Dramatis personae
Teblorzy z plemienia Urydów
Karsa Orlong: młody wojownik
Bairoth Gild: młody wojownik
Delum Thord: młody wojownik
Dayliss: młoda kobieta
Pahlk: dziadek Karsy
Synyg: ojciec Karsy
Armia przybocznej
Przyboczna Tavore
Pięść Gamet/Gimlet
T'jantar
Pięść Tene Baralta
Pięść Blistig
Kapitan Keneb
Pędrak: jego adoptowany syn
Admirał Nok
Komendant Alardis
Nul: wickański czarnoksiężnik
Nadir: wickańska czarownica
Temul: Wickanin z Klanu Wron (ocalony ze Sznura Psów)
Patrzałek: żołnierz Gwardii Areńskiej
Perła: szpon
Lostara Yil: oficer Czerwonych Mieczy
Gall: wódz wojenny Khundrylów z Wypalonych Łez
Imrahl: khundrylski wojownik z Wypalonych Łez
Topper: szponmistrz
Żołnierze z 9 kompanii 8 legionu
Piechota morska
Porucznik Ranal
Sierżant Struna
Sierżant Gesler
Sierżant Borduke
Kapral Tarcz
Kapral Chmura
Kapral Hubb
Flaszka: mag drużyny
Śmieszka
Koryk: żołnierz, półkrwi Seti
Mątwa: saper
Prawda
Pella
Tavos Pond
Piasek
Balgrid
Ibb
Możliwe
Lutnia
Ciężka piechota
Sierżant Mosel
Sierżant Sobelone
Sierżant Tugg
Mądrala
Uru Hela
Micha
Krótkonos
Wybrani żołnierze średniozbrojnej piechoty
Sierżant Balsam
Sierżant Moak
Sierżant Thom Tissy
Kapral Trupismród
Kapral Spalony
Kapral Tulipan
Rzezigardzioł
Opak
Galt
Płatek
Stawiacz
Rampa
Zdolny
Inni żołnierze Imperium Malazańskiego
Sierżant Postronek: Druga Kompania, Pułk Ashocki
Ebron: Piąta Drużyna, mag
Kulas: Piąta Drużyna
Dzwon: Piąta Drużyna
Kapral Odprysk: Piąta Drużyna
Kapitan Milutek: Druga Kompania
Porucznik Pryszcz: Druga Kompania
Jibb: Gwardia Ehrlitańska
Mewiślad: Gwardia Ehrlitańska
Bazgroł: Gwardia Ehrlitańska
Starszy sierżant Wyłam Ząb: Miejski Garnizon Malazański
Kapitan Irriz: renegat
Sinn: uchodźca
Gentur
Opluwacz
Hawl
Nathijczycy
Handlarz niewolników Silgar
Damisk
Balantis
Astabb
Borrug
Inni na Genabackis
Torvald Nom
Cisza
Ganal
Armia Apokalipsy sha'ik
Sha'ik: Wybrana przez Boginię Tornada (ongiś Felisin z rodu Paranów)
Felisin Młodsza: jej adoptowana córka
Toblakai
Leoman od Cepów
Wielki mag L'oric
Wielki mag Bidithal
Wielki mag Febryl
Heboric Widmoworęki
Kamist Reloe: mag Korbolo Doma
Henaras: czarodziejka
Fayelle: czarodziejka
Mathok: wódz wojenny Pustynnych Plemion
T'morol: jego osobisty strażnik
Corabb Bhilan Thenu'alas: oficer z kompanii Leomana
Scillara: markietanka
Duryl: posłaniec
Ethume: kapral
Korbolo Dom: napański renegat
Kasanal: jego wynajęty skrytobójca
Inni
Kalam Mekhar: skrytobójca
Trull Sengar: Tiste Edur
Onrack: T'lan Imass
Nożownik: skrytobójca (znany też jako Crokus)
Apsalar: skrytobójczyni
Rellock: ojciec Apsalar
Kotylion: patron skrytobójców
Wędrowiec
Rood: Ogar Cienia
Blind: Ogar Cienia
Darist: Tiste Andii
Ba'ienrok (Strażnik): pustelnik
Ibra Gholan: wódz klanu T'lan Imassów
Monok Ochem: rzucający kości T'lan Imassów Logrosa
Haran Epal: T'lan Imass
Olar Shayn: T'lan Imass
Szara Żaba: demon chowaniec
Apt: demonica (matrona Aptorian z Cienia)
Azalan: demon z Cienia
Panek: dziecko Cienia
Mebra: szpieg z Ehrlitanu
Iskaral Krost: kapłan Cienia
Mogora: jego żona, d'ivers
Cynnigig: Jaghut
Phyrlis: Jaghutka
Aramala: Jaghutka
Icarium: Jhag
Mappo Konus: Trell
Jorrude: seneszal Tiste Liosan
Malachar: Tiste Liosan
Enias: Tiste Liosan
Orenas: Tiste Liosan
Prolog
Na pograniczu Zaczątku, 943 dzień Poszukiwań
1139 rok snu Pożogi
Szare, rozdęte, pokryte plamami ciała pokrywały muliste wybrzeże tak
daleko, jak okiem sięgnąć. Na gnijących zwłokach - zarówno wyrzuconych
na brzeg niczym drewno, jak i kołyszących się jeszcze na falach - roiło
się od czarnych krabów o dziesięciu nogach. Małe niczym monety
stworzenia dopiero rozpoczynały sutą ucztę, którą zawdzięczały rozdarciu
się groty.
Kolor morza stanowił zwierciadlane odbicie zachmurzonego nieba. Matowa,
łaciata szarość na górze i na dole, mącona gdzieniegdzie ciemniejszą
barwą mułu oraz - w odległości trzydziestu ruchów wiosła - ochrowymi
plamami ledwie widocznych górnych pięter budynków zatopionego miasta.
Sztormy minęły i pośród szczątków pochłoniętego przez fale świata
panował teraz spokój.
Tutejsi mieszkańcy byli niscy i krępi. Twarze mieli płaskie, a długie,
jasne włosy opadały im na ramiona. Sądząc po ciepłym odzieniu, w ich
świecie panowały chłody. Po rozdarciu temperatura zmieniła się jednak
drastycznie. Było tu teraz gorąco i parno, a w powietrzu unosił się odór
rozkładu.
Morze zrodziło się z rzeki płynącej w innym królestwie. Potężna, szeroka
słodkowodna arteria biegła zapewne przez cały kontynent, niosąc ze sobą
równinny muł. Jej mroczne głębie były siedliskiem ogromnych sumów i wielkich jak koło wozu wodnych pająków, a na płyciznach roiło się od
krabów oraz drapieżnych roślin pozbawionych korzeni. Potem niosący
niezmierną masę wody nurt wdarł się do tej bezkresnej, płaskiej krainy.
Płynął przez dni, tygodnie, miesiące.
Burze, wywołane przez gwałtowne starcie tropikalnych prądów powietrznych
z miejscowym umiarkowanym klimatem, dały początek szalonym wichrom,
które pędziły wody wciąż dalej i dalej. Razem z niepowstrzymanym potopem
nadeszły epidemie, odbierające życie tym, którzy nie utonęli.
Ostatniej nocy rozdarcie w jakiś sposób się zamknęło. Rzeka z innego
królestwa wróciła do pierwotnego koryta.
Ciągnąca się przed Trullem Sengarem linia brzegowa zapewne nie
zasługiwała na tę nazwę, lecz żadne inne określenie nie przychodziło mu
do głowy. Brzeg składał się wyłącznie z mułu gromadzącego się pod
wysokim murem, który sięgał od horyzontu po horyzont. Mur oparł się
powodzi, choć z jego szczytu spływały na drugą stronę kaskady wody.
Po lewej stronie miał ciała, a po prawej pionowy spadek wysokości
siedmiu, może ośmiu mężczyzn. Szczyt muru liczył sobie niespełna
trzydzieści kroków szerokości. Fakt, że ta konstrukcja powstrzymała całe
morze, sugerował czary. Szerokie, płaskie kamienie, z których ją
zbudowano, były usmarowane błotem, schnącym już na upale. Na powierzchni
muru tańczyły ciemnobrązowe owady, które uskakiwały z drogi Trullowi
Sengarowi i jego oprawcom.
Trullowi ta myśl nadal nie chciała się pomieścić w głowie. Moi oprawcy.
Niełatwo mu było się z tym pogodzić. Przecież to byli jego bracia.
Rodzina. Znał ich twarze przez całe życie, widział, jak się uśmiechają,
słyszał ich śmiech, a niekiedy dostrzegał też na ich obliczach żal
stanowiący zwierciadlane odbicie tego, który sam czuł. Stał u ich boku
podczas wszystkiego, co się wydarzyło, czy były to chwalebne triumfy,
czy też rozdzierające duszę straty.
Oprawcy.
Teraz nie było uśmiechów, nie było śmiechu. Twarze tych, którzy go
pilnowali, były zimne i nieruchome.
Jak nisko upadliśmy.
Marsz dobiegł końca. Mężczyźni obalili Trulla Sengara na ziemię, nie
zważając na jego siniaki, na zadrapania i rany, z których nadal sączyła
się krew. Nieżyjący już mieszkańcy tego świata umieścili w jakimś
nieznanym celu na szczycie muru masywne żelazne pierścienie, umocowane w sercu wielkich kamiennych bloków. Rozmieszczono je wzdłuż muru co jakieś
piętnaście kroków, tak daleko, jak Trull mógł sięgnąć wzrokiem.
Teraz miały znaleźć nową funkcję.
Opletli Trulla Sengara łańcuchami. Jego ręce i nogi zakuli w kajdany.
Wokół talii boleśnie zacisnęli mu nabijany gwoździami pas. Potem
przewlekli łańcuchy przez żelazne kółka pasa i naciągnęli je mocno, by
unieruchomić go obok pierścienia. Do szczęki przytwierdzili mu metalowe
imadło. Następnie zacisnęli je, zmuszając go do otwarcia ust, i wepchnęli do nich metalową płytkę, która przyciskała język.
Później nastąpiło odcięcie. Na czole Trulla wyrysowali sztyletem krąg,
który potem przecięli zygzakowatą linią, wbijając czubek noża tak
głęboko, że aż naruszył kość. W rany wtarli popiół. Długi, pojedynczy
warkocz obcięli brutalnymi uderzeniami, od których jego kark pokryły
krwawe rany. W resztę włosów wtarli gęstą, lepką maść. Za kilka godzin
wszystkie włosy odpadną i Trull Sengar na zawsze stanie się łysy.
Odcięcie było absolutnym, nieodwracalnym aktem odrzucenia. Był teraz
wyrzutkiem. Dla swych braci przestał istnieć. Nikt nie będzie obchodził
po nim żałoby. Jego czyny zostaną zapomniane, tak jak jego imię. Jego
rodzice wydali na świat jedno dziecko mniej. To była najsurowsza kara
znana jego ludowi, znacznie straszliwsza od egzekucji.
Ale Trull Sengar nie popełnił żadnej zbrodni.
Oto jak nisko upadliśmy.
Stanęli nad nim. Być może dopiero w tej chwili dotarło do nich, co
uczynili.
Ciszę zmącił znajomy głos.
- Teraz o nim pomówimy, a gdy już opuścimy to miejsce, przestanie być
naszym bratem.
- Teraz o nim pomówimy - zaintonowali inni.
- On cię zdradził - dodał jeden z nich.
Pierwszy głos był chłodny, nie było w nim słychać triumfu, choć Trull
Sengar wiedział, że mówiący go czuje.
- Twierdzisz, że mnie zdradził.
- Tak, bracie.
- Jaki masz na to dowód?
- Słyszałem to z jego ust.
- Czy tylko ty jeden utrzymujesz, że słyszałeś owe słowa zdrady?
- Nie, ja również je słyszałem.
- I ja, bracie.
- A co nasz brat wam powiedział?
- Że przeciąłeś łączące cię z nami więzy krwi.
- Że służysz ukrytemu panu.
- Że twoja ambicja przywiedzie nas wszystkich do zguby...
- Cały nasz lud.
- To znaczy, że wystąpił przeciwko mnie.
- Tak.
- Własnymi ustami oskarżył mnie o zdradę naszego ludu.
- Tak.
- A czy jestem winny? Rozważmy ten zarzut. Południowe ziemie ogarnął
ogień. Armie nieprzyjaciela zrejterowały. Nasi wrogowie klęczą przed
nami, błagając nas, byśmy pozwolili im zostać naszymi niewolnikami. Z niczego stworzyliśmy imperium, a nasza siła nadal rośnie. Co musicie
czynić, byśmy stali się silniejsi, bracia?
- Musimy poszukiwać.
- Tak jest. A gdy już znajdziecie to, czego szukacie?
- Musimy to oddać tobie, bracie.
- Czy rozumiecie, dlaczego trzeba tak postąpić?
- Rozumiemy.
- Czy rozumiecie, jak wiele poświęciłem dla was, dla naszego ludu i naszej przyszłości?
- Rozumiemy.
- A mimo to podczas poszukiwań ten mężczyzna, nasz były brat, wystąpił
przeciwko mnie.
- Tak.
- Co gorsza, próbował bronić tych nowych wrogów, których znaleźliśmy.
- Próbował. Zwał ich Czystymi Kuzynami i twierdził, że nie powinniśmy
ich zabijać.
- A gdyby rzeczywiście byli Czystymi Kuzynami...
- Nie ginęliby tak łatwo.
- To prawda.
- On cię zdradził, bracie.
- Zdradził nas wszystkich.
Zapadła cisza.
Ach, chcesz się z nimi podzielić swą zbrodnią. A oni się wahają.
- Zdradził nas wszystkich, nieprawdaż, bracia?
- Tak - rozległ się chór wątpiących głosów, wypowiadających chrapliwie,
niemal szeptem, to słowo.
Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Potem rozległ się głos, w którym pobrzmiewał z najwyższym wysiłkiem tłumiony gniew.
- To prawda, bracia. Czy mamy zlekceważyć to niebezpieczeństwo? Tę
groźbę zdrady, tę truciznę, tę zarazę, która próbuje zniszczyć naszą
rodzinę? Czy będzie się ona szerzyć? Czy jeszcze tu przyjdziemy? Musimy
być czujni, bracia. Uważać na swoje myśli. Na siebie nawzajem. Tak oto
pomówiliśmy o nim. Już go nie ma.
- Już go nie ma.
- Nigdy nie istniał.
- Nigdy nie istniał.
- Opuśćmy więc to miejsce.
- Tak, opuśćmy.
Trull Sengar wytężał słuch, aż wreszcie przestał słyszeć ich kroki,
wyczuwać drżenie kamienia pod ciężkimi butami. Został sam. Nie mógł się
poruszyć, widział tylko ubłocony kamienny mur u podstawy żelaznego
pierścienia.
Trupy kołysały się leniwie na falach u brzegu. Biegały po nich kraby.
Woda nadal przesączała się przez zaprawę murarską, wnikała w cyklopowy
mur, szepcząc niczym duchy, a potem spływała z niego po drugiej stronie.
Jego lud od dawna znał tę prawdę, być może jedyną prawdę. Natura toczy
tylko jedną, wieczną wojnę. Ma tylko jednego wroga. Uświadomić to sobie
znaczyło zrozumieć świat. Każdy świat.
Natura ma tylko jednego wroga.
I jest nim nierównowaga.
Mur powstrzymywał morze.
Kryją się w tym dwa znaczenia. Bracia, czyż nie dostrzegacie tej prawdy?
Mur powstrzymuje morze.
Na pewien czas.
Temu potopowi nie da się zapobiec. On się dopiero zaczął. Jego bracia
tego nie pojmowali. Być może nigdy to do nich nie dotrze.
Wśród jego ludu utonięcie było częstą przyczyną śmierci. Nie obawiano
się go. Trull Sengar również miał utonąć. Wkrótce.
Podejrzewał, że cały ich lud niedługo pójdzie w jego ślady.
Jego brat naruszył równowagę.
A tego natura nie będzie tolerowała.
Rozdział pierwszy
Dzieci z mrocznego domu
wybierają ścieżki skryte w cieniu.
Nathijskie porzekadło ludowe
Pies rozszarpał kobietę, starca i dziecko, nim wojownicy zdołali
zapędzić go do opuszczonego pieca do wypalania gliny na skraju wioski.
Do tej pory wierność zwierzęcia była niezachwiana. Strzegło ono ziem
Urydów z gwałtownym zapałem odpowiednim do jego twardych, lecz
sprawiedliwych obowiązków. Na jego ciele nie widziało się ran, które
mogłyby się paskudzić, wpuszczając do żył ducha szaleństwa. Pies nie
zapadł też na pieniącą chorobę. Żadne inne zwierzę nie rzuciło wyzwania
jego pozycji w sforze. Nie było nic, zupełnie nic, co mogłoby
wytłumaczyć tę nagłą zmianę.
Wojownicy osaczyli psa pod łukowatą tylną ścianą pieca i kłuli
włóczniami ujadające szaleńczo, próbujące kąsać zwierzę, aż wreszcie
padło martwe. Gdy przyjrzeli się włóczniom, zobaczyli, że drzewca są
pogryzione i mokre od krwi i śliny, a żelazne okucia powgniatane i porysowane.
Wiedzieli, że szaleństwo może się czaić ukryte głęboko pod powierzchnią,
a nawet jego nieznaczna domieszka obraca stopniowo krew w coś gorzkiego.
Szamani zbadali trzy ofiary. Dwie z nich zmarły, lecz dziecko jeszcze
się trzymało życia.
Ojciec zaniósł chłopca do Twarzy w Skale. Towarzyszył mu posępny orszak.
Położył syna na polanie przed Siedmioma Bogami Teblorów i zostawił je
tam.
Chłopiec wkrótce skonał, sam ze swym bólem wobec bezlitosnych twarzy
wykutych w ścianie urwiska.
Los, który go spotkał, nie był niespodzianką. Chłopiec był jeszcze za
mały, żeby się modlić.
Rzecz jasna, wszystko to zdarzyło się przed wielu wiekami.
Na długo przed tym, nim Siedmiu Bogów otworzyło oczy.
Rok Urugala Utkanego
1159 snu Pożogi
Opowieści były pełne chwały. Płonące gospodarstwa rolne, dzieci włóczone
za końmi przez długie mile. Trofea z owych dawnych dni zdobiły ściany
długiego domu jego dziadka. Pokiereszowane czerepy, delikatne żuchwy.
Dziwne fragmenty ubrań z jakiegoś nieznanego materiału, poczerniałe od
dymu i wystrzępione. Małe uszy przybite do każdego z drewnianych słupów,
na których wspierała się niska strzecha.
Te dowody świadczyły, że Srebrne Jezioro istnieje w rzeczywistości, za
lesistymi górami i ukrytymi przesmykami, tydzień - a może dwa tygodnie -
drogi od ziem klanu Urydów. Droga tam była pełna niebezpieczeństw,
wiodła przez terytoria Sunydów i Rathydów. Sama podróż stała się
legendą. Trzeba było przemykać się bezgłośnie i niepostrzeżenie przez
wrogie obozowiska, przesuwając po drodze kamienie z palenisk, co
stanowiło najstraszliwszą zniewagę, dniem i nocą wymykać się myśliwym
albo tropicielom. Dalej ciągnęło się pogranicze, które również należało
sforsować, a za nim dopiero leżały nieznane krainy pełne bogactw, o jakich nikomu się nawet nie śniło.
Karsa Orlong od dziecka nasiąknął opowieściami dziadka. Były one niczym
legion, nieustraszony i wojowniczy, wobec bladego, pustego dziedzictwa
Synyga, syna Pahlka i ojca Karsy. Synyga, który nie dokonał w życiu
niczego, który pasł konie w swej dolinie i ani razu nie wypuścił się na
nieprzyjacielskie ziemie. Synyga, który był największą hańbą zarówno dla
ojca, jak i dla syna.
Co prawda, Synyg nieraz bronił swego stada koni przed rabusiami z innych
klanów. Robił to dobrze, wykazując się honorową walecznością i godnymi
podziwu umiejętnościami. Tego jednak wymagano od wszystkich, w których
żyłach płynęła krew Urydów. Twarzą w Skale tego klanu był Urugal Utkany,
uważany za najgwałtowniejszego z siedmiu bogów. Inne klany miały powody,
by się bać Urydów.
Synyg wykazał się też mistrzostwem w nauczaniu jedynego syna tańców
walki. Karsa władał mieczem z krwawego drewna z biegłością znacznie
przewyższającą jego lata. Był jednym z najlepszych wojowników w klanie.
Urydowie gardzili łukami, lecz za to byli mistrzami włóczni i atlatla,
zębatego dysku i czarnego sznura. Synyg nauczył syna znakomicie walczyć
każdą z tych broni.
Niemniej jednak tego typu szkolenia oczekiwano od każdego ojca z klanu
Urydów. Karsa nie znajdował w tym wszystkim powodów do dumy. W końcu
tańce walki były tylko przygotowaniem. Chwałę przynosiło to, co
następowało później - pojedynki, wypady i okrutne wendety.
Nie miał zamiaru naśladować ojca. Nie będzie bezczynny. Podąży szlakiem
dziadka. Dalej, niż się komukolwiek wydawało. Zbyt wielka część sławy
klanu wywodziła się z dalekiej przeszłości. Urydowie stali się zanadto
pewni siebie, swej pozycji pierwszych między Teblorami. Pahlk nieraz
mamrotał pod nosem, gdy kości bolały go od starych ran, a wstyd, jaki
przynosił mu syn, palił go szczególnie dotkliwie.
Powrót do dawnych zwyczajów. Ja, Karsa Orlong, poprowadzę klan tą drogą.
Delum Thord jest ze mną. Bairoth Gild również. Wszyscy jesteśmy w pierwszym roku naznaczenia bliznami. Dokonaliśmy pierwszego czynu.
Zabiliśmy wrogów. Ukradliśmy konie. Przenieśliśmy kamienie z palenisk
Kellydów i Burydów.
A teraz, z nastaniem nowego księżyca, w roku twojego imienia, Urugalu,
ruszymy do Srebrnego Jeziora, by zabić dzieci, które tam mieszkają.
Klęczał na polanie, chyląc głowę przed Twarzami w Skale. Wiedział, że na
obliczu Urugala, wykutym wysoko na ścianie klifu, odbija się jego
gwałtowne pragnienie, a inni bogowie spoglądają na młodego Uryda z zazdrością i nienawiścią. Każdy z nich miał bowiem własny klan -
pomijając 'Siballe, która była Nieznaleziona - a żadne z ich dzieci nie
klękało przed nimi, by złożyć tak śmiałe śluby.
Karsa podejrzewał, że samozadowolenie jest plagą nękającą wszystkie
klany Teblorów. Mieszkańcy świata leżącego za górami nie odważyli się
wkraczać na ich tereny. Podobnych prób nie podejmowano już od
dziesięcioleci. Ziem Teblorów nie odwiedzali goście, a oni sami nie
spoglądali z mrocznym głodem na tereny leżące za pograniczem, co przed
pokoleniami zdarzało się często. Ostatnim mężczyzną, który dokonał
wypadu na obce terytorium, był jego dziadek, który dotarł aż do brzegów
Srebrnego Jeziora. Gospodarstwa rolne przycupnęły tam niczym przegniłe
grzyby, a dzieci pierzchały przed nim jak myszy. Wtedy były tam tylko
dwa gospodarstwa, na terenie których stało sześć budynków. Karsa był
przekonany, że teraz będzie ich więcej. Trzy, może nawet cztery. Nawet
rzeź Pahlka zblednie wobec tej, której dokonają Karsa, Delum i Bairoth.
Oto moja przysięga, umiłowany Urugalu. Przyniosę ci wspaniałe trofea,
jakie nigdy jeszcze nie czerniły gleby na tej polanie. Być może to
wystarczy, by uwolnić cię z kamienia, byś mógł znowu zstąpić między nas
i nieść śmierć naszym wrogom.
Tak ślubuję ja, Karsa Orlong, wnuk Pahlka Orlonga. Jeśli wątpisz w moje
słowa, Urugalu, dowiedz się, że wyruszamy dzisiejszej nocy. Zaczniemy
podróż, gdy tylko zajdzie to właśnie słońce. I gdy tylko słońce każdego
dnia zrodzi słońce następnego, wszystkie one będą kolejno spoglądały z góry na trzech wojowników z klanu Urydów, którzy poprowadzą swe rumaki
przez wąwozy ku nieznanym krainom. Po z górą czterech stuleciach Srebrne
Jezioro znowu zadrży, słysząc kroki nadchodzących Teblorów.
Karsa uniósł powoli głowę, wodząc wzrokiem po wyszczerbionej powierzchni
urwiska, aż wreszcie odnalazł bezlitosną, zwierzęcą twarz Urugala,
widoczną między obliczami jego kuzynów. Czarne otwory oczodołów były
skierowane na Karsę i wojownik miał wrażenie, że dostrzega w nich chciwą
satysfakcję. Był wręcz tego pewien i zamierzał powtórzyć to jako prawdę
Delumowi i Bairothowi, a także Dayliss, albowiem bardzo pragnął usłyszeć
jej błogosławieństwo, jej zimne słowa...
"Ja, Dayliss, która jeszcze nie znalazłam nazwiska, błogosławię ciebie,
Karso Orlong, przed twą straszliwą wyprawą. Obyś zabił legion dzieci.
Oby twe sny karmiły się ich krzykami. Oby ich krew sprawiła, że
zapragniesz jej więcej. Oby ścieżkę twego życia spowiły płomienie. Obyś
wrócił do mnie z ciężarem tysiąca śmierci na duszy i wziął mnie za
żonę".
Być może rzeczywiście pobłogosławi go tymi słowami. To byłby z jej
strony pierwszy niezaprzeczalny przejaw zainteresowania Karsą. Z pewnością nie pobłogosławi Bairotha. Bawiła się tylko z nim, co często
zdarzało się młodym, niezamężnym kobietom. Rzecz jasna, nie wyjęła
jeszcze z pochwy Noża Nocy, gdyż Bairothowi brakowało wyrachowania. Mógł
przeczyć, jakoby posiadał tę wadę, było jednak jasne, że nie potrafi
dowodzić, a jedynie słuchać. To nie zadowoli Dayliss.
Nie, ona będzie należała do niego, do Karsy, z chwilą jego powrotu znad
Srebrnego Jeziora. To będzie kulminacja jego triumfu. Dla niego, i tylko
dla niego, Dayliss wyjmie z pochwy Nóż Nocy.
"Obyś zabił legion dzieci. Oby ścieżkę twego życia spowiły płomienie".
Karsa wyprostował się. Nie było wiatru, który szeleściłby liśćmi
otaczających polanę brzóz. Powietrze było ciężkie i nieruchome, nizinne
powietrze, które wspięło się w ślad za maszerującym słońcem i teraz, gdy
dzień już się kończył, zostało uwięzione na polanie przed Twarzami w Skale. Niby oddech bogów miało wkrótce wniknąć w butwiejącą glebę.
Karsa nie wątpił, że Urugal jest tu obecny, że zbliżył się do kamiennej
powierzchni swej twarzy bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Przyciągnęła go
moc ślubowania Karsy, obietnica powrotu chwały. Pozostali bogowie
również byli blisko. Beroke Cichy Głos, Kahlb Milczący Łowca, Thenik
Strzaskany, Halad Noszący Łubki, Imroth Okrutna i 'Siballe
Nieznaleziona. Wszyscy oni się przebudzili i łak-nęli krwi.
A ja dopiero wstępuję na tę ścieżkę. Niedawno wkroczyłem w osiemdziesiąty rok życia i wreszcie zostałem prawdziwym wojownikiem.
Słyszałem najdawniejsze słowa, szepty, o Wybrańcu, który zjednoczy
Teblorów, połączy klany w jedno i poprowadzi je na niziny, by rozpocząć
wojnę ludu. Owe szepty wyrażają obietnicę, a ta należy do mnie.
Niewidoczne ptaki oznajmiły nadejście zmierzchu. Była pora, by stąd
odejść. W wiosce czekali na niego Delum i Bairoth. A także Dayliss,
milcząca, lecz wierna słowom, które miał od niej usłyszeć.
Bairoth się wścieknie.
***
Wyspa ciepłego powietrza utrzymywała się na polanie jeszcze długo po
odejściu Karsy Orlonga. Z miękkiej, błotnistej gleby nie znikały odciski
jego kolan oraz obutych w mokasyny stóp, a na surowe oblicza bogów wciąż
padał blask opadającego w dół słońca, mimo że na samą polanę wypełzły
cienie.
Z ziemi wynurzyło się siedem postaci. Skórę miały pomarszczoną i pokrytą
ciemnobrązowymi plamami, mięśnie wyschnięte, kości masywne, a z czerwonych jak ochra włosów skapywały krople czarnej, cuchnącej
stęchlizną wody. Niektórym przybyszom brakowało kończyn, inni stali na
rozłupanych, skruszonych bądź rozszarpanych nogach. Jeden z nich nie
miał żuchwy, natomiast lewą kość policzkową i lewą połowę czoła drugiego
spłaszczyło potężne uderzenie, które zniszczyło gałkę oczną. Każdy z siedmiu był w jakiś sposób uszkodzony. Niedoskonały. Wadliwy.
Gdzieś za skalną ścianą kryła się szczelnie zawarta jaskinia, która
przez wiele stuleci była dla nich grobowcem. Okazało się jednak, że
uwięziono ich w nim jedynie tymczasowo. Nikt się nie spodziewał, że
mogliby powrócić. Byli zbyt uszkodzeni, by nadal towarzyszyć swym
kuzynom, zostawiono ich więc, zgodnie z obyczajem ich rodzaju. Wyrokiem
za przegraną było porzucenie, unieruchomienie na wieki. Jeśli porażka
była honorowa, nadal świadome szczątki zostawiano pod otwartym niebem,
gdzie miały widok na świat zewnętrzny i znajdowały ukojenie w obserwacji
mijających eonów. Tych siedmioro nie zachowało jednak honoru. Dlatego
skazano ich na ciemność grobowca. Nie czuli z tego powodu goryczy.
Mroczny dar pojawił się później, spoza ich pogrążonego w ciemnościach
więzienia. Razem z nim nadeszła szansa.
Trzeba było tylko złamać śluby i przysiąc wierność komuś innemu. Nagrodą
za to miały być ponowne narodziny i wolność.
Ich kuzyni oznaczyli miejsce pochówku rzeźbionymi w skale twarzami.
Każda z nich stanowiła szyderczą podobiznę, spoglądającą na świat
niewidzącymi oczyma. Potem wypowiedzieli imiona winowajców, by dokończyć
rytuał więzi. Imiona te po dziś dzień zalegały w tym miejscu z siłą
wystarczającą, by wypaczyć umysły szamanów ludu, który schronił się w tych górach oraz na płaskowyżu o starożytnej nazwie Laederon.
Siedmioro siedziało bez słowa i ruchu na polanie, a wokół nich zapadał
mrok. Sześcioro czekało, aż przemówi jeden, ale jemu się nie śpieszyło.
Wolność dawała szaloną radość, nawet gdy była ograniczona do tej polany.
Wkrótce już skruszą ostatnie łańcuchy: krótki zasięg wzroku
wyrzeźbionych w skale oczu. Służba nowemu panu niosła ze sobą obietnicę
podróży. Mieli na nowo odkryć cały świat i zadać śmierć niezliczonym
wrogom.
- On jest odpowiedni - odezwał się wreszcie Urual, którego imię znaczyło
Omszała Kość i którego Teblorzy znali jako Urugala.
Sin'b'alle - Porost Dla Mchu - która była 'Siballe Nieznalezioną, nie
kryła sceptycyzmu.
- Pokładasz zbyt wielką wiarę w tych upadłych Teblorach. Teblorach! Oni
nic nie wiedzą. Nawet nie znają swego prawdziwego imienia.
- I ciesz się, że nie znają - poradził Ber'ok chrapliwym głosem
dobiegającym ze zmiażdżonego gardła. Miał skręcony kark i głowę
skierowaną w bok, musiał więc obrócić całe ciało, by spojrzeć na skalne
urwisko. - Masz zresztą własne dzieci, Sin'b'alle, i one są powiernikami
prawdy. Jeśli chodzi o pozostałych, dla naszych celów lepiej byłoby,
gdyby nie przypomnieli sobie zapomnianej historii. Ich ignorancja jest
dla nas najlepszą bronią.
- Martwy Jesion mówi prawdę - poparł go Urual. - Nie udałoby się nam tak
wypaczyć ich wiary, gdyby byli świadomi swego dziedzictwa.
Sin'b'alle wzruszyła wzgardliwie ramionami.
- Ten, który zwie się Pahlkiem, również był... odpowiedni. Twoim
zdaniem, Urualu. Wydawał się godnym kandydatem na wodza moich dzieci. A mimo to zawiódł.
- Nie z własnej winy, lecz z naszej - warknął Haran'alle. - Byliśmy
niecierpliwi, zanadto pewni swych możliwości. Zerwanie ślubów ograbiło
nas ze znacznej części mocy...
- I co nam dał w zamian nasz nowy pan, Poroże Z Lata? - zapytał Thek
Ist. - Tylko wątłą strużkę.
- A czego się spodziewałeś? - skontrował cicho Urual. - Dopiero wraca do
sił po swych przejściach, tak samo jak my.
- Wierzysz więc, Omszała Kości, że ten wnuk Pahlka utoruje nam drogę ku
wolności? - odezwała się Emroth. Jej głos był gładki jak jedwab.
- Wierzę.
- A jeśli znowu spotka nas rozczarowanie?
- Zaczniemy od nowa. Z dzieckiem Bairotha w macicy Dayliss.
- Kolejne stulecie czekania! - syknęła Emroth. - Niech szlag trafi tych
długowiecznych Teblorów!
- Sto lat to nic...
- Nic, a zarazem wszystko, Omszała Kości! Doskonale wiesz, co mam na
myśli.
Urual przyjrzał się kobiecie, którą trafnie zwano Zębatym Szkieletem.
Przypomniał sobie jej jednopochwyconą postać, której głód był
niezaprzeczalną przyczyną ich pradawnej porażki.
- Powrócił rok mojego imienia - oznajmił. - Kto spośród nas zaprowadził
teblorski klan po naszej ścieżce tak daleko, jak ja? Ty, Zębaty
Szkielecie? Porost Dla Mchu? Noga Z Włóczni?
Nikt się nie odezwał.
Wreszcie z ust Martwego Jesiona wydobył się dźwięk, który można było
uznać za śmiech.
- Jesteśmy cisi jak Czerwony Mech. Droga przed nami się otworzy. Tak
obiecał nasz nowy pan. Jego moc powraca. Wybrany przez Uruala wojownik
już w tej chwili prowadzi w swym łańcuchu zabójcy dwadzieścia dusz. I to
teblorskich. Pamiętajcie też, że Pahlk wyruszył w drogę sam, a Karsa
będzie miał za towarzyszy dwóch straszliwych wojowników. Gdyby zginął,
zostanie jeszcze Bairoth albo Delum.
- Bairoth jest stanowczo za sprytny - warknęła Emroth. - Przypomina syna
Pahlka, swego wuja. Co gorsza, jego ambicje dotyczą tylko własnej osoby.
Udaje, że podąża za Karsą, ale w rzeczywistości trzyma rękę na jego
plecach.
- A ja z kolei na jego - wyszeptał Urual. - Zapada już noc. Musimy
wrócić do grobowca. - Pradawny wojownik odwrócił się. - Zębaty
Szkielecie, trzymaj się blisko dziecka w macicy Dayliss.
- Właśnie w tej chwili karmię ją piersią - oznajmiła Emroth.
- To dziewczynka?
- Tylko w ciele. To, co ukształtuję w jej wnętrzu, nie będzie
dziewczynką ani dzieckiem.
- Znakomicie.
Siedem postaci wróciło do ziemi, gdy tylko na niebie rozbłysły pierwsze
gwiazdy. Rozbłysły i spojrzały na polanę, na której nie było bogów. Na
której nigdy nie było żadnych bogów.
***
Wioska leżała na kamienistym brzegu rzeki noszącej nazwę Laderii. Jej
rwący, lodowaty nurt spływał z gór, rzeźbiąc głęboką dolinę, która
przecinała iglasty bór, a potem kierował się ku jakiemuś odległemu
morzu. Budynki miały podwaliny z głazów, a ściany z grubo ciosanych
cedrów. Ich zaokrąglone, kryte grubą strzechą dachy porastał mech.
Wzdłuż brzegów ustawiono stojaki, na których pełno było suszących się,
pokrajanych w paski ryb. Za wąską zasłoną lasu kryły się polany, które
wyrąbano, by stworzyć pastwiska dla koni.
Przez podnoszącą się między drzewami mgłę można już było wypatrzyć
migotliwy blask ognisk. Karsa dotarł do domu ojca, mijając około tuzina
koni, które stały na polanie, spokojnie i bezgłośnie. Jedyne zagrożenie
dla nich stanowili rabusie, gdyż te olbrzymie zwierzęta hodowano na
zabójców i górskie wilki dawno już nauczyły się ich unikać. Od czasu do
czasu z gór schodził niedźwiedź o rdzawej kryzie, ale działo się to na
ogół w okresie tarła łososi i bestie nie były wtedy zainteresowane
rzucaniem wyzwania koniom, psom z wioski ani jej nieustraszonym
wojownikom.
Synyg przebywał w korralu służącym do tresury. Czesał Havoka, swojego
najlepszego rumaka. Zbliżając się, Karsa wyczuwał ciepło ciała
zwierzęcia, choć było ono jedynie czarną plamą w ciemności.
- Czerwonooki nadal pozostaje na swobodzie - warknął Karsa. - Czy nie
chcesz nic zrobić dla syna?
Jego ojciec nie przestawał czesać Havoka.
- Czerwonooki jest za młody na tak długą podróż. Jak już mówiłem...
- Ale to mój koń i pojadę na nim.
- Nie. Brak mu niezależności i nie towarzyszył jeszcze wierzchowcom
Bairotha i Deluma. Będziesz jak cierń dla jego nerwów.
- Mam więc iść na piechotę?
- Dam ci Havoka, synu. Nocą trochę go rozruszałem i nie zdjąłem mu uzdy.
Idź po ekwipunek, nim koń zanadto ostygnie.
Karsa milczał. Prawdę mówiąc, był zdumiony. Odwrócił się i ruszył w stronę domu. Ojciec zawiesił jego sakwę na belce kalenicy obok drzwi,
żeby nie przemokła. Obok niej wisiał na szelkach miecz z krwawego
drewna. Naoliwiono go, a na szerokiej klindze namalowano świeżą farbą
godło wojenne Urydów. Karsa wziął oręż i założył szelki, tak by
opleciona skórą rękojeść oburęcznego miecza sterczała mu nad lewym
barkiem. Sakwa pojedzie na kłębie Havoka, przytroczona do pasa
strzemion, choć większą część ciężaru będą dźwigały kolana Karsy.
W skład teblorskiego rzędu dla konia nie wchodziło siodło. Wojownik
jechał na oklep, z nogami w wysokich strzemionach, tak że większa część
jego ciężaru spoczywała tuż za kłębem wierzchowca. Wśród pochodzących z nizin łupów były siodła, lecz gdy założono je mniejszym nizinnym koniom,
okazało się, że przenoszą ciężar jeźdźca znacznie do tyłu. Prawdziwy
rumak powinien mieć zad swobodny, by móc wykonywać szybkie kopnięcia. Co
więcej, wojownik musiał osłaniać szyję i głowę wierzchowca mieczem, a jeśli zaszła taka potrzeba, również chronionymi przez naramienniki
przedramionami.
Karsa wrócił do oczekującego przy Havoku ojca.
- Bairoth i Delum czekają na ciebie u brodu - oznajmił Synyg.
- A Dayliss?
- Dayliss pobłogosławiła Bairotha, gdy tylko poszedłeś do Twarzy w Skale
- odpowiedział Synyg pozbawionym wyrazu głosem. Karsa nie widział jego
ukrytej w mroku twarzy.
- Bairotha?
- Tak.
- Chyba źle ją oceniłem - przyznał Karsa, walcząc z nieznanym mu dotąd
uciskiem w gardle.
- Nic w tym dziwnego. Przecież jest kobietą.
- A ty, ojcze? Czy udzielisz mi swego błogosławieństwa?
Synyg wręczył Karsie pojedynczą wodzę i odwrócił wzrok.
- Pahlk już to uczynił. Niech to cię zadowoli.
- Pahlk nie jest moim ojcem!
Synyg znieruchomiał w ciemności. Wydawało się, że nad czymś się
zastanawia.
- To prawda, nie jest - przyznał.
- Czyli że mnie pobłogosławisz?
- A co właściwie miałbym pobłogosławić, synu? Siedmiu Bogów, którzy są
fałszem? Chwałę, która jest pusta? Czy ucieszę się, gdy będziesz zabijał
dzieci? Czy uradują mnie trofea, które przytroczysz sobie do pasa? Mój
ojciec, Pahlk, chciałby odświeżyć blask swej młodości. Osiągnął już ten
wiek. Jak brzmiały słowa jego błogosławieństwa, Karso? Czy życzył ci,
byś zaćmił jego czyny? Nie sądzę. Rozważ starannie jego słowa.
Podejrzewam, że przekonasz się, iż służyły raczej jemu niż tobie.
- "Pahlk, odkrywca ścieżki, którą podążysz, błogosławi twą podróż". Tak
brzmiały jego słowa.
Synyg milczał przez moment, a gdy się odezwał, syn wyczuł w tonie jego
głosu cień smutnego uśmiechu, którego nie mógł zobaczyć.
- A nie mówiłem?
- Matka by mnie pobłogosławiła - warknął Karsa.
- Taka już dola matki. Ale uczyniłaby to z ciężkim sercem. Idź już,
synu. Czekają na ciebie towarzysze.
Karsa warknął ze złością i wskoczył na szeroki grzbiet rumaka. Havok
odwrócił głowę, czując ciężar nieznanego jeźdźca, po czym prychnął
donośnie.
- On nie lubi nosić gniewu - dobiegł z mroku głos Synyga. - Uspokój się,
synu.
- Co za pożytek z bojowego rumaka, który boi się gniewu? Havok będzie
się musiał przyzwyczaić do nowego pana.
Karsa przełożył nogę przez koński grzbiet i szarpnięciem za wodzę
zawrócił zgrabnie wierzchowca. Skinął dłonią, w której trzymał wodzę, i koń ruszył prowadzącą do wioski ścieżką.
Stały przy niej cztery krwawe słupy, upamiętniające złożone w ofierze
rodzeństwo Karsy. W przeciwieństwie do innych Synyg niczym nie ozdobił
rzeźbionych pali. Wyrył na nich tylko znaki składające się na imiona
trzech synów i jednej córki, których oddano Twarzom w Skale, i rozlał
odrobinę krewniaczej krwi, która nie przetrwała pierwszego deszczu. Nie
było tu warkoczy owiniętych wokół wysokich jak mężczyzna słupów
zwieńczonych zszytymi sznurem z jelit pióropuszami. Zwietrzałe drewno
pokrywały jedynie pnącza, a tępe szczyty były usmarowane ptasimi
odchodami.
Karsa uważał, że jego rodzeństwo zasługuje na lepsze upamiętnienie. Gdy
nadejdzie pora ataku, będzie pamiętał imiona wszystkich czworga, by
wykrzykiwać je w chwili zabójstwa. Kiedy nadejdzie ów czas, jego głos
stanie się ich głosem. Zbyt długo już cierpieli z powodu ojcowskiego
zaniedbania.
Ścieżka stała się szersza. Z obu stron ograniczały ją stare pniaki oraz
niski jałowiec. Przed sobą widział czerwony blask ogni wioski i mroczne,
przysadziste, stożkowate domostwa spowite kłębami dymu. Obok jednego z dołów na ogień czekały dwie dosiadające koni postacie. Trzecia, piesza,
stała nieco z boku owinięta w futra.
Dayliss. Pobłogosławiła Bairotha Gilda, a teraz przyszła się z nim
pożegnać.
Karsa podjechał do nich, zmuszając Havoka do zwolnienia kroku. Był
wodzem i zamierzał dać wyraz tej prawdzie. W końcu Bairoth i Delum
czekali na niego. I który z nich trzech poszedł do Twarzy w Skale?
Dayliss pobłogosławiła podwładnego. Czyżby Karsa otoczył się zbyt wysoką
barierą? Taka jednak była dola tych, którzy dowodzili. Z pewnością to
rozumiała. Jej zachowanie nie miało sensu.
Bez słowa zatrzymał rumaka przed nimi.
Bairoth był masywniej zbudowany od Karsy, choć nie tak wysoki jak on,
czy nawet jak Delum. Dawno już zdał sobie sprawę, że przypomina
niedźwiedzia, i zaczął świadomie naśladować to zwierzę. Zakołysał
ramionami, jakby chciał je rozluźnić przed podróżą, i uśmiechnął się
szeroko.
- Zaczynasz od śmiałego czynu, bracie - zagrzmiał basem. - Ukradłeś
konia własnemu ojcu.
- Nie ukradłem go, Bairoth. Synyg dał mi Havoka wraz ze swym
błogosławieństwem.
- Chyba mamy noc cudów. A czy Urugal wyszedł ze skały, by pocałować cię
w czoło, Karso Orlong?
Dayliss żachnęła się na te słowa.
- Gdyby rzeczywiście zstąpił na ziemię śmiertelników, zastałby u swych
stóp tylko jednego z naszej trójki.
Karsa nie odpowiedział ani słowem na sarkazm towarzysza. Skierował
powoli spojrzenie na Dayliss.
- Pobłogosławiłaś Bairotha?
Wzruszyła lekceważąco ramionami.
- Żal mi, że straciłaś odwagę - oznajmił Karsa.
Spojrzała nań z nagłą furią.
Wojownik uśmiechnął się i spojrzał na Bairotha i Deluma.
- "Gwiazdy zataczają krąg. Ruszajmy".
Bairoth zignorował te słowa. Zamiast udzielić rytualnej odpowiedzi,
warknął:
- Nierozsądnie postąpiłeś, mszcząc się na niej za swą zranioną dumę. Gdy
wrócimy, Dayliss zostanie moją żoną. Uderzając ją, uderzasz mnie.
Karsa znieruchomiał.
- Ależ, Bairoth, uderzam, kogo zechcę - zaczął cichym, gładkim głosem. -
Brak odwagi może się szerzyć jak zaraza. Czy jej błogosławieństwo
okazało się dla ciebie klątwą? Jestem wodzem wojennym. Zachęcam cię, byś
rzucił mi wyzwanie teraz, nim jeszcze opuścimy dom.
Bairoth zgarbił się i pochylił.
- To nie brak odwagi powstrzymuje moją rękę, Karso Orlong... -
wychrypiał.
- Słyszę to z radością. "Gwiazdy zataczają krąg. Ruszajmy".
Bairoth skrzywił się zły, że mu przerwano. Chciał dodać coś jeszcze, ale
się powstrzymał. Uśmiechnął się uspokojony, zerknął na Dayliss i skinął
głową, jakby łączyła ich jakaś tajemnica.
- "Gwiazdy zataczają krąg. Prowadź nas, wodzu wojenny, ku chwale" -
zaintonował.
- "Gwiazdy zataczają krąg. Prowadź nas, wodzu wojenny, ku chwale" -
powtórzył po nim Delum, który dotąd przyglądał się temu wszystkiemu bez
słowa, z pozbawioną wyrazu twarzą.
Trzej wojownicy przejechali przez wioskę. Karsa prowadził, a dwaj
pozostali podążali za nim. Starsi plemienia byli przeciwni tej wyprawie,
nikt więc nie przyszedł ich pożegnać. Karsa wiedział jednak, że wszyscy
słyszą ciężki, głuchy tętent kopyt ich rumaków i że pewnego dnia będą
sobie czynili wyrzuty, iż nie widzieli ich odjazdu. Bez względu na
wszystko żałował, że nie było żadnego świadka oprócz Dayliss. Nawet
Pahlk się nie pojawił.
Mimo to mam wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Być może Siedmiu. Urugal
wzniósł się ku gwiazdom i mknie z prądem ich kręgu, spoglądając na nas z góry. Wysłuchaj mnie, Urugalu! Karsa Orlong zabije dla ciebie tysiąc
dzieci! Złoży u twych stóp tysiąc dusz!
Nieopodal jakiś pies jęknął przez sen, ale się nie obudził.
***
Po północnej stronie doliny, nad wioską, na samym skraju lasu, stało
dwudziestu trzech milczących świadków odjazdu Karsy Orlonga, Bairotha
Gilda i Deluma Thorda. Widmowe postacie rysowały się niewyraźnie w mroku
pod szerokolistnymi drzewami. Czekały bez ruchu jeszcze przez długi czas
po tym, jak trzej wojownicy zniknęli im z oczu na wschodnim trakcie.
W ich żyłach płynęła krew Urydów, lecz zostali złożeni przez plemię w ofierze. Wszyscy byli spokrewnieni z Karsą, Bairothem albo Delumem.
Każdego z nich w czwartym miesiącu życia oddano Twarzom w Skale. Matki
położyły ich na polanie o zachodzie słońca, ofiarowały Siedmiu. Dzieci
znikały przed świtem. Wszystkie trafiały w objęcia nowej matki.
Stawały się dziećmi 'Siballe, 'Siballe Nieznalezionej, jedynej spośród
Siedmiu, która nie miała własnego plemienia. Dlatego stworzyła je dla
siebie, tajemne plemię powstałe z sześciu pozostałych. Każdego
informowała o jego pochodzeniu, by zachowali więź łączącą ich z niezłożonymi w ofierze krewniakami. Mówiła im również o ich szczególnym
celu, przeznaczeniu, które należało wyłącznie do nich.
Zwała ich Znalezionymi i sami siebie również znali pod tym mianem, które
było nazwą ich ukrytego plemienia. Mieszkali w ukryciu pośród kuzynów.
Nikt w sześciu plemionach nawet sobie nie wyobrażał, że mogą istnieć.
Wiedzieli, że niektórzy mogą coś podejrzewać, ale na podejrzeniach się
kończyło. Mężczyźni tacy jak Synyg, ojciec Karsy, który traktował
żałobne krwawe słupy z obojętnością albo wręcz wzgardą, z reguły nie
stanowili poważnego zagrożenia, niekiedy jednak ryzyko było realne i konieczne stawały się drastyczne kroki. Tak było w przypadku matki
Karsy.
Dwudziestu trzech Znalezionych, którzy obserwowali początek podróży
wojowników ukryci między drzewami, było braćmi i siostrami Karsy,
Bairotha albo Deluma, lecz jednocześnie byli dla nich obcy, choć w tej
chwili ów szczegół wydawał się mało istotny.
- Jeden powróci - zapowiedział najstarszy brat Bairotha.
Bliźniacza siostra Deluma wzruszyła ramionami.
- Będziemy więc czekali na jego powrót - stwierdziła.
- Zaiste, będziemy.
Wszyscy Znalezieni mieli jeszcze jedną wspólną cechę. 'Siballe
naznaczała swe dzieci straszliwą blizną, zrywając ciało i mięśnie po
lewej stronie od skroni aż po żuchwę. Uszkodzone w ten sposób twarze
miały znacznie zmniejszoną zdolność wyrażania uczuć; ich lewe połowy na
zawsze zamarły w grymasie przypominającym wyraz permanentnej trwogi. Z jakiegoś dziwnego powodu owo fizyczne uszkodzenie pozbawiało również
intonacji ich głosy - albo może to bezbarwny głos 'Siballe odciskał na
nich swój wpływ.
Pozbawione intonacji słowa nadziei nawet dla ich uszu brzmiały
fałszywie. Wystarczyło to, by uciszyć tego, który przemówił.
Jeden powróci. Być może.
***
Drzwi otworzyły się nagle za plecami Synyga, który nie przestał mieszać
gotującego się nad ogniem gulaszu. Usłyszał cichy charkot, powłóczenie
nogą, stukot laski uderzającej o framugę. Potem padło ochrypłe, pełne
wyrzutu pytanie:
- Czy pobłogosławiłeś syna?
- Dałem mu Havoka, ojcze.
- Dlaczego?
Pahlk zdołał w jakiś sposób nasycić to jedno słowo wzgardą, niesmakiem i podejrzliwością jednocześnie.
Synyg nadal się nie odwracał. Słuchał, jak jego ojciec wlecze się ze
straszliwym wysiłkiem ku krzesłu stojącemu najbliżej paleniska.
- Havok zasługiwał na ostatnią walkę, a wiedziałem, że ja mu jej nie
dam.
- Tak jak myślałem. - Pahlk usiadł ze stęknięciem na krześle. - Zrobiłeś
to dla konia, nie dla syna.
- Może coś zjesz? - zapytał Synyg.
- Nie odmówię ci tego gestu.
Synyg pozwolił sobie na gorzki uśmieszek. Wyjął drugą miskę i postawił
ją obok swojej.
- On zrównałby z ziemią górę, żebyś tylko ruszył się ze swego siennika -
warknął Pahlk.
- Tego, co robi, nie robi dla mnie, ojcze, tylko dla ciebie.
- Uważa, że wyłącznie największa możliwa chwała pozwoli mu osiągnąć to,
co konieczne. Zmazać hańbę, którą jesteś ty, Synygu. Jesteś karłowatym
krzewem, który wyrósł między dwoma potężnymi drzewami, dzieckiem
jednego, a ojcem drugiego z nich. Dlatego właśnie wyciągał rękę do mnie.
Czy gryziesz się i zamartwiasz w cieniu między Karsą a mną? No cóż,
wybór zawsze należał do ciebie.
Synyg napełnił obie miski i wyprostował się, by jedną wręczyć ojcu.
- Blizna, którą zarosła stara rana, nic nie czuje - stwierdził.
- Nieczułość nie jest cnotą.
Synyg usiadł z uśmiechem na drugim krześle.
- Opowiedz mi jakąś historię, ojcze, tak jak robiłeś to kiedyś. W dniach
po twoim triumfie. Raz jeszcze opowiedz mi o dzieciach, które zabiłeś. O kobietach, które powaliłeś. O płonących domostwach, ryku bydła i beczeniu owiec ginących w płomieniach. Chcę znowu ujrzeć w twych oczach
odbicie tego ognia. Rozpal go na nowo, ojcze.
- Synu, gdy wspominasz tamte dni, słyszę tylko tę cholerną babę.
- Jedz, ojcze, bo inaczej obrazisz mnie i mój dom.
- Zjem.
- Zawsze byłeś sumiennym gościem.
- Nie inaczej.
Obaj mężczyźni nie powiedzieli już ani słowa, dopóki nie skończyli
posiłku. Potem Synyg odstawił miskę. Wstał, uniósł naczynie, z którego
jadł Pahlk, odwrócił się i cisnął je w ogień.
Jego ojciec wybałuszył oczy.
Synyg przeszył go groźnym spojrzeniem.
- Żaden z nas nie dożyje chwili powrotu Karsy. Łączący nas most został
zerwany. Jeśli jeszcze kiedyś przyjdziesz do mych drzwi, zabiję cię,
ojcze.
Wyciągnął ręce, podniósł Pahlka na nogi, pchnął prychającego ze złością
starca ku drzwiom i bezceremonialnie wyrzucił go na dwór. Laska
pofrunęła w ślad za nim.
***
Wędrowali starym szlakiem, który biegł równolegle do grzbietu gór. Tu i ówdzie blokowały go osypiska pozostałe po dawnych skalnych lawinach,
które uniosły ze sobą jodły i cedry ku leżącym niżej dolinom. Na głazach
wyrosły krzewy i szerokolistne drzewa utrudniające przejście. Dwa dni i trzy noce drogi przed nimi leżały ziemie Rathydów, a ze wszystkich
teblorskich plemion to z Rathydami Urydowie wojowali najczęściej. Napady
i okrutne morderstwa połączyły oba plemiona motkiem nienawiści, który
ciągnął się całe stulecia w przeszłość.
Karsa bynajmniej nie zamierzał przemknąć się niepostrzeżenie przez
tereny należące do Rathydów. Planował utorować sobie krwawą ścieżkę,
pomścić prawdziwe i urojone zniewagi, a także dodać do swej kolekcji
dwadzieścia lub więcej teblorskich dusz. Świetnie wiedział, że dwaj
podążający za nim wojownicy sądzą, iż ich podróż będzie pełna ukrywania
się i forteli. W końcu było ich tylko trzech.
Ale jest z nami Urugal. Nastała jego pora. I w jego imię oznajmimy swą
obecność, znacząc ją krwią. Brutalnie obudzimy szerszenie w ich
gnieździe. Rathydowie poznają imię Karsy Orlonga i nauczą się go bać. A po nich również Sunydowie.
Rumaki stąpały ostrożnie po luźnym osypisku pozostałym po niedawnej
skalnej lawinie. Ostatnia zima była bardzo śnieżna. Karsa w całym swym
życiu nie widział takich ilości śniegu. Na długo przed tym, nim Twarze w Skale przebudziły się, by objawić starszym w snach i podczas transów, że
pokonały dawne duchy Teblorów i żądają teraz hołdów, na długo przed tym,
nim zdobywanie nieprzyjacielskich dusz zajęło pierwsze miejsce wśród
aspiracji ich ludu, duchami, które władały krainą i jej mieszkańcami,
były kości ze skały, ciało z gleby, włosy i futro z lasów i łąk, a ich
oddech był zmieniającym się z każdą porą roku wiatrem. Zima przychodziła
i odchodziła, wywołując wysoko w górach gwałtowne burze - odbicie
wysiłków toczących ze sobą wieczną wojnę duchów. Lato i zima były jak
jedno: nieruchome i suche, ale to pierwsze zdradzało oznaki wyczerpania,
natomiast zima przynosiła ze sobą niepewny, lodowaty pokój. Dlatego
Teblorzy traktowali lato z sympatią należną zmęczonym walką duchom,
natomiast zimą gardzili za słabość jej ascendentnych wojowników, gdyż
iluzja pokoju nie ma żadnej wartości.
Zostało jeszcze niespełna dwadzieścia dni wiosny. Częstotliwość i furia
nawałnic słabły. Choć Twarze w Skale już przed wiekami unicestwiły dawne
duchy, a im samym upływ pór roku wydawał się obojętny, Karsa wyobrażał
sobie po cichu, że on i jego dwaj towarzysze są zwiastunami ostatniej
burzy. Ich miecze z krwawego drewna staną się dla niespodziewających się
ataku Rathydów i Sunydów echem starodawnego gniewu.
Zostawili za sobą osypisko. Ścieżka schodziła zakolami do płytkiej
doliny. Rozciągająca się w niej górska łąka lśniła jasno w blasku
popołudniowego słońca.
- Powinniśmy rozbić obóz na drugim końcu tej doliny, wodzu wojenny -
odezwał się jadący za plecami Karsy Bairoth. - Konie potrzebują
odpoczynku.
- Być może twój koń go potrzebuje, Bairoth - warknął Karsa. - Dźwigasz
na swych kościach zbyt wiele nocy spędzonych na ucztowaniu. Mam
nadzieję, że ta wyprawa znowu zrobi z ciebie wojownika. Twoje plecy za
często ostatnio spoczywały na słomie.
Kiedy Dayliss cię dosiadała.
Bairoth roześmiał się, lecz nie odpowiedział ani słowem.
- Mój koń również potrzebuje odpoczynku, wodzu wojenny! - zawołał Delum.
- Ta łąka świetnie się nadaje na obozowisko. Są tu królicze nory.
Zastawię sidła.
Karsa wzruszył ramionami.
- Widzę, że muszę taszczyć za sobą dwa ciężkie łańcuchy. Ogłuszyły mnie
bojowe okrzyki waszych żołądków. Niech i tak będzie. Rozbijmy obóz.
***
Nie mogli palić ognisk, zjedli więc na surowo złapane przez Deluma
króliki. W dawnych czasach taka uczta byłaby ryzykowna, gdyż króliki
często przenosiły choroby - na ogół śmiertelne dla Teblorów - które
zabijała tylko wysoka temperatura. Ale od czasu nadejścia Twarzy w Skale
członkowie plemion nie chorowali już na nic. Co prawda, nadal zdarzał
się wśród nich obłęd, lecz takie przypadki nie miały nic wspólnego z tym, co jedli albo pili. Starsi tłumaczyli, że brzemiona nakładane przez
Siedmiu okazywały się niekiedy zbyt ciężkie. Umysł musi być silny, a siłę znajdowało się w wierze. Dla słabego mężczyzny, który znał
zwątpienie, reguły i rytuały mogły stać się klatką, a brak wolności
prowadził do szaleństwa.
Usiedli wokół wykopanego przez Deluma małego dołka, do którego wrzucali
królicze kości. Podczas posiłku nie mówili wiele. Niebo nad ich głowami
traciło powoli kolor, a gwiazdy zaczęły zataczać swój krąg. Karsa
słuchał w gęstniejącym mroku, jak Bairoth wysysa króliczą czaszkę.
Zawsze kończył jeść ostatni i nigdy nic nie zostawiał. Następnego dnia
obgryzie nawet cienką warstwę tłuszczu z wewnętrznej powierzchni skóry.
Wreszcie Bairoth cisnął opróżnioną czaszkę do dołu i usiadł, oblizując
palce.
- Zastanawiałem się nad kwestią czekającej nas drogi przez ziemie
Rathydów i Sunydów - odezwał się Delum. - Nie powinniśmy wędrować
ścieżkami, na których będzie nas można dostrzec na tle nieba albo nawet
gołej skały. Znaczy to, że musimy wybierać niżej położone szlaki, ale te
z kolei prowadzą bliżej obozów. Uważam, że od tej chwili powinniśmy
wędrować nocą.
Bairoth skinął głową.
- Lepiej od razu zaliczmy honorowy czyn. Odwróćmy kamienie w paleniskach
i ukradnijmy pióra. Być może też kilku śpiących samotnie wojowników odda
nam swe dusze.
- Jeśli za dnia będziemy się ukrywać, nie ujrzymy dymu i nie będziemy
wiedzieli, gdzie są obozy - stwierdził Karsa. - Nocą wiatr często
zmienia kierunek i nie pomoże nam odnaleźć palenisk. Rathydowie i Sunydowie nie są głupcami. Nie będą rozpalać ognisk pod nawisami ani u stóp skalnych ścian. Nie wypatrzymy plam światła na skalnej powierzchni.
Ponadto nasze konie lepiej widzą i pewniej stąpają, kiedy jest jasno.
Będziemy jechać za dnia.
Bairoth i Delum nie odzywali się przez pewien czas.
Wreszcie Bairoth chrząknął.
- Znajdziemy tam wojnę, Karsa.
- Będziemy jak lanydzka strzała, która mknie przez las, zmieniając
kierunek na każdej gałązce, konarze i pniu. Będziemy zbierali dusze
niczym straszliwa burza, Bairoth. Wojna? Tak. Czy boisz się wojny,
Bairothu Gild?
- Jest nas tylko trzech, wodzu wojenny - wskazał Delum.
- Zaiste, jesteśmy Karsa Orlong, Bairoth Gild i Delum Thord. Walczyłem
już z dwudziestoma czterema wojownikami i zabiłem ich wszystkich. Nikt
nie dorówna mi w tańcu. Czy temu zaprzeczysz? Nawet starsi plemienia z bojaźnią wymawiają moje imię. A ty, Delum? Widzę, że na rzemieniu u twego biodra wisi osiemnaście języków. Potrafisz odczytać ślad ducha i słyszysz stukot toczącego się kamyka z odległości dwudziestu kroków. A ty, Bairoth? Czy w dniach, gdy nie dźwigałeś niczego oprócz mięśni, nie
złamałeś Burydowi kręgosłupa gołymi rękami? Czy nie obaliłeś jego
rumaka? Owa gwałtowność śpi w tobie, ale ta wyprawa ją przebudzi. Gdyby
chodziło o innych trzech... tak, powinni przemykać się po zmroku krętymi
ścieżkami, odwracać kamienie z palenisk, kraść pióra i zmiażdżyć kilku
śpiącym wrogom tchawicę. Dla innych trzech wojowników byłby to
wystarczający tytuł do chwały. Ale dla nas? Nie. Wasz wódz wojenny
przemówił.
Bairoth uśmiechnął się do Deluma.
- Spójrzmy w górę, by zobaczyć krąg, Delumie Thord, gdyż niewiele już
razy ujrzymy podobny widok.
Karsa wstał powoli.
- Wodza wojennego należy słuchać, Bairothu Gild, a nie kwestionować jego
rozkazy. Twa słabnąca odwaga może zatruć nas wszystkich. Uwierz w zwycięstwo, wojowniku, albo wracaj do domu.
Bairoth wzruszył ramionami i położył się, rozprostowując ukryte w nogawicach z niewyprawionej skóry nogi.
- Jesteś wielkim wodzem, Karso Orlong, ale, niestety, brak ci poczucia
humoru. Wierzę w to, że naprawdę znajdziesz chwałę, której szukasz, i że
Delum i ja będziemy księżycami mniejszymi, ale również lśniącymi własnym
blaskiem. To nam wystarczy. Przestań w to wątpić, wodzu wojenny.
Jesteśmy z tobą...
- Kwestionujecie moją mądrość!
- Tematu mądrości dotąd nie poruszaliśmy - odparł Bairoth. - Sam
mówiłeś, że jesteśmy wojownikami, Karso. I jesteśmy młodzi. Mądrość
przynależy starcom.
- Tak, starszym plemienia - warknął Karsa. - Którzy nie chcieli
pobłogosławić naszej wyprawy!
Bairoth parsknął śmiechem.
- Taka jest nasza prawda i musimy nieść ją w swych sercach, gorzką i niezmienioną. Po powrocie przekonamy się jednak, że pod naszą
nieobecność prawda się zmieniła, wodzu wojenny. Okaże się, że jednak nas
pobłogosławili. Przekonasz się.
Karsa wybałuszył oczy.
- Twierdzisz, że starsi skłamią?
- Oczywiście. I będą od nas oczekiwali, że zaakceptujemy ich nowe
prawdy. Zrobimy to... nie, musimy to zrobić, Karso Orlong. Nasz
chwalebny sukces musi scalić Urydów. Gdybyśmy zatrzymali go wyłącznie
dla siebie, byłoby to nie tylko samolubne, lecz potencjalnie również
śmiertelnie groźne. Pomyśl tylko, wodzu wojenny. Wrócimy do wioski ze
swymi opowieściami. Tak, zapewne przyniesiemy też kilka trofeów, które
będą dowodami ich prawdziwości, ale jeśli nie podzielimy się chwałą,
starsi zatrują ją jadem niedowierzania.
- Niedowierzania?
- Zaiste. Uwierzą w naszą chwałę, ale tylko pod warunkiem, że otrzymają
w niej swój udział. Uwierzą nam, jeśli my z kolei uwierzymy w ich nową
wersję przeszłości, w to, że otrzymaliśmy błogosławieństwo, którego nam
odmówili, i że wszyscy w wiosce wyszli nas pożegnać. Powiedzą ci, że
wszyscy tam byli, i z czasem sami siebie przekonają, że to prawda. Ta
scena zostanie wyryta w ich pamięci. Nadal tego nie pojmujesz, Karso?
Jeśli tak, to lepiej nie mówmy o mądrości.
- Teblorzy nie plamią się oszustwem - warknął Karsa.
Bairoth przyglądał mu się przez chwilę, po czym skinął głową.
- Zaiste, nie plamią się.
Delum zasypał dołek glebą i kamieniami.
- Pora spać - oznajmił, wstając, by po raz ostatni sprawdzić spętane
konie.
Karsa popatrzył na Bairotha.
Jego umysł jest jak lanydzka strzała mknąca przez las, ale czy to mu w czymś pomoże, gdy nadejdzie pora, by dobyć mieczy z krwawego drewna, i ze wszystkich stron zabrzmią bojowe okrzyki? Tak właśnie się dzieje, gdy
mięśnie obracają się w tłuszcz, a do pleców przylega słoma. Mieszkanie
pośród słów nic ci nie da, Bairothu Gild, poza być może tym, że twój
język nie wyschnie tak szybko u pasa rathydzkiego wojownika.
***
- Co najmniej ośmiu - wyszeptał Delum. - I może też jeden młodzieniec.
Rzeczywiście palą dwa ogniska. Upolowali szarego niedźwiedzia, z tych,
które żyją w jaskiniach. Niosą ze sobą trofeum.
- To znaczy, że są bardzo zadowoleni z siebie. - Bairoth skinął głową. -
To dobrze.
- Dlaczego? - zapytał Karsa, marszcząc brwi.
- Od nastroju nieprzyjaciela wiele zależy, wodzu wojenny. Czują się
niezwyciężeni i dlatego będą nieostrożni. Czy mają konie, Delum?
- Nie. Szare niedźwiedzie za dobrze znają tętent kopyt. Jeśli polowali z psami, to żaden z nich nie przeżył.
- To jeszcze lepiej.
Wszyscy trzej zsiedli z koni i ukryli się na skraju lasu. Potem Delum
ruszył na zwiady w stronę obozu Rathydów. Przemykając się przez
porośnięte wysoką trawą i chaszczami, pełne sięgających kolan pniaków
zbocze za lasem, nie poruszył ani jednym źdźbłem czy listkiem.
Słońce stało wysoko na niebie. Było upalnie, sucho i bezwietrznie.
- Ośmiu - stwierdził Bairoth, uśmiechając się do Karsy. - I młodzieniec.
- Jego powinniśmy załatwić najpierw.
Żeby zawstydzić tych, którzy przeżyją. Spodziewa się, że przegramy.
- Zostawcie go mnie - polecił Karsa. - Moja szarża będzie gwałtowna.
Przemknę na drugi koniec obozu. Wszyscy ocalali wojownicy zwrócą się w moją stronę. I wtedy wy zaatakujecie.
Delum zamrugał.
- Chcesz, żebyśmy powalili ich ciosami w plecy?
- Tak, żeby wyrównać liczebność. Potem przyjdzie pora na pojedynki.
- Czy będziesz uchylał się przed ciosami podczas szarży? - zapytał
Bairoth z błyskiem w oczach.
- Nie, będę uderzał.
- Spętają cię, wodzu wojenny. Nie przedrzesz się przez cały obóz.
- Nie pozwolę się spętać, Bairothu Gild.
- Jest ich dziewięciu.
- Ujrzycie mój taniec.
- Dlaczego nie zaatakujemy konno, wodzu wojenny? - zapytał Delum.
- Dość już mam gadania. Idźcie za mną, ale wolniej.
Bairoth i Delum wymienili spojrzenia. Ten pierwszy wzruszył ramionami.
- Będziemy twoimi świadkami.
Karsa zdjął z pleców miecz z krwawego drewna i zacisnął obie dłonie na
oplecionej skórą rękojeści. Drewno miało ciemnoczerwoną, prawie czarną
barwę. Wypolerowano je na taki połysk, że wydawało się, iż malowane
godło unosi się na szerokość palca nad powierzchnią klingi. Sam brzeg
był prawie przezroczysty. Wcierany weń krwawy olej zestalił się,
zastępując drewno. Na klindze nie było rys ani szczerb, a tylko lekko
faliste linie w miejscach, gdzie uszkodzenia naprawiły się same. Krwawy
olej trzymał się zapamiętanej postaci i nie był skłonny tolerować
zniekształceń ani uszkodzeń. Karsa uniósł miecz przed sobą, a potem
pomknął w dół zbocza, przyśpieszając kroku, by przejść w taniec.
Gdy dotarł do wydeptanej przez dziki ścieżki, którą wskazał mu Delum,
pochylił się nisko i popędził twardym, ubitym szlakiem, ani na moment
nie zwalniając kroku. Wydawało się, że szeroki, zwężający się na końcu
sztych miecza prowadzi go za sobą, torując sobie, bezgłośnie i bezbłędnie, drogę przez cienie i snopy światła. Karsa przyśpieszył
kroku.
Trzech z ośmiu dorosłych wojowników przykucnęło pośrodku rathydzkiego
obozu wokół kawału niedźwiedziego mięsa, który właśnie wyjęli z zawiniątka zrobionego z jeleniej skóry. Dwaj następni siedzieli obok z bronią na kolanach, wcierając w klingi gęsty krwawy olej. Trzej
pozostali zatrzymali się pogrążeni w rozmowie, w odległości niespełna
trzech kroków od wylotu wydeptanej przez dziki ścieżki. Młodzieniec był
na przeciwległym końcu obozu.
Karsa wypadł pełnym sprintem na polanę. Na dystansie do siedemdziesięciu
kroków biegnący Teblor był w stanie wytrzymać tempo cwałującego rumaka.
Atak przypominał nagłą eksplozję. W jednej chwili ośmiu wojowników i jeden młodzieniec odpoczywało spokojnie na polanie, a w następnej
poziome cięcie miecza pozbawiło dwóch stojących Rathydów czubków głów.
Włosy i kości pofrunęły w powietrze, a krew i mózgi trysnęły na twarz
trzeciego z nich. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, obrócił w lewo i nadział na wracający miecz Karsy. Ostrze trafiło go pod podbródek. W tym
momencie ujrzał, że świat wokół niego przechylił się gwałtownie. Potem
nadeszła ciemność.
Nie zwalniając kroku, Karsa podskoczył, by nie potknąć się o głowę
wojownika, która potoczyła się po ziemi.
Dwaj Rathydowie wcierający w miecze olej poderwali się już, unosząc
broń. Rozdzielili się i pomknęli ku napastnikowi, chcąc zaatakować go z obu stron.
Karsa roześmiał się tylko i skręcił gwałtownie, by przemknąć między
trzema wojownikami, którzy w okrwawionych dłoniach trzymali jedynie
rzeźnickie noże. Pochylił się nisko, trzymając miecz przed sobą. Trzy
krótsze ostrza trafiły w cel. Przebiły skórzany strój i skórę Karsy,
sięgając mięśni. Wojownik przedarł się przez grupkę przeciwników dzięki
impetowi. Zabrał też ze sobą trzy sterczące z ciała noże. Następnie
odwrócił się, uciął mieczem parę rąk, a potem wbił go pod pachę,
wyrywając kończynę ze stawu. Uniósł na sztychu łopatkę - purpurowy kawał
oplecionej żyłami kości, połączony motkiem więzadeł z mknącą ku niebu
kończyną.
Następny przeciwnik rzucił się z warknięciem na ziemię, oplatając
krzepkie ramiona wokół nóg napastnika. Nie przestając się śmiać, wódz
wojenny Urydów uderzył w dół gałką miecza i rozłupał czubek czaszki
wojownika. Ramiona zadrżały spazmatycznie i zwolniły uścisk.
Po prawej stronie rozległ się świst miecza, który mknął ku szyi Karsy.
Uryd odwrócił się błyskawicznie, by sparować cios. Powietrze przeszył
dźwięczny kurant uderzenia.
Karsa usłyszał za sobą kroki zbliżającego się Rathyda, poczuł, że
powietrze rozstępuje się przed ostrzem mknącym ku jego lewemu barkowi.
Natychmiast rzucił się na ziemię w prawą stronę. Padając, wyciągnął ręce
i zatoczył mieczem krąg. Ostrze przemknęło nad bronią przeciwnika, który
chciał właśnie wyprowadzić straszliwy cios w dół, przecięło dwa grube
nadgarstki, a potem rozpruło poprzecznie brzuch od pępka do punktu
położonego w połowie odległości między żebrami a biodrem.
Karsa obrócił się jeszcze w powietrzu i ponowił zatrzymane przez ciało i kości cięcie. Wykręcił kończyny w barkach, by ostrze przesunęło się pod
nim, a potem ciął w drugą stronę. Miecz przemknął nisko nad ziemią,
przecinając w kostce lewą nogę ostatniego Rathyda. Potem Karsa uderzył
prawym barkiem o glebę. Przetoczył się, zataczając mieczem łuk nad
ciałem, i udało mu się sparować wymierzony w dół cios, ale nie do końca.
Jego prawe biodro ogarnął ogień. Potem znalazł się poza zasięgiem
przeciwnika. Potykając się, mężczyzna wycofał się z głośnym krzykiem.
Karsa zerwał się i przykucnął. Z jego prawej nogi tryskała krew, a w ranach w lewym boku, pod prawą łopatką i w lewym udzie czuł kłujący ból.
Nadal sterczały z nich noże.
Ujrzał przed sobą młodzieńca.
Mógł on mieć najwyżej czterdzieści lat i nie osiągnął jeszcze pełnego
wzrostu. Kończyny miał szczupłe, co często zdarzało się u niegotowych.
Oczy wypełniała mu groza.
Karsa zamrugał i odwrócił się w stronę jednonogiego wojownika.
Krzyki tamtego przeszły tymczasem w histeryczne wrzaski. Karsa zobaczył,
że Bairoth i Delum dopadli już Rathyda i przyłączyli się do zabawy,
ucinając mu drugą nogę oraz obie ręce. Wojownik leżał na ziemi, miotając
spazmatycznie kikutami. Tryskająca z nich krew zbroczyła zdeptaną trawę.
Karsa odwrócił wzrok i spostrzegł, że młodzieniec umyka do lasu. Wódz
wojenny uśmiechnął się.
Bairoth i Delum ucinali po kawałku kończyny usiłującego uciekać
rathydzkiego wojownika.
Karsa wiedział, że są wściekli. Nic im nie zostawił.
Wyrwał sobie nóż z uda, ignorując obu towarzyszy i brutalne tortury,
którymi się zabawiali. Krew wypłynęła z rany, ale nie trysnęła z niej,
co świadczyło, że ostrze nie przebiło żadnej ważnej tętnicy ani żyły.
Nóż, który wbił mu się w lewy bok, ześliznął się po żebrach. Ostrze
ugrzęzło pod skórą i kilkoma warstwami mięśni. Karsa wyciągnął broń i odrzucił ją na bok. Ostatni nóż, który tkwił głęboko w plecach, sprawił
mu więcej trudności. Potrzebował kilku prób, nim wreszcie chwycił pewnie
usmarowaną krwią rękojeść i wyszarpnął ostrze. Gdyby nóż był dłuższy,
zapewne sięgnąłby do serca. I tak z trzech pomniejszych ran ta zapewne
okaże się najbardziej dokuczliwa. Rana zadana przez miecz, który wbił
się w biodro i przeszył część pośladka, była nieco poważniejsza. Trzeba
ją będzie starannie zaszyć i przez pewien czas chodzenie i jazda konna
będą mu sprawiały ból.
Utrata krwi bądź śmiertelny cios wreszcie uciszyły ćwiartowanego
Rathyda. Karsa usłyszał ciężkie kroki zbliżającego się Bairotha. Kolejny
krzyk zaświadczył, że Delum dobija resztę powalonych wrogów.
- Wodzu wojenny.
Głos Bairotha przesycał gniew.
Karsa odwrócił się powoli.
- Bairothu Gild.
Twarz potężnie zbudowanego wojownika miała złowrogi wyraz.
- Pozwoliłeś młodzieńcowi uciec. Musimy go dopaść, a to nie będzie
łatwe, gdyż jest na swojej ziemi.
- Zrobiłem to celowo - oznajmił Karsa.
Bairoth skrzywił się wściekle.
- Jesteś z nas najbystrzejszy - stwierdził Karsa. - Czemu cię to tak
dziwi?
- Dotrze do wioski.
- Zaiste.
- I opowie o ataku. Trzech urydzkich wojowników. Nastąpi wybuch gniewu i rozpoczną się gorączkowe przygotowania. - Bairoth skinął leciutko głową.
- Zaczną się łowy na trzech Urydów. Wędrujących pieszo. Młodzieniec jest
tego pewien. Gdyby Urydowie mieli konie, z pewnością by je wykorzystali.
Było ich trzech przeciw ośmiu. Byłoby szaleństwem, gdyby postąpili
inaczej. To przekonanie ograniczy myśli i poczynania łowców. Będą
szukali trzech urydzkich wojowników wędrujących pieszo.
Delum podszedł do nich i wbił w wodza pozbawione wyrazu spojrzenie.
- Delum Thord chce przemówić - stwierdził Karsa.
- Chcę, wodzu wojenny. Stworzyłeś w umyśle tego młodzieńca obraz, który
będzie się utrwalał. Jego kolory nie wyblakną z czasem, lecz nabiorą
jeszcze ostrości. Echa krzyków pod jego czaszką będą się stawały coraz
głośniejsze. Znajome twarze na zawsze znieruchomieją w grymasie bólu.
Ten młodzieniec, Karso Orlong, kiedyś dorośnie. I nie zadowoli się
podrzędną rolą, lecz zostanie wodzem. Musi nim zostać. Nikt nie odważy
się rzucić wyzwania jego gwałtowności, lśniącemu drewnu jego woli,
olejowi jego pożądania. Karso Orlong, stworzyłeś Urydom wroga, przy
którym zbledną wszyscy, jakich znaliśmy w przeszłości.
- Pewnego dnia ten wódz wojenny Rathydów uklęknie przede mną - oznajmił
Karsa. - Przysięgam na krew jego kuzynów, którzy tu leżą.
Powietrze wypełnił nagły chłód. Nad polaną zapadła cisza, mącona jedynie
cichym bzyczeniem much.
Delum wybałuszył oczy w grymasie strachu.
Bairoth odwrócił się do niego plecami.
- Ta przysięga cię zniszczy, Karso Orlong. Żaden Rathyd nigdy nie
klęknie przed Urydem. Chyba że oprzesz jego trupa o pniak ściętego
drzewa. To, czego pragniesz, jest niemożliwe. To prosta droga do
szaleństwa.
- To tylko jedna z wielu przysiąg, które złożyłem - oznajmił Karsa. - A wszystkich dotrzymam. Będziesz tego świadkiem, jeśli się odważysz.
Bairoth oderwał wzrok od futra szarego niedźwiedzia oraz jego odartej z mięsa czaszki - rathydzkich trofeów - i spojrzał na Karsę.
- A czy mam jakiś wybór?
- Jeśli jeszcze oddychasz, to odpowiedź brzmi "nie", Bairothu Gild.
- Przypomnij mi pewnego dnia, bym ci o czymś opowiedział, Karso Orlong.
- A o czym?
- O tym, jak wygląda życie tych z nas, którzy znaleźli się w twym
cieniu.
Delum podszedł do Karsy.
- Trzeba opatrzyć twoje rany, wodzu wojenny.
- Zaiste, ale na razie tylko tę od miecza. Musimy wrócić do koni i odjechać stąd.
- Jak lanydzka strzała.
- Właśnie tak, Delumie Thord.
- Karso Orlong, zbiorę dla ciebie trofea - zaproponował Bairoth.
- Dziękuję, Bairothu Gild. Weźmiemy też futro i czaszkę. Możecie je
sobie z Delumem zatrzymać.
Delum spojrzał na Bairotha.
- Weź je, bracie. Szary niedźwiedź pasuje ci bardziej niż mnie.
Bairoth skinął głową na znak podziękowania, po czym wskazał na
poćwiartowanego wojownika.
- Jego uszy i język należą do ciebie, Delumie Thord.
- Niech i tak będzie.
***
Ze wszystkich teblorskich plemion Rathydowie hodowali najmniej koni,
lecz mimo to było tu pod dostatkiem szerokich, prowadzących od polany do
polany przesiek, którymi Karsa i jego towarzysze mogli swobodnie jechać.
Na jednej z polan natknęli się na dorosłego mężczyznę i dwóch
młodzieńców, którzy pilnowali sześciu rumaków. Ruszyli do szarży z błyskiem mieczy i zatrzymali się tylko po to, by zebrać trofea i zabrać
konie. Każdy z nich prowadził po dwa za swym wierzchowcem. Godzinę przed
zapadnięciem zmroku natknęli się na rozwidlenie szlaku. Przejechali
trzydzieści kroków prowadzącą niżej ścieżką, po czym odwiązali
rathydzkie rumaki i popędzili je przodem. Następnie urydzcy wojownicy
połączyli szyje swych wierzchowców krótkim sznurem, zawiązanym tuż nad
obojczykami, i szarpiąc delikatnie za postronek, skłonili konie do
cofnięcia się ku rozwidleniu. Później ruszyli górną ścieżką. Po
pięćdziesięciu krokach Delum zsunął się z rumaka i cofnął, by zatrzeć
ślady.
Nad ich głowami formował się już krąg, zboczyli więc ze skalistej
ścieżki i znaleźli małą polanę, na której rozbili obóz. Bairoth uciął im
na kolację po plastrze niedźwiedziego mięsa. Potem Delum oporządził
konie, wycierając je wilgotnym mchem. Zwierzęta były zmęczone, nie
spętali ich więc, by mogły swobodnie chodzić po polanie i rozprostować
szyje.
Karsa przyjrzał się swym ranom i zauważył, że już zaczynają się goić. U Teblorów było to normalne. Usatysfakcjonowany wydobył manierkę z krwawym
olejem i zabrał się do naprawy broni. Delum wrócił do nich i razem z Bairothem poszli za przykładem wodza.
- Jutro opuścimy ten szlak - oznajmił Karsa.
- Czy zamienimy go na szybsze i łatwiejsze, które biegną doliną? -
zapytał Bairoth.
- Jeśli będziemy jechać szybko, możemy przemknąć przez ziemie Rathydów w ciągu tylko jednego dnia - zasugerował Delum.
- Nie, poprowadzimy konie wyżej, na ścieżki dla kóz i owiec - odparł
Karsa. - I przez cały ranek będziemy podążać w przeciwną stronę. Potem
wrócimy w dolinę. Bairothu Gild, jeśli myśliwi wyruszą na łowy, to kto
zostanie w wiosce?
Potężnie zbudowany mężczyzna owinął się w swe nowe niedźwiedzie futro,
nim odpowiedział na to pytanie.
- Młodzieńcy. Kobiety. Starcy i kaleki.
- Psy?
- Nie, je łowcy zabiorą ze sobą. Chcesz zaatakować wioskę, wodzu
wojenny?
- Tak. A potem znajdziemy ślad łowców.
Delum zaczerpnął w płuca głęboki haust powietrza i wypuścił je dopiero
po chwili.
- Karso Orlong, wioska naszych ofiar nie jest tu jedyna. W samej tylko
pierwszej dolinie są przynajmniej trzy inne. Wieści się rozejdą. Każdy
wojownik chwyci za miecz. Wszystkie psy ruszą za nami w las. Wojownicy
mogą nas nie znaleźć, ale psy to co innego.
- Do tego mamy przed sobą jeszcze trzy doliny - warknął Bairoth.
- Ale małe - wskazał Karsa. - Do tego przetniemy je przy południowych
końcach, co najmniej dzień szybkiej jazdy od północnych wylotów i serca
rathydzkich ziem.
- Gniew ścigających będzie tak wielki, wodzu wojenny, że podążą za nami
do dolin Sunydów - ostrzegł Delum.
Karsa odwrócił leżący mu na udach miecz i zabrał się do pracy nad jego
drugą stroną.
- Mam taką nadzieję, Delumie Thord. Powiedz mi, kiedy ostatnio Sunydowie
widzieli Uryda?
- Kiedy przejeżdżał tędy twój dziadek - odpowiedział Bairoth.
Karsa skinął głową.
- A my dobrze znamy rathydzki okrzyk wojenny, nieprawdaż?
- Chcesz sprowokować wojnę między Rathydami a Sunydami?
- Zaiste, Bairoth.
Wojownik pokręcił głową.
- Jeszcze nie skończyliśmy z Rathydami, Karso Orlong. Twoje plany
wybiegają zbyt daleko w przyszłość, wodzu wojenny.
- Bądź świadkiem tego, co się wydarzy, Bairothu Gild.
Bairoth podniósł z ziemi czaszkę niedźwiedzia. Żuchwa zwisała z niej na
pasemku chrząstki. Zerwał je i odrzucił kość na bok. Potem wydobył pęk
rzemieni i owiązał je mocno wokół kości policzkowych czaszki, tak że ich
długie końce zwisały poniżej.
Karsa obserwował z zainteresowaniem te poczynania. Czaszka była za
ciężka na hełm, nawet dla Bairotha. Musiałby też wyłamać kości z jej
podstawy, a tam właśnie były najgrubsze wokół dziury, przez którą
wchodził stos pacierzowy.
Delum wstał.
- Idę spać - oznajmił i odszedł.
- Karso Orlong, czy masz trochę zapasowych rzemieni? - zapytał Bairoth.
- Możesz je sobie wziąć - odparł Karsa, również wstając. - Tylko nie
zapomnij dziś się wyspać, Bairothu Gild.
- Nie zapomnę.
***
Podczas pierwszej godziny dnia słyszeli dobiegające z lesistej doliny na
dole ujadanie psów. Potem, gdy zawrócili w stronę, z której przybyli,
jadąc biegnącą wysoko na stoku ścieżką, odgłosy ucichły. Kiedy słońce
stało nad ich głowami, Delum znalazł krętą, wiodącą w dół dróżkę.
Ruszyli nią ku dolinie.
Po południu dotarli do pełnych pniaków polan i poczuli woń wioskowego
dymu. Delum zsunął się z konia i ruszył na zwiady.
Wrócił po chwili.
- Jest tak, jak przewidziałeś, wodzu wojenny. Widziałem jedenastu
starców, trzykrotnie więcej kobiet i trzynastu młodzieńców. Wszyscy są
bardzo młodzi. Starsi pewnie pojechali na łowy. Nie ma koni ani psów.
Wspiął się na koński grzbiet.
Trzej urydzcy wojownicy wydobyli miecze. Potem sięgnęli po manierki z krwawym olejem i wylali po kilka kropel na skórę wokół nozdrzy rumaków.
Wierzchowce odchyliły łby i napięły mięśnie.
- Ja wezmę prawą flankę - zaproponował Bairoth.
- Ja środek - oznajmił Karsa.
- W takim razie ja lewą - rzekł Delum i zmarszczył brwi. - Rozpierzchną
się przed tobą, wodzu wojenny.
- Jestem dziś szczodry, Delumie Thord. Chwała z tej wioski przypadnie
tobie i Bairothowi. Dopilnujcie, żeby nikt nie uciekł z drugiej strony.
- Dopilnujemy.
- Jeśli któraś kobieta spróbuje podpalić dom, żeby zaalarmować łowców,
zabijcie ją.
- Nie zrobią czegoś tak głupiego - zapewnił Bairoth. - Jeśli nie będą
się opierały, przyjmą nasze nasienie, ale ocalą życie.
Wszyscy trzej zdjęli koniom wodze i owinęli je sobie wokół nadgarstków.
Potem pochylili się niżej nad kłębami wierzchowców, unosząc kolana.
Karsa przełożył nadgarstek przez rzemienną pętlę miecza i zakręcił
bronią w powietrzu, by zacieśnić uścisk. Pozostali postąpili tak samo.
Havok drżał pod jeźdźcem.
- Prowadź nas, wodzu wojenny - rzekł Delum.
Karsa ścisnął lekko nogami Havoka, który pognał naprzód, po trzech
krokach przechodząc w powolny galop, przypominający niemal bieg psa.
Przemknęli przez usianą pniakami polanę, a potem skręcili lekko w lewo,
na główną ścieżkę. Kiedy na nią wpadli, wojownik uniósł miecz, tak by
rumak go ujrzał. Zwierzę przeszło w cwał.
Po siedmiu coraz dłuższych krokach znaleźli się w wiosce. Towarzysze
Karsy rozjechali się już na boki, by przemknąć za zabudowaniami. Główną
drogę zostawili dla niego. Widział już zwracające ku niemu głowy
postacie. Usłyszeli krzyk i ujrzeli, jak dzieci rozpierzchają się na
wszystkie strony.
Zamachnął się mieczem, bez trudu przecinając młodą kość. Spojrzał w prawo i Havok zmienił kierunek, wyciągając kopyta, by stratować starca.
Potem pomknęli dalej, ścigając i mordując. Zza domostw i wykopanych za
nimi dołów na odpadki dobiegły dalsze krzyki.
Karsa dotarł do końca wioski. Zobaczył uciekającego do lasu młodzieńca i popędził za nim. Chłopak miał ćwiczebny miecz. Słysząc ciężki tętent
zbliżającego się szybko Havoka - i widząc, że bezpieczny las jest
jeszcze daleko - odwrócił się błyskawicznie.
Oręż Karsy przeciął ćwiczebny miecz, a potem szyję. Havok uderzył łbem i zdekapitowane ciało młodzieńca padło na ziemię.
Tak właśnie straciłem kuzyna. Dopadł go Rathyd. Zabrał uszy i język, a ciało powiesił za nogę na gałęzi. Głowę ustawił na ziemi, wspartą o patyk i wysmarowaną ekskrementami. Odpłaciłem za ten czyn. Odpłaciłem.
Havok zwolnił, a potem zawrócił.
Karsa spojrzał na wioskę. Bairoth i Delum zakończyli już rzeź i zaganiali teraz kobiety na polanę otaczającą wioskowe palenisko.
Havok zaniósł go kłusem do wioski.
- Żona wodza należy do mnie - oznajmił Karsa.
Bairoth i Delum skinęli głowami. Łatwość, z jaką odstąpili mu ten
przywilej, świadczyła, że ich nastrój znacznie się poprawił. Bairoth
spojrzał na branki i skinął mieczem. Z grupy wystąpiła przystojna
kobieta w średnim wieku, za którą podążała jej młodsza wersja -
dziewczyna zapewne nie starsza niż Dayliss. Obie przyjrzały się Karsie
równie uważnie, jak on przyglądał się im.
- Bairothu Gild i Delumie Thord, wybierzcie sobie po pierwszej kobiecie
spośród pozostałych. Ja będę stał na straży.
Obaj wojownicy uśmiechnęli się szeroko, zsiedli z koni i weszli w grupę
kobiet, by wybrać po jednej dla siebie. Potem zniknęli w chatach,
prowadząc branki za ręce.
Karsa przyglądał się temu z uniesionymi brwiami.
Żona wodza prychnęła pogardliwie.
- Twoi towarzysze nie byli ślepi na zapał tych dwóch - zauważyła.
- Ich wojownicy, czy to ojcowie, czy mężowie, nie będą zadowoleni z takiego zapału - stwierdził Karsa.
Urydzkie kobiety nigdy by...
- O niczym się nie dowiedzą, wodzu wojenny - odparła żona wodza. - Chyba
że wy im powiecie, a jaka jest na to szansa? Nie dadzą wam czasu na
urąganie, zanim was zabiją. Ach, pojmuję - dodała, podchodząc bliżej, by
spojrzeć mu w oczy. - Chciałeś wierzyć, że urydzkie kobiety są inne, a teraz zrozumiałeś, że to fałsz. Wszyscy mężczyźni są głupcami, ale ty
mogłeś się teraz stać trochę mniejszym głupcem, gdyż prawda wniknęła do
twego serca. Jak masz na imię, wodzu wojenny?
- Za dużo gadasz - warknął Karsa. Wyprostował się. - Jestem Karsa
Orlong, wnuk Pahlka...
- Pahlka?
- Zaiste. - Karsa uśmiechnął się. - Widzę, że go pamiętasz.
- Byłam wtedy dzieckiem, ale, tak, zachowaliśmy pamięć o nim.
- On żyje jeszcze i śpi spokojnie, mimo że przeklęliście jego imię.
Roześmiała się.
- Przeklęliśmy? Nie było powodu. Pahlk pokłonił się nam nisko, błagając,
byśmy pozwolili mu przejść...
- Łżesz!
Przyjrzała mu się uważnie, po czym wzruszyła ramionami.
- Skoro tak mówisz.
Jedna z zaprowadzonych do domów kobiet krzyknęła głośno, raczej z przyjemności niż z bólu.
Żona wodza odwróciła głowę.
- Ile z nas przyjmie wasze nasienie, wodzu wojenny?
Karsa usiadł wygodnie.
- Wszystkie. Po jedenaście na każdego.
- A ile dni to potrwa? Czy mamy też dla was gotować?
- Dni? Myślisz jak stara kobieta. Jesteśmy młodzi. A jeśli zajdzie taka
potrzeba, mamy też krwawy olej.
Kobieta otworzyła szeroko oczy. Inne, stojące za jej plecami, zaszeptały
nerwowo. Żona wodza odwróciła się nagle i uciszyła je spojrzeniem, po
czym znowu zwróciła się ku Karsie.
- Nigdy jeszcze nie używałeś krwawego oleju w tym celu, mam rację? To
prawda, że twoje lędźwie ogarnie ogień i sztywność nie ustąpi przez
wiele dni. Ale, wodzu wojenny, nie wiesz, jak to podziała na nas. Ja to
wiem, bo też byłam kiedyś młoda i głupia. Nawet siła mojego męża nie
wystarczyła, by ochronić jego gardło przed moimi zębami. Nosi blizny po
dziś dzień. I nie koniec na tym. To, co dla was trwa niespełna tydzień,
nas prześladuje przez długie miesiące.
- To znaczy, że jeśli my nie zabijemy waszych mężów, wy to uczynicie po
ich powrocie - stwierdził Karsa. - Bardzo mnie to cieszy.
- Żaden z was trzech nie przeżyje nocy.
- Ciekawie będzie się przekonać, kto z nas pierwszy będzie go
potrzebował - ciągnął z uśmiechem Karsa. - Bairoth, Delum czy ja? -
Zwrócił się ku grupie kobiet. - Sugeruję, byście wszystkie wykazały się
zapałem. Żadna z was nie chce chyba być pierwszą, która nas zawiedzie.
Bairoth wyszedł z chaty i skinął głową do Karsy.
Żona wodza westchnęła i wezwała córkę skinieniem dłoni.
- Nie - sprzeciwił się wódz wojenny Urydów.
Kobieta znieruchomiała nagle zbita z tropu.
- Ale... czy nie chcesz mieć z tego dziecka? Ta, która będzie pierwsza,
przyjmie najwięcej twego nasienia...
- Zaiste. A czy ty już jesteś za stara?
Po długiej chwili pokręciła głową.
- Karso Orlong - wyszeptała. - Mój mąż rzuci na ciebie klątwę. Spali
krew na kamiennych wargach samej Imroth.
- Tak, zapewne to uczyni. - Karsa zsunął się z konia i podszedł do niej.
- A teraz prowadź mnie do swojego domu.
Odsunęła się.
- Do domu mojego męża? Wodzu wojenny, nie, proszę, wybierzmy jakiś
inny...
- Do domu twojego męża - warknął Karsa. - Skończyłem już z gadaniem i ty
też się zamknij.
***
Godzinę przed zmierzchem Karsa zaprowadził do chaty ostatnią ze swych
branek, córkę wodza. Żaden z ich trójki nie potrzebował krwawego oleju.
Bairoth zapewniał, że urydzka męskość okryła się chwałą, Karsa
podejrzewał jednak, że prawdziwa zasługa przypada zapałowi i zrodzonej z desperacji pomysłowości rathydzkich kobiet. I tak zresztą każdy z wojowników z kilkoma ostatnimi kobietami wykonał swe zadanie tylko
naprędce i od niechcenia.
Karsa zaciągnął młodą brankę do mrocznej chaty, w której palenisko już
wygasało, zatrzasnął drzwi i zamknął je na rygiel. Dziewczyna zwróciła
się w jego stronę, unosząc podbródek w geście zainteresowania.
- Matka mówiła, że byłeś zaskakująco delikatny.
Przyjrzał się jej uważnie.
Jest podobna do Dayliss, lecz zarazem inna. Nie ma w niej tej nuty
mroczności. To... coś zmienia.
- Zdejmij ubranie.
Zsunęła szybko jednoczęściową tunikę z niewyprawionej skóry.
- Gdybym była pierwsza, Karso Orlong, twoje nasienie znalazłoby we mnie
dom. To jest ten dzień w moim kole czasu.
- Czy byłabyś z tego dumna?
Obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem, po czym potrząsnęła głową.
- Zabiliście wszystkie dzieci i starców. Miną stulecia, nim nasza wioska
odzyska dawną postać, a możliwe, że to nigdy nie nastąpi, bo jeśli uda
się wam uciec, rozgniewani wojownicy mogą się zwrócić przeciwko sobie
nawzajem i przeciwko nam.
- Uciec? Połóż się tu, gdzie leżała twoja matka. Karsa Orlong nigdy nie
ucieka. - Stanął nad nią. - Wasi wojownicy nie wrócą. Życie tej wioski
jest skończone, a wiele spośród was nosi w sobie nasienie Urydów.
Pójdźcie wszystkie do nas i zamieszkajcie wśród naszego ludu. A ty udaj
się z matką do wioski, w której się urodziłem. Czekajcie tam na mnie.
Wychowajcie swoje dzieci, moje dzieci, na Urydów.
- To śmiałe przechwałki, Karso Orlong.
Zaczął zdejmować skórzany strój.
- Widzę, że to nie tylko przechwałki - zauważyła. - Nie będziemy
potrzebowali krwawego oleju.
- Zachowamy go na dzień mojego powrotu.
Otworzyła szeroko oczy, gdy położył się na niej.
- Nie chcesz wiedzieć, jak mam na imię? - zapytała cicho.
- Nie chcę - warknął. - Będę cię nazywał Dayliss.
Nie widział wyrazu wstydu, który pojawił się na młodej, pięknej twarzy
dziewczyny. Nie wyczuwał też mroku, który jego słowa pozostawiły w jej
duszy.
W niej, tak jak w jej matce, nasienie Karsy Orlonga znalazło dom.
***
Znad gór nadeszła późna burza i pożarła gwiazdy. Wierzchołki drzew
kołysały się na wietrze, który nie próbował sięgnąć niżej. Na górze było
słychać świst wichury, lecz między drzewami panowała osobliwa cisza.
Ujrzeli błyskawicę, ale minęła dłuższa chwila, nim rozległ się huk
gromu.
Po zapadnięciu zmroku jechali jeszcze godzinę, nim znaleźli stare
obozowisko, położone nieopodal tropu łowców. Rozwścieczeni rathydzcy
wojownicy zachowywali się nieostrożnie, zostawiając po sobie stanowczo
zbyt wiele śladów. Według oceny Deluma grupa liczyła sobie dwunastu
dorosłych jeźdźców i czterech młodzieńców, być może jedną trzecią sił
całej wioski. Psy puszczono już luzem, by polowały w sforach. Żaden z nich nie towarzyszył ściganemu przez Urydów oddziałowi.
Karsa był zadowolony. Szerszenie opuściły gniazdo, ale latały na oślep.
Znowu zjedli na kolację podstarzałe już nieco niedźwiedzie mięso i Bairoth ponownie wyjął czaszkę zwierza, by owiązywać ją rzemieniami, tym
razem wokół pyska. Zaciskał je mocno między zębami, a luźno zwisające
końce miały długość półtora ramienia mężczyzny. Karsa wreszcie
zrozumiał, co chce wykonać jego towarzysz. Podobną broń często robiło
się z dwóch albo trzech wilczych czaszek. Tylko wojownik o sile i masie
Bairotha mógłby władać orężem wykonanym z czaszki szarego niedźwiedzia.
- Bairothu Gild, to, co właśnie tworzysz, będzie barwną nicią w tkaninie
naszej legendy.
Bairoth chrząknął.
- Nic mnie nie obchodzą legendy, wodzu wojenny. Wkrótce zmierzymy się z Rathydami dosiadającymi rumaków.
Karsa uśmiechnął się w ciemności.
Z góry zbocza powiał lekki wietrzyk.
Delum uniósł nagle głowę i wstał bezszelestnie.
- Czuję zapach mokrej sierści - oznajmił.
Deszcz nie zaczął jeszcze padać.
Karsa zdjął szelki, na których nosił miecz, i położył broń na ziemi.
- Bairoth - wyszeptał. - Zostań tutaj. Delum, weź ze sobą dwa noże i zostaw miecz. - Wstał i skinął dłonią. - Prowadź.
- Wodzu wojenny - wyszeptał Delum. - Tę sforę z gór wygnała burza.
Jeszcze nas nie zwęszyły, ale mają wyostrzony słuch.
- Nie sądzisz, że gdyby nas usłyszały, to już zaczęłyby wyć? - zapytał
Karsa.
- Delum, ten wicher wszystko zagłusza - żachnął się Bairoth.
Delum jednak pokręcił głową.
- Są wysokie dźwięki i niskie dźwięki, Bairothu Gild. Każdy z tych
rodzajów wędruje innym strumieniem. - Zwrócił się w stronę Karsy. - Żeby
odpowiedzieć na twoje pytanie, wodzu wojenny: być może nie, jeśli nie
mają pewności, czy jesteśmy Urydami, czy Rathydami.
Karsa wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- To jeszcze lepiej. Zaprowadź mnie do nich, Delumie Thord. Długo
zastanawiałem się nad kwestią sfor rathydzkich psów. Zaprowadź mnie do
nich i bądź gotów rzucić nożami.
Podczas tej rozmowy Havok i dwa pozostałe rumaki otoczyły w ciszy
wojowników. Wszystkie trzy zwróciły się łbami w górę zbocza i nadstawiły
uszu.
Po chwili wahania Delum wzruszył ramionami i pomknął pochylony w las.
Karsa podążył za nim.
Po dwudziestu krokach stok stał się znacznie bardziej stromy. Nie było
tu ścieżki, a pnie zwalonych drzew utrudniały wspinaczkę. Za to ziemię
porastała gruba warstwa wilgotnego mchu, dzięki któremu dwaj teblorscy
wojownicy poruszali się właściwie bezgłośnie. Dotarli do płaskiej półki
o wymiarach mniej więcej piętnaście na dziesięć kroków. Na jej końcu
wznosiło się wysokie, poprzecinane szczelinami urwisko. O skałę opierało
się tu kilka drzew o szarej barwie śmierci. Delum omiótł stromą
pochyłość spojrzeniem i ruszył ku wąskiemu, wypełnionemu ziemią
pęknięciu po jej lewej stronie, które służyło zwierzynie jako ścieżka.
Karsa wyciągnął jednak rękę, powstrzymując go.
- Jak daleko jeszcze? - zapytał, pochylając się do jego ucha.
- Pięćdziesiąt uderzeń serca. Zdążymy się wspiąć...
- Nie. Zaczekamy tutaj. Stań po prawej stronie półki i miej noże w pogotowiu.
Delum wykonał polecenie ze zdziwioną miną. Półka znajdowała się w połowie wysokości urwiska. Po paru chwilach zajął wskazaną pozycję.
Karsa ruszył w stronę prowadzącej na górę ścieżki. W odległości pół
kroku na lewo od niej leżała sosna, która zsunęła się ze stoku. Teblor
dotarł do niej i trącił lekko pień. Drewno nadal było mocne. Wspiął się
szybko po drzewie, opierając stopy na gałęziach, i odwrócił się tak, by
widzieć półkę. Ścieżkę miał niemal na wyciągnięcie ręki po lewej, a pień
i urwisko za plecami.
Czekał. Żeby zobaczyć z tego miejsca Deluma, musiałby się pochylić, a wtedy drzewo mogłoby zsunąć się, zabierając go ze sobą. Narobiłby hałasu
i w dodatku mogłoby mu się coś stać. Musiał ufać, że Delum zrozumie jego
plan i gdy nadejdzie czas, zrobi to co trzeba.
Kamienie osunęły się ze stukotem po ścieżce.
Psy zaczęły schodzić w dół.
Karsa zaczerpnął ostrożnie tchu i zatrzymał powietrze w płucach.
Przewodnik sfory nie będzie szedł pierwszy. Zapewne drugi, w bezpiecznej
odległości uderzenia serca albo dwóch za zwiadowcą.
Pierwszy pies przemknął obok wojownika, strącając kamienie, gałązki i ziemię. Impet wyrzucił go dobre sześć kroków na półkę. Potem zwierzę
zatrzymało się i uniosło łeb, węsząc uważnie. Sierść mu się zjeżyła i ruszyło ostrożnie ku krawędzi półki.
Ścieżką zszedł następny pies. Był większy od poprzedniego i idąc,
zrzucał więcej gruzu. Gdy tylko Karsa ujrzał jego pokryty bliznami łeb
oraz kłąb, zrozumiał, że ma przed sobą przewodnika sfory.
Zwierzę wyszło na półkę.
Tak samo jak zwiadowca zaczęło kręcić głową w obie strony.
Karsa skoczył.
Wyciągnął ręce, złapał przewodnika sfory za kark i obalił go na grzbiet.
Lewą dłoń zacisnął na gardle, a prawą chwycił uderzające wściekle
przednie łapy.
Pies miotał się jak szalony, ale Karsa nie zwalniał uścisku.
Ścieżką zbiegły następne zwierzęta, które rozeszły się po półce,
zaniepokojone i zbite z tropu.
Przewodnik sfory nie warczał już, lecz skomlał.
Jego kły szarpały nadgarstek Karsy, aż wreszcie wojownik zdołał ścisnąć
gardło przeciwnika wyżej, tuż pod szczęką. Zwierzę wyrywało się
rozpaczliwie, lecz było już pokonane i wiedziało o tym, tak samo jak
Uryd.
A także reszta sfory.
Karsa podniósł wreszcie wzrok i przyjrzał się otaczającym go psom.
Wszystkie cofnęły się przed jego spojrzeniem. Wszystkie poza jednym.
Młody, muskularny samiec przycupnął nisko i zaczął się czołgać naprzód.
Dwa noże Deluma wbiły się weń jednocześnie - jeden w gardło, a drugi tuż
poniżej prawego barku. Pies padł na ziemię ze zdławionym chrząknięciem i znieruchomiał. Reszta sfory odsunęła się jeszcze dalej.
Przygnieciony przez Karsę przewodnik uspokoił się. Wojownik obnażył zęby
i opuścił powoli głowę, aż wreszcie jego policzek dotknął szczęki
zwierzęcia.
- Słyszałeś ten śmiertelny jęk? To był twój rywal. Powinieneś się z tego
cieszyć. Teraz ty i twoja sfora należycie do mnie.
Wypowiadał te słowa cichym, uspokajającym tonem, rozluźniając
jednocześnie zaciśniętą na gardle psa dłoń. Po chwili odsunął się nieco,
odwrócił na bok, cofnął rękę i wreszcie puścił przednie łapy psa.
Zwierzę dźwignęło się ciężko.
Karsa wstał i zbliżył się do niego. Uśmiechnął się, widząc, że spuściło
ogon.
Podszedł do niego Delum.
- Wodzu wojenny - rzekł, wyciągając noże z ciała martwego psa. - Jestem
świadkiem tego, co się wydarzyło.
- Delumie Thord, jesteś nie tylko świadkiem, ale i uczestnikiem.
Widziałem twoje noże i wiem, że rzuciłeś nimi w samą porę.
- Rywal przewodnika dostrzegł swą szansę.
- A ty to zrozumiałeś.
- Mamy teraz sforę, która będzie za nas walczyła.
- Zaiste, Delumie Thord.
- Wrócę do Bairotha przed tobą. Trzeba będzie uspokoić konie.
- Damy ci parę chwil.
Na brzegu półki Delum zatrzymał się i obejrzał na Karsę.
- Już się nie boję Rathydów, Karso Orlong. Ani Sunydów. Wierzę, że
Urugal rzeczywiście towarzyszy ci w tej wyprawie.
- Dowiedz się więc jeszcze jednego, Delumie Thord. Nie zadowolę się
pozycją pierwszego wśród Urydów. Pewnego dnia klękną przede mną wszyscy
Teblorzy. Ta nasza podróż do krain zewnętrznych to jedynie wyprawa
zwiadowcza. Musimy poznać wroga, z którym pewnego dnia się zmierzymy.
Nasz lud zbyt długo już spał.
- Karso Orlong, nie wątpię w ciebie.
Karsa uśmiechnął się zimno.
- A przecież kiedyś wątpiłeś.
Delum tylko wzruszył ramionami na te słowa, po czym odwrócił się i podążył w dół stoku.
Karsa przyjrzał się swemu pokąsanemu nadgarstkowi, po czym zerknął na
psa i wybuchnął śmiechem.
- Poczułeś smak mojej krwi, bestio. W twoich żyłach płynie teraz krew
Urugala. Połączyła nas więź. Będziesz od dzisiaj chodził u mojego boku.
Nadaję ci imię Kąsacz.
W sforze było jedenaście dorosłych psów i trzy młode. Wszystkie podążyły
za Karsą i Kąsaczem, pozostawiając zabitemu towarzyszowi
niekwestionowaną władzę nad skalną półką. Do chwili pojawienia się much.
***
Około południa trzej urydzcy wojownicy zeszli ze swą sforą do trzech
małych dolinek, które leżały na ich trasie, prowadzącej na południowy
wschód przez ziemie Rathydów. Ścigani przez nich łowcy musieli być
zdesperowani, skoro zapuścili się tak daleko. Łatwo też było zauważyć,
że unikają kontaktu z okolicznymi wioskami. Ich poszukiwania nadal nie
przynosiły rezultatu, co stało się dla nich powodem do wstydu.
Karsa czuł się tym nieco rozczarowany, pocieszał się jednak myślą, że
wieści o ich czynach i tak się rozejdą, a to wystarczy, by powrotna
podróż przez ziemie Rathydów stała się niebezpieczniejszym i bardziej
interesującym zadaniem.
Według oceny Deluma Rathydowie byli zaledwie jedną trzecią dnia drogi
przed nimi. Zwolnili tempo, wysyłając na boki zwiadowców w poszukiwaniu
tropu, który jeszcze nie istniał. Karsa nie czuł jednak z tego powodu
triumfu. Były jeszcze dwie inne grupy łowców z rathydzkiej wioski.
Zapewne wędrowały one na piechotę i posuwały się naprzód ostrożnie,
zostawiając niewiele śladów. W każdej chwili któraś z nich mogła wpaść
na trop Urydów.
Sfora psów trzymała się blisko pod wiatr od nich. Zwierzęta bez wysiłku
dotrzymywały kroku kłusującym koniom. Bairoth tylko potrząsnął głową,
gdy Delum opowiedział mu o czynach Karsy. Co ciekawe, o jego ambicjach
nie wspomniał ani słowem.
Zjechali na dno doliny. Pełno tu było kamieni, które zsunęły się ze
stoku i leżały pośród brzóz, czarnych świerków, osik oraz olch. Przez
mech i butwiejące pniaki przesączały się resztki rzeki, tworzące czarne
kałuże, których głębokości nie sposób było określić. Wiele tych
zapadlisk ukrywało się między głazami i zwalonymi pniami. Wojownicy
musieli zmniejszyć tempo, posuwając się ostrożnie w głąb lasu.
Po krótkiej chwili dotarli do pierwszego z ubłoconych drewnianych
pomostów, które Rathydowie mieszkający w tej dolinie zbudowali przed
wielu laty i wciąż konserwowali, choć niezbyt starannie. O zaniedbaniu
konstrukcji świadczyły bujne kępy trawy wyrastające między spoinami, ale
kierunek, w którym prowadziła, odpowiadał urydzkim wojownikom, zsiedli
więc z koni i wprowadzili je na górę.
Pomost chwiał się i skrzypiał pod ciężarem rumaków, Teblorów i psów.
- Lepiej trzymajmy się z dala od siebie i idźmy pieszo - odezwał się
Bairoth.
Karsa przykucnął i przyjrzał się grubo ciosanym kłodom.
- Drewno nadal jest mocne - zauważył.
- Ale podpory są osadzone w błocie, wodzu wojenny.
- Nie w błocie, Bairothu Gild. W torfie.
- Karsa Orlong ma rację - zgodził się Delum, wskakując na rumaka. -
Pomost może się chwiać, ale rozpórki na dole nie pozwolą mu się
przechylić. Pojedziemy środkiem, gęsiego.
- Nie ma sensu wybierać tej drogi, jeżeli mamy nią pełznąć jak ślimaki -
wyjaśnił Bairothowi Karsa.
- Ryzyko polega na tym, że znacznie łatwiej będzie nas dostrzec, wodzu
wojenny.
- W takim razie lepiej się pośpieszmy.
Bairoth skrzywił się.
- Skoro tak mówisz, Karso Orlong.
Ruszyli powolnym galopem przez środek konstrukcji. Grupę prowadził
Delum. Psy podążały za nimi. Jedynymi drzewami, które sięgały do
wysokości oczu konnych wojowników, były tu uschnięte brzozy. Ich czarne,
bezlistne gałęzie spowijała pajęczyna gniazd gąsienic. Korony żywych
drzew - osik, olch i wiązów - o liściach matowozielonej barwy,
poruszających się leniwie na wietrze, kończyły się na wysokości ich
piersi. W oddali widać było wyższe czarne świerki. Większość z nich
wyglądała na uschnięte bądź usychające.
- Stara rzeka wraca - zauważył Delum. - Ten las powoli tonie.
Karsa chrząknął.
- Ta dolina łączy się z innymi, które biegną na północ, aż do Szczeliny
Burydzkiej. Pahlk był jednym z teblorskich starszych, którzy spotkali
się tam przed sześćdziesięciu laty. Wypełniająca szczelinę rzeka lodu
umarła nagle i zaczęła się topić.
- Nigdy się nie dowiedzieliśmy, co odkryli tam starsi wszystkich plemion
ani czy znaleźli to, czego szukali - odezwał się jadący za plecami Karsy
Bairoth.
- Nie wiedziałem, że czegoś tam szukali - mruknął Delum. - O śmierci
rzeki lodu słyszano w stu dolinach, w tym również w naszej. Czy nie
wyruszyli do szczeliny po prostu po to, by się dowiedzieć, co się stało?
Karsa wzruszył ramionami.
- Pahlk opowiadał mi o niezliczonych zwierzętach uwięzionych w lodzie od
nieprzeliczonych stuleci. Można je było zobaczyć pośród strzaskanych
bloków. Gdy futro i mięso tajały, w powietrzu zaroiło się od wron i górskich sępów. Była tam kość słoniowa, lecz na ogół zbyt pokruszona, by
mogła mieć jakąkolwiek wartość. Śmierć rzeki ujawniła, że skrywało się w niej czarne serce, ale to, co leżało w tym sercu, zniknęło lub uległo
zniszczeniu. Mimo to widzieli tam ślady starożytnej bitwy. Kości dzieci.
Połamaną kamienną broń.
- To więcej niż kiedykolwiek... - zaczął Bairoth, lecz przerwał nagle.
Pomost, który drżał pod ich krokami, zadudnił nagle głębszym,
synkopowanym rytmem. Czterdzieści kroków przed nimi droga skręcała,
niknąc za drzewami.
Psy zaczęły kąsać powietrze w bezgłośnym ostrzeżeniu. Karsa obejrzał się
i zobaczył dwieście kroków za nimi dwunastu rathydzkich wojowników,
którzy szli pieszo pomostem, unosząc broń w niemej zapowiedzi ataku.
Ale tętent kopyt... Karsa ponownie się odwrócił i ujrzał sześciu
jeźdźców wynurzających się zza zakrętu. Zabrzmiały okrzyki bojowe.
- Zróbcie mi miejsce! - ryknął Bairoth, mijając Karsę, a potem Deluma.
Uniósł nad głowę niedźwiedzią czaszkę i zakręcił nią z trzaskiem
rzemieni. Trzymał ją w obu rękach, zaciskając kolana wysoko na końskim
kłębie. Wirowaniu czaszki towarzyszyło niskie buczenie. Rumak Bairotha
runął naprzód.
Rathydzcy jeźdźcy rozpoczęli już szarżę. Jechali po dwóch obok siebie, a od krawędzi pomostu dzieliła ich z obu stron odległość niespełna połowy
długości ramienia.
Kiedy znaleźli się już tylko dwadzieścia kroków od Urydów, Bairoth
rzucił czaszką.
Gdy używano w ten sposób dwóch albo trzech wilczych czaszek, celem było
skrępowanie lub połamanie nóg. Bairoth jednak mierzył wyżej. Pocisk
trafił mknącego po lewej stronie rumaka z impetem, który zdruzgotał mu
pierś. Z nosa i pyska zwierzęcia trysnęła krew. Padając na pomost, koń
uderzył biegnącego obok sąsiada - zaledwie trącił go kopytem w kłąb, ale
to wystarczyło, by zwierzę skręciło gwałtownie i runęło z pomostu,
łamiąc nogi. Rathydzki wojownik przeleciał nad głową wierzchowca.
Jeździec pierwszego rumaka spadł na pomost, łamiąc sobie kości, i wylądował tuż pod kopytami konia Bairotha. Owe kopyta uderzyły go
kolejno w głowę, robiąc z niej krwawą masę.
Szarża się załamała. Następny koń runął na pomost, potykając się z głośnym kwikiem o wierzgającego szaleńczo, blokującego drogę towarzysza.
Bairoth popędził wierzchowca naprzód z urydzkim okrzykiem wojennym na
ustach, przeskakując nad pierwszym powalonym rumakiem. Jeździec drugiego
właśnie się podnosił. Zdążył zobaczyć, jak ciężki miecz Uryda trafia w grzbiet jego nosa.
Delum nagle znalazł się za plecami towarzysza. Dwa noże przeszyły
powietrze, mijając Bairotha z prawej. Rozległ się ostry trzask, gdy
ciężki miecz Rathyda odbił jeden z noży, a potem charkot, kiedy drugi
wbił się w jego gardło.
Zostało jeszcze dwóch wrogów, po jednym dla Deluma i Bairotha. Można
było rozpocząć pojedynki.
Ujrzawszy skutki ataku Bairotha, Karsa zawrócił wierzchowca. Uniósł
miecz, tak by Havok go zobaczył, i pomknęli pomostem w stronę
ścigających.
Psy rozstąpiły się przed rumakiem, by uniknąć jego kopyt, po czym
pobiegły za koniem i jeźdźcem.
Przed nimi było ośmiu dorosłych i czterech młodzieńców.
Wydano rozkaz i młodzieńcy odsunęli się na boki, a potem zeszli z pomostu. Dorośli chcieli mieć wystarczająco wiele miejsca. Widząc, z jaką pewnością siebie wyciągnęli broń i ustawili się na pomoście w formacji o kształcie odwróconej litery V, Karsa roześmiał się głośno.
Chcieli, żeby uderzył w sam środek ich szyku. Ta taktyka - choć
pozwoliłaby zachować straszliwą szybkość Havoka - naraziłaby konia i jeźdźca na ataki z obu flank. Szybkość miała jednak w podobnym starciu
kluczowe znaczenie i atakujący z pewnością spełniłby oczekiwania
Rathydów - gdyby był nim ktoś inny niż Karsa Orlong.
- Urugalu! - ryknął, unosząc się wysoko na kłębie Havoka. - Bądź
świadkiem!
Uniósł miecz nad głową rumaka, sztychem do przodu, i skupił wzrok na
rathydzkim wojowniku stojącym na lewym końcu litery V.
Havok wyczuł jego zamiary i chwilę przed końcem szarży zmienił nagle
kierunek, uderzając kopytami w sam skraj pomostu.
Rathyd przed nimi zdążył cofnąć się o krok i zamachnąć dwuręcznym
mieczem, celując w pysk Havoka.
Karsa sparował ten cios własnym orężem. W tej samej chwili wykręcił
ciało, przesuwając prawą nogę do przodu, a lewą do tyłu. Havok obrócił
się pod nim, zmierzając ku środkowi drogi.
Formacja w kształcie litery V poszła w rozsypkę i Karsa miał wszystkich
Rathydów po swej lewej stronie.
Havok poniósł go na ukos wzdłuż pomostu. Karsa wrzeszczał przenikliwie z zachwytu, tnąc i rąbiąc mieczem. Jego klinga trafiała równie często w ciało i kość, jak i w oręż wroga. Havok zatrzymał się przed drugim
brzegiem konstrukcji i uderzył tylnymi kopytami. Przynajmniej jedno z nich trafiło w cel i Rathyd zleciał na ziemię z połamanymi kośćmi.
W tej samej chwili nadbiegła sfora. Psy rzuciły się, warcząc, na
rathydzkich wojowników. Większość z nich odwróciła się, skupiając uwagę
na Karsie, i wystawiła plecy na atak rozwścieczonych zwierząt. Rozległy
się krzyki bólu.
Karsa zawrócił Havoka i runął w kotłowaninę. Dwóch Rathydów zdołało
odeprzeć atak psów. Cofali się pomostem, a z ich mieczy spływała krew.
Karsa runął na nich z głośnym krzykiem wyzwania.
I zdumiał się, gdy obaj zeskoczyli na ziemię.
- Bezkrwiści tchórze! Jestem świadkiem! Wasi młodzieńcy są świadkami! Te
cholerne psy są świadkami!
Uciekinierzy brnęli przez mokradło, porzuciwszy broń.
Wrócili Delum i Bairoth, którzy zsiedli z koni, by wspomóc swymi
mieczami ocalałe psy, nadal jeszcze szarpiące powalonych Rathydów.
Karsa zjechał na bok, obserwując umykających wojowników, do których
dołączyli teraz czterej młodzieńcy.
- Jestem świadkiem! Urugal jest świadkiem!
Zziajany Kąsacz zatrzymał się obok Havoka. Pod plamami krwi prawie nie
widziało się czarno-szarej sierści, mięśnie mu drżały, ale nie odniósł
żadnych ran. Karsa rozejrzał się i zauważył, że ocalały jeszcze cztery
psy, natomiast piąty stracił przednią łapę i kuśtykał w kółko, kreśląc
na pomoście czerwony krąg.
- Delum, zawiąż nogę tej suce. Potem przypalimy jej ranę.
- Po co ci trójnogi pies myśliwski, wodzu wojenny? - zapytał Bairoth,
dysząc ciężko.
- Nawet trójnogi pies ma uszy i nos, Bairothu Gild. Pewnego dnia ta suka
będzie leżała u mojego paleniska, tłusta i posiwiała. Przysięgam, że tak
będzie. Czy któryś z was został ranny?
- To tylko draśnięcia.
Bairoth wzruszył ramionami i odwrócił się.
- Ja straciłem palec - wyznał Delum, zbliżając się z rzemieniem do
rannego psa. - Ale mało ważny.
Karsa ponownie zerknął na uciekających Rathydów, którzy dotarli już
niemal do gaju czarnych świerków. Wódz wojenny uśmiechnął się jeszcze do
nich szyderczo, po czym wsparł dłoń na czole swego rumaka.
- Mój ojciec rzekł prawdę, Havok. Nigdy jeszcze nie jeździłem na takim
koniu.
Rumak postawił uszy na te słowa. Karsa pochylił się i przycisnął usta do
jego czoła.
- My dwaj staniemy się legendą - wyszeptał. - Legendą, Havok. -
Wyprostował się, spoglądając z uśmiechem na leżące na pomoście trupy. -
Czas zebrać trofea, bracia. Bairoth, czy ta twoja niedźwiedzia czaszka
ocalała?
- Chyba tak, wodzu wojenny.
- Twój czyn dał nam zwycięstwo, Bairothu Gild.
Potężnie zbudowany mężczyzna odwrócił się i spojrzał na Karsę, mrużąc
oczy.
- Nie przestajesz mnie zaskakiwać, Karso Orlong.
- Tak jak twoja siła zaskakuje mnie, Bairothu Gild.
Wojownik zawahał się, po czym skinął głową.
- Z satysfakcją słucham twoich rozkazów, wodzu wojenny.
Zawsze tak było, Bairothu Gild. Na tym polega różnica między nami.
Rozdział drugi
Jeśli uważnie przyjrzeć się ziemi, można znaleźć w niej wskazówki
świadczące, że starożytna jaghucka wojna, która dla T'lan Imassów Krona
była siedemnastą albo osiemnastą, nie zakończyła się zgodnie z przewidywaniami. Adept towarzyszący naszej ekspedycji nie miał
najmniejszych wątpliwości, że w lodowcu Laederon po dziś dzień przetrwał
żywy Jaghut, który odniósł straszliwe rany, lecz mimo to nadal włada
potężnymi czarami. Daleko poza zasięgiem rzeki lodu (który zmniejszał
się z czasem) leżą też szczątki T'lan Imassów. Ich kości są dziwnie
zniekształcone i po dziś dzień utrzymuje się na nich posmak straszliwej,
śmiercionośnej Omtose Phellack.
Przetrwała jedynie ta spośród zaczarowanej kamiennej broni Krona, która
została uszkodzona podczas konfliktu, co prowadzi do przypuszczenia, że
albo tę okolicę odwiedzili rabusie, albo nadający się jeszcze do użytku
oręż zabrali ocaleni T'lan Imassowie (o ile jacyś rzeczywiście
ocaleli)...
Nathijska ekspedycja z roku 1012
Kenemass Trybanos, kronikarz
- Jestem przekonany, że ostatnia grupa łowców zawróciła - stwierdził
Delum, gdy sprowadzali konie z pomostu.
- Plaga tchórzostwa wciąż się szerzy - warknął Karsa.
- Od samego początku założyli, że tylko przechodzimy przez ich ziemie -
mruknął basem Bairoth. - Że nasz pierwszy atak nie był zwykłym wypadem.
Dlatego zaczekają na nasz powrót i zapewne zwołają też wojowników z innych wiosek.
- To mnie nie obchodzi, Bairothu Gild.
- Wiem o tym, Karso Orlong. Czy jest jakiś element naszej wyprawy,
którego nie udało ci się dotąd przewidzieć? Niemniej jednak mamy przed
sobą jeszcze dwie rathydzkie doliny. Z pewnością leżą w nich wioski. Czy
mamy je ominąć, czy też zbierzemy kolejne trofea?
- Gdy już dotrzemy na ziemie mieszkańców nizin wokół Srebrnego Jeziora,
nadmiar trofeów będzie dla nas obciążeniem - wskazał Delum.
Karsa wybuchnął śmiechem, potem jednak rozważył jego słowa.
- Bairothu Gild, przemkniemy przez te doliny jak węże nocą, dopóki nie
dotrzemy do ostatniej wioski. Nadal pragnę pociągnąć za nami łowców na
ziemie Sunydów.
Delum znalazł ścieżkę, która wchodziła na stok doliny.
Karsa obejrzał się na kuśtykającą za nimi sukę. Kąsacz szedł obok niej i Urydowi przyszło do głowy, że trójnogie zwierzę jest towarzyszką
przewodnika sfory. Ucieszył się, że zdecydował nie zabijać rannego
stworzenia.
Było chłodno, co świadczyło, że wspinają się coraz wyżej. Tereny Sunydów
leżały na jeszcze większej wysokości, przed wschodnią granicą gór. Pahlk
mówił Karsie, że w dół prowadzi tylko jedna trasa i można ją poznać po
potężnym wodospadzie, który zasila w wodę Srebrne Jezioro. Zejście było
zdradzieckie. Pahlk nazwał ten szlak Przesmykiem Kości.
Ścieżka wiła się pośród spękanych od mrozu głazów oraz zwalonych drzew.
Widzieli już szczyt, sześćset kroków po stromej ścieżce przed nimi.
Wojownicy zsiedli z koni. Karsa cofnął się i podniósł trójnogą sukę.
Posadził ją na szerokim grzbiecie Havoka i przywiązał mocno. Zwierzę nie
protestowało. Kąsacz zajął pozycję u boku rumaka.
Ponownie ruszyli w drogę.
Gdy wspięli się po skąpanym w jaskrawym, złocistym blasku słońca stoku
na odległość stu kroków od szczytu, dotarli do szerokiej półki, która
zdawała się - przesłonięta przez rzadki lasek karłowatych, powykręcanych
na wietrze dębów - biec przez całą długość doliny. Delum omiótł wzrokiem
odcinek tarasu położony na prawo od nich, chrząknął i oznajmił:
- Widzę jaskinię. - Wyciągnął rękę. - Tam, za tymi zwalonymi drzewami,
gdzie półka się wybrzusza.
Bairoth skinął głową.
- Wygląda na wystarczająco szeroką, żeby konie mogły nią przejść -
stwierdził. - Karso Orlong, jeśli mamy teraz jechać nocą...
- Zgoda - rzucił Karsa.
Pierwszy na taras wjechał Delum. Kąsacz podążył za nim, lecz nieopodal
wylotu jaskini zwolnił, a potem przycupnął i zaczął się czołgać naprzód.
Urydzcy wojownicy zatrzymali się, żeby sprawdzić, czy pies zjeżył
sierść, co świadczyłoby, że w jaskini mieszka szary niedźwiedź albo
jakieś inne stworzenie. Kąsacz na długą chwilę przywarł nieruchomo do
ziemi przed wylotem, po czym podniósł się, obejrzał na wojowników i wbiegł do środka.
Zwalone drzewa tworzyły tu naturalną barierę, osłaniającą jaskinię przed
patrzącymi z doliny. Był tu kiedyś skalny nawis, ale już się zawalił,
być może pod ciężarem drzew, tworząc stos gruzu częściowo blokujący
wejście.
Bairoth zaczął torować drogę dla koni, a Delum i Karsa podążyli za
Kąsaczem do jaskini.
Za stertą głazów i piasku natrafili na gładkie podłoże pokryte suchymi
liśćmi. Światło zachodzącego słońca układało się na tylnej ścianie
jaskini w plamy żółtego blasku, w których można było dostrzec, że całą
jej powierzchnię pokrywają rzeźbione znaki. Komora miała kopulaste
sklepienie, a na jej środku widniał niewielki kopczyk kamieni.
Kąsacz gdzieś zniknął, lecz jego ślady prowadziły w mrok pod tylną
ścianą.
Delum podszedł bliżej, wpatrując się w przesadnie wielki symbol widoczny
nad wejściem.
- Ten krwawy znak nie jest rathydzki ani sunydzki - zauważył.
- Ale słowa poniżej są napisane po teblorsku - stwierdził Karsa.
- Styl tego pisma jest bardzo... - Delum zmarszczył brwi. - Ozdobny.
Karsa zaczął czytać na głos.
- Poprowadziłem ocalałe rodziny. Z wyżyn, przez pęknięte żyły, które
krwawiły w promieniach słońca... Pęknięte żyły?
- Lód - wyjaśnił Delum.
- Krwawiły w promieniach słońca, masz rację. Zostało nas tak niewielu.
Nasza krew stała się mętna i miała być jeszcze mętniejsza. Dostrzegłem
potrzebę roztrzaskania tego, co przetrwało, albowiem T'lan Imassowie
wciąż byli blisko i w swym podnieceniu wydawali się skłonni kontynuować
prowadzoną na oślep rzeź. - Karsa skrzywił się. - T'lan Imassowie? Nie
znam tych dwóch słów.
- Ja też nie - przyznał Delum. - Może to było wrogie plemię. Czytaj
dalej, Karso Orlong. Masz szybsze oczy ode mnie.
- Dlatego oddzieliłem mężów od żon. Dzieci od rodziców. Braci od
sióstr. Stworzyłem nowe rodziny, które następnie rozesłałem w różne
miejsca. Wprowadziłem Prawa Izolacji, dane nam przez Icariuma, któremu
ongiś udzieliliśmy schronienia i którego serce wypełniła bezgraniczna
żałoba na widok tego, co się z nami stało. Prawa Izolacji staną się
naszym zbawieniem. Oczyszczą krew i dadzą siłę dzieciom. Dla tych,
którzy nadejdą potem i będą czytali me słowa, oto jest moje
usprawiedliwienie...
- Niepokoją mnie te słowa, Karso Orlong.
Karsa obejrzał się na Deluma.
- A dlaczego? One nic dla nas nie znaczą. To tylko bredzenie starca.
Zbyt wiele słów. Żeby wyrzeźbić tak wiele liter, potrzeba by lat. Tylko
szaleniec mógłby zrobić coś takiego. Szaleniec, który ukrywał się tu,
sam, wygnany przez swoje plemię...
W oczach Deluma pojawił się nagle błysk.
- Wygnany? Tak, sądzę, że masz rację, wodzu wojenny. Czytaj dalej.
Poznajmy jego usprawiedliwienie i osądźmy sami.
Karsa wzruszył ramionami i ponownie spojrzał na ścianę.
- Żeby przetrwać, musimy zapomnieć. Tak nam rzekł Icarium. O wszystkim,
co zdobyliśmy, co uczyniło nas słabymi. Musimy porzucić to wszystko.
Musimy zburzyć nasze... nie znam tego słowa... i porozbijać wszystkie
kamienie, by nie pozostał żaden dowód na to, kim ongiś byliśmy. Musimy
spalić nasze... Znowu słowo, którego nie znam. Nie zostawiając nic
oprócz popiołu. Musimy zapomnieć o naszej historii i zachować jedynie
najdawniejsze legendy. Legendy mówiące o czasach, gdy wiedliśmy proste
życie pośród lasów. Polowaliśmy, łowiliśmy ryby w rzekach, hodowaliśmy
konie. Gdy nasze prawa były prawami rabusiów, zabójców i o wszystkim
decydował cios miecza. Legendy mówiące o wendetach, morderstwach i gwałtach. Musimy wrócić do tych straszliwych czasów. Izolować strumienie
naszej krwi, utkać nowe, mniejsze sieci pokrewieństwa. Nowe nici muszą
się rodzić z gwałtu, gdyż tylko jeśli ich źródłem będzie przemoc,
pozostaną rzadkie i przypadkowe. By oczyścić swą krew, musimy zapomnieć,
kim byliśmy, a zarazem odnaleźć to, kim byliśmy dawniej...
- Na dole - powiedział Delum, kucając. - Niżej. Poznaję słowa. Czytaj
dalej, Karso Orlong.
- Robi się już ciemno, Delumie Thord, ale spróbuję. Ach, tak. To są...
nazwy. Nadałem tym nowym plemionom nazwy pochodzące od imion, które mój
ojciec dał swym synom. Teraz jest lista. Barydowie, Sanydowie,
Phalydowie, Uradowie, Geladowie, Manydowie, Rathydowie i Lanydowie. Tak
będą się zwały nowe plemiona... Jest już za ciemno, żeby czytać dalej,
Delumie Thord. Zresztą nie chcę tego robić - dodał, tłumiąc nagły
dreszcz. - To myśli ukąszonego przez pająka. Wypaczone gorączką
kłamstwa.
- Phalydowie i Lanydowie to...
Karsa wyprostował się.
- Dość tego, Delumie Thord.
- Imię Icariuma przetrwało w naszych...
- Dość! - warknął Karsa. - Te słowa nie mają żadnego znaczenia!
- Skoro tak mówisz, Karso Orlong.
Kąsacz wychynął z mroku. Teblorscy wojownicy zobaczyli teraz widoczną
tam ciemniejszą szczelinę.
Delum wskazał głową w jej stronę.
- Tam leży ciało tego, kto wyrzeźbił te słowa.
- Z pewnością poczołgał się tam, by umrzeć - zadrwił Karsa. - Wracajmy
do Bairotha. Konie znajdą tu schronienie. My będziemy spać na zewnątrz.
Obaj wojownicy odwrócili się i ruszyli ku wyjściu z jaskini. Kąsacz stał
jeszcze przez chwilę obok kopczyka. Słońce opadło za horyzont i komorę
wypełniły cienie. Oczy psa zalśniły w ciemności.
***
Po dwóch nocach spojrzeli z końskich grzbietów na dolinę Sunydów. Plan
skłonienia Rathydów do pościgu spalił na panewce, gdyż dwie ostatnie
wioski, na które się natknęli, były od dawna opustoszałe. Ścieżki wokół
nich zarosły trawą, a deszcze wypłukały węgiel drzewny z dołów na ogień,
zastawiając tylko czarne plamy o czerwonych obwódkach.
A w całej dolinie Sunydów nie płonął ani jeden ogień.
- Uciekli - mruknął Bairoth.
- Ale nie przed nami - dodał Delum. - Nie, jeśli wioski Sunydów
wyglądają tak samo jak rathydzkie. Ta ucieczka nastąpiła już dawno.
Bairoth chrząknął.
- Dokąd więc odeszli?
- Na północ od tej są jeszcze inne sunydzkie doliny - stwierdził Karsa,
wzruszając ramionami. - Co najmniej tuzin. Jest też kilka na południu.
Być może doszło do rozłamu. To nie ma dla nas znaczenia. Najwyżej nie
zdobędziemy nowych trofeów po drodze nad Srebrne Jezioro.
Bairoth rozprostował ramiona.
- Wodzu wojenny, gdy już dotrzemy do Srebrnego Jeziora, to czy
zaatakujemy pod kręgiem słońca? Dolina przed nami jest pusta i moglibyśmy zatrzymać się w niej na noc. Nie znamy tutejszych ścieżek i po ciemku musielibyśmy posuwać się naprzód powoli.
- Masz słuszność, Bairothu Gild. Zaatakujemy w świetle dnia. Zejdźmy na
dno doliny i znajdźmy tam miejsce na obóz.
Gdy urydzcy wojownicy znaleźli odpowiednie miejsce na postój, krąg
gwiazd wykonał już jedną czwartą swego obrotu. Po drodze na dół Delum
zabił dzięki pomocy psów sześć skalnych zajęcy, które obdarł ze skóry i nadział na rożen, podczas gdy Bairoth rozpalił małe ognisko.
Karsa oporządził konie, po czym dołączył do towarzyszy przy ognisku.
Siedzieli w milczeniu, czekając, aż mięso się upiecze. Słodki zapach i skwierczenie wydawały się im dziwnie nieznajome po tak wielu spożytych
na surowo posiłkach. Karsa czuł, że ogarnia go senność. Dopiero teraz
zdał sobie sprawę, jak bardzo jest zmęczony.
Zające wreszcie się upiekły i trzej wojownicy zjedli je bez słowa.
- Delum mówił mi o napisanych w jaskini słowach - odezwał się Bairoth.
Karsa przeszył winowajcę złowrogim spojrzeniem.
- Delum Thord mówił o sprawach, o których nie powinien był wspominać. Te
słowa w jaskini to tylko bredzenie szaleńca, nic więcej.
- Rozważyłem je starannie i jestem przekonany, że w tym bredzeniu kryje
się prawda, Karso Orlong - nie ustępował Bairoth.
- To przekonanie niczemu nie służy, Bairothu Gild.
- Jestem innego zdania, wodzu wojenny. Nazwy plemion. Bo zgadzam się z Delumem, który twierdził, że były tam wypisane nazwy naszych plemion.
"Uradowie" brzmi zbyt podobnie do "Urydowie", zwłaszcza jeśli trzy inne
nazwy są niezmienione. Co prawda, jedno z tych plemion zniknęło, ale
nawet nasze własne legendy szepczą o czasach, gdy było więcej plemion
niż obecnie. A te dwa słowa, których nie znałeś, Karso Orlong. "Wielkie
wioski" i "żółta kora"...
- One nie tak brzmiały!
- To prawda, ale to najlepsze przybliżenie, na jakie mógł się zdobyć
Delum. Karso Orlong, ten, kto napisał te słowa, żył w wyrafinowanej
epoce, gdy teblorski język był bardziej skomplikowany niż dzisiaj.
Karsa splunął w ogień.
- Bairothu Gild, jeśli faktycznie są to prawdy, tak jak twierdzicie ty i Delum, to muszę was zapytać: jaką wartość mają one dla nas? Jesteśmy
upadłym ludem? To żadna nowina. Wszystkie nasze legendy mówią o dawno
minionym wieku chwały, gdy wśród Teblorów żyły setki bohaterów, wobec
których nawet mój dziadek Pahlk byłby jak dziecko pośród mężczyzn...
Na widocznej w blasku ogniska twarzy Deluma pojawił się głęboki mars.
- To właśnie mnie niepokoi, Karso Orlong. Te opiewające chwałę legendy
mówią o czasach nieróżniących się zbytnio od naszych. Było wtedy więcej
bohaterów i dokonywano wspanialszych czynów, ale życie wyglądało
zasadniczo tak samo jak dzisiaj. Zaiste, wydaje się, że te opowieści
udzielają nam wskazówek, stanowią kodeks zachowania, uczą nas, jak być
Teblorami.
Bairoth skinął głową.
- A te słowa wyryte na ścianie jaskini dają nam wyjaśnienie.
- Opisują, jacy moglibyśmy być - dodał Delum. - Nie, jacy jesteśmy.
- Nic z tego nie ma znaczenia - warknął Karsa.
- Jesteśmy pokonanym ludem - ciągnął Delum, jakby go nie słyszał. -
Została z nas garstka rozbitków. - Uniósł wzrok i spojrzał Karsie w oczy
ponad ogniskiem. - Jak wielu spośród naszych braci i sióstr, których
oddaliśmy Twarzom w Skale, urodziło się z jakąś skazą? Zbyt wiele palców
u rąk i nóg, usta bez podniebienia, twarze bez oczu. To samo obserwujemy
wśród naszych psów i koni, wodzu wojenny. To skutki wsobnego
rozmnażania. Taka jest prawda. Starzec z jaskini wiedział, co grozi
naszemu ludowi, i dlatego wymyślił sposób, by go podzielić na grupy i powoli oczyścić zmąconą krew. Dlatego Teblorzy wygnali go jako zdrajcę.
Byliśmy w tej jaskini świadkami starożytnej zbrodni...
- Jesteśmy upadłym ludem - stwierdził Bairoth i wybuchnął śmiechem.
Delum spojrzał na niego.
- Co w tym widzisz zabawnego, Bairothu Gild?
- Jeśli muszę ci to wyjaśniać, Delumie Thord, to znaczy, że i tak tego
nie zrozumiesz.
Śmiech Bairotha przeszył Karsę dreszczem.
- Obaj nie rozumiecie prawdziwego znaczenia tego wszystkiego...
Bairoth chrząknął.
- Tego znaczenia, które według ciebie nie istnieje, Karso Orlong?
- Przed tymi, którzy upadli, stoi tylko jedno wyzwanie - podjął Karsa. -
Podnieść się znowu. Teblorzy byli kiedyś nieliczni, byli pokonani. Niech
i tak będzie. Nie jesteśmy już nieliczni. Nie zaznaliśmy też od owego
czasu porażki. Kto z mieszkańców nizin waży się zapuszczać na nasze
ziemie? Powiadam wam, że nadszedł czas, byśmy stawili czoło temu
wyzwaniu. Teblorzy muszą się podnieść.
Bairoth uśmiechnął się szyderczo.
- Ciekawe, kto nas poprowadzi? Kto zjednoczy plemiona?
- Spokój - mruknął Delum z błyskiem w oczach. - Bairothu Gild, słyszę w twych słowach niegodną zawiść. Powiedz mi, czy po tym, czego we trójkę
dokonaliśmy, po tym, co osiągnął już nasz wódz wojenny, cienie
starożytnych bohaterów nadal pożerają nas w całości? Ja twierdzę, że tak
nie jest. Karsa Orlong dorównał owym bohaterom, a my jesteśmy jego
towarzyszami.
Bairoth odchylił się powoli, rozprostowując nogi obok ogniska.
- Skoro tak mówisz, Delumie Thord. - W migotliwym blasku ognia widać
było, że wojownik uśmiecha się szeroko. Wydawało się jednak, że
adresatem tego uśmiechu są płomienie. - "Kto z mieszkańców nizin waży
się zapuszczać na nasze ziemie?". Karso Orlong, wędrujemy przez pustą
dolinę. Nie ma tu naszych pobratymców, ale co ich stąd przegnało?
Niewykluczone, że nieustraszeni Teblorzy znowu poznali smak klęski.
Nastała długa chwila, podczas której żaden z nich się nie odzywał.
Wreszcie Delum dorzucił do ognia kolejną gałąź.
- Niewykluczone, że wśród Sunydów nie ma bohaterów - skontrował cicho.
Bairoth roześmiał się.
- To prawda. Wśród wszystkich plemion Teblorów jest ich tylko trzech.
Myślisz, że to będzie dość?
- Trzech to lepiej niż dwóch - warknął Karsa. - Ale jeśli będzie trzeba,
to i dwóch wystarczy.
- Karso Orlong, modlę się do Siedmiu, by twój umysł zawsze pozostał
wolny od wątpliwości.
Karsa zdał sobie sprawę, że zaciska dłonie na rękojeści miecza.
- Ach, to tym torem biegną twoje myśli. Uważasz, że jestem synem swego
ojca. Czy oskarżasz mnie o słabość Synyga?
Bairoth przyjrzał się Karsie, po czym pokręcił powoli głową.
- Twój ojciec nie jest słaby, Karso Orlong. Jeśli mam jakieś
wątpliwości, o których powinienem tu i teraz wspomnieć, to dotyczą one
Pahlka i jego bohaterskiej wyprawy nad Srebrne Jezioro.
Karsa zerwał się na nogi, ściskając w dłoniach krwawy miecz.
Bairoth nawet nie drgnął.
- Nie widzisz tego samego, co ja - stwierdził cicho. - Masz w sobie
potencjał, by stać się synem swego ojca, Karso Orlong. Skłamałem,
mówiąc, że modlę się o to, byś pozostał wolny od wątpliwości. Modlę się
o coś wręcz przeciwnego, wodzu wojenny. O to, byś poznał zwątpienie i by
utemperowało cię ono swą mądrością. Ci bohaterowie z naszych legend,
Karso Orlong, byli straszni. Byli potworami, gdyż zwątpienie było im
obce.
- Stań naprzeciwko mnie, Bairothu Gild, bo nie zabiję cię, gdy trzymasz
miecz w pochwie.
- Nie uczynię tego, Karso Orlong. To ja zacząłem, a ty nie jesteś moim
wrogiem.
Delum podniósł się z dłońmi pełnymi ziemi, którą zasypał ognisko płonące
między dwoma mężczyznami.
- Jest już późno - mruknął. - Możliwe też, że Bairoth ma rację i wcale
nie jesteśmy w tej dolinie sami. Na jej drugim końcu mogą się czaić
obserwatorzy albo i coś gorszego. Wodzu wojenny, tej nocy padły tylko
słowa. Zostawmy rozlew krwi dla prawdziwych wrogów.
Karsa nadal stał, spoglądając ze złością na Bairotha Gilda.
- Słowa - warknął. - Tak, i za słowa, które wypowiedział, Bairoth Gild
musi mnie przeprosić.
- Ja, Bairoth Gild, błagam cię o wybaczenie za moje słowa. A teraz,
Karso Orlong, czy schowasz miecz?
- Ostrzegam cię, że następnym razem nie dam się ugłaskać tak łatwo -
rzekł Karsa.
- Słyszałem twe ostrzeżenie.
***
Sunydzka wioska zarosła już trawą i młodymi drzewkami. Prowadzące do
niej ścieżki niemal całkowicie zniknęły pod krzewami jeżyn, ale tu i ówdzie, pośród kamiennych fundamentów okrągłych domów, widać było ślady
ognia i przemocy.
Delum zsiadł z konia i zaczął grzebać w gruzach. Już po paru chwilach
znalazł pierwsze kości.
Bairoth chrząknął.
- Ktoś napadł na wioskę. Nie oszczędzono nikogo.
Delum wyprostował się, trzymając w dłoniach rozszczepione drzewce
strzały.
- Mieszkańcy nizin. Sunydowie trzymali niewiele psów. W przeciwnym razie
nie daliby się tak zaskoczyć.
- To nie jest już wyprawa zwiadowcza, lecz wojna - oznajmił Karsa. -
Zmierzamy ku Srebrnemu Jezioru nie jako Urydowie, lecz jako Teblorzy, po
to, by wywrzeć zemstę.
Zsiadł z konia i wydobył z juków cztery ochraniacze z twardej skóry,
które następnie założył Havokowi na nogi, by osłonić go przed kolcami
jeżyn. Dwaj pozostali wojownicy poszli za jego przykładem.
- Prowadź nas, wodzu wojenny - rzekł Delum, gdy już uporał się z tym
zadaniem. Wskoczył z powrotem na grzbiet rumaka.
Karsa ponownie podniósł trójnogą sukę i położył ją za kłębem Havoka.
Następnie dosiadł konia i spojrzał na Bairotha.
Krzepki wojownik również wdrapał się na grzbiet wierzchowca. Spod
opadających powiek popatrzył na Karsę.
- Prowadź nas, wodzu wojenny.
- Pojedziemy tak szybko, jak tylko pozwoli nam teren - oznajmił Karsa,
układając sobie trójnogie zwierzę na udach. - Gdy wydostaniemy się z doliny, ruszymy na północ, a potem znowu na wschód. Jutrzejszą noc
spędzimy już blisko Przesmyku Kości. Skierujemy się nim na południe i dotrzemy do Srebrnego Jeziora.
- A jeśli natkniemy się po drodze na mieszkańców nizin?
- W takim przypadku zaczniemy zbierać trofea, Bairothu Gild. Nie możemy
jednak pozwolić, by choć jeden zdołał uciec. Nasz atak na gospodarstwo
rolne musi być całkowitym zaskoczeniem, bo w przeciwnym razie dzieci
umkną.
Ominęli wioskę i dotarli na szlak wiodący do lasu. Między drzewami rosło
mniej chaszczy, co pozwoliło im przejść w powolny galop. Wkrótce ścieżka
zaczęła się wspinać na stok doliny. O zmierzchu znaleźli się na
szczycie. Z koni buchała już para, więc trzej wojownicy ściągnęli wodze.
Dotarli do skraju płaskowyżu. Na północy i wschodzie skąpany jeszcze w złocistym blasku słońca horyzont był wyszczerbioną linią górskich
szczytów. Ich wierzchołki pokrywał śnieg, a ze stoków spływały rzeki
bieli. Na wprost przed nimi, u stóp pionowej ściany, wysokiej na co
najmniej trzysta kroków, leżała wielka, lesista kotlina.
- Nie widzę ognisk - wskazał Delum, omiatając wzrokiem spowitą w cieniu
dolinę.
- Musimy ruszyć na północ jej brzegiem - stwierdził Karsa. - Nie ma tu
biegnących po stoku ścieżek.
- Konie potrzebują odpoczynku - odezwał się Delum. - Ale w tym miejscu
za bardzo rzucamy się w oczy, wodzu wojenny.
- W takim razie pójdziemy na piechotę - zdecydował Karsa, zsuwając się z końskiego grzbietu.
Gdy postawił trójnogą sukę na ziemi, Kąsacz stanął obok niej. Karsa
złapał za wodzę Havoka. Wydeptana przez zwierzynę ścieżka jeszcze przez
trzydzieści kroków biegła wzdłuż grani, po czym opadała nieco w dół,
dzięki czemu ich sylwetki nie były już widoczne na tle nieba.
Szli jeszcze przez pewien czas, aż krąg gwiazd wykonał jedną piątą swego
obrotu, po czym znaleźli ślepą dolinkę o wysokich ścianach, w której
rozbili obóz. Delum zajął się przygotowaniem posiłku, a Bairoth
oporządził konie.
Karsa ruszył na zwiady, zabierając ze sobą Kąsacza i trójnogą sukę. Do
tej pory widzieli jedynie ślady górskich kóz i dzikich owiec. Grań
schodziła powoli w dół i wojownik wiedział, że gdzieś przed nimi
znajduje się rzeka, którą spływa woda z północnego łańcucha górskiego, a na niej wodospad, tworzący szczelinę w ścianie płaskowyżu.
Oba psy spłoszyły się nagle w ciemności i obiły o nogi Karsy, odsuwając
się od wylotu kolejnej ślepej dolinki po lewej. Karsa dotknął Kąsacza,
by go uspokoić, i wyczuł, że zwierzę drży. Wyciągnął miecz i powęszył
uważnie, ale nie wyczuł żadnego podejrzanego zapachu. Z mrocznej niszy
nie dobiegały też żadne dźwięki, a Karsa był wystarczająco blisko, by
usłyszeć oddech, gdyby ktoś się tam ukrywał.
Ruszył ostrożnie naprzód.
Prawie całą dolinkę zajmowała masywna, płaska płyta, pozostawiająca
jedynie z trzech stron przejście szerokie na długość przedramienia. Jej
powierzchnia była pozbawiona ozdób, ale wydawało się, że z samego
kamienia bije słabe szare światło. Karsa podszedł bliżej, po czym
przykucnął powoli przed nieruchomą dłonią, która wystawała spod brzegu
płyty. Była chuda, lecz cała. Pokrywająca ją skóra miała mleczną,
niebieskozieloną barwę, paznokcie były połamane, a palce pokrywały
plamki białego pyłu.
Wszędzie, dokąd mogła sięgnąć dłoń, w skale było widać głębokie, wyryte
przez palce wyżłobienia, które krzyżowały się ze sobą, tworząc
chaotyczny wzór.
Karsa zauważył, że nie jest to dłoń Teblora ani mieszkańca nizin. Była
mniejsza od pierwszej, lecz większa od drugiej. Kości miała wydatne, a palce szczupłe i przesadnie długie. Wydawało się, że jest w nich
stanowczo zbyt wiele stawów.
Coś wyczuło obecność Karsy - być może jego oddech, gdy się pochylił, by
przyjrzeć się uważniej - gdyż dłoń nagle poruszyła się spazmatycznie i rozpłaszczyła na kamieniu, rozpościerając palce. Teblor widział też
teraz znaki świadczące, że w przeszłości dłoń atakowały zwierzęta -
górskie wilki i inne, jeszcze groźniejsze stworzenia. Kąsały ją zęby i drapały pazury, ale wydawało się, że nigdy nie została złamana. Ponownie
znieruchomiała, przywierając do skały.
Karsa usłyszał za plecami kroki. Wstał i się odwrócił. Ścieżką zbliżali
się Delum i Bairoth. Obaj wyciągnęli miecze. Karsa ruszył im na
spotkanie.
- Twoje psy wróciły z podkulonymi ogonami - mruknął Bairoth.
- Co tu znalazłeś, wodzu wojenny? - zapytał szeptem Delum.
- Demona - odpowiedział Karsa. - Uwięzionego po kres czasu pod tym
kamieniem. On jeszcze żyje.
- To Forkassal.
- Zaiste. Wygląda na to, że w naszych legendach kryje się wiele prawdy.
Bairoth ominął Karsę i podszedł do płyty. Przykucnął obok dłoni i przez
długi czas przyglądał się jej w półmroku. Wreszcie wyprostował się i wrócił do towarzyszy.
- Forkassal. Demon z gór, Ten, Który Pragnął Pokoju.
- W czasach wojen duchów, gdy nasi dawni bogowie byli młodzi - dodał
Delum. - Co jeszcze zapamiętałeś z tej opowieści, Karso Orlong? Była
bardzo krótka, zachowały się z niej tylko strzępki. Starsi sami
przyznawali, że większą jej część zapomniano dawno temu, jeszcze przed
przebudzeniem się Siedmiu.
- Strzępki - zgodził się Karsa. - Wojny duchów były dwoma, może trzema
najazdami i miały bardzo niewiele wspólnego z Teblorami. Walczyli w nich
cudzoziemscy bogowie i demony. Ich bitwy wstrząsnęły górami, aż wreszcie
została tylko jedna siła...
- W tych opowieściach znajduje się jedyna znana nam wzmianka o Icariumie
- przerwał mu Delum. - Karso Orlong, niewykluczone, że ci T'lan
Imassowie, o których wspominał starzec z jaskini, walczyli w wojnach
duchów. Że to oni w nich zwyciężyli, a potem odeszli, by już nigdy nie
wrócić. Niewykluczone, że to wojny duchów zniszczyły nasz lud.
Bairoth nie odrywał wzroku od płyty.
- Trzeba uwolnić tego demona - oznajmił.
Karsa i Delum odwrócili się w jego stronę. Obaj oniemieli ze zdumienia.
- Nic nie mówcie, dopóki nie skończę - ciągnął Bairoth. - Forkassal
ponoć przybył w miejsce, gdzie toczyły się wojny duchów, po to, by
zaprowadzić pokój między walczącymi. Tak mówi jeden ze strzępków
opowieści. W nagrodę za te wysiłki spotkała go straszliwa kara. To drugi
strzępek. Icarium również pragnął położyć kres wojnie, ale przybył za
późno i zwycięzcy wiedzieli, że nie zdołają go pokonać. Dlatego nawet
nie próbowali. To trzeci strzępek. Delumie Thord, słowa w jaskini
również wspominały o Icariumie, nieprawdaż?
- Wspominały, Bairothu Gild. Icarium dał Teblorom prawa, które
umożliwiły nam przetrwanie.
- Ale T'lan Imassowie na nim również położyliby kamień, gdyby tylko
zdołali.
Wypowiedziawszy te słowa, Bairoth umilkł.
Karsa odwrócił się i podszedł do płyty. Jej blask w niektórych miejscach
przygasał już, co świadczyło, że czar jest bardzo stary i powoli ulega
rozkładowi. Teblorska starszyzna uprawiała niekiedy magię, lecz zdarzało
się to rzadko. Od chwili przebudzenia Twarzy w Skale czary przychodziły
do nich tylko jako gość, we śnie albo podczas transu. Dawne legendy
mówiły o okrutnych przejawach otwartej magii, straszliwej broni
wzmocnionej klątwami, Karsa podejrzewał jednak, że były to jedynie
wymyślne ozdobniki, mające przydać opowieści jaskrawych barw. Skrzywił
się wściekle.
- Nie pojmuję tej magii - oznajmił.
Bairoth i Delum podeszli do niego.
Dłoń leżała płasko i nieruchomo.
- Ciekawe, czy demon słyszy nasze słowa - zastanawiał się Delum.
Bairoth chrząknął.
- Nawet gdyby słyszał, to czyby je zrozumiał? Mieszkańcy nizin mówią
innym językiem. Demony z pewnością również mają własny.
- Ale przybył tu, by zaprowadzić pokój...
- Nie słyszy nas - zapewnił Karsa. - Może co najwyżej wyczuwać, że
ktoś... że coś tu jest.
Bairoth wzruszył ramionami i przykucnął obok płyty. Wyciągnął rękę,
zawahał się, a potem rozpłaszczył dłoń na kamieniu.
- Nie jest gorący ani zimny. Jego magia nie jest przeznaczona dla nas.
- To znaczy, że nie ma być osłoną, a jedynie utrzymywać głaz na miejscu
- zasugerował Delum.
- We trzech powinniśmy dać radę go podnieść.
Karsa przyjrzał się Bairothowi.
- Co właściwie pragniesz obudzić, Bairothu Gild?
Potężnie zbudowany wojownik podniósł wzrok, mrużąc powieki. Potem uniósł
brwi i się uśmiechnął.
- Przynoszącego pokój?
- Pokój nie ma żadnej wartości.
- Między Teblorami musi zapanować pokój, bo inaczej nigdy się nie
zjednoczymy.
Karsa uniósł głowę, zastanawiając się nad słowami Bairotha.
- Ten demon mógł wpaść w obłęd - mruknął Delum. - Jak długo już jest
uwięziony pod tą skałą?
- Jest nas trzech - wskazał Bairoth.
- Ale demon pochodzi z czasów, gdy nas pokonano. Uwięzili go owi T'lan
Imassowie i zrobili to dlatego, że nie byli w stanie go zabić. Bairothu
Gild, wobec tej istoty nas trzech będzie niczym.
- Zasłużymy sobie na jego wdzięczność.
- Gorączka obłędu nie zna przyjaciół.
Obaj wojownicy popatrzyli na Karsę.
- Nie znamy myśli demona - stwierdził. - Ale z pewnością możemy
stwierdzić jedno. Nadal próbuje się bronić. Ta pojedyncza dłoń odparła
ataki wszelkich zwierząt. To świadczy o poczuciu celu.
- Cierpliwość nieśmiertelnego. - Bairoth skinął głową. - Patrzę na to
tak samo jak ty, Karso Orlong.
Karsa spojrzał na Deluma.
- Delumie Thord, czy nadal masz wątpliwości?
- Mam, wodzu wojenny, ale wesprę twój zamiar swą siłą, albowiem
dostrzegam w twych oczach decyzję. Niech i tak będzie.
Trzej Urydowie nie mówili już nic więcej. Zajęli miejsca z boku
kamiennej płyty i przykucnęli, chwytając za jej brzeg.
- Na czwarty oddech - polecił Karsa.
Kamień uniósł się z głośnym zgrzytem. W górę buchnęły obłoki pyłu.
Drugie pchnięcie przewróciło płytę na bok. Uderzyła z hukiem o skalną
ścianę.
Postać leżała na boku. Ogromny ciężar płyty z pewnością poprzemieszczał
kości i zmiażdżył mięśnie, ale to nie wystarczyło, by pokonać demona,
który w ciągu tysiącleci wyżłobił w skale nieregularne, podłużne
zagłębienie długości połowy wąskiego, niezwykle wydłużonego ciała.
Uwięziona pod tym ciałem dłoń wygrzebała najpierw miejsce dla siebie, a potem, powoli, również zagłębienia dla biodra i barku. Obie stopy, które
były bose, zdołały dokonać czegoś podobnego. Pajęczyny i skalny pył
pokrywały postać niby matowoszary całun, a stęchłe powietrze uwięzione
pod płytą było wręcz widoczne, gdy umykało leniwie w górę. Niosło ze
sobą osobliwy, owadzi odór.
Trzej wojownicy spoglądali z góry na demona.
Jeszcze się nie poruszył, lecz mimo to widzieli, że wygląda dziwnie.
Miał wydłużone kończyny o większej niż zwykła liczbie stawów, a mocno
napięta skóra była blada niczym blask księżyca. Ze zwróconej twarzą w dół głowy wyrastała gęstwa granatowoczarnych włosów, które rozpościerały
się na skalnej powierzchni niczym delikatne korzenie. Demon był nagi i był kobietą.
Jego kończyny poruszyły się spazmatycznie.
Bairoth podszedł bliżej.
- Jesteś wolny, demonie - oznajmił uspokajającym tonem. - Jesteśmy
Teblorami z plemienia Urydów. Pomożemy ci, jeśli tego pragniesz. Powiedz
nam, czego ci potrzeba.
Kończyny przestały się już miotać i drżały tylko. Istota uniosła powoli
głowę. Dłoń, która znała wieczną ciemność, wysunęła się spod ciała
kobiety i dotknęła niepewnie skalnej powierzchni. Gdy jej palce dotykały
kosmyków włosów, obracały się one w pył. Wreszcie dłoń znieruchomiała w takiej samej pozycji jak druga. Demonica napięła mięśnie ramion, barków
oraz szyi i zaczęła się podnosić, powolnym, szarpanym ruchem. Zrzucała
włosy w deszczu czarnego pyłu, aż wreszcie odsłoniła gładką, białą
czaszkę.
Bairoth podszedł bliżej, chcąc jej pomóc, lecz Karsa go powstrzymał,
wyciągając rękę.
- Nie, Bairothu Gild, ona zbyt długo już czuła na sobie obcy ciężar. Nie
sądzę, żeby chciała, by ją dotykano. Jeszcze długo nie, a być może
nigdy.
Bairoth przez długą chwilę przyglądał się Karsie spod opadających
powiek.
- Karso Orlong, słyszę mądrość w twych słowach - rzekł wreszcie z westchnieniem. - Po raz kolejny mnie zaskakujesz. Nie, to nie miała być
obelga. Coraz bardziej skłaniam się do podziwu dla ciebie. Pozwól mi na
te ostre słowa.
Karsa wzruszył ramionami, ponownie spoglądając na kobietę.
- Możemy tylko tu czekać. Czy demony znają pragnienie? Głód? Jej gardło
od pokoleń nie zaznało wody, żołądek zapomniał o swej powinności, a płuca nie zaczerpnęły tchu od chwili, gdy przywalono ją płytą. Całe
szczęście, że jest noc, bo słońce mogłoby być dla jej oczu niczym
ogień...
Przerwał nagle, gdyż demonica, wsparta na rękach i kolanach, uniosła
głowę i po raz pierwszy ujrzeli jej twarz.
Skórę miała nieskazitelną jak gładzony marmur, czoło szerokie, a ogromne, czarne jak noc oczy wydawały się suche i pozbawione wyrazu, jak
onyks przykryty warstewką kurzu. Kości policzkowe były szerokie i wysoko
osadzone, a pełne usta wyschnięte i pokryte drobnymi kryształkami.
- Nie ma w niej ani odrobiny wody - zauważył Delum. Cofnął się i ruszył
w stronę ich obozu.
Kobieta przykucnęła powoli, a potem spróbowała wstać.
Trudno było na to patrzeć, ale obaj wojownicy trzymali się na dystans,
gotowi ją złapać, gdyby się przewracała.
Wydawało się, że kobieta to zauważyła, gdyż uniosła lekko kącik ust.
Ten nieznaczny grymas całkowicie zmienił wyraz jej twarzy. Karsa poczuł
się jak uderzony młotem w pierś.
Ona drwi ze swego żałosnego stanu. To pierwsze, co poczuła po
uwolnieniu. Jest zażenowana, lecz znajduje w tym powód do wesołości.
Wysłuchaj mnie, Urugalu Utkany. Sprawię, że ci, którzy ją uwięzili,
pożałują swego czynu, jeśli oni albo ich potomkowie jeszcze żyją. Ci
T'lan Imassowie zrobili sobie ze mnie wroga. Tak ślubuję ja, Karsa
Orlong.
Delum wrócił z bukłakiem wody. Zwolnił kroku, zobaczywszy, że kobieta
stoi.
Na jej chudym ciele pełno było ostrych kątów. Piersi miała umiejscowione
wysoko i daleko od siebie, a między nimi sterczał wydatny mostek.
Wydawało się, że ma stanowczo zbyt wiele żeber. Wzrostem dorównywała
teblorskiemu dziecku.
Zobaczyła bukłak w dłoni Deluma, ale nie sięgnęła po niego. Odwróciła
się i spojrzała na miejsce, w którym była uwięziona.
Karsa widział, jak jej klatka piersiowa faluje, lecz poza tym kobieta
pozostawała zupełnie nieruchoma.
- Czy jesteś Forkassal? - zapytał Bairoth.
Spojrzała nań i ponownie rozciągnęła usta w półuśmieszku.
- My jesteśmy Teblorami - ciągnął Bairoth i kobieta uśmiechnęła się
trochę szerzej. Karsa widział, że poznała to słowo, lecz zarazem dziwnie
ją ono rozbawiło.
- Ona cię rozumie - zauważył.
Delum podszedł do niej z bukłakiem w dłoni. Zerknęła na niego i potrząsnęła głową. Zatrzymał się.
Karsa zauważył, że oczy kobiety stały się nieco mniej matowe, a usta
trochę bardziej pełne.
- Wraca do siebie - zauważył.
- Potrzebowała tylko wolności - dodał Bairoth.
- Tak jak stwardniałe porosty miękną nocą - wyjaśnił Karsa. - By ugasić
jej pragnienie, wystarczy samo powietrze...
Nagle zesztywniała i zwróciła się w jego stronę.
- Jeśli czymś cię uraziłem...
Nim Karsa zdążył zaczerpnąć tchu, kobieta rzuciła się na niego. Po
pięciu potężnych ciosach na korpus Teblor zwalił się na plecy. Uderzył
boleśnie o twardą skałę. Plecy piekły go, jakby upadł w mrowisko. Nie
mógł oddychać. Poraził go ból i nie był w stanie się poruszyć.
Usłyszał bojowy okrzyk Deluma, który nagle przerwało stłumione
chrząknięcie. Potem rozległ się łoskot kolejnego padającego na skałę
ciała.
- Forkassal! - krzyknął trzymający się z boku Bairoth. - Powstrzymaj
się! Zostaw go...
Karsa zamrugał - oczy miał załzawione. Widział nad sobą jej twarz.
Zbliżyła się do niego. Jej oczy lśniły teraz jak czarne sadzawki, a pełne usta wydawały się niemal fioletowe w blasku gwiazd.
- Nie chcą was zostawić, nieprawdaż? - wyszeptała do niego ochryple w języku Teblorów. - Ci moi dawni wrogowie. Widzę, że strzaskanie ich
kości nie wystarczyło. - Wyraz jej oczu złagodniał nieco. - Wasz rodzaj
zasługuje na lepszy los. - Odsunęła powoli twarz. - Sądzę, że, chcąc nie
chcąc, muszę zaczekać. Zaczekać i przekonać się, kim się staniesz, nim
zdecyduję, czy obdarzę cię mym wiecznym pokojem, wojowniku.
- Forkassal! - zawołał stojący w odległości kilkunastu kroków Bairoth.
Wyprostowała się i odwróciła niewiarygodnie płynnym ruchem.
- Nisko upadliście, jeśli tak zniekształcacie nazwę mego rodzaju, nie
wspominając już o swoim własnym. Jestem Forkrul Assailem, młody
wojowniku, nie demonem. Nazywam się Cisza, Przynosząca Pokój, i ostrzegam cię, że pragnienie, by cię nim obdarzyć, jest w tej chwili we
mnie bardzo mocne, lepiej więc cofnij rękę od tej broni.
- Przecież cię uwolniliśmy! - zawołał Bairoth. - A mimo to powaliłaś
Karsę i Deluma!
Roześmiała się.
- Icarium i ci przeklęci T'lan Imassowie nie będą zadowoleni, że
zniszczyliście ich dzieło. Ale z drugiej strony Icarium zapewne o niczym
nie pamięta, a T'lan Imassowie są daleko. No cóż, nie dam im drugiej
szansy. Wiem, co to wdzięczność, wojowniku, i dlatego powiem ci jedno.
Ten, który zwie się Karsą, został wybrany. Gdybym powiedziała ci o jego
ostatecznym celu chociaż tę odrobinę, którą zdołałam wyczuć,
spróbowałbyś go zabić. Dowiedz się jednak, że nic by to nie dało, gdyż
ci, którzy się nim posługują, po prostu wybraliby następnego. Nie.
Obserwuj uważnie tego swego przyjaciela. Strzeż go. Nadejdzie chwila,
gdy będzie miał szansę zmienić oblicze świata. Wtedy się zjawię. Dlatego
że przynoszę pokój. Gdy nadejdzie ów moment, przestań go pilnować. Odsuń
się na bok, tak jak zrobiłeś to teraz.
W obolałe płuca Karsa wciągnął spazmatycznie powietrze. Dopadła go fala
mdłości. Odwrócił się i zwymiotował na zapiaszczoną skałę. W przerwie
między atakami kaszlu usłyszał, że kobieta Forkrul Assailów zwana Ciszą
oddaliła się.
Po chwili uklęknął obok niego Bairoth.
- Delum jest ciężko ranny, wodzu wojenny - oznajmił. - Z pęknięcia w jego głowie wycieka płyn. Karso Orlong, żałuję, że uwolniłem tę... tę
istotę. Delum miał wątpliwości, ale to on...
Karsa kaszlnął, splunął i wstał z wysiłkiem, walcząc z falami bólu,
które targały jego piersią.
- Nie mogłeś przewidzieć, co się stanie, Bairothu Gild - wymamrotał,
ocierając łzy z oczu.
- Wodzu wojenny, ja nie wyciągnąłem broni. Nie próbowałem cię bronić,
tak jak Delum Thord...
- I dzięki temu jeden z nas jest zdrowy - warknął Karsa, ruszając
chwiejnym krokiem ku leżącemu na ścieżce Delumowi.
Wydawało się, że otrzymał on tylko jeden cios, ale to wystarczyło, by
odrzucić go spory kawałek na bok. Jego czoło przeszywały cztery
głębokie, biegnące na ukos ślady. Skóra rozstąpiła się i przez wbitą do
środka kość sączył się żółtawy płyn. To były koniuszki jej palców. Ranny
miał szeroko otwarte oczy, lecz zasnuła je mgła. Całe fragmenty twarzy
straciły wszelki wyraz, jakby nie kryła się już za nimi żadna myśl.
Podszedł do niego Bairoth.
- Zobacz, płyn jest przezroczysty. To krew myśli. Delum Thord nie wróci
już do siebie po takiej ranie.
- Masz rację - wyszeptał Karsa. - Nikt, kto stracił krew myśli, nie
odzyskuje zmysłów.
- To moja wina.
- Nie. To Delum popełnił błąd, Bairothu Gild. Czy zginąłem? Forkassal
postanowiła mnie nie zabijać. Delum powinien postąpić tak samo jak ty.
Stać z boku.
Bairoth skrzywił się boleśnie.
- Rozmawiała z tobą, Karso Orlong. Słyszałem jej szept. Co ci
powiedziała?
- Niewiele zrozumiałem z jej słów poza tym, że pokój, który przynosi, to
śmierć.
- Czas wypaczył treść naszych legend.
- To prawda, Bairothu Gild. Chodź, musimy opatrzyć rany Deluma. Krew
myśli nasączy bandaże i skrzepnie, zatykając otwory. Być może w ten
sposób nie wycieknie do końca i Delum częściowo do nas wróci.
Obaj wojownicy ruszyli w stronę obozu. Kiedy tam dotarli, zobaczyli, że
psy zbiły się w grupę i drżą. Przez środek polany biegły ślady stóp
Ciszy. Wiodły na południe.
***
Na granicy płaskowyżu zawodził zimny, przenikliwy wiatr. Karsa Orlong
siedział wsparty plecami o skalną ścianę, obserwując Deluma Thorda,
który chodził między psami na rękach i kolanach. Wyciągnął ręce i przygarnął zwierzęta do siebie, by móc je głaskać i wtulać twarz w ich
sierść. Mruczał melodyjnie pod nosem, a z tej połowy jego oblicza, w której zachował władzę w mięśniach, nie znikał uśmieszek.
To były psy do polowania i poddawały się pieszczotom z niechęcią, która
niekiedy przybierała gwałtowny charakter. Warczały wtedy cicho i kłapały
ostrzegawczo zębami, lecz Delum Thord nie zwracał na to uwagi.
Leżący u stóp Karsy Kąsacz śledził sennym spojrzeniem rannego wojownika,
który czołgał się bezmyślnie pośród sfory.
Minęła większa część dnia, nim Delum Thord do nich wrócił, a i tak
jedynie drobna część jego jaźni zdołała ukończyć tę podróż. Cały
następny dzień Karsa i Bairoth czekali, czy nadejdzie coś więcej, czy w oczach Deluma Thorda rozbłyśnie światło, które pozwoli mu poznać
towarzyszy. Nic się już jednak nie zmieniło. Ranny w ogóle ich nie
zauważał. Widział tylko psy.
Bairoth wybrał się rano na polowanie, lecz z upływem dnia Karsa wyczuł,
że jego towarzysz unika obozu z innych powodów. Uwalniając demonicę,
stracili Deluma, a to słowa Bairotha doprowadziły do tego nieszczęsnego
wydarzenia. Karsa słabo rozumiał podobne uczucia, tę potrzebę ukarania
samego siebie. To Delum popełnił błąd, wyciągając miecz przeciw
demonicy. Obolałe żebra Karsy świadczyły o tym, że kobieta była
mistrzynią sztuki walki. Zaatakowała z niewiarygodną szybkością. Karsa
nigdy w życiu nie widział tak szybkiej istoty, nie wspominając już o walce z nią. Trzej Teblorzy byli wobec niej jak dzieci. Delum powinien
był natychmiast to zrozumieć i powstrzymać się, tak jak Bairoth.
Postąpił głupio i teraz czołgał się z psami. Twarze w Skale nie miały
litości dla głupich wojowników. Dlaczego Karsa Orlong miałby być inny?
Bairoth Gild folgował sobie, robił z żalu, litości i wyrzutów słodki
nektar, od którego błąkał się na oślep niczym udręczony pijak.
Cierpliwość Karsy szybko się wyczerpywała. Muszą wznowić podróż. Jeśli
cokolwiek pozwoli Delumowi Thordowi wrócić do siebie, to tylko bitwa,
krwawy szał, który brutalnie budzi duszę.
W górze ścieżki rozległy się kroki. Kąsacz odwrócił głowę, lecz tylko na
chwilę.
Pojawił się Bairoth Gild, dźwigający na ramieniu upolowaną kozicę.
Zatrzymał się, by przyjrzeć się Delumowi Thordowi, wypuścił zdobycz,
która spadła na ziemię z głośnym łoskotem i stukiem kopyt, po czym
wyciągnął rzeźnicki nóż i uklęknął obok niej.
- Straciliśmy kolejny dzień - zauważył Karsa.
- Trudno tu znaleźć zwierzynę - wyjaśnił Bairoth, otwierając brzuch
kozicy.
Zniecierpliwione psy otoczyły go półkolem. Delum podążył za ich
przykładem. Bairoth wycinał ociekające krwią narządy i rzucał je
zwierzętom, lecz żadne z nich się nie poruszyło.
Karsa trącił Kąsacza w bok. Przewodnik stada wstał i ruszył w stronę
Bairotha. Trójnoga suka kuśtykała za nim. Kąsacz obwąchał kolejno
wszystkie kąski i zdecydował się na wątrobę, natomiast jego towarzyszka
wybrała serce. Oba psy oddaliły się truchtem, a pozostałe rzuciły się na
resztę, warcząc i szczerząc kły. Delum wyrwał jednemu z nich płuca z paszczy, odsłaniając groźnie zęby, po czym odczołgał się na bok ze swym
łupem.
Kąsacz wstał i potruchtał do rannego wojownika, który zaskomlał,
wypuścił płuca z zębów i przykucnął ze zwieszoną głową. Pies lizał przez
chwilę zbierającą się wokół narządu krew, po czym wrócił do swego
posiłku.
Karsa chrząknął.
- Sfora Kąsacza zdobyła nowego członka - oznajmił. Nie słysząc
odpowiedzi, spojrzał na Bairotha, który gapił się na Deluma z przerażoną
miną. - Widzisz jego uśmiech, Bairothu Gild? Delum Thord znalazł
szczęście, a to świadczy, że już do nas nie wróci. Po cóż miałby to
robić?
Bairoth spojrzał na swe okrwawione dłonie, na nóż lśniący czerwono w blasku zachodu.
- Czy nie czujesz żałoby, wodzu wojenny?
- Nie. On żyje.
- Lepiej, żeby nie żył! - warknął Bairoth.
- To go zabij.
W oczach Bairotha rozbłysła nienawiść.
- Karso Orlong, co ona ci powiedziała?
Karsa zmarszczył brwi, słysząc to niespodziewane pytanie, po czym
wzruszył ramionami.
- Przeklęła mnie za moją niewiedzę. Jej słowa nie mogły mnie zranić, bo
wszystko, co mówiła, było mi obojętne.
Bairoth przymrużył powieki.
- Chcesz to, co się wydarzyło, obrócić w żart? Wodzu wojenny, nie uznaję
już twego zwierzchnictwa. Nie będę strzegł twego boku w tej twojej
przeklętej wojnie. Straciliśmy zbyt wiele...
- Jest w tobie słabość, Bairothu Gild. Wiedziałem o tym od dawna. Już od
lat. Nie różnisz się od tego, czym się stał Delum Thord. To właśnie ta
prawda tak cię dręczy. Czy naprawdę sądziłeś, że wszyscy wrócimy z tej
wyprawy bez szwanku? Czy wierzyłeś, że jesteśmy odporni na ciosy wrogów?
- Wydaje ci się...
Karsa wybuchnął okrutnym śmiechem.
- Jesteś głupcem, Bairothu Gild. W jaki sposób udało się nam dotrzeć tak
daleko? Przedostać się przez ziemie Rathydów i Sunydów? Wyjść cało ze
stoczonych bitew? Nasz triumf nie był darem Siedmiu. Sukces zawdzięczamy
umiejętności władania mieczem oraz mojemu przywództwu. Ty jednak
widziałeś we mnie jedynie brawurę godną młodzieńca, który dopiero
niedawno wstąpił na ścieżkę wojownika. Oszukiwałeś samego siebie i znajdowałeś w tym pocieszenie. Nie jesteś ode mnie lepszy, Bairothu
Gild. W niczym.
Bairoth Gild wytrzeszczył oczy. Jego karmazynowe dłonie drżały.
- A teraz słuchaj - warknął Karsa. - Jeśli chcesz wrócić żywy z tej
podróży, ocaleć przed moim gniewem, radzę, byś ponownie nauczył się
wartości posłuszeństwa. Twoje życie jest w rękach wodza. Idź za mną do
zwycięstwa, Bairothu Gild, albo padnij po drodze. Tak czy inaczej,
opowiem twą historię w prawdziwych słowach. Co wybierasz?
Szeroka twarz Bairotha pobladła nagle. Emocje przebiegały przez nią z szybkością błyskawicy. Kilka razy z trudem zaczerpnął tchu.
- Ja jestem przewodnikiem tej sfory - ciągnął Karsa. - Ja i nikt inny.
Czy rzucasz mi wyzwanie?
Bairoth przykucnął powoli, przesunął dłonie na rzeźnickim nożu i spojrzał Karsie prosto w oczy.
- Już od dawna byliśmy z Dayliss kochankami, a ty o niczym nie miałeś
pojęcia. Wyśmiewaliśmy się z twych nieudolnych zalotów. Codziennie
paradowałeś dumnie obok nas, wypowiadając śmiałe słowa, zawsze rzucałeś
mi wyzwanie, zawsze starałeś się umniejszyć mnie w jej oczach. Ale w duchu śmialiśmy się z ciebie, Dayliss i ja, a noce spędzaliśmy w swych
objęciach. Karso Orlong, możliwe, że tylko ty powrócisz do wioski. Sądzę
nawet, że się postarasz, by tak się stało, więc moje życie praktycznie
już się skończyło, ale nie boję się tego. A kiedy wrócisz do wioski,
wodzu wojenny, weźmiesz sobie Dayliss za żonę. Mimo to jedna prawda
będzie ci towarzyszyła aż po kres twych dni. Z Dayliss to nie ja
podążałem za tobą, ale ty za mną, i nic już nigdy tego nie zmieni.
Karsa obnażył powoli zęby.
- Dayliss? Za żonę? Nie sądzę. Nie, lepiej będzie, jak oskarżę ją przed
plemieniem o to, że spała z mężczyzną, który nie był jej mężem. Zostanie
odtrącona, a wtedy zrobię z niej swoją niewolnicę...
Bairoth rzucił się na towarzysza. Nóż błysnął w ciemności. Karsa miał za
plecami skałę, mógł więc jedynie przetoczyć się na bok. Nim zdążył się
podnieść, napastnik runął na niego. Jedną rękę owinął wokół jego szyi,
wyginając mu plecy do tyłu, a trzymanym w drugiej nożem przeorał jego
pierś, godząc sztychem w gardło.
Wtem na obu walczących rzuciły się psy. Ciała zwierząt uderzały ich
boleśnie. Było słychać warczenie, błyskały szarpiące skórzane stroje
kły.
Bairoth krzyknął głośno i odsunął się od Karsy, zwalniając uścisk.
Wódz wojenny przetoczył się na plecy i zobaczył, że drugi wojownik
zachwiał się na nogach. Z obu jego rąk zwisały wbite w nie zębami psy.
Kąsacz zatopił kły w jego biodrze, a pozostałe zwierzęta otoczyły go,
również gotowe gryźć. Potknął się, a potem runął na ziemię.
- Zostawcie go! - ryknął Karsa.
Zwierzęta wzdrygnęły się i odstąpiły od przeciwnika, nie przestając
warczeć. Wstając, Karsa zauważył Deluma, który przykucnął z boku. Jego
twarz rozciągnęła się w szalonym uśmiechu, oczy błyszczały, a zwisające
luźno dłonie chwytały powietrze. Potem Karsa spojrzał w dal i zesztywniał nagle. Syknął na psy, które w jednej chwili umilkły.
Bairoth przetoczył się na ręce i kolana, unosząc głowę.
Karsa skinął dłonią, a potem wyciągnął rękę przed siebie.
Na ścieżce przed nimi ujrzeli światło pochodni. Było jeszcze co najmniej
sto kroków od nich, ale zbliżało się powoli. Wszelkie dźwięki
pozostawały w głębi ślepej doliny i nie wydawało się prawdopodobne, by
intruzi usłyszeli odgłosy walki.
Karsa wyciągnął miecz i ruszył w ich stronę, ignorując Bairotha. Jeśli
byli to Sunydowie, to wykazali się karygodną nieostrożnością i zamierzał
dopilnować, by zapłacili za nią życiem. Zapewne jednak byli to
mieszkańcy nizin. Przemykając od jednego cienia do drugiego, zauważył,
że pochodni jest co najmniej sześć. Znaczyło to, że grupa jest dość
liczna. Słyszał też już ich głosy. Mówili w obmierzłym nizinnym języku.
Bairoth biegł u jego boku. Wyciągnął miecz. Z ran w jego ramieniu
skapywała krew, pokrywając czerwienią biodro. Karsa łypnął na niego
spode łba i gestem nakazał mu się cofnąć.
Bairoth posłuchał go z grymasem na twarzy.
Obcy dotarli już do ślepej dolinki, w której jeszcze niedawno była
uwięziona demonica. Na wysokich skalnych ścianach tańczyły plamy blasku
pochodni. Głosy przybrały na sile, nagle zaniepokojone.
Karsa podkradł się bezgłośnie do intruzów i zatrzymał przed samą plamą
światła. Naliczył dziewięciu mieszkańców nizin, którzy zgromadzili się
wokół pustego już dołu. Dwaj mieli zbroje i hełmy, trzymali ciężkie
kusze, a u ich pasów zwisały długie miecze. Stanęli u wejścia do dolinki
i obserwowali ścieżkę. Nieco z boku zatrzymało się czterech mężczyzn w szatach koloru ziemi. Włosy spletli sobie w opadające do przodu
warkocze, związane na wysokości serca. Żaden z nich nie nosił broni.
Pozostali trzej wyglądali na zwiadowców. Mieli na sobie obcisłe skórzane
stroje i byli uzbrojeni w krótkie łuki oraz myśliwskie noże. Ich czoła
zdobiły klanowe tatuaże. Jeden sprawiał wrażenie dowódcy, gdyż
przemawiał ostrym tonem, jakby wydawał rozkazy. Pozostali dwaj zwiadowcy
przykucnęli przy dole, wpatrując się w kamienne podłoże.
Obaj strażnicy stali w świetle pochodni, przez co nic właściwie nie
widzieli w otaczającej ich ciemności. Nie wyglądali na szczególnie
czujnych.
Karsa poprawił uchwyt na krwawym mieczu, wbił wzrok w bliższego
wartownika.
I rzucił się do ataku.
Głowa zleciała z barków. Krew chlusnęła strumieniem. Rozpędzony Karsa
dotarł w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał drugi wartownik, i przekonał się, że już go tam nie ma. Odwrócił się błyskawicznie z przekleństwem na ustach i zaatakował trzech zwiadowców.
Ci zdążyli się już rozproszyć, wyciągając ze świstem z pochew noże z czarnego żelaza.
Karsa roześmiał się głośno. W tej ślepej dolince o wysokich ścianach
było niewiele miejsc, do których nie mógłby sięgnąć mieczem. Blokował
też jedyną drogę ucieczki.
Jeden ze zwiadowców krzyknął coś i pognał naprzód.
Drewniany miecz Karsy uderzył z góry, przecinając ścięgna, a potem kość.
Mieszkaniec nizin wrzasnął z bólu. Uryd przekroczył padającego na skałę
przeciwnika, wyszarpując miecz z jego ciała.
Dwaj pozostali zwiadowcy odsunęli się od siebie i zaatakowali go z dwóch
stron. Karsa zignorował jednego z nich - poczuł, że nóż myśliwski o szerokim ostrzu przebił skórzaną zbroję, a potem ześliznął się po jego
żebrach - sparował atak drugiego i, nie przestając się śmiać, rozpłatał
mu mieczem czaszkę. Potem uderzył na odlew, zabijając ostatniego
uzbrojonego przeciwnika. Jego ciało pofrunęło na skalną ścianę.
Czterej spowici w szaty mieszkańcy nizin czekali na Karsę, nie okazując
zbyt wiele strachu. Zaczęli cicho śpiewać.
Powietrze przed nimi zaświeciło dziwnie. Potem wypełnił je skrzący się
ogień, który runął w stronę Teblora, by go pochłonąć.
Sięgnęło ku niemu tysiąc pazurzastych dłoni, które szarpały, drapały,
uderzały jego ciało, twarz i oczy.
Karsa zgarbił się i przeszedł przez chmurę żaru.
Ogień rozproszył się, płomienie umknęły w noc. Wojownik wzruszył
ramionami z cichym warknięciem, otrząsając się ze skutków ataku, po czym
ruszył ku czterem postaciom.
Na twarzach obcych, przed chwilą jeszcze pełnych spokoju i pewności
siebie, pojawiło się niedowierzanie, które przerodziło się w grozę, gdy
uderzył w nich miecz Karsy.
Zginęli równie łatwo jak ich towarzysze. Po chwili Teblor stał pośród
drgających jeszcze ciał. Na klindze jego miecza lśniła ciemna krew. Tu i ówdzie na skale leżały pochodnie. Ich migotliwy, przesłonięty kłębami
dymu blask tańczył na ścianach dolinki.
Pojawił się Bairoth Gild.
- Drugi wartownik uciekł, wodzu wojenny - oznajmił. - Psy ruszyły na
łowy.
Karsa chrząknął.
- Karso Orlong, zabiłeś swą pierwszą grupę dzieci. Trofea należą do
ciebie.
Karsa schylił się i zacisnął palce na szacie jednego z leżących u jego
stóp wrogów. Podniósł trupa, przyjrzał się jego maleńkim kończynom oraz
ozdobionej dziwnymi warkoczami główce. Twarz pokrywały zmarszczki, jakie
u Teblora świadczyłyby o wielu stuleciach życia, lecz mimo to rozmiarami
nie przerastała ona buzi teblorskiego noworodka.
- Piszczeli jak niemowlęta - stwierdził Bairoth Gild. - Opowieści mówią
prawdę. Mieszkańcy nizin rzeczywiście są jak dzieci.
- Ale nie we wszystkim - zauważył Karsa, przypatrując się starej,
martwej twarzy.
- Ginęli łatwo.
- Zaiste, łatwo. - Karsa odrzucił ciało. - Bairothu Gild, to są nasi
wrogowie. Czy uznajesz zwierzchnictwo swego wodza wojennego?
- Na czas tej wojny - zgodził się Bairoth. - Karso Orlong, nie będziemy
już mówili o naszej... wiosce. To, co nas dzieli, musi zaczekać na nasz
powrót.
- Zgoda.
***
Dwa psy nie wróciły, a w stąpaniu Kąsacza i pozostałych, które dotarły
do obozu o świcie, nie było śladu dumy zwycięzców. Wartownikowi
nieoczekiwanie udało się uciec. Delum Thord, który przez całą noc tulił
w ramionach towarzyszkę Kąsacza, zaskomlał na widok zbliżającej się
sfory.
Bairoth przeniósł juki ze swego rumaka i wierzchowca Karsy na grzbiet
konia Deluma, gdyż nie ulegało wątpliwości, że ranny wojownik zapomniał,
jak się jeździ konno. Będzie biegł razem z psami.
- Niewykluczone, że wartownik pochodził znad Srebrnego Jeziora - odezwał
się Bairoth, gdy przygotowywali się do wyruszenia w drogę. - Może ich
ostrzec, że się zbliżamy.
- Znajdziemy go - warknął Karsa, który przykucnął, zawiązując na
rzemieniu ostatnie trofeum. - Mógł wymknąć się psom tylko w ten sposób,
że wdrapał się gdzieś wysoko. To znaczy, że nie będzie uciekał szybko.
Musimy wypatrywać jego śladów. Jeśli szedł przez całą noc, będzie
zmęczony. Jeśli odpoczywał, będzie blisko.
Wódz wojenny wyprostował się, unosząc przed sobą pełen odciętych uszu i języków rzemień. Przyglądał się jeszcze przez chwilę małym, sfatygowanym
trofeom, a potem zawiesił je sobie na szyi.
Skoczył na grzbiet Havoka i złapał za wodzę.
Sfora Kąsacza ruszyła przodem na zwiady. Delum towarzyszył psom, niosąc
w ramionach trójnogą sukę.
Ruszyli w drogę.
Niedługo przed południem, trzydzieści kroków od trupów dwóch zaginionych
psów, z których ciał sterczały bełty, natrafili na ślady ostatniego
mieszkańca nizin - fragmenty zbroi oraz rzemienie i elementy łączące.
Ścigany postanowił uwolnić się od ciężaru.
- To dziecko jest sprytne - zauważył Bairoth Gild. - Usłyszy nas, zanim
my je zobaczymy, i przygotuje zasadzkę. - Wojownik przeniósł spojrzenie
na Deluma. - Zginą kolejne psy.
Karsa pokręcił głową.
- Nie zastawi na nas zasadzki, bo wtedy by zginął i świetnie o tym wie.
Jeżeli go dogonimy, będzie się próbował ukryć. Jego jedyną nadzieją jest
schować się gdzieś wysoko na urwisku, żebyśmy go minęli. To znaczy, że
nie zdoła dotrzeć do Srebrnego Jeziora przed nami.
- Nie spróbujemy go dopaść? - zdziwił się Bairoth.
- Nie. Pojedziemy do Przesmyku Kości.
- W takim razie on ruszy za nami. Wodzu wojenny, wróg za naszymi
plecami...
- To tylko dziecko. Te bełty mogą zabić psa, ale dla Teblora są jak
patyczki. Nasze skórzane zbroje wystarczą, by zatrzymać większość tych
igiełek...
- Musi mieć bystry wzrok, Karso Orlong, jeśli zdołał po ciemku zabić dwa
psy. Będzie celował w miejsca, których zbroja nie osłania.
Karsa wzruszył ramionami.
- W takim razie musimy go prześcignąć za przesmykiem.
Ruszyli w dalszą drogę. W miarę jak wspinali się coraz wyżej, szlak
stawał się szerszy. Na swym północnym krańcu cały płaskowyż wznosił się
ku górze. Jadąc szybkim kłusem, pokonywali milę za milą, aż wreszcie
późnym popołudniem otoczył ich obłok mgły, a na wprost przed sobą
usłyszeli niski huk.
Ścieżka kończyła się nagle.
Karsa ściągnął wodzę pośród kręcących się psów i zsunął się z konia.
Ściana była niemal pionowa. Dalej i po jego lewej stronie rzeka
wyżłobiła w skale głęboki na co najmniej tysiąc kroków przesmyk. W dole
było widać coś, co musiało być jakiegoś rodzaju skalną półką. Potem
ściana opadała kolejny tysiąc kroków, ku ukrytemu we mgle dnu doliny.
Spływało po niej kilkanaście cienkich jak nitki wodospadów, tryskających
ze szczelin w skale macierzystej po obu stronach przesmyku. Po chwili
Karsa zdał sobie sprawę, że coś tutaj jest nie w porządku. Dotarli do
najwyższego punktu płaskowyżu. Nie powinno tu być rzeki spływającej swą
naturalną trasą ku nizinom. Co jeszcze dziwniejsze, wodospady wypływały
ze skały na różnej wysokości, jakby same góry były tu wypełnione wodą.
- Karso Orlong. - Bairoth musiał wrzeszczeć, by przekrzyczeć dobiegający
z dołu ryk. - Ktoś, być może jakiś starożytny bóg, musiał przeciąć tę
górę na pół. Tego przesmyku nie wyrzeźbiła woda. On wygląda jak rana po
uderzeniu gigantycznego topora. Rana, która... krwawi.
Karsa odwrócił się, nie odpowiadając na słowa Bairotha. Na prawo od nich
było widać krętą kamienistą ścieżkę, która schodziła w dół urwiska. Była
stroma, a pokrywające ją okruchy łupku lśniły wilgocią.
- To ma być droga zejścia? - Bairoth ominął wodza wojennego, po czym
odwrócił się i spojrzał nań z niedowierzaniem. - Nie damy rady! Zniknie
nam pod nogami! Pod kopytami naszych koni! Zaiste, dotrzemy na dół, ale
jak kamienie spadające z urwiska!
Karsa przykucnął i wyrwał z podłoża sterczący kamień, który następnie
rzucił w dół ścieżki. Tam, gdzie uderzył, rumowisko zadrżało i zaczęło
się osuwać przybierającą na mocy falą, która po krótkiej chwili zniknęła
we mgle.
Odsłaniając nierówne, szerokie schody.
Wykonane wyłącznie z kości.
- Jest tak, jak mówił Pahlk - wyszeptał Karsa, zanim odwrócił się do
Bairotha. - Chodź, czeka na nas szlak.
Oczy jego towarzysza skrywały się pod opadającymi powiekami.
- Zaiste, Karso Orlong. Będziemy stąpali po prawdzie.
Karsa skrzywił się wściekle.
- To tylko droga zejścia z gór. Nic więcej, Bairothu Gild.
Wojownik wzruszył ramionami.
- Skoro tak mówisz, wodzu wojenny.
Ruszył w dół za Karsą.
Kości dorównywały rozmiarami kościom mieszkańców nizin, ale były grubsze
i masywniejsze. Stwardniały już, obróciły się w kamień. Tu i ówdzie było
widać poroża i kły, a także zdobnie rzeźbione hełmy, wykonane z czaszek
wielkich zwierząt. Wybito tu całą armię, a następnie ze szczątków
poległych uformowano te makabryczne schody. Mgła szybko pokryła je
warstewką wilgoci, ale stopnie były solidne, szerokie i lekko odchylone
do tyłu, dzięki czemu trudno się było na nich pośliznąć. Tempo zejścia
Teblorów hamowały tylko stąpające ostrożnie rumaki.
Wydawało się, że wywołana przez Karsę lawina odsłoniła przed nimi drogę
aż do szerokiej skalnej półki, na której zatrzymywała się rzeka, nim
opadła ku dnu doliny. Z lewej strony wojownicy słyszeli coraz bliższy
huk spływającej wody, a po prawej mieli nagą, wyszczerbioną skałę.
Pokonali już ponad tysiąc stopni i z każdym następnym krokiem otaczała
ich coraz głębsza ciemność.
Półkę z tej strony wodospadu oświetlał blady, widmowy blask.
Gdzieniegdzie unosiły się obłoczki ciemnej, nieprzejrzystej mgły. Kości
tworzyły tu w przybliżeniu równe podłoże. Z prawej strony przylegały do
skały, a z lewej pokrywały dno rzeki, która huczała, potężna i monstrualna, niespełna dwadzieścia kroków od nich.
Konie potrzebowały odpoczynku. Karsa popatrzył na Bairotha, który
podszedł do brzegu, a następnie zerknął na Deluma, skulonego pośród
sfory Kąsacza, przemoczonego i drżącego. Emanująca z kości delikatna
łuna tchnęła nienaturalnym zimnem. Otaczający ich krajobraz był
bezbarwny i dziwnie martwy. Nawet ogromna moc rzeki wydawała się
pozbawiona życia.
Bairoth podszedł bliżej.
- Wodzu wojenny, te kości, po których stąpamy, ciągną się aż po drugi
brzeg rzeki. Ich warstwa niemal dorównuje grubością mojemu wzrostowi,
tam gdzie mogłem to dostrzec. By coś takiego stworzyć, musiały zginąć
dziesiątki tysięcy. Dziesiątki dziesiątków. Cała ta półka...
- Bairothu Gild, wystarczy już odpoczynku. Z góry zsuwają się kamienie.
Albo wartownik schodzi w dół, albo zbliża się kolejna lawina, która
pogrzebie to, co odsłoniliśmy. Takie lawiny z pewnością zdarzają się
często, gdyż mieszkańcy nizin wspinali się tędy na górę nie dalej niż
kilka dni temu, a mimo to, gdy tu przyszliśmy, schody były zasypane.
Przez twarz Bairotha przemknął nagły niepokój. Wojownik obejrzał się
przez ramię, spoglądając na łupkowe kamyki, które osypywały się z góry.
Było ich więcej niż przed chwilą.
Ujęli konie za wodze i podeszli do skraju półki. Droga przed nimi była
zbyt stroma, by mogło się na niej utrzymać rumowisko. Schody wiodły
serpentynami w dół tak daleko, jak Teblorzy sięgali wzrokiem. Konie
spłoszyły się na ten widok.
- Karso Orlong, na tej ścieżce będziemy narażeni na atak.
- Tak samo jak do tej pory, Bairothu Gild. Mieszkaniec nizin, który
podąża za nami, przegapił już swą najlepszą szansę. Dlatego właśnie
sądzę, że go prześcignęliśmy, a te osypujące się kamienie zwiastują
kolejną lawinę i nic więcej.
Karsa zdołał skłonić Havoka do wejścia na pierwszy stopień.
Gdy zeszli trzydzieści kroków, usłyszeli na górze cichy łoskot o tembrze
niższym niż huk rzeki. Z urwiska posypał się grad kamieni, ale wszystkie
spadały w pewnej odległości od ściany. Po krótkiej chwili podążył za nim
błotnisty deszcz.
Szli dalej, aż wreszcie ich członki ogarnęło znużenie. Mgła wydawała się
teraz nieco rzadsza, niewykluczone jednak, że po prostu ich oczy
przyzwyczaiły się do ciemności. Kręgi słońca i gwiazd wykonały obroty, a oni nic nie widzieli. Upływ czasu pozwalały im mierzyć jedynie głód i zmęczenie. Nie mogli się zatrzymać, dopóki nie zejdą na dół. Karsa
stracił już rachubę serpentyn. Wydawało mu się, że mają przed sobą tylko
tysiąc stopni, lecz pokonali ich już znacznie więcej. Rzeka wciąż
spływała w dół, ale widzieli tylko mgłę, syczący, lodowaty potop, który
zasłaniał przed ich oczyma dolinę na dole i niebo na górze. Świat
ograniczał się do kości pod mokasynami i stromej ściany urwiska.
Dotarli do następnej półki. Kości zniknęły pochowane pod mlaskającym
błotem, porośniętym gdzieniegdzie kępami jaskrawozielonej trawy.
Wszędzie było pełno połamanych, omszałych konarów drzew. Wszystko inne
skrywała mgła.
Konie podrzuciły radośnie łbami, gdy wreszcie wyprowadzili je na płaski
teren. Doszczętnie przemoczeni Delum i psy zbili się w grupkę. Bairoth,
utykając, podszedł do Karsy.
- Wodzu wojenny, jestem pełen obaw.
Karsa zmarszczył brwi. Nogi się pod nim uginały. Nie był w stanie
powstrzymać drżenia mięśni.
- Dlaczego, Bairothu Gild? Udało się nam. Sforsowaliśmy Przesmyk Kości.
- Zaiste. - Bairoth kaszlnął. - A niedługo będziemy musieli tu wrócić,
by wspiąć się na górę.
Karsa skinął z namysłem głową.
- Zastanawiałem się nad tą sprawą, Bairothu Gild. Niziny otaczają łukiem
nasz płaskowyż. Są też inne prowadzące w górę ścieżki, leżące prosto na
południe od ziem Urydów. Takie szlaki muszą istnieć, bo w przeciwnym
razie mieszkańcy nizin nigdy nie pojawialiby się między nami. Wracając,
ruszymy wzdłuż zachodniej krawędzi płaskowyżu i znajdziemy te ukryte
ścieżki.
- Mamy cały czas iść przez niziny! Jest nas tylko dwóch, Karso Orlong!
Napad na gospodarstwo rolne nad Srebrnym Jeziorem to jedno, a wojna z całym plemieniem to coś całkiem innego. To szaleństwo! Będą nas tropić i ścigać przez całą drogę. Nie zdołamy tego dokonać!
- Tropić i ścigać? - Karsa wybuchnął śmiechem. - A cóż w tym nowego?
Chodź, Bairothu Gild, musimy znaleźć jakieś suche miejsce, z dala od
rzeki. Widzę po lewej wierzchołki drzew. Rozpalimy ognisko i przypomnimy
sobie, co to znaczy być suchym i mieć pełen żołądek.
Stok opadał tu łagodnie, a osypisko niemal w całości pokrywały mchy,
porosty oraz żyzna, czarna gleba. Dalej ciągnął się bór prastarych
sekwoi i cedrów. Na niebie, tu i ówdzie, było widać plamy błękitu, a na
ziemię padały snopy słonecznego blasku. Gdy znaleźli się w lesie, mgła
stała się rzadsza, przechodząc w pachnącą butwiejącym drewnem wilgoć.
Wojownicy pokonali jeszcze pięćdziesiąt kroków, aż wreszcie znaleźli
słoneczne miejsce, w którym osłabiony chorobą cedr zwalił się jakiś czas
temu na ziemię. W złocistym powietrzu pląsały motyle, a ze wszystkich
stron dobiegały ciche odgłosy żerowania korników. W miejscu, gdzie
korzenie potężnego drzewa zostały wyrwane z ziemi, widać było plamę
nagiej skały macierzystej, suchej i skąpanej w blasku słońca.
Karsa zaczął rozpakowywać zapasy, a Bairoth zajął się zbieraniem
ułamanych gałęzi zwalonego drzewa. Delum znalazł spłacheć nagrzanego
słońcem mchu, położył się na nim i zasnął. Karsa zastanawiał się, czy
nie zdjąć mu mokrego ubrania, gdy jednak zobaczył, że reszta sfory
skupiła się wokół rannego wojownika, wzruszył ramionami i wrócił do
zdejmowania juków z końskiego grzbietu.
Po krótkiej chwili obaj Teblorzy siedzieli już nadzy na skale. Ubrania
powiesili na korzeniach, blisko ogniska. Z ich kości i mięśni ustępował
powoli ziąb.
- Na końcu doliny rzeka staje się szersza, tworząc rozlewisko, zanim
wpadnie do jeziora - odezwał się Karsa. - Brzeg, na którym jesteśmy,
staje się jej południowym brzegiem. Tuż przy wylocie jest skalna iglica,
która zasłania widok na prawą stronę. Tuż za nią, na
południowo-zachodnim brzegu jeziora, znajduje się gospodarstwo rolne.
Jesteśmy już prawie na miejscu, Bairothu Gild.
Wojownik siedzący po drugiej stronie ogniska rozprostował ramiona.
- Powiedz mi, że zaatakujemy za dnia, wodzu wojenny. Zrodziła się we
mnie głęboka nienawiść do ciemności. Moje serce zwiędło w Przesmyku
Kości.
- Za dnia, Bairothu Gild - zapewnił Karsa, ignorując ostatnie wyznanie
towarzysza, gdyż poruszyło ono coś w jego duszy, wywołując w ustach
kwaśny posmak. - Dzieci będą pracowały na polach i nie zdążą na czas
dotrzeć do warownego domu. Gdy zobaczą, że na nich szarżujemy, poznają
grozę i rozpacz.
- To mnie cieszy, wodzu wojenny.
***
Całą dolinę porastały sekwoje i cedry. Nie widziało się tu żadnych
śladów wyrębu. W mrocznym lesie było niewiele zwierzyny. Dni upływały im
w półmroku. Jaśniej było jedynie w miejscach, gdzie jakieś drzewo
zwaliło się na ziemię. Ich zapasy żywności szybko się kurczyły, konie
chudły na diecie złożonej z wiciokrzewów, mchów cullan oraz gorzkich
pnączy, a psy zaczęły jeść zbutwiałe drewno, jagody i chrząszcze.
Około południa czwartego dnia dolina się zwęziła, zmuszając ich do
podejścia do rzeki. Teblorzy szli dotąd przez gęsty las, daleko od
jedynej, biegnącej wzdłuż brzegu ścieżki, dzięki czemu nikt nie mógł ich
zauważyć, teraz jednak zbliżali się wreszcie do Srebrnego Jeziora.
Do ujścia rzeki dotarli o zmierzchu. Na niebie budził się już krąg
gwiazd. Po biegnącym wzdłuż kamienistego brzegu szlaku ktoś niedawno
jechał na północny zachód, nie było jednak widać śladów powrotu. Rzeka
była wartka, a powietrze nad nią rześkie. W miejscu, gdzie wpadała do
jeziora, szeroki wachlarz piasku i żwiru tworzył wyspę usianą
przyniesionym przez wodę drewnem. Nad taflą jeziora wisiała mgła i jego
daleki północno-wschodni brzeg był słabo widoczny. Góry na tym odległym
brzegu sięgały samego jeziora, klęcząc we wzburzonych od wiatru wodach.
Karsa i Bairoth zsiedli z koni i zaczęli się przygotowywać do rozbicia
obozu. Dzisiaj jednak nie zamierzali rozpalać ogniska.
- To są ślady mieszkańców nizin, których zabiłeś - zauważył po chwili
Bairoth. - Ciekawe, co zamierzali uczynić w miejscu, gdzie była
uwięziona demonica.
Karsa wzruszył ramionami.
- Być może chcieli ją uwolnić.
- Nie sądzę, Karso Orlong. Czary, którymi cię zaatakowali, miały boski
aspekt. Przypuszczam, że przyszli oddać cześć demonicy albo może
wyciągnąć duszę z jej ciała, tak jak stało się to z Twarzami w Skale.
Być może dla mieszkańców nizin to miejsce było wyrocznią lub nawet
mieszkaniem ich boga.
Karsa przyglądał się towarzyszowi przez długą chwilę.
- Bairothu Gild, twe słowa mają w sobie truciznę - rzekł wreszcie. -
Demonica nie była bogiem. Była uwięziona pod tym kamieniem. Twarze w Skale są prawdziwymi bogami. Nie można jej z nimi porównywać.
Bairoth uniósł gęste brwi.
- Karso Orlong, nie porównuję ich. Mieszkańcy nizin są głupi, a Teblorzy
nie. Są dziećmi i łatwo im jest oszukać samych siebie. Czemu nie mieliby
oddawać czci tej demonicy? Powiedz mi, czy wyczułeś w czarach, którymi
cię zaatakowali, obecność czegoś żywego?
Karsa zastanowił się nad tą kwestią.
- Coś tam było. Drapało, syczało i pluło. Odrzuciłem to coś na bok i potem uciekło. To nie była moc demonicy.
- Faktycznie nie była, bo ona już odeszła. Być może oddawali cześć
kamieniowi, pod którym była uwięziona. W nim również tkwiła magia.
- Ale nie żywa magia, Bairothu Gild. Nie rozumiem toku twych myśli i męczy mnie już to bezpłodne gadanie.
- Jestem przekonany, że kości w przesmyku należały do tych, którzy
uwięzili demonicę - nie ustępował Bairoth. - I to właśnie mnie niepokoi,
Karso Orlong, bo one bardzo przypominają kości mieszkańców nizin. Co
prawda, są grubsze, ale również dziecinnych rozmiarów. Niewykluczone, że
mieszkańcy nizin są kuzynami tego starożytnego ludu.
- I co z tego? - Karsa wstał. - Nie chcę już więcej o tym słyszeć.
Naszym jedynym zadaniem jest teraz wypocząć, a o świcie wstać i przygotować broń. Jutro będziemy zabijać dzieci.
Podszedł do stojących pod drzewami koni. Delum siedział nieopodal,
między psami, tuląc w ramionach trójnogą towarzyszkę Kąsacza. Jedną ręką
głaskał bezmyślnie zwierzę po głowie. Karsa przyglądał się mu przez
pewien czas, po czym odwrócił się, by przygotować się do snu.
Gdy krąg gwiazd powoli wędrował przez niebo, jedynym słyszalnym
dźwiękiem był szum rzeki. W pewnej chwili wiatr zmienił kierunek,
przynosząc ze sobą woń dymu i zwierząt domowych, a raz także ciche
szczekanie psa. Leżący bezsennie na łożu z mchu Karsa modlił się do
Urugala, by o wschodzie słońca wiatr nie zmienił kierunku. Mieszkańcy
nizin zawsze trzymali w swych gospodarstwach psy, które pełniły tę samą
funkcję, jak u Teblorów. Wrażliwy słuch i węch pozwalały im szybko
wykryć obecność obcych. To jednak będą psy nizinnych ras, mniejsze od
teblorskich. Kąsacz i jego sfora szybko się z nimi uporają. Nic nie
ostrzeże mieszkańców nizin... pod warunkiem że wiatr nie zmieni
kierunku.
Usłyszał, że Bairoth wstał i podszedł do śpiących psów.
Karsa obejrzał się i zobaczył, jak jego towarzysz przykucnął obok
Deluma. Zaciekawione psy uniosły głowy i przyglądały się Bairothowi
głaszczącemu zwróconą ku górze twarz towarzysza.
Minęła chwila, nim Karsa zrozumiał, czego jest świadkiem. Bairoth
malował na twarzy Deluma maskę wojenną w czarno-szaro-białych barwach
Urydów. Maska wojenna przysługiwała tylko tym wojownikom, którzy
świadomie wyruszali na śmierć. Oznajmiała, że ich miecz nigdy już nie
wróci do pochwy. Ten rytuał tradycyjnie wykonywali starzejący się
wojownicy, którzy decydowali się na ostatnią wyprawę, by uniknąć śmierci
pod ciężarem wieku. Karsa wstał.
Jeśli nawet Bairoth słyszał jego kroki, niczym tego po sobie nie okazał.
Po szerokiej, szczerej twarzy wojownika spływały łzy. Delum leżał
zupełnie nieruchomo, wbijając w towarzysza niemrugające spojrzenie.
- On tego nie rozumie - warknął Karsa. - Ale ja rozumiem. Bairothu Gild,
hańbisz każdego urydzkiego wojownika, który kiedykolwiek nosił maskę
wojenną.
- Czyżby, Karso Orlong? To zawsze są starzy wojownicy, którzy wyruszają
na ostatnią bitwę. W ich czynach nie ma nic chwalebnego, podobnie jak w ich wojennych maskach. Jeśli sądzisz, że jest inaczej, to jesteś
ślepcem. Farba niczego nie ukrywa. W ich oczach łatwo jest dostrzec
desperację. Dotarli do kresu swego życia i przekonali się, że nie miało
ono znaczenia. To właśnie ta wiedza wygania ich z wioski, każe szukać
szybkiej śmierci. - Bairoth skończył malować czarną farbą i przeszedł do
białej, rozsmarowując ją trzema palcami na szerokim czole Deluma. -
Spójrz w oczy naszego przyjaciela, Karso Orlong. Przyjrzyj im się
uważnie.
- Nic nie widzę - mruknął Karsa, wstrząśnięty słowami Bairotha.
- Podobnie jak Delum, wodzu wojenny. On wpatruje się w pustkę. Ale w przeciwieństwie do ciebie nie odwraca od niej wzroku. Przygląda się jej
z pełnym zrozumieniem. Widzi ją i jest przerażony.
- Bredzisz od rzeczy, Bairothu Gild.
- Nieprawda. Obaj jesteśmy Teblorami. Jesteśmy wojownikami. Nie
potrafimy dać Delumowi pocieszenia. Dlatego uczepił się tej suki,
zwierzęcia o oczach wypełnionych cierpieniem. Pocieszenie jest
wszystkim, czego teraz potrzebuje. Dlaczego dałem mu maskę wojenną?
Delum Thord dziś zginie, Karso Orlong. Być może to da mu pocieszenie.
Modlę się do Urugala, by tak się stało.
Karsa uniósł wzrok ku niebu.
- Krąg niemal już ukończył swój obrót. Musimy się przygotować.
- Prawie skończyłem, wodzu wojenny.
Konie poruszyły się niespokojnie, gdy Karsa wysmarował krwawym olejem
drewnianą klingę miecza. Psy wstały już i wierciły się nerwowo. Bairoth
skończył malować twarz Deluma i poszedł zająć się własną bronią.
Trójnoga suka szarpała się w objęciach skomlącego wojownika, ale on
przyciskał ją tylko coraz mocniej, aż wreszcie ciche warknięcie Kąsacza
zmusiło go do wypuszczenia jej.
Karsa zabezpieczył osłonami z utwardzanej skóry pierś, szyję i nogi
Havoka. Gdy uporał się z tym zadaniem, spojrzał na Bairotha, który
siedział już na swym wierzchowcu. Rumakowi Deluma również włożyli
zbroję, ale nie zawiązali mu wodzy. Wszystkie zwierzęta drżały.
- Wodzu wojenny, do tej pory relacje twego dziadka nie zawierały żadnych
nieścisłości. Opisz mi rozkład tego gospodarstwa.
- Jest tam zbudowany z kłód dom wielkości dwóch urydzkich domostw. Jego
górną kondygnację przykrywa stromy dach. W grubych okiennicach są otwory
strzelnicze, a z przodu i z tyłu budynku grube drzwi, które szybko można
zabezpieczyć zasuwami. Są tam też trzy mniejsze budynki. W tym, który
stoi najbliżej i ma jedną wspólną ścianę z domem, trzymają zwierzęta. W drugim jest kuźnia, a trzeci to gliniana chata, w której zapewne
mieszkali przed wybudowaniem domu z kłód. Jest też przystań nad
jeziorem, słupy cumownicze i korral dla małych, nizinnych koni.
Bairoth zmarszczył brwi.
- Wodzu wojenny, ile pokoleń mieszkańców nizin minęło od czasu wyprawy
Pahlka?
Karsa wskoczył na grzbiet Havoka, wzruszając ramionami w odpowiedzi na
pytanie Bairotha.
- Dość już tego. Czy jesteś gotowy, Bairothu Gild?
- Prowadź mnie, wodzu wojenny.
Karsa skierował Havoka na biegnący wzdłuż rzeki szlak. Jej ujście mieli
po lewej stronie, natomiast po prawej piętrzyła się wysoka, górująca nad
brzegiem jeziora skała. Jej szczyt porastały drzewa. Między nią a wodą
wiła się szeroka kamienista plaża.
Wiatr nie zmienił kierunku. Niósł ze sobą woń dymu i nawozu. Psy z gospodarstwa milczały.
Karsa wyciągnął miecz i przesunął błyszczącą klingę przed nozdrzami
Havoka. Rumak uniósł łeb. Przeszedł z kłusa w galop i wypadł na
kamienistą plażę. Po lewej stronie miał wodę, a po prawej skalną ścianę.
Z tyłu słychać było stukot uderzających o kamienie kopyt konia Bairotha,
a jeszcze dalej psy, Deluma i jego konia, który pozostał z tyłu, by być
blisko dawnego pana.
Gdy tylko miną skałę, skręcą ostro w prawo i w mgnieniu oka runą na
niespodziewające się ataku dzieci.
Z galopu w cwał.
Skalne urwisko zniknęło, zastąpione płaskimi polami uprawnymi.
Z cwału w szarżę.
Gospodarstwo - poczerniałe od dymu ruiny ledwie widoczne za wysoką
kukurydzą - a tuż za nim, rozciągnięte wzdłuż brzegu jeziora i sięgające
aż po podstawę góry, miasteczko.
Wysokie, kamienne budynki, nabrzeża z kamienia i tłoczące się przy nich
łodzie. Kamienny mur otaczający większość domów, wysokością dorównujący
dorosłemu mieszkańcowi nizin. Główna droga, brama, a po obu jej stronach
przysadziste wieże o płaskich szczytach. Unoszące się nad nimi obłoki
dymu.
Stojące na wieżach postacie.
Kolejni mieszkańcy nizin - więcej, niż mógł zliczyć - którzy usłyszeli
bicie w dzwon i biegli ku bramie z pól, porzucając rolnicze narzędzia.
Bairoth ryknął coś za jego plecami. Nie był to okrzyk wojenny. Jego głos
był pełen lęku. Karsa zignorował go. Doganiał już pierwszych
uciekających rolników. Załatwi kilku po drodze, ale nie zmniejszy tempa.
Zostawi te dzieci sforze. Jemu chodziło o te w miasteczku, które kryły
się za swym żałosnym murkiem, za zamykającą się już bramą.
Błysnął miecz i tylna część głowy mieszkańca nizin spadła na ziemię.
Havok stratował następnego - kobietę, która wrzasnęła głośno, wpadając
pod jego kopyta.
Brama zatrzasnęła się z łoskotem.
Karsa skierował Havoka w lewo i pochylił się, wbijając wzrok w mur. Obok
przemknął bełt z kuszy, który wbił się w zrytą bruzdami ziemię dziesięć
kroków na prawo od niego. Następny przemknął ze świstem nad jego głową.
Żaden nizinny koń nie zdołałby przeskoczyć przez ten mur, ale Havok był
wysoki na dwadzieścia sześć dłoni i prawie dwukrotnie przerastał
wzrostem oraz ciężarem nizinne rasy. Olbrzymi rumak napiął mięśnie,
wzbił się w górę i bez wysiłku przefrunął nad murem.
Wylądował przednimi kopytami na pochyłym dachu szopy. Dachówki pofrunęły
na wszystkie strony, drewniane belki złamały się z trzaskiem. Mały
budynek rozleciał się pod ciężarem konia i jeźdźca. Uciekły z niego
pierzchające we wszystkie strony kury. Havok potknął się, szukając
oparcia dla nóg, po czym pomknął błotnistą, naznaczoną koleinami
uliczką.
Wyrósł przed nimi kolejny budynek, tym razem kamienny. Havok skręcił w prawo. W wejściu nagle pojawiła się jakaś postać. Twarz miała okrągłą, a oczy szeroko wybałuszone. Karsa ciął mieczem na odlew, rozszczepiając
czaszkę mieszkańca nizin, gdy tylko ten wychylił się za próg. Zabity
okręcił się wokół osi, nim jeszcze nogi się pod nim ugięły.
Havok pomknął z łoskotem kopyt ku bramie. Karsa słyszał odgłosy rzezi,
do której doszło na zewnątrz. Wyglądało na to, że większość robotników
nie zdążyła skryć się za bramą przed jej zamknięciem. Dwunastu
strażników opuściło zasuwę i zaczęło formować obronny szyk, gdy runął na
nich wódz wojenny.
Żelazny hełm pękł i spadł z głowy konającego dziecka, jakby próbował
ugryźć wyszarpywany z niej miecz. Zadane na odlew cięcie oddzieliło
ramię i bark drugiego dziecka od ciała. Havok stratował trzeciego
wartownika, odwrócił się błyskawicznie i wierzgnął tylnymi kopytami,
trafiając czwartego, który uderzył o bramę, a miecz wypadł mu z rąk.
Miecz - w oczach Karsy nie większy od długiego noża - wbił się w skórzaną zbroję na jego udzie, przecinając dwie, może trzy warstwy, nim
ostrze się odbiło. Teblor zdzielił mieszkańca nizin gałką miecza w twarz. Poczuł, jak pękają kości. Kopnął dziecko, które zatoczyło się do
tyłu. Inni wrogowie pierzchali w panice przed jego atakiem. Karsa ze
śmiechem popędził Havoka naprzód.
Powalił kolejnego wartownika, podczas gdy pozostali umknęli ulicą.
Coś uderzyło Teblora w plecy. Potem na chwilę rozkwitł tam piekący ból.
Karsa wyciągnął rękę, wyszarpnął bełt i odrzucił go na bok. Po chwili
zsunął się z konia wpatrzony w zamkniętą bramę. Zamykającą ją grubą
deskę zabezpieczały metalowe rygle.
Cofnął się o trzy kroki, pochylił bark, wziął rozpęd i walnął z całej
siły w bramę.
Uderzenie wyrwało metalowe sworznie, które utrzymywały zawiasy między
połączonymi zaprawą kamiennymi blokami. Cała brama runęła na zewnątrz.
Wieża po prawej stronie Karsy osunęła się nagle z głośnym skrzypieniem.
Z jej środka dobiegły krzyki. Kamienny mur zaczął się osypywać.
Z głośnym przekleństwem Karsa cofnął się na ulicę. Wieża runęła na
ziemię w obłokach kurzu.
Przez białą, skłębioną chmurę przemknął Bairoth. Jego miecz ociekał
krwią. Rumak wojownika przeskoczył stertę gruzu. Za nim podążyły psy, a wraz z nimi Delum i jego koń. Delum Thord miał usta usmarowane krwią i Karsa zdał sobie z lekkim szokiem sprawę, że wojownik przegryzł gardło
jednemu z dzieci, tak jak zrobiłby to pies.
Gdy Bairoth ściągnął wodzę, spod kopyt rumaka trysnęło błoto.
Karsa wskoczył na grzbiet Havoka i zawrócił konia w stronę ulicy.
Pojawił się czworobok biegnących truchtem pikinierów. Długie drzewca
kołysały się w ich rękach, a żelazne ostrza lśniły w blasku poranka. Od
Teblorów dzieliło ich jeszcze trzydzieści kroków.
Od zadu rumaka Bairotha odbił się bełt, wystrzelony z okna na piętrze.
Za murem rozległ się tętent cwałujących koni.
Bairoth chrząknął.
- Czeka nas zbrojny odwrót, wodzu wojenny.
- Odwrót? - Karsa wybuchnął śmiechem. Wskazał podbródkiem na
zbliżających się pikinierów. - Jest ich najwyżej trzydziestu, a dzieci z długimi włóczniami nadal pozostają dziećmi, Bairothu Gild. Chodź,
rozpędzimy je!
Bairoth zaklął i wydobył swój wykonany z niedźwiedziej czaszki bolas.
- Ruszaj pierwszy, Karso Orlong, by nie dostrzegli moich przygotowań.
Rozradowany Karsa obnażył zęby i popędził Havoka naprzód. Psy ustawiły
się w wachlarz po obu jego bokach. Delum zajął pozycję na prawym
skrzydle.
Czworobok się zatrzymał. Żołnierze pochylili piki, trzymając je na
wysokości piersi.
Okna na piętrze po obu stronach ulicy otworzyły się. Pojawiły się w nich
twarze dzieci, pragnących ujrzeć to, co się za chwilę wydarzy.
- Urugalu! - ryknął Karsa, skłaniając Havoka do szarży. - Bądź
świadkiem!
Za jego plecami słychać było tętent kopyt rumaka Bairotha, który mknął z równie wielką szybkością, a także coraz głośniejszy furkot czaszki
szarego niedźwiedzia, wirującej nad głową wojownika.
Gdy Karsę dzieliło od pik już tylko dziesięć kroków, Bairoth ryknął
głośno. Wódz wojenny pochylił się i skręcił w lewo, spowalniając
szaleńczą szarżę Havoka.
Coś wielkiego przemknęło ze świstem tuż obok jego głowy. Karsa obejrzał
się, by zobaczyć, jak ogromny bolas uderza w czworobok żołnierzy.
Krwawy chaos. Trzy z pięciu szeregów na ziemi. Przeraźliwe krzyki.
Potem otoczyły ich psy, za którymi pędził rumak Deluma.
Karsa ponownie zawrócił wierzchowca i popędził na rozproszony czworobok.
Przybył akurat na czas, by wedrzeć się w tłum razem z Bairothem.
Odbijając na boki nieliczne chwiejące się piki, w ciągu dwudziestu
uderzeń serca zabili te dzieci, których nie powaliły psy.
- Wodzu wojenny!
Karsa wyszarpnął krwawy miecz z ciała ostatniej ofiary i odwrócił się na
krzyk Bairotha.
Pojawił się kolejny czworobok żołnierzy. Tym razem po jego bokach
zmierzali kusznicy. W sumie było ich pięćdziesięciu, może
sześćdziesięciu.
Karsa skrzywił się, spoglądając w stronę bramy. Z obłoków kurzu
wyłaniało się powoli dwadzieścioro konnych dzieci. Wszystkie były zakute
w ciężkie zbroje płytowe i kolczugi. Za nimi podążały na piechotę
następne. Niektóre miały łuki, inne obusieczne topory, miecze albo
dziryty.
- Prowadź mnie, wodzu wojenny!
Karsa przeszył Bairotha wściekłym spojrzeniem.
- Uczynię to, Bairothu Gild! - Zawrócił Havoka. - To boczne przejście
prowadzi do brzegu. Ominiemy ścigających. Powiedz mi, Bairothu Gild, czy
uważasz, że zabiliśmy już wystarczająco wiele dzieci?
- Zaiste, Karso Orlong.
- No to za mną!
Boczna uliczka dorównywała niemal szerokością głównej i prowadziła
prosto do jeziora. Stały przy niej domy mieszkalne, sklepy oraz
magazyny. W oknach, drzwiach oraz wylotach zaułków widać było widmowe
postacie. Teblorzy mknęli przed siebie. Uliczka kończyła się dwadzieścia
kroków od brzegu. Dalej ciągnął się szeroki podjazd z desek schodzący na
nabrzeże. Wokół niego na ziemi walało się pełno rozmaitych odpadków,
lecz przede wszystkim rzucały się w oczy wielkie sterty białych kości,
leżące u podnóża słupów, na których szczytach zatknięto czaszki.
Czaszki Teblorów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki