Dom kłamcy. Tom 4 - Carla Kovach

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Książkę tę dedykuję przyjaciołom.Nowym, dawnym, szalonym, zabawnym i nawet tym najpoważniejszym. Pośród nich są też ci szczególni, których pragnę wyróżnić - rodzina.

?

Prolog

Sobota, 5 V 2012 r.

- Mam dość! Zostawiłeś mnie w kącie, a sam przez cały czas zajmujesz się aparatem. Głupio założyłam, że moglibyśmy wyjść z domu i dobrze się bawić! - wrzeszczała mu do ucha, po czym wzruszyła ramionami. - Wiesz co? Nawet twoje zdjęcia nie są dobre! - Żona z pewnością potrafiła zrujnować mu wieczór. DJ zaczął grać "Firework" Katy Perry i kilka osób wyginało się na parkiecie.

Kobieta zmarszczyła brwi i dotknęła palcem wyświetlacza, na którym pojawiła się ostatnia fotka. Dwie dziewczyny uśmiechały się do niego - chwila uwieczniona na zawsze. Miał pewność, że poprawnie ustawił aparat, lecz jego żona miała rację. Zdjęcie zostało prześwietlone. Sam wcale nie przejął się tym, że nie było idealne. Nie zamierzał jednak jej o tym mówić.

Ludzie tańczyli obok siebie, ocierali się, całowali i śmiali. W całej scenerii było coś, co powodowało, że się wiercił i wykręcał sobie palce. Odczuwał coś... jakby irytujące swędzenie, aż w końcu zaczął się pocić. Obecne tu osoby znajdowały się w miejscu publicznym, a zachowywały się, jakby przyszły na orgię. Kilka drinków, odrobina muzyki i każdy należał do każdego.

Odkąd kilka miesięcy temu dołączyli do tego głupiego klubu, wzrosły też oczekiwania jego żony. Pomysł wydawał się niewinny. Lokalny klub towarzyski, co dwa miesiące tańce, dziwne quizy, kręgle, bilard, zespół, który grał covery. Rzeczywistość jednak bardzo różniła się od teorii. Do tej pory zaobserwował jedynie pary, które zadawały się z tymi, z którymi nie powinny się zadawać, tak samo jak ostatnim razem, gdy tu byli. Widział mężów flirtujących z barmankami, dziewczyny tańczące i wydzierające się na parkiecie, obłapiające obcych facetów za szyje i torsy.

Żona nie była już zadowolona z miłych wieczorów we dwoje w domu, chciała czegoś więcej, a właśnie takie imprezy spełniały jej głupie oczekiwania. On nie chciał jednak się upijać i obmacywać z nieznajomymi, nie cieszył go wpływ, jaki miało na nią nowe otoczenie.

Uniósł aparat do twarzy, zmrużył oko i spojrzał przez wizjer. Przyjście do klubu nie było dla nich niczym dobrym, zwłaszcza że Samantha pojawiała się tu jako stała klientka.

- Nie słuchasz mnie, prawda? Obserwujesz świat przez swój amatorski aparat, ale nie bierzesz w niczym udziału.

- A czego ode mnie oczekujesz? Nie lubię takich miejsc.

- Oczekuję odrobiny wysiłku, ale najwyraźniej nie mam na co liczyć. - Wzięła wiszący na oparciu krzesła płaszcz i zaczerwieniona wyszła z Sali.

Mężczyzna zaczął się ekscytować. Zgodnie z przewidywaniami zostawiła go samego. Dokładnie wiedział, jak ją wkurzyć. Nie pierwszy, jak i nie ostatni raz tak go porzuciła. Nie miał pojęcia, dlaczego z nim była. Może to klasyczna rutyna - żadne nie chciało odejść na dobre, ale też nie było szczęśliwe w tym związku. Nieważne... niezbyt go to obchodziło.

Nastawił lampę błyskową i skierował obiektyw na Samanthę, kobietę, która była w swoim żywiole. Dusza towarzystwa. Wie, jak się bawić. Lubiła, gdy zwracano się do niej "Sam", ale on nigdy jej tak nie nazwał. Przecież to męskie imię. On zawsze mówił do niej Samantho. Zrobił zbliżenie jej długich, różowych paznokci, pomalowanych na podobny kolor do tego na jej ustach. Aparat automatycznie dostosowywał ostrość, rozmazawszy obraz na kilka sekund. Gdy wyostrzył się na nowo, mężczyzna zrobił zbliżenie na usta, po czym nieco oddalił obiektyw, w którym znalazła się cała jej głowa i ramiona. Długie blond włosy falami opływały elegancką szyję i okalały oszałamiające kości policzkowe. Wszyscy byliby zazdrośni, gdyby wiedzieli, co kombinował.

Oświetliły go lampy dyskotekowe. Zmrużył oczy i dostrzegł, że Samantha woła przechodzącego mężczyznę, po czym ciągnie go za sobą. Nie znał go - może to nowy klient - ale cechowała go klasyczna uroda oraz muskularna sylwetka. Przełknął ślinę. Kobieta cieszyła się, gdy nieznajomy jej dotykał.

Z głośników popłynęło "Do You Love Me", piosenka z filmu Dirty Dancing. Samantha pisnęła zachwycona i przyciągnęła faceta bliżej siebie, by następnie ocierać się o niego w rytm muzyki.

Tego właśnie szukał. Objął aparat i ponownie przełknął ślinę, gdy na niego spojrzała. Przygryzła dolną wargę i zaczęła pozować. Doskonale wiedziała, kim on jest, więc robiła dla niego przedstawienie. Wydawało mu się nawet, że karała go za to, iż przyprowadził żonę.

Uchwycił ją w idealnej pozie, gdy wskazała na niego palcem i pokazała mu język. Cholera! Żona miała rację, fotki wychodziły prześwietlone. Zaczął poprawiać ustawienia, bo chciał naprawić ten problem. Przesłona czy ISO? Nie pamiętał, co wyregulować. Nie kojarzył nawet, czego dotyczą te parametry. Ręce zaczęły mu drżeć. Zapomniał, co miał zrobić. Pot spływał po twarzy. Lampa błyskowa. Wyregulował jej parametry i odetchnął. To musiało być to.

Zerknął w stronę korytarza. Zauważył, że na parapecie, z niezapalonym papierosem w ustach, siedzi jego żona. Musiała wrócić do środka. Po jej policzku spłynęła łza, gdy się w niego wpatrywała. Wiedziała, że obserwował Samanthę i zrobiło jej się przykro. Wynagrodzi jej to, gdy tylko wróci do domu, i miejmy nadzieję, że żona skończy z wieczorami w tym ohydnym klubie. Uniosła dwa palce, ale wstając, potknęła się, po czym wyszła z budynku. Nie zamierzał za nią biec. Chciał fotografować tak długo, aż dostanie to, po co tu przyszedł. To, że wracała do domu, wpisywało się w jego plan.

Sączył ciepłe piwo, gdy na tyłach sali zauważył inną kobietę.

Przesuwała palcami po szklance, obserwując faceta, który tańczył z Samanthą. Domyślał się, że pije wódkę z colą. Wyglądała na taką, która lubi ten mocny trunek. Spłynęły na nią czerwone i niebieskie światła. Zobaczył scenerię, jaką chciał utrwalić na zdjęciu, lecz jak zwykle był zbyt wolny. Uniósł aparat, aby nie przepuścić kolejnej doskonałej okazji. Na kobiecym dekolcie znajdował się długi naszyjnik. Łańcuszek zakończony został srebrną literą "J". Joanna, a może Jenny? Nie było sensu zgadywać. Wiedział tylko, że J była wzburzona zachowaniem partnera. Skrzywdził ją, i to zapewne nie po raz pierwszy. Poruszyła obrączką, jakby chciała zerwać ją z palca i cisnąć przez salę, lecz miała swoją godność. Nie zamierzała robić scen. To jej mąż, a nie chłopak.

Mężczyzna wsuwał w tej chwili język w ucho Samanthy. Zrozpaczona J podniosła się, niemal przewracając stolik. Gwałtownie odstawiła szklankę na blat. Wyszła, ale przy drzwiach obejrzała się za siebie. Dostrzegł urazę w jej oczach. Uchwycił ten moment na zawsze. Chwilę, która opowiadała historię, jaką będzie badał przez dłuższy czas. Zdradzający mąż nawet tego nie zauważył. Był zbyt pijany i oczarowany uwodzicielską Samanthą.

Pomyślał o swojej żonie, która prawdopodobnie była już w domu. Chciała zapewne upodobnić się do Samanthy, starała się przynajmniej w kwestii strojów. Nie podobały mu się te zmiany. Na jej twarzy malowała się zazdrość. Samantha miała jędrne ciało, była zgrabna, idealna... nawet zbyt idealna. To niszczycielka małżeństw. Hedonistka. Zdzira. Żona nie znosiła tego słowa, ale właśnie zdzirą była Samantha i nie zamierzał się powstrzymywać. Nie planował cenzurować myśli, gdy to określenie przyszło mu do głowy. Samantha to zdzira, doskonale o tym wiedział. Stanowiła łatwy kąsek, a jej reputacja opierała się na prawdzie, i zdawała sobie z tego sprawę połowa facetów z Cleevesford.

Wyświetlił ostatnie zdjęcie, aby spojrzeć na J. Fotografia okazała się idealnie wyeksponowana, podobnie jak myśli, które wyraźnie biły z twarzy kobiety. Znał jej historię.

Wiedział, o czym myślała, zanim wyszła: "Proszę, pójdź za mną. Przeproś. Przytul, jakbyś kochał i jakbyś nie chciał dotykać tamtej. Wybaczę, jak zawsze. Jesteś pijany i rano wszystkiego pożałujesz". Jednak mąż J nie pobiegł za nią i nie zamierzał przepraszać.

Utwór dobiegł końca, Samantha opuściła mężczyznę, podeszła do baru i upiła drinka. Facet zerknął na stolik, przy którym siedziała jego żona, ale ten był pusty. Jej nieobecność natychmiast go otrzeźwiła. Wziął kurtkę i wybiegł z lokalu. Muzyka ucichła, zapaliły się światła. Dyskoteka się skończyła, a imprezowiczka musiała się wyspać.

Obserwował, jak Samantha szuka torebki i płaszcza, po czym chodzi po sali i całuje wszystkich na dobranoc. Czas, by i on wyszedł, nim ludzie zaczną zwracać na niego uwagę. Samantha jak zawsze zostanie do zamknięcia drzwi. Może będzie się ociągać, a może nie. Miał nadzieję, że wyjdzie, bo nadszedł jej czas. Musiała dostać nauczkę, zasadniczą lekcję.

?

Spojrzał na zegarek. Za dziesięć pierwsza. Zastanawiał się, jak ktoś mógł wychodzić z imprezy aż tak długo. Znał jej trasę powrotną do domu, dlatego zaparkował wcześniej w cichej uliczce. Do klubu przyszedł z żoną na piechotę, powiedział jej, że auto zostawił tam, gdzie pracował, i zdecydował się na spacer.

Może Samantha wyszła z kimś i nie zamierzała wracać do domu? Może poszła inną trasą? Nie, miała swoje przyzwyczajenia. Zawsze tędy szła, choć niekiedy nie trafiała do siebie. Może poszła do bocznej uliczki z mężem J? Szanował J, która nie paradowała na parkiecie, nie obnosiła się ze swoją urodą. Miała godność. Wątpił, by ponownie ją spotkał, ale w głębi duszy wiedział, że J będzie wdzięczna za to, co planował zrobić.

- No dalej - szepnął. Jakiś czas wcześniej wszedł za żywopłot i czekał.

Dobiegł go znajomy stukot. Kiedy stał się głośniejszy, wiedział, że się zbliżyła. Stukanie stało się jednak nieregularne, a następnie ucichło. Dojrzała go? Nagle usłyszał odgłos torsji i kobieta zwymiotowała na ogrodzenie. Nie trzeba było tyle pić. Chwyciła się za szyję i wznowiła marsz, niczego nie podejrzewając. Wstał i przygotował się, czekając, aż podejdzie, po czym uderzył ją w głowę przygotowanym wcześniej narzędziem, zanim miała szansę jakkolwiek zareagować. Płynnie, szybko, dokładnie tak, jak na to liczył. Nie krzyknęła, nie walczyła, jedynie cicho jęknęła i spróbowała skupić na nim wzrok.

Serce mocniej mu zabiło, gdy patrzył, jak drży, leżąc na chodniku. Musiał wsadzić ją do auta. Nagle przestała się ruszać. Pochylił się, sprawdził puls. Żyła, jak planował. Zamierzał dać jej nauczkę, dlatego musiała być przytomna. Okazała się lekka, gdy niósł ją do samochodu. Otworzył bagażnik i wrzucił ją do wyłożonej folią przestrzeni. Niech rozpocznie się lekcja.

?

Rozdział 1

Poniedziałek, 6 V 2019 r.

Jade otarła łzę. Kobieta nie potrafiła zrozumieć Noaha ani tego, skąd wzięła się jego obsesja. Wiedli idealne życie, a przynajmniej tak jej się wydawało. Piękna córeczka miała w tej chwili cztery latka i oboje ją uwielbiali. Jade pragnęła jedynie odnaleźć męża, wrócić do domu i utulić Lilly.

Roztrzęsiona rękawem płaszcza otarła mokre oczy i przeszła ciemną ścieżką. Nagie nogi owiewał lekki wiatr, gdy skręciła w ulicę prowadzącą między długimi ogrodami, na końcach których rosły gęste krzaki.

"Zabawny sposób na spędzenie wolnego poniedziałku" - powiedział Noah. Ale nie dla niej. Daleko było temu do czegoś, co uznałaby za zabawę. Nie chciała, by ktokolwiek dowiedział się o tym, co zrobili. Noah naciskał na nią miesiącami, aż się ugięła. "Nigdy nie robisz niczego, czego chcę" - warczał, gdy płakała. Miał rację, związek się wypalił. Nieczęsty seks opierał się jedynie na jego zasadach. Właściwie nie pamiętała już nawet, kiedy ostatnio się kochali. Za każdym razem, gdy próbowała się do niego zbliżyć, mówił, że ma sporo pracy i znikał w swoim gabinecie. Na cokolwiek się decydowała, jemu to nie wystarczało. A przecież dawniej zrobiłaby wszystko, by tylko go nie utracić. Kiedyś tak, ale teraz już nie. Od tej chwili zamierzała zadbać o siebie. Niektórych rzeczy nie da się ocalić i ten wieczór pokazał jej, że zaliczało się do nich jej małżeństwo.

Sapnęła, dygocząc, i oparła się o ogrodzenie któregoś z ogrodów. Wieczór był chłodny. W myślach krzyczała "nie!", jednak to słowo nie padło z jej ust. Wydawało się łatwe do wypowiedzenia, ale zawiodłaby nim Noaha. Bardzo chciała z nim być, ale nigdy już do tego nie dojdzie. W tym momencie z radością pozwoli mu na to, by inaczej ułożył sobie życie. Dzisiejszy wieczór zwiastował ich koniec. Otarła łzy i ruszyła przed siebie, nie wiedząc, którą drogę wybrać. Tyły wszystkich domów wyglądały identycznie, a rzadko spacerowała po dzielnicy.

Powinna zostać w domu, ale musiała odnaleźć Noaha. To, co miała mu do powiedzenia, nie mogło czekać. Jeśli zaśpi, nigdy mu tego nie wyzna.

Rumieniec pokrył jej twarz i szyję, gdy przypomniała sobie wszystko, co się stało. Żołądek boleśnie jej się ścisnął, gdy mijała alejkę.

Idąc dalej, usłyszała zbliżające się kroki. Ciężkie, dudniące. Szła, a kroki stawały się coraz głośniejsze i szybsze. Serce zakołatało jej w piersi. Zsunęła szpilki, podniosła je z chodnika i pobiegła boso.

Drugi pieszy prawdopodobnie nie miał złych zamiarów. Może wyszedł od przyjaciela, by wrócić do domu. Wstrzymała oddech, zbliżając się do odległej latarni, która rzucała żółte światło na chodnik.

Instynkt podpowiadał jej, by się odwróciła, przywitała, przerwała nocną ciszę pomiędzy dwiema nieznajomymi osobami. Wtedy może dotrze do niej, że zachowuje się dość głupio.

- Au! - pisnęła, gdy ostry kamień wbił się w jej piętę. Przysunęła się do płotu i oparła o niego.

Kroki nie ucichły, dopóki nieznajomy nie zatrzymał się za nią. Ciepły oddech owionął jej kark. Drżenie rozpoczęło się od kolan, a potem objęło całe jej ciało. To tylko niewinny nieznajomy, który wyszedł od kumpla. Ale bała się go. Nie odezwał się ani słowem, mimo że zaskomlała z bólu. Wstrzymała oddech i usłyszała, jak wziął spokojny wdech i powoli wypuścił powietrze.

Żyłami Jade popłynęła adrenalina. Kobieta sapnęła i rzuciła się w stronę światła, lecz było już za późno. Z łatwością ją złapał. Chwycił w talii i rzucił na ziemię jak worek ziemniaków. Chciała krzyknąć, ale wielką dłonią zasłonił jej usta i nos, po czym wciągnął ją w ciemność. Zdarła naskórek na wleczonych po betonie stopach. Spojrzała za siebie. Położył sobie palec na ustach i powoli zdjął rękę z jej twarzy.

- Ty? - zapytała drżącym głosem. Dyszała i otworzyła usta, by ponownie krzyknąć, ale znów przyłożył dłoń w rękawiczce do jej warg, skutecznie ją uciszając.

Walcz. Musiała od niego uciec. Otworzyła usta, pragnąc zatopić zęby w jego dłoni, ale przewidział jej zamiar. Uderzył ją w skroń, przez co na chwilę ją zamroczyło, następnie z siatki wyjął kawałek folii. Przed oczami tańczyły jej mroczki, gdy ponownie starała się skupić wzrok na księżycu, którego blask był jedynym światłem, jakie dostrzegała. Wolną ręką przyszpilił ją do ziemi, unieruchamiając ją swoją masą.

Próbowała uwolnić ręce, złapać go za ubranie, przy czym cały czas myślała o córce. Pragnęła zapomnieć o tej nocy, wrócić do domu i tulić Lilly w urządzonej jak dżungla sypialni. Chciała zaciągnąć się zapachem córeczki, pogłaskać jej miękkie, kręcone włoski, przeczytać bajeczkę. Pragnęła wszystkiego, co miała jeszcze zaledwie kilkanaście dni temu. Dobra, wtedy nie wszystko było idealne, ale przecież perfekcja nie istniała i Jade miała tego świadomość.

Uwolniła rękę, chwyciła furtkę ogrodową i spróbowała się spod niego wysunąć, jednak pochylił się ku niej, gotowy do ataku.

- Przestań. Nie chcę cię zranić, ale idziesz ze mną - warknął.

Nie zamierzała nigdzie z nim iść. Wiedziała, że ją zabije. Otworzyła usta, by krzyknąć, ale płynnie zamachnął się drewnianym młotkiem i trafił ją w nos i policzek. Próbowała wrzasnąć, ale krew z rozbitego nosa spłynęła jej do gardła. Puściła furtkę, uniosła rękę i starała się wbić palce w jego twarz, gdy się odsunął. Nałożył jej jednak folię na głowę, wziął kolejny zamach i znów ją uderzył. W tej samej chwili zniknęły księżyc, gwiazdy oraz woń wilgoci. Usłyszała trzask i pod opuszczonymi powiekami rozbłysło światło.

Po policzku spłynęła jej łza, gdy z trudem wzięła swój ostatni oddech.

?

Rozdział 2

Komisarz Gina Harte słuchała cichego chrapania. Nie powiedziała mężczyźnie, że może zostać na noc. Im dłużej tu leżał, tym bardziej pragnęła, by wrócił do domu. Palce ją świerzbiły, by zepchnąć go z łóżka i nakazać wyjście. Naga i wkurzona leżała pod kołdrą, wpatrując się w ciemny pokój. Czas płynął. Zaraz będzie musiała stawić się niewyspana na posterunku. Zerknęła na telefon. Była niemal pierwsza w nocy.

Mężczyzna poruszył się, położył rękę na jej talii i przysunął się bliżej. To było dla niej zbyt wiele. Nie chciała tulić się na łyżeczkę z nieznajomym.

- Hej - rzuciła i ostrożnie nim potrząsnęła.

Zabrał rękę i przetarł oczy.

- Przepraszam, chyba mi się zasnęło. Coś ci powiem, masz bardzo wygodne łóżko. Miękkie i ciepłe, zupełnie jak jego właścicielka. - Pogłaskał ją po włosach, zamierzając pocałować. Obróciła głowę, przez co cmoknął ją w skroń. Zaczął całować ją po szyi i poczuła, że stanął mu pod kołdrą. Ale to nie miało się powtórzyć, nie z nim.

- Chyba powinieneś iść - szepnęła.

Nadal ją pieścił, wiódł dłońmi coraz niżej.

- Jesteś taka seksowna.

Kiedy chciał się na niej położyć, mocno go odepchnęła. Włączyła lampkę nocną i widziała, że złapał się kołdry, aby nie spaść z materaca.

- Ej. Trzeba było coś powiedzieć. Nie musisz się tak zachowywać. Chociaż to dość podniecające. Lubię babki, które potrafią mną rzucić przez pół sypialni.

- Mówiłam. Powiedziałam, że powinieneś wyjść, ale byłeś zbyt zajęty słuchaniem swojego penisa, by to do ciebie dotarło.

Wstał i zgarnął dżinsy z podłogi.

- Przepraszam, naprawdę nie usłyszałem. Zresztą myślałem, że świetnie się wczoraj bawiliśmy i nie zauważyłem, byś narzekała.

Może on dobrze spędził czas, ale Gina nie bardzo. Nie zajął się nią, jak powinien, i wątpiła, by naprawił to przy kolejnej okazji.

- Przykro mi. Nie lubię, gdy ktoś zostaje na noc. Wiesz, jak jest. Potrzebuję przestrzeni dla samej siebie. - To nie była do końca prawda. Nikt nie mógł równać się z jej szefem, inspektorem Chrisem Briggsem. Odkąd zarejestrowała się w serwisie Tinder, miała trzech kochanków, lecz żaden się nie wykazał.

"Wychodź częściej z domu. Zarejestruj się, a może będziesz się dobrze bawić" - powiedział jej Jacob, pokazując wszystkie kobiety, z którymi sparowała go aplikacja. Gina obserwowała, jak przesuwa palcem po ekranie i poczuła nadzieję, że jej również może się udać. Jacobowi się udawało, podchodził do sprawy na luzie. W jego towarzystwie wyśmiewała aplikację, wyrzuciła nawet z głowy myśl o niej, ale przez zimę czuła się samotna. Rzadko widywała się z córką i wnuczką, a po Bożym Narodzeniu i sylwestrze bez towarzystwa przyrzekła sobie, że zacznie szukać jakiegoś kompana. Briggs najwyraźniej dał sobie z nią spokój, spotykał się z niezliczonymi kobietami, choć żadna jego relacja nie zdawała się poważna. Gina musiała podjąć ten sam wysiłek. Znów o nim myślała - o przełożonym, z którym miała krótki, aczkolwiek namiętny romans. Utrzymywanie związku w tajemnicy stało się uciążliwe dla nich obojga, a już zwłaszcza dla Giny.

Kiedy ostatni poznany na Tinderze facet włożył bluzę przez głowę, zamarł i spojrzał na nią.

- Powiedziałem albo zrobiłem coś nie tak? Naprawdę mi się spodobałaś i myślałem...

- Słuchaj, nie zrobiłeś nic złego. Randka się udała. Kolacja była pyszna, sporo się śmialiśmy. Ale na tym koniec. Dziękuję, eee... - Pstryknęła palcami, próbując przypomnieć sobie jego imię. Wesoły wyraz twarzy mężczyzny przeszedł w grymas.

- Rex. Mam na imię Rex, Gino. Niezły z ciebie numer. - Podniósł leżący w kącie stos ubrań, zaczął rozrzucać pomięte bluzki po pokoju, najwyraźniej czegoś szukając. - Cholera, nie mogę znaleźć drugiego buta.

Gina włożyła szlafrok i wstała z łóżka.

- Rex, nie chciałam robić ci nadziei. Jesteś przyzwoitym facetem i... - W połowie zdania przerwał jej dzwonek leżącej na szafce nocnej komórki. - Komisarz Harte - odebrała i słuchała słów sierżanta Jacoba Driscolla.

- Komisarz? Niemożliwe! Gdzie mój drugi but? - dociekał Rex, gdy schylił się, by zajrzeć pod łóżko.

- Masz towarzystwo, szefowo? - zapytał Jacob.

- Cicho tam, Driscoll. Przyjadę najpóźniej za godzinę. - Rozłączyła się i wyjęła z szafy czarne spodnie. - Musisz już iść. Jadę do pracy.

Wyprostował się z butem w dłoni. Siwiejące brązowe włosy stały kępkami z tyłu jego głowy, przez co przypominał ananasa.

- Twoje sypialniane maniery pozostawiają wiele do życzenia. Nie wiedziałem, że pełnisz funkcję komisarza.

- Nie zdradzam za wiele na pierwszej randce. - Zapięła bluzkę, otworzyła drzwi i czekała, aż facet przez nie przejdzie.

- Odezwiesz się? Chciałbym ponownie się z tobą spotkać. Zadzwoń.

Zeszła za nim na dół, jakby chciała go popędzić. Czekało na nią miejsce zbrodni, więc nie miała czasu na flirty czy jakiekolwiek pogaduszki z mężczyzną, którego poznała zaledwie kilka godzin wcześniej.

- Zobaczymy - odparła z uśmiechem, po czym wypchnęła go za próg i zamknęła drzwi. Chwilę później usłyszała warkot odjeżdżającego samochodu. - Chociaż prawdopodobnie do tego nie dojdzie - powiedziała i wróciła na górę. Miała kilka minut na uczesanie zmierzwionych włosów, umycie twarzy i dotarcie na miejsce przestępstwa.

?

Rozdział 3

- Ach, komisarz Harte. Proszę za mną po płytach - powiedział zarządzający technikami kryminalistycznymi Bernard, prowadząc ją na tyły, gdy przez jej biały kombinezon przesączał się lekki deszcz. Zerknęła przez szczelinę w żywopłocie. Domy znajdowały się w pewnej odległości, co umożliwiło sprawcy bezpieczny atak w taki sposób, aby śpiący mieszkańcy niczego nie usłyszeli. Wciąż włączano nowe światła, gdy coraz więcej ludzi orientowało się, że coś się dzieje. Jeden z policjantów prawdopodobnie zaczął pukać do drzwi, żeby zapytać, czy ktoś coś widział lub słyszał.

Na końcu drogi migały kolorowe światła zaparkowanych radiowozów. Usłyszała, że otworzyły się drzwi i poczuła unoszący się w powietrzu dym z papierosa. Zaraz ktoś zacznie rozstawiać parawany, gapie wejdą na Facebooka i Twittera, by sprawdzić, co się tu stało.

Wsunęła bluzkę do spodni, z kieszeni wyjęła gumkę, aby związać w kucyk wilgotne, kręcące się włosy. Myślami wróciła do bałaganu, który zostawiła w domu. Miała pewność, że Rex wyłapał aluzję i więcej nie spróbuje się z nią skontaktować. Nie wątpiła również w to, że nie chce niczego z nim powtarzać. Samotność wydawała się korzystniejsza w zestawieniu z bezsensownymi, niesatysfakcjonującymi spotkaniami.

Technicy ustawili ścieżkę z płyt na niewielkim pasie trawy oddzielającym chodnik od plątaniny krzaków i drzew. Słyszała odgłosy sporadycznie przejeżdżających w oddali ciężarówek, sunących w kierunku pobliskiej dzielnicy przemysłowej. Aby nadążyć za Bernardem, musiała niemal biec. Wysoki wzrost i szczupła sylwetka mężczyzny sprawiały wrażenie, że szedł spokojnie. Jednak każdy jego długi krok równał się trzem kroczkom Giny.

Obserwowała, jak technicy ustawiają reflektory, inni rozkładają namiot, choć zważywszy na mżawkę, na to było już nieco za późno. Pomocnik Bernarda, Keith, pisał na podkładce, okrążając ciało. Asystentka Jennifer wszystko fotografowała. Światło z przenośnych halogenów migotało, gdy przelatywały przez nie owady. Gina uniosła taśmę i weszła na miejsce zdarzenia. Keith podał jej kombinezon, który pospiesznie włożyła na ubranie, a następnie nasunęła ochraniacze na buty i naciągnęła rękawiczki.

Spojrzała na zwłoki. Policzek i nos rozbite na miazgę, włosy posklejane krwią, widoczne zadrapania na nogach. Ciemna, prosta sukienka, którą miała na sobie ofiara, została rozdarta aż do pasa, lecz bielizna wydawała się nienaruszona. Kobieta nie miała na stopach butów. Gina rozejrzała się i zauważyła jedną szpilkę na tle płotu, drugą w niewielkiej odległości od pierwszej. Obcas był dość spory. Dostrzegła również obrączkę na palcu kobiety. Ktoś musiał za nią tęsknić. Zamknęła oczy, starając się skupić na krwawym obrazie twarzy kobiety, ale opuszczenie powiek na niewiele się zdało.

- W porządku, szefowo? - zapytał sierżant Jacob Driscoll, gdy podszedł do niej od tyłu, i zaczął ubierać się w kombinezon.

- Bywało lepiej. Ktokolwiek to zrobił, zachował się jak zwierzę.

- To niesprawiedliwe w stosunku do zwierząt, szefowo.

- Masz rację. Nie zauważyłam, kiedy przyjechałeś. - Gina wsadziła kosmyk włosów pod kaptur, a Jacob zapiął swój kombinezon.

- Zaparkowałem na drugim końcu ulicy i przyszedłem. Musiałaś odlecieć myślami na inną planetę, gdy się zbliżałem.

- Przez chwilę sądziłam, że jestem gdzie indziej, ale nie. Jakiś człowiek dokonał tego okrucieństwa, a my musimy go dopaść. - Przełknęła ślinę i spojrzała w dal. - Mamy świadków?

Jacob uniósł głowę i wskazał na chodnik.

- Ciało znalazła kobieta, która wyprowadzała w nocy psa na spacer.

Gina przyjrzała się świadkini, która stała z psem z boku i rozmawiała z posterunkowym Smithem.

- Świetnie. Za minutę się nią zajmiemy.

- Zdecydowanie trzeba jej czasu. Kiedy przechodziłem, wymiotowała do rowu. Rozumiem już dlaczego. - Jacob wpatrywał się w ciało, następnie odwrócił wzrok i pokręcił głową.

Bernard powiedział kilka słów do swojej ekipy, po czym wrócił do Giny i Jacoba.

- Możesz przedstawić nam swoje wstępne obserwacje? - poprosiła.

Podrapał się po brodzie i spojrzał jej w oczy.

- Została uderzona tępym narzędziem o płaskim końcu, powiedziałbym, że metalowym lub drewnianym młotkiem. Ciągnięto ją po chodniku. Jak widzicie, ma zdarty naskórek na stopach, wstępne badania terenu ujawniły ciągnącą się z tamtej strony krew. - Gina spojrzała we wskazanym kierunku, w którym uliczka się zwężała. Deszcz zelżał, a następnie ustał. - Wydaje się również, że brakuje jej pukla włosów, cięcie wykonano starannie, ostrymi nożyczkami. I brak jej również paznokcia. Będziemy szukać, ale do tej pory mamy tylko to. Zaczęliśmy pracę niedługo przed twoim przyjazdem.

- Jakiś pomysł w kwestii czasu zgonu?

- Na pierwszy rzut oka doszło do niego niecałe dwie godziny temu.

- Czy miała przy sobie coś, co pomoże w jej identyfikacji? - zapytała Gina.

- Nic nie znaleźliśmy. Sprawdziliśmy jej płaszcz. Zawartość kieszeni została spakowana do torebek dowodowych. Ale były to tylko klucze. O, pod kątem, w którym leży ciało, tego nie widać, ale na kostce ma wytatuowanego motylka. Wydaje się, że przeszła przynajmniej jedną sesję laserem, ale rysunek nie do końca usunięto.

Gina poczuła ciarki na karku, gdy wyobraziła sobie zabójstwo. Zamknęła oczy i starała się poukładać sekwencję wydarzeń. Kobieta wracała w szpilkach z klubu czy od przyjaciółki. Może była na randce. Jednak w pobliżu nie ma żadnych barów. Kiedy szła w mroku, usłyszała, że ktoś za nią idzie. A może napastnik szedł wraz z nią? Może odprowadzał ją do domu? A może to nieznajomy, który dostrzegł ją, gdy była sama, poszedł za nią i wykorzystał sposobność do ataku? Użyto broni. Miał ją przy sobie? Jeśli tak, napaść nie była spontaniczna. Dlaczego akurat ona? Musiała wiedzieć, kim jest ofiara. Technik szturchnął ją nieco, kończąc rozstawiać namiot i zakrywając denatkę przed wzrokiem wścibskich obserwatorów. Gina była pewna, że żaden tak naprawdę nie chciał widzieć, co stało się w ich bliskim sąsiedztwie.

- Dobra, chodźmy pogadać z naszą świadkinią. - Jacob naciągnął kaptur, wyszedł za taśmę i poprowadził ją po płytach.

Kobieta wyglądała na około czterdziestkę. Opierała się o ścianę budynku, a chart czekał cierpliwie tuż przy jej nodze, nieświadomy dyskomfortu właścicielki. Posterunkowy Smith stanął przed roztrzęsioną kobietą, wychodząc im naprzeciw.

- Szefowo, pani nie czuje się najlepiej. Sanitariusze stwierdzili u niej szok. Powoli dochodzi do siebie, ale jej stan nie jest dobry. Zajmuje mieszkanie w bloku przy końcu drogi, opiekuje się chorą matką, więc posłaliśmy tam kogoś, by zajął się staruszką, abyśmy mogli panią przesłuchać. Nasi ludzie pukają również do okolicznych domów, sprawdzając, czy ktoś czegoś nie widział.

Gina spojrzała na sanitariusza sadzającego w wózku kobietę z przylepionymi do czoła włosami i zaszklonymi oczami. Wyglądała dokładnie jak ktoś, kto znalazł zmasakrowane ciało.

- Jak ma na imię?

- To Vicky Calder, lat czterdzieści dwa. - Smith zapiął odblaskową zieloną kurtkę i odsunął się na bok.

Gina podeszła i przykucnęła przed kobietą.

- Vicky? Mogę zwracać się do pani po imieniu?

Blada kobieta otarła mokre oczy i popatrzyła na Ginę. Pokiwała głową.

- Wyprowadzałam Sprintera, mojego psa, i...

Gina zauważyła, że kobieta drży.

- Sierżancie Driscoll, proszę podać koc lub inne okrycie.

Jacob przytaknął i poszedł do karetki, zaraz wrócił z folią termoaktywną. Gina otuliła nią nogi kobiety.

- Dziękuję.

- Zdołasz mi powiedzieć, co tu zaszło, Vicky? Musimy dorwać tego, kto to zrobił.

Ponownie pokiwała głową i odchrząknęła.

- Przeniosłam się do mieszkania mamy i kiedy pies musi wyjść, wyprowadzam go na spacer. Normalnie ostatni raz wychodzę z nim koło dwudziestej trzeciej, ale dziś piszczał, dając znać, że chce raz jeszcze. Zarzuciłam kurtkę, pomyślałam, że prędko obejdę ulicę i...

- Dobrze ci idzie, Vicky. Co było dalej?

Kobieta pokręciła głową i załkała.

- Zaczął padać deszcz, więc przyspieszyłam - urwała. - Był tam, gdy weszłam na tę ulicę. Widziałam ciemną sylwetkę, która pochyliła się i zaczęła ciągnąć ją po chodniku. Nie mogłam się ruszyć ani krzyczeć. Usłyszał mnie jednak, puścił ją i uciekł. Chwilę później słyszałam, że uruchomił silnik i odjechał. To mogłam być ja. Przechodziłam tamtędy ze Sprinterem zaledwie kilka minut wcześniej, więc to mogłam być ja...

Gina zapamiętała, że opisywała napastnika jako faceta.

- To na pewno mężczyzna?

Vicky przytaknęła.

- Poruszał się jak mężczyzna, był krępej budowy. W mroku tylko to zdołałam dostrzec. Zamarłam, ale pies nie przestawał węszyć, a ten ktoś go usłyszał i zauważył też mnie. Uciekł, kiedy tylko zorientował się, że nie jest sam.

- O której to było?

- Nie pamiętam. Nie patrzyłam na zegarek, gdy wychodziłam z mieszkania. O północy przeglądałam Facebooka, więc musiało być później.

Ginie nogi zaczęły cierpnąć, ale nie zmierzała się podnosić. Musiała sprawić, by Vicky nadal mówiła.

- Pamiętasz coś jeszcze?

Pokręciła głową, szczękając zębami, gdy próbowała sobie przypomnieć. Jacob zdjął kurtkę i zarzucił jej na ramiona.

- Proszę. To powinno zapewnić pani nieco ciepła.

Na ulicy pojawiła się para gapiów w szlafrokach.

- Moglibyście państwo przynieść coś gorącego do picia?! - krzyknęła do nich Gina.

Pokiwali głowami, kobieta wróciła do domu, zostawiając męża na ulicy, by dowiedział się czegoś więcej. Jeśli mieszkańcy chcieli tu być, nie mogła im tego zabronić, ale przynajmniej mogła ich do czegoś wykorzystać.

- Wróćmy do napastnika, możesz go opisać?

Vicky pokręciła głową.

- W mroku dostrzegłam jedynie, że był wyższy ode mnie. Ale mam metr pięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu.

Gina spojrzała na chodnik, gdy zmęczone kolana zaczęły jej drżeć. Zapewne większość ludzi jest wyższa od tej kruszyny. Jak dotąd wiedziała, że napastnik to mężczyzna wyższy niż półtora metra.

- Nie powiem nic więcej. Nic nie wiem. Czy tej kobiecie nic się nie stało? Przeżyje?

Gina wstała. Dłużej nie była w stanie kucać.

- Bardzo mi przykro, ale kobieta, którą pani znalazła, nie żyła, gdy pojawił się radiowóz.

Vicky otarła oczy.

- Tak mi się wydawało. Miałam jednak nadzieję...

Wróciła sąsiadka z kubkiem czegoś parującego. Gina podziękowała jej i podała naczynie Vicky.

- Proszę. Upij kilka łyków, rozgrzeje cię. - Skinęła głową na sanitariuszy, by wrócili, żeby jej pomóc. Vicky zdjęła kurtkę Jacoba i ją oddała.

- Będziesz musiała złożyć formalne zeznanie. Za chwilę odprowadzi cię do domu jeden z policjantów. Porozmawiasz z nim? - zapytała Gina.

- Zrobię wszystko, byście złapali drania, który zabił tę biedaczkę.

- Weź moją wizytówkę. Zadzwoń, jeśli cokolwiek sobie przypomnisz.

Gina obróciła się w kierunku miejsca zbrodni, bo szybkim krokiem zbliżał się do nich Bernard.

- Znaleźliśmy torebkę!

?

Rozdział 4

Jacob wjechał w ślepą uliczkę, na zakręcie której wznosiły się budynki. W żadnym domu nie paliło się światło, wliczając ten, który musieli odwiedzić.

- Zauważyłeś coś? - zapytała Gina, gdy zaciągnął hamulec ręczny i zgasił silnik.

Jacob przeciągnął palcami po krótkich, brązowych włosach, wpatrując się w domostwo.

- Nikt na nią nie czeka. Ciemno w środku.

- Zgadza się. Albo nikogo nie ma, albo mieszkańcy śpią, ale tak czy inaczej nikt nie martwi się, że Jade nie wróciła na noc. Miała w torebce w pełni naładowaną i zdatną do użycia komórkę. Nikt nie zadzwonił, by sprawdzić, czy jest bezpieczna. Może przesadzam i mąż z jakiegoś powodu nie spodziewał się jej szybkiego powrotu, ale jest prawie czwarta w nocy. - Gina powachlowała dłonią przed twarzą i odetchnęła głęboko. - Nikt nie zrobi tego za nas. Chyba lepiej, jeśli weźmiemy się w garść i przekażemy złe wieści.

Przeszli podjazdem i zapukali do drzwi. Zapaliło się światło w sypialni. Nasłuchiwali kroków na schodach.

- Zapomniałaś kluczy? - zagrzmiał męski głos, po czym drzwi zostały otwarte i stanął w nich gospodarz odziany jedynie w obcisłe bokserki. Wyraźnie nie wstydził się swojego ciała. Jacob spojrzał na jego wyrzeźbiony tors, po czym przeniósł wzrok na ścianę.

- Komisarz Harte i sierżant Driscoll. Pan Ashmore? - Gina pokazała legitymację.

- Coś się stało? - Mężczyzna przeczesał palcami gęste blond włosy, po czym pogłaskał się po wypielęgnowanej brodzie.

- Wyjaśnię, jeśli wpuści nas pan do środka. - Gina nie chciała mówić mu w drzwiach, że odnaleziono ciało jego żony.

Odsunął się na bok i gestem zaprosił ich do kuchni.

Ginie serce szybciej zabiło, gdy szła za nim korytarzem do otwartego pomieszczenia. Krew odpłynęła jej z twarzy.

- Zechce pan usiąść, panie Ashmore?

- Nie, chyba nie. Proszę mi powiedzieć, co się dzieje.

- Obawiam się, że przynosimy złe wieści. Na tyłach Gilmore Close doszło do napaści, jesteśmy przekonani, że na pana żonę, Jade Ashmore. Bardzo mi przykro.

Mężczyzna zakołysał się lekko. Jacob odsunął jeden z wysokich stołków, a gospodarz na niego opadł.

- To nie może być ona. Mylicie się.

- Wiem, że to trudne, panie Ashmore. Czy powinniśmy do kogoś zadzwonić? Czy wezwać kogoś do pana? - W domu panowała cisza. Gina zastanawiała się, czy ktoś jeszcze był na górze. Wiedziała, że małżeństwo ma dziecko.

- Kto, do cholery, mógłby na nią napaść? Jesteście pewni, że to ona?

- Czy Jade ma tatuaż?

Sapnął, zakrył twarz dłońmi, następnie wstał i zaczął chodzić po kuchni.

- Motylka na kostce. Nie podobał się jej i chciała go usunąć.

- W takim razie to ona, panie Ashmore. - Gina widziała prawo jazdy Jade, które znaleziono w jej torebce. Nieuszkodzona strona twarzy pasowała do zdjęcia. Potwierdzenie tożsamości stanowiło jedynie formalność. - Bardzo mi przykro, ale pana żona nie żyje...

- Jak do tego doszło? Czy miała jakiś wypadek?

Gina pokręciła głową, gdy żołądek jej się skurczył. Przed oczami stanęło jej ciało kobiety i obrażenia na jej twarzy.

- Naprawdę bardzo mi przykro. Została napadnięta i nie przeżyła. - Nie chciała opowiadać o brutalności napastnika, który ją zamordował. - Potrzebne nam są informacje, dokąd udała się wczoraj wieczorem i gdzie pan wtedy przebywał.

Gospodarz zatrzymał się przy rozsuwanych, przeszklonych drzwiach i spojrzał na własne odbicie. Kopnął krzesło ustawione przy sześcioosobowym stole, rycząc, a potem otarł załzawione oczy.

- Co mam powiedzieć córce? - zapytał, gdy usiadł przy krawędzi blatu i pokręcił głową. - Jak ktoś mógł ją zabić? Nie skrzywdziłaby nawet muchy.

Gina nie chciała go przepytywać, ale musiała wiedzieć, gdzie był w nocy, aby śledztwo nabrało tempa. Nie mogli z tym czekać. Zaschło jej w gardle.

- Zrobić panu coś do picia?

Pokręcił głową.

- A czy ja mogę nalać sobie szklankę wody? - zapytała i podeszła do zlewu.

Przytaknął.

- Nie wierzę, że Jade nie żyje. - Zacisnął dłonie w pięści i zaczął się trząść.

Jacob stał przy drugim końcu stołu, nie wiedząc, co dodać. Gina wypiła wodę i dostrzegła swoje odbicie w oknie. Starała się jednak skupić na tym, co widzi za szybą. Na tle ciemnego ogrodu widziała zakrwawioną twarz kobiety z dziurą z prawej strony - tam, gdzie niegdyś znajdowało się oko. Zobaczyła matkę, która nigdy nie wróci do dziecka. Zaczęły drżeć jej dłonie. Odstawiła szklankę na ociekacz, nim wylałaby jej zawartość. Nastał chłodny poranek. Przepytanie męża nie miało być łatwe.

- Panie Ashmore, mógłby mi pan powiedzieć, dokąd wieczorem poszła pana żona?

- Byliśmy u znajomej, Dawn. - Mężczyzna wziął koc, usiadł przy stole i się okrył.

- Może nam pan podać nazwisko i adres pani Dawn?

Pokiwał głową, wziął do ręki komórkę i zaczął w niej szukać.

- Nazywa się Brown, mieszka przy Houston Close dwadzieścia siedem. To jeden z tych dużych domów na nowo wybudowanym osiedlu, zaledwie kilka ulic stąd. - Grzbietem dłoni otarł nos.

- Wiem, że to trudne, ale musimy złapać tego, kto zabił pana żonę. Zebranie informacji w tej chwili...

- Nie musi mi pani tłumaczyć. Wiem. Chcę, żeby złapano tego, kto to zrobił. - Otarł kącik oka.

Gina usiadła naprzeciwko niego przy stole.

- O której zjawiliście się u znajomej?

- Około osiemnastej trzydzieści. Jeśli zna się okolicę, można dotrzeć na miejsce w kilka minut. Poszliśmy pieszo.

Gina zauważyła, że Jacob zaczął notować, ołówek szurał po papierze, przez co niemal się skrzywiła.

- Proszę powiedzieć, co było później.

- Przyszliśmy pierwsi, w domu przebywała tylko gospodyni. Kilka minut później przyszedł Steven ze skrzynką piwa i wina. Potem pojawiły się dwie kolejne pary. Nie znam tych ludzi, więc nie za wiele wam o nich powiem. Pamiętam jedną młodą kobietę o imieniu Aimee. Widywałem ją w okolicy z chłopakiem. Też mieszkają gdzieś niedaleko. Chyba wszyscy byli z sąsiedztwa, bo przyszli pieszo. Nie pamiętam, o której godzinie dotarli. Siedzieliśmy z Jade w salonie i rozmawialiśmy. Byliśmy zdenerwowani.

- Zdenerwowani?

- Tak. Nie znaliśmy nikogo oprócz Dawn. Zawsze jest nerwowo, gdy spotykają się nieznajomi. Jade była nieco spięta. Nie jest za bardzo towarzyska, woli siedzieć w domu i oglądać filmy. Zachęcałem, by poszła ze mną na imprezę, myślałem, że wyjdzie nam to na dobre. Po czasie okazało się, że dobrze się bawiliśmy. Pary podzieliły się, ludzie rozmawiali. Niektórzy wychodzili do ogrodu zapalić.

- Wrócił pan do domu sam?

Mężczyzna nadal grzebał w telefonie. Gina widziała, że chciał coś zataić.

- Ostatnio nam się nie układało. Wie pani, stagnacja. Jade marudziła, że chce wracać. Kilka razy dolewałem jej do kieliszka i prosiłem, żeby nie psuła mi wieczoru. Jak zawsze kazała mi się odwalić. Wkurzyłem się. - Po jego policzku spłynęła łza. - Wyraźnie była zła. W każdym razie też trochę wypiłem i około dwudziestej trzeciej trzydzieści powiedziałem, że wracam, i ją tam zostawiłem.

To Jade chciała iść do domu, mimo to pierwszy wyszedł Noah. Ginie wydało się to trochę dziwne. Wyobraziła sobie rozbawioną winem kobietę, która niezbyt często piła alkohol, rozmawiającą z nieznajomymi. Czy pani Ashmore starała się pokazać mężowi, że zdoła się dobrze bawić bez niego?

- Wrócił pan prosto do domu?

- Nie, wyszedłem i przez chwilę rozmawiałem z Aimee. Przeszliśmy pod las, gdzie ją zostawiłem. Chyba wykorzystałem ją, by się nieco wyciszyć. Kobieta wychwyciła napięcie pomiędzy Jade a mną.

- Proszę mi to jeszcze raz wyjaśnić. Wyszedł pan o dwudziestej trzeciej trzydzieści i poszedł pan pod las. Czy to ten, który wychodzi na Houston Close?

Przytaknął i splótł palce.

- Jak długo pan tam był?

Wzruszył ramionami.

- Chyba z pół godziny.

Sporo, jak na rozmowę z kimś, kogo dopiero poznał. Jacob wszystko to zapisywał. Zerknął na nią.

- Co było dalej?

- Poszedłem do domu, poleciłem opiekunce skończyć pracę i położyłem się spać. Założyłem, że Jade wróci, gdy udowodni swoje racje.

- Swoje racje?

Uniósł ręce, koc na jego ramionach wyglądał jak skrzydła.

- Że jest w stanie dobrze się bawić. - Opuścił dłonie na kolana.

- Przykro mi, panie Ashmore. Wiem, że to trudne, ale bardzo nam pan pomaga. Proszę mi powiedzieć, o której dotarł pan do domu i o której wyszła opiekunka? Musimy też poznać jej dane.

- Tiffany wyszła jakieś dwadzieścia, trzydzieści minut po północy. Dotarłem do domu, zapłaciłem jej i poszła. Mieszka kilka domów dalej. Studiuje pedagogikę wczesnoszkolną i kocha naszą czteroletnią Lilly.

- Pod którym numerem mieszka?

Spojrzał na nią załzawionymi oczami.

- Poważnie?

- Tak, panie Ashmore. Musimy wiedzieć, gdzie mieszka.

Wstał, przeszedł do salonu i wyjrzał przez okno.

- Nie znam numeru, ale zajmuje budynek dwa... trzy domy na prawo. Mieszka z ojcem. Nie musicie jej teraz niepokoić, prawda?

Gina spojrzała na Jacoba i skinęła głową, kiedy Noah Ashmore wrócił do salonu.

- Obawiam się, że niestety musimy.

- Ale ona o niczym nie wie. Pilnowała dziecka, po czym wróciła do siebie.

- To, co się stało, to, jak się pan domyśla, bardzo poważna sprawa - napomniała go Gina, na co się wzdrygnął.

- Bez jaj. Nie musi mi pani mówić. Zginęła moja żona, choć wcześniej nam się nie układało i się posprzeczaliśmy. Będę musiał z tym żyć. Ostatnie wspomnienie będzie dotyczyło tego, że była na mnie zła. Umarła wkurzona na mnie! A mamy córkę. Co mam zrobić? - Sytuacja przytłoczyła go na tyle, że zgarbiony opadł na krzesło i próbował stłumić szloch.

- Tatusiu?! - zawołała dziewczynka. Na schodach dało się słyszeć pospieszne kroki i zza rogu wychynęła zaspana czterolatka. Noah odetchnął i odwrócił głowę, niezdolny kontrolować emocji. - Co to za ludzie, tatusiu?

Mężczyzna otarł twarz i odwrócił się do córki, po czym wziął ją na ręce i mocno przytulił.

- Na pewno nie wezwać kogoś, kto by panu pomógł?

Pokręcił głową.

- Muszę przez chwilę pobyć z córką. Później zadzwonię do rodziny. Proszę, złapcie tego, kto to zrobił.

Gina przytaknęła.

- Zostawię panu wizytówkę, gdyby coś sobie pan przypomniał. Zadzwonimy później, by umówić się z panem, bo musi pan złożyć formalne zeznanie. Czy ma pan może zdjęcie żony, które mogłabym zabrać? Wkrótce wydamy oświadczenie i będziemy się z panem kontaktować, jeśli poznamy jakieś nowe informacje.

Przytrzymał córkę jedną ręką, pochylił się i drugą otworzył szufladę. Wyjął niewielki album, położył go na stole, następnie przewrócił trzy strony.

- Proszę wziąć to. Lubiła je. - Postawił córkę na podłodze, gdy Gina wysunęła fotografię zza folii. - Dla mnie i dla tej małej znajdźcie tego, kto to zrobił - powiedział, zasłaniając dziecku uszy. - Tatuś zaprowadzi cię teraz do pokoju, dobrze?

Gina wyszła z budynku z mocno ściśniętym żołądkiem.

- Nienawidzę tego w tej pracy. Nienawidzę!

- Myślisz, że o czymś nam nie powiedział? Coś kręcił, gdy wspomniałaś o opiekunce. - Jacob przewrócił stronę w notesie.

- Wiem, o co ci chodzi.