowych danych. Dlaczego?
- Bo moje życie to nic ciekawego.
- Powiedziałaś, że chcesz zagłuszyć samotność. Jesteś sama?
- Tak.
- Czekaj, czekaj. Coś sobie jednak przypominam. Ktoś coś mówił, co to było? No tak, przecież masz brata, opiekujesz się nim.
- Mój brat umarł dwa miesiące temu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki