Dom Kier - Skyla Arndt
41.90 zł
34.78 zł
(41,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Nie przybyłam do Akademii Harta po wart czterdzieści tysięcy dolarów dyplom ukończenia szkoły średniej, ale coś mi mówi, że określenie "zemsta z zimną krwią" źle by wyglądało na eseju rekrutacyjnym. Na pewno nie wysłaliby mi broszury, gdyby wiedzieli o mojej chęci domalowania dyrektorce zeza czarnym markerem.
Przyklejam do twarzy wyćwiczony przed lustrem uśmiech i zakopuję swoją zemstę dwa metry pod ziemią. Odkopię ją później, ale na razie muszę wyglądać jak każda inna doskonale przystosowana, bardzo podekscytowana maturzystka. Mogłabym przynajmniej udawać, że jestem szczęśliwa, prawda? Stoję u bram cr?me de la cr?me szkół z internatem: bogatej akademii w północnej części stanu Nowy Jork, do której zamożne od dekad rodziny co jesień oddają swoje dzieci. Każdy na moim miejscu byłby wniebowzięty, że może tu być. No, prawie każdy. Moja mama ma na sobie identyczną parę trampek i jedyne, co robi, to wydmuchuje nos w chusteczkę.
- Obiecałam sobie, że się nie rozpłaczę - mówi, płacząc.
Robi to cały ranek. Zaczęło się po dziesiątym uśpionym alarmie i trwało przez całą trzygodzinną jazdę samochodem. Mapy Google nie mogły nic wtrącić, bo matka bełkotała w kierownicę.
Podaję jej ostatnią chusteczkę z paczki. Przerobiłyśmy ich już kilka.
- Będę dzwoniła codziennie wieczorem.
Przyjmuje ją ode mnie i po raz ostatni głośno wydmuchuje nos.
- No ja myślę! Och, Violet, tak bardzo się o ciebie martwię. Zapakowałaś swój gaz pieprzowy, prawda? - szepcze zdecydowanie za głośno. - Wiesz, że nie ufam bogatym dzieciakom... Ich rodzice mają dobrych prawników. Wszystko może im ujść na sucho.
Boże, coś o tym wiem.
Dla dobra matki rozciągam ten wymuszony uśmiech jeszcze szerzej. Zaczyna mnie to drażnić.
- Tak, mamo. Jest w przedniej kieszeni torby.
- A twój mały gwizdek? - naciska.
- Tak, mamo. Mam go przy kluczach.
- A co z...?
- Mamo, zaufaj mi, wszystko wzięłam. Naprawdę muszę pokazać ci moją zalaminowaną listę z rzeczami? - Odwracam się, żeby ją wyciągnąć. Każdy punkt w spisie (choć krótkim) był sprawdzany i odhaczany kilka razy. Gdyby to zależało od mamy, wrzuciłaby do walizki niedopasowaną parę skarpetek, stary koc, który miałam jako pięciolatka, i nic więcej, bo zbyt pochłonęłoby ją ryczenie.
- Och, Violet, kiedy ty tak dorosłaś?
Prawdopodobnie w wieku ośmiu lat, kiedy spłukany były partner mamy rozbił butelkę piwa o ścianę, a ja spędziłam resztę nocy w swoim pokoju, planując naszą misterną ucieczkę.
- Jestem całkiem pewna, że taka się urodziłam.
Parska z niezadowoleniem, ale się nie kłóci.
- Przestań się tyle martwić. No weź, czy ten widok nie zapiera tchu w piersiach? Wygląda dokładnie tak jak na stronie.
Tym razem nie kłamię. Widok zapiera dech w piersiach, ale jednocześnie czuję, że kompletnie i całkowicie tu nie pasuję. Naszemu domowi w parku przyczep kempingowych daleko do gotyckiej, szarej, kamiennej biblioteki; Ford Fiesta odstaje jak bolący kciuk na tle rzędu eleganckich, opancerzonych samochodów.
- Wiesz, że ta szkoła pojawiła się w magazynie "Przegląd Architektoniczny"?
Wskazuję na budynek obok nas. Wielka Sala rozpościera się w kształcie czworoboku niczym śpiąca bestia, której ogromne ciało ozdobiono piaskowcem, a wykuszowe okno jak oko wpatruje się w dziedziniec przed nami. Studenci przeciskają się przez jej łukowate żebra, z torbami przewieszonymi przez plecy i telefonami w dłoniach. Nie winię ich; każdy centymetr przestrzeni prosi się o uwiecznienie na płótnie. Jest pięknie. Idealnie. To miejsce otwartego śledztwa w sprawie morderstwa. A przynajmniej powinno nim być.
- No chodź - popędzam, pociągając mamę w głąb miejsca zbrodni.
Już prawie go nie przypomina. Zamiast policyjnej taśmy i kredowych obrysów są waty cukrowe i balonowe zwierzątka, a wysoko na dereniach powiewa transparent: "WITAJCIE Z POWROTEM, UCZNIOWIE!". To pokaz ekstrawagancji - koszmar konfetti, różanych topiarów i sneakersów Golden Goose1.
Nic w tym miejscu nie krzyczy "rok temu zginęła tu dziewczyna", nie widać żadnych żałobnych strojów ani porozrzucanych po terenie upamiętniających ją zdjęć. Śmierć mojej najlepszej przyjaciółki została zatarta na czas - idealnie przed rozpoczęciem zajęć. Dyrektorka Lockwell i jej rodzina o to zadbali.
- Oooch, możemy pójść to obejrzeć? - Głos mamy sprowadza mnie na ziemię. Przerywa zmęczonemu gestorowi, zanim ten zdąży wyrzucić pogniecioną mapę do kosza. Wygładzając pomarszczony papier, wskazuje na sam środek. - Boże, Vi, no dobrze, przyznam ci jedną rzecz: To miejsce jest wyszukane. Mają przepisowy kort tenisowy i basen wielkości olimpijskiej, i...
Delikatnie wchodzę jej w słowo:
- Nie mamy czasu zobaczyć basenu, mamciu. Musimy dotrzeć na spotkanie adaptacyjne dla nowych uczniów. Jesteśmy aż tu, a w pięć minut musimy dostać się tutaj.
"Tutaj" jest wciśnięte pomiędzy Wielką Salą a Biblioteką Fitzpatricka-Wallace'a. "Tutaj" lśni w oddali niczym sygnał stanowiący początek podróży przez rozciągającą się rodzinę zielonych pagórków.
Prycha jak dziecko, które zostało skarcone, ale się nie upiera. Zamiast tego podąża za mną, kiedy przeciskam się przez tłum. Brak pieniędzy rekompensuję z nawiązką fałszywą pewnością siebie. Mój energiczny chód jest efektem lat pracy w obsłudze klienta - ramiona do tyłu, broda w górze, skrzyżowane ręce. Chodzi o to, żeby świat uwierzył, że jesteś silniejsza niż w rzeczywistości, i nie zdołał cię zmiażdżyć ani wypluć.
Chociaż, szczerze mówiąc, czuję się teraz jak wyżuta guma do żucia. Ale tym razem nie wynika to z kwestii pewności siebie, lecz z mocno grzejącego słońca.
Mama się zatrzymuje, żeby otrzeć kroplę potu z czoła. Nad naszymi głowami na trejażu widnieje napis "MAŁY OGRÓD". Przestrzeń wokół nas to krwawiące płótno kolorów: jaskrawożółtych nagietków, łodyg tojadu purpurowego i różowej waleriany, kęp maków oraz grządek piołunu. Wszystko to ukryte jest wśród starannie rozmieszczonych krzewów.
- Och, Violet, zatrzymajmy się tu na chwilkę. Chcę ci zrobić urocze zdjęcie na tle fiołków2 - mówi, jakby był to genialny, oryginalny pomysł, a nie coś, co robimy, odkąd się urodziłam. - Masz, potrzymaj, ja muszę poszukać telefonu.
Podaje mi tą pomiętą, śmieciową broszurę, a ja przelatuję wzrokiem po zgięciach, podczas gdy ona szpera w torbie. "Ufundowany dzięki hojnej darowiźnie absolwenta Mały Ogród to starannie dobrana kolekcja dzieł Shakespeare'a. To ulubione miejsce wielu na kampusie. Często można spotkać tu studentów oraz pracowników rozkoszujących się pięknem..."
Przestaję czytać, gdy strona zostaje ochlapana czerwienią.
...Krew?
Sama myśl o niej sprawia, że płuca mi się zaciskają, a umysł pędzi w makabryczną przeszłość z prędkością stu kilometrów na godzinę. Mknie do chwili, gdy u stóp szkolnej wieży zegarowej znaleziono moją przyjaciółkę - połamaną, a pod nią znajdowała się ciemna kałuża wsiąkająca głęboko w korzenie.
Jej ciało nawet nie zdążyło ostygnąć, gdy opublikowano komunikat prasowy. Dyrektorka Lockwell wydała coś, co można określić jedynie mianem tragicznej gry Mad Libs3 z nazwiskiem Emoree Hale wciśniętym w puste miejsca. Tego dnia zrozumiałam, że za odpowiednią cenę każdy może zmienić treść historii. "Tragiczny upadek" stał się "celowym skokiem" i jeden po drugim wszyscy przejęli wersję, że Em zamierzała tamtego dnia umrzeć.
Wszyscy oprócz mnie. Bo ja wiem, że nie skoczyła. Została zepchnięta. A co do mordercy? To nie mógł być nikt inny, jak najstarszy syn dyrektorki, Percy Lockwell.
Warczę na to wspomnienie i przeciągam lepkim palcem po stronie. Właśnie gdy myślę, że zemdleję, czuję zapach wiśniowego nadzienia. To nie krew, tylko kapiący dżem.
- Sorry! - Jakaś dziewczyna przeciska się obok nas, rzucając od niechcenia przeprosiny, i nieporadnie balansuje w dłoniach pączkiem z galaretką.
Nieznajoma jest równie dezorientująca jak otaczający ją świat - jej strój to eklektyczna mieszanina materiałów, wytrącająca mnie z otępienia. Nie mogę się powstrzymać od szacowania kosztów - to ten typ niedopasowanego stroju, na który można sobie pozwolić tylko przy nieziemskiej dawce pewności siebie i zasobnym portfelu. Kwiatowy wzór siateczkowego topu nie ma nic wspólnego z pasiastą spódnicą, a spódnica nie ma nic wspólnego z przypadkowym krawatem luźno zarzuconym na szyję. Do tego dochodzą okulary nabijane ćwiekami i ostre jak nóż kolczyki. Nic z tego nie współgra ze sobą, a jednak do niej pasuje.
Gdy mierzy mnie szybkim spojrzeniem, nagle zauważam plamę na swoim rękawie. Może mogłabym udawać, że to jakiś rodzaj awangardy.
- O mój Boże! Czekaj, ty jesteś Violet Harper? - pyta w połowie wgryzania się w pączek.
Mama patrzy to na mnie, to na nią, niezbyt subtelnie próbując wyczuć powiązanie. Tymczasem Pączkowa Laska grzebie w swoich rzeczach. Otwiera torbę, ukazuje aparat wart więcej niż kilka moich organów wewnętrznych, ale odsuwa go na bok i sięga po równie drogi telefon. Po serii kliknięć otwiera portal studencki i wyświetla moje zdjęcie. Wyglądam na nim jak "spragnione słońca wiktoriańskie dziecko z fabryki". Idealne na casting do roli statystki w horrorze: rzadkie, blade włosy, chude kończyny i cienie na rysach. Prawdziwy duch dziewczyny.
- Będziemy współlokatorkami w tym roku. Jestem Birdie, pamiętasz? Birdie Pennington.
Przełykam nerwy i chwytam jej zadbaną dłoń.
Nic w przydziale mojej współlokatorki nie było przypadkowe. Nikt mnie nie pytał, czy jestem rannym ptaszkiem czy nocnym markiem. Bałaganiarą czy osobą zorganizowaną. Czy lubię długie spacery po plaży czy późne noce spędzone na czytaniu nekrologu mojej najlepszej przyjaciółki i zastanawianiu się, jak wszystko rozpadło się w jednej, przerażającej chwili...
Nie. Zostałam przydzielona Birdie, ponieważ jej poprzednia współlokatorka spadła na chodnik i połamała sobie wszystkie kości. Teraz jestem tu, żeby wypełnić wakat.
Przygryzam wewnętrzną stronę policzka, a moje zęby trzonowe ślizgają się po znajomej, bliznowatej skórze. Nie myśl o tym, a co najważniejsze, nie płacz. Płacz nie przywraca życia zmarłym i na pewno nie pomoże mi się zemścić. Nie wiem jeszcze, jak ta zemsta będzie wyglądać, ale wiem jedno: zamierzam nawiedzać Lockwellów aż do ich gorzkiego końca.
- Idziesz na spotkanie dla nowych uczniów? - pyta Birdie, nieświadoma, że jej nowa współlokatorka planuje w głowie czyjąś zagładę.
- Tak, to skutek przeniesienia się tutaj na ostatni rok. Muszę udawać świeżaka.
- To jesteśmy dwie - mówi, machając aparatem. - Zajmuję się kroniką szkolną, więc muszę cykać fotki. Właściwie to myślę, że cię pobiłam... Bawię się w świeżaka od czterech lat.
Po drodze robi kilka zdjęć, żeby udowodnić swoje słowa. Migawka błysnęła dwa razy, gdy weszłyśmy do Teatru Greckiego. Kamienne płyty wykute we wzgórzu nadają całemu obszarowi wygląd naturalnie występującej formacji. Zajmujemy miejsca w czymś, co może być ósmym cudem świata, a mama przerabia szkolną broszurę na prowizoryczny wachlarz. Wokół nas zaczynają gromadzić się kolejni uczniowie i, co zrozumiałe, wszyscy to świeżo upieczeni czternastolatkowie z rodzicami.
Dyrektorka w końcu staje przed podium. Może i jest przesadnie bogata, ale jej wygląd pozostaje elegancki i stonowany. Nie ma żadnych błyszczących metek od projektantów ani wymyślnych loków. Na ramię opada jej kosmyk siwych włosów, a bladozielone oczy marszczą się w kącikach. Im dłużej na nią patrzę, tym bardziej się zastanawiam, czy bogactwo okazuje się powierzchowne, czy też tkwi głęboko w kościach kobiety.
- Witajcie, witajcie - zaczyna przemawiać do mikrofonu. - Nazywam się Meredith Lockwell i jestem dyrektorką Akademii Harta. Jako absolwentka rozumiem mieszaninę emocji znajdującą się dziś na waszych twarzach. Chcecie wiedzieć, co widzę, gdy patrzę na ten tłum? Ekscytację. Nadzieję. Strach. Dla wielu z was to pierwszy raz, gdy w pełni opuszczacie domy waszych rodziców i zaczynacie nowy rozdział. Wszyscy stojący tu dziś przede mną wykonali ogromny krok w stronę swojej akademickiej przyszłości...
W tym momencie przestaję słuchać. Przemowa wydaje się przyprawiającą o mdłości gehenną, która sprawia, że zgrzytam zębami i wbijam paznokcie we wnętrza dłoni. Całość uzupełniają długie monologi o ciężarze dyplomu Harta, górnolotne deklaracje, że uczelnie Ligii Bluszczowej będą się o nas bić na śmierć i życie, oraz przemądrzałe dygresje o wszystkich sławnych absolwentach, którzy siedzieli na tych właśnie stopniach. Ta ostatnia część sprawia, że studenci się obracają, jakby pod nimi znajdowały się autografy.
Ich wyczuwalne podekscytowanie przypomina mi o Emoree. Jak się z tym wszystkim czuła? Czy była zdenerwowana? Pełna nadziei? Czy odnosiła wrażenie, że świat w końcu otwiera przed nią swoje drzwi?
- Pamiętasz klub Percy'ego, prawda? - szepnęła do mnie rok temu, jej głos rzęził przez kilometry linii telefonicznej.
Percy Lockwell przyprawiał mnie o przedwczesne zmarszczki mimiczne. Poznała go zaledwie kilka dni po rozpoczęciu pierwszego semestru, a on w mgnieniu oka stał się uwielbionym konwersacyjnym poltergeistem. Wpadał w każdą rozmowę niczym ropień dżumy, a ja spędzałam resztę czasu, czekając, aż przerodzi się to w maraton zauroczenia Percym Lockwellem. Był jej księciem z bajki, rycerzem w lśniącej zbroi, który coraz bardziej odciągał ją od dawnego życia.
Aż do dnia, gdy zupełnie je zakończył.
- Tak, tak, pamiętam. Iluminaci, prawda? Czy Wolna Masoneria? Czaszka i Kości4? Jedno z tych trzech. - Przyjrzałam się plamie na swoim nowym stroju do pracy.
Jęknęła do słuchawki.
- Prześmieszne, V. Bardzo zabawne. Nie, to nic w tym stylu. Wiem, że jeszcze do niego nie należę, ale nie ma mowy, by organizowali w liceum spotkania zarządu Iluminatów. W każdym razie niedługo ma odbyć się noc przyjęcia, a ja chcę dołączyć. Właściwie to zrobiłabym wszystko, żeby się tam dostać.
- Sekretne stowarzyszenie bogatych dzieciaków. To wcale nie brzmi jak Iluminaci. - Zaczęłam wydłubywać bród spod paznokci. - Robisz to dla Percy'ego?
- Nawet jeśli tak, czy to coś złego? - zapytała po chwili ciszy, a ja mogłam sobie zwizualizować, jak siedzi w swoim pokoju i macha nogami na myśl o weselnych dzwonach oraz białym płocie sztachetowym w Nuntacket. - Naprawdę go lubię.
- To świetnie, Em - powiedziałam, wplatając w słowa tyle sztucznego entuzjazmu, na ile tylko było mnie stać. Na przestrzeni lat odkryłam, że jest to mój łatwo wyczerpywalny zasób.
- Myślę, że on też chyba mnie lubi - kontynuowała ośmielona. - Kilka dni temu znalazłam stary naszyjnik z zawieszką w kształcie połówki serca, wepchnięty do mojej torby. Nie mam pojęcia, kto go tam wsadził, ale wydaje mi się, że to on.
Ponieważ była moją najlepszą przyjaciółką na świecie, powinnam się cieszyć jej szczęściem. Zamiast tego miałam już dość jej "bajek" i czułam się jak smok w swoim starym zamku.
Wracam do rzeczywistości, gdy słyszę, jak dyrektorka Lockwell odchrząkuje i pośpiesza wchodzący za nią chórek.
- Uczniowie, jeśli możecie, poświęćcie pełną uwagę naszemu chórowi, który zaprezentuje szkolny hymn.
Nie trzeba geniusza, żeby się domyślić, która chórzystka jest córką dyrektorki. Sadie Lockwell to wierna kopia matki, pomijając fakt, że jeszcze nie posiwiała. Zamiast tego włosy ufarbowane na jaskrawą czerń kontrastującą z cerą opadają jej na plecy niczym plama ropy.
Reszta uczniów rozprasza się za nią; żaden z nich nie odważa się skraść choćby skrawka światła reflektorów, gdy Sadie podchodzi do mikrofonu. Wszyscy oprócz jednego. On odłącza się od grupy i siada za fortepianem, który chwilę wcześniej był przykryty białym materiałem.
Bez wysiłku sunie palcami po klawiszach, gdy chór rozpoczyna śpiew. Obserwowanie, jak gra, jest hipnotyzujące - od lekkiej bruzdy na brwiach po skrawek języka zwilżającego wargi. Fortepianowy Chłopak nie pozostaje mi jednak obcy. Rozpoznaję go ze swoich nocnych randek z Google'em.
Calvin Lockwell jest znany także jako bliźniak Sadie i Lockwell, Który Najprawdopodobniej Pozostawi Po Sobie Ogromny Ślad Cyfrowy. Wiedziałam coś o tym, bo spędziłam co najmniej dwa dni robocze na przeglądaniu jego Instagrama i wciąż nie dotarłam do końca. Były tam tysiące zdjęć: selfie na masce Bugatti, skórzane kluczyki zwisające z dłoni chłopaka; rolki z nagraniami, jak otwiera szampana, a w powietrzu buchają musujące bąbelki przy akompaniamencie chóralnego śmiechu oraz wiwatów. Cała jego twarz podświetlona fioletowymi stroboskopami, usta miał nabrzmiałe od pocałunku, a oczy przypominały wypalone papierosy - uparte drobinki bursztynu spowite popiołem.
Przesadnie piękny.
Piosenka dobiega końca, a wkrótce potem oklaski cichną. Wszyscy milkniemy, gdy dyrektorka Lockwell osobiście wita nas w Hart, każdego absolwenta z osobna. To odpowiednik powitalnego hasła "wstań i opowiedz klasie pięć ciekawostek o sobie"; może nie jest to aż tak upokarzające, ale podobne.
Pierwszoroczniacy zalewają trybuny falą pstryknięć aparatów i przestępują z nogi na nogę. Rodzice promienieją po bokach, gdy oklaski trwają kilka minut. Następnie pojawia się garstka studentów z drugiego roku, a kiedy wspominany jest trzeci rok i nikt się nie rusza, wiem, że mam kłopoty. Gdy w końcu proszą nowych maturzystów, żeby wstali, okazuję się jedyną osobą na nogach.
To dokładnie tak niezręczne, jak można by się tego spodziewać, a właściwie to chyba nawet gorzej, bo mama uznała, że to idealny moment, żeby znów się popłakać.
Oklaski powoli napływają, a mama im przewodzi. Pociąga nosem, ocierając niezdarnie brudne policzki rękawem poczerniałym od tuszu do rzęs, ale i tak daje radę klaskać, bo nie daj Boże, żeby jej dziecko było jedynym, które nie dostanie braw. Moja nowa współlokatorka podnosi obiektyw kamery, żeby zmieścić mnie i moją szlochającą rodzicielkę w kadrze. Przez tłum przechodzi cichy mruk szeptanych plotek: "kto przenosi się na inną uczelnię na ostatnim roku studiów?".
A Calvin mi się przygląda.
I to nie takim zwykłym, pełnym współczucia spojrzeniem jak inni. Nie, on się gapi, zupełnie osłupiały. Marszczy brwi w milczącym przerażeniu. Nie mogę nie zauważyć jego zębów. Są przesadnie jasne, niczym u wilka, który zjadł babcię. Uderza mnie myśl, jak szeroko otwiera usta, a te śliczne, idealne perłowe zęby odrywają mi głowę. Jeszcze dziwniejsze jest to, że wiem, że bym mu na to pozwoliła. To ten magnetyczny urok - cokolwiek pływa we krwi Lockwellów, zamienia wszystkich w muchołówki.
A może jesteśmy tylko tym. Muchami.
- Czy mogę na sekundkę porwać córkę? - pyta mama, gdy uroczystość zbliża się ku końcowi, a jej makijaż jest już zupełnie zniszczony. - Obiecuję, że odstawię ją z powrotem, chcę tylko pożegnać się w ten typowy dla mam, ckliwy sposób. Miło było cię poznać, Birdie. Właściwie to przypominasz mi... - krzywi się, za późno gryząc się w język - starą przyjaciółkę Violet.
Dziewczyna uśmiecha się na te słowa i ucieka. Nie widzi gorąca zalewającego moje policzki, zgrzytających zębów, wszechobecnego przytłaczającego mnie przypływu żalu.
- Em - szepczę, kiedy zostajemy same, i nie jest to pytanie, ale przerażające odkrycie. - Przypomina ci Em.
- Nie powinnam była tego mówić.
Wciągam powietrze z sykiem. Liczę do dziesięciu. A potem robię wydech. Mogę być obiektywna w tej sytuacji, nie wybuchając rzewnymi łzami.
- Dlaczego? Przecież masz rację.
Birdie i Em nie są dokładnie takie same, już to wiem, ale w tym, jak oczy mojej współlokatorki rozbłyskają, gdy mówi, dostrzegam coś znajomego. Nie jest Kłapouchym jak ja, lecz promieniem słońca wyszytym w kształt dziewczyny.
- Violet - próbuje znowu mama, a jej ton sprawia, że się wzdrygam. - Nie wiem, czy to dobry pomysł. - Macha ręką przy ostatniej części, wskazując na otaczający nas świat: rozległe tereny kampusu, porośnięte bluszczem budynki i rodziny, które wyglądają, jakby nie mogły przeżyć kolejnej rewolucji francuskiej.
Zaciskam pięści.
- Ta szkoła będzie świetnie wyglądać w CV. Rozmawiałyśmy o tym. Pomoże mi to dostać się do dobrego college'u...
- Nie obchodzi mnie college, tylko ty. Na pewno nic ci nie jest?
Drętwieje aż do samych kości.
- Wszystko w porządku.
Mama skupia uwagę na luźnym szwie w spódnicy. Już naprawiała to miejsce, ale bez względu na to, ile razy je zaceruje, szew zawsze wydaje się skazany na rozprucie.
- Jesteś silna, Violet. Zawsze taka byłaś. Istnieje jednak różnica pomiędzy byciem silną a byciem... taką, jaka jesteś teraz.
Nic na to nie odpowiadam, zamiast tego wbijam paznokcie w skórę dłoni.
- Nie płakałaś na pogrzebie - szepcze. - A tydzień później wróciłaś prosto do szkoły. Sądziłam, że jesteś w szoku, ale potem... Chodzi mi o to, że nie porozmawiałaś ze mną. Ani razu. Nie, kiedy to się stało. Ani podczas czuwania. Ani gdy złożyłaś tu podanie. Teraz też nie.
- Więc w końcu zrozum aluzję. - Obie krzywimy się na mój ton i już chcę wymamrotać przeprosiny, lecz uparty język zachowuje wszelkie słowa dla siebie.
Zawsze było w porządku, bo zawsze musiałam się tak czuć. Jestem ostoją dla mamy, zbudowaną, by przetrwać każdą burzę. Przez długi czas pozostawałam nią również dla Em. Opoką dla tych, którzy wiecznie dryfują. Teraz to ja jestem zagubiona na morzu.
- Nie chcę, żebyś się o mnie martwiła.
Opuszcza rękę, a ja nienawidzę sposobu, w jaki moje ciało zaczyna drżeć, gdy biorę wdech i powstrzymuję się od płaczu, bo właśnie tego oczekuje ode mnie mama.
- Jestem twoją matką. Co innego powinnam zrobić?
- Być ze mnie dumna.
Rozmazuje wilgoć na swoich i tak już mokrych policzkach.
- Jestem z ciebie dumna. Pilnie się uczyłaś, żeby się tu dostać, i napisałaś świetny esej rekrutacyjny. Nawet dostałaś naprawdę sowite stypendium, żeby pokryć koszty. Zrobiłaś tyle rzeczy, które są powodem do dumy, ale, Violet, nie jesteś szczęśliwa. I to jest problem.
Zmuszam się do uśmiechu. Wiem, że trzyma się tylko na nitce, jak jej sukienka.
- Jestem szczęśliwa - mówię, a słowa brzmią niemal komicznie, bo mój głos drży. - Jestem teraz taka szczęśliwa.
Ostatnim razem, gdy tak mocno się okłamywałam, wpatrywałam się w zamkniętą trumnę. Nie umarła, nie umarła, nie umarła.
Mama otwiera usta, żeby dalej się ze mną kłócić, jednak nie ma na to szansy. Znajomy dźwięk wibracji przebija się przez napięcie, a na ekranie jej telefonu miga imię i nazwisko kierownika stacji benzynowej. Krzywi się na widok wiadomości:
Nowy chłopak się nie pojawił... potrzebuję cię w pracy.
Podwójna zmiana dziś w nocy, i to MIGIEM.
- Co ma na myśli, mówiąc "dziś w nocy?" - Pytanie ledwo przechodzi mi przez gardło. - Przecież zarezerwowałaś hotel. Zostajesz na noc.
Odwraca wzrok i wpatruje się w grudkę brudu na swoich trampkach.
- Skoro o tym mowa, Violet...
- Nigdy nie zarezerwowałaś pokoju, prawda? - stwierdzam.
- Chciałam, ale wszystkie były poza budżetem. A koszt benzyny, żeby dostać się tu i z powrotem...
- W porządku, mamo. Naprawdę. Rozumiem. - Łapię ją za rękę i dla jej dobra zdobywam się na kolejny pełen zmęczenia uśmiech. - Powinnaś jechać. Na mnie i tak czeka Birdie.
- Na pewno? Obiecujesz, że zadzwonisz? - pyta i obie wiemy, jak trudne to się okaże ze względu na jej grafik. Dwie pełnoetatowe prace, wczesne poranki i późne noce. Ton mamy łamie mi serce.
- Obiecuję.
Przyciąga mnie do siebie w miażdżącym i pochłaniającym uścisku. W tej chwili jestem dzieckiem w za dużych butach, tonącym pod ciężarem lęków dwa razy większych ode mnie. Z powrotem znajduję się w piaskownicy z tekturową zbroją i zabawkowym mieczem, udając, że widzę potwory w wyimaginowanym świecie Em, ale tak naprawdę dostrzegam tylko te prawdziwe.
- Kocham cię.
Mamroczę we włosy mamy to samo wyznanie i macham, gdy odchodzi, a jej sylwetka maleje w oddali. Dopiero gdy znika, poprawiam łańcuszek zawieszony na szyi. Jeszcze jeden sekret dodany do wysokiej sterty pozostałych.
Medalion w kształcie połówki serca, który Percy dał Em przed śmiercią. Ten, który znalazłam w skrzynce pocztowej tydzień później, z pojedynczą prośbą nabazgraną naszym tajnym kodem:
Jeśli coś mi się stanie, znajdź Percy'ego.
Powiedziała, że jest gotowa zrobić wszystko, żeby dostać się do klubu Percy'ego, ale zastanawiam się, czy była gotowa umrzeć.
Birdie5 postanawia dorównać swojej imienniczce i kiedy wracam, gdacze do mnie jak kwoka. Obejmuje mnie ramieniem i zanim się zorientuję, tkwię w jednostronnej rozmowie; podczas której dziewczyna szczebiocze o tęsknocie za domem, o tym, jakie słodkie było to, że moja mama się rozpłakała, i że to w porządku, jeśli chce mi się płakać, i, i, i...
To wyczerpujące, ale staram się uśmiechać i kiwać głową we właściwych momentach. Na szczęście Birdie jest tak skupiona na oprowadzaniu niczym dumna gospodyni, że nie zauważa, kiedy mój uśmiech gaśnie, a wzrok wraca na scenę. Calvina już nie ma, ale jego wspomnienie pozostaje wypalone w mojej pamięci.
Przed nami jak okiem sięgnąć rozciąga się zieleń, obecna nawet na jeziorze naprzeciwko nas w formie wielkich, grubych liści lilii; woda pod nimi ma barwę oszałamiającego błękitu, a ostatnie smugi światła wyraźnie odbijają się od powierzchni. Odwracam się i dostrzegam dwoje nieznajomych siedzących przede mną.
- Violet, poznaj zespół stojący za gazetą "Głos Harta". Pracoholik naprzeciwko ciebie to Oliver Walton. Jest... - Z trudem próbuje wpaść na odpowiednie słowo, zanim decyduje się być brutalnie szczera. - Na ogół totalnym dupkiem, ale ma dobre intencje, więc nie pozwól, żeby cię przestraszył. Przysięgam, to wielki misiek, kiedy tylko nie poucza ludzi o używaniu myślników.
- Zdaje się, że wygrałem tamtą dyskusję - zaznacza chłopak... Oliver, po czym zamyka z trzaskiem notatnik.
Na podstawie naszego błyskawicznego kontaktu wzrokowego mogę stwierdzić, że jest całkiem przystojny. Ma ciepłą, czarną cerę i rzęsy tak długie, że łaskoczą jego policzki.
- A dziewczyna, która go lubi, pomimo jego gramatycznej tyrani, to Amber Yamada. - Kiwa głową w stronę siedzącej obok niego uczennicy. Jej czarne włosy są zaczesane na żel w skręcony kok, a skóra lśni pod wyszywaną sukienką Miu Miu.
Zanim zdążę się przywitać z którymkolwiek z nich, spojrzenie Birdie mknie w dół ku papierom rozrzuconym na ziemi.
- Czy ja chcę w ogóle wiedzieć, co robisz?
- To nie jest lista ludzi do zamordowania - mówi Amber, mimowolnie się pogrążając. Wskazuje na coś, co zdecydowanie wygląda na listę celów. Albo na satanistyczny rytuał. Uzupełnia ją pentagram ułożony z wyrwanych stron z rocznika szkolnego, z napisem "Akademia Harta" pośrodku. Czerwony atrament przesiąka na kartkę pod spodem, gdy dziewczyna okrąża kółkiem kolejny cel. - To lista ludzi do poderwania. Dla ciebie, Bird. Bo jesteś tak bardzo singielką, że aż wszyscy popadamy w depresję.
Twarz dziewczyny zalewa gorąca, wymowna czerwień.
- O Boże, życie w takim oderwaniu od rzeczywistości musi być trudne, ale tobie przychodzi to zaskakująco łatwo.
- Mówię serio! - skrzeczy Amber. - To nie jest żart.
- Po pierwsze, nie jestem "tak bardzo singielką". - Birdie się obraca, a przy dwóch ostatnich słowach robi w powietrzu cudzysłów. - Po drugie, czy nie powinnaś skupić się na tym artykule o dniu wprowadzek? Ja tu cykam fotki na ceremonii otwarcia, a ty tworzysz roboczą wersję następnego sezonu The Bachelorette6. A po trzecie i najważniejsze... czy którekolwiek z was może chociaż spróbować przywitać się z moją nową współlokatorką?
Wiercę się na swoim miejscu.
- Nikt nie musi się ze mną witać. Jest okej.
- Nie, nie jest okej. Amber, przestań się mieszać i powiedz "cześć". Oliver, udawaj, że cię to obchodzi... i na miłość boską, nie próbuj jej zindoktrynować do swojej antymyślnikowej agendy.
Chłopak natychmiast odwraca się w moją stronę.
- Myślniki powinny być używane oszczędnie, o ile w ogóle, albo ryzykujesz zaburzeniem przejrzystości swojego artykułu oraz minimalizacją generalnego wrażenia.
- Zaraz zminimalizuje twoje wrażenie.
- To nawet nie ma sensu. - Przewraca oczami na słowa Birdie, ale nie przegapiam figlarnego uśmieszku unoszącego jego policzki. Przekomarzają się, lecz to oczywiste, że to trio jest ze sobą związane czułą więzią. Stanie obok niemal boli, bo myślę o swojej własnej rozplątanej przyjaźni.
- Och, cześć, Violet. - Głos Amber wyrywa mnie za fraki z własnego umysłu. - Na podstawie dziecięciu sekund, odkąd znasz Birdie, zgadzasz się, że jest beznadziejną singielką?
Nie wiem, co na to odpowiedzieć, jednak okazuje się, że nie muszę, bo Amber wciska mi w ręce kartkę z rocznika, żebym ją przeczytała. Mrużę oczy, patrząc na rzędy twarzy; jedna z nich została zakreślona. Przez całą stronę biegnie zeszłoroczna data, ale nie to zdradza upływ czasu. Moją uwagę odwraca dziewczyna, którą widzę w kącie. To zdjęcie Emoree: wszystkie pięć miliardów jej piegów i uśmiech z przerwą między zębami, do której przyciskała język, gdy była zamyślona, a także gwiaździste światło jej oczu, kiedy uśmiechała się do świata promiennie i z pełnią życia.
Na chwilę przeskakuję wzrokiem na majaczącą przede mną wieżę zegarową. Wzdrygam się na widok wskazówki godzinowej symbolizującej miarowe bicie czasu, który nie zatrzymuje się dla nikogo.
Nagle uświadamiam sobie, że Birdie zerka mi przez ramię na kartkę.
- Och, proszę cię, czy ty zakreśliłaś Calvina Lockwella?
Przyzwyczaiłam się do uśmiechów chłopaka z mediów społecznościowych, do zadowolonego błysku w oczach i plam szminki na kołnierzyku. Ten Calvin nie jest spryskany szampanem. Patrzy trzeźwo w obiektyw, a jego wyraz twarzy bardziej przypomina psa zamkniętego w kojcu.
Amber kręci głową i wskazuje na niewielki bazgroł, który zrobiła na stronie.
- Chryste, nie, wybacz, to był błąd. Nigdy nawet bym nie śniła o zeswataniu kogokolwiek z Calvinem. Totalny łamacz serc. - Puka w twarz obok jego. - Za to Sadie...
Nie sądziłam, że ktokolwiek na świecie zdoła zamknąć Birdie usta, ale chyba się myliłam. Potrzebuje dobrych dziesięciu sekund, żeby odzyskać głos, a kiedy już jej się to udaje, jest jaskrawoczerwona.
- Nie tak głośno! - Kręci się wokół, upewniając się, że nikt nie podsłuchuje, jakby podejrzewała, że ktoś wiosłujący po jeziorze może pobiec do Sadie i powiedzieć jej, że Birdie zawstydzająco i ogromnie się w niej podkochuje.
- Podbijam - jęczy Oliver, machając zeszytem na naszą trójkę. - Niektórzy z nas chcą tu pracować.
- Rok szkolny się jeszcze nawet nie zaczął. Gazeta może poczekać. Wyluzuj trochę, Olly. - Amber posyła mu całusa, a on przyjmuje go z naburmuszoną miną. - Próbuję ci tylko pomóc. Wiem, że podkochujesz się w niej od wieków. Poza tym, jeśli zaczniecie się umawiać, Sadie pomoże ci się dostać do Kart. - Posyła swojemu chłopakowi cięte spojrzenie. - Bóg jeden wie, że Oliver okazuje się zupełnie bezużyteczny w tym temacie. Nic mi nie mówi.
Kart, co? Te słowa przywodzą na myśl nocne rozmowy z Em. To chyba lepsze niż nazwanie tego "Klubem Iluminatów Percy'ego". Muszę ugryźć się w język, żeby nie palnąć czegoś zbyt oczywistego; natychmiast prostuję plecy i skupiam całą uwagę na rozmowie.
- Czym są Karty?
- Cóż - drwi Amber z uśmiechem kota z Alicji w Krainie Czarów - dlaczego ty jej nie powiesz?
- Wiesz, że nie powinienem o tym mówić - ripostuje Oliver, z całych sił starając się brzmieć nonszalancko, ale zawodzi z kretesem, bo jego głos unosi się o oktawę. - Biorę swoje przysięgi na poważnie. Czy nie jest to cecha godna podziwu u drugiej połówki?
- Nie, gdy utrzymujesz sekrety przede mną - prycha Amber, nadymając policzki jak rozdymka, a on jednym szturchnięciem spuszcza z nich powietrze.
- Czy muszę ci przypominać, że zajmujesz się kolumną plotkarską?
- Zajmuję się kolumną plotkarską i za to mnie kochasz - poprawia szybko.
Uszy Olivera przebierają rumianą barwę.
- Z tym nie dyskutuję, ale... I mówię to z całą miłością na świecie... Nie potrafisz dochowywać tajemnic. Już wiem, co dostanę na urodziny i na święta, a jest dopiero wrzesień, więc nie, moje usta są zamknięte na kłódkę. Wybacz.
Dziewczyna jęczy, lecz wreszcie odchyla głowę, przyjmując porażkę.
- To... organizacja studencka tutaj w Harcie - wyjaśnia mi Birdie. - Mają swój prywatny domek klubowy i wszelkiego rodzaju przywileje, ale skoro nikt nie wie, czym się zajmują, cóż... wiesz, jak to jest. Owiń cokolwiek wystarczającą ilością tajemnicy, a zacznie żyć własnym życiem. Każdy ma swoją teorię. Każdy chce się tam dostać.
Bawię się ramiączkiem torby podróżnej, skubiąc postrzępione krańce.
- Jakiego rodzaju przywileje mają?
- Zobaczysz, zaufaj mi - mówi Amber. - Oliver korzysta tylko z tych nudnych bonusów... jak na przykład wejście do biblioteki po godzinach... ale przysięgam, że wszystko uchodzi im na sucho.
Wyobrażam sobie pokój pełen alibi i wspólników morderstwa. Sądząc po pięciu sekundach, odkąd znam Olivera, nie wydaje mi się, żeby chciał się w to mieszać, lecz...
Biorę swoje przysięgi na poważnie.
- Szczerze mówiąc, znamy podstawy tego, czym są Karty, jak na przykład to, że na początku czwartego roku wszyscy zaczynają z jokerem. - Amber grzebie w małej torebce marki Chloé, żeby pokazać mi zniszczoną kartę do gry. Błazen z przodu jest pognieciony i rozmazany od mieszanki tuszu oraz korektora, co stanowi prawdziwe świadectwo trzech lat spędzonych w jej torebce za cztery tysiące dolarów. - To rzekomo twój bilet do klubu, ale kiedy raz go użyjesz, nie możesz już nigdy spróbować ponownie. Masz jedną szansę, żeby zrobić wrażenie na Kartach, i jeśli ją zmarnujesz w Noc Jokera, to koniec.
Przełykam stojące mi w gardle pytanie.
- Czym jest Noc Jokera?
- Wszyscy chcą to wiedzieć. Wiemy jedynie, że tej nocy wybierają nowych członków. Każdego roku informują nas o dacie oraz dress codzie i to tyle. Nic o tym, czego szukają ani czego chcą... nic z tych rzeczy. Pokazujesz się w DK, Domu Kier, i modlisz do Boga, żeby cię wybrali... I z niewiadomych przyczyn wybrali Olivera.
Dom Kier przywołuje obraz w mojej głowie - wspomnienie mapy szkoły wdrukowanej w płacie czołowym. Pamiętam dom niczym gotycki koszmar rozciągnięty na trawnikach, ogromny, dwupiętrowy budynek wyrzeźbiony w innej, mroczniejszej epoce. Mam ochotę wyciągnąć mapę szkoły i nakreślić palcem ścieżkę do niego, gdy słyszę w oddali czyjś głos.
- Nie odchodź, gdy ktoś z tobą rozmawia, Calvin! - Sadie pojawia się w polu mojego widzenia, a uśmiech, który miała na szkolnej scenie, gdzieś zniknął. Zamieniła go na szyderczy grymas, goniąc za bratem, ale bez względu na to, jak szybko kroczy, on pozostaje dwa kroki przed nią.
Oczy Amber się rozświetlają i dziewczyna z podnieceniem uderza w ramię Birdie.
- To niczym boska interwencja - szepcze, wskazując gwałtownie raz na Prawdziwą Sadie, a raz na Zakreśloną z Rocznika Sadie. - To twoja szansa! Idź tam! Zaciągnij ją do punktu obserwacyjnego!
Mrużę oczy, patrząc na balkon w stylu Julii, znajdujący się w jednej czwartej wysokości wieży zegarowej.
Spojrzenie, którym obdarza mnie Birdie, okazuje się pełne litości i zdaje się mówić, że mam sporo rzeczy do nadrobienia.
- Zapominam, że jesteś tu zupełnie nowa. Generalnie jest to znane miejsce dla par, ale poza tym... - jej policzki płoną czerwienią - niektórzy wierzą, że jeśli pójdziesz tam ze swoim crushem, będziecie razem na zawsze. To głupi przesąd.
- Nic tak nie świadczy o prawdziwej miłości jak starożytna, zatęchła wieża zegarowa - parska Oliver, zanim dostaje kuksańca w żebra od swojej dziewczyny.
- Nie zapominaj, że ty też mnie tam pocałowałeś.
Chłopak jęczy i ukrywa twarz w okładce książki.
- Och, no weź! Nie trać takiej szansy! - Amber popycha Birdie ostatni raz, a ja łapię kontakt wzrokowy ze swoją współlokatorką, gdy ta rzuca mi błagalne spojrzenie. Nie mogę jej przed tym uratować, ale kieruję się własnymi powodami, gdy biorę ją pod ramię i idę razem z nią.
- Nie mam nic przeciwko temu, żeby z tobą pójść.