1
Wielebny Paul Wymarsh opuścił książkę i sięgnął po stojący na nocnym
stoliku kubek z gorącą czekoladą. Znów uniósł książkę i wypił pierwszy
łyk, ale wtedy poczuł, że coś miękkiego przylepiło mu się do górnej
wargi.
Kiedy zajrzał do kubka, zobaczył, że w czekoladzie pływają trzy martwe
muchy.
- Fuj! - jęknął z obrzydzeniem, odrzucił pierzynę i wyskoczył z łóżka.
Wcześniej nie zauważył w sypialni ani jednej muchy. Był przecież koniec
października, i to zimnego października; o tej porze roku much się już
raczej nie widywało.
Zaniósł kubek do łazienki, włączył światło i wylał czekoladę z owadami
do sedesu, po czym spuścił wodę. Zobaczył swoje odbicie w lustrze nad
umywalką. Miał wąskie ramiona, krótkie zmierzwione włosy i okulary na
nosie. Nosił piżamę w zielone paski. Doszedł do wniosku, że wygląda w tej chwili na dość wstrząśniętego.
Przez chwilę zastanawiał się nad tym, czy nie powinien zapytać Boga o ewentualne znaczenie trzech much, które utopiły się w jego wieczornym
napoju, lecz szybko uznał, że problem jest zbyt drobny, aby niepokoić
nim Wszechmogącego, choćby dlatego, że światem wstrząsa tak wiele wojen.
Bo Bóg zapewne by rzucił: "A skąd mam, do diabła, to wiedzieć?".
Wielebny Wymarsh wiedział z doświadczenia, że Bóg ma poczucie humoru.
Postawił pusty kubek na małym stoliku na półpiętrze. Ale kiedy ruszył po
schodach z powrotem do sypialni, usłyszał z parteru odgłosy jakby
szurania nogami. Przystanął i zaczął nasłuchiwać. Po kilku sekundach
usłyszał kolejne dźwięki. Tym razem brzmiało to tak, jakby ktoś powoli
zamiatał podłogę.
Włączył światło na schodach. Dźwięki po kilku chwilach ucichły, ale
potem wielebny odniósł znów wrażenie, że słyszy szuranie.
- Halo! Jest tam ktoś na dole? - zawołał.
Zamierzał wykrzyczeć to pytanie mocnym i stanowczym głosem, lecz tylko z trudem je wychrypiał, jakby akurat był przeziębiony.
Odpowiedzią była jedynie cisza, w której wielebny Wymarsh wyraźnie
usłyszał bicie swojego serca. Przed pójściem do sypialni zamknął drzwi
zarówno frontowe, jak i kuchenne, więc był pewien, że usłyszałby, gdyby
ktoś się włamał do domu.
Chociaż z parteru nie dobiegł już żaden nowy odgłos, wiedział, że będzie
musiał zejść po schodach i upewnić się, że nikogo tam nie ma. Może przed
chwilą słyszał jedynie, jak wyłącza się kocioł gazowy albo wychładza się
grzejnik? Budynek plebanii pochodził z początków epoki wiktoriańskiej.
Deski podłogowe i krokwie często skrzypiały, a luźne szyby okienne
stukały, lecz wielebny jeszcze nigdy nie słyszał odgłosów przywodzących
na myśl szuranie i zamiatanie.
Za oknami padał deszcz, ale nie gęsty, tylko słaby, i nie słychać było
trzasku piorunów.
Wrócił do sypialni i nałożył sztruksowe kapcie. Następnie zaczął
ostrożnie schodzić na parter, mijając oprawiony w ramki obraz Jezusa i jego uczniów w Ogrodzie Oliwnym i fotografię katedry w Southwark, gdzie
wielebny Wymarsh został wyświęcony. Kiedy znalazł się w holu, włączył
światło i znów zaczął nasłuchiwać. Panowała absolutna cisza.
Najpierw zajrzał do salonu, gdzie stały stara skórzana sofa i dwa
fotele, a w jedną ze ścian wbudowany był gotycki kamienny kominek.
Pochylił się, żeby zajrzeć za sofę, lecz nikt za nią nie kucał, a spod
brązowych aksamitnych zasłon nie wystawały niczyje buty.
Przez chwilę stał niezdecydowany, a potem wziął mosiężny pogrzebacz
oparty o ścianę kominka. Może poszukiwanie ewentualnego intruza z bronią
w ręku nie było tak do końca chrześcijańskie, ale w końcu krzyżowcy
atakowali niewiernych mieczami.
Sprawdził swój gabinet wypełniony mnóstwem książek, toaletę na parterze
i ogromną szafę z mahoniu, w której przechowywał płaszcze, nakrycia
głowy i buty. Dźgnął płaszcze końcem pogrzebacza; nikt za nimi się nie
ukrywał.
W końcu poszedł do kuchni. Kiedy włączył lampę jarzeniową, nikogo nie
zobaczył. Szarpnął drzwi wychodzące na ogród i okazały się zamknięte na
klucz. Otworzył drzwi do pomieszczenia gospodarczego, gdzie suszyły się
jego koszule, lecz i tam nikogo nie było.
To z pewnością centralne ogrzewanie wydawało te odgłosy, pomyślał. Albo
jakaś mysz. A może po prostu zaczyna mi szumieć w uszach.
Miał już odnieść pogrzebacz do salonu i wrócić na piętro, kiedy
zobaczył, że coś błyszczy na szybie okna kuchennego, za poziomymi
żaluzjami. W pierwszej chwili pomyślał, że to krople deszczu, lecz gdy
popatrzył uważniej, zdał sobie sprawę, że po szybie wędruje pięć czy
sześć much.
Popatrzył na nie z obrzydzeniem, ale i zaskoczeniem. Skąd się tutaj
wzięły muchy? Kuchnia była nienagannie czysta, ponieważ jego
sprzątaczka, Ola, była tu zaledwie wczoraj. A wielebny nie pozostawiał w kuchni ani jedzenia, ani brudnych talerzy, które mogłyby wzbudzić
zainteresowanie much.
Odłożył pogrzebacz, otworzył szafkę pod zlewem i wyciągnął z niej puszkę
raidu, którą kupił latem, żeby pozbyć się z plebanii os. Uniósł żaluzje
i prysnął na muchy aerozolem. Prawdopodobnie użył znacznie więcej środka
trującego, niż było potrzeba, żeby je zabić.
Muchy niemal natychmiast odpadły od szyby i zaległy brzuchami do góry na
parapecie. Jeszcze przez kilka sekund machały czarnymi nóżkami i kręciły
się wokół własnej osi, po czym znieruchomiały. Wielebny Wymarsh oderwał
z rolki kawałek papierowego ręcznika, owinął nim muchy i wrzucił do
pojemnika na odpadki, który otwierał się po naciśnięciu nogą pedału u podstawy.
Jeszcze przez chwilę stał nieruchomo na środku kuchni, uspokojony, choć
zarazem z dziwnym poczuciem winy. Nawet mucha była przecież stworzeniem
boskim i miała prawo do życia, a on właśnie odebrał życie połowie tuzina
takich istot.
Omiótł wzrokiem całą kuchnię, po czym wziął do ręki pogrzebacz, wyłączył
światło i udał się po schodach do sypialni.
Zanim zamknął oczy, odezwał się bardzo cicho:
- Panie Jezu, wierzę, że jesteś Synem Bożym, który umarł, żeby odkupić
moje grzechy. Otwieram drzwi do mojego serca i proszę Cię, abyś był moim
panem i zbawcą. Proszę Cię o przebaczenie za wszystkie moje niegodne
uczynki.
Niecałe dwadzieścia minut później zasnął i zaczął niemal natychmiast
śnić, że jego zmarła żona, Glenda, gra na pianinie w salonie. A właściwie że siedzi przed pianinem i dotyka palcami klawiszy, lecz nie
wydobywa z instrumentu żadnego dźwięku.
Wielebny stanął za jej plecami. Przez chwilę milczał, po czym
powiedział:
- Nie słyszę muzyki, Glendo? Dlaczego?
Nie patrząc na niego, żona odpowiedziała:
- To rak, Paul. Kiedy ktoś ma raka, nikt nie jest w stanie usłyszeć jego
gry.
Delikatnie położył obie dłonie na jej ramionach i obserwował, jak w absolutnej ciszy dotyka palcami kolejnych klawiszy. Tęsknił za nią tak
bardzo, że czuł kłucie w żołądku.
Gdy śnił, że patrzy na żonę przy pianinie, otworzyły się drzwi jego
sypialni. Tuż za progiem stała wysoka postać. Błyszczała zielonym
kolorem, od stóp aż po czubek głowy, jakby w całości była pokryta
drobinkami zielonego szkła. Pozostawała bez ruchu przez dłuższą chwilę,
słuchając, jak wielebny Wymarsh mamrocze przez sen. Wreszcie weszła do
sypialni i zatrzymała się przy jego łóżku. Przez cały czas syczała, ale
tak delikatnie, że prawie nie można było tego usłyszeć.
Postać odczekała jeszcze ponad minutę, po czym złapała za kołdrę, którą
był przykryty wielebny, i ściągnęła ją z niego do połowy. Wielebny
Wymarsh natychmiast się obudził, chociaż przez pierwsze dwie lub trzy
sekundy nie był pewien, czy naprawdę już nie śpi, czy to wszystko wciąż
mu się śni. Odwrócił się na plecy i mruknął:
- Co...
Postać złapała go za gardło i ścisnęła je tak mocno, że wielebny nie był
już w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. Zaczął się krztusić.
Próbował się oswobodzić, uderzał obiema rękami w materac, lecz postać
już nie tylko dusiła, ale też przyciskała go do łóżka z taką siłą, że
nie mógł oderwać głowy od poduszki. Jego nogi splątały się pod kołdrą,
więc nie mógł nawet nimi kopać.
W sypialni i tak było bardzo ciemno, lecz wielebny Wymarsh poczuł, że
spływa na niego fala jeszcze głębszego mroku. Nie przyszło mu do głowy,
żeby prosić Boga o ratunek. Myślał wyłącznie o przenikliwym bólu gardła
i o tym, że mimo desperackiego wysiłku nie może oddychać. Miał wrażenie,
że za chwilę eksplodują mu płuca.
Usta miał szeroko otwarte, ponieważ rozpaczliwie próbował wciągnąć
chociaż odrobinę powietrza, więc postać, wciąż jedną dłonią go dusząc,
paznokcie drugiej wbiła mu w język i pociągnęła go tak daleko, jak tylko
się dało. Wielebny Wymarsh zwymiotowałby, gdyby jego krtań nie była
mocno ściśnięta. Poczuł mrowienie na języku, jakby siadały na nim muchy,
a potem odniósł wrażenie, że te muchy zaczynają wchodzić do jego ust,
nie pojedynczo, lecz całą ogromną chmarą. Zdołał jeszcze raz zacharczeć,
a potem stracił przytomność.
Postać zaciskała dłoń na jego gardle, aż nabrała pewności, że wielebny
nie oddycha. Następnie złapała za rąbek kołdry i całkowicie przykryła
nią ofiarę.
Milczała, ale jeszcze przez chwilę stała przy łóżku w absolutnej ciszy,
tak samo pozbawionej dźwięków, jak gra Glendy na pianinie.
2
Jerry właśnie skończył przesłuchiwać starszego mężczyznę, który celowo
przejechał należącego do sąsiada samojeda, ponieważ ten nieustannie
szczekał.
- Niech pan mnie źle nie zrozumie, ja kocham zwierzęta - oznajmił
mężczyzna. - I wcale nie chciałem, żeby ten biedny pies cierpiał, nic z tych rzeczy. Ale razem z małżonką musieliśmy znosić jego głośne
szczekanie pięćdziesiąt razy na dzień przez całe trzy miesiące i odchodziliśmy już od zmysłów.
- Cóż, niech pan się na mnie nie powołuje - powiedział Jerry,
wyłączywszy magnetofon - ale ja w takiej sytuacji znacznie wcześniej
rzuciłbym mu przez płot jakieś zatrute psie ciasteczka.
Otworzyły się drzwi pokoju przesłuchań i do środka wszedł detektyw
posterunkowy Mallett, z niedojedzonym pasztecikiem z mięsem i warzywami
w ręce.
- Przepraszam, że przeszkadzam, szefie. Nie wiedziałem, że wciąż
przesłuchujesz.
- Skądże, właśnie skończyliśmy. W porządku, panie Belling, może pan iść
do domu. Prześlę pańskie zeznanie i zeznania świadków oskarżycielowi
publicznemu. Skontaktuję się, kiedy otrzymam informację, czy zostanie
wniesione przeciwko panu oskarżenie, czy nie.
Starszy mężczyzna ściągnął z oparcia krzesła zniszczony szary płaszcz
przeciwdeszczowy. Kiedy niezgrabnie wkładał ręce w rękawy, miał taką
minę, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale potem najwyraźniej
zmienił zamiar.
Posterunkowy Mallett wszedł do środka, robiąc mu przejście w progu.
- To był pogromca samojeda?
- Tak, Jeżozwierzu. Powiedział, że przyzna się do winy, jeżeli zostanie
oskarżony, ale przypuszczam, że tego nie zrobią. Sądy mają obecnie
więcej spraw z agresywnymi nożownikami, niż ja zjadłem ciepłych posiłków
w tym roku. Dzieje się coś ważnego czy jedynie chcesz mi zaproponować
kęs tego apetycznego pasztecika?
- Nie, Jerry, tak. To znaczy, szefie. Przepraszam, jeszcze się nie
przestawiłem po twoim awansie. Jak mam do ciebie mówić? Szefie czy
sierżancie?
- Jak sobie chcesz, Jeżozwierzu. Możesz mnie nawet nazywać "waszą
wysokością", jeśli masz ochotę.
- Właśnie rozmawiałem przez telefon z Marsjaninem - powiedział
posterunkowy Mallett. - Twierdzi, że ma przypadek, któremu powinieneś
się przyjrzeć razem z detektyw inspektor Patel.
- To brzmi złowieszczo. Zdradził ci jakieś szczegóły?
- Niewiele. Powiedział jednak, że chodzi o pastora znalezionego wczoraj
w Clapham. Martwego. Prawdopodobnie uduszonego.
- A więc morderstwem zajmuje się detektyw nadinspektor Butcher?
- Tak, owszem. Nie wiadomo, kiedy pastor został uduszony i jak długo
leżał martwy, zanim go znaleziono.
- To mi nie wygląda na coś nadprzyrodzonego. Niemniej zadzwonię do
Marsjanina. A jak wygląda sprawa z Secret Garden?
Jerry miał na myśli pięcioletniego chłopca, którego zwłoki znaleziono we
wczesnych godzinach porannych na zjeżdżalni placu zabaw w Battersea
Secret Garden. Dziecko miało liczne obrażenia, między innymi pękniętą
czaszkę i połamane żebra. I z pewnością od dłuższego czasu było
maltretowane.
Jeżozwierz ugryzł kawałek pasztecika i pokręcił głową.
- Na razie niczego nie wiemy - odpowiedział, zionąc okruszkami. -
Żadnych świadków, nic z monitoringu. Nie mamy żadnego zgłoszenia o zaginięciu dziecka.
- To niewiarygodne, co niektórzy ludzie robią swoim dzieciom. To już
trzecia taka ofiara w tym miesiącu.
Jerry wrócił po schodach do swojego gabinetu, który teraz dzielił z detektyw sierżant Ruth Watkins. Prawie trzy miesiące temu zakończył
ostatnią sprawę, nad którą pracował razem z detektyw sierżant Dżamilą
Patel. Było to surrealistyczne śledztwo dotyczące bandy dzieci
zarządzanej z piwnicy w Vauxhall przez kogoś w typie Fagina oraz
związanych z tym kradzieży i morderstw.
Oboje otrzymali stanowcze instrukcje, aby nigdy nie ujawniać szczegółów
tej sprawy dziennikarzom i aby nie rozmawiać o niej z innymi
policjantami. Za to po jej zakończeniu i przedstawieniu pełnego raportu
Dżamila Patel została awansowana do stopnia detektywa inspektora, a Jerry - detektywa sierżanta. Zarabiali na nowych stanowiskach 5 tysięcy
funtów rocznie więcej niż przed promocją.
Niemal każdy funkcjonariusz policji londyńskiej, który wiedział
cokolwiek o osiągnięciach Dżamili i Jerry'ego, nazywał ich "pogromcami
duchów", choć oficjalnie było to źle widziane. Detektyw nadinspektor
Herbert Chance stanowczo oznajmił: "Interesują nas fakty. Interesują nas
dowody rzeczowe. Nie zajmujemy się absolutnie żadnymi wytworami chorej
ludzkiej wyobraźni".
Jerry zatelefonował do Dereka Granta, "Marsjanina". Jego głos był jak
zwykle ponury.
- Ach, sierżant Pardoe. Dzięki, że oddzwaniasz tak szybko. Tak, jestem
na Falcon Road razem z doktorem Crowe'em. Nadinspektor Butcher też tutaj
jest, ale myślę, że byłoby dobrze, gdybyś do nas dołączył i sam to
zobaczył.
- Mallett powiedział mi, że chodzi o pastora, którego znaleziono
martwego w Clapham.
- Tak. To wielebny Paul Wymarsh z kościoła Świętego Gratusa.
Niewątpliwie ktoś go udusił - doktor Crowe jest tego pewien w stu
procentach. Nie wiemy jednak, kiedy to się stało. W sobotę prowadził
nabożeństwo wieczorne, w niedzielę rano jednak nie zjawił się na mszy.
Kościelny próbował się do niego dodzwonić, a kiedy wielebny Wymarsh nie
odebrał telefonu, poszedł do probostwa. Miał zapasowy klucz, więc wszedł
do środka, no i znalazł zwłoki w łóżku.
- A więc czego właściwie nie wiadomo w kwestii czasu jego śmierci? Na
pewno nastąpiła pomiędzy wieczornym nabożeństwem w sobotę a poranną mszą
w niedzielę. To przedział wynoszący najwyżej dziesięć godzin.
- Jak mówiłem, moim zdaniem powinieneś przyjechać i zobaczyć go
osobiście.
- Dobrze. Tylko coś zjem. Nie miałem dotąd czasu na śniadanie.
- Och. Na twoim miejscu niczego bym na razie nie jadł.
Dojazd do siedziby koronera przy Falcon Road zabrał zaledwie pięć minut.
Jerry zaparkował naprzeciwko budynku, przy Afghan Road. Kiedy
przechodził na drugą stronę jezdni, ledwo uniknął potrącenia przez
autobus linii numer 49. No cóż, pomyślał, przynajmniej mieliby niedaleko
do kostnicy.
Zalotnie cmoknął do rudowłosej Kirsty z recepcji, a ona w odpowiedzi
posłała mu całuska. Następnie wsiadł do klaustrofobicznej windy.
Marsjanin czekał na niego w laboratorium, a towarzyszyli mu doktor John
Crowe, koroner, jego asystent Zahir oraz detektyw nadinspektor Butcher.
Znajomi policjanci nazywali Dereka Granta Marsjaninem, ponieważ był
chudy i łysy, miał wielkie odstające uszy i przemawiał monotonnym
głosem, jakby pochodzącym z innego świata. Doktor Crowe był wysokim
efekciarzem, miał kręcone siwe włosy i zawsze odzywał się w taki sposób,
jakby grał główną rolę w tragedii szekspirowskiej, nawet kiedy tylko
prosił Zahira, żeby podał mu hak chirurgiczny.
Zdaniem Jerry'ego detektyw nadinspektor Butcher miał doskonale
dopasowane nazwisko, ponieważ rzeczywiście był przysadzisty niczym
rzeźnik, miał rumiane policzki, palce tłuste jak kiełbasy i ogólnie
wyglądał tak, jakby za chwilę miał włożyć fartuch, stanąć za ladą i ćwiartować żeberka wieprzowe.
- No to o co chodzi z denatem? - zapytał Jerry.
- Uwierz mi, jestem totalnie zdezorientowany - odparł nadinspektor
Butcher. - Od trzynastu lat pracy niczego takiego nie widziałem. Słowo
daję, nigdy, i to przez duże "N".
- Sam zobacz - rzucił doktor Crowe tubalnym głosem. - Ja też muszę
zauważyć, że nigdy nie miałem do czynienia z takim przypadkiem, nawet
kiedy przywożono mi zwłoki w bardzo zaawansowanym stadium rozkładu.
Wielebny Wymarsh leżał nagi na stole patologicznym z nierdzewnej stali.
Jego klatka piersiowa sterczała w górę, jakby skonał z głodu. Doktor
Crowe skinął na Jerry'ego, żeby podszedł bliżej.
- Widzisz te obszerne sińce na jego szyi? Został uduszony ludzką ręką,
bez wątpienia taka jest właśnie przyczyna śmierci.
- Cóż więc jest w tym niezwykłego? Niezbyt wielu morderców dusi ofiary,
co nie? To zaledwie siedem procent przypadków. Ale i tak daje to około
pięćdziesięciu truposzów rocznie.
- Owszem, ale nigdy się nie spotkałem z czymś takim - powiedział doktor
Crowe.
Dłonią w niebieskiej nitrylowej rękawicy opuścił szczękę wielebnego
Wymarsha, dzięki czemu szeroko otworzyły się jego usta. Jerry dostrzegł
w środku stertę czarnych skrzydlatych stworów. Kiedy przyjrzał im się
bliżej, zdał sobie sprawę, że to muchy.
- Jezu... - wykrztusił.
- Według nadinspektora Butchera kościelny, który znalazł nieboszczyka,
zeznał, że w całej sypialni roiło się od much. Otworzył okno i większość
wyleciała na zewnątrz. Ale dopiero wtedy, kiedy zacząłem tutaj
oględziny, odkryłem w ustach te wszystkie muchy, co wygląda tak, jakby
chciał je połknąć. Oceniam, że jest ich około stu. To prawdopodobnie
Musca domestica, mucha domowa. Oczywiście policzę je, sfotografuję i zeskanuję, ale Derek uznał, że powinieneś je najpierw zobaczyć in
situ.
Opuścił maskę chirurgiczną i głośno wydmuchał nos w chusteczkę.
Następnie powiedział:
- Jeżeli wielebny chciał zjeść muchy, proszę bardzo, nie stałoby mu się
nic złego. Takie samo jedzenie jak każde inne.
Jerry przyjrzał się uważniej ustom wielebnego Wymarsha. Już wcześniej
widywał muchy na zwłokach, ale nigdy nie było ich aż tak dużo. I nigdy
nie wypełniały ust ofiary.
- Chyba nie myślisz poważnie, że zamierzał je zjeść na śniadanie, co?
Nawet robaki by to zniesmaczyło.
- Oczywiście, bardzo w to wątpię - odparł doktor Crowe. - Ale słowo
"robaki" jest tutaj trafne, bo tego właśnie nie rozumiem. Czas pomiędzy
pójściem wielebnego do probostwa po nabożeństwie wieczornym a odkryciem
jego zwłok następnego dnia rano, jest absolutnie za krótki na to, żeby
ciało zaczęło się rozkładać. Nawet gdyby do tego doszło i muchy
natychmiast zaczęłyby składać jaja, potrzeba by przecież przynajmniej
doby, żeby z tych jaj zaczęły powstawać robaki, czyli larwy. Później
potrzeba by mniej więcej dwóch tygodni, żeby larwy stały się
poczwarkami, a także sześciu dni, żeby każda z tych poczwarek została w pełni rozwiniętą muchą.
- Już dziękuję, chyba dosyć się napatrzyłem - powiedział Jerry. Był
ogromnie wdzięczny Marsjaninowi za to, że odradził mu zjedzenie
śniadania przed przyjazdem do kostnicy. - Zatem uważasz, że te muchy
były już w pełni rozwiniętymi owadami, zanim wielebny Wymarsh został
uduszony?
- Tak. Nie mam cienia wątpliwości.
- W takim razie skąd się wzięły i jakim sposobem tak dużo much znalazło
się w sypialni pastora? No i przede wszystkim jak zdołały mu wypełnić
cały dziób?
- Nie mamy zielonego pojęcia - oświadczył Marsjanin. - Właśnie dlatego
do ciebie zadzwoniłem. Kontaktowałem się już z profesorem Gregorym
Yearlingiem. To entomolog z Oksfordu. Przyjedzie do nas jeszcze dzisiaj
i zbada te muchy. Będzie w stanie stwierdzić, czy jest w nich coś
nadzwyczajnego, chociaż według doktora Crowe'a są to najzwyczajniejsze
muchy na świecie.
Jerry jeszcze raz popatrzył uważnie na zwłoki wielebnego Wymarsha.
Marsjanin nie powiedział tego wprost, jednak było już jasne, dlaczego do
niego zadzwonił. Bez wątpienia podejrzewał, że tylko jakaś nadzwyczajna
okoliczność mogła spowodować pojawienie się chmary much w sypialni
pastora, kiedy ktoś go dusił. Może ich masowy zlot był jedynie wybrykiem
natury, ale jakim konkretnie? Może wielebny Wymarsh po prostu dokarmiał
muchy, chociaż w takim przypadku tylko jeden Bóg mógłby wiedzieć, co nim
kierowało.
- Pozwólcie, panowie, że porozmawiam z detektyw inspektor Patel -
odezwał się Jerry. - Prawdopodobnie wie o muchach znacznie więcej niż
ja. Potem skontaktuję się z wami.
- Niedaleko jest mała kawiarenka - powiedział nadinspektor Butcher. -
Wypijemy kawę, Jerry, a przy okazji streszczę ci resztę faktów
związanych z tą gównianą sprawą.
Jerry miał właśnie wyjść za Butcherem z laboratorium, kiedy zobaczył, że
pojedyncza mucha wyszła z ust wielebnego Wymarsha i usiadła na jego
górnej wardze.
Popatrzył na Marsjanina, ale ten jedynie pokręcił głową. Nawet teraz
część tych much jeszcze żyła.
- Nie tylko te cholerne muchy przyprawiają mnie o ból głowy - oznajmił
nadinspektor Butcher, kiedy usiadł z Jerrym na niebieskich plastikowych
krzesłach w Al's Place Café.
Butcher zamówił kanapkę z bekonem, ale Jerry wciąż odnosił wrażenie, że
czuje w ustach muchy, więc zadowolił się filiżanką czarnej kawy.
- Co jeszcze? - zapytał nadinspektora.
- Przede wszystkim nie wiadomo, jak sprawca wszedł do plebanii i z niej
wyszedł po zabójstwie. Oboje drzwi były zamknięte na klucz. Drzwi
frontowe są stare i można je zamykać i otwierać kluczem tylko od
zewnątrz. Jeśli chodzi o drzwi kuchenne, to klucz był w zamku od środka.
- Okna?
- Wszystkie zamknięte.
- Jakieś odciski palców albo butów?
- Na razie nic nie znaleziono. Ale zespół Marsjanina sprawdzi wszystkie
klamki, poręcze i podłogi promieniami ultrafioletowymi. Pościel
wielebnego zostanie sprawdzona pod kątem obecności śladów DNA, ponieważ
sprawca musiał przykryć ofiarę po zbrodni.
- Czyli nie mamy pojęcia, w jaki sposób sprawca wszedł i wyszedł z budynku?
- Najmniejszego, Jerry. Może dostał się kominem jak Święty Mikołaj.
Po chwili przyszedł kelner z kanapką dla nadinspektora. Kiedy Butcher
zachłannie ją gryzł, Jerry w zamyśleniu popijał kawę.
- A co z motywem morderstwa? Czy ktoś wcześniej groził wielebnemu
Wymarshowi? Może pastor miał jakieś problemy osobiste?
Nadinspektor Butcher przez chwilę przeżuwał kawałek kanapki, a kiedy go
połknął, powiedział:
- Detektyw inspektor Baker i jego ludzie są teraz w kościele Świętego
Gratusa. Kazałem im przesłuchać dwóch wikariuszy, kościelnego i w ogóle
wszystkie osoby związane z parafią. Sam rozumiesz, musimy się
dowiedzieć, czy wielebny Wymarsh przypadkiem nie nadepnął komuś na
odcisk. Był wdowcem, ale sprawdzimy, czy nie rozpoczął nowego związku, a jeśli tak, to z kim.
- Wiadomo nam o jakichś sektach religijnych w Clapham, które mogłyby
patrzeć krzywo na chrześcijan?
- Słyszałem jedynie o grupie druidów, ale trudno ich nazwać
terrorystami.
- Druidzi wierzą w ofiary z ludzi, prawda? Czy to nie oni pletli
wiklinowe kukły, pakowali do środka żywe osoby i je palili?
- Wątpię, żeby druidzi z Clapham byli do tego zdolni. Większość z nich
to już dziewięćdziesięciolatkowie i żaden z nich na pewno nie potrafi
upleść z wikliny koszyka, a co dopiero kukłę. Jakoś nie mogę sobie
wyobrazić, żeby ktoś z nich w środku nocy włamał się na plebanię i udusił pastora. Prawdopodobnie wszyscy o wpół do dziewiątej już śpią po
wieczornej filiżance kakao.
Jerry dopił kawę. Zdał sobie sprawę, że Marsjanin i nadinspektor Butcher
zadzwonili do niego, ponieważ morderstwo wielebnego Wymarsha wydaje się
zawierać niejasne elementy nadprzyrodzone, ale prawdopodobnie
skontaktowali się z nim także dlatego, że nie potrafili zrozumieć, w jaki sposób popełniono zbrodnię, i przeczuwali, że znalezienie sprawcy
wymaga raczej pogłębionej niż zwyczajnej rutynowej pracy policyjnej.
Niemniej on sam również na razie nie miał pojęcia, jak sprawca zdołał
się przedostać na plebanię, skąd pochodziła ta chmara much i jakie miała
znaczenie.
- Jak już powiedziałem Marsjaninowi, wrócę na komisariat i skontaktuję
się z detektyw inspektor Patel - powiedział Butcherowi. - Nie mogę
zagwarantować, że wyciągnie z opisu zbrodni głębsze wnioski ode mnie,
ale na pewno wie o wiele więcej o upiorach, duchach i wszelkich
straszydłach, które pojawiają się w środku nocy.
Nadinspektor Butcher wytarł usta, zmiął w dłoni papierową chusteczkę i cisnął ją na talerz.
- Nienawidzę takich śledztw. Kurwa, nienawidzę. Już wolę, kiedy ludzie
najzwyczajniej w świecie strzelają do siebie z dowolnej broni palnej.
3
Kiedy Brenda z małym Michaelem przyjechała na Wandsworth Cemetery, znowu
zaczęło padać. Siąpił tylko drobny deszczyk, ale tak czy owak był to
jedyny dzień, kiedy Brenda mogła wziąć urlop. Michael powinien być teraz
w szkole, ale Brenda zadzwoniła do jego wychowawczyni i powiedziała, że
boli go ucho.
Poprzedniego dnia minął rok od śmierci jej męża, Philipa. Jego
furgonetka została z impetem uderzona od tyłu przez dwudziestotonową
ciężarówkę na autostradzie M25. Kierowca ciężarówki nie zauważył pojazdu
Philipa, ponieważ akurat pisał esemesa. Kiedy Brenda przyjechała do
szpitala, personel kostnicy nie pozwolił jej zobaczyć zwłok.
Idąc cmentarną ścieżką pomiędzy setkami szarych nagrobków, Brenda niosła
wiązankę trzynastu białych róż; każda symbolizowała jeden rok małżeństwa
z Philipem. Michael zamierzał zostawić na grobie torebkę żelków Haribo,
ponieważ ojciec zawsze wyjadał mu co najmniej jednego z paczki, mrugał
do niego i głośno się śmiał.
Kiedy jednak dotarli do grobu Philipa, Brenda zobaczyła, że kwatera jest
odgrodzona niebiesko-białą taśmą policyjną. Obok stali trzej
umundurowani policjanci w odblaskowych kamizelkach i pracownik
cmentarza.
Marmurowy pomnik wciąż był na miejscu, ale gdy Brenda podeszła bliżej
grobu, ujrzała, że został on rozkopany, a dół otacza sterta czarnej
ziemi i żwiru.
- Mój Boże, co się stało? - zapytała policjantów.
Dostrzegła, że trumna wciąż znajduje się w grobie, lecz jej wieko jest
nieznacznie przesunięte, a w środku nie ma zwłok. Pozostał tam tylko
zielony krasnal na szczęście, którego Philip zawsze zabierał do pracy.
Brenda w ostatniej chwili poprosiła grabarzy, żeby ułożyli go w trumnie
obok męża.
- Przykro mi, proszę pani - odparł jeden z posterunkowych. - Czy to
ktoś, kogo pani znała?
Brenda była tak zaskoczona, że zabrakło jej słów.
- To był mój mąż. To był... gdzie on jest? Co się z nim stało?
- Obawiamy się, że doszło do nieautoryzowanej ekshumacji - oznajmił
pracownik cmentarza. Nosił okulary w grubych oprawach i miał rude wąsy,
przez co przypominał Brendzie jej dawnego nauczyciela geografii. Przez
chwilę nawet myślała, że to właśnie on. - To się stało w nocy.
- Ale kto to zrobił? I po co? Dokąd go zabrano?
- Niestety, nie mamy pojęcia, kto zainteresował się szczątkami pani
męża, w jaki sposób je stąd zabrał ani dlaczego. Nie wiemy też, gdzie
zwłoki się teraz znajdują.
- Czekamy na techników policyjnych - dodał posterunkowy. - Zaraz pojawią
się także detektywi przydzieleni do tej sprawy.
Michael zaczął płakać, przyciskając do piersi paczkę z żelkami.
- Gdzie jest tatuś? Gdzie on teraz jest?
Łzy rozbłysły także w oczach Brendy, przytuliła jednak synka i powiedziała:
- Nie martw się, kochanie. Panowie policjanci go dla nas odnajdą.
- Ale dlaczego ktoś go stąd zabrał? Dlaczego? Przecież on nie żyje,
mamusiu! On nie żyje!
Brenda popatrzyła na policjantów.
- Lepiej zabiorę go do domu. Proszę, to jest numer mojej komórki.
Zadzwońcie do mnie, kiedy tylko się czegoś dowiecie.
- Oczywiście, proszę pani. Tak czy inaczej detektywi na pewno będą
chcieli z panią porozmawiać. Mogłaby pani zostawić nam także swój adres?
Po chwili Brenda chwyciła Michaela za rękę i oboje ruszyli z powrotem w kierunku bramy cmentarnej. Nie była w stanie powstrzymać drżenia i dwukrotnie się potknęła. Michael wciąż popłakiwał i odwracał głowę, aby
popatrzeć na sprofanowany grób ojca. Przyjechała furgonetka z policyjnymi technikami, a chwilę później dwa nieoznakowane samochody.
Do bliźniaka przy Broomwood Road Brenda dojechała po niecałych
dziesięciu minutach. Przez całą drogę miała wrażenie, że śni. Ponieważ
tylko mżyło, wycieraczki samochodowe tarły przednią szybę z nieprzyjemnym piskiem. Michael przestał płakać, ale kiedy tylko wszedł
do domu, cisnął buty w kąt i bez słowa pobiegł do swojej sypialni na
górze.
Brenda powiesiła płaszcz i weszła do salonu, wciąż nie wierząc, że to,
co przeżyła przez ostatnie pół godziny, wydarzyło się naprawdę. Na półce
z książkami stała duża fotografia Philipa w ramce. Uśmiechał się do
niej, jakby wiedział, dokąd zabrano jego ciało, i zastanawiał się
nad tym, czy jej powiedzieć, gdzie jest. Zawsze był dowcipnisiem.
Brenda padła na kolana i zawyła niczym zraniona suka.
Wciąż mżyło, więc detektyw inspektor Simon Fairbrother wrócił do
samochodu, a trzyosobowy zespół techników samodzielnie prowadził
rutynowe czynności przy grobie i w najbliższej okolicy.
Detektyw sierżant Audrey Morrison i detektyw posterunkowy Iniko Okeke
także pozostali na zewnątrz, lecz Fairbrother dopiero co przeszedł covid
- tkwił bezczynnie w domu przez trzy tygodnie - i nie miał zamiaru
ryzykować nawrotu.
Niemniej od czasu do czasu włączał wycieraczki, aby obserwować, jak
technicy w białych kombinezonach z tyveku, którzy wyglądali jak trzy
wielkie bałwany, wchodzą i wychodzą z grobu. Pobierali także próbki ze
sterty ziemi i żwiru, oglądali najbliższe groby, oświetlali trawę
promieniami ultrafioletowymi w poszukiwaniu odcisków stóp.
Fairbrother rozmawiał już z pracownikiem cmentarza, lecz ten powiedział
tylko, że nie ma pojęcia, co się właściwie wydarzyło. Czekał, aż
technicy przekażą mu pierwsze informacje. Później razem z detektyw
sierżant Morrison pojedzie przesłuchać panią Brendę Harris, wdowę po
zaginionym. Może ona podsunie mu jakiś trop.
Do tej pory dowiedział się tylko, że Philipa Harrisa pochowano w grobie
mniej więcej przed rokiem, i dlatego zniknięcie jego szczątków było
jeszcze bardziej zagadkowe. Kto, do diabła, postanowił ukraść zwłoki,
które już zaczęły się rozkładać?
Detektyw inspektor Fairbrother wiedział, że tempo rozkładu bywa różne i zależy od tego, czy ciało zostało zabalsamowane czy nie, i od tego, czy
trumna jest drewniana czy metalowa. Czasami w trumnach wierci się
dziury, żeby przyśpieszyć proces gnicia, ale z niektórych ciał dopiero
po ponad dziesięciu latach pozostaje jedynie szkielet. Fairbrother
przypuszczał jednak, że niezależnie od sposobu pochówku Philip Harris
musiał już być w okropnym stanie.
Pół godziny później do jego samochodu podszedł jeden z techników i zastukał w szybę. Kiedy detektyw ją opuścił, tamten zdjął maskę z twarzy.
- Cześć, Steven - powiedział Fairbrother. - Co możesz mi powiedzieć?
- Niewiele. Myślę, że o tej sprawie można bez ryzyka błędu powiedzieć
tylko tyle, że jest skomplikowana. Na pewno zostaniemy przy tym grobie
jeszcze przez kilka godzin. Być może wrócimy tu także jutro, po
przeprowadzeniu badań w laboratorium.
- Dlaczego skomplikowana, jeżeli mogę spytać?
- Zasadniczo chodzi o stan pokrywy tej trumny i sposób ułożenia ziemi
wokół grobu.
- Steven, z jakiegoś powodu ktoś wykopał faceta z ziemi. Co w tym jest
takiego skomplikowanego?
- Rzecz w tym, że nikt go nie wykopał. Przynajmniej nic za tym nie
przemawia.
- Co chcesz przez to powiedzieć? Skoro nikt go nie wykopał, to w jaki
sposób wyciągnięto go z trumny?
- Wcale go nie wyciągnięto. W każdym razie nic tego nie potwierdza,
choć, jak powiedziałem, przeprowadzimy sporo dodatkowych badań. Na razie
mogę jedynie powiedzieć, że wszystkie ślady wskazują na to, że
wypchnięto pokrywę trumny od środka i gołymi rękami rozrzucono ziemię,
która na niej leżała.
- Co? Facet samodzielnie wydostał się z trumny? To niemożliwe. On
przecież nie żyje od roku.
- Wiem, lecz jeżeli jakimś cudem mógłby to zrobić, nie miałby do
usunięcia dużej warstwy ziemi. Trumna spoczywała niecały metr pod
powierzchnią. To jest minimum, na jakie zezwalają lokalne przepisy
dotyczące cmentarzy, o ile ziemia jest odpowiednia. Rozumiesz, nie może
w niej być za dużo piasku czy czegoś w tym stylu.
Detektyw inspektor Fairbrother popatrzył na technika jak na wariata.
- Steven, nie słyszałeś, co przed chwilą powiedziałem? On nie żyje od
roku. Prawdopodobnie w połowie już zgnił. Chyba widziałeś jakieś filmy o zombi, co? Facet zapewne wygląda jak jeden z nich albo znacznie gorzej.
I poza tym obaj wiemy, że nie ma czegoś takiego jak zombi. Jedynym
znanym mi chodzącym trupem jest ta starucha, która czyści nam kible na
komisariacie.
Technik beztrosko wzruszył ramionami.
- Przekazuję ci tylko to, na co wskazują dowody. Po wewnętrznej stronie
pokrywy natrafiliśmy na liczne otarcia, zadrapania i uszkodzenia.
Wyglądają niczym ślady paznokci, tak jakby mieszkaniec trumny usilnie
starał się wyjść. Ale to jeszcze nie wszystko. Gdyby ktoś go wykopał,
żwir, który rozsypano na jego grobie, byłby teraz pod warstwą wykopanej
ziemi, a tymczasem jest na odwrót.
- No dobrze - rzekł Fairbrother. - Chyba jednak poczekamy, aż
przeprowadzicie wszystkie badania przy Lambeth Road. Jestem więcej niż
pewien, że znajdziecie jakieś racjonalne wyjaśnienie. To znaczy, chcę
się dowiedzieć, że to nie umrzyk uznał, że spędził pod ziemią już dość
czasu, i postanowił wyskoczyć na piwo. Gdybym w to uwierzył, natychmiast
kazałbym ludziom przeszukać pobliskie puby. - Pokręcił głową. -
"Mieszkaniec", cholera jasna! Steven, to nie żaden mieszkaniec, tylko
pierdolony sztywniak.
Brenda wciąż była w głębokim szoku, kiedy do jej domu przyszli inspektor
Fairbrother i sierżant Morrison. Siedziała ze złożonymi rękami na sofie
i wpatrywała się w fotografię Philipa. Na ich pytania odpowiadała
szeptem, jakby nie chciała, żeby mąż słyszał jej słowa, bo mógłby być
zakłopotany.
- Wszyscy go lubili - mówiła Brenda. - Nie potrafię wskazać nikogo, kto
chciałby mu zrobić krzywdę. Zawsze rozśmieszał ludzi.
- A jaką miał pracę? - zapytał Fairbrother. - Może zdenerwował kogoś ze
swojej branży? Może sprokurował sobie wroga, nawet o tym nie wiedząc.
Takie rzeczy się zdarzają.
- Philip prowadzi sklep z artykułami żelaznymi. No... prowadził. Harris's
Hardware przy Garratt Lane. Ale naprawdę nie mogę sobie wyobrazić, żeby
Philip rozwścieczył kogoś tak mocno, że ten postanowił wykopać go z grobu, tym bardziej rok po pogrzebie.
Brenda wykrzywiła usta z rozpaczy i po jej policzkach popłynęły łzy.
Sierżant Morrison usiadła obok niej na sofie i ją objęła.
- Bardzo za nim tęsknię, odkąd umarł - wykrztusiła Brenda. - Ale mogłam
chociaż chodzić na jego grób i przynosić mu kwiaty, bo wiedziałam, że
tam spoczywa w pokoju. A teraz nie wiem, gdzie on jest i dlaczego ktoś
go zabrał. Przecież Philip nie żyje! Dlaczego nie zostawiono go w spokoju?
- Pani Harris, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby poznać prawdę,
proszę mi wierzyć - odezwała się sierżant Morrison. - I niech pani nie
traci nadziei. Znajdziemy go, obiecuję, i wyprawimy mu drugi pogrzeb.
Powróci do ziemi i znów będzie mógł spokojnie spać.
W drodze na komisariat inspektor Fairbrother zauważył:
- Chyba trochę pochopnie obiecałaś, że go na pewno znajdziemy.
- Być może. Ale nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek będzie chciał gdzieś
przechowywać rozkładające się zwłoki. Już sam ich zapach jest
odrażający.
- Sam nie wiem. Bywają różne gusty. Moja małżonka uwielbia ser
limburger, który śmierdzi gorzej niż jakiekolwiek zwłoki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki