Dom, którego nie było - Dorota Schrammek

Kup ebooka

24.90 zł
21.17 zł (19,27 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Był ko­niec wrze­śnia. Tego dnia lało jak z ce­bra, a Ka­ro­li­na mia­ła na so­bie tyl­ko szma­cia­ki, któ­re słu­ży­ły jej pra­wie od roku. Do­brze, że zimą śnieg pa­dał tyl­ko przez dwa ty­go­dnie. W prze­ciw­nym wy­pad­ku nie mo­gła­by cho­dzić do szko­ły. Mia­ła dużą sto­pę, więc obu­wie in­nych do­mow­ni­ków nie pa­so­wa­ło­by na nią.

Na­wet nie zdą­ży­ła ścią­gnąć prze­mok­nię­tych bu­tów.

- Nie roz­bie­raj się, Ka­ro­li­na! - Mat­ka sta­nę­ła przed nią, opie­ra­jąc ręce na bio­drach. Dziew­czy­na nie lu­bi­ła tego ge­stu. Do­dat­ko­wo ko­bie­ta od­chy­la­ła lek­ko tu­łów, wy­pi­na­jąc nie tyle pier­si, co zwiot­cza­ły brzuch opię­ty zbyt cia­sną bluz­ką. - Pój­dziesz do pani Gór­skiej i po­pro­sisz o pie­nią­dze na chleb. Po­wiesz, że od­dam z za­po­mo­gi.

Ka­ro­li­na po­krę­ci­ła gło­wą, pa­trząc bła­gal­nym wzro­kiem, ale mat­ka zda­wa­ła się już tego nie do­strze­gać. We­szła do kuch­ni, się­gnę­ła po le­żą­ce­go na po­piel­nicz­ce pa­pie­ro­sa i za­cią­ga­jąc się dy­mem, wró­ci­ła do cór­ki. Dziew­czy­na wresz­cie od­wa­ży­ła się ci­cho ode­zwać:

- Mu­szę iść? Nie mo­żesz sama?

- Je­stem zbyt ho­no­ro­wa, by po­ży­czać pie­nią­dze - od­par­ła mama. - Od Gór­skiej idź pro­sto do skle­pu. Kup dwa bo­chen­ki chle­ba, naj­tań­szą mar­ga­ry­nę i trzy pacz­ki pa­pie­ro­sów.

Mat­ka wie­dzia­ła, że proś­bie dziec­ka nikt się nie oprze. Na do­da­tek dziec­ka tak nie­śmia­łe­go i za­hu­ka­ne­go jak Ka­ro­li­na. Wy­star­czy­ło, że ktoś krzy­wo na nią spoj­rzał, a usta dziew­czyn­ki wy­gi­na­ły się w pod­ków­kę. Wi­dok chu­dziel­ca z pro­sty­mi, krót­ki­mi wło­sa­mi, ucie­ka­ją­ce­go spoj­rze­niem, mógł wzbu­dzać w lu­dziach wy­łącz­nie nie­przy­jem­ną li­tość.

Zu­peł­nie inne uczu­cia wy­wo­ły­wa­ła Lid­ka, młod­sza sio­stra Ka­ro­li­ny - pulch­ne, ślicz­ne, uśmiech­nię­te dziec­ko. Taki pą­czu­szek w ma­śle. Za­wsze chwa­lo­na, ła­sko­ta­na w pięt­kę i pod bro­dą, za­no­si­ła się ślicz­nym śmie­chem. Ona nie pa­trzy­ła wy­stra­szo­nym spoj­rze­niem zra­nio­ne­go je­lon­ka. Rzad­ko pła­ka­ła. Ka­ro­li­na pa­mię­ta­ła tyl­ko je­den taki przy­pa­dek. Mia­ła wte­dy pięć lat. Sio­stra była o dwa lata młod­sza.

- Co się sta­ło? - Mat­ka wpa­dła do po­ko­ju. - Dla­cze­go Li­dzia pła­cze?

- Nie wiem - wy­szep­tał chu­dzie­lec.

Rze­czy­wi­ście, jesz­cze przed chwi­lą ra­do­śnie ba­wią­ca się sio­stra te­raz na­gle za­czę­ła pła­kać. Mat­ka groź­nie po­pa­trzy­ła na star­sze dziec­ko. Przy­tu­li­ła Lid­kę, py­ta­jąc, co się sta­ło. Tam­ta jesz­cze moc­niej się roz­pła­ka­ła.

- Na pew­no jej coś zro­bi­łaś!

Ko­bie­ta za­czę­ła się roz­glą­dać po po­ko­ju. Pa­sek wi­siał na gwoź­dziu przy drzwiach. Ka­ro­li­na nie lu­bi­ła, gdy mama po nie­go się­ga­ła. Za­czę­ła się trząść. Z ucze­pio­ną jej nogi Lid­ką mat­ka chwy­ci­ła skó­rza­ne na­rzę­dzie. Z ca­łej siły ude­rzy­ła Ka­ro­li­nę w ty­łek. Dziew­czyn­ka za­wy­ła z bólu i ucie­kła do dru­gie­go po­ko­ju. W tym cza­sie Lid­ka prze­sta­ła pła­kać, a na jej twa­rzy z cud­ny­mi do­łecz­ka­mi w tłu­stych po­licz­kach po­ja­wił się pięk­ny uśmiech.

- Có­reń­ko, Ka­ro­li­na już do­sta­ła karę. - Mama na­dal tu­li­ła ją do sie­bie. - Po­wiedz, dla­cze­go pła­ka­łaś?

Li­dzia się ro­ze­śmia­ła.

- Bo mi się chcia­ło pła­kać - od­par­ła, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi i wró­ci­ła do za­ba­wy.

Nie wie­dzieć cze­mu tam­to zda­rze­nie przy­po­mnia­ło się Ka­ro­li­nie w dro­dze do domu pani Gór­skiej. Nie lu­bi­ła do niej cho­dzić. Ta ko­bie­ta za­wsze pa­trzy­ła na nią z po­gar­dą. Dla­cze­go mat­ka ni­g­dy nie wy­śle tam Lid­ki? Prze­cież dzi­siaj skoń­czy­ła lek­cje wcze­śniej. Chleb mógł już być w domu. A co bę­dzie, je­śli Gór­ska nie po­ży­czy pie­nię­dzy? Raz tak się prze­cież zda­rzy­ło. Ka­ro­li­na wró­ci­ła do domu bez pie­nię­dzy i bez za­ku­pów, a mat­ka jesz­cze ją zwy­zy­wa­ła od nie­udacz­ni­ków. Że niby bła­hej spra­wy nie po­tra­fi za­ła­twić.

Na szczę­ście tym ra­zem nikt jej nie wi­dział. Lał deszcz, więc wieś wy­glą­da­ła na opu­sto­sza­łą. Od cza­su do cza­su Ka­ro­li­nę mi­jał ja­kiś sa­mo­chód. Scho­dzi­ła wte­dy na po­ro­śnię­te tra­wą po­bo­cze. Buty i tak mia­ła prze­mo­czo­ne.

Gór­ska na szczę­ście była w domu i mia­ła do­bry hu­mor. Rano wy­bra­ła się na grzy­by i przy­wio­zła cały kosz bo­ro­wi­ków, któ­re czy­ści­ła te­raz na gan­ku.

- Ech, ty mi­ze­ro­to - po­wie­dzia­ła do Ka­ro­li­ny, wy­cie­ra­jąc ręce w brud­ną ścier­kę. - Po­wiedz mat­ce, że dzie­sią­te­go ma mi od­dać. I po­przed­nią po­życz­kę też.

Dziew­czyn­ka wy­krzy­wi­ła twarz w uśmie­chu, wzię­ła pie­nią­dze i nie zwa­ża­jąc na chlu­pią­cą wodę w bu­tach, po­bie­gła do skle­pu. Ku­pi­ła lek­ko czer­stwe pie­czy­wo i pa­pie­ro­sy. Mar­ga­ry­ny już nie było, więc mu­sia­ła wziąć sma­lec. Sza­rza­ło, gdy wra­ca­ła do domu. Na nie­bie wi­sia­ły cięż­kie chmu­ry, co jesz­cze po­tę­go­wa­ło mrok. Nie lu­bi­ła cho­dzić po ciem­ku. Bała się bie­ga­ją­cych po wsi bez­pań­skich psów. Wie­czo­ry naj­chęt­niej spę­dza­ła przy książ­kach, w in­nym świe­cie. Ta­kim, do któ­re­go chcia­ło się uciec choć­by na krót­ką chwi­lę.

Ka­ro­li­na od­da­ła mat­ce za­ku­py i resz­tę pie­nię­dzy. Ko­bie­ta tyl­ko ski­nę­ła gło­wą, nie od­ry­wa­jąc oczu od te­le­wi­zo­ra.

Od­kąd Ka­ro­li­na pa­mię­ta­ła, mat­ka ni­g­dy nie mia­ła pra­cy. Kiep­sko wy­kształ­co­ny oj­ciec po­cząt­ko­wo pra­co­wał w le­śnic­twie. Zaj­mo­wał się koń­mi. Gdy za­stą­pi­ły je ma­szy­ny, zwol­nio­no go. Od tam­tej pory imał się do­ryw­czych za­jęć, aż wresz­cie prze­szedł na ren­tę. Le­d­wo wią­za­li ko­niec z koń­cem. Świad­cze­nia wy­star­cza­ły im rap­tem na kil­ka pierw­szych dni mie­sią­ca. Po­tem za­czy­na­ły się po­życz­ki od są­sia­dów i ku­po­wa­nie na ze­szyt. La­tem za­wsze moż­na było do­ro­bić. W le­sie pie­nią­dze le­ża­ły prak­tycz­nie pod każ­dym krza­kiem. Naj­go­rzej było zimą.

Ka­ro­li­na po­sta­wi­ła mo­kre buty na pie­cu. Mia­ła na­dzie­ję, że do ju­tra wy­schną. Po­sma­ro­wa­ła paj­dę chle­ba smal­cem i już chcia­ła wy­mknąć się do po­ko­ju, gdy zza za­sło­ny pa­pie­ro­so­we­go dymu do­le­ciał ją głos mat­ki.

- Po­cze­kaj. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Chrzest­na zo­sta­wi­ła ci pre­zent. Leży na kre­den­sie.

No tak, dzi­siaj mia­ła uro­dzi­ny. Zu­peł­nie o nich za­po­mnia­ła. A może nie chcia­ła pa­mię­tać? Pre­zent był już, na­tu­ral­nie, roz­pa­ko­wa­ny, ale nie prze­ję­ła się tym. Ha! Pió­ro kul­ko­we! Pra­wie wszyst­kie ko­le­żan­ki w kla­sie ta­kie mia­ły. Na twa­rzy dziew­czy­ny po­ja­wił się rzad­ko wi­dzia­ny uśmiech, któ­ry nie znik­nął, do­pó­ki nie we­szła do po­ko­ju.

Przy ła­wie sie­dzia­ła jej sio­stra. Mia­ły co praw­da prze­ję­te po kimś biur­ko, ale Lid­ka ni­g­dy z nie­go nie ko­rzy­sta­ła. Wo­la­ła od­ra­biać lek­cje na ko­la­nach. Na wi­dok wcho­dzą­cej do po­ko­ju Ka­ro­li­ny skrzy­wi­ła bu­zię i wy­wa­li­ła ję­zyk.

- I co się tak cie­szysz, głu­pia? - spy­ta­ła, wy­dłu­bu­jąc brud zza dłu­gich pa­znok­ci. - Ju­tro też będę mia­ła pió­ro kul­ko­we!

- Ty masz uro­dzi­ny do­pie­ro w li­sto­pa­dzie... - za­czę­ła Ka­ro­li­na, lecz sio­stra zby­ła ją śmie­chem.

- Ale pió­ro będę mia­ła już ju­tro - od­par­ła z wyż­szo­ścią. - Mama mi kupi!

Sko­ro tak po­wie­dzia­ła, to na pew­no do­trzy­ma obiet­ni­cy. Ka­ro­li­nie mi­nę­ła cała ra­dość z nie­spo­dzian­ki. Mia­ła dwa­na­ście lat i nie po raz pierw­szy po­my­śla­ła, że ży­cie jest nie­spra­wie­dli­we. Ona ma uro­dzi­ny, a Lid­ka do­sta­je pre­zent! Ona pil­nie się uczy, pi­sząc sta­ran­nie w ze­szy­tach, jej sio­strze wy­star­czy zaś mach­nię­cie lek­cji na ko­la­nie, a i tak jest naj­lep­sza w szko­le!

Ka­ro­li­na szyb­ko od­wró­ci­ła gło­wę, żeby Lid­ka nie zo­ba­czy­ła jej łez, bo wte­dy śmia­ła­by się jesz­cze gło­śniej.

Na­stęp­ne­go dnia młod­sza sio­stra do­sta­ła pió­ro kul­ko­we, ład­niej­sze niż to Ka­ro­li­ny. W dniu uro­dzin otrzy­ma­ła jesz­cze akor­de­on.

- Bo ma słuch - stwier­dzi­ła mat­ka, pa­trząc, jak Lid­ka po­dry­gu­je w takt mu­zy­ki wy­gry­wa­nej na wiej­skim od­pu­ście. To był ostat­ni raz, kie­dy Lid­ka do­tknę­ła akor­de­onu.

* * *

Bo­że­na nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy Ka­zik wró­ci z pra­cy. Sie­dzia­ła w ła­zien­ce. Kil­ku­mie­sięcz­na Da­ria krzy­cza­ła w po­ko­ju. Była sina od pła­czu. Od kil­ku go­dzin mia­ła peł­ną pie­lu­chę. Gdy klucz za­zgrzy­tał w zam­ku, Bo­że­na wy­szła z ukry­cia. Mąż po­pa­trzył na nią z wy­rzu­tem, ale mi­nę­ła go bez sło­wa. Odło­żył ak­tów­kę, umył ręce i wziął małą w ra­mio­na.

Nie mu­siał py­tać, czy coś ja­dła. Ta­kie ma­lu­chy pła­czą za­zwy­czaj z gło­du. Po­trze­bo­wał kwa­dran­sa, by prze­brać Da­rię, umyć jej pupę, na­sma­ro­wać od­pa­rzo­ną skó­rę ma­ścią. Z dziec­kiem na ręku przy­go­to­wy­wał mlecz­ną mie­szan­kę. Có­recz­ka bar­dzo szyb­ko na­uczy­ła się ssać z bu­tel­ki, bo Bo­że­na... brak słów. Dzie­więć mie­się­cy wy­czer­pu­ją­cej cią­ży i wie­lo­go­dzin­ny po­ród dały się jej we zna­ki. Na do­pie­ro co na­ro­dzo­ną có­recz­kę pa­trzy­ła z jaw­ną wro­go­ścią! Dla niej to był mały, ry­czą­cy po­twór. Żeby choć za­mknął się na chwi­lę! Trzy dni w szpi­ta­lu, pod­czas któ­rych dziec­ko przy­no­szo­no je­dy­nie na kar­mie­nie, mi­nę­ły bły­ska­wicz­nie. A po­tem gdy obie wró­ci­ły do domu, cały świat za­mknął się w czte­rech ścia­nach z roz­krzy­cza­nym no­wo­rod­kiem, po­gry­zio­ny­mi do krwi sut­ka­mi i z obo­la­łym brzu­chem. Prze­cież to udrę­ka! W ta­kich wa­run­kach nie moż­na cie­szyć się ma­cie­rzyń­stwem, my­śla­ła z roz­pa­czą.

Ka­zik nie ko­men­to­wał za­cho­wa­nia żony. Od po­cząt­ku mał­żeń­stwa bez­względ­nie pod­po­rząd­ko­wy­wał się każ­de­mu jej sło­wu. W nocy kil­ka­krot­nie wsta­wał do có­recz­ki, bo Bo­że­na nie sły­sza­ła kwi­le­nia ma­łej. O wpół do szó­stej de­li­kat­nie bu­dził żonę i wy­cho­dził do pra­cy. Nie na­rze­kał na zmę­cze­nie. Dla nie­go waż­ne było to, że Bo­że­na się wy­sy­pia i na­bie­ra sił do zaj­mo­wa­nia się cór­ką w cią­gu dnia. Ka­zik mo­dlił się, aby to ro­bi­ła.

Twier­dzi­ła, że się sta­ra. Wy­trzy­my­wa­ła do dzie­sią­tej, po­tem dzwo­ni­ła po mat­kę lub po te­ścio­wą. Zda­rza­ło się, że żad­na z nich nie mo­gła za­jąć się Da­rią. Wte­dy Bo­że­na za­my­ka­ła się w ła­zien­ce i po­zwa­la­ła ma­łej ry­czeć. Gdy mąż przej­mo­wał pa­łecz­kę po po­wro­cie z pra­cy, ko­bie­ta od­ży­wa­ła. W cią­gu pię­ciu mi­nut dre­sy za­mie­nia­ła na nor­mal­ne ciu­chy, ro­bi­ła szyb­ki ma­ki­jaż i wy­bie­ga­ła z domu. Szła przed sie­bie, jak naj­da­lej od tego kosz­ma­ru. Jed­ne­go po­po­łu­dnia do ko­le­żan­ki, dru­gie­go do kina, na­stęp­ne spę­dza­ła na włó­cze­niu się po cen­trum han­dlo­wym. Do domu wra­ca­ła naj­póź­niej, jak tyl­ko mo­gła.

Bo­że­na za­pi­sa­ła Da­rię do żłob­ka, gdy ta skoń­czy­ła pół roku. Wte­dy Ka­zik pierw­szy raz sprze­ci­wił się żo­nie. Stwier­dził, że dziec­ko po­trze­bu­je mat­ki, ale Bo­że­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i skwi­to­wa­ła, że je­śli chce, może się zwol­nić z pra­cy i zaj­mo­wać cór­ką. Ona dłu­żej nie za­mie­rza. Chce do lu­dzi, do pra­cy w biu­rze. Chce pić po­ran­ne kaw­ki ze współ­pra­cow­ni­ka­mi, plot­ko­wać, wy­ska­ki­wać na za­ku­py, na im­pre­zy fir­mo­we i tak da­lej.

Nie­dłu­go po­tem każ­de­go dnia pę­dzi­ła do pra­cy jak na skrzy­dłach. Po­wro­ty opóź­nia­ła do gra­nic moż­li­wo­ści. Wra­ca­ła au­to­bu­sem ja­dą­cym naj­dłuż­szą tra­są. Z przy­stan­ku szła wol­nym kro­kiem, za­trzy­mu­jąc się przy każ­dej skle­po­wej wy­sta­wie. Gdy w koń­cu prze­kra­cza­ła próg miesz­ka­nia, Da­ria była go­to­wa do snu. Sły­sząc wcho­dzą­cą mamę, na czwo­ra­kach gna­ła do niej. Ra­do­śnie pisz­cza­ła i wy­cią­ga­ła rącz­ki, ale Bo­że­na nie re­ago­wa­ła. Za­my­ka­ła się w ła­zien­ce i wcho­dzi­ła pod prysz­nic. Na tyle dłu­gi, aż Da­ria za­sy­pia­ła.

Cór­ka sta­ła się ca­łym świa­tem Ka­zi­ka. Mia­ła rok i po­tra­fi­ła skła­dać pro­ste zda­nia. Za­słu­ga ojca. Co­dzien­nie przez dwie go­dzi­ny spa­ce­ro­wał z Da­rią, cią­gle do niej prze­ma­wia­jąc. Mia­ła pięt­na­ście mie­się­cy, kie­dy do snu czy­tał jej Sien­kie­wi­cza! Bo­że­na pu­ka­ła się w czo­ło. Da­ria ro­sła na in­te­li­gent­ne dziec­ko. Szko­łę pod­sta­wo­wą za­czę­ła wcze­śniej niż ró­wie­śni­cy. Z pierw­szej kla­sy od razu prze­szła do trze­ciej. W za­chwy­tach roz­pły­wa­li się na­uczy­cie­le i psy­cho­lo­go­wie.

Uro­da dziew­czyn­ki roz­kwi­tła, gdy ta skoń­czy­ła je­de­na­ście lat. Wy­jąt­ko­wo dłu­gie rzę­sy oka­la­ły jej ślicz­ne nie­bie­skie oczy. Twarz była po­cią­gła, z dum­ny­mi ry­sa­mi. Wte­dy też za­in­te­re­so­wa­ła się modą i ży­ciem sław­nych lu­dzi. Czy­ta­ła bru­ko­we ga­ze­ty, tak chęt­nie ku­po­wa­ne przez Bo­że­nę. To wła­śnie na tym polu z mat­ką zna­la­zły wspól­ny ję­zyk.

- Prze­ka­zuj jej war­to­ścio­we rze­czy, a nie taki chłam! - zży­mał się Ka­zik, rzu­ca­jąc wy­rwa­nym Da­rii cza­so­pi­smem.

Roz­ne­gli­żo­wa­na mo­del­ka uśmie­cha­ła się z okład­ki. Bo­że­na nic nie ro­bi­ła so­bie ze słów męża. Wresz­cie - jak twier­dzi­ła - mia­ła kom­pa­na do nor­mal­nych roz­mów w tym domu. Co w tym złe­go, że na­sto­lat­ka in­te­re­su­je się ciu­cha­mi?

Da­ria do­ra­sta­ła. Oj­ciec po­ma­gał jej w na­uce, spraw­dzał wy­pra­co­wa­nia, cho­dził na wy­wia­dów­ki, od­wie­dzał wraz z nią mu­zea. Bo­że­nę to nu­dzi­ło. Nie­spo­dzie­wa­nie re­la­cje ojca z cór­ką za­czę­ły się psuć. Da­ria od­kry­ła świat zbun­to­wa­nej mło­dzie­ży i - o dzi­wo - bar­dzo jej się spodo­bał. Prze­sta­ła mieć ocho­tę na na­ukę. Nie mia­ła za­mia­ru być da­lej grzecz­na i po­praw­na. To ta­kie przy­ziem­ne! Za­czę­ła wa­ga­ro­wać, zro­bi­ła so­bie ta­tu­aż i wsa­dzi­ła kol­czyk do nosa. Przy­no­si­ła ze szko­ły co­raz słab­sze oce­ny. Zda­rza­ły się dni, że czuć było od niej pa­pie­ro­sy i al­ko­hol.

- Tak ją wy­cho­wa­łeś, to te­raz masz za swo­je - przy­ga­dy­wa­ła Bo­że­na mę­żo­wi.

- Ty za to wo­la­łaś ko­le­żan­ki i fa­ta­łasz­ki - od­bi­jał pi­łecz­kę Ka­zik.

Bo­że­na wzru­sza­ła ra­mio­na­mi. Nie przy­kła­da­ła się do wy­cho­wa­nia Da­rii, to fakt. Ale da­rzy­ła cór­kę uczu­ciem. Ko­cha­ła ją na swój spo­sób.

* * *

- Zo­sta­nie­my na jesz­cze jed­nej mszy.

Bab­cia po raz ko­lej­ny roz­ło­ży­ła mo­dli­tew­nik. Ka­sia maj­ta­ła no­ga­mi, sie­dząc w ko­ściel­nej ław­ce. Ro­bi­ła to z ta­kim im­pe­tem, że sta­rusz­ka po­ło­ży­ła jej rękę na ko­la­nie. Dziew­czyn­ka lu­bi­ła tu prze­by­wać. Z za­in­te­re­so­wa­niem zer­ka­ła na ob­ra­zy na ścia­nach. Tu Je­zus kro­czą­cy, tu le­żą­cy, tam ukrzy­żo­wa­ny. Pa­trzy­ła na fi­gur­ki Ma­ryi. Te­raz, w maju, były przy­stro­jo­ne pięk­ny­mi kwia­ta­mi. Za­pach roz­cho­dził się po ca­łym ko­ście­le. Po­dob­nie jak woń świec. Oba pach­ni­dła jej zda­niem były cu­dow­ne.

Od­kąd się­ga­ła pa­mię­cią, bab­cia za­bie­ra­ła ją do ko­ściół­ka. Stał w sa­mym cen­trum ich nie­wiel­kie­go mia­stecz­ka. Na ple­ba­nii miesz­kał ksiądz pro­boszcz wraz z wi­ka­rym. Po każ­dym na­bo­żeń­stwie ka­płan pod­cho­dził do Kasi i gła­skał małą po gło­wie. Cza­sem pro­sił, by wy­ko­na­ła znak krzy­ża. Kie­dy in­dziej py­tał o mo­dli­twę. Ka­sia zna­ła wszyst­kie. Bab­cia co wie­czór klę­ka­ła z nią przy łóż­ku i mo­dli­ły się. Nie­dzie­la bez wi­zy­ty w ko­ście­le nie wcho­dzi­ła w grę. Od­kąd Ka­sia pa­mię­ta­ła, za­wsze sia­da­ła w pierw­szej ław­ce. Ro­bi­ła to tak­że póź­niej.

Na­to­miast jej ro­dzi­ce do ko­ścio­ła cho­dzi­li rzad­ko. Mama od­wie­dza­ła świą­ty­nię przy oka­zji naj­waż­niej­szych uro­czy­sto­ści. Oj­ciec twier­dził, że za­cznie cho­dzić na eme­ry­tu­rze. O roz­wój du­cho­wy Kasi dba­ła wy­łącz­nie bab­cia. Dziew­czyn­ka mia­ła sie­dem lat, gdy pierw­szy raz zo­ba­czy­ła za­kon­ni­ce. Mło­de ko­bie­ty ubra­ne w czar­ne ha­bi­ty pra­wie nie wy­cho­dzi­ły z ko­ścio­ła. Mo­dli­ły się ca­ły­mi go­dzi­na­mi, a ich twa­rze przy­oble­ka­ła eks­ta­za. Wte­dy Ka­sia po raz pierw­szy po­my­śla­ła, że też chce żyć w ta­kim unie­sie­niu.

W dru­giej kla­sie dziew­czyn­ka była przy­go­to­wy­wa­na do pierw­szej ko­mu­nii świę­tej. Ka­te­chet­ka tak pięk­nie wszyst­ko tłu­ma­czy­ła! Mó­wi­ła o isto­cie sa­kra­men­tu, ży­ciu zgod­nym z przy­ka­za­nia­mi, o świę­to­ści w co­dzien­nych obo­wiąz­kach... Ko­le­żan­ki i ko­le­dzy byli znu­dze­ni wy­wo­da­mi, ale nie Ka­sia. Ona z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­ła na każ­dą lek­cję. W ósmej kla­sie ka­te­che­zy prze­ję­ła sio­stra za­kon­na. Po­ja­wi­ła się w pa­ra­fii nie­daw­no i od razu rzu­ci­ła się w wir ży­cia wier­nych. Po­wsta­ło kół­ko ma­ryj­ne, do któ­re­go z ra­do­ścią przy­stą­pi­ła Ka­sia. Sio­stra Anna była za­chwy­co­na za­an­ga­żo­wa­niem dziew­czyn­ki i co­raz moc­niej włą­cza­ła ją w ży­cie pa­ra­fial­ne. Ka­sia przy­go­to­wy­wa­ła dzie­ci do sy­pa­nia kwiat­ków, przy­stra­ja­ła grób Chry­stu­sa przed Wiel­ka­no­cą, a w świę­ta no­si­ła ko­ściel­ne sztan­da­ry.

- Zo­sta­nę za­kon­ni­cą - za­ko­mu­ni­ko­wa­ła pew­ne­go dnia.

Oj­ciec krzyk­nął, że jest głu­pia i mar­nu­je so­bie ży­cie. Mat­ka po­wie­dzia­ła, że nie da­dzą ani gro­sza. Nie mu­sie­li, gdyż bab­cia, za­chwy­co­na de­cy­zją wnucz­ki, fi­nan­so­wa­ła wszyst­ko.

- Kto ma w ro­dzi­nie księ­dza lub za­kon­ni­cę, nie zgi­nie - ma­wia­ła.

Wspo­ma­ga­ła Ka­się fi­nan­so­wo. Opła­ca­ła re­ko­lek­cje w wy­bra­nej przez nią for­ma­cji. Dziew­czy­na spę­dza­ła tam kil­ka dni na mo­dli­twach. Za każ­dym ra­zem wra­ca­ła z ta­kie­go wy­jaz­du z bó­lem w ser­cu. Żal jej było opusz­czać za­kon.

Zgro­ma­dze­nie, któ­re wy­bra­ła, przyj­mo­wa­ło dziew­czy­ny peł­no­let­nie. Ka­sia była zmu­szo­na cze­kać jesz­cze dwa lata. Tym­cza­sem pod­ję­ła na­ukę w li­ceum me­dycz­nym, ale nie spra­wia­ło jej to ra­do­ści. Nie chcia­ła cze­kać. Ma­rzy­ła, by od razu słu­żyć Bogu. Po­pro­si­ła o po­moc sio­strę Annę, od któ­rej po kil­ku dniach otrzy­ma­ła fol­der for­ma­cji za­kon­nej znaj­du­ją­cej się osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od jej mia­stecz­ka, przyj­mu­ją­cej w swe sze­re­gi na­wet pięt­na­sto­lat­ki.

Ka­sia zło­ży­ła do­ku­men­ty i od razu zo­sta­ła przy­ję­ta. Mu­sia­ła tyl­ko kon­ty­nu­ować na­ukę w tam­tej­szym li­ceum me­dycz­nym. Z domu za­bra­ła naj­po­trzeb­niej­sze ubra­nia, książ­ki i oso­bi­ste dro­bia­zgi. Z uśmie­chem prze­kro­czy­ła wro­ta za­ko­nu. Speł­nia­ło się wła­śnie naj­więk­sze ma­rze­nie jej ży­cia.

* * *

- Nie chcę no­sić tych skó­rza­nych bot­ków! - Łu­cja z nie­sma­kiem od­wró­ci­ła gło­wę od lśnią­cych no­wo­ścią fran­cu­skich bu­ci­ków.

Dwa dni wcze­śniej bab­cia prze­sła­ła je z Pa­ry­ża. Miesz­ka­ła tam od wie­lu lat. Jako żona am­ba­sa­do­ra wraz z nim tra­fi­ła na fran­cu­ską pla­ców­kę. Mie­li jed­ną cór­kę, któ­ra wy­da­ła na świat ich wnucz­kę od po­cząt­ku roz­piesz­cza­ną do gra­nic moż­li­wo­ści.

- Dla­cze­go nie chcesz? - Mama po­pa­trzy­ła na nią ze zdu­mie­niem.

Bu­ci­ki były na­praw­dę ślicz­ne! Mod­ne, so­lid­nie wy­ko­na­ne, z praw­dzi­wej skór­ki, na zgrab­nym ob­ca­si­ku. Bab­cia przy­zna­ła, że nie były ta­nie.

- Cze­go się nie robi, by dziec­ko na­bra­ło ży­cio­we­go sma­ku - po­wta­rza­ła.

A te­raz Łu­cja pa­trzy­ła na mamę ze łza­mi w oczach.

- Dzie­ci będą się ze mnie śmia­ły - wy­szep­ta­ła.

Mama przy­tu­li­ła ją de­li­kat­nie. Nie chcia­ła znisz­czyć mi­ster­nie uple­cio­ne­go ko­szycz­ka z wło­sów. Po chwi­li za­czę­ła tłu­ma­czyć:

- Ko­cha­nie, dzie­ci śmie­ją się z tego, cze­go nie zna­ją. One no­szą ta­nie obu­wie ku­po­wa­ne na ba­zar­ku. Wiesz, jak to nisz­czy sto­pę? Sztucz­ne fu­ter­ko to do­sko­na­ła po­żyw­ka dla grzy­ba. To nie ty po­win­naś się wsty­dzić, że masz na­praw­dę do­bre buty, lecz inne dzie­ci, że ich nie mają.

- A je­że­li ich ro­dzi­ców nie stać na ta­kie? - W Łu­cji ode­zwał się so­cja­li­stycz­ny duch.

- To pro­blem złe­go go­spo­da­ro­wa­nia pie­niędz­mi - po­wie­dzia­ła mama. - Na zdro­wiu i wie­dzy nie na­le­ży oszczę­dzać.

Jej ro­dzi­ce tego nie ro­bi­li. Wy­wo­dzi­li się ze sta­rej, przed­wo­jen­nej in­te­li­gen­cji. W ich do­mach mó­wio­no po pol­sku i po fran­cu­sku. Do bab­ci dziew­czyn­ki to na­wet gu­wer­nant­ki przy­cho­dzi­ły! Do­sko­na­le wła­da­ła ję­zy­ka­mi, dla­te­go czę­sto była za­pra­sza­na jako tłu­macz do am­ba­sa­dy. Tam po­zna­ła Pio­tra, przy­szłe­go męża. Szyb­ko uro­dzi­ła się im cór­ka. Wik­to­rię wy­cho­wy­wa­no bar­dzo sta­ran­nie, dużą wagę przy­wią­zu­jąc do kształ­ce­nia i do­brych ma­nier. Jako kil­ku­na­sto­let­nie dziec­ko do­sko­na­le zna­ła ety­kie­tę i kul­tu­rę za­cho­wa­nia, po­słu­gi­wa­ła się bie­gle kil­ko­ma ję­zy­ka­mi, umia­ła szyć i ha­fto­wać. Mia­ła wpo­jo­ne za­mi­ło­wa­nie do po­nad­cza­so­wej ele­gan­cji i szy­ku. Ro­dzi­ce zna­leź­li jej od­po­wied­nie­go kan­dy­da­ta na męża. Obie­cu­ją­cy po­li­tyk, szyb­ko zy­skał sym­pa­tię ca­łej ro­dzi­ny. God­nie za­ra­biał, dzię­ki cze­mu mo­gli pro­wa­dzić ży­cie na wy­so­kim po­zio­mie. Star­si pań­stwo, wy­pro­wa­dza­jąc się do Pa­ry­ża, zo­sta­wi­li mło­dym swo­je miesz­ka­nie w pięk­nej ka­mie­ni­cy. Były tam rzeź­bio­ne mał­żeń­skie łoże, ko­ron­ko­wa po­ściel i ko­lo­nial­ne me­ble, a przede wszyst­kim wspa­nia­ła bi­blio­te­ka z ogrom­ną licz­bą wo­lu­mi­nów.

Łu­cja, przy­cho­dząc na świat w ta­kiej ro­dzi­nie, otrzy­ma­ła dzie­dzic­two ro­do­we, któ­re bywa rów­nież ob­cią­że­niem. Od na­ro­dzin mó­wio­no do niej w obu ję­zy­kach - w pol­skim i we fran­cu­skim. Ma­jąc trzy lata, gra­ła pro­ste akor­dy na pia­ni­nie. Czy­ta­ła w wie­ku lat czte­rech. Po­szła do pre­sti­żo­we­go przed­szko­la, któ­re opła­ca­li dziad­ko­wie. Szko­łę pod­sta­wo­wą mia­ła jed­nak... zwy­kłą.

- Musi na­uczyć się żyć w spo­łe­czeń­stwie - twier­dzi­ła Wik­to­ria. - Pań­stwo­wa pod­sta­wów­ka to praw­dzi­wa szko­ła ży­cia.

Nie bali się o zmar­no­wa­nie ta­len­tów Łu­cji, gdyż jej czas był efek­tyw­nie wy­peł­nio­ny. Wcze­śnie rano mama od­wo­zi­ła ją do szko­ły i póź­nym po­po­łu­dniem od­bie­ra­ła. Pod­czas pauz Łu­cja mia­ła obo­wią­zek czy­ta­nia i nie­wda­wa­nia się w ja­ło­we dys­ku­sje z in­ny­mi dzieć­mi. Te szyb­ko od­se­pa­ro­wa­ły od­mień­ca. Od cza­su do cza­su ktoś prze­biegł obok niej i krzy­czał "Pa­niu­sia z Ko­ziej Wól­ki, pa­niu­sia z Ko­ziej Wól­ki!", jed­nak i to dzie­ciom się znu­dzi­ło. A może Łu­cja prze­sta­ła to do­strze­gać?

Dzi­siaj otar­ła le­cą­cą po po­licz­ku łzę i za­ło­ży­ła skó­rza­ne bu­ci­ki.

* * *

Ka­ro­li­na ode­tchnę­ła z ulgą, prze­kra­cza­jąc próg li­ceum. Uda­ło się, choć mało bra­ko­wa­ło, żeby...

- Mu­sisz iść do za­wo­dów­ki! - Mat­ka wy­dmu­cha­ła dym i za­nio­sła się kasz­lem. - Po jaką cho­le­rę ci li­ceum? Masz zdo­być za­wód i zna­leźć pra­cę.

- Ale ja chcę się uczyć...

Mat­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Nie dam ani gro­sza na bi­let mie­sięcz­ny!

Z pod­puch­nię­ty­mi od pła­czu ocza­mi Ka­ro­li­na zwie­rza­ła się na­uczy­ciel­ce. Pani Ula za­wsze ją wspie­ra­ła. Cie­szy­ła się, że dziew­czy­na jest oczy­ta­na i łak­nie wie­dzy. Może uda jej się wy­rwać z tego za­du­pia? Tyl­ko ci ro­dzi­ce... Ich się nie da prze­ko­nać. Pro­stac­two ta­kie, roz­my­śla­ła.

Na­uczy­ciel­ka sama opła­ca­ła Ka­ro­li­nie do­jaz­dy. Zdo­by­ła tak­że pod­ręcz­ni­ki dla niej. Dziew­czy­na od­wdzię­cza­ła się cięż­ką pra­cą. Pierw­szą kla­sę prze­szła śpie­wa­ją­co. W dru­gim roku wy­da­rzył się cud. Szko­ła przy­stą­pi­ła do pro­gra­mu sty­pen­dial­ne­go. Ka­ro­li­na za­ła­pa­ła się jako jed­na z pierw­szych i co mie­siąc do­sta­wa­ła drob­ną sumę. Wy­da­wa­ła nie­wie­le. Resz­tę wkła­da­ła do ko­per­ty scho­wa­nej w bie­liź­niar­ce. Nikt tam ni­g­dy nie za­glą­dał. Tak my­śla­ła, do­pó­ki pew­ne­go dnia nie od­kry­ła bra­ku pie­nię­dzy. Na­wet nie mu­sia­ła py­tać, kto się na nie po­ła­sił. Tego sa­me­go po­po­łu­dnia Lid­ka we­szła do domu w no­wej kurt­ce. Ku­pi­ła ją na stra­ga­nie roz­sta­wia­nym w środ­ku wsi.

Ka­ro­li­nie chcia­ło się pła­kać. Gdy­by wy­da­ła te pie­nią­dze cho­ciaż na droż­dżów­ki, mia­ła­by coś z tego. A tak zo­sta­ła bez zła­ma­ne­go gro­sza, odar­ta z sza­cun­ku. Po­gar­da w oczach Lid­ki była aż nad­to wi­docz­na.

Dwa lata póź­niej pod­sta­wów­kę skoń­czy­ła sio­stra.

- Pój­dziesz do li­ceum - zde­cy­do­wa­li ro­dzi­ce. - Masz prze­tar­ty szlak. Poza tym są książ­ki i ze­szy­ty po Ka­ro­li­nie. Je­steś in­te­li­gent­na, więc dasz so­bie radę.

Ka­ro­li­na pra­co­wa­ła całe lato, aby ku­pić wy­praw­kę do na­stęp­nej kla­sy. Naj­pierw zbie­ra­ła tru­skaw­ki u go­spo­da­rza z oko­li­cy. Po­tem przez kil­ka ty­go­dni wsta­wa­ła o świ­cie i jeź­dzi­ła na ja­go­dy do lasu. Gdy już mi­nął se­zon na nie, zbie­ra­ła grzy­by lub czar­ny bez. Szyb­ko po­ję­ła, że za­ro­bio­ne pie­nią­dze musi wy­dać od razu, bo zwy­czaj­nie się ulot­nią.

Lid­ka przez całe lato nie ro­bi­ła kom­plet­nie nic. Od­po­czy­wa­ła od tru­dów pod­sta­wów­ki. Pod ko­niec wa­ka­cji za­czę­ła pod­bie­rać ro­dzi­com pa­pie­ro­sy. Po­tem już ofi­cjal­nie pa­li­ła. Mat­ka tyl­ko raz zwró­ci­ła Lid­ce uwa­gę, że nie po­win­na tego ro­bić. Cór­ka ro­ze­śmia­ła się jej w twarz.

Ka­ro­li­na bez pro­ble­mu zda­ła ma­tu­rę. Do­sta­ła naj­lep­sze oce­ny. Mat­ka otrzy­ma­ła list gra­tu­la­cyj­ny i za­pro­sze­nie na roz­da­nie świa­dectw. Nie mia­ła ocho­ty je­chać.

- To prze­cież nic cie­ka­we­go. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Za­raz po za­koń­cze­niu szko­ły dziew­czy­na zna­la­zła pra­cę w biu­rze. Ro­dzi­ce nie byli za­do­wo­le­ni. Li­czy­li na to, że cór­ka po­tul­nie bę­dzie od­da­wać im całą pen­sję, tym­cza­sem ona opła­ci­ła stan­cję. Uwa­ża­li, że jest im coś win­na, bo przez tyle lat dźwi­ga­li na bar­kach trud jej wy­cho­wa­nia i kształ­ce­nia. Gdy zro­zu­mie­li, że nie prze­ko­na­ją Ka­ro­li­ny, wy­ko­rzy­sta­li ją w inny spo­sób.

- Po co Li­dzia ma włó­czyć się po przy­stan­kach? Przez dwa ostat­nie lata li­ceum może za­miesz­kać z tobą. Do domu bę­dzie przy­jeż­dżać na week­en­dy. - Mat­ka za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­so­wym dy­mem, przy­pie­czę­to­wu­jąc w ten spo­sób swo­ją de­cy­zję.

Nie było od­wo­ła­nia. Ro­dzi­nie się nie od­ma­wia.

Nikt nie py­tał Ka­ro­li­ny, czy da radę utrzy­mać sie­bie i sio­strę. Dała. Oprócz tego co week­end jeź­dzi­ła z Lid­ką do domu, przy­wo­żąc ze sobą za­ku­py. Jak­by tego było mało, po­ży­cza­ła mat­ce drob­ne kwo­ty na wiecz­ne nie­od­da­nie. Na swo­je przy­jem­no­ści nie wy­da­wa­ła wca­le. Nie było już czym dys­po­no­wać. Co­dzien­nie wra­ca­ła z pra­cy o sie­dem­na­stej, li­cząc na ci­szę i spo­kój. Nie­ste­ty w wy­naj­mo­wa­nej ka­wa­ler­ce cze­ka­ły ją za­zwy­czaj ba­ła­gan, gło­śna mu­zy­ka i pa­pie­ro­so­we opa­ry. A wśród tego wszyst­kie­go - jej sio­stra.

- Da­łam ci pie­nią­dze, bo po­trze­bo­wa­łaś na skład­ki kla­so­we i na kse­ro, a ty faj­ki ku­pi­łaś? - Ka­ro­li­na nie mo­gła po­wstrzy­mać żalu.

- Wy­lu­zuj, sztyw­nia­ro! - Lid­ka ro­ze­śmia­ła się jej w twarz, do­da­jąc po chwi­li: - Nu­dzi mi się już u cie­bie.

- Ciesz się, że w ogó­le mo­żesz tu miesz­kać.

- Mam w du­pie two­ją ła­skę! - Sio­stra strze­li­ła fo­cha, spa­ko­wa­ła się i jesz­cze tego sa­me­go dnia wró­ci­ła do ro­dzi­ców. Ka­ro­li­na nie wie­dzia­ła, co im na­opo­wia­da­ła, jed­nak to ją ro­dzi­ce wi­ni­li za po­wsta­łą sy­tu­ację.

Ma­cie­ja po­zna­ła w pra­cy. Był do­staw­cą. Kil­ka ty­go­dni upły­nę­ło, za­nim za­pro­sił ją na rand­kę. Obo­je spo­koj­ni, pa­so­wa­li do sie­bie jak ulał. Ka­ro­li­na czu­ła się przy nim bez­piecz­nie. Na­to­miast gdy Ma­ciej po­znał jej ro­dzi­ców, na­tych­miast pod­jął de­cy­zję.

- Mu­szę cię stąd za­brać jak naj­szyb­ciej, ko­cha­nie - po­wie­dział i moc­no ją przy­tu­lił, gdy wra­ca­li z pierw­szej wi­zy­ty.

Po roku wzię­li skrom­ny ślub. Po­sta­no­wi­li wy­je­chać na dwa lata za gra­ni­cę. Tyle cza­su mia­ło im wy­star­czyć, by za­ro­bić na dom.

* * *

Da­ria koń­czy­ła trze­cią kla­sę li­ceum. Chcia­ła wy­je­chać z przy­ja­ciół­mi pod na­miot. Mat­ka już ule­gła jej na­mo­wom, jed­nak oj­ciec sta­now­czo pro­te­sto­wał.

- Za­ła­twi­łem ci wa­ka­cyj­ną pra­cę - po­in­for­mo­wał. - Pra­wie za­wa­li­łaś rok. Mie­siąc po­pra­cu­jesz, a dru­gi spę­dzisz nad pod­ręcz­ni­ka­mi do ma­te­ma­ty­ki.

- Co to za pra­ca? - Da­ria wy­ka­zy­wa­ła ni­kłe za­in­te­re­so­wa­nie. Była ob­ra­żo­na na ojca za od­mo­wę.

- W bi­blio­te­ce. Bę­dziesz po­ma­gać przy ka­ta­lo­go­wa­niu ksią­żek.

Cór­ka po­gar­dli­wie wy­dę­ła usta i spoj­rza­ła na mat­kę. Bo­że­na zro­bi­ła to samo.

- W bi­blio­te­ce? Są wa­ka­cje, a ty chcesz ją wśród ksią­żek scho­wać? - na­sko­czy­ła na męża. - Stuk­nię­ty je­steś! Po­roz­ma­wiam z moim sze­fem. Przyj­mu­je na lato stu­den­tów do pra­cy, to może i Da­rii uda się coś za­ła­twić.

Kil­ka dni póź­niej mat­ka z cór­ką sie­dzia­ły przy jed­nym biur­ku. Da­ria ocho­czo za­bra­ła się do pra­cy. Zaj­mo­wa­ła się fol­de­ra­mi re­kla­mo­wy­mi, od cza­su do cza­su zer­ka­jąc na przy­stoj­ne­go sta­ży­stę Ro­ber­ta. Za­nim Bo­że­na się zo­rien­to­wa­ła, Da­ria już sta­ła przy biur­ku chło­pa­ka, za­śmie­wa­jąc się do łez. Mat­ka uśmiech­nę­ła się na ten wi­dok. Dziew­czy­na mia­ła sie­dem­na­ście lat i nic dziw­ne­go, że bu­dzi­ła się w niej ko­bie­ta. Po ty­go­dniu cór­ka ofi­cjal­nie pro­wa­dza­ła się ze sta­ży­stą.

- Nie jest na to za mło­da? - spy­tał Ka­zik, ob­ser­wu­jąc dziew­czy­nę. Sta­ła pod do­mem i czu­le że­gna­ła się z uko­cha­nym.

- No coś ty! - Bo­że­na była zdzi­wio­na nie­ży­cio­wym po­dej­ściem męża. - To na­tu­ral­na ko­lej rze­czy. Sam prze­cież by­łeś kie­dyś mło­dy!

Przez chwi­lę wspo­mi­na­ła daw­ne cza­sy i chło­pa­ka, w któ­rym się za­ko­cha­ła.

Nie­spo­dzian­ka wy­bu­chła kil­ka ty­go­dni póź­niej. Da­ria do­szła do wnio­sku, że Ro­bert jest jej prze­zna­cze­niem. We­dług niej nie było sen­su zwle­kać.

- Prze­pro­wa­dzam się do nie­go - oznaj­mi­ła zdu­mio­nym ro­dzi­com.

Bo­że­na tym ra­zem sta­nę­ła twar­do po stro­nie męża i wy­ra­zi­ła gło­śny sprze­ciw. Na nic się zdał. Po­czą­tek roku szkol­ne­go Da­ria wi­ta­ła w miesz­ka­niu Ro­ber­ta, któ­re otrzy­mał w spad­ku po bab­ci. Krót­ko po­tem obo­je za­czę­li prze­bą­ki­wać o ślu­bie. Ani proś­by, ani groź­by nie skut­ko­wa­ły. Da­ria ko­niecz­nie chcia­ła mieć zło­ty krą­żek na pal­cu. Bę­dzie pierw­szą mę­żat­ką w kla­sie!

- Do­brze, ale tyl­ko uro­czy­stość cy­wil­na. - Ro­dzi­ce ska­pi­tu­lo­wa­li.

Ślub od­był się w Wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Kil­ka mie­się­cy póź­niej Da­ria zda­ła ma­tu­rę. Z le­d­wo­ścią, ale i tak była z sie­bie bar­dzo za­do­wo­lo­na. Bo­że­na i Ka­zik opła­ci­li no­wo­żeń­com wa­ka­cyj­ny po­byt w nad­bał­tyc­kiej miej­sco­wo­ści.

- Nie było mie­sią­ca mio­do­we­go, to cho­ciaż na dwa ty­go­dnie wy­je­dzie­cie.

W ostat­niej chwi­li oka­za­ło się, że Ro­bert nie do­sta­nie wol­ne­go w pra­cy. Da­ria była bar­dzo za­wie­dzio­na.

- Prze­cież mia­łeś obie­ca­ny urlop - gry­ma­si­ła.

- Nie tyl­ko mnie go od­wo­łał - przy­po­mniał Ro­bert. - Dwóch pra­cow­ni­ków po­szło na zwol­nie­nia cho­ro­bo­we i trze­ba ich za­stą­pić. Po­jedź sama. Na­le­ży ci się od­po­czy­nek.

Po­mi­mo po­cząt­ko­wej nie­chę­ci po­je­cha­ła. Po­byt prze­dłu­ży­ła do mie­sią­ca. Wró­ci­ła opa­lo­na i z dziw­nym bły­skiem w oku. Za­miast do męża przy­je­cha­ła do ro­dzi­ców.

- Moje mał­żeń­stwo to po­mył­ka - po­in­for­mo­wa­ła lek­kim to­nem. - Roz­wo­dzę się.

- Zgłu­pia­łaś?! - Oj­ciec chwy­cił się za gło­wę.

- Nie - od­par­ła je­dy­nacz­ka. - Do­pie­ro te­raz wi­dzę, że to był błąd. Zbyt szyb­ko ule­głam Ro­ber­to­wi. Ilu rze­czy nie zdą­ży­łam po­znać, wi­kła­jąc się w mał­żeń­skie si­dła! Na szczę­ście wszyst­ko jest do nad­ro­bie­nia.

- Co masz na my­śli? - Bo­że­nie nie po­do­bał się ton cór­ki.

- Nad mo­rzem zo­ba­czy­łam, jak żyją inni lu­dzie - oznaj­mi­ła, nie pa­trząc ni­ko­mu w oczy.

Mat­ki jed­nak nie oszu­ka­ła.

- Po­zna­łaś tam ko­goś. - Bo­że­na bar­dziej stwier­dzi­ła, niż spy­ta­ła.

- Tak. I to jest praw­dzi­wa mi­łość. On mnie ko­cha i za­bez­pie­czy fi­nan­so­wo. Nie cze­ka mnie wiecz­ne do­ra­bia­nie się przy boku bied­ne­go stu­den­ci­ka. - Po­gar­dli­wie wy­dę­ła usta na samo wspo­mnie­nie Ro­ber­ta, jesz­cze do nie­daw­na wiel­kiej i je­dy­nej mi­ło­ści.

- Kim jest ten męż­czy­zna? - Ka­zik nie mógł opa­no­wać emo­cji.

- To wła­ści­ciel pen­sjo­na­tu, w któ­rym by­łam za­kwa­te­ro­wa­na - za­ko­mu­ni­ko­wa­ła ra­do­śnie Da­ria.

Bo­że­na ode­tchnę­ła. Do­brze, że nie kel­ner za­trud­nio­ny se­zo­no­wo, dzię­ko­wa­ła w my­ślach.

- Czy­li roz­wo­dzisz się z Ro­ber­tem, aby wyjść za mąż za wła­ści­cie­la pen­sjo­na­tu - pod­su­mo­wał oj­ciec.

Da­ria nie­co się stro­pi­ła.

- Do­pie­ro wte­dy, gdy on prze­pro­wa­dzi roz­wód ze swo­ją żoną.

Na te sło­wa nogi ugię­ły się pod ro­dzi­ca­mi.

Roz­pę­ta­ła się awan­tu­ra na ca­łe­go. Da­ria wy­krzy­ki­wa­ła, że jest do­ro­sła i ma pra­wo ro­bić ze swo­im ży­ciem, co tyl­ko chce. Bar­dzo ko­cha Ste­fa­na! Oj­ciec wrzesz­czał, że jest na­iw­ną, mło­dą sik­są. Mat­ka sta­ra­ła się uci­szyć i cór­kę, i męża. Da­ria za­bra­ła z po­wro­tem dwie po­dróż­ne tor­by i tego sa­me­go dnia wró­ci­ła nad mo­rze.