PrologLipiec 2010 roku
Było już późne popołudnie, kiedy ciągle siedząc przy biurku w swoim gabinecie, otworzył teczkę z listą zadań na następny dzień. Od wielu lat przedkładał obowiązki służbowe nad życie osobiste. Miał jednak satysfakcję z tego, że znalazł się tym miejscu, co było tylko i wyłącznie jego zasługą; ciężko na to pracował.
Rzucił okiem na kolejną kartkę i w pierwszej chwili osłupiał. Po kilku sekundach, gdy szok już minął, zaczął intensywnie myśleć. Nie był pewien, ile czasu się nad tym zastanawiał, próbując znaleźć wyjście z sytuacji, ale kompletnie nic nie przychodziło mu do głowy. Nie miał innego wyboru. Wyjął prywatną komórkę i zadzwonił.
- Czego!? - przywitał go opryskliwie jego rozmówca.
Kompletnie się tym nie przejął.
- Mamy problem. Tristan zaprosił do siebie na jutro policję, chce złożyć zeznania w obecności swojego adwokata. Wydaje mi się, że nasz sekret nie jest już bezpieczny - wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Zostaw to mnie. Dobrze, że zadzwoniłeś - powiedział tylko męski głos w słuchawce i się rozłączył.
***
Detektyw Ethan Lewis był młodym policjantem, mógł się jednak pochwalić sukcesami, które zapewniły mu szybkie awanse ze zwykłego posterunkowego. Choć jeszcze nie tak dawno był zbuntowanym nastolatkiem, któremu bliżej było do zostania przestępcą niż stróżem prawa, doświadczenia z przeszłości w połączeniu z błyskotliwym umysłem uczyniły z niego wyjątkowo dobrego śledczego.
To miał być kolejny normalny dzień pracy. Tymczasem na odprawie została mu przydzielona dość nietypowa sprawa. Po raz pierwszy miał przyjąć zeznania, nie wiedząc, czego dotyczą, i na dodatek nie tradycyjnie na komendzie, tylko w domu... I to nie wiedzieć kogo: podejrzanego, poszkodowanego czy może świadka? Na domiar złego przed końcem spotkania wezwał go do siebie komendant.
Tayler Beaufoy nie był zbyt lubiany przez podwładnych. Narzekali na jego chamstwo, grubiaństwo i niewyparzoną gębę. Niejednokrotnie swoim protekcjonalnym tonem pokazywał im, jak bardzo są od niego gorsi. Nikt się jednak nie skarżył. Nie dlatego, że niepisane tradycje na takie zachowania nie pozwalały, ale dlatego że wszyscy doskonale wiedzieli, że ma wysoko postawionych kolegów z czasów studenckich, więc taka skarga mogła im jedynie zaszkodzić.
Ethan zapukał do drzwi i gdy tylko usłyszał zezwolenie na wejście, wśliznął się niemal bezszelestnie do gabinetu. W nieskazitelnie białym pomieszczeniu, za ogromnym mahoniowym biurkiem, w wysokim skórzanym fotelu siedział średniego wzrostu, widocznie już łysiejący komendant.
- A, Lewis... Dobrze, że jesteś - powiedział i otłuszczoną dłonią wskazał detektywowi krzesło na wprost biurka. - To ty jedziesz do Oakbay, do tego... Jak on się nazywa? - Zaczął przewracać kartki na blacie. - O, już mam! Do Petera Harrisa, zgadza się?
- Tak, sir.
- Dobrze. Chciałem cię uprzedzić, że sprawdziłem sobie tego osobnika. Okazuje się, że to jest jakiś narkoman, ale - widzisz - z bardzo szanowanej rodziny. Z tego, co mi wiadomo, to dzięki jej wpływom za swoje wybryki nie trafił jeszcze do więzienia, a powinien. Według mojego źródła dzisiaj będzie chciał nam podać na tacy jakiegoś grubszego dilera, dlatego dobrze by było, gdybyś wziął ze sobą kogoś z narkotykowego - wyrzucił z siebie tak szybko, że aż dostał lekkiej zadyszki.
Spojrzał na podwładnego i uśmiechnął się sztucznie.
- Rozkaz, sir. Kogo mam wziąć? - zapytał Lewis.
- Nie chcę ci nikogo narzucać, znacie się, więc na pewno masz tam swoich kolegów. Wybierz kogoś, z kim będzie ci się dobrze pracowało.
- Tak jest, sir!
Już miał wychodzić, gdy komendant odezwał się ponownie:
- Acha i jeszcze jedno. Po powrocie masz natychmiast zameldować się u mnie i złożyć szczegółowy raport. Zrozumiałeś?
- Tak jest, sir!
* * *
Wjechali na żwirowy podjazd i zaparkowali tuż przy schodach prowadzących do drzwi wejściowych. Dom przy 1 Forest Road okazał się średnich rozmiarów posiadłością, a nie zwykłym budynkiem mieszkalnym, jakiego oczekiwali. Prędko wysiedli z auta i w dwóch susach pokonali odległość dzielącą ich od celu.
Zapukał detektyw Lewis, jako że był starszy rangą, choć z wyglądu obaj mężczyźni wyglądali, jakby byli podobnego wieku.
Zero odzewu. Odczekał kilka chwil i zapukał ponownie. W domu dalej panowała głucha cisza, nikt nie otwierał im drzwi. Już miał ponownie zastukać, gdy zobaczył samochód wjeżdżający na teren rezydencji - czarne audi A8. Policjant domyślił się, że za kierownicą musi siedzieć właściciel domostwa.
Jakże wielkie było jego rozczarowanie, kiedy nowo przybyły przedstawił się jako adwokat Petera Harrisa.
Wspólnie ponowili próbę dostania się do wewnątrz. Gdy po raz kolejny nikt im nie odpowiedział, sierżant po otrzymaniu pozwolenia od dwóch pozostałych mężczyzn zaczął chodzić od okna do okna i zaglądać przez nie do środka.
- Ethan, chyba mamy problem - powiedział w końcu z twarzą przyklejoną do szyby.
Lewis podszedł do niego i za jego przykładem przyłożył policzek do gładkiej powierzchni. Na podłodze, obok sofy stojącej tyłem do okna, były widoczne plamy krwi.
- Cawell, wyważaj drzwi! - rozkazał detektyw.
Młody policjant z impetem uderzył w potężne drewniane podwoje, ale te ani drgnęły. Od razu powtórzył próbę. Niestety skutek był taki sam.
Nagle adwokat przypomniał sobie, że swego czasu dostał od Harrisa zapasowy komplet kluczy. Pobiegł do samochodu, pogrzebał chwilę w schowku i wrócił, niosąc pęk kluczy. Z dumną miną w triumfalnym geście trzymał je w górze przez całą drogę.
Policjanci wyjęli broń, a po kilku sekundach wbiegli do środka.
Kazali prawnikowi zostać na zewnątrz, a sami rozdzielili się, by przeszukać dom. Cawell cichutko skierował się na schody prowadzące na górę, Lewis zaś zaczął od salonu.
Stawiając stopy najciszej, jak tylko potrafił, wszedł do pomieszczenia. Spojrzał za drzwi, podszedł do sofy i sprawdził tętno na szyi leżącego tam mężczyzny. Był martwy. Tak cicho jak wszedł postarał się wyjść z pokoju. Drzwi na wprost prowadziły do kuchni - tutaj też nie znalazł nikogo. Wyszedł. Teraz ostrożnie posuwał się w stronę kolejnego pomieszczenia - gabinetu. Stojąca na biurku lampka była zapalona. Zostały mu już tylko jedne drzwi - do biblioteki. Tam także nie odnalazł śladów obecności osób trzecich.
- Na dole czysto! - krzyknął, patrząc w kierunku piętra.
- Góra też czysta - odpowiedział Cawell.
Gdy sprawdzili wszystkie pomieszczenia, wpuścili do domu adwokata i razem udali się do salonu.
Na sofie leżał mężczyzna w szlafroku. Jego skóra była biała niczym czysta kartka; w zgięciu ręki tkwiła wbita w żyłę strzykawka. Nie potrzeba było lekarza, by stwierdzić, że był martwy. Jego ciało, powykrzywiane od konwulsji, zastygło w martwym grymasie walki o życie.
- Czy pański klient był narkomanem? - zapytał prawnika Lewis.
Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Mężczyzna podbiegł do zmarłego, chwycił jego głowę i tuląc ją do piersi, zaczął szlochać. Jego rozpacz nie pozostawiła policjantom żadnych wątpliwości co do tego, jak bardzo musieli być sobie bliscy.
Ethan nie chciał być gruboskórny, ale miał zadanie do wykonania. Podszedł do mecenasa, złapał go za ramię i spytał:
- Czy wie pan, o czym chciał z nami rozmawiać?
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko przecząco pokręcił głową.
9 czerwca, poniedziałek
Z samego rana Jade postanowiła ostro przystąpić do działania. Zdecydowała, że zacznie od zebrania informacji o wsi i domu przyjaciółki, bo - jak zauważyła Sophie - był to budynek z historią, więc na pewno wydarzyło się w nim niejedno. Powiedziała sobie, że zacznie od miejscowej biblioteki. Wykorzystując fakt, że przyjaciółka była zajęta, wyszła z domu bez pożegnania.
Znalezienie biblioteki nie było problemem, w ogóle topografia wsi była nieskomplikowana i nie nastręczała trudności albo Jade tak się tylko wydawało. Prostokątny, parterowy budynek stał na końcu ulicy. Kobieta już z daleka widziała dużą tablicę z napisem "Biblioteka publiczna ufundowana przez Masona Jacksona". Pomyślała nie bez ironii, że miejscowi będą mu pomniki stawiać po śmierci.
Pchnęła duże, ciężkie szklane drzwi i od razu poczuła przyjemny chłód i specyficzny zapach papieru, który unosi się w powietrzu tylko w takich miejscach. Nie była, jak większość jej rówieśników, miłośniczką cyfryzacji. I nie tylko dlatego, że doświadczenie ją nauczyło, iż jeśli szuka się czegoś nie sprzed kilku lat, to w sieci można tego nie znaleźć, ale przede wszystkim dlatego, że lubiła książki, lubiła papierowe wydania gazet i lubiła to skupienie, jakim trzeba się wykazać, szukając czegoś istotnego w druku. Internet był jej zdaniem pozbawiony tych wszystkich smaczków.
Za wysokim pulpitem siedziała około pięćdziesięcioletnia szczupła kobieta. Włosy miała już dość gęsto przyprószone siwizną, a z wąskiego, długiego nosa ciągle zsuwały jej się okulary w srebrnej metalowej oprawie, które notorycznie podsuwała do góry środkowym palcem prawej dłoni.
- Dzień dobry, gdzie mogę znaleźć informacje o Oakbay i jej mieszkańcach? - spytała Jade. Mówiąc to, starała się przybrać swój najsympatyczniejszy uśmiech.
- Dzień dobry. No wie pani, nie jesteśmy jakąś ważną społecznością i z tego, co mi wiadomo, jeszcze nikt się nie pokusił o napisanie jakiegoś opracowania o nas - odpowiedziała bibliotekarka, siląc się na uprzejmość, co było od razu wyczuwalne.
- Pani mnie chyba źle zrozumiała. Chodziło mi o roczniki jakiejś miejscowej gazety - sprostowała detektywka.
- Gazeta, która czasami coś pisze o Oakbay, to "Darkwater Chronicle", a jeszcze rzadziej robi to "Tauton Daily Press", ale nasza biblioteka dysponuje tylko bieżącymi egzemplarzami, nie mamy miejsca na składowanie starszych roczników.
Rozmowę przerwał im elegancko ubrany mężczyzna, który nie zważając na J, zwrócił się do bibliotekarki:
- Tracy, czy książki, które zamówiłem, już przyszły?
- Tak, panie Jackson - odparła kobieta z uśmiechem, podając mu dość dużych rozmiarów pakunek.
- Połóż go na razie, jeszcze potrzebuje kilku opracowań prawniczych - oświadczył i energicznie odwrócił się na pięcie, by pójść w kierunku regałów z książkami.
- A ten co?! Nikt go nie nauczył dobrych manier, nie wytłumaczył, że się nie przerywa prowadzonej rozmowy, a jeśli już, to należy przeprosić? - Jade nie wytrzymała i z oburzeniem powiedziała, co myśli, odwracając się ku oddalającemu się mężczyźnie.
Ten nawet nie zareagował.
- To pan Mason Jackson - wyjaśniła z lekkim przestrachem bibliotekarka.
- I co z tego? Ani jego nazwisko, ani tym bardziej pozycja nie daje mu prawa do takiego zachowania - skomentowała Jade. Prawdopodobnie przez historię swoich rodziców była bardzo wrogo nastawiona do osób z tak zwanych elit.
Tracy jakby zapomniała o atencji, jaką mu przed chwilą okazywała i uśmiechnęła się do kobiety po raz pierwszy z życzliwością.
- A czego konkretnie pani szuka? - chciała teraz wiedzieć.
- Chciałabym lepiej poznać historię "przeklętego domu" - oparła J. To powiedziawszy, wnikliwie obserwowała reakcję bibliotekarki, ale ta zachowywała się jakby nigdy nic.
- Aaa, to pani jest przyjaciółką nowej właścicielki.
Kobieta okazała się też niezłą obserwatorką, bo zauważywszy zdziwienie J, dodała:
- Widzi pani, to mała i zamknięta społeczność, każdy nowy jest tu od razu widoczny jak kleks na kartce, a że dzieje się tu niewiele, to żyjemy nawet tak banalnymi nowinkami - powiedziała. Uśmiechała się już przyjacielsko przez cały czas od ponownego podjęcia rozmowy. - Wie pani co? W Darkwater jest biblioteka dużo większa od naszej i z tego, co wiem, mają w archiwum wszystkie numery "Darkwater Chronicle", odkąd ta gazeta powstała. Pracuje tam moja koleżanka, zadzwonię do niej i poproszę ją, to ona pani przygotuje te gazety. A jaki przedział czasowy panią interesuje?
- Nie mam pojęcia. Chciałabym przejrzeć te numery, w których jest coś napisane o tym domu - odpowiedziała ze skruchą Jade. Irytowały ją sytuacje, kiedy zabierała się do pracy, lecz musiała błądzić jak dziecko we mgle z powodu braku wystarczającej ilości danych.
W tym momencie znów pojawił się pan Jackson. Zabrał swoją paczkę z książkami i wychodząc, grzecznie pożegnał obie kobiety. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, Tracy i J jednocześnie parsknęły śmiechem.
- Proszę, tu jest numer do mojej koleżanki - rzuciła bibliotekarka i podała Jade kartkę wyrwaną z notesu. - Nazywa się Alice Green, ja skontaktuję się z nią dzisiaj, a pani niech zadzwoni do niej jutro rano i się z nią umówi.
Jade podziękowała kobiecie i wolno, spacerkiem, delektując się cudowną, słoneczną pogodą, ruszyła w drogę powrotną. Szła, nie myśląc o niczym konkretnym. Wsłuchiwała się w śpiew ptaków i odgłosy zwierząt domowych - ujadanie psów, przeplatając się z miauczeniem kotów, tworzyło zlepek dźwięków, którego nie słyszała, odkąd wyprowadziła się z przedmieść Wye, opuszczając dom rodzinny.