Dom. Krótka historia idei - Witold Rybczyński

Reflow text when sidebars are open.
4. Wygoda i przyjemność
"...dobry smak polega na połączeniu poczucia wygody, trwałości i przyjemności".
Jacques-François Blondel, L'Architecture française
Prywatność i domowość, dwa wielkie odkrycia ery mieszczańskiej, pojawiły się w sposób naturalny w warstwach średnich społeczeństwa holenderskiego, a w XVIII wieku przyjęły się w pozostałych krajach północnej Europy - w Anglii, we Francji i w państwach niemieckich. Gospodarstwa domowe zmieniły się zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie; kiedy przestały być warsztatami pracy, stały się mniejsze i - co ważniejsze - trudniej dostępne dla obcych. Ponieważ mieszkało w nich mniej ludzi, wpłynęło to nie tylko na ich wielkość, ale i na atmosferę. Przekształciły się w miejsca zachowań bardziej prywatnych i kameralnych. Ta prywatność została wzmocniona stosunkiem do dzieci, których stała obecność zmieniła średniowieczny, publiczny charakter "dużego domu". Dom przestał być tylko odgrodzeniem się od rozmaitego typu niebezpieczeństw i schronieniem przed obcymi - chociaż te ważne funkcje pozostały - stał się siedzibą nowej, zwartej komórki społecznej: rodziny. Wraz z rodziną nastąpiło pewne wyobcowanie, ale powstało także życie rodzinne. Miejsce zamieszkania zmieniło się w prawdziwy dom, pociągając za sobą prywatność i domowość, a stąd już tylko krok do odkrycia idei komfortu.
Może się wydawać dziwne mówienie o komforcie w kategoriach idei. Jest to przecież głównie stan fizyczny: człowiek siedzi w wygodnym krześle... i jest mu wygodnie. Cóż prostszego? Według Bernarda Rudofsky'ego, zaciekłego krytyka współczesnej cywilizacji, byłoby najsłuszniej w ogóle wyrzucić krzesła i siedzieć na podłodze. "Siadanie na krzesłach to zwyczaj nabyty, jak palenie, i równie zdrowy" - ironizuje113. Wymienia cały zestaw - według niego trafniejszych - rozwiązań z innych kultur i epok. Włącza w to otomany, estrady, rozmaite podwyższenia, huśtawki i hamaki, ale jego ulubioną alternatywą jest podłoga.
Różnice w postawach, tak jak różnice w przyborach do jedzenia (na przykład nóż i widelec, patyczki lub palce), dzielą świat równie głęboko jak ustroje polityczne. Jeśli chodzi o postawę, to są dwie szkoły: siedzenie na czymś (tak zwany świat zachodni) i siedzenie w kucki114 (cała reszta)115. Chociaż nie istnieje żelazna kurtyna dzieląca te dwa światy, żaden z nich nie czuje się dobrze w odmiennej pozycji. Kiedy jadam z moimi wschodnimi przyjaciółmi, bardzo prędko zaczynam źle znosić siedzenie na podłodze, krzyż mnie boli, a nogi drętwieją. Ale siedzący w kucki także nie lubią siedzieć na czymś. W hinduskim domu znajdują się oczywiście i stół do jedzenia, i krzesła, ale odpoczywająca w skwarne popołudnie rodzina - rodzice i dzieci - siedzi razem na podłodze. Kierowca trzykołowej rikszy w Delhi siedzi na siodełku, ale zamiast to robić po zachodniemu, z nogami spuszczonymi, krzyżuje je (co dla mnie jest ryzykowne, a dla niego wygodne). Stolarz kanadyjski pracuje, stojąc przy warsztacie. Vikram, mój przyjaciel z Gujarati, jeżeli może wybierać, woli pracować, siedząc na podłodze.
Dlaczego jedne kultury przyjęły pozycję siedzenia na czymś, a inne nie? Chociaż pytanie wygląda na proste, niełatwo wyjaśnić, co spowodowało, że tak właśnie jest. Aż się prosi, żeby odpowiedzieć, iż meble powstały jako logiczna obrona przed zimnymi podłogami, i prawdą jest, że kucający przeważnie żyją w tropikach. Ale wynalazcy mebli do siadania - Asyryjczycy, Babilończycy, Egipcjanie i Grecy - żyli w ciepłym klimacie. Żeby jeszcze bardziej wszystko skomplikować, Koreańczycy i Japończycy, żyjący w chłodnych rejonach, nigdy nie czuli potrzeby konstruowania mebli i wystarczało im podgrzewanie powierzchni podłogowych. Fernand Braudel sugeruje, że rozwój meblarstwa w różnych kulturach podlegał dwóm prawom. Pierwsze głosi, ubodzy z natury rzeczy posiadali mało sprzętów, a drugie, że cywilizacje tradycyjne pozostają wierne swoim sposobom urządzania wnętrz i zmieniają je powoli116. W końcu jednak zmuszony jest przyznać, że ta pełna determinizmu teoria nie rozwiązuje problemu w całości. Tłumaczy, co prawda, małą liczbę mebli w Etiopii i Bangladeszu - obie te kultury są ubogie i tradycjonalne - ale co począć z tak dobrze prosperującymi i dynamicznymi cywilizacjami, jak otomańska Turcja i cesarski Iran? Nie wyjaśnia też, dlaczego Indie Mogołów, dość bogate i genialne, żeby wybudować Tadż Mahal, nie zaproponowały nic w sprawie mebli do siedzenia. Takich przykładów jest więcej. W VIII wieku Japończycy, którzy skopiowali większość technologii i kultury od Chińczyków, z rozmysłem pominęli chińskie meble; w XVI wieku wzięli broń, ale zlekceważyli krzesła. To unikanie mebli wcale nie było konsekwentne. Podobnie jak Japończycy, Hindusi też długo dawali sobie radę bez krzeseł, ale spać wolą w łóżkach, nie na podłodze.
Prawdą jest, że ludzie przywykli do siedzenia w kucki dobrze się w tej pozycji czują, natomiast ludzie przyzwyczajeni do krzeseł męczą się prędko, siedząc na podłodze, i bardzo im niewygodnie, ale wybór jednej czy drugiej pozycji nie może być tłumaczony różnicami w budowie ciała. Co prawda Japończycy są na ogół mniejsi od Europejczyków, ale Afrykanie, którzy siedzą w kucki, nie. Siedzenie na ziemi z wyprostowanym kręgosłupem może być bardzo zdrowe, ale nie ma najmniejszych podstaw do sądzenia, że "kultury siedzące na czymś", jak antyczni (i atletyczni) Grecy, zajęli się wymyślaniem krzeseł z lenistwa albo z fizycznej niemocy.
A może siedzenie to rzecz gustu? W takim razie według Rudofsky'ego jest to jeszcze jeden przykład zachodniej przewrotności. Jego krytyczny stosunek do mebli opiera się na założeniu Rousseau, że skoro podłoga jest tym, co potrzebne do siedzenia czy leżenia, krzesła i łóżka są zbędne, przeciwne naturze i wobec tego gorsze. Twierdzenie, że to, co naturalne, musi być lepsze od tego, co sztuczne, wymaga ryzykownego przeskoku w rozumowaniu, ale wraz z tym wszystkim, co implikuje, ma wielką wagę dla Amerykanów - w każdym razie sądząc po dziesiątkach ogłoszeń, które wychwalają "życie zgodne z naturą". Jest to jednak bardzo powierzchowne mniemanie. Wystarczy chwila namysłu, żeby uświadomić sobie, iż cała kultura jest sztuczna, zarówno gotowanie, jak i muzyka, meble i malarstwo. Po co przygotowywać czasochłonne sosy, kiedy wystarczą świeże owoce? Po co zawracać sobie głowę instrumentami, jeśli głos ludzki ma takie przyjemne brzmienie? Po co malować obrazy, skoro wystarczy patrzeć na świat? Po co siedzieć na czymś, kiedy można kucnąć?
Odpowiedź brzmi: to wszystko wzbogaca życie, czyni je bardziej urozmaiconym i interesującym. Oczywiście meble nie są tworem naturalnym; są wymyślone i wykonane przez człowieka. Siedzenie na czymś jest sztuczne i podobnie jak inne sztuczne czynności - chociaż w mniej oczywisty sposób niż gotowanie, muzyka instrumentalna czy malarstwo - wprowadza sztukę do życia. Jemy barszcz czy gramy na fortepianie - albo siedzimy na krześle - z wyboru, a nie z potrzeby. To powinno być wyraźnie podkreślone, bo tyle już zostało napisane o praktyczności i funkcjonalności (zwłaszcza nowoczesnych) mebli, że łatwo zapomnieć, iż stoły i krzesła, w przeciwieństwie, na przykład, do lodówek czy pralek, świadczą o naszym smaku, a nie są przedmiotami użytku.
Człowiekowi siedzącemu na ziemi nie jest ani wygodnie, ani niewygodnie. Powinien oczywiście unikać ostrych kamieni i innych niemiłych przeszkód, ale poza tym wszystkie płaskie powierzchnie są mniej więcej jednakowe. Osoba, która kuca, nie patrzy, jak to robić ani gdzie, kucanie jest bowiem naturalne. Nie oznacza to, że jest prostackie; jak inne ludzkie czynności może też mieć swoją etykietę czy ceremoniał. Japończycy na przykład nigdy nie siadają bezpośrednio na ziemi, zawsze na podwyższeniu, a Arabowie na dywanach olśniewającej urody. Nie dowodzi to, że ten sposób jest gorszy lub mniej wygodny, ale że wygoda nie zajmuje określonego miejsca w żadnym z tych przypadków.
Siedzenie na krześle to zupełnie co innego. Krzesło może być za wysokie albo za niskie. Może uwierać w plecy lub wpijać się w uda. Może usposabiać siedzącego do spania, ale może też powodować jego rozdrażnienie czy wywołać u niego ból w krzyżu. Krzesło musi być zaprojektowane tak, żeby uwzględniało postawę ciała i stąd powstają problemy, z jakimi nie spotykał się wykonawca obitej dywanem estrady lub platformy. Społeczeństwa używające krzeseł wcześniej czy później są zmuszone do przemyślenia sprawy wygody.
Zagadnienie wygodnego siedzenia jest rozwiązywane już od wielu wieków. Wymyślone przez Greków krzesło zostało potem odrzucone i zapomniane. Historycy meblarstwa niesłusznie zwracają naszą uwagę na zmiany, jakie zaszły w jego wyglądzie i konstrukcji, i pozwalają nam zapomnieć o znacznie ważniejszej sprawie: o zmianach, jakie zaszły w siedzących. Ponieważ główny akcent w projektowaniu mebli powinien być położony nie na ich stronie technicznej - jak krzesło zostało wykonane - ale na historyczno-kulturowej: jak było używane. Zanim wymyślimy dobre krzesło, musimy się zdecydować, jak chcemy siedzieć.
Krzesło zawsze odpowiadało sposobowi, w jaki ludzie życzyli sobie siedzieć. Człowiek, który siedział na krześle, był ważny - stąd chairman117 - jego wyprostowana, godna postawa dawała wyobrażenie o jego społecznym statusie. Ta asocjacja między miejscem do siedzenia a jego użytkownikiem pozostała i w europejskiej, i w amerykańskiej kulturze; ciągle jeszcze wiemy, o co chodzi, gdy mówi się o ławie sędziego lub o siedzeniu kierowcy. Reżyser filmowy w dalszym ciągu ma swoje nazwisko na oparciu krzesła, chociaż to tylko nadruk na płótnie. Są nawet wydumane siedzenia, jak Chairs in Art History, albo wyznaczone miejsca w zarządach spółek. Na moim uniwersytecie profesor, który wykłada dwadzieścia lat, otrzymuje drewniany fotel z emblematem uczelni, a nie tradycyjny zegarek.
Pozycja przy siedzeniu zmieniała się powoli, chociaż krzesła zaczynały też służyć bardziej powszechnym zajęciom, takim jak jedzenie czy pisanie. W okresie renesansu i baroku europejskie meble służące do siedzenia, mimo że bardzo wyrosła liczba ich rodzajów, nadal zmuszały do pozycji wyprostowanej, narzuconej przez najdawniejsze wzory. Nawet "udomowiony", siedemnastowieczny Holender w dalszym ciągu siedział sztywno z nogami prawie wbitymi w podłogę.
Inną rolę odgrywało krzesło we Francji Ludwika XIV, epoce fantastycznych osiągnięć nie tylko politycznych i militarnych, ale także literackich i architektonicznych. W tym okresie również sprzęty podniesiono do poziomu sztuki. Zaczęły być uważane za integralną część urządzenia wnętrza i przypadkowe rozstawienie mebli ustąpiło miejsca ściśle przestrzeganemu porządkowi. Na ilustracjach z królewskiego pałacu w Wersalu widać między każdą parą okien stół, po każdej stronie drzwi komodę i przy każdej bazie pilastra stołek. Ponieważ funkcją mebli było teraz uwydatnianie i uwypuklanie architektury pokoju, a nie ułatwianie życia ludziom, krzesła, choć brzmi to nieprawdopodobnie, projektowano do podziwiania, a nie do siedzenia. Ustawiano je pod ścianą, w rzędzie, jak żołnierzy. Ludwik XIV, kawał tyrana, skarcił podobno kiedyś swoją kochankę za to, że zostawiła krzesło na środku, zamiast odnieść je na miejsce, pod ścianę.
Chociaż funkcja krzesła była wtórna, odgrywało ono ważną rolę w dworskiej etykiecie. W nowoczesnym biurze wymiary fotela szefa także są wskazówką, jaką ma on pozycję i wpływy; podobnie w Wersalu, to, na jakim rodzaju krzesła miało się prawo czasami usiąść, wyznaczało społeczną rangę i pozycję. W niektórych pokojach w ogóle nikomu poza królem nie wolno było siadać - w urzędowej sypialni nie znaleźlibyśmy ani jednego gościnnego krzesła. W reszcie pałacu przestrzegano ścisłej hierarchii. Fotele były zarezerwowane tylko dla Króla Słońce i zabroniono komukolwiek je zajmować. Na krzesłach bez poręczy mogło zasiadać najbliższe otoczenie króla. Stołków bez oparcia mieli prawo używać jedynie niektórzy przedstawiciele szlachty, a twardych, składanych - najniższej rangi urzędnicy. Wobec tego, że liczba takich stołków była ściśle kontrolowana - inwentaryzacja przeprowadzona po śmierci Ludwika XIV wykazała, że było ich tylko 1325, podczas gdy dziennie przewijało się przez Wersal parę tysięcy osób - zabawa "w jak najszybsze zajmowanie miejsc siedzących" zawsze się udawała, pozostawiając większość dworaków na stojąco118. Można dać głowę, że ci, którym w końcu się udało, raczej siedzieli, niż się relaksowali; sterczeli wyprężeni na stołkach, przybierając pozy szczerego zainteresowania. Chociaż ta przedziwna krzesłowa etykieta panowała głównie w Wersalu, a nie w domach mieszczańskich, trudno się było spodziewać w tych warunkach ewolucji w kierunku wygody. Mistrzowie sztuki stolarstwa, tacy jak Golle, Cucci i Boule, tworzyli meble niezwykłej piękności - zwłaszcza sekretery, szafy i komody - ale meble do siedzenia zatrzymały się na pozłacanej niewygodzie.
Miało się to wkrótce skończyć: wraz ze śmiercią Ludwika XIV w 1715 roku i wstąpieniem na tron jego prawnuka Ludwika XV sztywność zastąpiono ożywieniem, zadęcie - intymnością, a przepych - delikatnością. "Wersal w XVIII wieku", pisze Nancy Mitford, "był reprezentowany przez mało budujące moralnie, ale szczęśliwe zbiorowisko kilku tysięcy ludzi, żyjących dla przyjemności i świetnie się bawiących"119. Nasze wyobrażenie o tym okresie zostało zmącone przez krytycyzm wiktoriańskich historyków - i przez dwudziestowieczne zakłamanie - dla których pogoń za przyjemnością była rozwiązłą ekstrawagancją, a wyrafinowany styl życia - bazą dla zepsucia. A jednak właśnie w tym okresie, i przede wszystkim dzięki hedonistycznym ciągotom ludzi wtedy żyjących, pojawiły się po raz pierwszy wygodne meble do siedzenia.
Siedzenie przestało być tylko funkcją czy rytuałem, a stało się też formą odpoczynku. Ludzie siadali razem, żeby posłuchać muzyki, porozmawiać czy zagrać w karty. Nowe pojęcia swobody widać było w ich sposobie siadania: dżentelmeni odchylali się do tyłu i zakładali nogę na nogę - nowa pozycja - a damy spoczywały, półleżąc. Także inne, przypadkowe pozy zaczęły wchodzić w modę. Formy krzeseł usiłowano dostosowywać do tych nowych pozycji i, po raz pierwszy od czasów greckich, do ludzkiego ciała. Ich oparcia już nie były pionowe, tylko pochyłe, a poręcze miały linie zaokrąglone zamiast prostych. Były szersze, niższe i umożliwiały większą swobodę w przybieraniu póz. Największą popularnością cieszył się teraz wyściełany fotel, który miał określony kształt tylnego, obitego oparcia i był o wiele szerszy niż dawne krzesła. Siedząca na nim osoba mogła się obracać w różne strony, opierać na miękkich poduszkach i rozmawiać swobodnie z osobą obok. Stołek przestał już służyć do siadania, nowym zwyczajem kładło się na nim nogi. Bywały również fotele dwuosobowe i całe mnóstwo rozmaitych kanap, których nazwy - ottomane, sultane, turquoise - przypominają, podobnie jak słowo "sofa", arabskie pochodzenie tych niskich, wyściełanych siedzeń typu tapczan. Kobiety układały się na szezlongach, mogących też służyć za kanapy.
Francuzi rozwiązali problem mebli we właściwy im, rozsądny sposób. Nie zarzucili tradycyjnego, przepisowego typu umeblowania, charakterystycznego dla wnętrz Ludwika XIV, ale stworzyli nowy rodzaj mebli do siedzenia, które nie były ograniczone przez sztywne potrzeby estetyczne i odpowiadały pragnieniom bardziej wypoczynkowych pozycji. Te dwa nowe typy znane były jako si?ges meublants i si?ges courants120. Pierwszy w dalszym ciągu uważany był za część dekoracji. Nazywano go także "umeblowaniem architektonicznym", był wybierany i ustawiany przez architekta, wrośnięty na stałe w urządzenie pokoju, jak obraz, którego nie wieszano gdzie popadnie, ale malowano specjalnie dla tej, a nie innej ściany. Ciężki fauteuil a la reine, który miał pionowe oparcie i stał pod ścianą, nazwano tak na cześć żony króla121. Si?ges meublants rzadko były ruszane ze swoich miejsc przeznaczenia, tak rzadko, że tyłów oparć często w ogóle nie wykańczano, przewidując, iż nikt ich i tak nie zobaczy.
A si?ges courants były zarówno do używania na co dzień, jak i do ruszania z miejsca (courant znaczy po francusku obie te rzeczy). Nie miały żadnego stałego miejsca i były dostatecznie lekkie, żeby można je było swobodnie przesuwać. Mogły być ustawiane grupowo dookoła stołu na herbatę albo po kilka - do rozmowy. Takie lekkie foteliki nazywały się fauteuils en cabriolet - dosłownie: "krzesła brykające". Podczas gdy si?ges meublants ozdabiały salony, si?ges courants były przeznaczone do dowolnego używania i stanowiły umeblowanie buduarów oraz małych, przytulnych pokoi. Niekrępowane sztywnymi wymogami architektury wnętrz, która miała skłonność do linii prostych, mogły przybierać nowe, miękkie kształty, którym chodziło bardziej o wygodę niż o estetykę.
Różnica między statycznymi a ruchomymi meblami istniała też w rodzajach stołów. Do wielkich biurek i stołów z blatami marmurowymi, które ustawiano dekoracyjnie, ale bardzo niepraktycznie pod ścianą, dodawano mniejsze sztuki, przeznaczone do bardziej kameralnego, osobistego użytku. Korzystano też z zupełnie małych stołów do czytania i gier, a także nocnych stolików. Te ostatnie zwykle były konstruowane pomysłowo z różnymi wymiarami szuflad i przesuwanymi albo składanymi blatami. Wielką rozmaitością odznaczały się także podręczne stoliki do ubierania się dla obu płci - jak również umywalki. Panie miały specjalne stoliki z podpórkami do pisania listów i pamiętników, bo chętnie oddawały się tym czynnościom. W kobiecych apartamentach znajdowały się stoliki do robótek ręcznych, do śniadań, jak również specjalnie do podawania - od niedawna sprowadzanej, a od razu bardzo modnej - kawy.
W XVIII wieku zaczęła panować we Francji specjalizacja w urządzaniu domu: różne pomieszczenia przeznaczano na rozmaite cele; wymagało to oczywiście różnorodnych typów mebli. Ludzie nie jadali już w przedpokojach, ale w odpowiednio umeblowanych jadalniach. Nie przyjmowali gości w sypialniach, tylko w salonie; panowie mieli gabinety, a panie buduary - ubieralnie i saloniki jednocześnie - gdzie mogły podejmować swoich bliskich. Wszystkie te pokoje były mniejsze, nie tak pretensjonalne i bardziej przytulne niż dawniej. Nie planowano ich teraz w długich szeregach, w amfiladzie, ale rozmieszczano wobec siebie swobodniej, i można było wejść do każdego z nich bez przechodzenia przez inne. Ten rozdział domu na części publiczne i prywatne znalazł swoje odzwierciedlenie w języku. Miejsce do spania przestało być nazywane po prostu "pokojem" - mówiło się o nim teraz "sala". Pokoje używane również przez obcych nazywano nadal salles (stąd salle a manger - jadalnia i salon), ale sypialnia była obecnie chambre a coucher122.
Dzisiaj, kiedy służba domowa zaczęła być luksusem (w każdym razie w Ameryce Północnej), jest wyraźnie dobrze traktowana. Zupełnie inaczej było w XVIII wieku, kiedy ciekawską i szpiegującą służbę uważano za ingerującą w prywatne życie chlebodawców. W myśliwskiej rezydencji Ludwika XV, w Choisy, zainstalowano urządzenie, które umożliwiało przeniesienie z kuchni, położonej piętro niżej, do jadalnego pokoju, bez pomocy służby, nakrytego i zastawionego stołu. Dawało to królowi możność korzystania z całkowitej niezależności. W Wersalu powstał nawet taki zwyczaj, że po wieczornym przyjęciu służba była oddalana i kiedy przechodzono do salonu na kawę, król sam usługiwał swoim gościom.
Coraz wyraźniej zaznacza się pragnienie większej prywatności, zarówno w mieszczańskich domach, jak i w pałacach. Od czasów średniowiecza służący spali w jednym pomieszczeniu ze swoim państwem lub w pokoju obok. Wzywani byli albo klaśnięciem w dłonie, albo małym ręcznym dzwoneczkiem. Teraz dzwoneczek zastąpiono taśmą do dzwonienia123. Ten wynalazek wymagał skomplikowanego systemu drutów i bloków i powodował odzywanie się dzwonka w różnych częściach domu. Znalazł zastosowanie, ponieważ poczucie rodzinnej prywatności wymagało trzymania służby na dystans. Była ona teraz umieszczana albo w osobnych skrzydłach domu, albo w małych pokoikach między piętrami, powstałych dzięki obniżeniu sufitu w sypialni. Wymyślono jeszcze bardzo wiele innych sposobów ograniczających stałą obecność służby. Rosnąca w XVIII wieku popularność pieców, na przykład, była w niemałej mierze zasługą sposobu, w jaki można w nich było rozpalać z przyległego pokoju. Ręczną windę, trafnie nazwaną "niemym kamerdynerem", wynaleziono w tym samym okresie, też po to, żeby ograniczyć kontakty ze służbą124.
Wersal Ludwika XIV był "wielkim domem", największym we Francji. Było to miejsce bardzo publiczne, z tylko niewieloma rejonami wzbronionymi dla dworaków. To również zaczęło ulegać zmianie. Pierwszym, co Ludwik XV zrobił po wprowadzeniu się do Wersalu, była zmiana w prywatnych pomieszczeniach. Pozostała olbrzymia oficjalna sypialnia, a także ceremonie lever i coucher - te niebywałe publiczne spektakle królewskiego wstawania i kładzenia się - ale stanowiły one już tylko formalność; król w rzeczywistości spał gdzie indziej i mógł być tam sam. Jego prywatne mieszkanie, do którego obcy nie mieli wstępu, nazywało się Petits Appartements nie dlatego, że miało mało pokoi (bo było ich pięćdziesiąt), ale dlatego, że same pokoje były niewielkie, w każdym razie jak na ówczesny standard. Te królewskie apartamenty, nazwane przez pewnego dowcipnisia "gniazdkami szczurów", zawierały sekretne przejścia, ukryte schody, rozmaite alkowy i zakamuflowane pokoje, wszystkie cudownie urządzone i umeblowane.
Wzrastający wpływ cech mieszczańskich na życie dworskie rozwijał się dzięki królowi, dotąd postaci publicznej. Brała w tym ogromny udział Wielka Mieszczka, Antoinette Poisson, lepiej znana jako Madame de Pompadour. Była to najpierw kochanka Ludwika XV, a następnie jego powiernica, przyjaciółka i doradczyni przez dwadzieścia lat. Wyśmienita dyletantka w polityce, decydowała także w sprawach stylu dworskiego, a więc stylu w ogóle. Nie tylko pobudzała zainteresowanie króla architekturą wnętrz, ale również wszystkim tym, co małe, drogocenne, intymne. W liście do przyjaciółki opisała Hermitage, swoją rezydencję na terenie Wersalu: "Ma dziewięć metrów na piętnaście, nic ponadto, widzisz więc, jakie to wielkie; ale mogę być tu sama albo z królem i paroma przyjaciółmi, więc jestem szczęśliwa"125. Hermitage był najmniejszym z jej domów - zbudowała albo przerobiła jeszcze pół tuzina innych. Wzbudziwszy zainteresowanie króla dekoracją wnętrz, potrafiła wciąż nowymi projektami powodować, że nieustannie był nimi oczarowany. To dało początek powszechnej modzie na urządzanie wnętrz, ułatwiając zarazem i przyśpieszając wprowadzenie tak "nowoczesnych" pojęć, jak: prywatność, intymność i komfort.
Modzie tej uległo całe francuskie społeczeństwo. Paryskie domy mieszczańskie stały się bardziej zróżnicowane niż w przeszłości. Obecnie mieszkania nie składały się z dwóch lub trzech pokoi, ale miały ich co najmniej pięć lub sześć, wszystkie bardzo nowocześnie urządzone. Przez drzwi wejściowe (klatka schodowa była osobna) wchodziło się do przedpokoju, pełniącego funkcje dużego westybulu, skąd można było dostać się do każdego pokoju. Prócz kuchni były jeszcze jadalnia i salon. Inne pokoje to prywatne sypialnie, często buduar i wiele innych pomieszczeń, których używano jako spiżarni i pokojów dla służby.
Pojawienie się tych bogato ozdabianych pokoi oznacza powstanie we Francji nowego stylu, znanego jako rokoko126. Architekci rokoka szczególnie lubili ozdoby w kształcie muszli, liści oraz ekstrawaganckich ślimacznic, które zazwyczaj pozłacano. Ozdabiano wszystko, co tylko się do ozdabiania nadawało. Chociaż robiono to z niezmierną delikatnością i bardzo umiejętnie, ogólny efekt tak przeładowanej dekoracji był przytłaczający. Styl architektoniczny jako taki nie jest tematem niniejszej książki, lecz miewał on często wpływ na mentalność ludzi i określał zasady urządzania domów. Nas interesuje zagadnienie sposobu stosowania ornamentyki w okresie rokoka. Historyk architektury, Peter Collins, twierdzi, że Jean-François Blondel, projektant wielu rokokowych wnętrz, nigdy nie stosował rokoka na fasadach budynków, które były zawsze ściśle klasyczne127. Rzeczywiście, we Francji prawie nie ma śladów rokoka na zewnątrz domów (we Włoszech i Hiszpanii nieliczne elementy pojawiły się nieco później). Rokoko było pierwszym stylem, który rozwinął się wyłącznie dla wnętrza. To dowodzi nie tylko faktu, że wnętrze było traktowane zupełnie inaczej niż strona zewnętrzna, ale również, że robiono dużą różnicę między dekoracją wnętrz a architekturą. Ta różnica nie była wówczas tak oczywista, jak to wydaje się dzisiaj; przedtem architektura pokoi była architekturą fasad, zastosowaną wewnątrz budynku. Dopiero od czasów rokoka architekci, tacy jak Blondel, mogli się specjalizować w "dekoracji wnętrz". Fakt ten przyśpieszył poprawę w zakresie domowego komfortu, a na dłuższą metę także dalsze zmiany. W przyszłości rokoko zostanie zastąpione innymi stylami, ale przekonanie, że wnętrze budynku należy traktować niezależnie od jego strony zewnętrznej, pozostało.
* * *
Zasady, które rządziły projektowaniem budynków w tym okresie, wyłożył wielki francuski architekt i teoretyk, Jaques François Blondel, w czterotomowym dziele Architecture française, wydanym po raz pierwszy w 1752 roku. Blondel, bratanek Jeana-François, był architektem nadwornym Ludwika XV i założycielem pierwszej w Europie prawdziwej szkoły architektonicznej. Często powtarzał, że podstawą dobrej architektury powinna być doktryna lansowana przez Rzymianina Vitruviusa - "wygoda, trwałość i piękno". Z tych trzech warunków wygoda jest tym, który interesuje nas najbardziej.
Podobnie jak inni, współcześni mu, Blondel pod słowem "wygoda" rozumiał udogodnienia i przydatność dla ludzi i odróżniał je od czysto estetycznego pojęcia "piękna" i od wymaganej przez potrzeby konstrukcyjne "trwałości". Wygoda oznacza również "komfort", ale w specyficznym sensie. Według Blondela prawidłowy sposób rozplanowania domu polegał na podziale pokojów na trzy kategorie: pokoje do przyjęć (appartements de parade), pokoje recepcyjne (appartements de soci?t?) i trzecia kategoria, którą nazwał appartements de commodit?. "W dużych budynkach appartements de commodit?s składają się z pokoi, które w przeciwieństwie do innych rzadko są dostępne dla obcych i przeznacza się je na prywatny użytek pana czy pani domu. Tutaj śpią oni w zimie, ewentualnie chorują, stąd załatwiają swoje sprawy i tu przyjmują przyjaciół i krewnych"128. Podobnie jak lekkie, ruchome meble nie wypierają formalnego, barokowego umeblowania, tak udogodnienia nie zastępują ceremoniału i formalności; appartements de commodit?s były czymś w rodzaju zaplecza sceny, czyli miejscem, gdzie można rozpuścić włosy (lub zdjąć perukę) i odpocząć w dogodnych warunkach.
Blondel nadmienia również, że zimą pokoi tych używano jako sypialni; były nie tylko mniejsze, ale i lepiej ogrzane. Przez cały XVII wiek nie znano sposobu na dostateczne ogrzanie tych ogromnych pomieszczeń, nawet jeśli kominki spełniały swoje zadanie, co się nigdy nie zdarzało. W Wersalu Ludwika XIV znajdowało się wiele wspaniałych kominków, ale służyły one głównie do ozdoby - pożytku z nich było niewiele. W domach mieszczańskich w kominkach przede wszystkim się gotowało, a dopiero drugą ich funkcją, i to niespecjalnie efektywną, było ogrzewanie. Około roku 1720 budowniczowie odkryli, jak konstruować kominki i kominy, żeby spowodować ciąg powietrza. Nie tylko dym został wyeliminowany, ale także poprawiło się spalanie, zapewniając więcej ciepła wnętrzu. Trudno powiedzieć, czy połączenie mniejszych pokoi z lepszymi kominkami można nazwać "rewolucją w ogrzewaniu", jak chce Braudel, ale był to niewątpliwie znaczny krok naprzód w zagadnieniu dotąd leżącym odłogiem129. Nowe domy budowano z mniejszymi, lepiej działającymi kominkami, a kominki już istniejące w starych domach zmniejszano i poprawiano. Skuteczność tych nowych powiększało także używanie składanych parawanów, ustawianych za osobą siedzącą przy ogniu, aby zachować ciepło i zredukować przeciągi. Komfort wyraźnie wzrósł.
Piece porcelanowe używane w Niemczech zaczęły też w innych krajach wchodzić w modę. Umieszczano je przeważnie we wnękach, tak że można w nich było rozpalać z sąsiedniego pokoju. Ponieważ uznane zostały za brzydsze od kominków - mimo że ogrzewały znacznie lepiej - z początku stawiano je tylko w jadalniach i przedpokojach. Ale po 1750 roku, kiedy ich czyste, bezdymne, promieniujące ciepło okazało się niezastąpione, umieszczano je także w innych pokojach130. Dobry smak wymagał jednak, żeby je maskować i w wytwornych domach udawały kredensy albo ozdobne urny.
Innym przejawem doceniania wygody była wzrastająca liczba łazienek czy pokoi kąpielowych, jak je nazywano we Francji, bo znajdowały się w nich często dwie wanny, jedna do mycia, a druga do płukania. W Wersalu było przynajmniej sto łazienek, a w apartamentach króla - siedem. Łazienki często zaopatrywano w bidety - praktyczne urządzenie w tych romansowych czasach - natomiast brakowało w nich ubikacji. Wczesny typ wodnego klozetu został umieszczony w komórce zwanej "angielską siedzibą" (dziwna nazwa, bo w owym czasie klozetów w Anglii nie znano)131. Częściej niż klozet używany był tradycyjny, obudowany sedes, który stał w osobnym pomieszczeniu albo bardziej przypadkowo w przedpokoju, przy sypialni.
Trudno powiedzieć, jaką wagę przywiązywano do czystości w XVIII wieku. Nasi dziewiętnastowieczni przodkowie żywili przekonanie, że Francja Ludwika XV była miejscem rozpusty i braku higieny. Dosyć - trzeba powiedzieć - wybredny Szwajcar, Siegfried Giedion, twierdził, że "brakowało im podstawowego poczucia czystości"132. Inni historycy są mniej wymagający133. Równocześnie świadectwa dowodzą, że kąpiele uważano za miłe spędzanie czasu, a nie konieczność, łazienki zaś uznawano za modne dodatki - coś jak gorący tusz - a nie za przydatne udoskonalenie. Jak inaczej wytłumaczyć częste wzmianki o instalowaniu łazienek, a następnie o kapryśnym ich likwidowaniu? Waga przywiązywana do zaopatrzenia w dostateczną ilość gorącej wody i staranne ozdabianie pokoi kąpielowych wskazują jednak, że czystość, a w każdym razie kąpiele, nabierała większego znaczenia. Na planie wielkiego domu, narysowanego przez Blondela, widać trzy wanny umieszczone w jednym dużym pokoju, co prawda dość niefortunnie położonym, bo na końcu amfilady, obok biblioteki, w sporej odległości od sypialni134. Ale tylko bogaci posiadali w swoich domach łazienki, a duże, przenośne wanny zaczęły być popularne dopiero na przełomie wieku, dotychczas ludzie przeważnie myli się w miedzianych albo porcelanowych miskach. Mieszczańskie domy nie były jednak pozbawione pewnych udoskonaleń. W inwentarzu sporządzonym w domu Jaques'a Verberckta (1771), nadwornego stolarza, wykonawcy przepięknych boazerii w Wersalu, znajduje się kurek osadzony w ścianie i miedziana miednica, przeznaczona specjalnie do mycia rąk. Zainstalowano je w pomieszczeniu przyległym do jadalni135.
Czy dążenie do wygody było pogańską ucieczką od średniowiecznego fanatyzmu religijnego, który tak długo miał wpływ na umeblowanie domu? J.H.B. Peel uważa, że osiemnastowieczne zainteresowanie fizycznym komfortem oznacza upadek religijności albo przynajmniej osłabienie religijnej żarliwości136. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić społeczeństwo bardziej zmaterializowane niż za czasów Ludwika XV, ale było ono skomplikowane, pełne sprzeczności (jak wszystkie społeczeństwa) i trudne dla nas do zrozumienia. Społeczeństwo to i modliło się, i bawiło. Gonitwa za przyjemnością skłaniała je czasami do skandalicznego luksusu, jak na przykład w okresie rokoka, ale jednocześnie do odkrycia komfortu. Nasze współczesne poglądy na temat logiczności nie pasują do XVIII wieku. Trudno nam pojąć zamiłowanie króla do przepychu i jednocześnie słabość, jaką miał do malarza domowych winietek Chardina i jego dwóch obrazków wiszących w Wersalu, a przedstawiających życie w mieszczańskim domu. Trudno też zrozumieć świat wartości króla, który uwielbiał polowanie (od kiedy dorósł, zabijał rocznie ponad dwieście jeleni), a w tym samym czasie hodował króliki i gołębie na dachu królewskiego pałacu. Niełatwo jest też odróżnić to, co robiono dla przyjemności, od tego, co było tylko na pokaz. Kiedy król i jego przyjaciółka kryli się w Hermitage'u i ona gotowała dla niego jajka - czy szukali w tym komfortu, czy podniecającej zabawy w dom? Czy panie na obrazach François Bouchera tak swobodnie odpoczywały, jak na to wygląda, czy były równie afektowane w tych pozach, jak w sposobie mówienia i spacerowania?137
Tak czy owak, kobiety miały ogromny wpływ na sposób zachowania się w tamtych czasach. Delikatna wytworność francuskiego rokoka często była nazywana kobiecą. Tak też i było, i to nie tylko w sensie metaforycznym. Jeżeli wnętrza i umeblowanie domów wskazywały na większą wrażliwość, to nie tylko dlatego, że Ludwik XV - i wobec tego jego dwór - był zdominowany przez Madame de Pompadour, lecz dlatego, że całe życie w ancien r?gimie było zdominowane przez kobiety.
Przewaga kobiet w życiu społecznym i kulturalnym Francji nie rozpoczęła się w XVIII wieku. Takie protektorki, jak pani de Sévigné, pani de Maintenon, pani Geoffrin i markiza du Deffand, miały swoją poprzedniczkę, słynną grande dame XVII wieku, markizę de Rambouillet, która wprowadziła zwyczaj prywatnych sypialni, o czym już była mowa. Jej dom (podobno przez nią samą zaprojektowany) przyćmił nawet dwór królewski jako ośrodek sztuki, piśmiennictwa i stylu. Księżnej Burgundii, wnuczce Ludwika XIV, przypisuje się odpowiedzialność za swobodę stylu w okresie regencji, charakteryzującą ostatnie lata panowania tego króla. Arystokratyczne i mieszczańskie panie dopiero w XVIII wieku w pełni dowiodły natomiast, że to one nadają ton obyczajom. Ich wpływy były widoczne w wielu dziedzinach, zwłaszcza w sprawach zachowania w domu, które stało się łagodniejsze i swobodniejsze. Tak jak holenderskie kobiety zaprowadziły u siebie domowość, tak Francuzki zażądały umeblowania mniej sztywnego i bardziej im odpowiadającego- i otrzymały je. Kobiety w obu tych krajach osiągnęły oczywiście różne rezultaty, ale obie te zdobycze były równie ważne w rozwoju pojęcia domu.
Nigdzie ów wpływ kobiet na modę nie był bardziej oczywisty niż w wielkiej liczbie nowych mebli do siadania i półleżenia, projektowanych specjalnie dla nich. Możemy mieć pewność, że damy z wyższych sfer wpływały na rozwój meblarstwa, ponieważ było wtedy w zwyczaju, że artystokracja starała się brać żywy udział w meblowaniu, a nawet projektowaniu swoich domów138. Wiele szezlongów i wygodnych krzeseł wymyślono specjalnie dla pań. Marquise i duchesse, dwa typy krzeseł do półleżenia, zawdzięczają swoje powstanie właśnie kobietom. Również często spotykany wyściełany fotel został wymyślony z uwzględnieniem kobiecej mody; dzięki szerzej rozstawionym poręczom mieściły się w nim krynoliny, a niskie tylne oparcie nie przeszkadzało ekstrawagancko uczesanym perukom.
Wykonawstwem tych mebli zajmowali się stolarze-artyści, którzy z biegiem czasu coraz lepiej rozumieli zarówno ergonomiczny, jak i estetyczny aspekt swojego rzemiosła. Dzisiaj zachwycamy się tym drugim, ale to znajomość pierwszego stanowiła ich największe osiągnięcie, w wyniku czego te śliczne rokokowe krzesła były nadzwyczaj wygodne. To głównie zasługa właściwej metody wyściełania. Średniowieczne krzesła z płaskimi drewnianymi siedzeniami bardzo rzadko wyściełano; zamiast tego kładziono na nie poduszki. Później używano także innych materiałów - skóry, trzciny czy plecionki z sitowia - ale wykonane z nich siedzenia były niewiele wygodniejsze. Niewątpliwie starano się jakoś przymocować te luźne poduszki do krzeseł, żeby się nie ześlizgiwały, co doprowadziło pod koniec XVII wieku do pokrywania siedzeń materiałem. To ulepszenie osiągnęło swoje apogeum za czasów francuskiego rokoka, kiedy wyściełano wszystkie elementy, nie tylko siedzenia, ale także oparcia i poręcze.
Siedzieć komfortowo można tylko wtedy, gdy ciało jest właściwie podparte; to tylko brzmi tak prosto. W rzeczywistości jest to sprawa tak skomplikowana, iż dziwi nas nie fakt, że w średniowieczu zapomniano, jak robić wygodne krzesła, ale raczej, że Grecy to w ogóle wymyślili. Żeby zapewnić komfort - to znaczy uniknąć dyskomfortu - krzesło musi jednocześnie spełniać kilka warunków. Powinno mieć dość grubą warstwę wyściółki, żeby uniknąć nacisku na kości, ale nie aż taką, żeby uda i pośladki naciskały boleśnie na kości u podstawy miednicy. Przednią część ramy krzesła, konieczną konstrukcyjnie, należy umieścić poniżej poduszki, inaczej będzie się wpijać w uda. Tylna podpora jest potrzebna - siedzący powinien mieć postawę mniej więcej pionową. Całkowicie pionowe oparcie jest jednak niewskazane; ideałem jest odchylenie pod nieznacznym kątem, i to z łukiem uwzględniającym wygięcie kręgosłupa, który nie jest zupełnie prosty. Kąt pochylenia nie może być za duży, bo wtedy siedzący ześlizgnie się do przodu. Jeżeli ciało się obsunie, jego ciężar nie będzie już utrzymywany przez okolice lędźwi, a klatka piersiowa przygnie się do żołądka. To spowoduje lekką niedodmę płuc, zmniejszenie ilości pobieranego tlenu i w rezultacie zmęczenie139.
No i mamy może odpowiedź na pytanie, dlaczego świat podzielił się na siedzących i kucających. Zgodność wszystkich koniecznych czynników umożliwiających wygodne siedzenie jest trudna do osiągnięcia, a prawdopodobieństwo takiej czy innej niewygody tak duże, że nietrudno sobie wyobrazić, iż różne kultury - spróbowawszy sobie poradzić z tym problemem - zrezygnowały z dalszych wysiłków bez zadowalających rezultatów i roztropnie zdecydowały się siedzieć na ziemi. A wybór ten z kolei wpłynął na rozwój meblarstwa w ogóle, ponieważ bez krzeseł nie było powodu do używania stołów i biurek, a także mało jest prawdopodobne, żeby społeczeństwo siedzące na podłodze chciało się otaczać innymi wysokimi meblami, takimi jak szafy, komody czy biblioteki.
Stolarze rokoka bezbłędnie rozwiązali problemy wygodnego siedzenia. Istnieją dowody na to, że nawet studiowali zależność wad postawy od źle rozwiązanych siedzeń. W swoim dziele, wydanym we Francji już w 1741 roku, Nicolas Andry de Bois-Regard nie tylko wykazuje, do jakiego stopnie źle zaprojektowane krzesło wpływa na zdrowie siedzącego, lecz również proponuje właściwe wymiary dla rozmaitych rodzajów krzeseł140. Częściowo dzięki wynikom takich analiz, a częściowo dzięki próbom i uczeniu się na własnych błędach, francuscy stolarze osiągnęli rezultaty tak znakomite, że późniejsi projektanci nie mieli już czego udoskonalać.
Siedzenia krzeseł były wypychane włosiem końskim, które zapewniało sprężystość; krzesła dla pań, z natury rzeczy przeznaczone do utrzymywania mniejszego ciężaru, miały siedzenia puchowe (sprężyn nie znano i weszły w powszechne użycie dopiero w latach dwudziestych XIX wieku). Wyściółka nie była płaska, raczej bombiasta, skupiała dzięki temu na środku siedzenia większość ciężaru, uniemożliwiając jednocześnie przedniej poprzeczce wpijanie się w uda. Wygięte tylne oparcia wymyślono w poprzednim wieku; prawie zawsze także one były obite, co dawało linię łagodnego odchylenia. Obicie wykonywano z jedwabnego brokatu, aksamitu lub innej dekoracyjnej tkaniny, zawsze wszakże stawiającej opór (w przeciwieństwie do drewna czy skóry), uniemożliwiającej siedzącemu ześlizgnięcie się do przodu.
To wyjaśnienie, jak osiągano postęp w komforcie, może się wydać zbyt sztuczne. Krzesła były wygodne, ponieważ uwzględniały budowę ciała, ale i dlatego, że przystosowano je do modnych wówczas póz. Miękkie w linii szezlongi ułatwiały czułe zbliżenia, a nawet uprawianie seksu. Sofy były szerokie nie po to, żeby służyć wielu siedzącym, ale żeby umożliwić najrozmaitsze gesty, wyciąganie nóg, odrzucanie ramion do tyłu i zapewnić miejsce dla krynolin. Rozłożyste fotele pozwalały przybierać różne pozy. Charakterystyczne dla zachowań ludzi z towarzystwa w XVIII wieku były ożywienie i ruch; na obrazach często widzimy panie i panów siedzących obok siebie lub przechylających się przez oparcia. W wieku XIX ludzie siedzieli osobno i sztywno, oddzieleni, na wypikowanych krzesłach; w XVIII często zsuwali swoje lekkie krzesła, żeby pogawędzić i poflirtować.
Krzesła francuskie można rozpoznać po różnorodności nazw. Nie były to określenia techniczne (jak angielskie "oparcie tarczowe" lub "drabinowe"), lecz wdzięczne i czułe nazwy zawsze rodzaju żeńskiego. "Pasterka" (bergére) była małym, wygodnym krzesełkiem, z wygiętym, miękko wyściełanym oparciem i puchatą poduszką na siedzeniu; "krzesło do patrzenia" (voyeuse) miało obitą poprzeczkę na szczycie wysokiego oparcia, tworzącą dla stojącej z tyłu osoby podpórkę, co umożliwiało jej obserwowanie gry w karty lub udział w rozmowie. "Krzesło do czuwania" (veilleuse) to otomanka, na której można było spocząć, półleżąc. "Krzesło grzejące" (chauffeuse), bez poręczy, miało niskie nóżki, ustawiano je przy kominku i używano podczas ubierania się; z powodu małej wysokości posługiwano się nim przy wkładaniu pończoch - stąd jego współczesna nazwa: krzesło pantoflowe.
Umeblowanie miało zawsze funkcję zarówno symboliczną, jak i użytkową. Dzisiaj osiemnastowieczne, rokokowe meble, szczególnie jeśli są oryginalne, mówią nam o bogactwie ich właściciela i jego możliwościach. Nasuwają wiele skojarzeń - z monarchią, minioną elegancją i prestiżem, jaki się osiąga, kolekcjonując antyki. W każdym razie tego się od nas oczekuje, gdy patrzymy na gabinet pani Lauder czy Owalny Żółty Gabinet w Białym Domu. Większość z tych skojarzeń jest świeżej daty. Symboliczne ozdoby, które dla nas są tylko dekoracją, odnosiły się przeważnie do klasycznego antyku, którego literatura była dobrze znana i szczególnie podziwiana przez Francuzów. Długie i wąskie lustro, zawieszone między dwiema pionowymi podporami, nazywano psyche na pamiątkę nimfy, której piękność przyciągnęła uwagę Kupida. Trójnóg, na którym opierał się blat małego stolika albo miska do mycia, znany był jako athenienne.
Umeblowanie w epoce rokoka miało inne znaczenia. Różne meble umieszczano w różnych pokojach, oznaczając różne stopnie etykiety i wobec tego różne sposoby zachowania się. W związku z tym, że wystrój wnętrza zmieniał się w zależności od sezonu, umeblowanie mogło nawet wskazywać na rozmaite pory roku, tak jak i dla nas wiklinowy fotel oznacza wakacje, a wyściełany bujak kojarzy się z czytaniem zimą przy kominku.
Ten krótki przegląd francuskich mebli rokokowych wskazuje na bogactwo i złożoność pojęcia komfortu w XVIII wieku. Miał on swój składnik fizyczny - siedzący mógł odpocząć - ale przy tym jeszcze coś więcej. Fotel z czasów Ludwika XV był komfortowy, ale też wyglądał na wygodny. To drugie równie wiele znaczyło dla właściciela, jak to pierwsze. Wypukłe kształty były użyteczne, ale także dodawały urody wygiętej linii obramowania krzesła, które odzwierciedlało wizualne, zmysłowe zamiłowania tej epoki. Fantazyjne, kwiatowe, ręcznie haftowane wzory na krzesłach nie tylko skłaniały siedzącego do trzymania się prosto (uniemożliwiając ześlizgnięcie się), ale także nawiązywały do pozłacanych spirali na malowidłach ściennych. Uroczy pomysł podziału na meble kobiece i męskie - nieznany dotąd - wyrażał społeczną rzeczywistość, widoczną również w strojach i sposobach zachowania. Krzesło było przedmiotem dekoracyjnym, zapraszającym do siadania, ale dawało tyleż przyjemności oczom, co ciału. Nie ma żadnych wątpliwości, że XVIII wiek odkrył fizyczny komfort, ale nie o wygodę, jak to się nam czasem wydaje, tak naprawdę chodziło. Może dlatego słowo "wygoda" nie jest tym, które nam przede wszystkim przychodzi do głowy, gdy chcemy opisać krzesło z epoki Ludwika XV. Elegancja, zachwyt, przyjemność - tak, na pewno piękno, ale nie prozaiczny komfort. A było ono właśnie komfortowe.