ROZDZIAŁ 3
mama nie jest dla mnie zbyt miła
W 2005 roku, kiedy miałam dwa lata, przedstawienie Ruby poszerzyło obsadę o debiut mojego brata Chada. Oprócz niego zyskaliśmy kolejny dodatek - naszego pierwszego psa, Nolly, podskakującą szczeniaczkę, labradorkę, pełną energii i miłości. Przywiązała się do mnie i wariacko merdając ogonem, obsypywała mnie niezdarnymi całusami. Nolly, podobnie jak mój młodszy braciszek, nigdy nie przestawała mnie rozśmieszać.
W 2007 roku na scenie pojawiło się trzecie dziecko Ruby. Nie przytoczę w książce imienia mojej siostry. Młodsze rodzeństwo, z wyjątkiem Chada, pozostanie w tej opowieści bezimienne. To nie przeoczenie - to moja ostatnia linia obrony dla nich.
W lepszej wersji świata ich historie nie stałyby się pożywką dla książki. Prywatne chwile należałyby tylko do nich, znane jedynie przyjaciołom i rodzinie, nie byłyby rozkładane na czynniki pierwsze przez obcych ludzi w internecie. Jednak spokój i anonimowość nigdy nie były nam pisane. Możemy podziękować za to Ruby. Oraz jej nienasyconemu głodowi uwagi i sukcesu.
Droga mojej matki ku temu, by stanąć na świeczniku, zaczęła się dość niewinnie - od parentingowego bloga Good Lookin Home Cookin (Smaczna i zdrowa kuchnia domowa). Mamowa blogosfera wciąż przypominała wolną amerykankę, stanowiła łakomy kąsek i Ruby wraz z siostrami i przyjaciółkami z ekscytacją odkrywały możliwości mediów internetowych.
"Głównym celem tego bloga jest zapisywanie jak w pamiętniku rozrastania się naszej rodziny i naszych przeżyć" - deklarowała Ruby na lśniącym nowym blogowym profilu. "Chcę, żeby moje dzieci miały swoje miejsce w internecie, do którego mogą się udać i z radością czytać o sobie i o tym, jak dorastały".
Kościół zachęca nas, byśmy starannie dokumentowali nasze życie, tworzyli plan działania dla przyszłych pokoleń i zrozumieli swoje korzenie. Wydawało się więc, że internet po prostu stanowi tego przedłużenie, inny sposób, w który można wykonywać zadanie od Pana. Niewielki blog z przepisami pozwolił Ruby po raz pierwszy zasmakować w istnieniu w przestrzeni internetowej. Przekonała się, jakie możliwości to za sobą pociąga jako narzędzie do uzewnętrzniania się, projektowania tożsamości i fabrykowania więzi z ludźmi poprzez dzielenie się recepturami na krem malinowy, kurczaka z miodem i limonką czy blachę ciastek, odmalowując obraz domu nieustannie wypełnionego zapachem świeżo wypieczonego chleba i posiłków przygotowanych z miłością.
Prawda jest taka, że nie mam pewności, czy Ruby kiedykolwiek zaserwowała te dania. Jasne, zawsze coś piekła (lubiła wypróbowywać przepisy z książki kucharskiej Ann Romney), ale większość receptur zamieszczonych na Good Lookin Home Cookin wyrażała raczej aspiracje niż realne osiągnięcia, składała się na obrazek uśmiechniętej, oprószonej mąką mamy, ze stadkiem aniołków zgromadzonych wokół stołu. Już na początku internetowej kariery Ruby pokazywała gotowość złożenia autentyczności na ołtarzu pozorów.
Są pewne wyjątki - potwierdzam, że jej chleb był legendarny, ów produkt pierwszej potrzeby wszystkich rodzinnych spotkań i imprez, na które każdy coś przynosił. Kroiła go grubo, każdy kawałek sam w sobie był małym bochenkiem, w którym widać było nierównomierne spulchnienie, zdradzające ugniatanie rękoma i cierpliwość. Skórka zawsze była lekko chrupiąca, po czym zapraszała do miękkiego, ciepłego środka. Był to chleb, który trzeba było zauważyć, który zamieniał zwykłą kanapkę w posiłek. Często wystarczył jeden kawałek, żebym zaspokoiła głód, choć zwykle zjadałam więcej.
Później założyła inne blogi: Full Suburban (Przedmieścia pełną parą) oraz prowadzony wraz z przyjaciółkami blog mam Yummy Mummy's (Mamuśki, że palce lizać). Wykorzystując wrodzoną smykałkę do marketingu, zaczęła tworzyć markę, oznaczając nasze rodzinne zdjęcia logo w rogu, które głosiło "Oto życie Franke". Moje trzy ciotki, Ellie, Bonnie i Julie, które zamieszkały z mężami i własnymi rosnącymi trzódkami w odległości półtorej godziny jazdy od siebie, wykazywały podobne zainteresowanie blogowaniem. Wyglądało na to, że mają to wpisane w geny, tę kobiecą chęć, by obrócić życie rodzinne w coś większego.
"Wszystkie moje dzieci nauczą się grać na pianinie" - ogłosiła Ruby, a ja jako pierworodna zostałam królikiem doświadczalnym. Odkąd skończyłam pięć lat, Ruby budziła mnie o szóstej rano, sadzała prosto przed naszym kawai, żebym ćwiczyła pod jej wymagającym spojrzeniem.
- Zginaj palce, Shari! Odliczaj! - warczała, waląc dłonią w pianino, przez co aż podskakiwałam. - I na litość boską, nie rób takiej miny.
Szybko nauczyłam się, że wszystko prócz nieokiełznanego entuzjazmu wywoła wybuch gniewu Ruby. Niech tylko cień niezadowolenia przemknie przez moją twarz i plask! Uderzenie w ramię, prztyczek w usta lub ostre pociągnięcie za ucho. Rzadko płakałam, kiedy Ruby mnie karała - tylko jednej osobie wolno było ronić łzy i nie byłam to ja. Siedziałam więc cicho, zachowując obojętną minę. Jednak pod tą spokojną fasadą zaczęła kiełkować we mnie pewna świadomość.
Mama nie jest dla mnie zbyt miła.
Byłam wdzięczna Nolly, która wyrosła z uroczej szczeniaczki na dorosłą labradorkę. Podczas wyczerpujących lekcji gry na pianinie, kiedy krytyczny głos mamy zdawał się wypełniać każdy kąt pokoju, Nolly zajmowała miejsce pod pianinem, jej ciepłe ciało wciskało się w moje stopy. Kiedy tyrada mamy stawała się nie do zniesienia, zerkałam w dół, by zobaczyć łagodne brązowe oczy Nolly wpatrujące się we mnie, pełne miłości i wsparcia, jakby chciały powiedzieć: "Wszystko w porządku, siedzimy w tym razem".
- Mamusiu - pojękiwałam, wchodząc późnym wieczorem do sypialni rodziców z pluszowym konikiem Bubblesem przyciśniętym do piersi. - Znowu boli mnie brzuszek.
Ruby wzdychała ciężko, twarz wykrzywiało poirytowanie.
- Shari, już to przerabiałyśmy. Nic ci nie dolega. Wracaj do łóżka.
Już wtedy, gdy miałam pięć lat, moje ciało zaczynało się buntować, tak jakby komórki wykrzykiwały niezgodę na otoczenie, w jakim się znalazły. Wiem, oczywiście, że ból brzucha to było coś więcej niż tylko dziecinna skarga - była to fizyczna reakcja na dręczący mnie lęk.
Nocą nieustanne poczucie niepokoju przeradzało się w przerażenie. Leżałam w łóżku, czując, jak ciemność na mnie napiera, całkowicie przekonana, że w każdej chwili prawdziwy demon zmaterializuje się obok mojego łóżka, gotów skraść mi duszę. Strach był tak prawdziwy, że błagałam Ruby, by zostawiła włączone światło, kiedy kładłam się spać. Ale ona nie miała czasu na moje dziwactwa.
- Nie, Shari, musisz nauczyć się spać po ciemku. W moim domu nie ma żadnych demonów. - Myliła się, rzecz jasna. Z pewnością był jeden.
Kiedy tylko gasło światło, pojawiały się inne, groteskowe postaci wprost ze średniowiecznego piekła, demoniczne byty łypiące okiem z krzywym uśmieszkiem od ucha do ucha. Ich wypaczone twarze prześladowały mnie w bezsenne noce, dręczące opowieści z ich udziałem rozgrywały się w moich snach.
Dlaczego małej dziewczynce dokuczały tak namacalne lęki przed opętaniem przez demona? Jestem pewna, że znaczącą rolę odegrała głęboko religijna atmosfera, w której byłam zanurzona. Mocno wierzyliśmy w siłę szatana i zdolność legionów upadłych dusz do opętania ludzi. Wierzyliśmy, że zło może przybierać fizyczną formę, czasami przelotnie, czasem na dłuższy czas. Wychowanie w wierze, że samo powietrze, jakim oddycham, było gęste od niewidzialnych sił walczących o zwierzchność nad moją duszą, stanowiło mały krok ku temu, by mój młody umysł wyobrażał sobie bitwę wściekle toczącą się w mojej własnej sypialni.
Ponadto nieustanny strach odczuwany w obecności emocjonalnie niestabilnej matki zaszczepił we mnie takie lęki - tak jakby podświadomość, niepotrafiąca pojąć chaosu panującego w domu, wyczarowała nadprzyrodzone grozy, by nadać formę bezkształtnemu niepokojowi, który zdawał się przesiąkać nasz dom.
Pewnego tygodnia ćwiczyłam nową piosenkę, którą zadała mi nauczycielka pianina; wykuwałam na pamięć każdą nutę i akord, aż właściwie mogłabym zagrać ją we śnie. Ruby wydawała się zadowolona z moich postępów i stwierdziła, że nadszedł czas, by przejść do innego utworu muzycznego. Ale wtedy przyszła pora na lekcję pianina.
- Jeszcze trochę, kochanie - stwierdziła nauczycielka, gdy usłyszała, jak gram. - Popracujmy nad tym jeszcze przez tydzień.
Po tygodniu dałaby mi w nagrodę naklejkę i uznała, że robota skończona. Bez wątpienia była to dla niej drobnostka. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że mała złota gwiazdka była dla mnie kwestią życia i śmierci - jak niby miałam powiedzieć Ruby, że jej opinia została zanegowana? Czy moja nauczycielka nie rozumiała, w jakim niebezpiecznym położeniu mnie postawiła; nie wiedziała, że właśnie naruszyła delikatną równowagę sił?
Gorące łzy piekły mnie w kącikach oczu i wierciłam się na swoim miejscu, kiedy nauczycielka pytająco patrzyła na mnie, nienawykła do oglądania tak intensywnych reakcji u pięciolatki.
- Co się dzieje, Shari? - spytała.
- Chodzi o to, że... moja mama uważa, że już to umiem - odparłam drżącym głosem.
Jak mogłam wytłumaczyć nauczycielce, że codziennie stąpam po polu minowym, że jestem zmuszona ostrożnie chodzić na paluszkach?
Nauczycielka, czując, że właśnie otworzyła puszkę Pandory, sprytnie postanowiła ją zamknąć.
- Dobrze, nieważne, tu masz naklejkę, dobra robota! Świetnie się spisałaś. Następna piosenka w przyszłym tygodniu?
Uff. Wykaraskałam się z tarapatów... na razie.
Wspominając to, zastanawiam się, jak szybko mój młody umysł dostosowywał się do nastrojów Ruby. W wieku pięciu lat instynktownie znałam swoje miejsce. Bądź ustępliwa. Bądź posłuszna. Ugniataj się i formuj w taki kształt, jaki pozwoli warunkowo zdobyć względy Ruby. Byłam rośliną wyciągającą się do słońca, wykrzywiającą się w nienaturalną postać tylko po to, by pochwycić promyk jej aprobaty. Jednak bez względu na to, jak się wykręcałam i obracałam, nieważne, jak wiele osiągnęłam i co zdobyłam, nigdy nie było wystarczająco. Zawsze była jakaś nowa poprzeczka do przeskoczenia, jakiś nowy standard do spełnienia.
Żadne dziecko nigdy nie powinno zdobywać uczucia rodziców. I żadne osiągnięcia nigdy nie wypełnią pustki, w której powinna znajdować się bezwarunkowa miłość. Dziś sama myśl o siedzeniu przy pianinie wywołuje najdawniejsze i najgłębsze lęki, wszystkie związane z moją matką. Szkoda, że najpiękniejsze rzeczy, nawet muzyka, mogą zostać zniszczone przez cienie naszej przeszłości.